Ciepłe dłonie - ebook
Idealna powieść dla miłośniczek Stefci i Służących do wszystkiego!
Ponad milion sprzedanych egzemplarzy.
Drugi tom kultowej szwedzkiej sagi.
Rok 1942. Betty pozostaje w związku z Carlem-Axelem, synem doktorostwa Molanderów. W Europie szaleje wojna i wszystko, łącznie z żywnością, jest reglamentowane. Na pozór życie Betty układa się dobrze – ma partnera, córkę i pracę, którą lubi – ale ona sama nie jest szczęśliwa. Martwi ją Carl-Axel, który nie radzi sobie z pieniędzmi i alkoholem. Żadne z nich nie wie, co stało się z braćmi Fischerami, którzy zniknęli w 1938 r.
Pewnego dnia Carl-Axel również odchodzi, a Betty zabiera się za porządkowanie jego spraw. Łączenie roli samotnej matki z pracą zawodową nie jest łatwe, zwłaszcza że Betty z trudem godzi się z myślą o zatrudnieniu pomocy domowej. W międzyczasie dowiaduje się, że jej ukochany Martin żyje – i mieszka tylko kilka godzin jazdy pociągiem od Sztokholmu. Jej gniew z powodu porzucenia jest silny... ale pragnienie, by znów go zobaczyć, okazuje się silniejsze.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68647-94-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Betty obudziło gniewne skrzeczenie srok na sośnie za oknem sypialni. Czyżby zamierzały zbudować gniazdo, choć mimo coraz lepszej pogody jeszcze nie skończyła się zupełnie ponura zima?
Budzik pokazywał kilka minut przed siódmą i na dworze było już prawie jasno. Na noc Betty zaciągała cienkie zasłony, bo tylko włączona w środku lampa zdradzała brak zaciemnienia w oknie. Wiedząc jednak, że sąsiedzi mają oczy dookoła głowy, prędko wstała i zasunęła grube kotary, nieprzepuszczające ani odrobiny światła i czyniące powietrze w domu gęstym i dusznym.
Zadrżała z zimna, weszła z powrotem pod kołdrę, rozbiła poduszkę i umieściwszy ją pod głową, włączyła lampkę i przyjrzała się swoim dłoniom. Były takie jak zawsze: o krótkich palcach, szerokie i godne zaufania. Choć obecnie również szorstkie i nieco zaniedbane. Dawniej pielęgnowała je staranniej niż teraz i nabrała przekonania, że praca biurowa wysusza skórę bardziej niż zajęcia domowe. Może powinna spiłować paznokcie i natrzeć dłonie tłuszczem? Tak – zrobi to zaraz po śniadaniu. Ale najpierw poleży jeszcze z pół godziny.
Sięgnęła po książkę leżącą na szafce obok łóżka. Powieść Agathy Christie była niezwykle wciągająca. Już miała zacząć nowy rozdział, kiedy z sąsiedniego pokoju doleciał dobrze jej znany jasny głosik:
– Mamo! Mamusiu, chodź!
Usłyszawszy wołanie Tiny, Betty ponownie wstała i zarzuciła szlafrok na koszulę nocną. Nie chciała, by córeczka zbudziła śpiących w drugim końcu domu Edvina i Iris, choć wkrótce i tak musieli wstać do pracy.
Tina klęczała w łóżeczku i próbowała wspiąć się po wysokiej drabince. Ciemne loki spłynęły jej na oczy, lecz wytrwale wypinała okrągłą, odzianą w piżamkę pupę, starając się pokonać przeszkodę. Betty przypomniała sobie, że miała usunąć zabezpieczenie, bo od dawna było już niepotrzebne. Wygramoliwszy się z łóżka, dziewczynka odgarnęła włosy z czoła i uśmiechnęła się radośnie do Betty.
– Mama! Śniło mi się lato. Kąpałam się przy pomoście...
Betty odpowiedziała jej uśmiechem, wzięła ją na ręce i zaniosła do swojej sypialni, gdzie obie weszły do łóżka. Dziewczynka przytknęła zimne stópki do ciepłych ud mamy i położyła główkę na jej ramieniu. Jak zawsze przy takiej okazji kciuk małej powędrował do buzi. Betty, próbując ją tego oduczyć, odsunęła rączkę córki od ust i pogroziła jej palcem.
– Jesteś już dużą dziewczynką! Pamiętasz, co mama o tym mówiła?
Tina się uśmiechnęła i z iskierkami w oczach wtuliła buzię w pachę Betty.
– Mogę popatrzeć na kluczyk do skarbonki? – zapytała.
Betty się zaśmiała, po czym pozwoliła małej zdjąć łańcuszek z kluczykiem wiszący na haczyku obok łóżka razem z biżuterią. Wykonano go z cieniutkiego srebra, zdobiło go malutkie emaliowane serduszko oraz śliczny kluczyk do skarbonki Martiny – posrebrzanej, w kształcie słonia, otrzymanej w prezencie z okazji chrztu, stojącej w jej pokoju.
– Pasuje do niej? – spytała dziewczynka.
– Tak. Dostałaś ją od babci i dziadka – odrzekła Betty.
– Chcę się nią pobawić!
– Wiesz, że ci nie wolno.
Dziewczynka zakręciła łańcuszkiem w powietrzu i chwyciła rozhuśtane wisiorki w dłoń.
– Mam w niej tysiąc milionów? – zapytała.
Betty znów się zaśmiała, wyjęła łańcuszek z rączki małej i powiesiła go na swoim miejscu.
– Nie, nie aż tyle, ale całkiem sporo – wyjaśniła. – Wkrótce zaniesiemy je do banku i wpłacimy na twoją książeczkę.
Uświadomiła sobie, że rzeczywiście już pora. Doktor i wuj Mauritz wrzucali do skarbonki po dwie korony, a czasem nawet jakiś banknot, w urodziny małej i przy innych okazjach. Słoń z pewnością już się zapełnił.
Dziewczynka odwróciła się na plecy i zaczęła nawijać na paluszek długie pasmo włosów Betty.
– Poczytasz mi coś? Proszę, mamusiu! – rzuciła, wtulając się znów w ramię swojej mamy.
– Może o Filonku Bezogonku?
Betty bawiła przewrotność małej, choć musiała przyznać, że lubiła te poranne wspólne chwile w równym stopniu co jej córka. Pokrzepiała ją obecność energicznego dziecięcego ciałka odzianego we flanelową piżamkę. Sięgnęła po książkę, odsunęła na bok swoją powieść – poczyta ją wieczorem – i rozpoczęła lekturę:
– „To było przyjemne lato. Filonek lubił wiejskie życie...”
Kiedy po jakiejś chwili weszły do kuchni, Iris gotowała już owsiankę i parzyła substytut kawy. Betty namęczyła się z niesfornymi włosami małej, zanim zaplotła jej dwa założone za uszy warkocze, a sukienka, którą dla niej wybrała, okazała się o wiele bardziej pomięta, niż sądziła.
– Dzień dobry, Iris! – rzuciła.
– Dzień dobry!
Iris pośpiesznie nakryła do stołu dla czterech osób, a Betty odsunęła Tinie krzesło, by pomóc córce zająć miejsce. Potem nalała sobie do kubka kawy i wzięła łyk.
Jej brat Edvin wszedł do kuchni, z włosami zaczesanymi na mokro. Wyszczotkował uniform, po czym się okręcił, by sprawdzić, czy spodnie leżą, jak powinny.
Betty roześmiała się, patrząc na te zabiegi.
– Nie przesadzaj już, wyglądasz świetnie, braciszku!
Wyciągnęła rękę, by dla żartu zburzyć mu fryzurę, lecz Edvin w ostatniej chwili się uchylił.
– Zostaw, dopiero się uczesałem!
Uśmiechnął się do Iris i usiadł przy stole. Ona odwzajemniła uśmiech i gdy zaczął zajadać owsiankę, nalała kawy do jego kubka.
Brat mieszkał z nimi od prawie sześciu miesięcy i niedawno dostał wymarzoną posadę konduktora w tramwaju.
Betty odgryzła kęs kanapki i zaczęła karmić Tinę. Wprawdzie córeczka była już na to za duża, ale kiedy jadła owsiankę sama, śniadanie ciągnęło się w nieskończoność. Do tego Betty chciała mieć pewność, że mała zje, ile powinna, zanim Betty wsiądzie do tramwaju i pojedzie do miasta. Uśmiechnęła się do brata i spytała:
– Pozwolisz mi następnym razem jechać bez biletu?
Edvin parsknął, wywrócił oczami i spojrzał na Iris. Dziewczyna się zaśmiała.
– No właśnie! – dodała. – Teraz, kiedy to ty sprzedajesz bilety, wszystkie powinnyśmy jeździć za darmo!
Nie przestając się śmiać, usiadła przy stole naprzeciwko niego.
Betty przywiązała się do Iris w ciągu tych kilku lat, które dziewczyna spędziła w jej domu. Była wesoła i godna zaufania, jak jej starsza siostra Viola, w dodatku świetnie gotowała, nawet w tych ponurych czasach racjonowania żywności, i bardzo dobrze radziła sobie z Tiną. Dzięki ciepłemu usposobieniu i nieskomplikowanemu charakterowi stała się praktycznie częścią rodziny.
Spojrzenia, jakie posyłał jej Edvin, zdradzały nie mniej ciepłe uczucia, lecz Betty podejrzewała, że obiekt westchnień chłopaka widzi w nim nikogo więcej niż przyszywanego młodszego brata.
– Pomyślałam, że zabiorę dziś Tinę na targ. Może znajdziemy jakieś warzywa na zupę? Została nam resztka bulionu z niedzieli. – Iris spojrzała pytająco na Betty, która właśnie przełknęła ostatnią łyżkę owsianki i odniosła talerz do zlewozmywaka.
Edvin uśmiechnął się szeroko do Iris i też wstał.
– Można będzie też liczyć na jakiś deser? – zapytał, po czym zerknął na zegar, zarzucił marynarkę i puścił do Iris oko.
Dziewczyna się roześmiała.
Chwilę później do kuchni doleciało jego fałszywe pogwizdywanie. Skrzypnęła furtka i Edvin ruszył w stronę przystanku tramwajowego.
– Pomyśleć, jaki się zrobił rozmowny, odkąd z nami zamieszkał! – rzuciła Betty. – Chwilami trudno mi go rozpoznać, bo dawniej ledwie się odzywał. – Dopiła kawę, odprowadzając brata wzrokiem.
– Także nie mogę się temu nadziwić – odrzekła Iris. – Ale nasz Göte też tak miał, kiedy sprowadził się do miasta. Wcześniej był cichutki i nieśmiały, ale gdy zaczął pracę w stolarni, rozgadał się i klnie jak szewc. Albo jak Viola!
Obie się roześmiały. Nikt nie był tak gadatliwy jak Viola. Zwłaszcza odkąd wyszła za mąż i została gospodynią domową. Betty i Iris żartowały z niej przy każdym spotkaniu.
Iris wytarła ściereczką buzię i rączki Tiny, po czym odwróciła się ku Betty, która właśnie zapinała żakiet.
– Co w takim razie zrobić? Mogę zużyć jajko i przyrządzić jakiś deser czy lepiej je oszczędzić?
Betty z uśmiechem sięgnęła po kapelusz i stanęła przed lustrem, żeby go włożyć.
– Wiesz co, Iris? Sama zdecyduj! – odrzekła. – Nie ma co trzymać jajek za długo, bo się zepsują, poza tym mamy trochę zamarynowanych. Edvin i Tina ucieszą się z deseru. W dodatku wkrótce przyjeżdża Anna i na pewno przywiezie z Forsy jajka, masło i wieprzowinę.
Iris przytaknęła i z uśmiechem odwróciła się do zlewozmywaka.
Tina wyciągnęła rączki do Betty i mocno ją uścisnęła, po czym wdrapała się na kuchenną ławę ze swoją lalką. Iris uszyła dla niej sukieneczkę z podartej ścierki i dziewczynka była ciekawa, czy ubranie będzie lalce pasowało.
Zerknąwszy ostatni raz do lustra, Betty wciągnęła rękawiczki, wzięła torebkę i teczkę, po czym wyszła z białej willi stojącej na wzniesieniu z piękną panoramą.
Szła przed siebie zdecydowanym krokiem. Wspaniale było się przespacerować! Może mogłaby się przejść aż do Råsundavägen i dopiero tam złapać tramwaj? Jednak rzut oka na zegarek uświadomił jej, że powinna się pośpieszyć. Wuj Mauritz miał dziś przyjść do biura i czekało ich wiele do omówienia. Nie chciała, by odniósł wrażenie, że Betty się ociąga i spóźnia do pracy. Nie po tym, co wyprawiał Carl-Axel.
Wsiadłszy do tramwaju, jak zwykle zajęła miejsca przy oknie, na samym tyle. Lubiła wyglądać na ulicę i swobodnie błądzić myślami.
W pierwszej chwili pomyślała o Carlu-Axelu. Zadzwonił zeszłego wieczoru i oznajmił, że w sobotni wieczór w ich domu ma być wydana kolacja. Przyjdzie doktor i kilkoro nowych znajomych Carla-Axela, których Betty nie miała jeszcze okazji poznać. Sama doprosiła wuja Mauritza, próbowała też ściągnąć Ester i Svena Thulinów, ale odmówili. Może przez ostatnie, nieudane świąteczne przyjęcie? Carl-Axel tak się wtedy upił, że o mało nie spalił obrusu wraz z całą dekoracją stołu.
Albo też woleli spędzić razem ostatnie dni, kiedy Sven był w domu? Prawie wszyscy mężczyźni dostawali powołanie do wojska i Thulinowie najpewniej chcieli się nacieszyć sobą, zanim Sven zostanie wezwany do służby.
Betty miała przyrządzić kolację sama, bo Iris wzięła na weekend wolne i wybierała się do domu. Przy odrobinie szczęścia Carl-Axel będzie w dobrym humorze i zabierze Tinę do parku, żeby Betty zaznała trochę spokoju w kuchni.
Uśmiechnęła się do swoich myśli – cieszyła się na gotowanie! Naprawdę to lubiła, odkąd nie musiała tego robić każdego dnia. Oby tylko udało jej się kupić coś, czym będzie mogła poczęstować gości. Całe szczęście, że miała swój zaufany sklepik przy Odenplan. Zawarła cichy układ ze sprzedawcą, który był świadom, że Betty potrafi rozpoznać produkty dobrej jakości, i cenił sobie jej kartki na żywność oraz dość zasobny portfel.
Tymczasem słońce wynurzyło się znad horyzontu i kiedy Betty wysiadała z tramwaju przy Odenplan, już miło przygrzewało w kark. W jego blasku wszystko wydawało się prostsze. Ostatnia zima była okropnie mroźna, podobnie jak poprzednia. O ile nie bardziej. W sztokholmskich parkach wciąż leżał biały puch, podobnie wyglądał ogród Betty, w dodatku ziemia była wciąż zmrożona.
Przystanęła w tym samym miejscu co zwykle i spojrzała na witrynę księgarni. Wystawiono w niej nowe powieści i piękne wydanie dzieł zebranych Selmy Lagerlöf. Betty zrobiła głęboki wdech, jakby zapach książek sięgał aż na ulicę. Ech, księgarnia! – pomyślała. Jak wspaniale byłoby pracować w takim miejscu... Uśmiechnęła się pod nosem i wyobraziła sobie, jak ustawia na półkach pachnące nowością książki.
Poczuła dobrze znaną chęć, by wejść do środka i nacieszyć się ich widokiem, ale sklep był jeszcze zamknięty, a ona powinna pędzić do biura.
Odruchowo spojrzała na gmach biblioteki miejskiej i w stronę Parku Observatorielunden, po czym ruszyła przed siebie Gyldéngatan.
Idąc, pozwoliła sobie na krótką chwilę wspomnień. Ujrzała jego przystojną twarz, choć tak naprawdę ledwie ją już pamiętała. Powędrowała myślami ku ich rozmowom, listom, zobaczyła jego oczy, tak podobne do oczu małej Tiny.
Martinie! Kochany, najdroższy Martinie! Jak zwykle w takiej chwili głęboko westchnęła, po czym odegnała wspomnienia. Minęło już tyle czasu... Ponad cztery lata. Sama była już kimś innym, życie też się zmieniło. Martin należał do przeszłości. I czy w ogóle wciąż żył?
Otrząsnęła się, jakby chciała zrzucić z siebie coś nieprzyjemnego. I – jak zawsze – zanim wsiadła do windy w kamienicy na Norrtullsgatan, podciągnęła w górę kąciki ust i wyprostowała plecy. Na drugim piętrze znajdowało się biuro Wydawnictwa Druków Drobnych.
Każda przejażdżka windą przepełniała ją dziecinną radością i zawsze gdy znalazła się w kabinie, sprawdzała w lustrze, czy kapelusz i upięcie włosów wyglądają, jak trzeba.ROZDZIAŁ 2
Dzień dobry!
Tora pośpiesznie podniosła głowę znad biurka i spojrzała na Betty.
Ta odpowiedziała ciepłym uśmiechem.
– Dzień dobry, Toro! – powtórzyła.
– Mamy sporo nowych druków. Przejrzałam je i uważam, że wyglądają świetnie, ale oczywiście byłoby najlepiej, gdyby jeszcze ktoś rzucił na nie okiem. – Dziewczyna wstała i wyjęła kupkę broszur ze skrzynki stojącej u jej stóp. Jej dźwięczny dialekt z Dalarny i pogodne usposobienie zawsze napawały Betty otuchą.
– Przyjdź do mnie po mojej naradzie z dyrektorem Schimmelem, przeanalizujemy razem prace z całego tygodnia – zaproponowała Betty.
Tora przytaknęła i usiadła z powrotem przy maszynie do pisania.
Nie przestając się uśmiechać, Betty poszła do swojego gabinetu. Tora pracowała w sekretariacie Wydawnictwa Druków Drobnych od równego roku, lecz Betty wciąż dokładnie pamiętała, jak dziewczyna stanęła w progu z listem polecającym ze szkoły stenotypii i grzecznie dygnęła.
– Czy pani Molanderowa mnie pamięta?
Oczywiście, że Betty pamiętała młodziutką Torę z Orsy, która tak dzielnie walczyła przez cały rok, by utrzymać posadę pomocy domowej u doktorostwa na Jungfrugatan, zanim w końcu złożyła wypowiedzenie.
Okazała się zdolna i bystra, a jąkała się tylko wtedy, gdy była bardzo zdenerwowana. Jedynym, co wadziło Betty w ich relacji, był fakt, że dziewczyna uparcie zwracała się do niej per „pani Molanderowo”. Nie znosiła tego i niechętnie wówczas reagowała. Ponieważ jednak Tora nie miała odwagi przejść z nią na „ty”, nieraz musiała się sporo nagimnastykować, zanim udało jej się przejść do rzeczy.
Przygładziwszy włosy, Betty usiadła w swoim fotelu. Światło słońca wpadało przez szybę szerokim strumieniem. Sięgnęła po kupkę korespondencji, spoczywającą na podkładce na biurku, i właśnie miała odpieczętować pierwszy list, kiedy otworzyły się drzwi w końcu korytarza.
– Betty, jesteś już?
Betty wstała, podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz.
– Jestem, wuju! – odrzekła.
– Bądź tak miła, zabierz manuskrypty z tego miesiąca i przyjdź tutaj do mnie!
Mauritz Schimmel siedział przy biurku, trzymał w dłoni pióro i podpisywał faktury. Kiedy Betty przekroczyła próg, poderwał się z fotela, jak przystało na gentlemana, i przywitał się z nią lekkim cmoknięciem w policzek. Następnie szerokim gestem pokazał widoczny za oknem Park Observatorielunden.
– Cóż za piękna pogoda! Nareszcie doczekaliśmy się odrobiny słońca po tej ponurej zimie.
Betty przytaknęła, uśmiechnęła się, usiadła na krześle obok biurka i rozłożyła na blacie manuskrypty.
– Zanim zaczniemy, chciałbym ci coś pokazać... – Wuj Mauritz sięgnął do kupki papierów leżącej po drugiej stronie biurka, zdjął część kartek z samej góry i pokazał je Betty. – Dostaliśmy co najmniej dwadzieścia manuskryptów z dziedziny literatury pięknej – kontynuował. – Zbiory wierszy, opowiadania, nawet powieści. Nie wiem, co jest tego przyczyną, bo zawsze podkreślam, że nie zajmujemy się takimi rzeczami. Wiesz, o co może chodzić?
Betty podniosła wzrok. I odrobinkę poczerwieniała.
– Cóż... Możliwe, że nie byłam aż tak kategoryczna jak wuj, kiedy mnie pytano. Bo niech wuj się zastanowi... Jeśli teksty są dobre, może moglibyśmy je wydać? Nie podobają się wujowi?
Mauritz Schimmel odłożył papiery na biurko i spojrzał na nią z surową miną.
– Jestem innego zdania – oznajmił. – To nie nasza branża, droga Betty. A kiedy się nie ma w czymś doświadczenia, nie powinno się w to coś angażować. Wiem, że dużo czytasz i chciałabyś wydawać literaturę piękną, ale to zwyczajnie nie nasza działka. Rozumiemy się?
Przewiercił ją wzrokiem. Betty spojrzała na niego, uśmiechnęła się z udawanym rozczarowaniem, po czym się zaśmiała. Wuj miał rację. Nie wątpiła w to. Ich sukces zasadzał się na tym, że działali w swojej niszy i byli w tym dobrzy.
– Twoje broszury dla dzieci są wielkim sukcesem! – mówił dalej wuj. – Kochają je szkoły, rodzice i wychowawczynie w przedszkolach. Sprzedają się jak ciepłe bułeczki! Nie wątpię, że to zasługa twoich pomysłów na ilustracje i rysunki techniczne.
Betty znów się roześmiała. W istocie – to ona wpadła na to, by zacząć wydawać edukacyjne broszury dla dzieci, i prędko stały się one niezwykle popularne.
Przytaknęła więc i sięgnęła po pierwszą kupkę przyniesionych przez siebie manuskryptów. Wuj zajął miejsce w fotelu obok.
– Te cztery uważam za bardzo udane. Pierwszy traktuje o Gustawie II Adolfie, drugi o wędkarstwie muchowym, trzeci o Eriku Johanie Stagneliusie, a czwarty o szczepieniu jabłoni. Przeczytałam wszystkie i trzy pierwsze właściwie nadają się do druku. Tekst o szczepieniu trzeba zredagować i uzupełnić jakimiś ilustracjami.
Wuj Mauritz z wprawą przeglądał manuskrypty, kiwał przy tym głową i pomrukiwał. Jego wzrok za szkłami okularów prędko przebiegał po wierszach. Raz po raz parskał z rozbawieniem, uśmiechał się do Betty i odchylał się na oparcie fotela. A Betty przyszło na myśl, że ktoś postronny nigdy nie dałby mu siedemdziesięciu dwóch lat.
Po narodzinach Tiny wuj przeniósł się z drukarni do swojego małego wydawnictwa. Od tamtej pory interes nieco się rozrósł i obecnie zapewniał utrzymanie im obojgu, Torze oraz chłopcu do wszystkiego, imieniem Bylin.
Ku wielkiemu niezadowoleniu Carla-Axela wuj Mauritz nie zrezygnował jednak z zarządzania drukarnią. Na dodatek – również ku rozczarowaniu męża Betty – przeniósł zakład do nowego lokalu na Kungsholmen, gdzie obecnie mieściło się również biuro.
Fakt ten był stale powracającym tematem rozmów Betty i Carla-Axela podczas wspólnych kolacji: czy Betty mogłaby nakłonić wuja, by wreszcie dotrzymał słowa i przepisał na niego firmę?
Jednak Betty znała zdanie wuja: nie był zadowolony ze sposobu, w jaki siostrzeniec zarządzał drukarnią. Carl-Axel był kapryśny, niegodny zaufania i na dłuższą metę niezainteresowany działalnością zakładu. Choć wuj wyrażał to inaczej:
– Twój mąż nie chce pracować jako dyrektor. On tylko chce nim być.
Dlatego wuj wciąż pozostawał prezesem zarządu i mógł podważać najbardziej szalone decyzje siostrzeńca piastującego rolę dyrektora.
Przejrzawszy ostatni fragment tekstu o szczepieniu jabłoni, pokazał długim, lekko zagiętym palcem na kartkę.
– No i? – rzucił. – Sądzisz, że to coś dla twojego znajomego? Chyba dobrze się spisał przy ostatniej broszurze dla ogrodników?
Betty się uśmiechnęła.
– Mówi wuj o Birgerze? Zapytam go. Zwykle cieszy się z dodatkowych zleceń.
Zapisała w notatniku, by przy najbliższej okazji zadzwonić do Birgera. I ucieszyła się na tę rozmowę, bo zwykle udzielał jej się jego pogodny nastrój, a jego przyjacielska postawa działała na nią inspirująco.
Wuj Mauritz kolejny raz odchylił się na oparcie fotela i przyjrzał się Betty z uwagą.
– Moja droga, uważam, że nadszedł czas, żebyś zaczęła podejmować samodzielne decyzje w sprawie druków – orzekł. – Omów wszystko z tym Birgerem na własną rękę. Chciałbym, żebyś za jakiś czas przejęła sprawy wydawnicze. Co ty na to?
Betty uśmiechnęła się szeroko i z ochotą pokiwała głową. Ekscytowała ją myśl, że będzie mogła podejmować decyzje w sprawie manuskryptów.
– Przy założeniu, że będziesz się trzymała naszych ustaleń – dodał wuj, żartobliwie grożąc jej palcem.
Roześmiała się.
Skończyli naradę koło dziesiątej. Tora przyniosła tacę z kawą zbożową i ciastkami z cukierni za rogiem. Wuj zajadał je ze smakiem, a Betty i Tora podśmiewały się z niego, robiąc do siebie zabawne miny. Ich zdaniem ciastka nie były zbyt smaczne, mimo wysokiej ceny. A już na pewno nie umywały się do domowych wypieków sprzed czasów racjonowania żywności! Tora i Betty wzięły po jednym kawałku i ledwie ich skosztowały. Za to wuj, pochłonąwszy wszystko, strzepnął okruszki z marynarki i podał tacę Torze na znak, że może ją zabrać. Następnie, z zadowoloną miną i wciąż przeżuwając ostatni kęs, rozparł się w fotelu i zatarł dłonie.
– Wiesz, Betty, za każdym razem, kiedy siedzę sobie tak wygodnie we własnym biurze, przypomina mi się, jak uciekłem z domu w wieku piętnastu lat!
Betty spojrzała na niego z zaskoczeniem.
– Wuj uciekł z domu? – zapytała.
Przymknął powieki i zaśmiał się pod nosem.
– Nie opowiadałem ci o tym? Uciekłem, a jakże! Ojciec chciał, żebym został oficerem, jak on i jego bracia. Ale ja wiedziałem, że to nie dla mnie. Matka życzyła sobie, żebym studiował medycynę, lecz to też mi nie odpowiadało. Bo widzisz, od zawsze wiedziałem, że chcę robić interesy. I już następnego dnia po ucieczce z rodzinnej posiadłości w Asklundzie otworzyłem swoją pierwszą działalność. Za wszystkie oszczędności kupiłem butelkowaną lemoniadę i sprzedawałem ją na najróżniejszych aukcjach i wystawach w całym Södermanlandzie. Najwięcej kosztowało mnie wynajęcie wozu z koniem i woźnicą, który transportował mnie i mój towar. Ale ten sam człowiek udostępnił mi również stajnię na magazyn. Przez jakiś czas spałem tam w pustym boksie i dzięki temu sporo zaoszczędziłem. Kiedy lato dobiegało końca, podwoiłem mój kapitał i od tamtego czasu szło mi coraz lepiej. Zawsze lubiłem robić interesy. – Wuj urwał na chwilę i uśmiechnął się do swoich myśli. – Po dziesięciu latach wróciłem do Asklundy – podjął. – Rodzina wciąż nalegała, żebym został oficerem, ale na szczęście kuzyn Egon wskoczył na siodło i został kawalerzystą. – Znów przerwał opowieść i zaniósł się śmiechem.
Betty słuchała go z zadziwieniem i zainteresowaniem. Tak niewiele o nim wiedziała! Po chwili wuj odwrócił głowę w stronę okna, zetknął opuszki palców obu dłoni i podjął opowieść:
– W międzyczasie kupiłem zakład drukarski i ożeniłem się z Honorine, moją przyjaciółką z dzieciństwa. Akurat to ostatnie bardzo się rodzinie spodobało. – Zamilkł i puścił oko do Betty. – Tak czy inaczej, ja i Honorine darzyliśmy się nawzajem wielkim szacunkiem i przez większość czasu żyło nam się bardzo dobrze, mimo że nie doczekaliśmy się dzieci. Cóż... Honorine od dziecka była chorowita i tak było aż do końca... Pozwoliła mi więc w całości poświęcić się mojej pracy. A mnie bardzo to odpowiadało! – Wuj ponownie zamilkł, wyjrzał przez okno i uciekł wzrokiem w dal. Potem nagle otrząsnął się jak pies i rozłożył ręce. – Wspomnienia, ech, wspomnienia! – wykrzyknął. – Robię się coraz starszy i coraz głupszy! Wracajmy do pracy. No już, Betty, nie siedź tu tak i nie próżnuj!
Ostatnie słowa wypowiedział ze śmiechem, a Betty, wracając do swojego gabinetu, też śmiała się pod nosem.
Popołudnie minęło w zawrotnym tempie i zanim Betty się obejrzała, była już czwarta. Zwykle wsiadała do tramwaju najpóźniej o wpół do piątej, żeby w domu pobyć trochę z Tiną. Jednak teraz z troską spojrzała na kupkę manuskryptów, która zamiast zmaleć w ciągu dnia, tylko się powiększyła. Nie było wyjścia – Betty musiała zabrać papiery do domu i zająć się nimi wieczorem. Wuj Mauritz wyszedł z biura po lunchu, a Bylin porządkował pocztę. Nagle w drzwiach gabinetu Betty stanęła Tora. Ze świadomością, jak mało zostało czasu, Betty posłała jej poirytowane spojrzenie.
– Słucham, o co chodzi? – zapytała.
Dziewczyna spąsowiała jeszcze bardziej niż zwykle i wyciągnęła rękę z plikiem kartek.
– To... mam tu... – Rumieńce na jej policzkach pociemniały, gdy zdała sobie sprawę, że znowu się jąka. Zrobiła głęboki wdech. – Proszę – rzuciła. – Pomyślałam, że może to coś warte przeczytania.
Betty zmarszczyła czoło, ale przyjęła papiery.
– Co to jest? – spytała.
– Manuskrypt. Krótkie spostrzeżenia i opowiastki o... o... – Znów zaczęła się jąkać, więc zamilkła, lecz się uśmiechnęła.
– Kto to napisał? – Betty zaczęła przeglądać tekst z nieufną miną. Manuskrypt składał się z rozlicznych kartek zapełnionych starannym maszynowym pismem.
Tora zrobiła kolejny głęboki wdech, po czym odważnie spojrzała Betty w oczy i dodała, bez najmniejszego zająknięcia:
– Moja znajoma. Pracuje jako pomoc domowa. I napisała właśnie o tym!
Betty ponownie przewertowała kartki, kiwnęła głową, a następnie położyła manuskrypt na szczycie kupki przeznaczonej do zabrania do domu.
– Dziękuję, wezmę to ze sobą i przeczytam wieczorem – zapewniła. – Czy to dobry tekst?
Tora przytaknęła. Uśmiechnęła się, a na jej twarzy odmalowała się ulga.
– Mnie się podoba – odrzekła. – W dodatku to całkiem zabawne!
Betty zerknęła na zegarek. Musiała pędzić. Zgarnęła kupkę papierów do aktówki i zarzuciła płaszcz. Na zewnątrz nie było już słonecznie, a pod jej zdecydowanie za cienkie ubranie wdarł się lodowaty północny wiatr. W ostatniej chwili wskoczyła do tramwaju i pojechała do domu.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------