-
nowość
CISZA NAD DUNAJCEM - ebook
CISZA NAD DUNAJCEM - ebook
Dwadzieścia osiem lat temu szesnastoletnia Marta Rojek zginęła nad Dunajcem. Sprawa została zamknięta, dokumenty trafiły do archiwum, a ludzie nauczyli się milczeć. Kiedy nad rzeką zostaje znalezione ciało nieznanego mężczyzny ze starym znakiem M.R. na barku, komisarz Ewa Szewczyk wraca do Szczawnicy. Szybko odkrywa, że w aktach sprzed lat brakuje dowodów, zeznania nie składają się w całość, a niektórzy pamiętają znacznie więcej, niż są gotowi powiedzieć. Biały guzik. Zaginione dokumenty. Stare nazwiska. Ludzie, którzy przez niemal trzy dekady mieli czas, by zbudować własną wersję wydarzeń. Im głębiej Ewa wchodzi w przeszłość, tym wyraźniej widzi, że śmierć Marty nie była jedyną rzeczą, którą próbowano ukryć. A ktoś nadal pilnuje, żeby stare sprawy pozostały zamknięte. „Cisza nad Dunajcem” to kryminał o pamięci, lojalności i cenie milczenia. Pierwszy tom serii z komisarz Ewą Szewczyk.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398352901 |
| Rozmiar pliku: | 884 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ewa Szewczyk nie lubiła spraw, które zaczynały się od zdania: to było dawno. Zwykle znaczyło ono tylko tyle, że ktoś przez lata zdążył zapomnieć własne słowa, poprawić cudze, spalić papier, przesunąć winę albo umrzeć w odpowiednim momencie. Dawność rzadko była spokojem. Częściej była warstwą kurzu na czymś, czego nikt nie chciał dotknąć gołą ręką. Teczka leżała na jej biurku od rana. Cienka, zniszczona, przewiązana sznurkiem, z nazwą miejscowości napisaną nierównym pismem na pożółkłej naklejce. Szczawnica. Marta Rojek. 1998. Ewa nie znała jeszcze tej dziewczyny. Nie znała jej głosu, pokoju, matki ani jasnego płaszcza, który po latach miał wrócić z rzeki jak rzecz zbyt długo trzymana w cudzym milczeniu.
Znała tylko pierwszą stronę starego raportu: szesnaście lat, oddaliła się z domu, ciało znalezione nad Dunajcem, sprawca nieustalony. Na marginesie ktoś dopisał czerwonym długopisem jedno słowo: omyłka. Ewa długo patrzyła na ten dopisek. Nie pasował do raportu. Nie pasował do śmierci dziewczyny. Pasował za to do ludzi, którzy lubią mieć ostatnie słowo nawet wtedy, kiedy nie mają racji. Otworzyła teczkę głębiej. W środku, między protokołem znalezienia ciała a kopią starego zdjęcia, leżała mała kartka, której wcześniej nikt nie opisał osobno. Był na niej tylko fragment zdania, pisany ręką nastolatki: to nie mama tak pisze R. Ewa przeczytała to raz. Potem drugi. Za oknem było głośno od Warszawy, od ulicy i spraw, które nie miały nic wspólnego z Martą Rojek. Na biurku leżała dziewczyna sprzed dwudziestu ośmiu lat, sprowadzona w aktach do kilku dat i cudzej omyłki. Ewa zamknęła teczkę, ale nie odsunęła jej od siebie.
Tego samego dnia poprosiła o delegację do Szczawnicy.ROZDZIAŁ 1
Ewa Szewczyk wróciła do Szczawnicy bez zapowiedzi, choć na komisariacie od dwóch dni wiedzieli, że ktoś z Warszawy przyjedzie do ciała znalezionego nad Dunajcem. Bus wysadził ją przy drodze, zanim deszcz zdążył przejść w coś poważniejszego. Kierowca rozpoznał nazwisko dopiero przy wydawaniu reszty; zatrzymał palce na monetach o sekundę za długo, potem przytaknął i oddał jej resztę bez słowa. Ewa wzięła walizkę, poprawiła pasek torby na ramieniu i zeszła na pobocze. Nie patrzyła długo na miasto. Zobaczyła kilka szczegółów: mokre schody przy sklepie, mężczyznę w roboczej kurtce zamykającego bagażnik, kobietę z pieczywem pod pachą, która zerknęła na nią i natychmiast odwróciła wzrok. Resztę dopowiadały odwracane twarze.
Meldunek przeczytała w pociągu, potem jeszcze raz w busie, już bez wiary, że drugie czytanie doda coś nowego. Mężczyzna, około czterdziestu pięciu lat. Brak dokumentów. Uraz głowy. Ciało znalezione przy brzegu. Na lewym barku znak: M.R. Ostatnie zdanie było najkrótsze i najważniejsze. Ktoś dopisał je na końcu, ostrożnie, bez komentarza. Dwie litery natychmiast odsuwały sprawę od zwykłego zabójstwa. Ewa schowała telefon, zanim bus wjechał między pierwsze domy. Nie lubiła czytać cudzych lęków między linijkami, lecz w tym meldunku były widoczne. Komisariat wyglądał podobnie jak kiedyś, tylko tablica przy wejściu była nowa, a ściany odmalowane jaśniejszą farbą. Stare schody zostały te same, wyszczerbione przy krawędziach, śliskie od deszczu nanoszonego przez buty. Ewa weszła do środka bez zatrzymywania się pod drzwiami. Przy dyżurce siedział młody policjant, który jeszcze nie nauczył się ukrywać reakcji. Podniósł wzrok znad monitora, zapytał, w czym może pomóc, a gdy podała nazwisko i stopień, jego ręka zatrzymała się nad klawiaturą.
— Komisarz Szewczyk. Miałam zgłosić się do komendanta.
Chłopak sięgnął po telefon. Mówił ciszej, niż wymagał tego korytarz: „już jest”, „tak, teraz”, „sama”. Ewa zdjęła rękawiczki i wsunęła je do kieszeni płaszcza. Nie poganiała go. Patrzyła na tablicę z grafikiem służb, na nazwiska zapisane drukiem i jedną zmianę dopisaną długopisem przy nocnym dyżurze. Świeży atrament. Ktoś przesunięty z wieczoru na ranek. Takie rzeczy rzadko były przypadkowe przy sprawie znalezionego ciała.
— Korytarzem w lewo — powiedział policjant.
— Ostatnie drzwi.
Cisza pojawiła się za pierwszymi uchylonymi drzwiami, kiedy przechodziła. W małych komendach wiadomości nie potrzebowały obiegu dokumentów; wystarczał krok, ton głosu, czyjś powrót z miejsca zdarzenia. Na ścianach wisiały fotografie z uroczystości, dyplomy w tanich ramkach i plakat o naborze do służby. Drzwi gabinetu komendanta były uchylone. W środku ktoś kończył rozmowę krótkimi, nerwowymi zdaniami. Ewa zapukała raz i weszła, nie czekając na pełne zaproszenie. Komendant siedział za biurkiem, niski, szeroki, ogolony zbyt dokładnie, z krawatem zaciśniętym pod szyją. Obok okna stał Lisicki. Poznała go, choć postarzał się wyraźniej niż miasto: mniej włosów, cięższa twarz, szare półksiężyce pod oczami, sweter pod kurtką założony byle jak, jak po nocy poza domem.
W dłoni trzymał kubek po kawie. Nie pił. Patrzył na nią bez powitania, z napięciem człowieka, który liczył, że zobaczy ją dopiero po wszystkim.
— Ewa — powiedział. Nie podał stopnia. Nie powiedział „komisarz”. Komendant to wychwycił.
— Panowie już zaczęli beze mnie? — zapytała. Komendant wstał, ale nie obszedł biurka. Przedstawił się nazwiskiem, które znała z podpisu pod meldunkiem, i wskazał krzesło. Na blacie leżała cienka brązowa teczka. Na okładce napisano: NN — Dunajec. Pod spodem data. Dzisiejsza. Obok teczki leżał telefon komendanta, odwrócony ekranem do dołu, i długopis położony równo przy krawędzi kalendarza. Ewa usiadła dopiero po zdjęciu płaszcza. Lisicki nadal stał.
— Sprawa jest delikatna — zaczął komendant.
— Nie chcemy robić wokół tego ruchu większego, niż trzeba.
— Ruch już jest — powiedziała Ewa.
— Inaczej nie wzywalibyście Warszawy. Komendant przyjął to bez uśmiechu.
— Wezwaliśmy wsparcie ze względu na możliwy związek z materiałami archiwalnymi. Na razie możliwy.
— Znak na barku? Lisicki odstawił kubek na parapet. Porcelana stuknęła przelotnie o drewno.
— Dwie litery. M.R. Ślad nie jest świeży. To blizna albo stary ślad po wypaleniu. Lekarz potwierdzi po sekcji.
— Tożsamość?
— Brak dokumentów — powiedział komendant.
— Odciski pójdą do systemu. Twarz po urazie trudna, ale nie niemożliwa. Technicy robią swoje.
— Kto znalazł ciało? Komendant otworzył teczkę, choć odpowiedź znał bez niej.
— Antoni Gacek. Siedemdziesiąt dwa lata. Miejscowy. Wędkarz.
Zgłoszenie o szóstej dwadzieścia trzy. Patrol był na miejscu po jedenastu minutach.
— Był sam?
— Tak twierdzi. Lisicki odwrócił się od okna.
— Był sam. Ale widział kogoś po drugiej stronie rzeki. Ewa przeniosła wzrok na Lisickiego. Mówił oszczędnie. Za oszczędnie jak na człowieka, który niczego więcej nie miał.
— Kogo?
— Mężczyznę w ciemnej kurtce. Stał między drzewami. Nie podszedł do ciała. Nie uciekał. Patrzył.
— Na ciało? Lisicki zawahał się na tyle na moment, że komendant mógł tego nie zauważyć. Ewa zauważyła.
— Gacek mówi, że tak.
— A ty? Komendant poruszył się za biurkiem.
— Na tym etapie nie budujmy wersji na wrażeniach świadka.
— Nie pytam pana. Lisicki wsunął ręce do kieszeni kurtki. Jego twarz została nieruchoma, ale oczy miał zmęczone.
— Nie wiem jeszcze, na co patrzył. Chcę z nim porozmawiać drugi raz.
— Czyli pierwszy raz nie powiedział wszystkiego.
— Albo my nie zadaliśmy właściwych pytań. Ewa otworzyła teczkę. W środku była krótka notatka patrolu, wydruk zdjęcia miejsca, kilka danych bez znaczenia i roboczy opis obrażeń. Zdjęcie zrobiono z daleka, jeszcze przed pełnym zabezpieczeniem terenu. Ciało leżało przy niskim brzegu, częściowo przy krzakach, w szarej bluzie i ciemnych spodniach.
Twarzy nie było widać. Na fotografii zaznaczono też drugi brzeg, wąską lukę między drzewami. Ktoś wiedział, gdzie stanąć, żeby widzieć.
— Kto był pierwszy na miejscu? — zapytała.
— Patrol: Kowalik i Mroczek — powiedział Lisicki.
— Ja piętnaście minut po nich. Barańska z technikami po kolejnych dwudziestu.
— Prokurator?
— Był. Odjechał przed pani przyjazdem. Ewa zamknęła teczkę.
— Chcę zobaczyć miejsce. Komendant nie wyglądał na zaskoczonego, raczej na niezadowolonego, że nie udało mu się zatrzymać jej dłużej w gabinecie.
— Najpierw proponowałbym krótką odprawę i ustalenie zakresu pani udziału.
— Zakres ustalę po miejscu.
— To moja jednostka.
— A to ciało bez nazwiska ze znakiem, którego nikt nie chce nazwać. Patrzyli na siebie nad biurkiem. Lisicki nie odezwał się. Dopiero kiedy komendant sięgnął po telefon, zrobił krok od okna.
— Pojadę z nią. Komendant uniósł wzrok.
— Ty zostajesz. Masz przygotować listę spraw archiwalnych, w których pojawiają się inicjały M.R.
— Już ją przygotowałem. Ręka komendanta zatrzymała się nad telefonem. Popatrzyła na Lisickiego. Nie pochwalił się tym wcześniej. Nie chciał powiedzieć tego przy niej, dopóki nie musiał.
— Ile spraw? — zapytała. Lisicki milczał. Wziął z parapetu złożoną kartkę i położył ją na biurku, nie przed komendantem, tylko między nimi.
— Jedna na pewno. Marta Rojek. Szesnaście lat. Zaginęła w dziewięćdziesiątym ósmym. Znaleziono ją po czterech dniach przy dawnym magazynie tratw. Komendant uderzył palcami o blat. Nie mocno, ale wystarczająco, żeby gest przerwał zdanie.
— To nie jest jeszcze ta sprawa. Lisicki popatrzył na niego bez służbowej ostrożności.
— Nie wiemy, czym jest. Właśnie dlatego trzeba sprawdzić. Nazwiska dziewczyny nie zapisała. Jeszcze nie. Wolała zobaczyć, kto zareaguje na ciszę po nim. Komendant odchylił się na krześle i potarł nasadę nosa. Lisicki patrzył w blat. Na korytarzu zadzwonił telefon; ktoś podniósł słuchawkę i mówił szybko, za cicho, żeby rozróżnić słowa.
— Jedziemy — powiedziała Ewa. Lisicki wziął kurtkę z oparcia krzesła. Kiedy przechodził obok niej, poczuła zapach papierosów, zimnego powietrza i czegoś ostrego, medycznego, jak środek do dezynfekcji. Nie pasował do komisariatu ani do miejsca nad rzeką. Nie zapytała. Jeszcze nie. Na korytarzu dyżurny udawał, że porządkuje dokumenty. Dwóch policjantów stojących przy automacie do kawy przerwało rozmowę, kiedy Ewa i Lisicki wyszli z gabinetu. Wieść o Marcie Rojek musiała leżeć w tym budynku od lat, przykryta papierem, procedurą i przyzwyczajeniem. Teraz ktoś podniósł narożnik. Przed komendą deszcz osłabł, ale ulica nadal była mokra. Lisicki otworzył policyjnego Opla. Nie użył sygnałów. Ruszył spokojnie, zbyt spokojnie po wypowiedzeniu nazwiska martwej dziewczyny sprzed prawie trzydziestu lat.
— Długo wiedziałeś? — zapytała Ewa.
— O czym?
— Że to może wrócić. Patrzył przed siebie, trzymając kierownicę obiema rękami.
— Od kiedy zobaczyłem znak.
— A wcześniej? Samochód minął sklep z częściami, zamknięty kiosk i warsztat, przy którym stała ciemna Skoda z zaparowanymi szybami. Lisicki zerknął w lusterko. Krótko. Ewa także odnotowała auto.
— Wcześniej człowiek sobie mówi, że stare sprawy nie wracają — powiedział.
— Tylko ludzie czasem przestają udawać, że o nich zapomnieli. Ewa nie naciskała. Przed nimi droga schodziła ku rzece. Taśma policyjna była rozpięta między pniem a metalowym słupkiem, za nią pracowali technicy. Przy brzegu leżało ciało bez nazwiska. Po drugiej stronie Dunajca, między drzewami, zostawało miejsce, z którego ktoś patrzył wystarczająco długo, żeby stary wędkarz go zapamiętał. Przy rzece było chłodniej: mokre kamienie, otwarta przestrzeń, wiatr wciskający się pod kurtki. Lisicki zatrzymał Opla przed radiowozem ustawionym w poprzek wąskiej drogi. Dalej zaczynał się teren zabezpieczony taśmą. Po jednej stronie stare garaże, po drugiej zejście ku wodzie, rozjeżdżone błoto i trawa przydeptana przez pierwszych policjantów. Ewa wysiadła. Miejsce nie było przypadkowe. Ktoś znał dojście, wiedział, gdzie rano pojawia się wędkarz i skąd po drugiej stronie widać więcej niż z drogi. Sprawca znał teren.
Barańska czekała przy taśmie. Miała na sobie biały kombinezon rozpięty pod szyją, rękawiczki zabrudzone przy palcach i twarz zmęczoną kilkoma godzinami oddzielania rzeczy ważnych od przypadkowych. Nie przedstawiła się szeroko. Lisicki powiedział tylko jej nazwisko, a ona skinęła Ewie głową i natychmiast przeszła do rzeczy. Ciało znaleziono o szóstej dwadzieścia trzy, patrol wszedł od drogi, nie naruszył brzegu poza dojściem wyznaczonym później znacznikami. Lekarz na miejscu wstępnie określił zgon między dwudziestą trzecią a trzecią. Uraz potylicy. Możliwe uderzenie narzędziem albo upadek po wcześniejszym ciosie. Ciało przesunięte co najmniej raz, bo wgniecenie w trawie nie zgadzało się z obecną pozycją barku. Mówiła oszczędnie, bez ozdobników. Ewie to wystarczyło.
— Ślady? — zapytała Ewa. Barańska wskazała drogę do brzegu.
— But przy wodzie, rozmazany. Drugi wyżej, bliżej krzaków. Nie wiemy, czy ten sam człowiek. Przy ciele włókna na rękawie, jasne. Może z płótna, może z worka. Zabezpieczone. Po drugiej stronie rzeki jeszcze nikt nie był, czekamy na ekipę od przejścia i fotografa z dłuższym obiektywem.
— Świadek?
— Gacek. W domu. Patrol siedzi z nim od rana. Ciśnienie miał wysokie, lekarz nie chciał go trzymać tutaj. Lisicki patrzył w stronę drugiego brzegu. Nie wtrącał się, ale Ewa widziała, że każde zdanie Barańskiej odkłada sobie osobno. Czekał na coś. Może na błąd w relacji, może na potwierdzenie tego, czego sam nie chciał powiedzieć przy komendancie. Ewa założyła ochraniacze na buty, rękawiczki i przeszła pod taśmą za techniczką. Z każdym krokiem bliżej ciała rozmowy za plecami cichły, aż zostały tylko krótkie polecenia, aparat i odgłos wody przesuwającej drobne kamienie przy brzegu. Mężczyzna leżał częściowo osłonięty krzakami. Kurtka ciemna, cienka, bez oznaczeń, spodnie przemoczone przy kolanach, buty tanie, jedno sznurowadło rozwiązane. Twarz przykryto po dokumentacji. Ewa nie podeszła od strony głowy. Najpierw obeszła ciało zgodnie z wyznaczoną ścieżką, zatrzymała się przy lewym barku i dopiero wtedy przykucnęła. Znak był wyraźny. Dwie litery, M.R. To nie była świeża rana ani krwawy podpis zrobiony tej nocy, tylko stary ślad w skórze. Nierówny, twardy na brzegach, wypalony albo wycięty dawno temu. Ktoś nie chciał go ukryć. Ktoś chciał, żeby przetrwał.
— To nie są inicjały na potrzeby dzisiejszej sprawy — powiedziała.
— Nie — odparła Barańska.
— Ten ślad ma lata. Lisicki stał kilka kroków dalej, poza linią znaczników. Nie patrzył na twarz mężczyzny. Patrzył na bark. Ewa wstała i cofnęła się o pół kroku, żeby widzieć ciało, brzeg i drugi koniec rzeki w jednej linii. Jeżeli Gacek mówił prawdę, obserwator stał tam, gdzie drzewa tworzyły wąskie prześwity. Z tego miejsca widział ciało, techników, drogę i każdego, kto podchodził od strony garaży. Nie krzyczał i nie uciekał. Stał i patrzył.
— Gacek powiedział, że ten człowiek miał coś w ręce — odezwał się Lisicki. Ewa odwróciła głowę.
— Tego nie było w meldunku.
— Bo nie umiał tego nazwać. Powiedział, że jasne. Małe. Nie telefon. Nie latarka.
— A ty?
— Ja też nie wiem. Powiedział to zbyt spokojnie. Ewa nie naciskała przy technikach. Kazała zabezpieczyć przejścia po obu stronach, sprawdzić dojścia od garaży i starej drogi, a Barańską poprosiła o zdjęcia śladu na barku przed przewiezieniem ciała. Techniczka już wydawała polecenie, kiedy Ewa zauważyła koleinę kilka metrów od taśmy. Błoto było wgniecione bokiem, bez śladu opony. Ktoś stał tam niedawno, twarzą do rzeki.
— Lisicki. Podszedł. Nie musiała wskazywać długo.
— Rano tego nie było — powiedział.
— Jesteś pewien?
— Szedłem tędy przed technikami. Patrzyłem pod nogi.
— Kto mógł wejść po zabezpieczeniu? Barańska była już przy nich. Przykucnęła, obejrzała odcisk, potem drogę do garaży.
— Jeśli wszedł od góry, mógł stać poza taśmą. Patrol pilnował zejścia do ciała, nie całej ulicy.
— Czyli ktoś wrócił popatrzeć — powiedziała Ewa. Nikt nie poprawił tego zdania. Technik oznaczył ślad, drugi zrobił zdjęcia, trzeci przesunął taśmę szerzej, żeby zamknąć dojście od garaży. Martwy mężczyzna był początkiem, ale ktoś żywy wszedł już w śledztwo, sprawdził pracę policji i zostawił po sobie tyle, ile chciał albo ile zdołali zauważyć. Radiowóz przy drodze zatrzasnął drzwiami. Młody policjant ruszył w ich stronę szybkim krokiem, z napiętą twarzą; niósł informację, której nie chciał mówić przy wszystkich.
— Pan Gacek przyjechał — powiedział do Lisickiego.
— Sam. Miał być w domu, ale wyszedł. Lisicki przeklął pod nosem i poszedł pierwszy. Ewa została jeszcze sekundę przy śladzie, potem ruszyła za nim. Przy radiowozie stał starszy mężczyzna w ciemnej kurtce i czapce naciągniętej nisko na czoło. Był szczupły, z twarzą szarą po nieprzespanej nocy, z oczami osadzonymi głęboko i dłońmi trzymanymi blisko brzucha. Policjant próbował go odsunąć od taśmy, ale Gacek nie patrzył na niego. Patrzył na Lisickiego, a kiedy zobaczył Ewę, natychmiast przeniósł wzrok na nią. Szukał kogoś spoza miejscowego układu.
— Panie Antonie — powiedział Lisicki ostrożnie.
— Miał pan zostać w domu.
— Byłem w domu.
— To co pan tutaj robi? Gacek milczał i oddychał płytko. Ewa zobaczyła wtedy, że trzyma coś w lewej dłoni. Mały pakunek w chusteczce higienicznej, zaciśnięty za mocno.
— Ktoś mi to zostawił przy wiadrze — powiedział.
— Pod drzwiami. Jak wróciłem od lekarza. Barańska podeszła z woreczkiem dowodowym, zanim Ewa zdążyła ją zawołać. Gacek rozchylił chusteczkę tylko na tyle, żeby pokazać zawartość. W środku leżał biały guzik, pęknięty przy jednej z dziurek, z ciemną smugą na krawędzi. Nie mógł znaleźć się tam przypadkiem. Lisicki zesztywniał.
— Skąd pan to ma? Gacek popatrzył na niego z gniewem, który był za stary na dzisiejszy poranek.
— Mówię przecież. Ktoś mi podrzucił.
— Kto wiedział, że pan jest świadkiem? — zapytała Ewa.
— Wy. Policjant stojący obok spuścił wzrok. Lisicki nie odpowiedział. Ewa kazała Barańskiej zabezpieczyć guzik, chusteczkę i dłonie Gacka do sprawdzenia pod kątem śladów wtórnych. Stary mężczyzna nie protestował, ale cały czas patrzył na rzekę i nie odwracał pleców do drugiego brzegu.
— Była kartka — powiedział nagle. Ewa zatrzymała się w pół ruchu.
— Gdzie? Gacek wyjął z kieszeni złożony skrawek papieru. Tym razem nie podał go Lisickiemu. Wyciągnął rękę do Ewy. Nie wzięła papieru palcami. Barańska przejęła go pęsetą, rozłożyła na przezroczystej folii i przez moment wszyscy patrzyli na trzy słowa napisane dużymi, nierównymi literami. Nie ruszać starych. Nad rzeką nadal pracowali technicy. Ktoś mówił do radia, ktoś fotografował ślad w błocie, ktoś poprawiał taśmę przy garażach. Wszystko wyglądało jak zwykłe czynności po znalezieniu ciała. Ktoś znał Gacka, znał jego dom, znał sprawę na tyle dobrze, żeby wybrać biały guzik, i znał policję na tyle dobrze, żeby uderzyć zanim Ewa zdążyła przesłuchać świadka. Lisicki patrzył na guzik w woreczku. Kolor odpłynął mu z twarzy. Znał go wcześniej.
— Co to jest? — zapytała Ewa cicho. Milczał.
— Lisicki. Gacek odezwał się pierwszy.
— On wie. Lisicki odwrócił głowę powoli. W jego spojrzeniu nie było już złości na starego człowieka. Było ostrzeżenie. Gacek je zobaczył, ale tym razem się nie cofnął.
— Pan wtedy też wiedział — powiedział.
— Tylko pan był młody i kazali panu stać przy bramie. Ewa przeniosła wzrok z jednego na drugiego. Tu, przy rzece, wśród techników, śladów i mokrej taśmy, pierwszy raz pojawiło się coś, czego nie było w meldunku: wspólny dawny poranek, inni ludzie, brama, przy której stał młody Lisicki, i biały guzik, który wrócił po prawie trzydziestu latach.
— Jaka brama? — zapytała. Gacek spuścił oczy. Po jego twarzy przemknął żal, że powiedział za dużo. Potem wskazał brodą w stronę garaży i dalej, ku drodze odchodzącej za stare zabudowania.
— Przy magazynie tratw. Tam, gdzie znaleźli Martę Rojek. Lisicki zamknął oczy na sekundę. Kiedy je otworzył, znów miał twarz policjanta. To, co pokazał wcześniej, zniknęło.
— Zabieramy pana do domu — powiedziała do Gacka.
— I tym razem patrol zostaje przy panu naprawdę.
— Ja nie chcę ochrony.
— Już ją pan ma.
— To mnie wskaże.
— Już pana wskazali.
Nie odpowiedział. Barańska zamknęła woreczek z guzikiem, drugi technik zabezpieczał kartkę. Lisicki stał obok radiowozu i patrzył na drogę za garażami. Ewa podeszła do niego, nie za blisko, żeby nie robić sceny przy ludziach.
— Marta Rojek miała biały guzik? — zapytała. Jego szczęka drgnęła.
— Płaszcz. Jeden guzik był urwany.
— Był w aktach?
— Powinien być. Słowo zostało między nimi, choć dzień ledwie się zaczął. Powinien. Dowód powinien być, świadek powinien zostać przesłuchany, protokół powinien leżeć w teczce, nazwisko powinno paść wtedy, kiedy jeszcze można było coś zrobić. Ewa spojrzała na ciało przy brzegu, potem na drugi brzeg, gdzie między drzewami nadal widać było lukę po człowieku, który stał i patrzył.
— Wracamy na komendę po akta Rojek — powiedziała. Lisicki został na miejscu.
— Komendant będzie blokował.
— Wiem.
— Rytel też się dowie. To nazwisko padło pierwszy raz. Lisicki zrozumiał, że powiedział za dużo, ale nie próbował cofnąć zdania. Nazwisko dołączyło do ciemnej Skody pod warsztatem i dopisanej zmiany w grafiku służb.
— Który Rytel? — zapytała. Lisicki spojrzał na nią krótko.
— Jeszcze nie wiem, czy ten sam, o którym myślę.
— To zacznij wiedzieć szybciej. Milczał. Przy drodze policjanci wsadzali Gacka do radiowozu, Barańska dawała technikowi ostatnie polecenia, a taśma przy garażach została przesunięta szerzej, obejmując świeży ślad w błocie. Ciało bez nazwiska nie było początkiem tej sprawy. Było sposobem, żeby zmusić ich do otwarcia czegoś starszego. Ktoś zaryzykował za dużo, żeby tylko postraszyć starego wędkarza. Ktoś wszedł blisko, znał rytm komendy, znał ludzi i wiedział, który przedmiot wyciągnąć z przeszłości. Na brzegu Dunajca mężczyzna z wypalonym znakiem M.R. czekał na nazwisko. Marta Rojek miała już swoje. Teraz trzeba było sprawdzić, kto przez lata pilnował, żeby te dwie sprawy nie spotkały się w jednym miejscu.ROZDZIAŁ 2
Dom Gacka stał niżej od ulicy, przy wąskim przejściu między dwoma starymi ogrodzeniami, w miejscu, gdzie samochód trzeba było zostawić trochę dalej i zejść pieszo po nierównych płytach chodnikowych. Patrol przyjechał pierwszy. Jeden policjant stał przy furtce, drugi przy wejściu od podwórka, ale obaj wyglądali bardziej na ludzi pilnujących kłopotu niż miejsca, w którym ktoś zostawił dowód. Ewa kazała odsunąć sąsiadów od płotu, zamknąć przejście od ulicy i nie wpuszczać nikogo bez wpisu. Nie podniosła głosu. Po kartce nad rzeką wszyscy rozumieli, że ktoś był bliżej, niż powinien. Przy wiadrze, o którym mówił Gacek, leżał jeszcze mokry ślad po chusteczce. Samą chusteczkę Barańska zabrała już do woreczka, guzik też, ale na płycie chodnikowej został odciśnięty kształt wilgotnego papieru, jasny prostokąt na brudnym betonie. Ktoś położył pakunek tak, żeby stary człowiek zobaczył go zaraz po wejściu na podwórko. Nie od strony ulicy. Nie na pokaz.
Wiadomość była dla Gacka, ale miała dojść dalej. To było w niej najgorsze: nie wyglądała na desperację. Wyglądała na czynność wykonaną spokojnie. Barańska pracowała przy furtce, przelotnie wydając polecenia technikowi. Sprawdzano klamkę, płytę przy wiadrze, framugę drzwi, skrzynkę na listy i ślady butów w miękkiej ziemi pod ścianą. Lisicki stał przy wejściu do domu, ale nie wchodził. Palił, choć papieros gasł mu między palcami od drobnego deszczu. Ewa podeszła do niego dopiero po krótkiej rozmowie z patrolem. Dowiedziała się tyle, ile się spodziewała: Gacek miał zostać w domu, ale jeden funkcjonariusz wyszedł do radiowozu zadzwonić, drugi rozmawiał z sąsiadką przy bramie, a kiedy się obejrzeli, staruszek trzymał już chusteczkę z guzikiem i kartką. Nie uciekł.
Nie próbował niczego ukryć. Po prostu wyszedł na drogę i kazał się zawieźć nad rzekę.
— Kto wiedział, że mieszka tutaj? — zapytała Ewa.
Lisicki przeniósł wzrok na nią na moment. — Każdy, kto zna Gacka.
— Nie pytam o miasteczko. Pytam o sprawę.
— Patrol, dyżurny, ja, komendant, Barańska. Lekarz. Może ktoś z pogotowia, jeśli usłyszał adres przez radio.
— I ten, kto zostawił guzik. Lisicki zgasił papierosa o metalowy słupek przy schodku i wsunął niedopałek do kieszeni, zamiast rzucić go na ziemię. Ewa odnotowała drobny gest. Lisicki, który rano chodził po miejscu zbrodni, nie zostawiał teraz po sobie śladów nawet przed domem świadka.
— Chcę z nim porozmawiać pierwsza — powiedziała.
— Będzie patrzył na mnie.
— Tym bardziej. Weszli do środka. W korytarzu pachniało starym dymem, mokrą kurtką i gazem z kuchenki. Na wieszaku wisiała czapka Gacka, druga kurtka, szalik w kratę i reklamówka z lekami przywiązana do haczyka. Kuchnia była mała, z niskim sufitem, ceratą w brązowe liście i lodówką obklejoną rachunkami. Gacek siedział przy stole, ręce trzymał płasko na blacie. Nie wyglądał już na przestraszonego tak jak nad rzeką. Strach został, ale pod spodem pojawił się upór. Taki, który przychodzi po latach milczenia, kiedy człowiek rozumie, że i tak został wskazany. Ewa usiadła naprzeciwko. Lisicki został przy drzwiach. Mundurowy chciał wejść za nimi, lecz Ewa zatrzymała go ruchem ręki. Za dużo ludzi w kuchni oznaczało za dużo powodów, żeby świadek zaczął wybierać bezpieczne zdania.
— Panie Antonie — zaczęła.
— Nad rzeką powiedział pan o magazynie tratw.
Gacek nie odpowiedział. Zerknął na Lisickiego, potem na okno. Za szybą technik robił zdjęcia wycieraczki, a sąsiadka z domu obok stała nieruchomo za firanką, choć musiała wiedzieć, że ją widać.
— Powiedziałem za dużo — mruknął.
— Nie. Powiedział pan za późno. Gacek poruszył palcami na ceracie, ale nie cofnął rąk ze stołu.
— Pani jest z Warszawy. Pani jutro pojedzie.
— Nie jutro.
— Kiedyś.
— Tak. Ale dzisiaj ktoś podrzucił panu dowód pod drzwi. Więc dzisiaj nie rozmawiamy o moim wyjeździe. Lisicki nie odezwał się. Ewa czuła jego obecność przy drzwiach, ale nie patrzyła w jego stronę. Chciała, żeby Gacek mówił do niej, nie do człowieka, którego pamiętał jeszcze jako młodego policjanta stojącego przy bramie dawnego magazynu.
— Ten mężczyzna po drugiej stronie rzeki — powiedziała.
— Patrzył na ciało? Gacek zacisnął usta. Zebrał się do powtórzenia pierwszej wersji, tej prostszej, już raz wypowiedzianej przy policjantach. Potem westchnął, ale bez ulgi.
— Nie cały czas.
— Na co patrzył?
— Na drogę. Na garaże. Tam, skąd potem pan Lisicki przyszedł.
Lisicki oderwał się od futryny. Nie zrobił kroku, ale sama zmiana postawy wystarczyła.
— Dlaczego pan tego nie powiedział rano? Gacek uśmiechnął się krótko, samymi ustami.
— Bo pan też nie patrzył na ciało, jak przyjechał. W kuchni zrobiło się cicho. Zapadła zwykła przerwa po zdaniu, które odebrało wszystkim wygodniejszą wersję. Ewa nie pozwoliła jej trwać.
— Gdzie patrzył? Gacek wskazał brodą w stronę okna, choć za nim było tylko podwórko i ogrodzenie.
— Na stare przejście. Przy garażach. Tamtędy dawniej chodziło się do magazynu tratw.
— Do miejsca, gdzie znaleziono Martę Rojek?
Stary człowiek opuścił wzrok. — Tak. Ewa otworzyła notes. Tym razem pisała przy nim, bez ukrywania. Nazwisko Marty, magazyn, droga od garaży, obserwator po drugiej stronie, Gacek jako świadek, biały guzik. Każdy punkt był prosty. Razem dawały układ, którego ktoś przez lata nie chciał mieć w papierach.
— Co pan pamięta z tamtej sprawy?
— Za dużo, żeby spać dobrze. Za mało, żeby wtedy coś zrobić.
— Nazwiska. Gacek poruszył się niespokojnie.
— Tak od razu?
— Ktoś nie czekał z guzikiem. Popatrzył na nią ostro. W tym spojrzeniu była złość, ale nie na nią. Bardziej na fakt, że dobra wymówka zestarzała się razem z nim. Sięgnął po szklankę herbaty stojącą przy łokciu, ale jej nie podniósł. Herbata była zimna, ciemna, z plasterkiem cytryny przyklejonym do szkła.
— Marta była dobrą dziewczyną — powiedział.
— Nie świętą. Dobrą. Ludzie po śmierci robią z takich albo anioły, albo winne same sobie. A ona była po prostu dziewczyną. Szesnaście lat, trochę pyskata, lubiła tańczyć, matce mówiła mniej niż powinna. Jak każda. Lisicki spuścił wzrok. Ewa zostawiła to na później.
Gacek mówił dalej już ciszej. Tamtego czerwca był festyn przy nabrzeżu. Budki, piwo, muzyka, młodzi przy ogrodzeniu, starsi udający, że nie widzą, kto pije za wcześnie i z kim odchodzi w stronę ciemniejszych zabudowań. Marta była z koleżankami. Potem z jedną. Potem sama. Gacek widział ją przy budce z oranżadą, później przy drodze do magazynu. Nie samą. Z chłopakami. Nie chciał użyć nazwiska, więc Ewa mu nie pomogła. Czekała.
— Jeden był od Rytla — powiedział w końcu. Lisicki podniósł głowę.
— Paweł? — zapytała Ewa. Gacek skinął, niechętnie, z krótkim spojrzeniem na ścianę.
— Paweł Rytel. Syn Stefana. Wtedy wszyscy wiedzieli, że lepiej mu nie wchodzić w drogę, bo za nim stał ojciec, tartak, pieniądze i Biernacki.
— Biernacki prowadził sprawę.
— Biernacki zamykał sprawę — poprawił Gacek. Lisicki ruszył się wreszcie od drzwi.
— Uważaj, co mówisz. Stary mężczyzna odwrócił się do niego powoli.
— Uważam od dwudziestu ośmiu lat. Lisicki zamilkł. Chciał odpowiedzieć, lecz nie tutaj, nie wobec człowieka, który pamiętał go z czasów, kiedy jego głos na komisariacie niewiele znaczył.
— Co zrobił Biernacki? — zapytała. Gacek przeniósł wzrok z drzwi kuchni na okno. Sąsiadka zniknęła zza firanki, ale firanka nadal była odsunięta.
— Matka Marty chodziła po domach. Pytała. Najpierw ludzie mówili, że pomogą. Potem zaczęli zamykać furtki wcześniej. Poszła do Rytla, bo ktoś jej powiedział, że Paweł był z Martą przy magazynie. Następnego dnia Biernacki przyszedł do niej i powiedział, żeby przestała robić zamieszanie, bo zaszkodzi pamięci córki.
Ewa zapisała to bez komentarza. Potrzebowała kolejnych faktów.
— Kto jej powiedział? Gacek pocierał kciukiem brzeg stołu, tam gdzie cerata była przecięta i podklejona taśmą, kupując sobie kilka sekund.
— Nie wiem.
— Panie Antonie.
— Nie wiem, kto jej powiedział. Wiem, kto wiedział.
— Kto? Z podwórka dobiegł trzask zamykanej walizki technicznej. Barańska powiedziała coś do policjanta przy furtce. W kuchni Gacek spojrzał znad tego, co miał przed sobą na Lisickiego, jakby właśnie jego, nie Ewę, chciał zmusić do przypomnienia sobie tego samego nazwiska.
— Daniel Wolski — powiedział.
Lisicki zamknął oczy na sekundę. Krótko. Potem odwrócił się do okna.
— Nie było go w aktach — powiedział. Gacek zaśmiał się cicho, bez żadnej wesołości.
— No właśnie. Ewa nie przerywała. Po raz pierwszy nazwisko, którego nie znała, poruszyło Lisickiego bardziej niż Rytel. Rytel mógł być miejscową siłą. Biernacki — starym układem. Ale Wolski najwyraźniej był kimś, kto zniknął z papierów, a nie tylko z miasta.
— Kim był Wolski? — zapytała. Lisicki odpowiedział przed Gackiem.
— Kolega Pawła Rytla. Starszy od Marty o kilka lat. Kręcił się przy tartaku. Potem wyjechał.
— Kiedy? Nie odpowiedział. Gacka nie trzeba było prosić.
— Dwa dni po pogrzebie. Mówili, że do rodziny. Mówili też, że Stefan Rytel dał mu pieniądze na drogę i kazał nie wracać.
Ewa zapisała: Daniel Wolski — wyjazd po pogrzebie — Rytel. Potem spojrzała na Lisickiego.
— Dlaczego nie było go w aktach?
— Nie wiem.
— To odpowiedź czy obrona? Tym razem spojrzał na nią ostro.
— Byłem wtedy nikim. Stałem przy bramie, nosiłem notatki, odsuwałem ludzi. Powiedziałem Biernackiemu, że widziałem Wolskiego z Martą. Usłyszałem, że mam nie robić śledztwa z tego, że chłopak zatańczył z dziewczyną. Gacek pokiwał głową, jakby właśnie na to czekał.
— A potem wszyscy już wiedzieli, czego nie mówić. Ewa zamknęła notes tylko na chwilę, zostawiając palec między kartkami. Rozmowa zrobiła swoje: Gacek przestał bronić pierwszej wersji, Lisicki powiedział więcej niż chciał, a stare nazwiska zaczęły układać się w linię. Marta Rojek. Paweł Rytel.
Stefan Rytel. Biernacki. Daniel Wolski. Biały guzik. Brakujące akta, których jeszcze nie widziała, ale już czuła, że nie będą kompletne.
— Guzik Marty — powiedziała.
— Widział pan wtedy? Gacek pokręcił głową.
— Nie przy ciele. Widziałem płaszcz, jak go wynosili. Matka Marty krzyczała, że to jej, bo sama przyszywała guziki. Jeden był urwany. Biały. Duży. Taki jak ten dzisiaj.
— A w aktach?
— Skąd mam wiedzieć, co było w aktach?
— Pan nie. Lisicki. Lisicki włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce tak, że materiał kurtki napiął się przy knykciach.
— Powinien być w depozycie.
— Znowu „powinien”.
— Bo nie ja go zabezpieczałem.
— Ale pamiętasz.
— Pamiętam. Gacek odsunął szklankę z herbatą.
— Wszyscy pamiętali. Tylko potem pamięć każdemu inaczej się ułożyła. Ewa wstała. Gacek zaczął się zamykać, a dalsze pytania przy Lisickim i patrolu przyniosłyby już mniej. Kazała zostawić ochronę przy domu, sprawdzić sąsiednie posesje, zebrać nazwiska wszystkich, którzy od rana widzieli wejście na podwórko, i zabezpieczyć możliwe nagrania z ulicy, choć po tym miejscu nie spodziewała się wielu kamer. Barańska weszła do kuchni po zgodę na pobranie śladów z rąk Gacka i przyjęła jego marudne skinienie głową bez wdawania się w rozmowę. Przed wyjściem Gacek odezwał się jeszcze raz.
— Pani komisarz. Ewa odwróciła się od progu.
— Ten człowiek po drugiej stronie. On nie patrzył jak ktoś, kto chce zobaczyć trupa. On patrzył, czy przyjedzie właściwy człowiek.
— Kto? Gacek spojrzał na Lisickiego.
— Może on. Lisicki nie ruszył się. Ewa zobaczyła, jak mocno zacisnął szczękę.
— A może pani — dodał Gacek. To zdanie zostało za nimi, kiedy wyszli na podwórko. Deszcz prawie ustał. Technicy kończyli pracę przy wiadrze, policjant przy furtce spisywał dane sąsiada, który nagle przypomniał sobie, że rano słyszał kroki, ale nie chciał robić zamieszania. Ewa nie zatrzymała się przy nim. Od tego byli inni. Ona podeszła do samochodu razem z Lisickim.
— Wolski żyje? — zapytała.
— Ostatnio słyszałem, że tak.
— Gdzie?
— Tego nie wiem.
— Dowiedz się.
— To nie będzie proste.
— Nic dzisiaj nie jest. Lisicki otworzył samochód, ale zanim wsiadł, spojrzał w dół ulicy. Ewa podążyła za jego wzrokiem. Przy sklepie z częściami, tym samym, który mijali rano, stała ciemna Skoda. Zaparowane szyby, błoto na nadkolach, silnik wyłączony. Nie było w tym nic, co samo w sobie nadawałoby się do protokołu. Ale auto stało zbyt długo w miejscach, które łączyły się z tą sprawą.
— Znasz samochód? — zapytała. Lisicki milczał.
— Nie.
— Ale znasz kogoś, kto mógłby nim jeździć.
— Ewa… — Nie zaczynaj zdania od mojego imienia, jeśli potem chcesz skłamać. Spojrzał na nią z gniewem, ale gniew minął szybciej niż powinien. Zostało zmęczenie.
— Rytelowie mieli kiedyś Skody w firmie. Nie wiem, czy tę.
— Sprawdzimy. Wtedy Skoda ruszyła. Powoli, bez gwałtowności. Wyjechała spod sklepu, minęła ich ulicą i skręciła w stronę drogi na tartak, zanim Ewa zdążyła zobaczyć kierowcę. Zapamiętała numer tylko częściowo. Lisicki zapamiętał więcej, bo już sięgał po radio.
— Nie zatrzymuj jej sam — powiedziała.
— Nie zamierzam. Ale jego głos mówił coś innego. Ewa wsiadła do samochodu, a on podał przez radio fragment numeru, kierunek i prośbę o sprawdzenie właściciela. Dopiero potem ruszyli. Nie za skodą.
Jeszcze nie. Najpierw wracali po akta Marty Rojek, po brakujący guzik i po nazwiska, których przez lata nie wpisano tam, gdzie powinny się znaleźć. Na końcu ulicy, za domem Gacka, policjant przy furtce odwrócił się jeszcze w stronę ich samochodu. Wyglądał na zbyt młodego, żeby rozumieć, że czasem najgroźniejsze w śledztwie nie jest to, co ktoś ukrył, tylko to, co wszyscy przez lata uznali za normalne. Na komendzie nikt nie zapytał, jak poszło u Gacka. Dyżurny podniósł wzrok znad monitora, ale zaraz wrócił do ekranu. W pokoju obok ktoś zamknął szufladę zbyt szybko. Dwóch policjantów przy automacie do kawy przerwało rozmowę, zanim ona i Lisicki minęli ich na korytarzu. Nazwiska, które padły w kuchni starego wędkarza, zdążyły wrócić tu przed nimi albo czekały od dawna pod warstwą codziennych spraw. Ewa nie musiała pytać, kto zadzwonił. W takim miejscu wystarczał jeden patrol, jedna sąsiadka przy firance, jeden funkcjonariusz mówiący za głośno przez radio. Nazwisko Marty Rojek nie zostało już w archiwum.
Było na korytarzu, w urwanych rozmowach i w zamykanych szufladach. Komendant czekał w gabinecie. Nie siedział za biurkiem. Stał przy oknie, z telefonem w ręce, odwrócony bokiem do drzwi, jakby rozmowa, którą przerwał, nadal trzymała go za ucho. Na blacie leżała brązowa teczka NN — Dunajec, a obok niej szary skoroszyt z pożółkłą naklejką na grzbiecie. Rojek Marta. Pismo było stare, nierówne, naniesione jeszcze ręką kogoś, kto używał cienkiego markera, zanim każdy dokument dostawał etykietę z drukarki. Ewa zobaczyła skoroszyt, zanim komendant zdążył powiedzieć pierwsze zdanie. Lisicki też go zobaczył. Nie odezwał się, ale przestał kasłać w połowie oddechu.
— To nie jest moment na otwieranie starych spraw — powiedział komendant. Ewa zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła.
— Kto powiedział panu, że chcę otwierać starą sprawę?
— Proszę nie grać słowami.
— Nie gram. Dzisiejsza sprawa sama otworzyła tamtą. Komendant odłożył telefon ekranem do dołu. Ruch miał spokojny, ale spóźniony. Ewa zdążyła zobaczyć nieodebrane połączenie. Nazwisko było krótkie: Rytel P. Nie skomentowała tego od razu.
— Mamy ciało bez tożsamości — powiedział komendant.
— To jest priorytet. Dopóki nie wiemy, kim był ten mężczyzna, nie będziemy robić dochodzenia historycznego na podstawie guzika i gadania starego człowieka. Lisicki zrobił krok do biurka.
— Ten „stary człowiek” dostał pod drzwi dowód albo wiadomość związaną ze sprawą Marty Rojek. Po znalezieniu ciała ze znakiem M.R. na barku.
— Nie mamy potwierdzenia, że to jej inicjały.
— A pan ma lepsze wyjaśnienie? Komendant spojrzał na niego ostro. W tym spojrzeniu nie było już tylko służbowej irytacji. Była osobista uraza, że Lisicki powiedział to przy Ewie, nie za zamkniętymi drzwiami, nie po staremu. Ewa wzięła szary skoroszyt do ręki. Komendant wyciągnął dłoń, jakby miał go przytrzymać, ale zatrzymał się w połowie ruchu. Za późno. Gest już się wydarzył.
— Zrobię kopię całości — powiedziała.
— Najpierw przegląd na miejscu.
— Dobrze. Na miejscu. Usiadła przy małym stole pod ścianą, nie przy biurku komendanta. Lisicki stanął za nią, trochę z boku. Komendant został za swoim blatem, jakby odległość mogła zachować jeszcze jakiś porządek. Pierwsza strona akt Marty Rojek była cienka, pożółkła, z fotografią legitymacyjną dziewczyny wklejoną krzywo przy lewym marginesie. Ciemne włosy, prosta grzywka, twarz niechętna do zdjęcia. Szesnaście lat. Data zaginięcia. Data odnalezienia ciała. Numer sprawy. Pod spodem stary zapis kwalifikacji, poprawiany ręcznie, najpierw jako wypadek, potem podejrzenie udziału osób trzecich, a później długie puste miejsce, w którym nikt nie dopisał już nic ważnego. Ewa nie czytała wszystkiego po kolei. Najpierw wykaz dowodów. Ubranie: płaszcz, bluzka, spódnica, jeden but, pasek. Fragment płótna. Próbki spod paznokci. Rzeczy osobiste. Brak telefonu, bo wtedy nie każdy go miał, a Marta według notatki nie posiadała własnego. Brak biżuterii poza cienkim łańcuszkiem. Brak białego guzika. Ewa przesunęła palcem po linijkach jeszcze raz, wolniej. Nie było go także w rubryce „inne”. Nie było adnotacji o rzeczy oderwanej od odzieży. Nie było opisu ubytku przy płaszczu.
— Płaszcz miał urwany guzik — powiedziała. Lisicki patrzył na wykaz.
— Tak.
— W aktach go nie ma. Komendant westchnął.
— Po tylu latach braki w dokumentacji nie są niczym nadzwyczajnym. Ewa odwróciła pierwszą fotografię z oględzin. Płaszcz Marty leżał na folii. Zdjęcie było niewyraźne, światło ostre, ale zapięcie widać było dość dobrze. Rząd białych guzików. Jedno puste miejsce przy środku. Nie trzeba było specjalisty. Brak był widoczny.
— Brak w dokumentacji to jedno — powiedziała.
— Brak dowodu, który dzisiaj wraca pod drzwi świadka, to drugie. Lisicki wyjął z kieszeni własny notes. Ewa zobaczyła, że ma już zapisane nazwiska: Rytel, Biernacki, Wolski. Nie pokazywał ich komendantowi. Otworzyła kolejną część akt. Przesłuchania. Matka Marty. Dwie koleżanki. Pracownik budki z napojami. Jeden mężczyzna z ochrony festynu. Gacek figurował jako osoba obecna w rejonie rzeki, ale jego protokół miał tylko półtorej strony. Zbyt mało jak na człowieka, który widywał tamten teren codziennie. Anny Krawiec, koleżanki, która miała widzieć Martę ostatnia, nie było w pełnym protokole. Była notatka Biernackiego: świadek nie potwierdza, aby pokrzywdzona oddaliła się z osobą trzecią. Bez pytań. Bez odpowiedzi. Bez podpisu dziewczyny. Tylko podpis prowadzącego i parafka młodszego funkcjonariusza, rozmazana, nierówna. Ewa położyła kartkę przed Lisickim.
— To twoja parafka? Wiedział, lecz nie chciał odpowiadać przy komendancie. W końcu skinął głową.
— Moja.
— Byłeś przy przesłuchaniu?