Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Cienie Wenecji - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 stycznia 2026
27,00
2700 pkt
punktów Virtualo

Cienie Wenecji - ebook

W sercu mglistych kanałów Wenecji kryją się tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego… Młoda dziewczyna przyjeżdża do starego miasta w poszukiwaniu przygody i nowych doświadczeń. Tam spotyka starszego mężczyznę, którego aura intryguje i jednocześnie przeraża. Z czasem jej ciekawość przeradza się w fascynację, a fascynacja w niebezpieczną więź, w której miłość, zdrada i obsesja splatają się w jedno. Tajemnicza postać, obserwująca każdy jej krok, wciąga bohaterów w grę cieni, prowadząc ich przez wąskie uliczki i kanały miasta, w których każdy cień może skrywać prawdę lub śmierć. Przeszłość powraca w formie listów, pierścionków i tajemniczych masek, a bohaterka musi stawić czoła obsesji, moralnym dylematom i dramatom. Od mrocznych, tajemniczych zaułków, przez dramatyczne święto maski, po brutalną konfrontację w opustoszałym magazynie – „Cienie Wenecji” to powieść, w której romans, kryminał i psychologiczny thriller splatają się w napięciu sięgającym ostatniej strony.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368732290
Rozmiar pliku: 3,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

PRZYJAZD

Miasto nie przywitało jej otwarcie.

Wyłoniło się powoli, niechętnie, jakby sprawdzało, czy naprawdę zasługuje, by tu być.

Mgła unosiła się nisko nad torami, kiedy pociąg zatrzymał się z przeciągłym westchnieniem metalu. Drzwi otworzyły się z oporem. Przez chwilę nikt nie wysiadał. Potem ruszyła — z jedną walizką, zbyt lekką jak na całe życie, zbyt ciężką jak na zwykłą podróż.

Dworzec był stary. Nie zaniedbany — raczej zmęczony. Kamień nosił ślady tysięcy dłoni, kroków, decyzji podjętych w pośpiechu. Powietrze pachniało wodą, kawą i czymś jeszcze — czymś, co przypominało papierowe listy przechowywane zbyt długo w zamkniętej szufladzie.

Przez chwilę stała nieruchomo, pozwalając, by miasto ją obejrzało.

Nie miała planu. Miała tylko adres taniego pensjonatu zapisany na kartce i uczucie, że JEŚLI TERAZ SIĘ NIE ZATRZYMA, NIE ZATRZYMA SIĘ JUŻ NIGDZIE.

Wyszła na ulicę.

Woda była wszędzie — nie jako widok, lecz jako obecność. Słychać ją było pod stopami, za ścianami, w przerwach między rozmowami. Kamienice stały blisko siebie, pochylone, jakby chciały coś sobie wyszeptać nad jej głową. Okiennice były przymknięte, balkony obwieszone praniem, kwiatami, czasem tylko ciszą.

Szła wolno. Zbyt wolno jak na turystkę. Zbyt uważnie.

Zatrzymała się w małej kawiarni przy kanale. Stoliki były metalowe, lekko chwiejące się, jakby pamiętały inne rozmowy, inne dłonie. Usiadła tyłem do muru, twarzą do wody. Zamówiła espresso, choć wiedziała, że będzie gorzkie. Potrzebowała tej goryczy — czegoś, co potwierdzi, że naprawdę tu jest.

Wtedy usłyszała głos.

— NIE JESTEŚ STĄD.

Nie był natarczywy. Nie był też pytaniem.

Podniosła wzrok.

Stał obok jej stolika, jakby zawsze do niego należał. Starszy mężczyzna — ale nie taki, którego wiek się liczy. Miał w sobie spokój ludzi, którzy przestali tłumaczyć się światu. Jasna koszula, rękawy niedbale podwinięte, dłonie smukłe, z widocznymi żyłami. Twarz poorana drobnymi zmarszczkami, które nie zdradzały słabości, lecz pamięć.

— To aż tak widać? — zapytała.

Uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

— Dla miasta zawsze.

Usiadł, nie pytając o zgodę. To ją zdziwiło. Jeszcze bardziej zdziwiło ją, że NIE POCZUŁA SPRZECIWU.

Przyniesiono jej kawę. Przez chwilę patrzyli oboje na czarną taflę wody, w której odbijały się fragmenty nieba i poruszone światło.

— Przyjechałaś sama — powiedział.

— Tak.

— Na długo?

Wzruszyła ramionami.

— Tydzień. Może dwa.

Skinął głową, jakby słyszał to setki razy.

— Wszyscy tak mówią.

Zapanowało milczenie. Nie było niezręczne. Było gęste. Pełne rzeczy niewypowiedzianych. Czuła, że ten mężczyzna nie obserwuje jej jak kobiety, lecz jak HISTORIĘ, KTÓRA DOPIERO ZACZYNA SIĘ PISAĆ.

— A pan? — zapytała w końcu. — Zawsze tu pan był?

Jego dłoń na moment znieruchomiała na filiżance.

— Wystarczająco długo, by nie pamiętać innego miejsca.

— I nigdy pan nie chciał wyjechać?

Spojrzał na nią po raz pierwszy wprost. Jego oczy były ciemne, głębokie, niepokojąco uważne.

— Chciałem.

— Więc dlaczego pan został?

Uśmiech zniknął.

— Bo są rzeczy, które… nie pozwalają odejść.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, że to zdanie było wyznaniem.

Albo ostrzeżeniem.

Miasto wokół nich oddychało cicho, jakby zapamiętując jej twarz.2

KROKI, KTÓRE ZOSTAJĄ

Pierwszego dnia wyszła sama.

Miasto o poranku było inne — bardziej szczere, mniej teatralne. Ulice jeszcze nie należały do turystów. Kamień był wilgotny, powietrze chłodne, a światło miękkie, jakby wciąż niepewne swojej roli. Sklepy otwierały się powoli, z ostrożnością ludzi, którzy wiedzą, że dzień nie zawsze przynosi ulgę.

Szła bez celu. Liczyła mosty. Dotykała murów dłonią, jakby sprawdzała, czy są prawdziwe. Zatrzymywała się przy witrynach, które odbijały jej twarz pociętą na fragmenty.

Dopiero po południu go zobaczyła.

Stał oparty o balustradę przy kanale, jakby NIE CZEKAŁ, A JEDYNIE TRWAŁ W MIEJSCU, w którym i tak by się znalazł. Nie wyglądał na zaskoczonego.

— Wiedziałem, że tu przyjdziesz — powiedział.

— Skąd? — zapytała.

Wzruszył ramionami.

— Każdy tu trafia. Prędzej czy później.

Tym razem to ona zaproponowała spacer.

Szli wolno. Zbyt wolno, by to nazwać przechadzką. Każdy krok był decyzją. Mówił niewiele. Kiedy już mówił, były to rzeczy pozornie nieistotne — o kamieniu, który lepiej znosi czas niż ludzie, o wodzie, która pamięta wszystko, nawet jeśli udaje, że płynie dalej.

Zauważyła, że NIEKTÓRYCH ULIC UNIKAŁ. Skręcał w ostatniej chwili, zmieniał tempo, jakby coś niewidzialnego stało na drodze.

— Nie lubisz tej części miasta? — zapytała lekko.

— Lubię ją zbyt dobrze — odpowiedział po chwili.

Zatrzymali się przy małym placu. Stała tam studnia, nieczynna, z kamiennym rantem wygładzonym przez setki lat dotyku. Oparł na niej dłoń — delikatnie, jakby sprawdzał temperaturę wspomnienia. Cofnął ją niemal natychmiast.

Zauważyła to.

Nic nie powiedziała.

Usiedli na schodach prowadzących prosto do wody. Kanał był wąski, cichy. Przepływała nim samotna łódź, tak wolno, że wydawała się zawieszona w czasie.

— Czasami — odezwał się — ludzie myślą, że mogą zacząć od nowa tylko dlatego, że zmienią miejsce.

Spojrzała na niego.

— A nie mogą?

Uśmiechnął się, ale był to uśmiech bez radości.

— Miejsce pamięta szybciej niż człowiek.

Siedzieli blisko. Ich ramiona niemal się stykały. Czuła ciepło jego ciała, spokojne, ciężkie, jakby niosło ze sobą coś więcej niż teraźniejszość. Kiedy poruszył się nieznacznie, jej dłoń dotknęła jego dłoni.

Nie cofnął jej.

Nie przyspieszył też tego gestu.

Pozwolił mu TRWAĆ.

To było bardziej intymne niż pocałunek.

Kiedy wstała, podał jej rękę. Jego palce zamknęły się wokół jej dłoni pewnie, ale z wyczuwalną ostrożnością — jakby bał się, że zbyt mocny uścisk coś zniszczy.

— Zostaniesz — powiedział, nie pytając.

Nie odpowiedziała od razu.

Miasto wokół nich było ciche. Woda poruszyła się lekko, uderzając o kamień.

— Chyba już zostałam — powiedziała w końcu.

Wieczór przyszedł niemal niezauważalnie.

Miasto nie zapalało świateł gwałtownie — raczej pozwalało im pojawiać się po kolei, jakby ktoś stawiał małe ognie wzdłuż ulic. Cienie wydłużały się, miękły, łączyły ze sobą.

Szli bez słów. Ich kroki brzmiały inaczej niż wcześniej — ciszej, bliżej siebie. Zatrzymali się na wąskim mostku. Pod nimi woda była czarna, niemal gładka, poruszona tylko lekkim drżeniem.

— Tu — powiedział. — To dobre miejsce.

— Na co? — zapytała.

Nie odpowiedział od razu. Odwrócił się w jej stronę. Stał zbyt blisko. Czuła zapach jego skóry, ciepły, dyskretny, zmieszany z wilgocią miasta. Podniósł dłoń — powoli, jakby dawał jej czas na sprzeciw — i odsunął kosmyk włosów z jej twarzy.

Ten gest był prosty.

Zbyt prosty, by był niewinny.

Ich spojrzenia spotkały się. Przez moment miała wrażenie, że CAŁE MIASTO WSTRZYMAŁO ODDECH.

Pochylił się.

Niepewnie. Ostrożnie. Jak ktoś, kto wie, że jeden krok za daleko może wszystko zmienić.

Ich usta zetknęły się ledwie na sekundę.

I wtedy się cofnął.

Nie gwałtownie. Nie z lękiem. Raczej z decyzją, która kosztowała go więcej, niż chciał pokazać.

— Nie… — powiedział cicho. — Jeszcze nie.

Zmarszczyła brwi, zaskoczona.

— Dlaczego?

Odwrócił wzrok. Jego szczęka napięła się na krótką chwilę — ledwie zauważalnie, ale wystarczająco, by coś w niej się poruszyło.

— Bo są chwile, które — jeśli się wydarzą — nie pozwalają już wrócić.

Nie naciskała.

Ale zapamiętała to zdanie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij