Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Cień Marsa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Cień Marsa - ebook

Ludzkość nie jest gotowa na podbój Marsa

Mars jest miejscem nieprzyjaznym dla ludzkiej egzystencji. Mimo to wszyscy marzą, by wreszcie pierwszy człowiek postawił na nim stopę…

A jeśli ktoś od dawna tam jest?

Tom Moore żyje w niewielkim habitacie na Czerwonej Planecie. Pogrążony w rutynie wypełnionej narzuconymi procedurami i ciszą, zmaga się z najdotkliwszym rodzajem samotności. Do czasu, gdy na horyzoncie pojawia się statek.

Nowo przybyłej misji przyświecają jednak inne cele, niż można by przypuszczać. Jej uczestnicy mają za zadanie zatrzeć wszelkie ślady obecności ludzi na Marsie… a tym samym zlikwidować Toma. Nie wiedzą jeszcze, że są skazani na niepowodzenie – bowiem już wkrótce na Czerwonej Planecie zaczną dziać się rzeczy, których ludzki umysł nie jest w stanie pojąć.

I okaże się, że nikt, kto kiedykolwiek przybył na Marsa, nie może czuć się bezpieczny…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-270-5
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Nad horyzontem wciąż było widać zachodzące Słońce. Tutejsze zachody bardzo się różniły od tych na Ziemi, lecz mimo to wciąż go fascynowały. Choć nawet nie był w stanie powiedzieć, który to niebieski zachód obserwował, to jedno było pewne: już nigdy nie ujrzy, jak Słońce zachodzi w ziemskiej atmosferze.

Był tu od dłuższego czasu, ale zgubił się w obliczeniach dawno temu. Od początku swojej misji wiedział, że może mieć ona tylko jeden koniec. Jako pierwszy i jedyny człowiek na Marsie rezydował tu dożywotnio. Taka była umowa, zresztą nie mogła być inna. Mimo ogromnego postępu, jaki dokonał się w ciągu kilkudziesięciu lat, nadal nie było pomysłu na zakończony powodzeniem powrót z Marsa na Ziemię. Właściwie pomysły były, ale na nich się kończyło. Start statku w marsjańskiej atmosferze składającej się głównie z dwutlenku węgla nie był możliwy. Ilość paliwa oraz tlenu potrzebnych do podróży człowieka tam i z powrotem była tak duża, że niemożliwe było zabranie aż takich zasobów z Ziemi.

Pojawiły się wprawdzie pomysły pozyskania i zgromadzenia tlenu występującego w śladowych ilościach w marsjańskiej atmosferze w celu użycia go do wytworzenia palnej mieszanki paliwowej, a także na potrzeby przetrwania ludzi podczas powrotu na Ziemię, jednakże po wstępnych obliczeniach wychodziły tak ogromne ilości, że pozyskiwanie oraz magazynowanie tlenu trzeba by było zacząć ponad rok przed startem albo nawet jeszcze wcześniej.

Dostawy z Ziemi były dosyć regularne i zawierały tylko niezbędne rzeczy. Wodę, jedzenie liofilizowane, raz na kilka dostaw nowy kombinezon i w zasadzie to tyle. Loty zaopatrzeniowe z początku misji wyglądały trochę inaczej, wówczas przysyłane było również pewnego rodzaju zaplecze techniczne. Jakieś narzędzia, części zapasowe do różnych urządzeń podtrzymujących życie; kilka razy przyszło wyposażenie szklarni, dzięki której mógł od czasu do czasu zjeść coś z własnej hodowli. Do uprawy w szklarni wybrano wyselekcjonowane bądź specjalnie wyhodowane rośliny. Przeważnie były to kiełki, zioła, ale także sałata, którą już dużo wcześniej z powodzeniem uprawiano na stacjach kosmicznych. Sztab naukowców na Ziemi dwoił się i troił, żeby najpierw odtworzyć warunki panujące w marsjańskiej szklarni, a potem, żeby wyhodować rośliny, które dadzą w tych warunkach plon. Problemem był również brak żyznej ziemi, a na marsjańskim regolicie nie wyrosłyby chyba nawet chwasty. Na koniec i tak następowała weryfikacja ich pracy w rzeczywistych warunkach.

Lot na Marsa, który oddalony był od Ziemi średnio o dwieście dwadzieścia pięć milionów kilometrów, sprawiał, że niewiele roślin docierało w dobrej kondycji. W sprzyjającym układzie planet lot trwał prawie osiem miesięcy. Rośliny miały zadowalać się jak najmniejszą ilością wody. Priorytetem była odpowiednia porcja wody dla niego, ewentualne nadwyżki mogły służyć roślinom. Jednakże tutaj w praktyce nie istniało pojęcie „nadwyżki wody”.

Wprawdzie na Marsie były czapy lodowe, ale znajdowały się one na biegunach. Poza tym wcale nie było oczywiste, że woda ta byłaby zdatna do picia. Na Ziemi można było zrobić analizę laboratoryjną, ale nie tutaj… Był jeszcze jeden problem z dostępem do czap lodowych. Jego baza znajdowała się w pobliżu wulkanu Noctis Mons, położonego w bardzo dużej odległości od biegunów, niemalże tuż przy równiku. Wulkan rozciągał się na obszarze czterystu pięćdziesięciu kilometrów i wznosił się na ponad dziewięć tysięcy metrów nad średni poziom odniesienia, czyli taki analogiczny poziom do poziomu morza na Ziemi. Naukowcy wybrali to miejsce na lokalizację bazy dlatego, że było najlepsze do zorganizowania misji badawczej.

Warunki tu panujące były dosyć stabilne. Temperatura w dzień mogła dochodzić nawet do około dwudziestu stopni Celsjusza. W nocy było tu minus sto dwadzieścia stopni. Temperatury w okolicach biegunów były niższe, zawsze ujemne. Ponadto przypuszczano, że w południowo-wschodniej części Noctis mogła znajdować się woda. Jednakże pierwsze próby odnalezienia wody okazały się zbyt kosztowne, jeśli chodzi o zasoby.

Każde wyjście z habitatu wiązało się z ogromnymi stratami tlenu. Wprawdzie tlen znajdował się w śladowych ilościach w atmosferze marsjańskiej, ale MOXIE, czyli urządzenie do pozyskiwania tlenu z atmosfery, musiało po każdym spacerze po powierzchni pracować na granicy przeciążenia. Głównie z tej przyczyny nie udało się potwierdzić faktu obecności wody. Ponadto woda mogła znajdować się gdzieś pod zastygłą lawą, co uniemożliwiało pozyskanie jej bez specjalistycznego sprzętu.

Wracając do szklarni – pełniła ona również dodatkową funkcję, mianowicie dzięki procesowi fotosyntezy rośliny aktywnie wspomagały MOXIE w dostarczaniu tlenu do habitatu. W szklarni panował mikroklimat, tak bardzo różniący się od pozostałej części habitatu, trochę przypominający zapachem ogrody botaniczne na Ziemi. Zapach w habitacie był specyficzny, kojarzący się z pomieszczeniami fabrycznymi. Woń plastiku była wszechobecna.

Na wyposażeniu miał trochę sprzętu badawczego, drona z kamerą wysokiej rozdzielczości, a także mały pojazd czterokołowy, z którego nie skorzystał ani razu. Pojazd był zdalnie sterowany, ale mógł również służyć jako środek transportu lub holownik. Habitat był pomieszczeniem o wielkości około dwudziestu pięciu metrów kwadratowych, szklarnia miała dodatkowe pięć. Nie miał wydzielonych osobnych przestrzeni poza niewielkim pomieszczeniem pełniącym funkcję toalety i ubikacji. Do ścian przymocowane były tafle z poliwęglanu, podświetlane od spodu, z płynną regulacją barwy światła. Tafle miały lustrzany połysk. Można było się w nich przejrzeć jak w lustrze, ale odbity widok nie był aż taki wyrazisty. Na zewnętrznych ścianach habitatu znajdowały się panele fotowoltaiczne, które zapewniały źródło zasilania dla wszelkich urządzeń i systemów habitatu. Stanowiły one również dodatkową barierę, chroniącą w pewnym stopniu przed wiatrami słonecznymi oraz promieniowaniem kosmicznym. Okien nie było, a jedyny bezpośredni widok na planetę miał poprzez swego rodzaju świetlik, zasłaniany żaluzją, do którego wchodziło się po drabince. Można było stamtąd obserwować okolicę, ale też nocne niebo. Świetlik, będący dosyć dużą kopułą, służył również do przechwytywania, a następnie sterowania modułami zaopatrzeniowymi. Na zewnętrznych częściach habitatu były zamocowane kamery w celu monitorowania bezpośredniej okolicy śluz wyjściowych.

Wokół habitatu zalegały śmieci. Te góry odpadów, od czasu do czasu rozwiewane przez burze marsjańskie, pokazywały, jak długo już tutaj był. Ponadto były pewnego rodzaju symbolem człowieczeństwa, ale tym niechlubnym. Były świadectwem na to, że gdziekolwiek człowiek się pojawi, tam zostawia po sobie odpady.

Tak wyglądało jego otoczenie. Oczywiście trzeba wspomnieć o samej planecie. Mars… za dnia jawił się jako pustynna, pomarańczowa przestrzeń z licznymi formacjami skalnymi. Z pomarańczowym nieboskłonem, zmieniającym się na niebieski w trakcie zachodów… zupełnie odwrotnie niż na Ziemi. Było coś urzekającego w tym miejscu, pomimo całej surowości krajobrazu. Ekscytacja, którą poczuł podczas startu, rosła w trakcie niemal ośmiomiesięcznej podróży i nie ustąpiła po latach obecności tutaj. Wciąż pamiętał, jak śledził lądowanie łazika Perseverance i ekscytował się pierwszym lotem Ingenuity. Już wtedy wiedział, że chciałby tu być. Kilka lat zajęło mu dotarcie do ludzi, którzy myśleli, że warto założyć stałą bazę badawczą na Marsie. Następne kilka lat zajęło przygotowanie wyposażenia, planu ekspedycji oraz zaprojektowanie habitatu, który był jednocześnie jego kapsułą podróżną.

W tym celu utworzono Centrum Kontroli Misji MARS 1. Wykonano ogrom pracy na każdym etapie misji – od planowania, przez pierwsze projekty, do misji zaopatrzeniowych. Nie interesowało go nigdy, jak ogromne pieniądze są wydawane na pobyt jednego człowieka na Marsie ani kto je wykłada. Dla niego mogły pochodzić nawet z handlu bronią lub narkotykami. Ważne, że dzięki temu mógł tutaj być, choć był taki moment, że zastanawiał się, czy uda mu się tu w ogóle dotrzeć.

Mimo nieprzyjaznego środowiska czuł się znakomicie. Wiele osób ma wrażenie, że czułoby się świetnie w jakichś okolicznościach. Zwykle po krótszym bądź dłuższym czasie następuje weryfikacja i okazuje się, że wymarzone miejsce nie jest doskonałe. W jego przypadku tak nie było. Od samego początku fascynowało go to miejsce, choć w rzeczywistości było przepełnione wadami. On poznał te wady i nie skupiał się na nich. Kiedyś na Ziemi usłyszał zdanie, że miarą inteligencji jest zdolność do adaptacji. Choć nie myślał o sobie jako o człowieku nad wyraz inteligentnym, to trzeba powiedzieć, że znał swoją wartość.

Wracając do otoczenia, nie narzekał na ograniczone możliwości eksploracji terenu. Jego pobyt można było porównać z wakacjami spędzanymi w jakimś egzotycznym miejscu, ale bez opuszczania hotelu. Jemu wprawdzie takie wakacje nigdy nie odpowiadały, a w hotelach przebywał najkrócej, jak tylko się dało, jednakże jego pobyt tutaj tak właśnie wyglądał. Zawsze miał duszę samotnika i nie potrzebował towarzystwa.

Tak, ludzie mu przeszkadzali. Ich wady w jego odczuciu stawały się barierą nie do pokonania. Gardził brakiem szacunku, brzydził się cwaniactwem i arogancją. Irytowały go także osoby „wszechwiedzące”. Znawcy wszelkich dziedzin, niemający nawet znikomej wiedzy na wiele tematów. Coś usłyszeli, nawet nie doczytali, a już czuli się ekspertami w dziedzinie. Będąc tutaj, odciął się od wszelkich ludzkich wad grubą kreską. Uciekł, zostawiając wszystkich miliony kilometrów stąd. Niektórzy nawet nie potrafili odnaleźć na nocnym niebie planety, która stała się jego domem.

Oczywiście uciekając od świata ludzi, porzucił też dosyć liczną grupę osób, które szanował, nawet podziwiał, albo zwyczajnie lubił. Niestety, była to transakcja wiązana. Od czasu do czasu zadawał sobie pytanie, czego najbardziej mu brakuje. Zdał sobie sprawę, że tęskni za widokiem Księżyca. Zawsze podejrzewał, że jest z nim coś nie tak. Jak to odległe odludzie stało się jego idyllą? Jakkolwiek by rozumieć szczęście, mimo wszelkich przeciwieństw losu czuł się tu szczęśliwy. Chociaż była to raczej adaptacja do tutejszych warunków samotnego istnienia. Były momenty, że czuł jakiś nieokreślony żal, a nawet tęsknotę za zgiełkiem towarzyszącym ludzkim skupiskom.

W ramach przygotowania do misji przestudiował ogromną liczbę zdjęć planety. Katalog fotografii Marsa był naprawdę pokaźny i niemal z każdym dniem się powiększał. Zwykle to były zdjęcia w tonacjach pomarańczowego koloru, z odcieniami brązu, złotego, a to ze względu na występującą tutaj dużą ilość związków żelaza. Kiedyś naukowcy tak uwydatnili kolory bazowe na fotografiach wykonanych przez sondę orbitującą planetę, że fotografie ukazały więcej szczegółów struktur powierzchni. Dopiero jak znalazł się tutaj i wyszedł poza habitat, mógł zauważyć piękno tej surowej planety. Zawsze wiedział, że fotografia spłaszcza perspektywę i trzeba się mocno nagłowić, żeby oddać trójwymiarowość na zdjęciu. Tutaj przekonał się o tym dogłębnie.

Słońce już na dobre schowało się za horyzontem, a na niebie zaczęły się pojawiać pierwsze gwiazdy. Zamyślił się. Z letargu wyrwały go sygnały alarmów, ostrzegające o gwałtownym spadku temperatury na zewnątrz. Powtarzające się alarmy przestały go irytować po jakimś czasie, zauważył, że do nich przywykł. W jego mniemaniu był to bezsensowny alarm, więc go wyłączył.

Sytuacja z alarmem przypominała mu czasy, kiedy nocował u znajomych, którzy mieli zegar z wahadłem. Przez pierwszą noc bicie zegara budziło go co pół godziny. Najgorsza była północ, bo zegar bił dwanaście razy, wyrywając go ze snu głębokiego. Dopiero trzecią noc był w stanie przespać bez pobudki wymuszonej sygnalizowaniem upływu czasu przez zegar, tylko zwykle trzeciej nocy już tam nie spędzał. Tutaj zdarzało mu się czasami kłaść na spoczynek przed zachodem Słońca i wówczas alarm działał jak wspomniany zegar z przeszłości.

Jednakże tego dnia nie czuł się nadmiernie zmęczony. Może wykorzysta ten czas do obserwacji nieba, to jest myśl! Nie miał co prawda urządzeń optycznych do obserwacji, ani teleskopu, ani nawet lornetki. Nie był nawet w stanie rozróżnić obiektów nocnego nieba, ale widok gwiazd zawsze działał na niego kojąco.

Kilka razy wydawało mu się, że widzi lecący w jego kierunku obiekt. Przyloty kapsuł zaopatrzeniowych zawsze go zaskakiwały. Pojawiały się bez wyraźnych śladów na niebie. Udał się zatem do kopuły, do której wchodziło się po drabince przytwierdzonej do jednej ze stron okrągłego tunelu. Nad tunelem, w centralnym miejscu kopuły było obrotowe stanowisko na podeście z panelami służącymi do przechwytywania oraz sterowania statkami zaopatrzeniowymi. Znajdowały się tutaj również monitor dotykowy i dodatkowa klawiatura. Były także dwa manipulatory, z wyglądu przypominające bardzo zaawansowane joysticki do gier wideo.

Z kopuły można było spojrzeć na górne poszycie habitatu, kontrolując poziom zapylenia paneli słonecznych zamontowanych na dachu oraz najbliższą okolicę habitatu. Owo centrum sterowania służyło również do kontroli drona oraz łazika w trybie zdalnym.

To tutaj sterował manualnie momentem lądowania swojego statku-habitatu. Wprawdzie całe lądowanie miało być zautomatyzowane, ale konstruktorzy pozostawili furtkę na wypadek, gdyby się okazało, że habitat wylądowałby w miejscu niezdatnym do prowadzenia misji. Z wysokości kilku metrów lepiej można było określić optymalne miejsce.

Po niepowodzeniach z szukaniem lodowca otrzymał od CKM-MARS 1 wiadomość z poleceniem użycia drona do poszukiwań. Niestety, próby te również spełzły na niczym. Raz okazało się, że brakło w nim energii. Dopiero po trzech dniach urządzenie się uruchomiło. Dron musiał polecieć bardzo daleko, bo jego sprowadzenie trwało jeszcze trzy dni. Gdy wreszcie pojawił się ponownie w stacji dokowania, to dzięki kamerom inspekcyjnym można było zobaczyć przyczynę problemów: zapiaszczone panele słoneczne. Wprawdzie dron miał swój akumulator, ale nie był on zbyt pojemny. Wszystko przez restrykcje dotyczące masy. Z tego powodu zamontowano małe panele wspomagające ładowanie podczas lotu.

Na niebie pojawiało się coraz więcej gwiazd. Gdy gołym okiem obserwuje się gwiazdy z Ziemi, widać, że niektóre mrugają, mieniąc się różnymi kolorami. To zjawisko powoduje atmosfera ziemska, właściwie ruchy powietrza w atmosferze. Tutaj gwiazdy nie migotały, a przynajmniej nie było to tak łatwo zauważalne jak na Ziemi. Jednakże dzisiaj jeden obiekt zwrócił na siebie szczególną uwagę.

Nie dość, że sprawiał wrażenie, jakby wirował wokół swojej osi, to jeszcze przygasał i rozjaśniał się okresowo. Od razu zrozumiał, że widzi coś innego, niespotykanego, coś… tajemniczego. Ów obiekt gwałtownie zaczął się przemieszczać od lewej do prawej i z powrotem. Wyglądało to jak szybkie machanie latarką na boki. Kilka razy w dzieciństwie zdarzyło mu się tak dawać znaki w nocy w celu pokazania kolegom, w którą stronę muszą iść, żeby się spotkać.

Nagle poczuł, że zjeżyły mu się włosy na rękach i nogach. Co to jest? Czemu nie ma tutaj teleskopu? Przysyłano tu różne urządzenia do eksperymentów, czemu nie przysłano mu teleskopu? Przecież wspominał o tym kilka razy. Może nie przebiłby zdjęć z teleskopów Hubble’a czy Webba, ale może astrofotografie z Marsa zainteresowałyby jakichś naukowców. Przecież urządzenia badawcze przychodziły tu z różnych uczelni. Byli na Ziemi ludzie głodni wiedzy, potrafiący jej szukać nieraz z bardzo nieoczywistych źródeł.

Każde urządzenie przysłane tutaj miało tabliczkę znamionową, na której były wypisane podstawowe dane techniczne, a także nazwa uczelni, która dany eksperyment przygotowała. Czasami nie można było się nawet domyślić, co dane urządzenie bada. Jego rolą było przekazać zebrane dane. Wnioskami z nim się nie dzielono. Domyślał się, że centrum tylko przekazywało dane do konkretnej uczelni, a tam mogło już nawet nie być tych studentów, którzy opracowywali urządzenie. Możliwe, że owo urządzenie lądowało i zaczynało działać na Marsie już bez ich wiedzy. Zatem gdyby miał teleskop, to może udałoby się zobaczyć trochę lepiej intrygujące zjawisko.

Nagle, niespodziewanie odezwał się alarm. Ten jednak miał inny sygnał, bardziej złowieszczy. Znał ten sygnał i doskonale wiedział, co złego zwiastuje. Ten alarm pojawiał się ostatnio coraz częściej, a sygnalizował usterkę MOXIE. Cóż, trzeba porzucić obserwację i zakasać rękawy. Z wyłączonym MOXIE na długo tlenu nie wystarczy.

Zszedł z kopuły i pospiesznie udał się do szafy z zamontowanym urządzeniem. Na panelu informacyjnym zauważył, że po raz kolejny zgromadził mniej energii elektrycznej z paneli solarnych w ciągu dnia. Przypomniał sobie, że już jakiś czas temu miał iść wyczyścić panele… to była czynność tak regularna, jak mycie samochodu na Ziemi. Z taką różnicą, że brudnym samochodem dało się jeździć, a zasłonięte warstewką piasku panele nie dawały prądu. Jako że Mars znajdował się dalej od Słońca niż Ziemia, to nie można było liczyć na taką produkcję energii elektrycznej jak na Ziemi. Sytuację trochę ratowało bezchmurne niebo, ale pogarszała wspomniana warstwa pyłów, nawiewanych niemalże codziennie.

Na Ziemi byli naukowcy, którzy poważnie rozważali produkcję energii elektrycznej na Marsie przy pomocy wiatraków. Gwałtowne wiatry powodowały zmniejszenie przejrzystości powietrza, wtedy panele słoneczne nie produkowały ani jednego ampera. Rzeczywiście wiatraki mogłyby wtedy dopełnić instalację, dając potrzebny prąd. Nadmiar energii nie byłby problemem… energii elektrycznej zawsze było tu za mało.

Nocami często wiało, a wtedy i tak nie było promieni słonecznych. Problemem jednak była maksymalna prędkość wiatru. Dochodziła ona nawet do dwustu kilometrów na godzinę. Trzeba było zatem skonstruować wiatrak, który wytrzyma tak ekstremalne podmuchy wiatru. Już na Ziemi mierzono się z tym problemem. Podczas huraganowych wiatrów zdarzało się, że wiatraki rozkręcały się do zbyt wysokich prędkości obrotowych. Hamulce się przegrzewały i dochodziło do pożarów. Rozwiązanie teoretycznie istniało. Trzeba było tylko zrobić odpowiedniej wytrzymałości łopaty bądź wirnik w przypadku wiatraka pionowego, a pomiędzy elementem odbierającym energię z wiatru a turbiną generatora zamontować przestawną przekładnię. Elektronika sterująca wybierałaby odpowiednie przełożenie, żeby różne prędkości łopat zawsze przekładały się na jak najbardziej stabilne, odpowiednie prędkości obrotowe turbiny generatora. To jak skrzynia biegów w samochodzie, z tą różnicą, że w samochodzie to działa odwrotnie. Wąski zakres prędkości obrotów użytecznych silnika trzeba multiplikować, żeby uzyskać większą prędkość pojazdu. W marsjańskich generatorach wiatrowych trzeba by było rosnącą prędkość wiatru redukować, aby uzyskać wąski, ale bezpieczny zakres prędkości dla generatora. Na Ziemi do tego służyły hamulce oraz przestawianie kąta łopat, które miały zwalniać prędkość obrotową wirników. Takie rozwiązanie było tańsze, ale i dużo łatwiejsze do skonstruowania. Na Ziemi wiatry huraganowe były zjawiskiem występującym raczej rzadko, nie było zatem konieczności konstruowania pancernych wiatraków. Taniej było naprawić uszkodzoną jednostkę niż zwiększać i tak już ogromny koszt wiatraków.

W przypadku generatorów wiatrowych przeznaczonych do stosowania na Marsie wymogi byłyby zgoła odmienne. Prędkość maksymalna wiatru nie była jedynym wyznacznikiem. Konstrukcja musiała być ponadto relatywnie lekka, a zwykle jeżeli oczekujemy wysokiej wytrzymałości, to niełatwo uzyskać lekką konstrukcję. Masa całkowita konstrukcji była ważna ze względu na koszt wysyłki jej na Czerwoną Planetę. Liczył się każdy kilogram.

Po zrestartowaniu elektroniki sterującej i wyczyszczeniu tuneli nawiewowych MOXIE zaczęło działać. Czy to nie czas na nowe, zmodernizowane urządzenie? Przecież wysyłał swoje wnioski na temat usprawnienia MOXIE i obiecano się tym zająć. Nie przysłano części zamiennych ani nowego urządzenia. O co tu chodzi?

Poczuł zmęczenie. To był ciężki dzień, ale on nie udał się na spoczynek od razu. Wiedziony ciekawością wdrapał się do kopuły, aby popatrzeć jeszcze raz na ten dziwny obiekt. Niestety, zniknął. A może mu się przywidziało? Może to był efekt wzrastającego poziomu dwutlenku węgla? Niedotlenienie mózgu? Może nie było nic niezwykłego? Zwróci uwagę w kolejnych dniach, wie, który obszar nieba obserwować. Jeśli coś dziwnego tam się dzisiaj znajdowało, to jutro też tam będzie.

Jego egzystencja na Marsie nie była zbyt skomplikowana. Poza rutynowymi naprawami oraz konserwacjami urządzeń, pisaniem raportów do centrum kontroli na Ziemi, odczytywaniem, a następnie wysyłaniem danych zebranych przez urządzenia eksperymentalne nie miał tu zbyt wiele pracy. Raz na jakiś czas przechwytywał moduły transportowe, jeszcze rzadziej opuszczał habitat, udając się na czyszczenie paneli słonecznych bądź na przeniesienie zaopatrzenia, jeżeli moduł zaopatrzeniowy nie wylądował tam, gdzie powinien.

To było takie życie jak na emeryturze. Brak obowiązków i oddawanie się pasjom. Eksploracja powierzchni Marsa, mimo iż najciekawsza, nie była zbytnio możliwa, a to ze względu na duże straty zasobów. Przed każdym opuszczeniem habitatu trzeba było uzupełnić tlen w kombinezonie wyjściowym, naładować akumulator zasilający urządzenia elektroniczne kombinezonu. Samo wyjście z habitatu, w którym musiało panować ciśnienie powietrza z grubsza podobne do tego na Ziemi, wiązało się z przygotowaniem śluzy wyjściowej. Szczególnie powrót był kosztowny energetycznie, ponieważ trzeba było zwiększyć ciśnienie w śluzie prawie dziesięciokrotnie. Marsjańska atmosfera oprócz niekorzystnego dla człowieka składu miała jeszcze bardziej niekorzystne ciśnienie, około dziesięciu razy niższe niż ziemska atmosfera. Mieszkańcy Ziemi, poza wyjątkami, zwykle nie przykładali zbytnio wagi do zasobów. Tlenu, energii, wody czy paliw nie oszczędzało się, bo wydawało się, że wszystkiego jest pod dostatkiem. Po co zatem oszczędzać? Tutaj, na Marsie, liczył się każdy gram tlenu, każdy amper, a woda była zasobem niemożliwym do pozyskania.

Naukowcy na Ziemi już dawno odkryli czapy lodowe na biegunie, śladowe ilości wody w atmosferze oraz wysnuli teorię, że woda może być uwięziona w skałach lub lodowcach pod powierzchnią. On w pojedynkę nie był w stanie rozpocząć jej poszukiwań. Nie wiadomo było również, czy po znalezieniu wody udałoby mu się ją pozyskać. Czy nie trzeba by było użyć urządzeń, podobnie jak w przypadku wydobycia gazu ziemnego czy ropy naftowej na Ziemi. Życie na Marsie musiało zatem polegać na kontrolowanym i oszczędnym traktowaniu zasobów. Niezależnie, czy chodziło o zasoby dostarczone tu z Ziemi, czy energię elektryczną pozyskaną z promieni słonecznych. Wprawdzie Słońce dawało tu relatywnie sporo energii z racji braku atmosfery oraz znikomego zachmurzenia, jednakże panele miały swój ciężar, dlatego nie przysłano ich tu zbyt wielu.

Nie można też nie wspomnieć o wietrze słonecznym, który stanowił duże zagrożenie szczególnie dla elektroniki. Ów wiatr oraz promieniowanie kosmiczne stanowiły również realne zagrożenie dla zdrowia człowieka. Słabe pole magnetyczne planety nie chroniło przed całym złem Wszechświata tak jak atmosfera i pole magnetyczne Ziemi. Prawdopodobieństwo, że jego żywot mógł się zakończyć w wyniku choroby nowotworowej będącej skutkiem promieniowania kosmicznego, było takie samo jak to, że mógł się udusić z braku tlenu lub cierpieć z odwodnienia, a może nawet większe.

Mimo iż przez całe swoje życie na Ziemi był istotą raczej oszczędną, to tutaj dopiero wzniósł swoje umiejętności dbania o zasoby na wyżyny. W tym miejscu warto wrócić do tematu szklarni. W produkcji tlenu pełniła ona większą rolę niż w produkcji pożywienia. Kiedyś, jeszcze na Ziemi, mieszkał w małym mieszkaniu, mniej więcej podobnej powierzchni co jego habitat na Marsie. Zastanawiał się, ile musiałby mieć roślin, żeby móc żyć w szczelnie zamkniętym mieszkaniu i nie udusić się z braku tlenu.

Wtedy też gdzieś zobaczył taką informację, że przeciętnej wielkości drzewo produkuje tlen dla mniej więcej dwóch osób. Jakże martwiły go wtedy informacje o pożarach lasów. Kiedy spalił się hektar lasu, ile tam mogło spłonąć drzew? Ilu ludzi musiałoby przestać oddychać po takiej katastrofie? A ile wytworzyło się trujących gazów, pyłów czy choćby popiołu? Większość Ziemian wzruszyłaby pewnie ramionami, przecież wyrośnie nowy las i może będzie bujniejszy… A ile drzew wycinało się pod różne budowy. Zalesione tereny znikały bezpowrotnie. Populacja ludzi na Ziemi stale rosła. Czyż nie powinno się zatem dbać o zasoby, żeby dla wszystkich wystarczyło? Nie myśleć tylko o swoim jestestwie, ale zostawić coś przyszłym pokoleniom?

Zawsze irytowało go takie samolubne podejście do świata. Dla równowagi irytowali go również pseudoekolodzy, przywiązujący się do drzew w ramach protestów, blokujący drogi, robiący też inne rzeczy raczej na pokaz. Często się okazywali dwulicowymi cynikami, zainteresowanymi autopromocją. Wprawdzie uważał, że ludzi ciężko wyedukować, żeby mniej szkodzili planecie, ale działania aktywistów ekologicznych przynosiły raczej taki skutek, że ludzie nazywali aktywistów „ekoterrorystami”. Nie tędy droga. Każdy człowiek musi sam zrozumieć, co złego robi planecie, i chcieć coś w swoim postępowaniu zmienić. Jednakże większość jego znajomych była zdania, że oni nie muszą nic zmieniać w swoim postępowaniu, skoro wielkie fabryki zatruwają środowisko na niewyobrażalną skalę. To takie zachowanie w stylu „wiem, że robię źle, ale po co mam inaczej robić, skoro inni robią znacznie gorzej”. Jego dewizą było stwierdzenie, że jeśli chce się naprawiać świat, to trzeba zacząć od siebie, a także mniej mówić, a więcej robić.

Na Marsie zobaczył, jak ważne są zasoby. Nauczył się o nie dbać jeszcze bardziej niż na Ziemi. Nawet czasem, jak rozmyślał o przeszłości, dochodził do wniosku, że gdyby każdy Ziemianin przeżył miesiąc na Marsie, to by o wiele bardziej troszczył się o dobrostan Ziemi. Ludzie działali na niego drażniąco, stąd pomysł ucieczki na odludzie, jak najdalej od tego autodestrukcyjnego gatunku. Pod tym względem było tu idealnie.

Sygnał radiowy pomiędzy planetami przemieszczał się co najmniej kilkanaście minut. To wykluczało komunikację, zwykłe przywitanie mogło trwać pół godziny. Konwersacje i dyskusje zatem odpadały, bo mogły trwać wiele godzin. Ograniczono się do sporadycznie wysyłanych nagrań wideo, a że ciężar plików był duży, zaczęto wysyłać tylko pliki dźwiękowe. Te z czasem okazały się zbyt podatne na utratę jakości, a przez to na utratę treści przekazu, zdecydowano się zatem na wiadomości tekstowe. To również było mu na rękę, bo nie wszystkich operatorów z Centrum Kontroli Misji MARS 1 lubił. Niektórzy go zwyczajnie irytowali, bo mieli zbyt jazgotliwy głos, robili dziwne miny w trakcie komunikatu albo po prostu nie pasowali mu z wyglądu.

Pamięta szczególnie jednego operatora, który zawsze miał pogardliwy wyraz twarzy. Na domiar złego jego styl mówienia wskazywał, że ten wygląd nie jest przypadkowy. Był czas, kiedy głównie z nim miał do czynienia. Potem na szczęście ten człowiek przestał się pojawiać w nagraniach, nawet tych głosowych. Czasem nawet myślał, że ów operator został usunięty, bo w CKM-ie poznano się na nim. Nigdy nie dopytywał o jego los, ale cieszyła go jego nieobecność. Wkrótce potem zaniechano przekazów wideo, a we wspomnianych przekazach dźwiękowych nigdy nie rozpoznał jego głosu. Jak miał na imię ten operator? Frank albo James… jakże on miał na imię? Czy nie za dużo rzeczy zapominał? Czyż nie powinien więcej pracować nad swoją głową?

Kiedyś więcej czytał, ale już jakiś czas temu jego czytnik e-booków wyzionął ducha. Bardzo możliwe, że został uszkodzony przez rozbłyski słoneczne. Czytnik był standardowym urządzeniem dostępnym na Ziemi i nie został dodatkowo ekranowany. Pozostała elektronika: komputer komunikacyjny, komputer sterujący urządzeniami zewnętrznymi, elektronika w pojazdach oraz komputer pokładowy habitatu posiadały podwójne, a nawet poczwórne ekranowanie elementów wrażliwych. Gdyby wiatr słoneczny uszkodził komputer pokładowy sterujący pracą MOXIE oraz utrzymaniem ciśnienia w habitacie, misja byłaby zakończona.

Po krótkiej toalecie udał się na spoczynek. Już dawno mu się nic nie śniło, dlatego tego dnia po obudzeniu się czuł pewnego rodzaju niepokój. Tej nocy śnili mu się jacyś ludzie. Twarze były mu zupełnie nieznajome i mimo że nie pamiętał dokładnie, co mu się śniło, to jak echo pojawiały mu się w głowie słowa wypowiadane przez jedną z osób: „chcemy ci pomóc”. Czy to był koszmar? A może jego podświadomość chciała mu przekazać jakąś informację? Ciekawe, jak by to zinterpretował Freud. Otrzeźwienie musiało jednak przyjść szybko, trzeba było wykonać pracę. Panele czekały, a przy okazji wyjścia poza habitat trzeba było dokonać przeglądu zewnętrznych ścian. Od ostatniego wyjścia zdarzyło się kilka burz, a w trakcie każdej można było usłyszeć różne złowieszcze dźwięki. Ponadto w każdej chwili na powierzchnię Marsa spadały mikrometeoryty. Gdyby jakiś ostry odłamek uderzył w habitat z dużą prędkością, mogłoby dojść do mikropęknięcia. Z czasem takie uszkodzenie pod wpływem ciśnienia panującego wewnątrz niechybnie doprowadziłoby do niepożądanej dekompresji i przedwczesnego zakończenia misji. Zawsze, gdy myślał o zakończeniu swojej misji, brał tylko jedną możliwość. Swoją śmierć. Nie można było zaklinać rzeczywistości, jego śmierć znaczyła koniec misji, koniec badań, koniec budowania podwalin pod kolonizację Marsa.

Kolonizacja Marsa, to śmieszne… Nigdy nie wydano mu polecenia, które można było zakwalifikować jako czynność w tej sprawie. Ponadto, żeby to umożliwić, były potrzebne tak ogromne zasoby, również te ludzkie, ale także pewne okoliczności, na które człowiek nie miał wpływu. Można teoretycznie próbować wytworzyć atmosferę; załóżmy na chwilę, że to możliwe. Jednakże ta atmosfera zostanie zdmuchnięta przez wiatr słoneczny z powodu słabego pola magnetycznego. Tego raczej nie uda się wytworzyć. Był też bardzo szalony plan, żeby spowodować kolizję z jakimś ciałem niebieskim. Ktoś wysnuł teorię, że zwiększy to masę planety, a dzięki temu zwiększy się siła ciążenia. Wtedy zostałaby tylko kwestia pola magnetycznego. Pomijając konieczność sięgnięcia po skomplikowaną inżynierię kosmiczną, która była potrzebna do zainicjowania takiej kolizji, to był jeszcze jeden ciekawy aspekt. Czy ktoś był w stanie przewidzieć, jak zwiększenie masy Marsa wpłynie na jego orbitę? Czy nie odleci wówczas poza Układ Słoneczny? Czy wypadając ze swej orbity, nie wpłynie na ruch innych planet i nie będzie to jedną gigantyczną kosmiczną katastrofą? Przecież wszystkie ciała w Kosmosie łączyła niewidzialna nić grawitacyjnych powiązań. Ciekawym przykładem jest wielka elektrownia wodna w Chinach. Kiedyś czytał, że do budowy Tamy Trzech Przełomów użyto tak ogromnej ilości betonu, że w połączeniu z koncentracją potężnych mas wody zmieniła wyważenie Ziemi. Spowodowało to zmianę położenia środka ciężkości i w efekcie minimalne przesunięcie osi obrotu planety.

Czy ludzie musieli żyć w przeświadczeniu, że są panami Wszechświata? Że to do nich należą decyzje o kształcie i przyszłości wszystkiego dookoła? Decydować o losach Wszechświata? Nie dość, że niszczyli Ziemię, to jeszcze chcieli posiąść inne planety i siać na nich zamęt i zniszczenie.

A gdyby jednak udało im się przygotować planetę do zasiedlenia, a następnie zamieszkać na stałe na Marsie, to ile czasu trwałoby zniszczenie nowego miejsca zamieszkania? Czemu ludzie wykazywali tak silne zachowania destrukcyjne? Począwszy od własnych osiągnięć, zdobyczy cywilizacji, po wszystko, co człowiek otrzymywał od natury?

Niemalże bez zastanowienia przychodziły mu do głowy liczne przykłady, takie jak rewolucja kulturalna w Chinach czy choćby sceny, jak islamiści niszczyli zabytki kultury w Timbuktu.

Pewnego dnia pomyślał, że gdyby ludzie pokonali problemy towarzyszące ekspedycji tutaj oraz powrotowi na Ziemię, to z pewnością powstałyby biura podróży, oferujące wycieczki na Marsa. Taka wycieczka pewnie by kosztowała majątek, ale z pewnością znaleźliby się chętni. W pierwszej kolejności pojawiłyby się tutaj tłumy bogatych ludzi, dla których pobyt na rajskich wyspach na Ziemi stałby się mało atrakcyjny. Następnie ci, którzy odkładaliby środki przez większą część życia, żeby tylko się tu pojawić. Może przyleciałyby pary nowożeńców w ramach składkowego prezentu ślubnego?

O, jakimże był szczęściarzem. Był tu już tyle czasu, bez tych tłumów turystów. W trakcie przygotowań do wyprawy zapoznał się dokładnie z wszelkimi potencjalnymi atrakcjami. Nikt wprawdzie o tych miejscach tak nie mówił, ale były to bez wątpienia najciekawsze miejsca na Marsie. W sam raz do zorganizowania wycieczek krajoznawczych.

Gdyby on decydował, to z pewnością na listę atrakcji turystycznych trafiłby Olympus Mons. Był to największy z nieczynnych wulkanów marsjańskich. Tak wysoki, że w całym Układzie Słonecznym nie było wyższego szczytu. Miał ponad dwadzieścia tysięcy metrów wysokości od średniego poziomu powierzchni planety. Na Ziemi samoloty pasażerskie latały niżej. Jego podstawa była tak rozległa, że pod względem powierzchni porównywano ją ze stanem Arizona. Mimo swojej wysokości nie musi być trudny do zdobycia przez marsjańskich wspinaczy, bo jego średnie nachylenie to raptem pięć procent. Leżał w regionie zwanym Aureolą Olympus Mons.

Kolejną ciekawą atrakcją mógłby być region Tharsis. Znajdowały się tam olbrzymie wulkany tarczowe, jak chociażby Alba Mons, o wysokości sześciu tysięcy ośmiuset metrów ponad poziomem odniesienia. Jego nachylenie to ledwie pół stopnia, a zatem nadawałby się na spacer wysokogórski. W folderze zachęcającym do odwiedzenia Czerwonej Planety nie można pominąć Dolin Marinera. To kanion oceniony przez specjalistów z NASA na długość od trzech do nawet pięciu tysięcy kilometrów. „Szanowna wycieczko, przez następne kilka, może nawet kilkanaście godzin będziemy lecieć nad kanionem nawet cztery razy dłuższym niż ziemski Wielki Kanion”. Nie, zaraz… Doliny Marinera odpadają. To jego okolica. Trudno było sobie wyobrazić sytuację, w której wycieczki omijają początek tego bardzo charakterystycznego miejsca na planecie, czyli krater Noctis Mons.

Z pewnością trzeba by również wziąć pod uwagę w planach wycieczkowych krater Gale, powstały po uderzeniu meteorytu. Znajduje się on również w okolicach równika, a tutaj za dnia panują dodatnie temperatury.

Czy jego misja kładzie podwaliny pod przyszły kurort marsjański? Czy kiedyś ktoś na Ziemi zbije majątek, oferując wycieczki marsjańskie? „Biuro turystyczne Mars Wonders, w czym możemy pomóc? Chcą państwo udać się na trekking wysokogórski, a może zobaczyć we fragmencie kanion marsjański? A może zainteresuje państwa zdobycie najwyższego szczytu we Wszechświecie? Mount Everest to przy nim zaledwie pagórek… Gwarantujemy nieziemskie przeżycia”.

Tak, można było popuścić wodze fantazji, ale kto wie, może kiedyś ludzkość stanie na takim poziomie cywilizacji, że zwiedzanie Czerwonej Planety będzie powszechne jak zdobywanie szczytów w Himalajach? Wciąż jeszcze osiągane przez nieliczną grupę osób w skali wielomiliardowej populacji, a jednak dostępne niemal dla każdego z odpowiednio zasobnym portfelem.

Miejsce, które wybrano na jego misję, było jednym z tych ciekawszych miejsc na Marsie. Oczywiście to dość subiektywne, bo komuś mogło się spodobać inne, równie interesujące miejsce. Zdjęcie tego obszaru zrobiono dzięki sondom poruszającym się na orbicie marsjańskiej. Sondy te dostarczyły wielu zdjęć powierzchni planety. Badacze na Ziemi uzyskali cały ogrom danych, które pozwoliły na postęp w dziedzinie badań Marsa. Po wielu latach badań okazało się, że znaleziono ogromny, mocno zerodowany wulkan. Nazwano go roboczo „Noctis Mons”.

Tuż obok podnóża wulkanu rozpoczynała się ogromna szczelina, która została rozpoznana jako ogromny kanion. To charakterystyczne miejsce na zdjęciach wyglądało jak ogromna bruzda. Czy to możliwe, że w odległej przeszłości jakiś obiekt otarł się o to miejsce, pozostawiając wyrwę w powierzchni? Długą na niemal pięć tysięcy kilometrów? Czy może były to ruchy płyt tektonicznych? Gdzieś tam mogła się znajdować woda. Możliwe, że była zamknięta pod pierzynką zastygłej lawy, która mogła ją zabezpieczyć przed sublimacją. Woda, pod inną postacią niż lód, w warunkach panujących na Marsie mogła odparować w mgnieniu oka.

Noctis znajdował się w okolicach równika, zatem jeśli znajdowały się tutaj kiedykolwiek czapy lodowe, to mogły stopniowo topnieć w dodatnich temperaturach, a woda w stanie ciekłym – błyskawicznie odparowywać. To miejsce wydawało się najbardziej rokujące pod kątem przyszłych prób osiedlenia się człowieka na Marsie.

Gdyby opracować dodatek do regolitu, który byłby spoiwem, to można by przysłać tu drukarki trójwymiarowe i drukować elementy konstrukcyjne. Na Ziemi rozważano podziemne habitaty oraz szklarnie. W zasadzie to było najbardziej prawdopodobne rozwiązanie, bezpieczne dla mieszkających tu ludzi. Byliby chronieni przed wiatrem słonecznym, promieniowaniem kosmicznym, a także przed dużymi wahaniami temperatur.

Przy tak ogromnej rozpiętości dobowej temperatur to była chyba jedyna możliwość, stwarzająca stosunkowo najmniej problemów z utrzymaniem optymalnych warunków życiowych. Wciąż nie byłoby możliwe wychodzenie bez kombinezonów ochronnych na powierzchnię, ale życie w habitatach byłoby całkiem znośne. Ot, takie życie w zakładzie zamkniętym, ale czyż nie takie samo czeka w przyszłości ludzkość na Ziemi? Postępująca degradacja środowiska może kiedyś zmusić ludzi do zasiedlenia kopalń i życia bardzo podobnego do życia na Marsie.

Kiedyś słyszał o eksperymentalnych habitatach, w których obserwowano zmiany w psychice osób tam zamkniętych. Mówiono, że robi się to z myślą o misjach kosmicznych, w celu wypracowania procedur na wypadek różnych ludzkich interakcji. Może te habitaty mają przygotować ludzkość do przyszłego życia w kopalniach bądź innych obiektach o ograniczonej powierzchni?

Ostatnie sto lat działalności człowieka przyniosło duże pogorszenie warunków życia na Ziemi. Ile jeszcze trzeba lat, żeby człowiek doprowadził do tego, że niemożliwe stanie się życie na powierzchni? Ale przecież to i tak naukowcy są winni siania zamętu. Nic złego się przecież nie dzieje z naszą planetą, a oni próbują wszystkim wmówić, jaki to człowiek ma destrukcyjny wpływ na otoczenie.

Był taki moment, że zastanawiał się nad obcymi cywilizacjami. Jeżeli istniały, to pewnie dlatego nie kontaktowały się z ludźmi, bo dobrze poznały się na naszym gatunku. Obcy mogli się zwyczajnie obawiać o to, jak potoczy się ta znajomość. Z pewnością widzieli wojny, wyzysk, obłudę i niszczycielską moc człowieka. Czy te dziwne znaki na niebie, które ostatnio widział, nie były czasem jakąś próbą kontaktu obcych? Należał raczej do rozsądnych ludzi, stąd pomysł, że to byli obcy, odrzucił na samym początku. Zbyt wiele rzeczy przemawiało za tym, że zwyczajnie mu się przywidziało. Nigdy więcej nie zobaczył tego obiektu. Trzeba było zająć się pilniejszymi sprawami, a nie snuć domysły.

Te pilniejsze sprawy to choćby zaopatrzenie, które kurczyło się, a nowa dostawa z Ziemi wciąż nie docierała. A przecież zawsze w centrum kontroli jego misji pilnowano, żeby nie przeżywał dodatkowego stresu, widząc topniejące zapasy. Zawsze starano się „nadać” przesyłkę tak, żeby nie dochodziło do krytycznej ilości zasobów. Nie można było pozwolić, by jedyna istota na odległej planecie musiała racjonować sobie zasoby wody oraz pożywienia.

Korciło go, żeby poszukać wody ukrytej pod zastygłą lawą, jak to przewidywali naukowcy. Nikt nie wyposażył go jednak w narzędzia, konieczne do przebicia się przez skałę, która, jako że powstała przez zastygnięcie lawy, z pewnością do miękkich nie należała. Nawet nie wiedział, zresztą chyba nie tylko on, jakie narzędzia byłyby niezbędne.

Zakładając, że w jakiś sposób znalazłby pokłady płynnej wody, to po zetknięciu z nieprzyjazną atmosferą Marsa woda by odparowała. To musiałby być jakiś odwiert kontrolowany, jak w przypadku pozyskiwania ropy naftowej ze złóż podziemnych. A może nikt nie brał pod uwagę tego, że przetrwa tutaj dłuższy czas? Po co zatem wysyłać dodatkowe wyposażenie, podwyższać koszty misji, skoro ta lada moment może się zakończyć?

Były takie dni, że siadał za konsolą sterowania dronem i obserwował okolicę, rejestrując przekaz kamery. Powstawały bardzo interesujące filmy, które z pewnością pomogłyby naukowcom na Ziemi poszerzyć wiedzę na temat Czerwonej Planety. Niestety, ciężar plików był tak ogromny, że wysyłka jednego mogłaby trwać nawet kilkadziesiąt dni. Przecież do drona była zamontowana kamera o wysokiej rozdzielczości, gdyż miała to być pomoc w bardzo dokładnym badaniu terenu. Dokładniejszym niż nieuzbrojonym ludzkim okiem. To jakby ktoś chodził cały czas z lupą o kilkudziesięciokrotnym powiększeniu. Obraz mógł powiększyć do tego stopnia, że ziarenko piasku mieściłoby się na całym ekranie monitora. Ot, taka zabawka do makrofotografii. Oczywiście, można było przełączyć na obiektyw szerokokątny w celu obserwowania większej okolicy. Czasem tak robił, sprawdzając, z którego kierunku nadciągnie burza.

Pewnego dnia, korzystając z obiektywu szerokokątnego, zarejestrował jakiś duży obiekt. Może meteor zbliżający się do krateru Noctis? Czy los zsyłał na niego zagładę? Obiekt był wielkości małego statku kosmicznego, prawie takiego jak lądowniki księżycowe za czasów misji Apollo. Jeżeli uderzy blisko habitatu, to będzie po wszystkim. Dotarł do niego hałas jak podczas startu rakiety. Zdał sobie sprawę, że to nie był obserwowany obiekt. Tamten jeszcze był wysoko.

Coś wylądowało, bo miał wrażenie, że usłyszał silniki hamujące. Może to za dużo powiedziane, bo dźwięk nie rozchodził się tu jak na Ziemi. Zaczął przeglądać okolicę i zauważył moduł zaopatrzeniowy. Na chwilę porzucił obserwację nadlatującego obiektu, żeby sprowadzić swoje zaopatrzenie. Miejsce lądowania modułu nie było odległe, stąd mógł usłyszeć silniki hamujące, które w ziemskiej atmosferze narobiłyby niesamowitego hałasu. Tutaj ledwie dało się je usłyszeć.

Kiedy moduł zaopatrzeniowy znalazł się w doku, wrócił do obserwacji meteoru. Zaraz, to nie jest meteor… wygląda na to, że będzie miał nieproszonych gości. Ale może to jakaś misja bezzałogowa, jakiś kolejny łazik. Czy to nie jest drugi moduł zaopatrzeniowy? Może wysłane w odstępie jakiegoś czasu dziwnym zrządzeniem losu dotarły w tym samym momencie? To było prawdopodobne. Gdyby wysłać jeden moduł w momencie, kiedy Mars oraz Ziemia są daleko od siebie, to mogłoby się okazać, że wysłany pół roku później moduł dotarłby niemal w tym samym czasie co pierwszy. Czy w centrum kontroli podjęto decyzję o wysyłce dwóch modułów zaopatrzenia w jednym czasie? Może przysłano tu coś specjalnego? Doczekał się nowego habitatu albo dodatkowego modułu szklarni? Trzeba się temu bacznie przyjrzeć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij