Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Co przemilczała Jaskółka. Co przemilczała Jaskółka - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
2749 pkt
punktów Virtualo

Co przemilczała Jaskółka. Co przemilczała Jaskółka - ebook

Poruszająca opowieść o dojrzewaniu do miłości, odpowiedzialności i prawdy o sobie. Historia dwóch mężczyzn, którzy po dwudziestu latach milczenia próbują poskładać na nowo siebie i swój związek.

Latem 1986 roku w pionierskim obozie „Jaskółka” rodzi się zakazana miłość między nastoletnim Jurą a jego starszym opiekunem Wołodią. Po dramatycznym rozstaniu ich drogi na dwie dekady rozchodzą się. Przez cały ten czas obaj próbują żyć „jak trzeba” – w świecie, do którego nie pasuje ich uczucie.​

W końcu, po dwudziestu latach, spotykają się. Już jako dorośli mężczyźni muszą zmierzyć się nie tylko z dawnym uczuciem, lecz także z własnymi wyborami, wstydem i poczuciem winy. We wspomnieniach powracają do pamiętnego lata 1986 roku, odkrywając nieznane wcześniej szczegóły historii z perspektywy Wołodii…

„Co przemilczała jaskółka” to opowieść o konsekwencjach milczenia: o nieprzepracowanej traumie, która wraca w postaci autodestrukcji, uzależnień i lęku przed bliskością. Ale to także pełna czułości książka o tym, że w każdym wieku można uczyć się miłości od nowa.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68352-47-4
Rozmiar pliku: 4,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Siadając przy przejściu, Igor jakby odciął mu drogę ucieczki. Wołodia rozglądał się roztargnionym wzrokiem po sali, celowo omijając dyrygenta – nie był jeszcze gotowy ani na radość, ani na rozczarowanie. Zdumiał się pięknem i wspaniałością organów górujących nad sceną, mimo że dziś milczały. Pod nimi usadowiła się niewielka orkiestra. Jak dotąd słychać było tylko skrzypce – spod smyczka płynęła powolna, spokojna melodia. Akompaniował jej stojący w rogu sceny fortepian. Za nim stał chór z kilkoma mikrofonami.

Igor uśmiechnął się łagodnie i wyciągnął rękę, jakby chciał pogłaskać Wołodię po kolanie, ale zaraz ją cofnął i wyszeptał bezgłośnie:

– Nie denerwuj się.

Wołodia w końcu przeniósł wzrok na środek sceny. Jakby w zwolnionym tempie – płynnie i z gracją – młody mężczyzna wyrysowywał w powietrzu wzory batutą dyrygenta, jak gdyby leciutko dotykał niewidzialnych przycisków przed sobą.

Wołodia lepiej mu się przyjrzał. Zgrabny, wysoki. Poły fraka sięgają mu niemal kolan. Wdzięczne dłonie. Ciemne włosy.

Tak mógł wyglądać Jura. Ale i ktokolwiek inny.

Muzyka zdawała się tak piękna, że Wołodia pomyślał, że tylko jego Jurka mógł napisać tak piękną, ale i smutną melodię. Próbując dobrze się przyjrzeć dyrygentowi, zmrużył oczy. Ale sam się powstrzymał – minęło dwadzieścia lat. Ludzie się zmieniają, zmienia się ich wygląd. A jednak… Wbił wzrok w tył jego głowy. Nieposłuszne ciemne włosy. Na tyle nieposłuszne, że nieszczęsny kogucik – przyczesany, prawdopodobnie przygładzony żelem – wciąż odstawał.

Jura…?

Oczy zaszły mu mgłą.

Nagle zrobiło się cicho, muzyka zamilkła. Zamarło mu serce. Wołodia nie mógł oderwać wzroku od tej tak kiedyś ukochanej głowy. Wypuścił powietrze, poczuł wszechogarnia­jące, tak żywe i realne szczęście, jakby cofnął się daleko, daleko, do najjaśniejszego okresu swojego życia.

Młodzieniec przy mikrofonie zaśpiewał w nieznanym języku niezwykle piękną i tęskną pieśń. Melodia otuliła Wołodię. Smutek przesączał się do każdej komórki jego ciała, każdej cząsteczki, każdego atomu duszy. Z każdym ruchem batuty dźwięki zmieniały kierunek, tonację, rytm. Muzyka to fruwała jak pędzący klucz ptaków, to spadała jak kamienna lawina. Dyrygent kierował nią jak czarodziej żywiołem. A Wołodia czuł, jakby ktoś czy to kroił, czy to rozszarpywał go na kawałki. Cały krwawił, tyle że z ran nie płynęła krew, lecz wspomnienia.

Słońce, lato, szum rzeki, szelest wierzbowych gałęzi. „Jaskółka”, okrzyki dzieciaków. Uśmiech Jury, tak łatwy do odnalezienia w tłumie paplających pionierów. Miłość – niepowstrzymana, wszechogarniająca, taka jasna i właściwa. I jego własne odbicie w lustrze: młodziutka twarz, okulary w rogowej oprawie, rozpacz w oczach, usta wykrzywione gniewem. Ma ochotę uderzyć tę twarz, rozbić lustro w cholerę, byle tylko pozbyć się kryjącego za nim potwora, który podsuwa młodemu Wołodii brudne, wulgarne wizje. Kolejne ujęcie – dłonie w kłębach pary nad garnkiem. Zaparowane okulary – nic nie widać, czuć tylko gorąco, tylko przyjemny, otrzeźwiający i zarazem odurzający ból.

„Przestań, co ty robisz?” Ręce Jury – wytworne palce pianisty gładzące jego zaczerwienione mokre dłonie. „Dlaczego? Za co to sobie robisz?”

Pojawia się kolejny obraz – kolana Jury. Są takie zimne, Wołodia ogrzewa je swoim oddechem, całuje ukradkiem i uśmiecha się, czując, jak Jura wzdryga się od jego dotyku i szepcze: „Jesteś najlepszym, najwspanialszym człowiekiem. To ja jestem zły, to moja wina, nie twoja…”.

Rozbłyski ogniska, „brązowe wiśnie”, łzy w oczach. Wilgotny chłód sunący po rozpalonej skórze. Objęcia Jury. Ból. Rozdzierająca serce tęsknota.

Solista zaśpiewał niską nutę, którą podchwycił chór. Śpiewali w języku, którego Wołodia nie znał, ale nie musiał rozumieć słów – i tak wiedział, o czym opowiada ich pieśń.

Z głębin pamięci wyłaniały się twarze, jedna po drugiej. Zmarszczone czoło ojca, wzburzenie w oczach matki, jej drżące usta. Potem pojawiła się inna twarz, obca i przerażająca twarz lekarza: fałszywie uprzejma, budząca podejrzliwość i chęć odwrócenia wzroku.

„Co pana niepokoi?”

Lepki strach, niepewność, wstyd. Słowa, które trzeba wypowiedzieć, więzną mu w gardle, musi je z siebie wyciskać: „Czuję skłonność… ekhm… pociąg seksualny do mężczyzn”.

„To zboczenie płciowe” – brzmi odpowiedź doktora.

Panika. Gonitwa myśli powtarzających się w kółko: „Wyleczyć, wyleczyć… Chcę o tobie zapomnieć, chcę być normalny…”.

Dyrygent ostro machnął ręką. Smyczki dotknęły strun – załkało kilka par skrzypiec, zadudniły wiolonczele.

„Ma pan długo i uważnie przyglądać się tym zdjęciom, żeby stwierdzić, co się panu w nich podoba. Nie należy myśleć o nikim oprócz tych pań i musi się pan postarać poczuć przyjemność”.

Wołodia bierze plik zdjęć z rąk lekarza, trwożliwie odwraca górną fotografię i widzi nagą kobietę. W dłoniach jakby roi mu się od robaków, ma ochotę wyrzucić te zdjęcia, ale nie może. I od razu w jego pamięci pojawia się twarz Jury – jego spojrzenie, niepewne, ale pełne żywej ciekawości.

„Wiesz, widziałem kiedyś w zakazanym czasopiśmie ojca, że oni te kobiety… Wiesz, że można im nie tylko tak normalnie, ale też w inne miejsce… No, Wołodia, pytam cię jako przyjaciela, po prostu jestem ciekaw…”

Dołączyły instrumenty dęte – ostro i gromko przetoczyły się przez salę takim szkwałem emocji, że aż zabolało go serce. Solista zaśpiewał wysoki dźwięk, dołączył do niego chór, a na Wołodię zwaliło się najohydniejsze wspomnienie, które przez długie lata starał się pogrzebać w pamięci.

„Nie udaje mi się”.

Lekarz patrzy na niego, marszcząc brwi, drapie się w zamyśleniu po brodzie.

„A więc sięgniemy po ostateczne środki”.

Wołodia godzi się na wszystko. Doktor rozkłada przed nim zdjęcia nagich mężczyzn. Wołodia odwraca wzrok.

„Patrz!” – nakazuje lekarz, po raz pierwszy zwracając się do niego per „ty”.

Wołodia zerka. Podwijają mu rękaw koszuli, w nos uderza go zapach spirytusu, cienka igła wchodzi pod skórę.

„Zaraz poczujesz mdłości. Patrz dalej”. Lekarz stawia przed nim emaliowaną miednicę.

Wołodia patrzy. Piękny łuk bicepsa, dołek pod obojczykiem, mocny kark, szczecina na podbródku, ufryzowane blond włosy. Model. Wołodii podoba się jego ciało, ale nie twarz. Nie chce patrzeć. Czuje, że zaczyna mu się robić niedobrze. Pod zamkniętymi powiekami pojawia się jednak całkiem inne oblicze. Ukochane, zachowane w pamięci do końca życia. Jego delikatne usta, które tak chce całować, że nie ma już siły się powstrzymać. I ta twarz jest tak blisko, a z ust Jury spływają wyznania. Tak natarczywie obejmują go szczupłe ręce, palce tak desperacko czepiają się jego ramion.

„Proszę cię, Wołodia. Jeśli nie zrobimy tego teraz, to już nigdy. To nasz ostatni dzień, chcę cię zapamiętać, jesteś tym jedynym”.

Wołodia całuje go w swojej szalonej fantazji, tak pięknego, tak mu bliskiego. A nad ich głowami skrywa ich przed całym światem ogromna jak niebo kopuła z wierzbowych gałęzi.

Mdłości podchodzą mu do gardła tak gwałtownie, że Wołodia nie zdąża odegnać pięknej wizji. Pada na kolana przed miską i wymiotuje. Po policzkach spływają mu łzy wstrętu i napięcia, a pod zaciśniętymi powiekami w tym samym momencie uśmiecha się Jura.

Wybrzmiały finałowe akordy i gdy tylko orkiestra ucichła, na sali zagrzmiały oklaski. A Wołodia poczuł, jak do gardła istotnie podchodzą mu mdłości. Wbił wzrok w kolana i wczepił się palcami w podłokietniki fotela. Widząc to, Igor zapytał:

– Rozpoznałeś go, to ten Jura?

Wołodia spojrzał w bladą twarz swojego kochanka.

– Nie, to nie on.ROZDZIAŁ 1 WSTYDLIWA TAJEMNICA

Tamtego dnia w Moskwie było słonecznie, ale podmuchy chłodnego wiatru zapowiadały już zbliżającą się jesień. A jednak czternastoletni Wołodia miał aż dwa powody do radości. Po pierwsze, rodzice kupili mu nowiutki rower Salut. Dopiero dziś przestało padać i wreszcie można było do woli ganiać po podwórku. A po drugie, pojutrze miał przyjechać jego cioteczny brat z Tweru. W tym roku rozpoczął studia w Moskwie i dopóki nie dostanie miejsca w akademiku, rodzice Wołodii zgodzili się dać mu schronienie.

Wołodia dawno się z nim nie widział. Ostatni raz po piątej klasie, gdy pojechał do Tweru odwiedzić dziadków. Fajnie im się wtedy razem bawiło, chodzili nad rzekę i pracowali w ogródku. I teraz też będzie fajnie!

Zahamował przy posągu czytających pionierek. Dwie gipsowe postacie w szkolnych sukienkach, pochylone nad podręcznikami, przypomniały Wołodii, że do pierwszego września został niecały tydzień.

„Nic nie szkodzi, po szkole też znajdzie się czas na wyjścia z Wową. Poza tym on jest starszy, pomoże mi odrabiać lekcje”. Wołodia zsiadł z roweru, oparł go o pień rozłożystego dębu, po czym wspiął się na cokół pomnika, usiadł obok pionierek i zaczął majtać nogami. „Można też zabrać go na plac budowy, połazimy tam, pokażę mu wykop!” – myślał. „Możemy też wejść na dach pięciokondygnacyjnego budynku, będzie super!”

Pogrążony w marzeniach Wołodia zauważył wchodzącego na podwórze wysokiego chłopaka z plecakiem i torbą podróżną w dłoniach. Ale rozpoznał go dopiero, gdy ten dotarł do ostatniej klatki trzypiętrowego budynku. Przecież to Wowa! Wyrósł, stał się szerszy w ramionach i naprawdę trudno było rozpoznać w nim chłopca z dziecięcych wspomnień.

Wołodia chwycił ciężki rower za ramę, nie myśląc nawet o tym, że szybciej byłoby na niego wsiąść i pojechać, po czym pobiegł za bratem. Zdyszany i spocony, dogonił go dopiero na trzecim piętrze. Wowa nacisnął dzwonek do drzwi i odwrócił się, słysząc radosny okrzyk:

– Wowka! Przecież miałeś przyjechać dopiero pojutrze!

– Cześć – przywitał się tamten sucho. – Poszczęściło mi się z biletem i go wymieniłem.

Wołodia wniósł rower na ostatni stopień i rzucił go na posadzkę, po czym chciał już uściskać brata, jednak powstrzymał swój impuls – w spokojnym spojrzeniu Wowy dostrzegł znacznie mniej radości, niż się spodziewał.

Wowa podał mu rękę, zupełnie jak dorosły. Wołodia nerwowo wytarł spoconą dłoń w spodenki. Skóra Wowy była sucha i ciepła, starszy brat ścisnął mocno jego palce, a Wołodia drgnął pod wpływem tego dotyku – jakby przez jego ciało przeszedł prąd elektryczny.

Ostatecznie Wowa mieszkał u nich ponad miesiąc – z akademikiem ciągle się nie udawało, nie dla wszystkich studentów starczyło miejsc, a nowy budynek nie był gotowy na czas przed rozpoczęciem roku akademickiego. Rodzice nie mieli nic przeciwko: siostrzeniec kompletnie ich nie ograniczał, w dużym trzyizbowym mieszkaniu oddali mu osobny pokój, zresztą i tak wracał do domu najczęściej bliżej nocy. Rano wychodził na zajęcia, a wieczory spędzał z kolegami z roku. Potem zaznajomił się ze starszymi chłopakami z podwórka. A z Wołodią nie chciał spędzać czasu.

Różnica trzech i pół roku, która nie była w ogóle odczuwalna w dzieciństwie, teraz zrobiła się znacząca. Wołodia był jeszcze dzieckiem, pionierem, uczniem, a Wowa – już komsomolcem i studentem. Ich zainteresowania mocno się różniły. Na przykład Wowa pasjonował się motocyklami i nie podzielał radości Wołodii z powodu nowego roweru.

Czasem pomagał Wołodii w lekcjach, ale widać było, że nie bardzo go to ciekawi – Wowa miał na półce poważniejsze podręczniki. Wołodia próbował uczyć się kilkukrotnie razem z nim, ale ledwo rozumiał program zajęć i bał się niepotrzebnie zawracać bratu głowę. Wowa musiał zauważyć, że młodszy brat czuje się urażony, i jakby w ramach przeprosin za to, że spędza z nim tak mało czasu, podarował mu zegarek. Wołodia ucieszył się jak nigdy: przecież Montana to była wtedy prawdziwa rzadkość! Wowa otrzymał go za zwycięstwo w miejskiej olimpiadzie z fizyki. Sam mógłby go nosić, ale oddał Wołodii.

Po radości nie zostało nawet śladu, gdy tylko założył zegarek i nacisnął przycisk – mógł odczytać godzinę, jedynie mocno mrużąc oczy. Wołodia wiedział, że ma wadę wzroku, ale do ostatniej chwili odmawiał noszenia okularów. Rzeczy położone daleko widział nieźle, ale te bliższe – z każdym dniem gorzej. O ile pływające mu przed oczami litery w podręcznikach dało się jeszcze znieść, to niewidzenie cyferek na zegarku podarowanym przez brata wydało mu się katastrofą.

Wołodia sam poprosił rodziców, by poszli z nim do lekarza. Po zbadaniu mu wzroku okulista porządnie ich zbeształ: za długo się ociągali, trzeba było przepisać okulary znacznie wcześniej, żeby wzrok tak szybko się nie pogarszał.

Tego dnia wieczorem, stojąc przed lustrem w swoim pokoju, obracał w dłoniach nowe, czyściutkie okulary i nie mógł się zdecydować, by chociaż je przymierzyć. Wyglądały nieładnie: ciemna rogowa oprawa, grube szkła – całkiem jak u sześćdziesięcioletniego dziadka. Wołodia wziął głęboki oddech, jakby miał skoczyć do wody, i wreszcie je założył. Otworzył oczy i spochmurniał. W ostatnich miesiącach przestało mu się podobać własne imię – w końcu nazywał się tak samo jak jego brat. A teraz, dokładnie przyglądając się sobie w lustrze, Wołodia zobaczył, że przypomina go też bardzo z wyglądu.

Rozumiał, dlaczego Wowa kompletnie nie chciał spędzać z nim czasu. Co go obchodzą place budowy, parki i dachy? To wszystko dziecinne zabawy, a Wowę interesowały już dorosłe relacje. Wołodia nie raz widział, jak jego brat gra na gitarze na podwórku w otoczeniu starszych chłopaków, widział, z jakim podziwem i zainteresowaniem patrzą na niego dziewczyny. A Wołodia jeszcze ani razu nie był zakochany – jeśli chodzi o dziewczyny z podwórka, to tylko się z nimi przyjaźnił i wiedział, że pewnego dnia one też zaczną mu się podobać, a wtedy i on stanie się dorosły.

Pewnej listopadowej nocy obudziło go skrzypnięcie podłogi na korytarzu. Brzęknął wieszak, zaszeleściło ubranie, cicho trzasnęły drzwi wejściowe.

Wołodia wyskoczył z łóżka i podbiegł do okna. Wowa wyszedł z budynku i skierował się w stronę sąsiedniego podwórka.

Wołodię ogarnął strach zmieszany z niepokojem, jakby miało się wydarzyć coś złego. Nie rozumiał, z czego się biorą te uczucia, i nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi, zarzucił kurtkę na piżamę, wsunął stopy w buty i wybiegł w ślad za bratem. Ten zaś zniknął za węgłem domu.

Czując się jak szpieg, rozumiejąc, że miesza się w nie swoje sprawy, Wołodia podkradł się wzdłuż muru, szybko przebiegł przez oświetloną część podwórka i przyczaił się za pniem jabłoni. Patrzył na otwarty okrągły placyk wyłożony płytami chodnikowymi, z klombem pośrodku. To było ładne miejsce. Teraz, w żółtawym świetle latarni, zmoczone przez jesienny deszcz, wyglądało mrocznie, lecz rzeźby dwóch łosi o rozłożystych, ciężkich porożach przypominających liście klonu, nadawały mu majestatyczny wygląd.

Po drugiej stronie kwietnika, kuląc się z zimna na wietrze i obejmując się ramionami, stała drobna dziewczyna w rozpiętym płaszczu zarzuconym na krótką sukienkę. Ożywiła się, widząc zbliżającego się Wowę, i pomachała do niego.

Wołodia nie słyszał, o czym rozmawiają, ale wyraźnie widział, jak Wowa nieśmiało ujmuje jej dłonie, podnosi je do ust i ogrzewa własnym oddechem. Tamta dźwięcznie się roześmiała i położyła ręce na ramionach Wowy, a on objął ją w talii. Stali tak przez jakieś trzy minuty i rozmawiali o czymś, a dziewczyna szeroko się uśmiechała. Serce Wołodii waliło gdzieś w gardle, wszystko pływało mu przed oczami, zdawało mu się, że te minuty trwają wieczność. Wowa powiedział coś jeszcze, a potem pochylił się nad jej twarzą i lekko dotknął jej ust.

Wołodia chwycił się gałęzi drzewa – zdawało mu się, że zaraz upadnie. Ale to nie on upadał, to wirował przed nim cały świat. Bez zastanowienia, nie widząc niczego przed sobą, Wołodia odwrócił się i popędził z powrotem do domu. Wybiegając z podwórka, wdepnął w głęboką kałużę i przemoczył cały but, a na klatce prawie potknął się na schodach.

Zrzucił buty i kurtkę, po czym wpadł do swojego pokoju, wskoczył do łóżka, przykrył głowę kołdrą i próbował powstrzymać dreszcze. Od przemoczonych stóp po całym ciele rozchodził się ohydny, lepki chłód, ale Wołodia trząsł się z innego powodu. Nie umiał określić z jakiego – jakby ze złości, ale dlaczego tak go to bolało? Mocno zacisnął powieki, ale i tak widział Wowę i tamtą dziewczynę – jak trzymali się za ręce, jak się obejmowali, jak on ją całował.

„Dlaczego ona? Spotyka się z nim pewnie tylko dlatego, że dobrze gra na gitarze. Latawica, wyciągnęła go w środku nocy, co, mało im było w dzień? Ona nie jest godna Wowy, nie powinna z nim być!”

A kto powinien? Jakaś inna dziewczyna? Ale czy Wołodia poczuje się lepiej, jeśli jej miejsce zajmie inna? Nie. A więc kogo chciał zobaczyć u boku Wowy?

Na Wołodię zwalił się ciężki, niespokojny sen i w tej mętnej wizji znów zobaczył tamto podwórko, tamten klomb, dwie rzeźby łosi. Ale to nie było jesienią – wszędzie widniała skąpana w słońcu wiosenna zieleń. Wołodia poczuł słodki zapach bzu, podmuch ciepłego wiatru strząsnął mu na głowę płatki kwiatów jabłoni. Znów zobaczył Wowę, uśmiechał się tak jak do tamtej dziewczyny. Ale teraz uśmiechał się do niego – Wołodii! Poczuł, jak jego dłonie ogarnia ciepło, gdy Wowa ujął je w swoje. Skóra płonęła mu od jego oddechu, jakby topiła się pod dotykiem miękkich ust. I dookoła nie było nikogo – tylko ich dwóch na całym świecie. Wołodia patrzył w szczęśliwą twarz swojego kuzyna, gładził go po policzkach i szyi i czuł, jak ciało zalewa mu żar. Tak cudownie, tak nieznośnie przyjemnie było tulić się do rozebranego do pasa Wowy… Nagle nie stali już na placyku na podwórzu, ale w jego pokoju przy regale z książkami. Jakże przyjemny był ten pieszczotliwy dotyk. Palce na plecach Wołodii, usta na policzkach i niżej: na podbródku, na szyi. Wołodia tracił oddech, zdawało mu się, że zaraz eksploduje z napięcia, z nieznośnego osłabienia w całym ciele, a zwłaszcza tam, gdzie dotykał go Wowa.

Wołodia gwałtownie otworzył oczy. W pokoju było ciemno, za oknem blado świecił księżyc. Był rozpalony i mokry. Zrzucił kołdrę, spróbował obrócić się na drugi bok i cicho jęknął, czując pod sobą wilgotną plamę. Zapominając o założeniu okularów, w kilka sekund dobiegł do łazienki, odkręcił kran i wrzucił spodnie od piżamy pod strugę wody. Szorował z taką siłą, że prawie je podarł. Czuł odrazę, wstręt, ogromny wstyd i nieznośny ból. Tak silny, że miał ochotę sam znaleźć się pod wodą i utopić się w niej, byle tylko nie czuć bolesnego bicia własnego serca i nie myśleć o tym, co mu się przyśniło. Kto mu się przyśnił.

Z wanny wzbiła się para – bez okularów Wołodia nie zauważył, że zbyt mocno odkręcił kurek z gorącą wodą i nie rozcieńczył jej zimną.

Dłonie poczerwieniały mu od palącego bólu, a Wołodia trzymał je tam dalej, zaciskając zęby, by nie krzyknąć. Ból był piekielny, ale w porównaniu z tamtym, który płynął z wewnątrz, nawet przyjemny. I z każdą chwilą robiło mu się lżej na sercu.



Patrząc na swoje odbicie w lustrze, Wołodia z każdym dniem coraz częściej zauważał, jak dorasta: jego twarz traciła dziecięcą miękkość, rysy stawały się ostrzejsze i bardziej ­masywne, wydawało się, że nawet jego oczy zmieniały kolor – z zielonych stawały się szare. Niezmienne były tylko szpetne okulary, nawyk mycia rąk w bardzo gorącej wodzie i myśli, że jest chorym człowiekiem.

Wołodia był pewien, że ma jakieś zaburzenie psychiczne. Z pewnością potrzebował pomocy, ale jak o nią poprosić i kogo? To przecież taki wstyd, nieznośnie straszna rzecz, żeby przyznać się komuś do tego, że chce się od własnego kuzyna czegoś całkiem innego, niż można chcieć od krewnego, od mężczyzny! I jak można powiedzieć takie słowa innej osobie, jeśli strach nawet przyznać się do tego przed samym sobą?

Myśli o przyszłości budziły w Wołodii przerażenie: za trzy miesiące skończy osiemnaście lat, za tydzień pójdzie na pierwszy wykład na uczelni. Przed nim dorosła egzystencja, którą właśnie będzie budował, za krótką chwilę wejdzie na swoją wyjątkową ścieżkę życia. Ale jak patrzeć w przyszłość, gdy Wołodia codziennie wciąż i wciąż wracał myślami do tamtej listopadowej nocy, do swojego podwórka, do rzeźb łosi, do Wowy, do dziewczyny, którą ten pocałował? Do własnego wszechogarniającego, niekontrolowanego wstydu? Do swojej choroby?

Życie płynęło obok Wołodii. Jego koledzy i koleżanki z klasy już chodzili na randki, zakochiwali się, ktoś nawet planował ślub. A Wołodia obserwował ich jakby zza szklanej ściany: słuchał z fałszywą empatią, przytakiwał, ale kompletnie nie rozumiał. I zazdrościł. Tak bardzo chciał do tych chłopców pasować, podzielać ich zainteresowania, czuć, że jest taki jak oni. Czuć, że jest normalny.

Ale Wołodia nie był normalny. Wołodia był chory i zepsuty, ponieważ nigdy w życiu nie myślał o żadnej dziewczynie w romantyczny sposób. Nigdy nie chciał żadnej pocałować. A o Wowie – myślał, a Wowę – chciał. I tak zaciekle nienawidził za to samego siebie, że życie stało się nie do zniesienia.

Wołodia miał nadzieję, że studia sprawią, że się zmieni, w końcu pojawią się tam nowe ciekawe sprawy, nowi znajomi, znajdzie się w innym środowisku. Albo przynajmniej będzie mógł zająć głowę nauką, tak żeby nie została mu nawet minuta wolnego czasu.

Ale nic się nie zmieniło. Od pierwszych dni Wołodia uczył się w szalonym tempie, zostawał na dodatkowych wykładach, siedział w bibliotece do zmroku. Ta gorliwość przyniosła owoce: w pierwszym semestrze został najlepszym studentem na swoim kierunku. Chwalili go wykładowcy, a rodzice byli z niego dumni, ale sam Wołodia był tylko wyczerpany, bo bez względu na to, jak bardzo się starał, nie mógł uciec od swoich myśli.

Choroba wracała do niego nocami: w formie koszmarów, z których budził się zlany zimnym potem, lub zmysłowych wizji. Te ostatnie były najgorsze: w pewnym momencie oprócz jego stryjecznego brata zaczęli się w nich pojawiać inni mężczyźni. Niewyraźne sylwetki, w których Wołodia rozpoznawał znajomych chłopaków z uczelni, jednak po przebudzeniu zapominał, kogo dokładnie widział. Z początku nawet się ucieszył: może to oznacza, że choroba o nazwie „Wowa” ustępuje? Potem jednak strach przygniótł mu serce niczym kamień: a więc chorobę może wywoływać nie tylko jego kuzyn? A więc nawet gdyby zapomniał o Wowie, Wołodia i tak nie stałby się normalny?

Któregoś razu, przebudziwszy się po kolejnym przyjemnym śnie, tak się rozzłościł, że zaczął z całej siły uderzać się po policzkach. A kiedy się mył, mydło tak szczypało jego i tak już podrażnioną skórę, że łzy napłynęły mu do oczu. Patrząc w lustro i widząc tam swoją żałosną zaczerwienioną twarz, Wołodia uśmiechnął się jadowicie: „Dobrze ci tak”.

Zdał sobie sprawę, że z tą chorobą trzeba coś zrobić. Zamieniała jego życie w niedający się wytrzymać koszmar, wewnętrzny demon pożerał mu duszę, unicestwiając wszystkie dobre emocje, pozostawiając po sobie tylko ziejącą pustkę.

Wołodia podjął decyzję: musi choćby spróbować być normalny. Musi choćby udawać.

Zaczął przyglądać się dziewczynom, próbując znaleźć cechy, które mu się podobały, i mentalnie je odnotowując: jedna ma piękne włosy, druga – pełne usta i czarujący dołeczek w podbródku. Zmuszał się, by nie spuszczać wzroku, gdy dziewczyny rozmawiały z nim przed salą wykładową lub w stołówce. Nauczył się odpowiadać uśmiechem na uśmiech i choć za każdym razem był on wymuszony i sztuczny, to i tak chwalił samego siebie za to, że próbował. Poza tym przestał rezygnować z chodzenia na nasiadówki z winem i gitarą w akademiku i zaczął regularnie na nie uczęszczać.

Ale po kilku miesiącach walki z samym sobą żadna dziewczyna nie wzbudziła nawet najsłabszego drgnięcia w jego sercu. Tak, podobały mu się – jako ludzie. Zabawnie żartowały, często dzieliły się notatkami z wykładów, prosiły o pomoc przy referatach i pracach rocznych, a w ramach podziękowania oferowały cukierki i uściski. Tyle że Wołodia czuł, iż mocny uścisk dłoni przystojnego kolegi z roku jest dla niego przyjemniejszy niż kobiece objęcia. Ale mimo to wciąż uparcie trwał przy swoim: karcił się za każdą niewłaściwą myśl, patrzył na dziewczyny i nie pozwalał sobie ani na sekundę utraty samokontroli.



W pokoju trzysta dziewiątym uczelnianego akademika panował półmrok. Choinkowy stroik na zawieszonym nad łóżkiem dywanie migał na pomarańczowo, połyskując na twarzach zgromadzonych studentów. Na łóżku, z gitarą w rękach siedział Saszka Szczepkin i śpiewał Wysockiego. Znał tylko jego piosenki, dlatego kiedy po krótkiej przerwie znów szarpnął struny i zaintonował tę o Wielkim Karetnym, ludzie zawyli.

– Sasza, na litość boską, oddaj już gitarę Miszce – poprosiła koleżanka Wołodii z grupy. – Dziś ósmy marca, wiosenne święto, a tym wpędzasz wszystkich w jakiegoś doła.

Sasza zwiesił głowę ze skwaszoną miną, ale usłuchał. Miszka zagrał Arlekino i w pokoju od pierwszych akordów zapanowało ożywienie.

„A mnie bardziej się podoba Wysocki” – pomyślał Wołodia, ale nie sprzeciwił się na głos.

Siedział na podłodze pod ścianą, trzymając w dłoni emaliowany kubek z portwajnem. Nie było to oczywiście żadne szlachetne wzmacniane wino, lecz zwykły samogon z winogron przywieziony ze wsi przez kolegę z grupy. Ale Wołodia chciał myśleć, że to portwajn. Poza tym nieźle uderzył mu do głowy – po pierwszym kubku Wołodia zaczął unosić się w przestrzeni, zakołysał się wraz z dźwiękami strun gitary, sycąc wzrok pomarańczowymi światełkami stroika, które jakby do niego mrugały. Czuł się lekki i spokojny. Po raz pierwszy od dawna nie nachodziły go czarne myśli. Zbyt trudno im było powstać w pijanej głowie.

Nagle ktoś usiadł obok niego. Wołodia obrócił się powoli i zobaczył kędzierzawe włosy i krągłe policzki Katii Zelcman, koleżanki z roku, która częściej od innych pożyczała od niego notatki. Katia mocno pachniała słodkimi perfumami, a na jej powiekach błyszczały srebrzyste cienie.

– Dolać ci? – W rękach trzymała butelkę.

– Poproszę. – Wołodia podał jej kubek.

Katia nalała też sobie, a potem nachyliła się do Wołodii, żeby się z nim trącić.

– Za ciebie – powiedział Wołodia. – Z okazji święta.

Katia zachichotała zalotnie i wypiła. A potem nagle wzięła go pod rękę i położyła mu głowę na ramieniu.

Wołodia zamarł w napięciu, próbował wsłuchać się w siebie, ale nie usłyszał niczego poza echem chóru głosów i wtórującej im gitary. W jego wnętrzu trwała milcząca pustka. Żadnego drżenia. Ani strachu i paniki.

„Niech będzie” – pomyślał Wołodia i rozluźnił się.

Siedzieli tak przez trzy piosenki. Katia to podśpiewywała, to milczała, melancholijnie popijając wino. I przez cały ten czas nie odrywała głowy od ramienia Wołodii. Nagle jednak wyprostowała się i zaproponowała:

– Nie masz ochoty się przewietrzyć na korytarzu? Tak tu duszno, aż słabo mi się zrobiło.

Wołodia skinął głową, wstał i podał rękę Katii.

Korytarz na drugim piętrze był tak zadymiony od papierosów, że pod sufitem unosiła się jakby chmura. Wołodię natychmiast zaczęło drapać w gardle, a Katia rzuciła się z kaszlem do lufcika i szarpnęła do siebie skrzypiącą drewnianą framugę. Do środka wdarło się świeże, jeszcze zimowo mroźne powietrze. Wołodia też podszedł do okna i odetchnął z przyjemnością – od razu nieco przejaśniło mu się w głowie.

Katia podskoczyła i usiadła na parapecie. Nagły ruch sprawił, że spódnica od jej niebieskiego kompletu nieco się zadarła, odsłaniając okrągłe kolana i malutkie oczko na beżowych rajstopach. Zamroczony alkoholem Wołodia nie wiedzieć czemu dotknął tego miejsca palcem. Katia zarumieniła się i próbowała zasłonić je spódnicą.

– Oj – zmieszał się Wołodia. – Ja… Cóż, to nic takiego, myślę, że to całkiem urocze.

Naprawdę nie wiedział, po co to zrobił – ot tak, z upojenia. A Katia rzuciła mu przenikliwe spojrzenie spod gęstych rzęs i powiedziała przeciągle:

– Wołodia… Sporo wypiłam, więc jestem śmiała… Mogę coś powiedzieć?

– Oczywiście, mów.

– Nie zauważyłeś niczego dziwnego?

– Gdzie?

– Nie „gdzie”, tylko „kiedy”. No… przez ostatnie kilka miesięcy.

Wołodia zmarszczył brwi.

– Raczej nie…

Katia westchnęła.

– Wy, faceci, to jesteście jednak głupi! – Spojrzała mu prosto w oczy. – Bardzo mi się podobasz. Tylko ślepy by nie zauważył.

– O… – Tylko tyle zdołał odpowiedzieć zakłopotany Wołodia.

– Nie musisz niczego mówić. – Uśmiechnęła się figlarnie i dotknęła palcem swoich różowych od szminki ust. – Możesz mnie po prostu pocałować.

– O… – powtórzył Wołodia.

Katia zachichotała i zamknęła oczy w oczekiwaniu.

I serce Wołodii wreszcie mocniej zabiło – lecz nie z podniecenia, a ze strachu. Katia była sympatyczna, zupełnie nie budziła w nim wstrętu, jednak nie chciał też jej całować. Ale Katia czekała, mijały sekundy, a w Wołodii w ślad za strachem narastał gniew.

„Przecież tego potrzebujesz! – powiedział mu wewnętrzny głos. – Przecież tego chciałeś. To twoja szansa, by spróbować stać się normalny”.

I zbliżył się do jej twarzy, pochylił głowę i objął Katię w talii. Kiedy z ochotą do niego przylgnęła, Wołodia przycisnął usta do jej warg. Odnotował, że były miękkie i ciepłe, a potem pomyślał, że zaraz powinno się zrobić przyjemnie, że lada chwila świat wokół niego zacznie wirować. Katia przywarła do niego mocniej, gorąco westchnęła, a pocałunek stał się głębszy. W tym momencie Wołodia poczuł się jak kamienny posąg albo bryła lodu. Nie wiedzieć czemu przypomniało mu się, jak w dzieciństwie polizał metalową poprzeczkę huśtawki. Język nie zdążył mu na szczęście przymarznąć, ale teraz zdawało mu się, że całując go, Katia musi czuć to samo – martwy, zimny metal.

Ale wyglądało na to, że jej się to podoba. A Wołodii – nie.

Odsunął się. Katia otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Chyba należało coś powiedzieć, ale Wołodia patrzył przez nią na wylot, usilnie starając się odnaleźć w sobie jakiekolwiek ślady uczuć.

– Chcesz pójść do mojego pokoju? – zaprosiła go z zawstydzeniem Katia. – Nie myśl sobie, po prostu mi tu zimno, a do nich jakoś nie chcę wracać… Wolę spędzić czas z tobą.

Wołodia zabrał ręce z jej talii.

– Wybacz, Katia, ale już późno. Chciałbym złapać ostatni trolejbus.

Na parę sekund zmarkotniała, ale potem znów się uśmie­chnęła.

– W porządku. Czyli zobaczymy się jutro na zajęciach?

– Oczywiście – zapewnił Wołodia.

Chyba chciała go pocałować w policzek, ale zdał sobie z tego sprawę, gdy już się odwrócił i poszedł w stronę wyjścia z akademika.

Na przystanek niemal pobiegł. W trolejbusie nerwowo bębnił palcami w poręcz, a potem omal nie upadł, poślizgnąwszy się w oblodzonym wejściu na klatkę schodową. I dopiero gdy dotarł do mieszkania, zamknął się w swoim pokoju i usiadł na łóżku, ukrył twarz w dłoniach i zapytał sam siebie: „Dokąd próbujesz uciec, idioto? Nie zdołasz uciec ani przed sobą, ani przed twoją chorobą”.

Tej nocy śnił mu się koszmar: znów tamta letnia noc, znowu podwórko, znowu Wowa. Tylko teraz zamiast bezimiennej dziewczyny, którą pocałował jego kuzyn, była tam Katia. Brat zauważył kryjącego się w krzakach Wołodię i zawołał: „Czemu, u licha, nie zostałeś w domu? Po co za mną polazłeś? Gdybyś wtedy nie wyszedł, to wszystko by się nie wydarzyło!”.

Z każdym słowem jego twarz stawała się coraz bardziej wykrzywiona gniewem. Ale zamiast się odwrócić, Wołodia nie mógł oderwać wzroku od jego policzków, umazanych różową szminką i srebrzystym brokatem.

Rano, po raz dziesiąty mydląc ręce, żeby ukropem zmyć ten brokat z siebie, Wołodia z trudem powstrzymywał łzy. Nie dlatego, że to bolało, ale ponieważ czuł się jak zamknięte w klatce dzikie zwierzę, które desperacko rzuca się na kraty swojego więzienia, ale zdaje sobie sprawę, że nie ma najmniejszej szansy na ucieczkę. Wołodia znalazł się w ślepej uliczce. Choroba otoczyła go ze wszystkich stron.



Przez cały następny dzień po pełnej majaków nocy Wołodia czuł się całkowicie wyczerpany. Kompletnie nie udawało mu się skupić na zajęciach – monotonne mamrotanie profesora było do tego stopnia usypiające, że na drugim wykładzie zdrzemnął się na jakieś pięć minut. A kiedy spostrzegł się i otworzył oczy, nie rozumiał, dlaczego na historii dyskutuje się o Czajkowskim. Natychmiast jednak sam to sobie wyjaśnił: może to tak przy okazji – Ignat Siergiejewicz lubi robić dygresje literackie na swoich wykładach.

– Przepraszam. – Saszka Szczepkin, wczorajszy gitarzysta, podniósł rękę. – Mogę o coś zapytać? Jeden znajomy mi opowiadał, że wyczytał w jakimś czasopiśmie, że Piotr Czajkowski nie żył z żoną, bo miał romanse z facetami. Słyszał pan o tym?

Wołodia tak się speszył, że upuścił długopis, który potoczył się pod ławkę.

Spoglądając na Saszkę, Ignat Siergiejewicz zmarszczył brwi i wydął nozdrza.

– Młody człowieku, nie wiem, w jakich czasopismach pański znajomy wyczytał te oszczercze brednie, ale zdecydowanie radziłbym mu ich nie czytać! Plotki o tym, że Piotr Iljicz Czajkowski rzekomo chorował na homoseksualizm, lubi rozpowszechniać zagraniczna prasa. – Znacząco uniósł brwi. – I dobrze pan wie, że nie należy im wierzyć. W żadnym wiarygodnym sowieckim źródle nie ma takiego kłamstwa!

Po tych słowach Ignat Siergiejewicz wrócił do tematu zajęć. Wołodia machinalnie podniósł spod ławki długopis, ale nie zanotował ani słowa więcej. Siedział, tępo wpatrując się w swój zeszyt, a w głowie pulsowała mu jedna i ta sama fraza, niczym na tablicy świetlnej: „Chorował na homoseksualizm, chorował na homoseksualizm, chorował…”.

Ocknął się, gdy zajęcia się skończyły i zrobiło się gwarno. Wołodia wrzucił swoje rzeczy do plecaka i popędził do wyjścia, ale w drzwiach omal nie obalił Saszki Szczepkina.

– Wybacz! – zawołał Wołodia w biegu, ale wtem zatrzymał się i obrócił. – Czekaj, Sasza! Co to za czasopismo, w którym czytałeś o Czajkowskim?

Ten zmrużył oczy i syknął na Wołodię:

– Co ty, głupi jesteś, że tak się drzesz?

Wołodia się spostrzegł. Było jasne, że pisma nie czytał żaden znajomy Saszki, ale on sam, a to dlatego że jego ojciec dostawał skądś mnóstwo zagranicznej prasy. A Saszka z kolei czasem przynosił co nieco do akademika. Ale Wołodia powinien był oczywiście być ostrożniejszy: gdyby któryś z wykładowców usłyszał o zagranicznych czasopismach, doniósłby na niego.

– No, takie czasopismo. Sam wiesz jakie. – Saszka nachylił się do Wołodii i wyszeptał: – W języku inglisz.

– A dałbyś poczytać?

Saszka popatrzył na niego podejrzliwie:

– A co, interesujesz się muzyką klasyczną?

Wołodia energicznie pokiwał głową:

– Tak! Jeszcze jak. Generalnie interesuję się wszystkimi gatunkami muzyki i uwielbiam jej słuchać.

– A na wczorajszej prywatce nawet nie śpiewałeś.

– Bo wypity byłem, siedziałem i słuchałem. No co ty, Sasza, ja bardzo lubię Wysockiego, a ty śpiewałeś całkiem w dechę.

Wołodia sam nie wiedział, czy skłamał, czy powiedział prawdę, ale na Saszkę to zadziałało. Uśmiechnął się z dumą:

– W porządku. Jutro przyniosę czasopisma.

Wołodia ścisnął jego dłoń i pospieszył dalej wytyczoną przez siebie trasą, do biblioteki. Czytelnia okazała się pusta – studenci przychodzili zwykle po zajęciach. Wołodia pokazał bibliotekarzowi legitymację i przeszedł do sekcji słowników. Zdjął z półki siódmy tom Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej i otworzył indeks alfabetyczny.

– „Hob”… „hod”… „hof”… „hok”… – szeptał pod nosem. – Aha, jest! „Hom”…

Otworzył encyklopedię na wskazanej stronie i zaczął wertować ją dalej w poszukiwaniu właściwej definicji. I przeczytał: „Homoseksualizm – zboczenie płciowe polegające na ­nienaturalnym pociągu do osób własnej płci. Spotykane u osób obu płci. W prawie karnym ZSRR, krajów socjalistycznych, a także niektórych państw burżuazyjnych wprowadzono karę za H. (pederastię)”.

Wołodia gwałtownie zatrzasnął książkę i zesztywniałymi palcami odłożył ją na półkę. Przeczytał to hasło zaledwie jeden raz, ale natychmiast nauczył się go na pamięć. I te litery składające się w słowa płonęły teraz w jego wnętrzu niczym piętno.

Jeśli do tej chwili nazywał swój dziwny pociąg do kuzyna „chorobą” tylko dlatego, że sam tak wymyślił, to teraz przekonał się, że to najprawdziwsze schorzenie posiadające naukową definicję i nazwę. A do tego za homoseksualizm grozi kara.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij