Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ciężar wyboru - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 stycznia 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Ciężar wyboru - ebook

Po Apokalipsie magii świat nie runął od razu — najpierw zaczął wybierać ofiary. Znak pojawiający się na dłoniach stał się wyrokiem, a system, który miał chronić, odebrał ludziom prawo do decyzji. Lucan, jeden z nielicznych, którzy przeżyli płomień, staje się Kluczem do tajemnicy stojącej za nowym porządkiem. Wraz z Lyrą i Sevrinem wyrusza przez zrujnowany świat, gdzie każda odpowiedź rodzi kolejne pytania, a wolna wola ma swoją cenę. „Ciężar wyboru” to mroczna opowieść o odpowiedzialności, konsekwencjach i decyzjach, które mogą ocalić świat — albo złamać go ostatecznie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 220 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CIĘŻAR WYBORU

K. Ashen

1

Spis treści

PROLOG – Ostatnia Noc Świata .................................................... 5

Święto Ognia ............................................................................... 7

Krew i Popiół .............................................................................. 12

Pościg ....................................................................................... 16

Sevrin ........................................................................................ 19

Ślady popiołu ............................................................................. 23

Droga przez las .......................................................................... 27

Trop Dariana .............................................................................. 31

Pierwsza lekcja .......................................................................... 35

W sieci tropów ........................................................................... 39

Iskra w cieniu ............................................................................. 44

Krwawe ostrze ........................................................................... 48

Ruiny Wiatrów ............................................................................ 63

Próba w ruinach ......................................................................... 75

Droga ku Cieniom ...................................................................... 83

Trop ........................................................................................... 87

Cień wśród drzew ....................................................................... 91

Ogień i Cienie ............................................................................ 95

Spotkanie ................................................................................ 100

Droga trojga ............................................................................. 104

Trop krwi .................................................................................. 108

Szept doliny ............................................................................. 112

W ślad za płomieniem .............................................................. 116

Osada na południowym trakcie ................................................ 120

Wróbel i Wilk............................................................................ 130

Przełęcz Płomieni ..................................................................... 134

2

Wioska na granicy cienia .......................................................... 139

Echo pościgu ........................................................................... 145

Żywcem ................................................................................... 149

Ogień i cień .............................................................................. 153

Zasadzka ................................................................................. 156

Cena sojuszu ........................................................................... 159

Płomień zdrady ........................................................................ 164

Płaskowyż krwi ......................................................................... 168

Echo krwi ................................................................................. 172

Martwi i żywi ............................................................................ 175

Głosy wśród trupów ................................................................. 179

Jeszcze nie czas ....................................................................... 183

Krwawe Echo ........................................................................... 187

Klucz ....................................................................................... 190

Głębia ..................................................................................... 193

Tron ......................................................................................... 196

Rozmowa w Ogniu ................................................................... 199

Próba ...................................................................................... 201

Cena wyboru ........................................................................... 204

Popiół ...................................................................................... 207

Medalion ................................................................................. 210

Klęczący .................................................................................. 213

Kodeks .................................................................................... 217

Inna brama .............................................................................. 225

Mechaniczne echo ................................................................... 237

Brama ..................................................................................... 240

Ogień obozu ............................................................................ 244

3

Procesja .................................................................................. 249

Wnętrze Morr ........................................................................... 253

Upadek .................................................................................... 256

Próby Morr ............................................................................... 259

Tron z kamieni .......................................................................... 279

Droga wychodzących ............................................................... 291

Ogień w dolinie ........................................................................ 295

Poranek nad doliną .................................................................. 298

Bestia progu ............................................................................ 301

Dzień nauki .............................................................................. 312

Cena znaku.............................................................................. 317

Światło, które widać z daleka .................................................... 323

Ci, którzy patrzą ....................................................................... 328

Architektura winy ..................................................................... 332

Ten, który wybiera .................................................................... 336

Ci, którzy przychodzą po porządek ............................................ 340

Cena wyboru ........................................................................... 344

Fałszywy wybór ........................................................................ 348

Gdy porządek przestaje pytać ................................................... 352

Cena cofnięcia ........................................................................ 356

Dziedzictwo cofnięcia .............................................................. 360

Pierwszy cios ........................................................................... 365

Świat bez systemu ................................................................... 369

4

PROLOG – Ostatnia Noc Świata

Niebo pękło.

Najpierw był błysk — oślepiający, jakby słońce spadło z nieba w sam środek nocy. Potem przyszło dudnienie, głuche i ciężkie, przypominające głos samej ziemi. Wstrząsy przeszły przez ulice stolicy, rozrywając bruk, obalając posągi, miażdżąc domy. Ludzie wybiegali z kamienic, ale nie było dokąd uciec.

Miasto, dumne serce Imperium, płonęło od środka. Na placach wrzał tłum: matki tuliły dzieci, starcy klęczeli w modlitwach, wojownicy próbowali utrzymać porządek. Żołnierze w srebrnych zbrojach walczyli z paniką, ale ich miecze topniały w dłoniach, gdy fala gorąca przelewała się przez mury.

Wielka świątynia z czarnego kamienia była ostatnią nadzieją. W jej wnętrzu, pod kopułą wysoką jak niebo, krąg magów klęczał na kolanach. Ich twarze były blade, spocone, oczy jarzyły się nieludzkim światłem. Szeptali zaklęcia, każde słowo cięższe od poprzedniego. Ogień płynął wzdłuż ich żył, żar rozsadzał im piersi. Jeden z nich runął martwy na posadzkę, ale reszta nie przerwała.

To miał być rytuał ocalenia — ostatnia próba zamknięcia bram, które sami otworzyli. Ale moc, którą próbowali ujarzmić, wzbierała w nich jak wezbrana rzeka. Rozdarcie, tak nazywali to w księgach. Otworzyli je dla wiedzy, dla potęgi. Teraz okazywało się, że nie byli w stanie go powstrzymać.

Na tronie złotej sali zasiadał król Imperium. Stary, ale wciąż dumny, patrzył na płonące miasto przez roztrzaskane witraże. Pod stopami czuł drżenie marmuru, a nad głową widział, jak dach pałacu sypie się na kawałki. W ciszy szeptał imię swego syna, wiedząc, że nie ujrzy go już nigdy.

5

Na ulicach szerzył się obłęd. Ludzie modlili się do bogów, którzy milczeli. Dzieci płakały, choć nie rozumiały jeszcze, czym jest śmierć. Psy wyły, konie zrywały się z uwięzi. Rzeka unoszona magią wzbijała się w powietrze, wijąc jak srebrny wąż, zanim opadła z hukiem na dachy domów.

Na murach miasta stał żołnierz, zwykły strażnik. Patrzył na horyzont, gdzie ziemia pękała jak skorupa, a z rozpadlin wylewało się światło. Chciał uciec, ale nie miał dokąd. Przez moment przyszło mu do głowy, że nikt nie przeżyje. I wtedy, zanim fala ognia pochłonęła jego ciało, pomyślał, że przynajmniej umrze u siebie.

W świątyni krąg magów przestał być kręgiem. Jedni padali martwi, inni wrzeszczeli, rozrywani od środka. Tylko najwyższy z nich, Mistrz Zakonu, wciąż stał. Jego ciało płonęło, ale w oczach miał determinację. Podniósł ręce ku niebu i krzyknął: — Zamknij się! Ale niebo nie posłuchało.

Gdy kopuła świątyni runęła, w jej wnętrzu rozszedł się oślepiający błysk. Ulice zalewała fala światła, która nie była ogniem ani wodą. Była wszystkim naraz. Ludzie krzyczeli, lecz ich głosy zamilkły w jednej chwili.

W ruinach spalonego domu leżało dziecko. Może rok, może dwa. Krzyczało, ale ogień nie tknął jego skóry. Płomienie tańczyły wokół niego jak posłuszni słudzy. Oczy dziecka lśniły odbiciem światła, które nie należało do tego świata.

Gdy cisza zapadła nad miastem, nie było już królów ani magów, ani ludzi. Było tylko to dziecko, oddychające pośród popiołów.

Tamtej nocy świat umarł. Tamtej nocy narodziło się Rozdarcie.

6

Święto Ognia

Słońce wstało nad Dolinami złotym blaskiem, rozlewając się po falujących łanach zbóż niczym rzeka światła. Poranna rosa lśniła na źdźbłach trawy jak rozsypane szkło, a powietrze było rześkie, pachnące ziemią i dymem z ognisk. Wioska Thalen, niewielka osada zagubiona między polami i lasami, budziła się tego dnia w niezwykłym poruszeniu. To miał być dzień Święta Ognia.

Lucan siedział na progu kuźni ojca, opierając łokcie o kolana. Patrzył, jak słońce wspina się coraz wyżej nad horyzont, jak z pól wracają kobiety z pierwszymi naręczami zboża do ozdobienia placu. Dłonie miał umazane sadzą, paznokcie czarne od żelaza. Pachniał dymem i rozgrzanym metalem, bo jego dzień zwykle zaczynał się w kuźni — niezależnie od tego, czy było święto, czy zwykły targowy poranek.

— Lucan! — rozległ się warkotliwy głos z wnętrza warsztatu. — Do roboty, nie będziesz całe przedpołudnie gapił się w niebo! Święto świętem, ale gwoździe same się nie wykłują.

Lucan westchnął ciężko, lecz posłusznie wstał i sięgnął po skórzany fartuch. Ojciec nie znał litości, nawet w dni takie jak ten.

Wnętrze kuźni tonęło w półmroku. Rozżarzone palenisko huczało, rozświetlając stalowe formy zawieszone na ścianach. Ojciec stał nad kowadłem, ogromny, szeroki w barach mężczyzna, którego ramiona przypominały pień starego dębu. Blizny na jego twarzy świadczyły o dawnych walkach, o których rzadko mówił.

— Podsyć ogień — warknął, uderzając młotem w pręt rozgrzany do czerwoności. Iskry posypały się jak rój złotych owadów.

Lucan chwycił miech i zaczął pompować powietrze. Żar buchnął jasnym płomieniem, a ciepło uderzyło go w twarz. W tej chwili poczuł

7

to znowu — dziwne mrowienie, jakby ogień oddychał razem z nim. Płomienie drgnęły, zatańczyły w rytm jego oddechu.

„Bracie…”

Usłyszał szept, tak cichy, że niemal mógł go wziąć za własną myśl. Mrugnął gwałtownie, potrząsnął głową. Ogień trzaskał już normalnie, ojciec niczego nie zauważył.

— Pamiętaj, chłopcze — mruknął kowal, nie odrywając wzroku od pracy. — Stal hartuje się w ogniu. Człowiek też.

Lucan skinął głową, choć bardziej słuchał głosów dochodzących z zewnątrz. Cała wioska szykowała się na święto: kobiety stroiły chaty wieńcami ze zboża i czerwonych kwiatów, dzieci biegały po placu z pierwszymi pochodniami, chłopcy pomagali stawiać kukły ze słomy, ubrane w stare, poszarpane szaty.

Dopiero po południu ojciec zdjął fartuch i niechętnie machnął ręką. — Idź. Ale pamiętaj, Lucan: w święcie chodzi o pamięć, nie o tańce.

Lucan uśmiechnął się pod nosem i wybiegł na plac.

Święto Ognia było najważniejszym dniem w Dolinach. Co roku przypominało ludziom, że magia jest przekleństwem, a płomień — karą, którą bogowie zesłali światu.

Na środku placu ustawiono kukły magów. Było ich pięć: wysokie, słomiane postacie, którym smołą wymalowano czarne twarze i czerwone oczy. Dzieci rzucały w nie kamieniami, plując i wykrzykując obelgi. Dorośli patrzyli poważnie, jakby w tym rytuale było coś więcej niż zabawa.

— Lucan! — zawołała jego młodsza siostra, dziewczyna drobna, o włosach tak ciemnych, że błyszczały jak skrzydła kruka. Podbiegła do niego z pochodnią w dłoni. — Chodź, będziemy obchodzić kukły!

8

Chłopak uśmiechnął się i dołączył do grupy młodych. Okrążyli plac, śpiewając pieśń:

_„Magia_ _to_ _grzech,_ _magia_ _to_ _krew, Magia_ _sprowadza_ _na_ _świat_ _nasz_ _gniew. W_ _ogniu_ _spalona,_ _w_ _ogniu_ _zginie, Kto magię przywoła — w popiele spłynie.”_

Lucan powtarzał słowa razem z innymi, ale w środku czuł, że coś jest nie tak. Każdy wers pieśni odbijał się w nim jak ostrze. Przecież sam wiedział, że magia… była w nim.

Słońce zaszło, a na placu zapłonęły pochodnie. Starszy wioski, siwobrody mężczyzna, wszedł na podwyższenie i podniósł ręce. — Bracia i siostry! Dziś wspominamy noc, w której pycha magów sprowadziła Rozdarcie! Ślubujemy, że nigdy nie dopuścimy ich plugastwa do naszych ziem!

— Nigdy więcej! — odpowiedział tłum.

Kukły zajęły się ogniem. Płomienie buchnęły wysoko, trzaskając i sycząc. Dzieci tańczyły w kręgu, dorośli śpiewali, a noc rozbrzmiewała śmiechem i radosnym wrzawą.

Lucan wpatrywał się w ogień. I znów — przez ułamek sekundy miał wrażenie, że płomień odwrócił się ku niemu, jakby rozpoznał swojego pana. Dłoń rozgrzała się nienaturalnie, a w uszach usłyszał ten sam szept co w kuźni. „Bracie…”

Serce przyspieszyło mu gwałtownie. Odsunął się, zacisnął pięści. Nie, to tylko zmęczenie. To tylko ogień.

Gdy ostatnia kukła obróciła się w popiół, ludzie zaczęli rozchodzić się do domów. Plac pustoszał, dzieci ziewały, kobiety zbierały naczynia

9

po wieczerzy. Lucan szedł obok siostry, gdy nagle usłyszał coś, co sprawiło, że włosy stanęły mu dęba.

Rytmiczny, ciężki huk.

Nie był to bęben ani młot. To były kroki — stalowe, równomierne, zbliżające się od strony gościńca.

Ludzie znieruchomieli. Głosy ucichły, a cisza spadła na wioskę jak ciężka zasłona.

Na skraju placu wyłoniły się sylwetki. Dwunastu mężczyzn w czarnych płaszczach, z halabardami błyszczącymi w księżycowym świetle. Maski zakrywały ich twarze, a na piersiach połyskiwał krzyż ognia.

Łowcy Rozdarcia.

Ktoś krzyknął, ktoś inny szepnął modlitwę. Matki przyciągnęły dzieci do piersi, mężczyźni cofnęli się krok, nie śmiąc sięgnąć po broń.

Dowódca Łowców wyszedł naprzód. Był wysoki, a spod hełmu sterczała siwa broda. Głos miał twardy, bezbarwny, zimny jak ostrze. — Na rozkaz Zakonu Rozdarcia — powiedział. — Przyszliśmy po to, co należy do nas.

Lucan poczuł, że serce wali mu w piersi jak młot w kuźni. Jego siostra ścisnęła go mocniej za rękę.

Dowódca przesunął spojrzeniem po tłumie. — W tej wiosce ukrywa się piętno Rozdarcia. Dziecko, które nosi w sobie moc, jakiej nie powinno być.

Szepty rozeszły się po placu. Strach był namacalny.

Dowódca podniósł dłoń. — Przeszukać domy. Znajdźcie go.

Łowcy rozdzielili się, ruszając w ciemne uliczki. Noc rozdarły dźwięki wyważanych drzwi, płacz dzieci, krzyki przerażonych ludzi.

10

Lucan poczuł, że żołądek ścisnął mu się w supeł. Wiedział, choć nikt nie wymówił jego imienia: przyszli po niego.

11

Krew i Popiół

Plac w Thalen rozbrzmiewał jękami i płaczem. Łowcy rozeszli się po wiosce, a echo ich stalowych kroków niosło się wąskimi uliczkami. Drzwi wyważano z trzaskiem, kobiety krzyczały, dzieci piszczały, mężczyźni próbowali protestować — ale halabardy błyskawicznie uciszały każdy sprzeciw.

Lucan stał pośrodku tłumu, wciąż ściskając dłoń siostry. Czuł, jak jej palce drżą, jakby zaraz miała się wyrwać i uciec. Serce waliło mu tak mocno, że miał wrażenie, że wszyscy dookoła je słyszą.

Dowódca Łowców nie odchodził z placu. Stał nieruchomo, niczym czarny posąg, tylko jego oczy błyszczały zza szczelin maski. Wokół niego tworzyła się pusta przestrzeń — ludzie bali się podejść bliżej niż na kilka kroków.

— Znajdziemy go — odezwał się chłodnym tonem. — Nikt nie ukryje skażonej krwi.

Jeden z Łowców wrócił, ciągnąc za włosy młodą kobietę. Rzucił ją na ziemię przed dowódcą. — Nie chciała wpuścić — burknął.

Dowódca skinął głową. Ostrze halabardy opadło i błyskawicznie zakończyło sprawę. Kobieta nie zdążyła nawet krzyknąć.

Lucan poczuł, jak żołądek ścisnął mu się w supeł. Ludzie jęknęli, ale nikt nie ruszył na pomoc. Strach był zbyt wielki.

Ojciec Lucana wypadł z kuźni, twarz miał pobladłą od gniewu i lęku. Podszedł do syna i chwycił go za ramię. — Wracaj do środka! — warknął. — I nie wychodź, dopóki nie powiem.

Lucan chciał się posłuchać, ale wtedy jeden z Łowców zatrzymał się tuż przed nimi. Spojrzał na niego zza maski i uniósł halabardę.

12

— Ty — powiedział, wskazując ostrzem wprost na Lucana. — Podejdź.

Chłopak zamarł. Siostra ścisnęła jego rękę mocniej. Ojciec odsunął go za siebie, sam stając naprzeciw zbrojnego. — To mój syn. Zwykły kowal. Nic więcej.

Łowca przechylił głowę, jakby badał prawdę w oczach chłopaka. — Zwykły kowal nie sprawia, że ogień się kłania.

Lucan poczuł, że wstrzymał oddech. Czy ktoś widział to wczoraj przy kukłach? Czy to możliwe, że płomień naprawdę zareagował?

Dowódca Łowców zrobił krok naprzód. — Weźcie go.

Dwóch zbrojnych ruszyło w stronę Lucana. Siostra krzyknęła, ojciec uniósł młot, gotów walczyć.

I wtedy w Lucanie coś pękło.

Najpierw był strach. Potem gniew.

Potem poczucie, że całe jego życie w jednej chwili traci sens.

Ciepło buchnęło mu w piersi. Rozlało się po żyłach, palące i lodowate zarazem. Świat wokół zamglił się, a płomienie z pochodni nagle przygasły, jakby zamarły w oczekiwaniu.

Lucan krzyknął.

Z jego ciała wyrwała się fala ognia i światła. Powietrze eksplodowało, ziemia zatrzęsła się pod stopami. Łowcy polecieli w tył jak szmaciane kukły, ich zbroje zaczęły się topić na ciałach. Trzech ludzi upadło martwych w jednej chwili, kolejnych sparaliżowało gorąco.

Drewniane dachy zajęły się płomieniem. Stodoła runęła jak po uderzeniu pioruna. Krzyki ludzi przebiły noc, płacz dzieci mieszał się z

13

hukiem walących się belek. Wioska, jeszcze chwilę temu rozświetlana przez święte ognie, teraz płonęła naprawdę.

Lucan stał pośrodku, oszołomiony. Dłonie mu płonęły, ale nie czuł bólu. Widok przerażonych ludzi, cofających się jak przed bestią, był gorszy od ognia.

— Lucan… — siostra szeptała, trzymając go za rękaw. Jej oczy były szerokie, pełne strachu, ale i czegoś, czego nie rozumiał — podziwu? — Co… co ty zrobiłeś?

Ojciec powoli podniósł się z ziemi. Młot wypadł mu z dłoni, twarz miał bladą jak popiół. Spojrzał na syna i w jego oczach nie było ani dumy, ani ulgi. Był tylko gniew i lęk. — Coś ty zrobił? — wychrypiał.

Lucan rozchylił usta, ale nie znalazł słów.

Ojciec cofnął się krok, jakby patrzył na obcego. Głos miał ciężki, pęknięty.

— Ty nie jesteś moim synem. Ty jesteś Rozdarciem.

Te słowa uderzyły mocniej niż ogień. Ludzie wokół jęknęli, ktoś upuścił naczynie, ktoś inny zasłonił dziecku oczy. Wszyscy cofnęli się od Lucana, robiąc wokół niego pustkę.

Chłopak poczuł, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Cofnął się, potem drugi raz. Wiedział, że nie ma już domu. Nie ma ojca. Nie ma miejsca w tej wiosce.

Obrócił się i zaczął biec.

Przeskoczył płot, wpadł między drzewa. Gałęzie biły go po twarzy, korzenie plątały mu nogi, ale nie zwalniał. Za sobą słyszał krzyki.

— Złapać go! On jest piętnem!

Biegł, aż zabrakło mu tchu. Biegł, bo wiedział, że jeśli się zatrzyma, jeśli spojrzy za siebie, to ogień pochłonie wszystko, co kochał.

14

Las zamknął się nad nim, czarny i gęsty, a noc wessała go w swoje wnętrze.

15

Pościg

Lucan biegł, potykając się o korzenie, rozcinając dłonie na ostrych gałęziach. Las zamknął się nad nim jak czarna paszcza, a noc zdawała się nie mieć końca. Oddech rwał mu płuca, a w uszach wciąż dudniły krzyki ludzi, widok ojca odwracającego się od niego wracał raz po raz, boleśniejszy niż każdy cios.

„Nie jesteś moim synem. Jesteś Rozdarciem.”

Słowa ojca ciążyły mu w głowie jak kamienie. Nie wiedział, czy płakał od dymu, czy od bólu, czy od wszystkiego naraz.

Za plecami rozlegały się głosy. Łowcy nie zrezygnowali. Metaliczny szczęk zbroi i trzask łamanych gałęzi niósł się echem w głąb puszczy.

Lucan potknął się i runął na ziemię. Uderzenie wyrwało mu powietrze z płuc. Zwinął się, próbując złapać oddech, ale wtedy usłyszał to: niski, spokojny głos, jak stal przesuwająca się po kamieniu.

— Wstawaj, chłopcze.

Odwrócił głowę. W świetle księżyca, między drzewami, stał mężczyzna w czarnym płaszczu. Maski nie miał — twarz była odkryta.

Był młody, może dwadzieścia pięć lat, o ostrych rysach i spojrzeniu zimnym jak lód. W jego oczach nie było gniewu ani nienawiści. Była tylko pewność.

Darian.

Lucan nie znał jego imienia, ale wiedział, że ma przed sobą kogoś innego niż tamtych Łowców. Ten nie był brutalem, który wchodzi do domów i rabuje. Ten był mieczem Zakonu, prawą ręką Rozdarcia.

— Jesteś szybki — powiedział Darian, robiąc krok naprzód. Na ramieniu zwisała mu halabarda, którą niósł tak lekko, jakby była kawałkiem drewna. — Ale to nic nie da. Biegniesz na oślep.

16

Lucan poderwał się, ruszył w bok, ale Darian jednym ruchem zatarasował mu drogę. Był szybki. Zbyt szybki.

— Ja… ja nie chciałem! — wyrzucił z siebie Lucan, cofając się. — To… to samo się stało!

Darian zmrużył oczy. — Tak zawsze mówią.

Lucan czuł, jak ogień w nim drży, jakby chciał znowu wybuchnąć. Ale był wyczerpany, a ciało odmawiało posłuszeństwa.

— Proszę… — głos mu się załamał. — Nie jestem potworem.

Na twarzy Dariana nie pojawił się cień litości. — Nie mnie to oceniać. Ja tylko wykonuję rozkazy.

Podniósł halabardę.

Lucan odruchowo cofnął się jeszcze krok, potykając się o korzeń. Plecami uderzył o pień drzewa. Był w pułapce.

I wtedy usłyszał trzask z lewej strony. Ktoś jeszcze był w lesie. Darian również to usłyszał, uniósł głowę, a w jego oczach po raz pierwszy pojawiło się zaskoczenie.

Z mroku wynurzyła się sylwetka. Wysoka, smukła, w płaszczu z kapturem. Twarz skryta w cieniu.

— Odejdź od niego — powiedział obcy spokojnym, niskim głosem.

Darian zacisnął dłonie na drzewcu halabardy. — To dziecko Rozdarcia. To nie twoja sprawa.

— Od teraz jest — odparł tamten.

Lucan nie wiedział, kim jest ten człowiek, ale głos miał inny niż wszyscy, których dotąd znał. Nie brzmiał ani jak gniew, ani jak litość. Brzmiał jak decyzja.

17

Darian zmierzył go wzrokiem. Był wojownikiem i czuł, kiedy ma przed sobą przeciwnika godnego walki. Ale zamiast rzucić się od razu, cofnął się powoli.

— To się jeszcze nie skończy — powiedział chłodno. Spojrzał na Lucana, a jego oczy były ostrzejsze niż klinga. — Znajdę cię.

Odwrócił się i zniknął w ciemnościach, a wraz z nim jego ludzie, którzy dołączyli z opóźnieniem.

Lucan osunął się na kolana, dygocząc. Nie wiedział, czy bardziej ze strachu, czy z ulgi. Spojrzał na obcego w kapturze.

— Kim… kim jesteś?

Człowiek odsunął kaptur. Jego twarz była blada, oczy ciemne i przenikliwe. Na ustach błąkał się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.

— Imię niewiele ci powie — odparł. — Ale jeśli chcesz żyć, musisz iść ze mną.

Lucan zawahał się, ale wiedział, że nie ma wyboru. Wioska go odrzuciła, ojciec się wyrzekł, Łowcy będą tropić go bez końca. Jedyną drogą było podążyć za tym nieznajomym.

A w głębi serca poczuł, że właśnie tu zaczyna się jego prawdziwa historia.

18

Sevrin

Las nocą zdawał się bez końca. Drzewa wyrastały wysoko jak czarne kolumny, ich gałęzie szeptały coś w mroku, a ziemia była miękka od mchów i igliwia. Każdy krok wydawał się za głośny, każde drgnięcie gałęzi — jak krzyk ostrzeżenia.

Lucan szedł obok swojego wybawcy, chwiejnie, z oczyma wciąż pełnymi popiołu i łez. Każdy oddech palił go w płucach, ale bardziej niż bieg męczyły go wspomnienia. Twarz ojca, gdy padły tamte słowa: _„Ty nie_ _jesteś_ _moim_ _synem._ _Ty_ _jesteś_ _Rozdarciem.”_ Każde powtórzenie tego zdania wbijało mu się w serce jak gwóźdź.

Nieznajomy milczał. Poruszał się płynnie, cicho, jakby jego kroki nie dotykały ziemi. Tylko od czasu do czasu odwracał głowę, upewniając się, że Lucan nadąża.

W końcu chłopak nie wytrzymał. — Dlaczego… dlaczego to zrobiłeś? — spytał ochrypłym głosem.

— Co zrobiłem? — odparł nieznajomy spokojnie, nie zatrzymując się.

— Wystąpiłeś przeciw Łowcom. Uratowałeś mnie. A przecież oni… oni zabili by cię za to bez wahania.

Cisza zawisła na moment. Wreszcie tamten odparł: — Łowcy zabijają każdego, kto stanie im na drodze. To nic nowego. A ja nie lubię, kiedy świat należy tylko do nich.

Lucan spojrzał na niego z boku. — Więc… jesteś buntownikiem?

Nieznajomy parsknął cicho, jakby rozbawiony. — Słowo „buntownik” wymyślili zwycięzcy, żeby łatwiej można było wieszać przegranych.

Zapadła kolejna cisza, gęsta jak mrok wokół nich.

19

— Jak mam ci mówić? — odezwał się w końcu Lucan. — Kim jesteś?

Tamten zatrzymał się i obrócił ku niemu. Zsunął kaptur z głowy.

Twarz miał surową, o ostrych rysach, z cienką blizną przecinającą policzek. W księżycowym świetle jego oczy błyszczały ciemnym, niepokojącym blaskiem.

— Sevrin. Tak mnie nazywają — powiedział. — Reszta nie ma znaczenia.

Lucan skinął głową, próbując zapamiętać. To imię brzmiało jak miecz wyciągany z pochwy — krótkie, ostre i zimne.

Sevrin uniósł brew. — A ty?

— Lucan — odparł niepewnie. — Zwykły kowal.

Na twarzy Sevrina pojawił się cień uśmiechu. — Zwykły kowal, który jednym krzykiem spalił pół wioski i rzucił na kolana Łowców? To dość osobliwa definicja zwykłości.

Lucan odwrócił wzrok, przygryzł wargę. — Nie chciałem tego. Przysięgam, nie chciałem. To samo się stało.

— Moc nigdy nie dzieje się „sama” — odparł Sevrin spokojnie. — To ty ją obudziłeś.

— Nie! — Lucan zatrzymał się, gniewnie zacisnął pięści. — Nie rozumiesz! Byłem przerażony, chcieli mnie zabrać, ojciec… ojciec… — głos mu się załamał. — Nie chciałem nikogo skrzywdzić.

Sevrin podszedł bliżej, zatrzymał się tak blisko, że Lucan poczuł jego chłodny oddech.

— Strach i gniew to dwie bramy tej samej mocy. Otworzyłeś je obie. Nie miej złudzeń — to nie była pomyłka.

Lucan spuścił głowę. Łzy zbierały mu się w oczach, ale zaciskał powieki, by nie pozwolić im spłynąć.

20

Sevrin odwrócił się i ruszył dalej. — Jeśli chcesz przeżyć, musisz się nauczyć panować nad tym, co w tobie płonie. Inaczej spalisz siebie i wszystkich wokół.

Lucan podążył za nim, choć w jego sercu wciąż tlił się bunt.

Dotarli do niewielkiej polany. Nocne niebo było tu bardziej otwarte, pełne gwiazd, które zdawały się patrzeć z góry jak zimne oczy. Pośrodku leżał powalony pień, na którym Sevrin usiadł spokojnie, jakby las był jego domem.

Lucan stał niepewnie, obejmując ramionami własne ciało. — Więc co teraz? — zapytał.

Sevrin splótł dłonie, patrząc gdzieś w dal. — Teraz uczysz się oddychać. Nie uciekać, nie zaprzeczać. Oddychać. Bo moc w tobie to ogień. A ogień, jeśli nie ma miejsca, żeby płonąć, eksploduje.

— Ale ja tego nie chcę… — wyszeptał Lucan. — Chcę tylko wrócić.

Sevrin spojrzał na niego twardo. — Wrócić? Dokąd? Do ojca, który odwrócił się od ciebie? Do wioski, która będzie nazywać cię potworem?

Lucan zamilkł. Każde słowo bolało, bo było prawdą.

— Kim właściwie jesteś? — zapytał po chwili. — Łowcy polują na takich jak ja, a ty… ratujesz mnie. Dlaczego?

Sevrin uśmiechnął się gorzko. — Może widzę w tobie kogoś, kim sam byłem. A może… kim nigdy nie byłem, a chciałem.

— To znaczy?

— To znaczy, że twoje życie już nie należy do ciebie samego. Łowcy nie przestaną cię szukać. Świat będzie chciał cię spalić. Więc jeśli nie

21

chcesz zginąć w pierwszej wiosce, którą napotkasz, musisz nauczyć się być silniejszy niż oni.

Lucan spojrzał w ziemię. — A ty… nauczysz mnie?

Sevrin oparł łokcie na kolanach, patrząc mu prosto w oczy. — Nauczę cię przeżyć. Reszta zależy od ciebie.

Cisza nocy otuliła ich jak płaszcz. Gdzieś daleko zahukała sowa, a wilki zawyły na wzgórzach. Lucan siedział naprzeciw Sevrina, zmęczony, zagubiony, ale po raz pierwszy od wybuchu ognia nie czuł się całkiem sam.

A jednak, gdy spojrzał na swojego wybawcę, w jego spojrzeniu było coś, co budziło niepokój.

Sevrin uratował go — to prawda. Ale w jego oczach błyszczała iskra, której Lucan nie potrafił nazwać.

Nie był to ani lęk, ani gniew. To było coś gorszego.

To była decyzja.

22

Ślady popiołu

Świt wstał powoli, czerwony i ciężki, jakby sam dzień żałował, że musi narodzić się nad zgliszczami. Wioska Thalen już nie istniała. Zamiast domów stały pogorzeliska, dym unosił się w szarych pasmach ku niebu, a popiół osiadał na ziemi grubą warstwą, przypominając śnieg. Pachniało spalenizną i krwią.

Po placu, gdzie jeszcze wczoraj płonęły kukły, przechadzały się kruki, dziobiąc martwe ciała.

Darian kroczył powoli między ruinami, jego czarny płaszcz szurał po popiele. Na twarzy miał stalową maskę, której nigdy nie zdejmował przy poddanych, ale teraz, gdy towarzysze rozeszli się po wiosce, odchylił ją i odsłonił oblicze.

Był młody, choć wyglądał starzej, jakby lata służby odcisnęły na nim zmarszczki i cienie. Miał krótkie, ciemne włosy i spojrzenie jasne, zimne, przeszywające wszystko na wskroś.

Zatrzymał się przy zwęglonej chacie, gdzie wczoraj bawiły się dzieci. Wszedł do środka. Dach zapadł się, ściany osmolone, w kącie leżały dwa ciała, splecione ze sobą w ostatnim uścisku. Matka i dziecko.

Darian przyklęknął. Przesunął dłonią po ziemi, zbierając garść popiołu.

— Ogień — wyszeptał. — Zawsze ogień.

Za jego plecami stanął jeden z Łowców. — Panie, przeszukaliśmy wszystko. To on. Chłopak z kuźni. Nazywał się Lucan.

Darian spojrzał na niego ostro. — Skąd pewność?

23

Łowca skinął głową na plac. — Widzieliśmy. Mieszkańcy mówią, że to on spalił połowę domów jednym krzykiem. Ojciec go wyparł. Uciekł w las.

Darian zacisnął dłoń na popiele tak mocno, że czarne drobiny rozsypały się między palcami.

— Lucan… — powtórzył cicho, smakując imię, jakby miało stać się dla niego modlitwą albo przekleństwem.

Łowca przesunął się niespokojnie. — Panie, reszta wioski… co z nimi?

Darian wstał, wyprostowany, zimny jak miecz. — Reszta wioski już jest martwa.

Łowca zawahał się. — Ale kilku przeżyło. Ukryli się w piwnicach. Mówią, że nie wiedzieli o mocy chłopaka.

Darian spojrzał mu prosto w oczy. — Jeśli naprawdę nie wiedzieli — są winni głupoty. A głupota też jest grzechem.

Na placu zebrał garstkę ocalałych. Kobiety z dziećmi, dwóch starców, kilku chłopców. Stali drżący, w popiele, patrząc na niego błagalnie.

— To nie nasza wina — szlochała kobieta, przyciskając dziecko do piersi. — Przysięgam, panie, my nie wiedzieliśmy…

— Nie wiedzieliście — powtórzył Darian chłodno. — A jednak karmiliście go, pozwalaliście mu dorastać. Daliście schronienie piętnu.

Starzec z laską upadł na kolana. — On był tylko chłopcem! Zawsze pracował w kuźni, pomagał ojcu!

24

Darian pochylił się, patrząc mu w oczy. — A jednak w jednej chwili spalił wasze domy. Czy to robi zwykły chłopiec?

Starzec rozpłakał się, nie mając odpowiedzi.

Darian wyprostował się i skinął na Łowców. — Zabić wszystkich.

Kobieta wrzasnęła, chłopcy próbowali uciec, ale halabardy zrobiły swoje. Krew wsiąkła w popiół.

Darian patrzył na to bez mrugnięcia. Nie dlatego, że sprawiało mu to przyjemność. Nie odczuwał radości ani satysfakcji. Od dawna w jego sercu nie było miejsca na takie emocje.

To był obowiązek.

Gdy zapadła cisza, a ciała leżały nieruchomo, Darian podszedł z powrotem do kuźni. W kącie, pod zwalonym belkiem, znalazł młot kowalski. Chwycił go w dłonie. Był ciężki, prosty, porysowany od lat pracy.

„Ojciec kowal. Syn ognia.”

Odłożył młot i spojrzał na horyzont.

Lucan uciekł w las. A to oznaczało, że trop dopiero się zaczynał.

Do Dariana podszedł młody Łowca, jeden z nowicjuszy. Jego głos drżał.

— Panie… dlaczego to takie ważne? To tylko chłopak.

Darian odwrócił się powoli. Jego spojrzenie było lodowate. — To nie jest „tylko chłopak”. To żywy dowód, że Rozdarcie nigdy się nie skończyło. Jeśli nie zabijemy go teraz, urośnie w siłę. A wtedy cały ten świat spłonie tak samo, jak spłonęła ta wioska.

25

Młody Łowca przełknął ślinę i skinął głową. — Rozumiem.

— Nie — odparł Darian chłodno. — Jeszcze nie rozumiesz. Ale zrozumiesz, kiedy zobaczysz, co on potrafi.

Uniósł maskę i zasłonił twarz. Głos spod metalu brzmiał jak wyrok: — Ruszamy za nim. Nie spocznę, póki jego ciało nie stanie się kolejnym śladem popiołu.

Darian ruszył przodem, a reszta Łowców podążyła za nim. Za ich plecami wioska Thalen pogrążała się w ciszy, z której już nigdy się nie podniosła.

Kruki wzbiły się w powietrze, kracząc złowrogo, jakby ogłaszały całemu światu, że nowy pościg właśnie się rozpoczął.

26

Droga przez las

Las pachniał wilgocią i żywicą. Księżyc co chwilę chował się za chmurami, a wtedy wszystko tonęło w czerni tak gęstej, że Lucan miał wrażenie, iż idzie przez wnętrze zamkniętej pieczary.

Szli już wiele godzin. Sevrin prowadził, krocząc pewnie, jakby znał każdą ścieżkę, każdy zakręt i każdy kamień. Lucan szedł za nim, potykając się co chwila, potajemnie ocierając łzy. Każdy krok oddalał go od Thalen, a w jego głowie wciąż wracały obrazy: płonące dachy, wrzaski sąsiadów, spojrzenie ojca, w którym była tylko nienawiść.

W końcu Lucan nie wytrzymał. — Ja… ja zabiłem ich wszystkich — wyszeptał.

Sevrin nie odwrócił się, ale głos miał spokojny: — To nieprawda.

— Widziałem! — Lucan przystanął, a jego głos drżał. — Ogień wyszedł ze mnie. Domy stanęły w płomieniach, ludzie… krzyczeli. To była moja wina.

Sevrin obrócił się powoli. Jego spojrzenie było twarde, ale nie zimne. — Ogień, który wybuchł w tobie, był chaosem. Ty byłeś tylko naczyniem. Nie rozumiesz jeszcze, czym naprawdę jest moc.

Lucan zacisnął pięści. — A czym jest?

Sevrin zbliżył się o krok. — Wyobraź sobie rzekę. — Podniósł rękę i gestem wskazał na ciemność lasu. — Kiedy płynie korytem, daje życie. Ale jeśli zerwie tamę, niszczy wszystko, co stanie na jej drodze. Ty jesteś korytem. Twoja wola decyduje, czy ogień będzie źródłem, czy katastrofą.

27

Lucan spuścił wzrok. — Ale ja nie mam woli. Ja nawet nie wiedziałem, że to w ogóle we mnie jest…

Sevrin nachylił się, patrząc mu prosto w oczy. — A teraz już wiesz.

Zapadła cisza. Tylko wiatr zaszumiał w koronach drzew.

Rankiem znaleźli strumień. Sevrin zatrzymał się, ukląkł przy brzegu i obmył twarz w lodowatej wodzie. Lucan padł obok, spragniony, i pił łapczywie, aż rozbolał go żołądek.

— Zostaw trochę siły — mruknął Sevrin, otrząsając dłonie. — Droga będzie długa.

Lucan spojrzał na niego nieufnie. — Dokąd idziemy?

— Tam, gdzie Łowcy cię nie znajdą — odparł krótko.

— To możliwe? — zapytał Lucan gorzko. — Przecież oni są wszędzie.

Sevrin uniósł brew. — Nie wszędzie. Są miejsca, gdzie nawet oni nie mają odwagi się zapuszczać.

— Jakie miejsca?

Sevrin uśmiechnął się lekko, ale nie odpowiedział od razu. Dopiero po chwili powiedział: — Dowiesz się, kiedy tam dotrzemy.

Lucan westchnął.

— Ty zawsze mówisz zagadkami?

Sevrin wzruszył ramionami. — Zagadki chronią prawdę. A prawda bywa cięższa od miecza.

28

W południe znaleźli niewielką polanę. Sevrin rozłożył prowizoryczne ognisko. Lucan siedział obok, przyglądając się, jak iskry skaczą na suchym drewnie.

— Spróbuj — powiedział nagle Sevrin.

Lucan podniósł głowę. — Spróbować czego?

— Ognia.

— Zwariowałeś? — Lucan odsunął się. — Ja… ja nie umiem tego kontrolować. Spalę nas obu.

Sevrin spojrzał na niego chłodno. — Jeśli chcesz żyć, musisz nauczyć się panować nad sobą. Nie masz innego wyboru.

Lucan przełknął ślinę. Podniósł rękę nad stos drewna. Zamknął oczy, wyobraził sobie ciepło, które czuł w kuźni. Pulsowanie, żar.

Najpierw nic.

Potem… iskra.

Z jego dłoni wysunął się drobny płomień, jak oddech świecy. Skoczył na drewno i zgasł.

Lucan otworzył oczy szeroko. — Widziałeś? To… to się udało!

Sevrin skinął powoli głową. — To dopiero początek.

Lucan uśmiechnął się przez chwilę, jak dziecko. Ale radość szybko przygasła.

— A jeśli znowu stracę nad tym kontrolę? Jeśli znowu kogoś skrzywdzę?

29

Sevrin patrzył na niego długo. — Dlatego jestem tutaj. Żebyś miał kogoś, kto cię zatrzyma, zanim staniesz się potworem.

Lucan poczuł ciarki na plecach. Słowa Sevrina były jak miecz obosieczny: brzmiały jak obietnica, ale i jak groźba.

Nocą usiedli przy małym ognisku, tym razem zwyczajnym, rozpalonym krzesiwem. Lucan patrzył w płomienie, które tańczyły spokojnie.

— Sevrin… — odezwał się niepewnie. — Dlaczego właściwie mnie uratowałeś?

Sevrin nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w ogień, a jego twarz była pełna cieni.

— Może dlatego, że przypominasz mi kogoś, kogo kiedyś znałem. A może dlatego, że świat potrzebuje kogoś takiego jak ty.

— Kogoś takiego jak ja? — Lucan parsknął. — Potwora?

Sevrin powoli pokręcił głową. — Nie potwora. Iskry. A iskra… może rozpalić ogień, który pochłonie cały świat. Albo ogrzeje go w najciemniejszą noc.

Lucan zamyślił się. Po raz pierwszy od tragedii w Thalen poczuł, że może jest jakaś nadzieja.

Ale nie wiedział jeszcze, że Sevrin nie mówił wszystkiego. Bo w oczach mężczyzny kryła się nie tylko troska, ale i plan, którego chłopak jeszcze nie znał.

30

Trop Dariana

Las o świcie był pełen mgły. Białe smugi unosiły się nad ziemią, oplatając drzewa jak duchy przeszłości. Ziemia była wilgotna od rosy, a każdy krok Łowców dudnił głucho w ciszy.

Darian szedł przodem, a jego czarny płaszcz ocierał się o mokre krzewy. Na twarzy miał maskę, ale co chwilę odchylał ją lekko, żeby poczuć chłód poranka na skórze. Znał ten las — albo raczej znał wszystkie lasy. Każdy pachniał inaczej: ten wilgocią i igliwiem, inny dymem, jeszcze inny glebą bogatą w zboża. Świat mówił do niego przez szczegóły, których inni nie zauważali.

Za nim kroczyło dziesięciu ludzi. Każdy w masce, każdy w ciężkim płaszczu i z halabardą w ręku. Ale nie byli jednością. Już dawno przestali być żołnierzami idealnej dyscypliny.

— To tylko chłopak — odezwał się jeden z młodszych, idący na końcu. Głos miał wciąż miękki, nieprzyzwyczajony do zimna. — Czemu tak się spieszymy?

Darian zatrzymał się, a echo jego kroków zamarło w mgle. Odwrócił się powoli. Spojrzenie spod maski przecięło młodzieńca jak ostrze.

— Powtórz.

— Ja… tylko mówię… — chłopak spuścił wzrok. — To dziecko. Nie mogło wiedzieć, co w nim siedzi.

Darian podszedł bliżej. Głos miał chłodny, ale nie podniósł go. — „Tylko dziecko”? — powtórzył. — Widziałeś wioskę. Widziałeś popiół. Widziałeś ciała. Ilu twoich rówieśników spalił jednym oddechem?

Młody Łowca drgnął. Milczał.

31

Darian położył mu dłoń na ramieniu. Gest wyglądał niemal ojcowsko, ale słowa, które padły, były ostrzejsze od miecza. — Nigdy więcej nie powiedz „tylko dziecko”. Rozumiesz?

Chłopak skinął szybko głową.

Reszta drużyny milczała. Tylko starszy Łowca, imieniem Alrik, odezwał się ochrypłym głosem. — Panie, młody ma trochę racji. To chłopak. Nigdy nie przeżyłby bez pomocy.

Darian spojrzał na niego. — Właśnie dlatego mnie to niepokoi.

Alrik uniósł brew. — Myślisz, że ktoś mu pomógł?

— Wiem, że tak było — odparł Darian. — Trop urywa się nagle. Nie ma śladów paniki, nie ma przypadkowych skrętów. Ktoś go prowadził.

Alrik splunął na ziemię. — Inny mag.

Darian skinął głową. — A jeśli magowie wracają, to ten chłopak nie jest „tylko chłopcem”. Jest kluczem.

Szli dalej. Mgła zaczęła się rozwiewać, ukazując ścieżkę wśród paproci. Darian kucał co chwilę, badał ziemię: ślad buta, złamany patyk, kropla krwi na liściu.

— Zmęczył się — mruknął, wskazując na ślad. — Potknął się tutaj. Zatrzymał na chwilę. Ale ktoś pomógł mu wstać.

Młody Łowca, ten sam, który wcześniej pytał, odważył się odezwać szeptem:

— Skąd pan to wie?

32

Darian spojrzał na niego ostro. — Bo widzę. Bo uczono mnie patrzeć tam, gdzie inni widzą tylko drzewa.

Gdy słońce wspięło się wyżej, zatrzymali się na chwilę odpoczynku. Darian usiadł pod starym dębem, zdjął maskę i po raz pierwszy od długiej nocy pozwolił sobie zamknąć oczy.

Obrazy wróciły. Nie z Thalen, ale z dawnych lat.

Widział swoją matkę, płonącą chatę, krzyk siostry. Widział, jak ogień pożerał ich dom, a on sam cudem uciekł. Wtedy po raz pierwszy spotkał Łowców. Wzięli go pod opiekę, nauczyli walczyć, polować, zabijać. Dali mu sens: walka z ogniem, który odebrał mu wszystko.

Darian otworzył oczy. Wspomnienia były jego bronią i przekleństwem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij