Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Cień Węża - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 stycznia 2026
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Cień Węża - ebook

W klubie „Czarny Wąż” muzyka wdziera się pod skórę, ciała ocierają się w półmroku, a spojrzenia palą. Anna wchodzi tam, żeby upolować mordercę – zanim on upoluje ją. Trzy kobiety zniknęły po wyjściu z tego klubu. Wszystkie w czarnych sukienkach. Wszystkie z tatuażem węża na obojczyku. Wszystkie skończyły w Wiśle – naznaczone na zawsze. Teraz kolejna nosi ten sam znak. I motyl na kostce – dokładnie taki sam, jaki Anna ma na swoim ciele. Barman o zielonych oczach czeka. Maks. Jego dłonie na jej talii, palce pod sukienką, oddech na karku. Pożądanie czy śmierć? W miłości nie ma ucieczki. W miłości jest tylko wieczność. I nóż. Dark romance • Erotyczny kryminał • Obsesja

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 562 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WIDOK Z OCZU ZABÓJCY

Muzyka dudniła w żyłach jak drugi puls. Bass wchodził nisko, wibrował w klatce piersiowej, w podbrzuszu, tam gdzie wszystko zaczyna się i kończy. Światło stroboskopowe cięło powietrze na plasterki – czerwone, fioletowe, czarne – i odbijało się w kroplach potu na skórze tańczących. Ludzie poruszali się jak w zwolnionym tempie, ręce w górze, biodra w rytmie, pot lśnił na odsłoniętych dekoltach i karkach. Stał z boku, oparty o filar przy barze w „Czarnym Wężu”, z kieliszkiem w dłoni, którego nie tknął od kwadransa. Kieliszek był tylko rekwizytem – zimny, mokry od kondensacji, ale pusty w środku. Jak on sam.

Patrzył na nią.

One zawsze przychodziły. Szukały kogoś, kto spojrzy na nie tak, jakby były jedyną kobietą na świecie. A on umiał tak patrzeć. Umiał sprawić, że czuły się widziane. Wybrane. Kochane – naprawdę, na zawsze. Bo miłość, prawdziwa miłość, nie kończy się zdradą. Nie kończy się porzuceniem. Kończy się, kiedy on tak zdecyduje. Wiecznie.

Była idealna. Nie za młoda, nie za stara. Dwadzieścia osiem, może trzydzieści. Włosy ciemne, proste, opadały na ramiona jak zasłona, za którą kryła się obietnica. Sukienka czarna, obcisła, z dekoltem do granic przyzwoitości – ale nosiła ją tak, jakby nie wiedziała, jak bardzo kusi. Albo wiedziała i właśnie tego chciała. Materiał przylegał do ciała, podkreślał krzywizny bioder, talię, piersi. Nie miała stanika – sutki rysowały się pod materiałem, stwardniałe od chłodu klimatyzacji i podniecenia, które jeszcze nie miało nazwy.

Nie tańczyła dziko jak reszta. Poruszała się powoli, jakby muzyka była tylko tłem dla jej własnych myśli. Ręce uniesione, palce przeczesywały powietrze, biodra kołysały się leniwie, jakby tańczyła tylko dla siebie. Uśmiechała się do siebie. Do nikogo innego. Ten uśmiech był najpiękniejszy – szczery, trochę smutny, trochę zagubiony. Jakby szukała czegoś, czego nie potrafi nazwać.

Jego palce zacisnęły się mocniej na szkle. Kieliszek był zimny, ale dłoń gorąca.

Ona już jest moja.

Podszedł bliżej. Nie spieszył się. Przesuwał się przez tłum jak cień, mijając spocone ciała, obłoki perfum i alkoholu. Każdy krok był precyzyjny, każdy ruch obliczony. Zatrzymał się dwa metry od niej. Wystarczająco blisko, by poczuła jego obecność – zapach skóry, dymu, męskiego potu. Wystarczająco daleko, by mogła uciec – gdyby chciała.

Nie chciała.

Odwróciła głowę. Ich spojrzenia spotkały się w błysku czerwonego światła. Jej oczy były zielone, trochę zamglone alkoholem, trochę ciekawością. Uśmiechnęła się szerzej – tym razem do niego. Odpowiedział tym samym – spokojnym, pewnym uśmiechem, który mówił: „Wiem, czego pragniesz, zanim sama to sobie uświadomisz”.

Muzyka zwolniła. Ballada. Głos wokalistki szeptał coś o pożądaniu i grzechu. Idealnie.

Wyciągnął rękę.

Nie dotknął jej jeszcze. Po prostu podał dłoń, otwartą, wnętrzem do góry. Jak zaproszenie do tańca. Jak obietnica.

Zawahała się sekundę. Dwie. Potem położyła swoją dłoń w jego. Palce ciepłe, miękkie, lekko drżące. Poczuł, jak jej puls przyspiesza pod opuszkami – szybki, nierówny, jak ptak w klatce.

Zaczęli tańczyć.

Blisko. Bardzo blisko. Jej piersi ocierały się o jego tors przy każdym ruchu. Czuł zapach jej włosów – wanilia i dym papierosowy. Czuł ciepło jej skóry przez cienki materiał. Czuł, jak jej oddech przyspiesza, gdy pochylił się i szepnął jej do ucha:

– Jak masz na imię?

– Ola – odparła cicho, prawie zagłuszona basem.

– Ola… – powtórzył, jakby smakował to słowo. – Pasuje do ciebie.

Nie zapytał o nic więcej. Nie musiał. Wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć.

Tańczyli dalej. Coraz wolniej. Jego dłoń zsunęła się na jej talię, palce wślizgnęły się pod materiał sukienki, dotknęły nagiej skóry tuż nad biodrem. Poczuł, jak drży. Nie od strachu. Od czegoś innego. Od tego samego, co czuł on.

Pochylił się znowu.

– Chcesz stąd wyjść?

Skinęła głową. Bez wahania.

Wyszli tylnym wyjściem. Aleja za klubem była ciemna, wilgotna po deszczu, z graffiti wężowych kształtów na murach Pragi-Północ. Lampy uliczne rzucały pomarańczowe plamy na mokry asfalt. Powietrze pachniało mokrą ziemią, spalinami i jej perfumami. W oddali migotały neony Mostu Poniatowskiego i latarnie na Bulwarach Wiślanych.

Pocałował ją tam, przy ścianie. Mocno. Gwałtownie. Jej usta otworzyły się pod jego, język spotkał język. Smakowała drinkiem z wódką i wiśnią. Smakowała pragnieniem. Jej ręce wplotły się w jego włosy, pociągnęły lekko. Jęknęła mu w usta.

Jego ręce wędrowały po jej ciele – po plecach, po biodrach, w górę, pod sukienkę. Palce znalazły koronkę majtek. Przesunął je w bok. Dotknął jej tam, gdzie była już mokra. Jęknęła głośniej, biodra naparły na jego dłoń.

– Chodź – powiedział ochryple. – Mam samochód niedaleko.

Poszła za nim. Bez pytań. Bez oporów.

Wsiedli do czarnego SUV-a zaparkowanego w bocznej uliczce. Silnik zawarczał cicho. Ruszyli w stronę Wisły, mijając neony Mostu Poniatowskiego i latarnie na Bulwarach Wiślanych.

Jechał powoli. Jedną ręką na kierownicy, drugą na jej udzie. Palce sunęły w górę, pod sukienkę, coraz wyżej. Zatrzymał się na światłach. Pochylił się i pocałował ją znowu. Tym razem wolniej. Głębiej. Jego palce wślizgnęły się pod koronkę. Poruszał nimi leniwie, okrężnie. Oddychała szybko, urywanie.

– Lubisz to? – szepnął.

– Tak… – wyszeptała.

Światło zmieniło się na zielone. Ruszył.

Zatrzymał się na opuszczonym parkingu nad rzeką. Nikogo. Tylko szum wody i odległe światła miasta.

Wyłączył silnik.

Odwrócił się do niej.

– Chcę cię zobaczyć całą.

Skinęła głową.

Zsunęła ramiączka sukienki. Materiał opadł do pasa. Nie miała stanika. Piersi blade w świetle księżyca, sutki stwardniałe od chłodu i podniecenia.

Dotknął ich. Najpierw delikatnie. Potem mocniej. Zacisnął palce. Jęknęła.

Pochylił się i wziął jeden sutek do ust. Ssąc, gryząc lekko. Drugą ręką zsunął jej majtki. Wsunął dwa palce w nią. Była gorąca, ciasna, mokra.

Poruszał nimi rytmicznie. Patrzył jej w oczy.

– Jesteś piękna – powiedział cicho. – Idealna.

Myślała, że to tylko jedna noc. Jedna noc zapomnienia. Jedna noc, w której nikt jej nie skrzywdzi.

Zamknęła oczy. Oddychała coraz szybciej.

Wtedy wyjął palce.

Sięgnął do schowka.

Mały, ostry nóż. Ostrze zalśniło w świetle księżyca.

Otworzyła oczy. Zobaczyła.

Zamarła.

– Co…?

Uśmiechnął się. Ten sam spokojny, pewny uśmiech.

– Spokojnie. To tylko na pamiątkę.

Złapał ją za nadgarstki. Jedną ręką. Drugą przyłożył nóż do jej skóry, tuż pod obojczykiem.

Krzyknęła.

Ale szum Wisły zagłuszał wszystko.

Ciął płytko. Linia czerwieni pojawiła się na skórze. Idealna, prosta, wijąca się jak wąż.

Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia.

– Proszę… nie…

– Ciii – szepnął, liżąc krew z ostrza. – To dla nas. Wieczna pamiątka. Wieczna miłość.

Bo prawdziwa miłość nie boli tylko raz. Ona trwa.

Wbił nóż głębiej.

Krzyk urwał się gwałtownie.

Ciało osunęło się na fotel. Oczy patrzyły w sufit samochodu, już puste.

Siedział chwilę nieruchomo. Oddychał głęboko.

Potem wyjął mały pojemnik z tatuażem – tymczasowym, ale trwałym na skórze po śmierci. Wąż. Czarny, wijący się, z czerwonymi oczami.

Przyłożył szablon. Docisnął. Atrament wniknął w rankę.

Idealnie.

Wysiadł. Otworzył bagażnik. Wyjął folię. Owinął ciało starannie.

Zaniósł je do rzeki.

Wrzucił.

Woda przyjęła je cicho. Jak kochankę.

Wrócił do samochodu. Włączył radio. Cicha ballada.

Uśmiechnął się do siebie w lusterku.

Następna.

Zawsze jest następna.

A ona… ona będzie ostatnia.MIEJSCE ZBRODNI NAD WISŁĄ

Deszcz padał na Warszawę jak z wiadra – zimny, uporczywy, taki, który wnika pod kołnierz kurtki i zostaje tam na cały dzień, jakby chciał przypomnieć, że nie ma ucieczki przed wilgocią. Anna Kowalska stała na brzegu Wisły, pod mostem Poniatowskiego, i patrzyła, jak technicy kryminalistyczni w żółtych pelerynach układają folię ochronną wokół ciała. Biała plandeka falowała lekko na wietrze, jakby ktoś pod spodem wciąż oddychał – płytko, desperacko, próbując złapać ostatni haust powietrza. Most ryczał nad głową – samochody przejeżdżały z szumem opon po mokrym asfalcie, a ich światła odbijały się w kałużach jak rozmyte gwiazdy. Zapach rzeki – mokre glony, muł, metal mostu – mieszał się z wonią mokrej ziemi i benzyny z pobliskiej ulicy. W oddali krzyczały mewy, a szum wody brzmiał jak szept – cichy, nieustępliwy.

Nie oddychał.

– Kolejna – mruknęła Lena, stając obok niej z kubkiem kawy w ręku. Para unosiła się z napoju jak dym z papierosa, mieszając się z zapachem mokrej ziemi, mułu i rzeki. – Trzecia w ciągu miesiąca. Ten sam schemat. Ten sam cholerny klub. Coś mi mówi, że to nie koniec. Że to dopiero początek serii.

Anna nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na rzekę. Woda była szara, zmącona, niosła liście, śmieci i kawałki piany z nurtu. Coś w niej zawsze się buntowało, kiedy ofiara kończyła w wodzie. Jakby Wisła była wspólniczką. Jakby brała udział w ukryciu prawdy – wchłaniała ślady, rozmywała DNA, zabierała ciała w swoje głębiny. Jakby rzeka sama chciała chronić zabójcę. Anna pamiętała, jak kiedyś, jako dziecko, stała tu z ojcem – Wisła była wtedy spokojna, błękitna, a on mówił „Rzeka pamięta wszystko”. Teraz wiedziała, że rzeka zapomina wszystko – celowo.

Pamiętała tamtą noc sprzed dziesięciu lat. Julia nie wróciła z imprezy. Ostatni raz widziana na Pradze, w czarnej sukience, z uśmiechem na zdjęciu z telefonu, które Anna wciąż miała zapisane w galerii. Pamiętała jej śmiech – głośny, szczery, taki, który rozświetlał pokój. Pamiętała zapach jej perfum – wanilia z nutą dymu papierosowego, słodki i ciężki. Pamiętała ostatnią rozmowę: „Wrócę późno, nie czekaj. Idę się zabawić”. Anna czekała. Do rana. Potem do wieczora. Potem do następnego dnia. A potem już tylko szukała. Julia zniknęła. Ciało nigdy nie znaleziono. Tylko tatuaż – mały, dyskretny wąż na nadgarstku, który Anna zobaczyła na monitoringu z klubu. Nigdy nie powiedziała o tym nikomu w wydziale. Nawet Malinowskiemu. Bała się, że uznają to za obsesję. Albo za słabość.

– Czas zgonu? – zapytała w końcu, głosem spokojniejszym, niż się czuła.

– Między drugą a czwartą nad ranem. Temperatura ciała wskazuje na to, że leżała w wodzie najwyżej dwie godziny. Wyłowili ją o szóstej trzydzieści.

Anna skinęła głową. Dwie godziny. Wystarczająco, żeby woda zmyła większość śladów biologicznych, ale nie na tyle, żeby całkowicie zatrzeć to, co najważniejsze. Tatuaż. Zawsze tatuaż.

– Tatuaż? – zapytała cicho.

Lena westchnęła ciężko.

– Jest. Dokładnie taki sam. Czarny wąż, wijący się od obojczyka w dół, przez mostek. Czerwone oczy. Wygląda na świeżo zrobiony, atrament jeszcze nie zdążył się rozmyć.

Anna poczuła, jak coś ściska ją w żołądku. Nie był to strach. Nie do końca. Raczej echo czegoś starego, co nigdy nie odeszło. Echo nocy, kiedy szukała Julii po klubach Pragi. Echo głosu Malinowskiego, który mówił: „Spokojnie, znajdziemy ją, Anna. Obiecuję”. Echo ciszy, która nadeszła po tygodniu poszukiwań.

– Pokaż mi ją – powiedziała.

Technik odsunął folię na tyle, żeby odsłonić górną część tułowia. Dziewczyna miała ciemne włosy, mokre i przyklejone do twarzy. Oczy otwarte, zielone, patrzyły w niebo, jakby szukały ostatniego światła. Sukienka czarna, podarta na ramieniu. Na skórze pod obojczykiem – wąż. Idealna linia, precyzyjna, jakby rysowana piórem, a nie igłą.

Pod mokrą tkaniną rysowały się sutki – stwardniałe od zimna i śmierci. Jakby ciało wciąż pamiętało dotyk, który je zabił. Anna przełknęła ślinę. Coś w tym widoku było obscenicznie intymne. Jakby morderca nie tylko odebrał życie, ale też ostatnią chwilę przyjemności. Ostatnią chwilę, w której ofiara czuła się pożądana. Czy Julia też tak wyglądała? Czy też ktoś dotykał jej tak, zanim woda zabrała wszystko?

– To nie jest zwykły tatuaż – powiedziała cicho. – To rana. Najpierw ciął, potem wcierał atrament.

Lena przełknęła ślinę.

– Po co? Żeby zostawić podpis?

– Żeby zostawić pamiątkę. – Anna wyprostowała się. – Dla niej. Dla siebie. Dla nas.

Telefon w kieszeni zawibrował. Wyjęła go. SMS od Malinowskiego:

„Kowalska, nie rób głupstw. Raport o 8:00. I nie wchodź tam sama.”

Spojrzała na ekran chwilę dłużej, niż powinna. Dlaczego zawsze musi mieć rację? Dlaczego zawsze musi mnie chronić? Dlaczego nigdy nie mogę mu powiedzieć, żeby się odczepił? Schowała telefon.

Technik zasłonił ciało z powrotem. Anna odwróciła się i ruszyła w stronę radiowozu. Deszcz spływał jej po twarzy, ale nie czuła zimna. Czuła tylko to znajome mrowienie w opuszkach palców – to samo, które pojawiało się zawsze, kiedy sprawa zaczynała pachnieć osobistą historią.

W radiowozie czekała już aktówka z dokumentami. Otworzyła ją, wyjęła zdjęcia poprzednich dwóch ofiar.

Pierwsza: Kasia W., 27 lat. Wyłowiona z Wisły pod mostem Gdańskim. Druga: Marta K., 29 lat. Też Wisła, okolice mostu Łazienkowskiego. Obie w czarnych sukienkach. Obie z tatuażem węża. Obie po wyjściu z klubu na Pradze.

„Czarny Wąż”.

Nazwa klubu wracała jak refren.

Anna zamknęła aktówkę. Spojrzała na Lenę.

– Musimy wejść do środka. Undercover.

Lena uniosła brew.

– Ty?

– Ja. – Anna uśmiechnęła się blado. – Mam odpowiedni wiek, odpowiedni wygląd i odpowiednią traumę, żeby to sprzedać.

– Anna… – Lena zniżyła głos. – Serio chcesz iść sama do tego wężowiska? Tam faceci patrzą, jakby cię rozbierali wzrokiem, zanim jeszcze podejdą.

– Właśnie dlatego pójdę. – Anna spojrzała jej prosto w oczy. – Muszę wiedzieć, jak to wygląda od środka. Jak on wybiera. Jak uwodzi. Jak zabija.

Lena milczała przez chwilę.

– A Malinowski? Co powie, jak się dowie?

– Malinowski powie, że to zbyt ryzykowne. – Anna wzruszyła ramionami. – Więc mu nie powiemy. Jeszcze nie.

Wysiadły z radiowozu. Deszcz trochę zelżał, ale niebo nadal było ołowiane. Anna spojrzała na rzekę po raz ostatni. Coś w niej – może przeczucie, może stare wspomnienie – podpowiadało, że ta sprawa nie skończy się na trzech ciałach.

I że tym razem woda nie będzie jedyną, która coś ukrywa.

Wsiadła do swojego starego Audi. Zapaliła silnik. Radio odezwało się cicho – jakaś ballada o miłości, która boli. Wyłączyła je natychmiast.

Ruszyła w stronę Pragi.

Wiedziała, że dziś wieczorem wejdzie do „Czarnego Węża”.

I że tam, wśród świateł, basu i obcych ciał, albo znajdzie zabójcę… albo sama stanie się kolejną ofiarą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij