Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Co się stało Margot Clair? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

Co się stało Margot Clair? - ebook

Margot Clair zniknęła.

W biały dzień. Bez śladu.

Na pierwszy rzut oka miała wszystko: męża kandydującego na burmistrza, utalentowane dzieci, piękny dom w spokojnej dzielnicy. Była kobietą z rodzaju tych, które wszyscy głośno podziwiają, ale szeptem oskarżają, że na to nie zasłużyła. Nikt nie spodziewał się, że za drzwiami na pozór tak idealnego domu może kryć się tyle tajemnic.

Co tak naprawdę stało się z Margot Clair?

Kto kłamał? Komu byłoby na rękę jej zniknięcie?

Czy jej zaginięcie to sprawka męża – pracoholika, żyjącego po to, by imponować ojcu, i skrywającego sekret, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego?

A może kochanka – przedstawiciela służb państwowych przyciągającego kobiece spojrzenia nie tylko swoją pozycją?

Albo teścia, który otwarcie twierdził, że nie każda kobieta zasługuje na nazwisko jego rodu?

Czy to możliwe, że odpowiedź znała przyjaciółka – charyzmatyczna, spontaniczna, zawsze stojąca po jej stronie?

Margot Clair miała wszystko… ale kim tak naprawdę była?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68473-39-1
Rozmiar pliku: 762 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Patrzyła w su­fit, a serce wa­liło jej w piersi. Jak mo­gła się w to wplą­tać? Nie do­wie­rzała, że ta zna­jo­mość do­pro­wa­dziła ją do ta­kiego punktu. Skar­ciła się w my­ślach za to, że po­zwo­liła emo­cjom prze­jąć kon­trolę. Te­raz stawką było jej ży­cie. Pró­bo­wała się uspo­koić, wy­dy­cha­jąc po­wie­trze przez usta, ale uścisk w gar­dle po­wo­do­wał, że le­dwo od­czu­wała prze­cho­dzące przez nie po­wie­trze.

Mrok spo­wi­jał sy­pial­nię, po­ściel otu­lała ciało, da­jąc złudne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ci­sza zda­wała się nie­po­ko­jąca, w tle sły­szała je­dy­nie ty­ka­nie ze­gara, zu­peł­nie jakby od­li­czał czas do jej śmierci. Po­czuła kro­ple potu na karku, gdy coś na par­te­rze za­skrzy­piało. Wsparła się na łok­ciu i za­częła na­słu­chi­wać. Czy to sta­nie się wła­śnie w tej chwili? Już, tak po pro­stu?

Ktoś po ci­chu wspi­nał się po klatce scho­do­wej. Wbiła pa­znok­cie w miękki ma­te­rac, ocze­ku­jąc naj­gor­szego. Pró­bo­wała przy­wo­łać w my­ślach roz­kład domu, moż­liwe drogi ucieczki lub kry­jówki, ale tym ra­zem po­sta­wiła wszystko na jedną kartę.

Czuła, że po­stać jest tuż za drzwiami, na­pię­cie w po­miesz­cze­niu gęst­niało. Se­kundy za­mie­niły się w go­dziny. Może przy­były nie za­mie­rza się z nią wi­tać, tylko od razu po­śle ją w ra­miona pie­kła? I wtedy usły­szała de­li­katne klik­nię­cie zamka to­wa­rzy­szą­cego prze­su­wa­ją­cej się gałce w drzwiach. Wró­ciła do po­zy­cji le­żą­cej. Mimo że czuła strach, na jej twa­rzy nie drgnął ża­den mię­sień, jak gdyby wciąż była po­grą­żona we śnie. Kiedy drzwi się uchy­liły, stru­mień świa­tła mu­snął jej po­li­czek. Otwo­rzyła oczy z prze­ra­że­niem i unio­sła się do pionu.

– Cze­ka­łem na tę chwilę. Twoja śmierć bę­dzie po­wolna, a ja za­mie­rzam de­lek­to­wać się każdą se­kundą.1

Margot Clair

Mar­got po­pi­jała kawę, a w mię­dzy­cza­sie pa­ko­wała ka­napki do po­jem­nicz­ków z ko­lo­ro­wymi po­sta­ciami z ba­jek. Cho­ciaż miała po­moc do­mową, lu­biła tę czyn­ność. Chciała się upew­nić, że dzieci pod­czas po­bytu na do­dat­ko­wych za­ję­ciach będą mieć coś do je­dze­nia od wła­snej ro­dzi­cielki. Oskar, jej mąż, jak za­wsze w tym cza­sie krzą­tał się po ca­łym domu. Jak na uło­żo­nego czło­wieka, który pre­zen­to­wał się szer­szej pu­blicz­no­ści, w ży­ciu pry­wat­nym by­wał mało pre­cy­zyjny i ogar­nięty. Pew­nie szu­kał kra­wata, który odło­żyła do­kład­nie w to samo miej­sce, tuż przy ma­ry­narce w sza­fie.

Zbli­żały się ko­lejne wy­bory, a więc gar­de­roba jej męża była za­pla­no­wana na mie­siąc do przodu. Mar­got zda­wała so­bie sprawę z roli ko­lo­rów, które na­dają pre­zen­cji pew­nych cech: w jed­nej bar­wie je­steś sta­now­czy i wład­czy, w in­nej – ła­godny i do­stępny. Jed­nak szafa Oskara wzno­siła się na zu­peł­nie inny po­ziom, a ko­bieta nie za­mie­rzała wcie­lać się w rolę sty­li­sty. Jako do­bra żona dbała o to, by każda ko­szula i sta­ran­nie skro­jona ma­ry­narka były ide­al­nie wy­pra­so­wane, za­nim przy­szły kan­dy­dat na bur­mi­strza się­gnie po nie i je włoży, bu­du­jąc w ten spo­sób swój wi­ze­ru­nek.

– Baw­cie się do­brze. – Po­ca­ło­wała czoła bliź­nia­czek, po czym do­tknęła ich za­ru­mie­nio­nych po­licz­ków.

Pal­cem za­kre­śliła koło w po­wie­trzu, żeby dzieci zro­biły ob­rót, a kiedy wy­ko­nały jej po­le­ce­nie, mo­gła wło­żyć dru­gie śnia­da­nie do ich ma­łych tor­ni­strów. Gdy to ro­biła, unio­sła wzrok i po­słała mę­żowi po­godny uśmiech. Ten oparł ręce o za­głó­wek krze­sła, sto­jąc na­prze­ciwko ro­dziny. W nie­bie­skich oczach pra­wie czter­dzie­sto­let­niego męż­czy­zny można było do­strzec nie­opi­saną dumę z po­sia­da­nia dwóch trzy­let­nich có­rek. Więk­szość ge­nów od­po­wia­da­ją­cych za wy­gląd odzie­dzi­czyły jed­nak po matce – miały ta­kie same lekko za­darte no­ski, ciemne oczy, brą­zowe włosy i owalne twa­rze. Mocne i wy­ra­zi­ste rysy z domu Clair na tym eta­pie jesz­cze się nie uwi­docz­niły i ko­bieta po ci­chu li­czyła, że nikt z ro­dziny męża nie bę­dzie się ich do­szu­ki­wał.

Ko­szula Oskara wciąż nie była do­pięta na ostatni gu­zik, przez co stwier­dziła, że męż­czy­zna na­dal nie zna­lazł kra­wata. Na jego palcu ser­decz­nym po­bły­ski­wała ob­rączka, która nie tak dawno wró­ciła z czysz­cze­nia, a tuż obok niej sy­gnet ro­dziny Clair, prze­ka­zy­wany z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Sym­bol przy­na­leż­no­ści oraz sta­tusu spo­łecz­nego. Oskar zmie­nił po­zy­cję – przy­kuc­nął i wy­cią­gnął ręce przed sie­bie. Za­zwy­czaj że­gnał swoje córki wła­śnie w ten spo­sób. „Po­pro­szę przy­tu­lasa na do­bry po­czą­tek dnia!”

– Po­pro­szę przy­tu­lasa na do­bry po­czą­tek dnia! – wy­po­wie­dział ra­do­śnie, po­wta­rza­jąc myśl Mar­got oraz ich co­dzienny sche­mat.

Brą­zowe loki dziew­czy­nek bu­jały się bez­tro­sko w dwóch ku­cy­kach, gdy w pod­sko­kach po­gnały do ojca i ści­snęły go z ca­łych sił.

– Ten wi­dok za­wsze chwyta mnie za serce.

Kinga ści­snęła moc­niej w dłoni klu­cze od sa­mo­chodu, pa­trząc na swo­jego szefa. Była pol­ską emi­grantką, która przy­je­chała do Sta­nów Zjed­no­czo­nych w po­szu­ki­wa­niu lep­szego ży­cia, i tym­cza­sowo do­ra­biała jako po­moc do­mowa w ich domu.

– Można się za­ko­chać w tej trójce, prawda? – Mar­got skrzy­żo­wała dło­nie na klatce pier­sio­wej i oparła się o ku­chenny blat.

– Mają pań­stwo wiele szczę­ścia, w dzi­siej­szych cza­sach na­prawdę trudno utrzy­mać tra­dy­cyjny mo­del ro­dziny i jesz­cze się przy tym tak ko­chać.

Pani domu ob­da­ro­wała dziew­czynę po­god­nym uśmie­chem i po­dzię­ko­wała za kom­ple­ment ski­nie­niem głowy.

– Dziew­czynki, za­pra­szam! Bo ina­czej bę­dziemy stały w korku. – Kinga me­lo­dyj­nym gło­sem za­chę­ciła dzieci, by wresz­cie pu­ściły swo­jego tatę.

Ko­bieta otwo­rzyła drzwi i wy­pro­wa­dziła po­cie­chy pań­stwa Cla­irów do sa­mo­chodu sto­ją­cego tuż na pod­jeź­dzie. Wraz z wyj­ściem dziew­czy­nek i za­mknię­ciem drzwi ro­dzinna sie­lanka wy­pa­ro­wała. Zu­peł­nie jakby te dwie małe istoty nie­świa­do­mie trzy­mały cie­pło tego domu. Oskar pod­niósł się i prze­chy­lił głowę tak, że coś aż za­trzesz­czało mu w karku. Zmie­rzył chłod­nym wzro­kiem żonę.

– Spraw­dza­łaś mój ka­len­darz?

Oczy­wi­ście, że tak, ro­bię to co­dzien­nie i pew­nie będę to ro­bić aż do usra­nej śmierci, po­my­ślała.

– Tak.

– W ra­tu­szu o pią­tej, to bar­dzo ważne, byś za­brała córki ze sobą.

– Nie po­doba mi się fakt, że na­sza ro­dzina jest to­wa­rem han­dlo­wym two­jej kam­pa­nii.

Męż­czy­zna od­su­nął krze­sło, usiadł przy stole i pod­parł ręką czoło. Głę­boko wes­tchnął. Nie miał ochoty wał­ko­wać w kółko te­matu, który – miał na­dzieję – mieli już za sobą.

– Ko­lejna rundka? Mało ci? – Tej wy­po­wie­dzi to­wa­rzy­szyło zre­zy­gno­wa­nie.

– Mam gdzieś ocie­pla­nie wi­ze­runku. Nie chcę, by na­sze dzieci brały udział w me­dial­nej szopce tylko dla­tego, że to po­prawi ci sta­ty­styki wy­bor­cze. Wolę, żeby do­ra­stały w twoim cie­niu. Mało jest po­rwań na tym świe­cie, po co ku­sić los?

– Dbasz o los na­szych dzieci czy o swój? Wy­daje mi się, że to cie­bie krę­pują ka­mery. Dziew­czynki za­wsze przy ta­kich oka­zjach za­cho­wują się na­tu­ral­nie, czują się wtedy nie­mal jak ryby w wo­dzie.

Nie mo­gła nie przy­znać mu ra­cji, dla­tego zde­cy­do­wała się mil­czeć. To oby­cie z me­diami pew­nie miały po te­ściu. Wzdryg­nęła się na samo wspo­mnie­nie „wiel­kiego” Ar­tona Cla­ira. Nie po­tra­fiła się z nim do­ga­dać, bo zde­cy­do­wa­nie pa­trzyli na świat zu­peł­nie ina­czej.

– Gdzie jest mój kra­wat? – zmie­nił te­mat i wstał od stołu.

– Tam, gdzie za­wsze, co­dzien­nie, każ­dego dnia – od­po­wie­działa, nie szczę­dząc so­bie sar­ka­zmu.

Pod­szedł do niej tym pew­nym, wy­uczo­nym kro­kiem, który miał su­ge­ro­wać pew­nego ro­dzaju wyż­szość i do­mi­na­cję. Może w in­nych wa­run­kach by się go nieco wy­stra­szyła, ale wie­działa, że to gra, a on po­słusz­nie od­rywa pierw­szą rolę i wy­ko­rzy­stuje żonę do ćwi­czeń, by za­pre­zen­to­wać się z god­no­ścią w kam­pa­nii. Sta­nął na­prze­ciw niej z po­są­go­wym wy­ra­zem twa­rzy, nie­zdra­dza­ją­cym żad­nej my­śli. Je­śli był wy­pro­wa­dzony z rów­no­wagi lub miał ochotę po­słać ją do pie­kła, świet­nie się z tym krył. Oczy sta­no­wiły jed­nak jego słaby punkt – może dla­tego, że znała go le­piej niż inni, wi­działa w nich po­trzebę po­kla­sku i przy­na­leż­no­ści do cze­goś więk­szego niż ro­dzina, a przede wszyst­kim pra­gnie­nie uzna­nia ze strony ojca.

– Gdyby było ci tak źle, już dawno byś nas zo­sta­wiła. Do­brze wiemy, że po­doba ci się to ży­cie. Mo­żesz w wol­nej chwili ma­lo­wać te nie­zro­zu­miałe bo­ho­mazy, które przy odro­bi­nie szczę­ścia kupi ktoś rów­nie nie­zrów­no­wa­żony, jak ty. Plot­ko­wać na ka­wie z przy­ja­ciółką, uda­wać per­fek­cyjną żonę i matkę. Przy­wy­kłaś do wy­gody. – To nie­sa­mo­wite, jaki chłód bił ze słów męż­czy­zny.

Mar­got mo­głaby przy­siąc, że czuła ciarki na karku, kiedy to mó­wił. Jego sztab zro­bił ge­nialną ro­botę, przy­go­to­wu­jąc go do przy­szłej roli, te­raz to od­czuła. Skró­cił dy­stans mię­dzy nimi, po­ku­sił się na­wet, by po­ło­żyć dło­nie na bla­cie, dzięki czemu za­mknął ją w pu­łapce. Ko­lejna ze sztu­czek ma­ni­pu­la­cyj­nych. Ich twa­rze od­dzie­lały od sie­bie w tym mo­men­cie cale. Unio­sła pod­bró­dek, by wie­dział, że nie da się za­pę­dzić w kozi róg. Na jej od­ruch ką­cik ust de­li­kat­nie uniósł mu się ku gó­rze.

– Chyba nie mu­szę mó­wić na głos tego, co oboje do­brze wiemy – stwier­dził, ale za­raz i tak wy­po­wie­dział to zda­nie: – Nie stać cię na to, by odejść.

Mru­gnęła, po­sta­no­wiła zo­sta­wić wszel­kie my­śli dla sie­bie, cho­ciaż za­ci­snęła moc­niej ręce wciąż skrzy­żo­wane na klatce pier­sio­wej. Prze­łknęła ślinę, co nie uszło uwa­dze męż­czy­zny.

– Tak my­śla­łem. – Po­ca­ło­wał ją w czoło. – Nie za­po­mnij, o pią­tej w ra­tu­szu.

– Nie śmia­ła­bym.

Ode­rwał się od niej i po­kie­ro­wał w stronę wyj­ścia. Po dro­dze zgar­nął ele­gancki skó­rzany ne­se­ser, a kra­wa­tem już nie za­przą­tał so­bie głowy.

– Włóż coś ład­nego, tylko nie­zbyt pod­kre­śla­ją­cego fi­gurę, nie chcemy tra­cić wy­bor­ców przez za­zdro­sne za­lot­nice.

Za­ci­snęła usta w cienką li­nię, a gdy usły­szała cha­rak­te­ry­styczne prze­ska­ki­wa­nie me­cha­ni­zmu w drzwiach, ode­tchnęła z ulgą. Roz­pro­sto­wała ręce, jej palce drżały… To wszystko kosz­to­wało ją wię­cej od­wagi, niż my­ślała. Naj­gor­sze było to, że nie mo­gła za­prze­czyć żad­nemu z jego słów. Nie było ją stać na odej­ście, pod­pi­sała in­ter­cyzę, a je­dyny – choć na­dal ni­kły – za­ro­bek miała z wła­snych ob­ra­zów. Poza tym nie wy­obra­żała so­bie zro­bić ta­kiej krzywdy, jaką jest roz­wód, wła­snym dzie­ciom. Wie­działa, że to mał­żeń­stwo to pakt z dia­błem, zgo­dziła się na ten ślub zu­peł­nie świa­do­mie. Nie są­dziła jed­nak, że ży­cie z tym wy­bo­rem bę­dzie ta­kie trudne.

Od­wró­ciła się, wsparła się o blat, wolną, lecz wciąż roz­dy­go­taną ręką się­gnęła po kawę, za­pewne już zimną. Ku­bek wy­le­ciał jej z dłoni, roz­padł się na ka­wałki i po­bru­dził ku­chenne ka­felki. Przy­kuc­nęła i za­częła zbie­rać odłamki, a sa­motna łza spły­nęła po po­liczku ko­biety, cho­ciaż mocno wal­czyła, by nie oka­zać sła­bo­ści przed samą sobą. Wie­działa, że wy­brała dla sie­bie ży­cie w pew­nego ro­dzaju wię­zie­niu, jed­nak to wciąż była lep­sza opcja niż praw­dziwe mury prze­są­czone kry­mi­na­li­stami.

Kinga po­ma­gała Mar­got ubrać trzy­let­nie bliź­niaczki w te same su­kienki. Nie był to wy­bór, któ­rego do­ko­nała Clair, tylko oczy­wi­ście pro­po­zy­cja nie do od­rzu­ce­nia sztabu wy­bor­czego jej męża. Pa­trząc na wła­sne córki, mu­siała przy­znać, że do­brze pre­zen­to­wały się w po­ma­rań­czo­wym od­cie­niu. Cho­ciaż krój ubra­nia spra­wiał, że wy­glą­dały jak dy­nie, zwłasz­cza z zie­lo­nymi ko­kar­dami we wło­sach. Ko­bieta przy­ło­żyła pięść do ust, ob­ser­wu­jąc, jak jej córy kręcą się po po­miesz­cze­niu, prze­sta­wia­jąc rze­czy w sy­pialni.

– Czy ty też my­ślisz, że wy­glą­dają jak hal­lo­we­enowe ozdoby?

Młod­sza ko­bieta pod­nio­sła się z pod­łogi, gdyż wła­śnie skoń­czyła sprzą­tać po przy­ci­na­niu zie­lo­nych wstęg do wło­sów. Od­wró­ciła się do swo­jej roz­mów­czyni, ale na se­kundę za­nie­mó­wiła, pa­trząc na sze­fową.

– Wy­glą­dasz osza­ła­mia­jąco – stwier­dziła Kinga, któ­rej Mar­got już ja­kiś czas temu za­bro­niła mó­wić do niej na „pani”. Chyba że aku­rat prze­by­wały w miej­scach pu­blicz­nych, pod okiem ka­mer, pod­czas wszyst­kich wyjść zwią­za­nych z pracą jej męża.

Nie za­mie­rzała wkła­dać gar­ni­tu­ro­wego ko­stiumu, w któ­rym jej po­śladki nie miały po­ję­cia o wła­snym ist­nie­niu, ani zbyt cia­snej ko­szuli za­pi­na­nej nie­mal pod sam nos. Zda­wała so­bie sprawę, że ten „grzech” nie przej­dzie nie­zau­wa­żony przez Oskara oraz jego lu­dzi, ale swoim zda­niem wciąż za­cho­wy­wała wy­ma­ganą klasę. Wło­żyła czarną, do­pa­so­waną su­kienkę, z de­li­kat­nym de­kol­tem, i złote do­datki. Uwa­żała, że kla­syka za­wsze się obroni, zwłasz­cza je­śli ma się od­po­wied­nią fi­gurę, a tak się skła­dało, że ona odzie­dzi­czyła ją po swo­jej matce. Je­dyne, do czego mógłby się przy­cze­pić ktoś z za­rządu gar­de­ro­bia­nego, jak sama okre­ślała sztab lu­dzi, to czer­wona szminka.

– Dzię­kuję. – Uśmiech­nęła się nie­znacz­nie, po czym znów prze­nio­sła wzrok na swój naj­więk­szy skarb: dzieci.

– Gdy to po­wie­dzia­łaś… te­raz to wi­dzę, wy­glą­dają jak dy­nie.

Obie par­sk­nęły śmie­chem.

– Cóż, nie można się sprze­ci­wiać wy­roczni mody, w końcu mamy je­sień – stwier­dziła, choć na­dal nie do­wie­rzała, że po­zwoli tak wyjść cór­kom do miej­sca pu­blicz­nego. – Dziew­czynki, pro­szę do mnie. Nie mo­żemy się spóź­nić, tata musi zo­ba­czyć wa­sze ko­stiumy.

Na­chy­liła się w stronę dzieci.

– Ja­kie ko­stiumy? – za­py­tała Sa­rah, star­sza o pięt­na­ście mi­nut od sio­stry.

W od­po­wie­dzi matka tylko po­krę­ciła głową z uśmie­chem.

Wnę­trze ra­tu­sza w Brick­stone Har­bor im­po­no­wało, bez wąt­pie­nia można było po­rów­ny­wać je do wło­skich ka­plic czy ko­ścio­łów. Czte­ro­pię­trowy bu­dy­nek z bia­łego mar­muru, stali i gra­ni­to­wych ma­te­ria­łów miał już swoją hi­sto­rię. W prze­ci­wień­stwie do Oskara Cla­ira, który wła­śnie po ci­chu kan­dy­do­wał i nie­ofi­cjal­nie za­czy­nał dzia­ła­nia ma­jące za­pew­nić mu urząd bur­mi­strza. Ob­casy stu­kały po po­sadzce, gdy Mar­got prze­mie­rzała wnę­trze bu­dowli, trzy­ma­jąc po­cie­chy za ręce, na szczy­cie scho­dów spo­tkała się z mę­żem. Przy­wi­tał ją de­li­kat­nym po­ca­łun­kiem w po­li­czek i przez chwilę przy­trzy­mał w uści­sku.

– Po­dąż za moją asy­stentką, ma dla cie­bie od­po­wiedni strój – wy­szep­tał chłodno. – Też cię do­brze znam.

Prze­wi­dział, że nie włoży tego, co po­winna. Ode­rwał się od niej i uśmiech­nął czule, po czym przy­wi­tał z dziećmi.

– Chodź­cie z ta­tu­siem, mama musi coś za­ła­twić. – Po­now­nie po­słał jej wy­mowne i pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie.

– Pani Clair, za­pra­szam – zwró­ciła się do niej ja­kaś ko­bieta, która nie wia­domo kiedy zna­la­zła się obok nich.

Mar­got wy­pro­sto­wała się z za­ci­śniętą szczęką. Tak wiele chcia­łaby w tej chwili po­wie­dzieć, ale dla wła­snego do­bra ­le­piej trzy­mać ję­zyk za zę­bami.

– Je­śli dla mnie rów­nież ma pani po­ma­rań­czowy strój in­sy­nu­ujący owoc, uprze­dzę, że ni­g­dzie nie idę – za­żar­to­wała.

– Pro­szę się nie mar­twić, mąż wy­brał coś, co na pewno przy­pad­nie pani do gu­stu – po­wie­działa i za­chę­ciła ge­stem dłoni, by Mar­got po­dą­żyła za nią.

Nie­spełna kwa­drans póź­niej sie­działa na wi­downi w pierw­szym rzę­dzie, w bor­do­wej mary­narce i czar­nych, sze­ro­kich ele­ganc­kich spodniach. Oczy­wi­ście w to­wa­rzy­stwie swo­ich dzieci w prze­bra­niu dyń. Głowę miała nieco po­chy­loną i z ma­śla­nymi oczami do­słow­nie wy­pa­lała dziury w klatce pier­sio­wej męża. Ta „na­tu­ralna” poza zo­stała jej przed­sta­wiona, kiedy się prze­bie­rała. Cho­ciaż jej oczy dla tłumu pew­nie su­ge­ro­wały mi­łość i po­dziw do part­nera, prawda była taka, że aż się go­to­wała w środku. Nie­kon­tro­lo­wa­nie wbi­jała so­bie pa­znok­cie w skórę, gdy flesz z apa­ratu do­słow­nie ją ośle­piał.

– Każdy czło­wiek za­słu­guje na cie­pły dom, a to mia­sto za­słu­guję na na­dzieję! Wy­bu­du­jemy wspól­nie przy­szłość, gdzie bez­dom­ność sta­nie się prze­szło­ścią Brick­stone Har­bor. – Męż­czy­zna dla po­wagi swo­ich słów ude­rzył pię­ścią w mów­nicę.

Czy wła­śnie prze­spa­łam całe spo­tka­nie z otwar­tymi oczami? Bar­dzo moż­liwe. Chwi­lowy za­chwyt nad do­pra­co­wa­nym tek­stem, a ra­czej jego koń­cówką, która bez wąt­pie­nia mo­gła po­ru­szyć, prze­ro­dził się w gniew na fo­to­grafa. Ro­zu­miała, że mu­siała być na szczę­śli­wym ob­razku wraz z mę­żem, ale nie ży­czyła so­bie żad­nych osob­nych fo­to­gra­fii. W tym zdjęć swo­ich dzieci – nic nie roz­ju­szało ją tak, jak fakt, że od­bitki z po­do­bi­zną dziew­czy­nek są ogól­no­do­stępne. Dzi­siej­sza tech­no­lo­gia po­zwa­lała na wiele, jej zda­niem na zbyt wiele. Bar­dzo ła­two zro­bić nie­ko­rzystne zdję­cie trzy­latce, która póź­niej bę­dzie obiek­tem wes­tchnień na fo­rach in­ter­ne­to­wych od­kle­jo­nych lu­dzi. To jedna z tych rze­czy, któ­rej nie prze­my­ślała, wcho­dząc w układ z mę­żem – że nie za­wsze bę­dzie mo­gła w stu pro­cen­tach za­gwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwo wła­snym dzie­ciom. Gdy była w ciąży, na­prawdę my­ślała, że Oskar nie po­su­nie się do tego, by han­dlo­wać wi­ze­run­kiem swo­ich po­ciech. Jaki oj­ciec tak robi?

– Prze­pra­szam – za­cze­piła chło­paka upa­mięt­nia­ją­cego ten mo­ment i szturch­nęła go pa­znok­ciem w plecy.

Fo­to­graf ob­ró­cił się i na­chy­lił do ko­biety, która zmie­rzyła go nie­za­do­wo­lo­nym spoj­rze­niem.

– Pro­szę usu­nąć ostat­nie zdję­cie, wy­star­czy, że ma pan fo­to­gra­fię na­szej ro­dziny.

– Ten ob­ra­zek wy­raża wię­cej niż ty­siąc słów, pro­szę pani. – Pod­su­nął jej apa­rat pod nos.

Twarz Mar­got na zdję­ciu wy­ra­żała po­dziw swo­jego part­nera, dziew­czynki też pa­trzyły na tatę z nieco uchy­lo­nymi ustami. Pew­nie były znu­dzone, ale to, jak na­leży się za­cho­wy­wać, wpa­jano im nie­mal od uro­dze­nia.

– Nic nie szko­dzi, pro­szę usu­nąć. – Pod­trzy­my­wała sta­now­czy ton.

Od­su­nął obiek­tyw i coś po­kli­kał na urzą­dze­niu, po czym cierpko się do niej uśmiech­nął. Bez­gło­śnie mu po­dzię­ko­wała. Męż­czy­zna tylko po­tak­nął i wró­cił do pracy. Spoj­rzała na swoją córkę sie­dzącą po pra­wej stro­nie – Sa­rah prze­su­wała rącz­kami po ma­te­riale su­kienki, na­to­miast Rosa wła­śnie za­mie­rzała we­tknąć so­bie pa­lec do nosa. Mar­got chwy­ciła jej dłoń w lo­cie, a dziew­czynka od­wró­ciła wzrok i zmarsz­czyła lekko brwi w nie­zro­zu­mie­niu.

– Ko­cha­nie, tak nie wolno.

Zre­zy­gno­wana Rosa za­częła ma­chać nóż­kami. Mar­got po­now­nie uświa­do­miła so­bie, że dzieci to jej naj­więk­sze osią­gnię­cie, i zrobi wszystko, by za­pew­nić im ochronę. Choćby miała zo­stać żywą tar­czą. Wcze­sne ży­cie Mar­got było da­le­kie od ide­al­nego, ale bliź­niaczki po­ka­zały jej, że bez­gra­niczna mi­łość ist­nieje – uczu­cie, dla któ­rego bez­wa­run­kowo je­steś w sta­nie po­świę­cić sie­bie. Kiedy tuż po po­ro­dzie trzy­mała swoje córki, za­warła pakt z samą sobą – bę­dzie naj­lep­szą matką, jaką tylko może, zu­peł­nie jakby to sta­no­wiło jej ży­ciowe po­wo­ła­nie.

Gdy wró­cili do domu, było tak późno, że dziew­czynki za­snęły w fo­te­li­kach. Nie za­mie­rzała ich już roz­bu­dzać, Oskar za­niósł je do po­koju, a ona de­li­kat­nie po­zbyła się ozdób z ich wło­sów i ubra­nek, by mo­gły wy­po­cząć. Rosa nie­mal na­tych­miast wsa­dziła jedną rączkę pod po­duszkę i uło­żyła się na boku, Sa­rah na­to­miast ko­chała spać na ple­cach. Ro­dzice sta­nęli nad brze­giem ich łó­żek i pa­trzyli na dziew­czynki przez dłuż­szą chwilę.

– Kie­li­szek wina? – za­pro­po­no­wał szep­tem mąż.

Zdzi­wiła ją ta pro­po­zy­cja, wła­ści­wie miała ochotę do­koń­czyć ko­lejny ob­raz. Nic tak nie od­blo­ko­wuje weny jak ko­lejne nudne spo­tka­nia, na któ­rych nie czuje się sobą. Za­wsze póź­niej tę po­skro­mioną złość prze­rzuca na płótno.

– Wła­ści­wie to czemu nie. – Wzru­szyła ra­mio­nami. – Tylko się prze­biorę i zejdę do sa­lonu.

– Ja­sne.

We­szła do sy­pialni i skie­ro­wała się do gar­de­roby, która rów­nież znaj­do­wała się w tym po­miesz­cze­niu. Po­kój po­zo­rów – tak lu­biła okre­ślać to miej­sce w domu. Łóżko za­wsze ide­al­nie za­ście­lone, stos uro­czych, ozdob­nych po­du­szek pię­trzą­cych się tak wy­soko, że do­słow­nie miało się ochotę rzu­cić na to kró­lew­skie łoże i za­wi­nąć w pu­chaty koc. W tym po­koju jed­nak sy­piał te­raz jej mąż. Ona dzie­liła z nim ma­te­rac je­dy­nie przy wy­jąt­ko­wych oka­zjach. Swoją sy­pial­nię urzą­dziła na­prze­ciwko po­koju dziew­czy­nek i z sa­mego rana – nim kto­kol­wiek prze­kro­czył próg ich domu – prze­miesz­czała się do po­koju po­zo­rów, by za­ło­żyć ma­skę cu­dow­nej pani domu i ode­grać po­wie­rzoną jej rolę. Nikt nie miał wstępu do tej sy­pialni ani pra­cowni na par­te­rze, tak samo jak nikt nie miał prawa wejść do ga­bi­netu Oskara. Oboje sza­no­wali ten układ i do­sto­so­wali się do za­sad, które sami stwo­rzyli.

Zrzu­ciła z sie­bie ubra­nie i nie­zgrab­nie odło­żyła je na krze­sło w gar­de­ro­bie – nie miała siły, by się tym zaj­mo­wać. Kinga na pewno wszystko po­sprząta. Wło­żyła spodnie dre­sowe i pod­ko­szu­lek na ra­miącz­kach. Od razu po­czuła się błogo, mo­gąc przez krótką chwilę znów być w stu pro­cen­tach sobą. Te­raz była do­słow­nie w swo­jej skó­rze, bo po­włoka tej ide­al­nej, kon­tro­lo­wa­nej wer­sji zo­stała na krze­śle. Wy­pu­ściła po­wie­trze i po­krę­ciła głową, by roz­luź­nić spięty od do­sko­na­łej po­stawy kark. Dla­tego tak ko­chała noce i odro­binę sa­mot­no­ści. Tylko wtedy mo­gła prze­stać uda­wać przed świa­tem ko­goś, kim nie była.

Ze­szła po scho­dach do sa­lonu. Jej mąż po­lu­zo­wał kra­wat (miał go pew­nie w ja­kimś ze­sta­wie awa­ryj­nym w swoim biu­rze) i roz­piął ko­szulę, ma­ry­narkę zo­sta­wił na krze­śle w kuchni, a sam wy­god­nie roz­ło­żył się na ka­na­pie. Ro­zu­miała jego wy­bor­czy­nie – mimo że miał już pra­wie czter­dziestkę, wciąż był atrak­cyj­nym ką­skiem, a spe­cy­ficzny od­cień błę­kitu jego oczu bez wąt­pie­nia do­da­wał mu uroku. Przed nim stała bu­telka dro­giego pół­wy­traw­nego wina i dwa kie­liszki z mu­su­ją­cym na­po­jem. Jedną z cie­ka­wo­stek na te­mat jej męża był fakt, że lu­bo­wał się w pi­ciu wi­no­gro­no­wych trun­ków. Nie­raz za­ska­ki­wał ją swoją zna­jo­mo­ścią tego te­matu.

Usia­dła obok i pod­ku­liła nogi pod brodę. Świa­tło w po­miesz­cze­niu było przy­ga­szone, co da­wało in­tymną at­mos­ferę, po­dobną do tej na spo­wie­dzi. Męż­czy­zna na­chy­lił się i za­brał kie­liszki w dłoń, po czym prze­ka­zał je­den żo­nie. Stuk­nęli się i pierw­szy łyk skosz­to­wali w mil­cze­niu. W końcu Oskar zwró­cił ku niej twarz, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze. Każde z nich żyło wła­snym ży­ciem i poza wy­zna­czo­nym sce­na­riu­szem mało ze sobą roz­ma­wiali. Dla­tego chwile ta­kie jak te były dla nich krę­pu­jące, mimo że w swo­ich ro­lach tkwili nie­zmien­nie od kilku lat.

– Mu­sisz się przy­go­to­wać, to już nie prze­lewki – za­czął. – Gdy kam­pa­nia ru­szy pełną parą, za­czną się schody. To nie jest ten sam po­ziom, Mar­got. Kiedy moja kan­dy­da­tura zo­sta­nie ofi­cjal­nie ogło­szona, roz­pocz­nie się zbie­ra­nie i pu­bliczne pra­nie bru­dów. Każdy twój ruch bę­dzie śle­dzony, nie mo­żesz za­cze­piać fo­to­gra­fów i pro­sić ich o usu­wa­nie zdjęć, to było… – ścią­gnął brwi – …nie na miej­scu.

Za­ko­ły­sała kie­lisz­kiem, by po­pa­trzeć, jak płyn w nim się ob­raca, a po­tem prze­su­nęła pal­cem ob­rączkę. Ukry­wa­nie się na wi­doku wy­da­wało się ge­nial­nym po­my­słem. Wy­da­wało się…

My­ślami jed­nak wró­ciła do pstry­ka­ją­cego zdję­cia chło­paka. Za­sta­na­wiała się, kto do­niósł jej mę­żowi, bo na pewno on sam tego nie za­uwa­żył. Pew­nie ktoś ze sztabu bacz­nie ją ob­ser­wo­wał, przez co ju­tro do­sta­nie li­stę swo­ich za­cho­wań, które musi sko­ry­go­wać przed ko­lej­nym pu­blicz­nym wy­da­rze­niem.

– Nie my­śla­łeś, by to skoń­czyć? Mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, lu­dzie zro­zu­mieją.

– Mar­got. – W jego ustach to imię brzmiało tak jak wtedy, gdy ro­dzic ma za­miar cię uka­rać. – Nie za­mie­rzam po raz ko­lejny się po­wta­rzać. To po­li­tyka, nią rzą­dzą inne za­sady niż te w świe­cie, w któ­rym ty funk­cjo­nu­jesz. Je­śli po ta­kim cza­sie tego nie ro­zu­miesz, to ni­gdy nie uda ci się tego w pełni po­jąć.

Ura­ziły ją jego słowa, bo su­ge­ro­wały, że nie jest zbyt by­stra.

– To, co ro­bię, prze­czy gło­szo­nym przeze mnie po­glą­dom, więc pil­nuję, by moje se­krety zo­stały w sza­fie. Po­uczam cię, by twoje rów­nież nie uj­rzały świa­tła dzien­nego. Wiemy, że mogą wy­rzą­dzić nie­od­wra­calne szkody – kon­ty­nu­ował.

Obec­nie dla Mar­got jego se­kret wy­da­wał się ni­czym w po­rów­na­niu z jej prze­szło­ścią. W każ­dym ra­zie je­żeli Oskar wo­lał tkwić w te­atrzyku i sce­ne­rii, którą ra­zem uknuli, mo­gła spo­koj­nie ode­tchnąć. Jej to wcie­le­nie się po­do­bało, cho­ciaż jak każda praca miało swoje mi­nusy. Jed­nak czas spę­dzony z cór­kami i we­wnętrzny spo­kój zde­cy­do­wa­nie był wart tego, by cza­sem ugryźć się w ję­zyk i ubrać jak urzęd­niczka.

– Po to mnie tu dziś za­cią­gną­łeś? Prze­cież spi­suję się w swo­jej roli. – Zer­k­nęła na niego zna­cząco, po czym upiła łyk wina, jakby to miało w ja­kiś spo­sób uga­sić na­ra­sta­jącą od lat we­wnętrzną fru­stra­cję.

– Wresz­cie mam szansę osią­gnąć w ży­ciu to, do czego zo­sta­łem stwo­rzony.

Pa­trzyła na męża. Każde słowo z jego ust pa­dało z prze­ko­na­niem, że tak wła­śnie musi być i że tak wła­śnie bę­dzie. To nie było już po pro­stu ma­rze­nie, to cel, o który za­mie­rzał wal­czyć jak lew. Je­śli ktoś sta­nie mu na dro­dze, on roz­je­dzie go jak wa­lec. Po­nie­kąd za­zdro­ściła mu tego dzi­kiego uporu, wi­działa i wie­działa co każ­dego dnia po­święca, by zbli­żyć się do wła­snych pra­gnień. Była to naj­waż­niej­sza rzecz w ży­ciu każ­dego czło­wieka – on sam.

– Wiem, ile to dla cie­bie zna­czy, nie zro­bię nic, co za­grozi two­jej kan­dy­da­tu­rze. Mamy prze­cież umowę, która wiąże się z ry­zy­kiem dla nas obojga.

W moim mnie­ma­niu mam wię­cej do stra­ce­nia niż ty. Ty stra­cisz tylko re­pu­ta­cję, ja wszystko. Wy­mie­nili spoj­rze­nia. Mimo że pa­trzyła w te oczy co­dzien­nie z więk­szą lub mniej­szą uwagą, dziś wi­działa w nich to samo co w noc, kiedy za­warli ze sobą ten chory układ. Nie­ustę­pli­wość, za­wzię­tość i bez­kom­pro­mi­so­wość. Idzie po swoje i nie za­mie­rza się za­trzy­mać. Unio­sła ką­ciki ust w de­li­kat­nym uśmie­chu, chcąc do­dać mu otu­chy. Ow­szem, Oskar mógł wiele stra­cić, ale w jej przy­padku cho­dziło o wła­sne ży­cie. Na­chy­liła się w jego stronę i po­ło­żyła mu dłoń na ko­la­nie, na co męż­czy­zna drgnął. Nie przy­wyk­nął do do­tyku żony, cho­ciaż miesz­kali ra­zem już dość długo. To skraj­nie po­pa­prane…

Się­gnęła po bu­telkę wina i uzu­peł­niła kie­li­szek męż­czy­zny, który był już pra­wie pu­sty. Spraw­nie go osu­szył.

Mo­gła się oba­wiać, że jej prze­szłość kie­dyś po­krzy­żuje mu plany. Ta myśl co ja­kiś czas wy­pły­wała na po­wierzch­nię. Za każ­dym ra­zem jed­nak sta­rała się zdu­sić ją w za­rodku. Tak długo po­zo­sta­wała nie­uchwytna, że cza­sem po­wąt­pie­wała, czy ra­miona spra­wie­dli­wo­ści jesz­cze ją do­się­gną. W tym mo­men­cie nie była jed­nak świa­doma, jak bar­dzo się my­liła. Wo­lała wie­rzyć, że stwo­rzyła wy­star­cza­jąco bez­pieczną za­porę, by nikt nie był w sta­nie się przez nią prze­bić.

– Pójdę po­pra­co­wać nad ob­ra­zem, już pra­wie go koń­czę.

Ski­nął głową. Tak na­prawdę wie­działa, że nie ob­cho­dziło go, co ko­bieta robi w wol­nym cza­sie. Nie miał na to miej­sca w swoim zbyt po­ukła­da­nym i za­pla­no­wa­nym na rok do przodu ka­len­da­rzyku. Grunt, by trzy­mała się ich usta­leń.

– Dzię­kuję – po­wie­dział le­dwo sły­szal­nie, gdy zna­la­zła się już w pew­nej od­le­gło­ści od niego.

Za­trzy­mała się w pół kroku, po czym od­wró­ciła przez ra­mię.

– Nie ma sprawy. Umowa to umowa.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij