Concrete Boss - ebook
Ona wchodzi do jego świata bez zaproszenia – w różowej mini, z bezczelną pewnością siebie i planem, który może zrujnować najważniejszy projekt mężczyzny. Saylor Adams nie przyszła po pracę. Zamierza walczyć. O budynek. O ludzi. O coś, co dla niego jest tylko liczbą w tabeli.
B. Hays nie negocjuje. On stawia warunki. Jest bezpośredni do granic przyzwoitości i niczego nie udaje – jeśli coś go denerwuje, mówi to wprost. A Saylor? To kobieta, która nie cofa się ani o krok. Przyjmuje posadę jego asystentki… za darmo. Na własnych zasadach. Z jednym celem: przebić się przez beton, którym otoczył siebie i świat.
Między nimi szybko rodzi się coś, czego żadne nie chce do siebie dopuścić. Chemia. Pożądanie. Gniew. Fascynacja.
A potem wraca przeszłość – pewien starszy o dwadzieścia trzy lata mężczyzna, który zna każdy sekret Saylor i którego obecność burzy wszystko.
Traumy, niedopowiedzenia… Nagle okazuje się, że ich historie od dawna biegną równolegle – aż w końcu musiały się przeciąć.
To opowieść o kobiecie niebojącej się wejść w ogień oraz o mężczyźnie od lat udającym, że nie czuje nic. O przerażającym pragnieniu. O sekretach zdolnych spalić wszystko. I o walce, w której stawką nie jest już tylko projekt w pracy, lecz czyjeś serce.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68587-49-4 |
| Rozmiar pliku: | 784 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W książce poruszone zostają wrażliwe tematy, takie jak: uzależnienie od rozkoszy, manipulacja, targnięcie się na swoje życie, przekleństwa, opisowe sceny zbliżeń, poruszające portrety psychologiczne. Dlatego powieść _Concrete Boss_ przeznaczona jest dla pełnoletniego czytelnika.
Myśli oraz zachowania bohaterów nie zawsze są zgodne z chłodnym, logicznym rozumowaniem – proszę Was, drodzy Czytelnicy, żebyście pamiętali, że oni patrzą na swoje życie przez pryzmat własnych doświadczeń. Dlatego zdarza się, że bohaterka nie zauważy czegoś, co jest oczywiste dla innych postaci, i na odwrót.
Chciałam, żeby ta książka skłoniła do przemyśleń, dlatego _Concrete Boss_ to Wam, Czytelnicy, pozostawia do oceny, czy bohater jest biały, czarny, czy szary moralnie. Jeśli podróż przez z początku zabawne, lecz z czasem coraz głębsze trzewia traum i doświadczeń naznaczonych cierpieniem nie jest dla Was komfortowa, proszę – zastanówcie się nad lekturą tej powieści.
Jeśli uznacie, że wspomniane wrażliwe tematy nie powodują u Was dyskomfortu ani nie są w żaden sposób triggerujące, najserdeczniej witam Was w powieści, która na wiele sposobów zajmie Waszą głowę, a może i serce.
Rozgośćcie się. Od teraz, to również Wasza podróż.ROZDZIAŁ 1
Kamuflaż
Zmysłowo się uśmiechając, wyciągam przed siebie kubek z kawą w rozmiarze venti, największy, jaki tylko udaje mi się znaleźć w Nowym Jorku.
Mam na myśli oczywiście kubek, którego dno obudowano dodatkową tekturą, co tworzy złudzenie jego przesadnej wielkości. A na złudzeniu zależy mi dziś najbardziej.
– Ależ proszę, jestem winna chociaż tyle. – Dla dodatkowego efektu pochylam się, sugestywnie odsłaniając górę koronkowego biustonosza wystającego spod prześwitującej bluzki.
– Jakie to miłe z twojej strony – odpowiada ochroniarz, który cały czas ze smakiem zagląda mi w dekolt.
W jego krótkie palce stanowczo wciskam krwistoczerwony kubek, a potem schylam się jeszcze bardziej, aby otrzepać z nagich kolan niewidzialny pyłek.
Działa.
Ochroniarz sapie, a ja kusząco powracam do niego spojrzeniem, dbając, aby przez całą drogę miał zapewniony seans drgań i wstrząsów.
– To jak – spoglądam po raz kolejny na plakietkę z imieniem na czarnym uniformie – Carl? Tym razem wybaczysz mi brak wejściówki?
Kiwa głową z uznaniem, cały czas szukając mojej twarzy niżej, niż powinien.
– Bo widzisz… Jestem przekonana, że dostanę tę robotę i będziemy się widywać bardzo, bardzo często – podkreślam z południowym akcentem.
Facetowi wreszcie krążenie wraca do mózgu, bo odrywa swoje śliskie niebieskie oczy od moich piersi i staje w wojskowej pozie.
Może i wyglądałoby to władczo, gdyby nie drobny fakt, że owłosiony brzuch lekko wystaje spod niewyprasowanego uniformu.
– Szef mnie za to zje – odpiera hardo.
_Z jajkami na miękko czy na twardo?_
Niezrażona jego komentarzem kontynuuję:
– Na pewno tym razem możesz przymknąć na to swój sokoli wzrok – komplementuję go. – Zresztą twój szef pewnie sam będzie zadowolony, gdy mnie zatrudni. Spójrz tylko na nie. – Palcem wskazuję na kolejkę, która utworzyła się za mną.
Stoją w niej elegancko ubrane kobiety. Gdyby zaś przyjrzeć się mojej kremowej bluzce oraz różowej miniówce, łatwo można dostrzec, jak bardzo różnię się od reszty. Co tylko uświadamia temu facetowi, jak często moje wdzięki będą wystawiane na widok publiczny.
Carl chyba znów zagląda w mój dekolt, więc wypinam pierś jeszcze bardziej.
– No… nie wiem – odpiera całkowicie nieprzytomnie.
Uśmiecham się i czekam, aż nieporadny uśmiech rozpłynie się również na jego twarzy.
– Wyrzuć ją! Nie ma przepustki, więc nie była umówiona! – krzyczy jedna z uczestniczek wydłużającej się przeze mnie kolejki.
Nie odwracam się w kierunku wtrącającej się rozmówczyni.
– Carl – naciskam głosem ociekającym miodem. – Wiem, że zawsze przyciągam uwagę, ale teraz to już przesadzasz z tym rozpieszczaniem mnie w byciu gwiazdą wieczoru. Chciałabym udać się na rozmowę o pracę, na którą jestem umówiona, a potem zdobyć posadę. Chyba nie chcesz, żebym była sfrustrowana, smutna i napięta? – Cmokam dla lepszego efektu.
– Nie chciałbym… – odpowiada szybko. – Ale nigdzie nie widzę przepustki. Alice powinna była przekazać mi twoje nazwisko wczoraj wieczorem. – Ponownie przegląda zawartość swojego biurka. – Nie mam tu ciebie.
– To oczywiste, że nastąpiła jakaś pomyłka. Oboje znamy Alice. Wiemy, jak przykłada się do swoich obowiązków. – Mrugam do niego, aby w ten sposób dać mu do zrozumienia, że mam na myśli drugie dno tej wypowiedzi.
Albo jedyne – bo może Alice jest tak sumienna, że faktycznie nie popełnia błędów.
Carl czerwieni się na twarzy, a z tyłu dobiega nas jazgot zdenerwowanych kobiet, które chcą aplikować na asystentkę szefa architektonicznego kolosa – H. Creator.
– No dobrze – stwierdza pokonany napięciem tłumu. – Przypuszczam, że mógłbym dać ci przepustkę gościa. – Wręcza mi czarne cacko na smyczy, po czym precyzuje: – Zwróć mi ją, jak tylko będziesz wracała, bo ta przepustka otwiera więcej drzwi niż ta dla interesanta.
Chwytam sprawnie kartę dostępu, nie omieszkując przy tym poklepać go po sporej dłoni.
– Wiszę ci dobre ciacho, Carl. Do zobaczenia!
Sprawnie wymijam go w bramce, która wreszcie stanęła przede mną otworem, a potem, głośno stukając wysokimi, czerwonymi szpilkami, zmierzam w kierunku wind.
Wybieram tę na samym końcu. Ma co prawda oznaczenie, że przysługuje jedynie matkom z dziećmi oraz niepełnosprawnym, jednak ja spokojnie mogłabym uchodzić dziś za niepoczytalną, więc prawdopodobnie jest odpowiednia.
Gdy drzwi cicho się zasuwają, przyglądam się swojemu odbiciu. Piękne blond pukle podkręcone prostownicą, aby uwydatnić ich naturalny skręt. Usta smagnięte soczystą czerwienią, delikatny makijaż i precyzyjnie zaróżowione policzki dodają mi powabu. Prześwitująca kremowa bluzka wraz z tandetnie krótką spódniczką i niebotycznymi obcasami, które tylko ją przytłaczają.
No cóż… To wszystko, czym dysponuję, więc musi wystarczyć.
Poprawiam na ramieniu długi rulon, który nie pasuje do stylizacji, i przez resztę drogi zastanawiam się, jakim, cholera, cudem ochroniarz przepuścił obcą kobietę z pojemnikiem zdolnym pomieścić broń palną.
Hol siedemnastego piętra wita mnie przepiękną zielenią eukaliptusa oraz wielką, drewnianą makietą feralnego apartamentowca na Brooklynie.
– Dzień dobry – odzywa się ładna szatynka. Nie podnosi wzroku znad ogromnego ekranu, który zasłania dolną połowę jej twarzy. – Poczekalnia dla asystentek szefa znajduje się w sali konferencyjnej numer dwa.
– Jasne, dzięki – odpowiadam szybko i czym prędzej udaję się na wprost, gdzie ze szklanych drzwi łypie na mnie szara cyfra dwa.
Widzę przez szybę, że wskazane pomieszczenie jest już dość gęsto zajęte.
Zastanawiam się więc, dlaczego ten cały Hays jest tak obleganym pracodawcą i dlaczego chce zatrudnić asystenta płci żeńskiej.
Chwytam za klamkę i popycham drzwi. A razem z nimi swoje standardy piękna, bowiem otacza mnie grono kobiet wyglądających jak modelki wycięte z żurnala. Wszystkie są zjawiskowo piękne, a ich wygląd wręcz ryczy o rasowej elegancji.
Dwie szatynki, jedna blondynka, przepiękne afro i jedwabistość ryżości – jak jeden mąż odwracają się, aby ocenić zagrożenie.
Myślałam, że chociaż uśmiechną się przyjaźnie, jednak najwidoczniej uznały mnie za tak bardzo istotną, że zaraz wracają do swoich spraw – głównie poprawiania w małych lusterkach idealnego makijażu.
Siadam na wolnym krześle i obserwuję jaskinię lwa. Szybko zauważam, że do sali prowadzą jeszcze jedne drzwi – one jednak nie są ze szkła.
– To gabinet Haysa? – pytam siedzącą najbliżej szatynkę.
Patrzy na mnie jak na kosmitkę.
– Pana Haysa, jeśli już – poprawia mnie natychmiast.
Szczerze podziwiam jej wytrzymałość na upały, bo kombinezon ma iście jesienny. No chyba że w przeciwieństwie do mnie nie przyjechała najtańszą taksówką z zepsutą klimatyzacją i nie groziło jej spłynięcie potem na chodnikową płytę po wykaraskaniu się z samochodowej sauny.
Pochylam się lekko w jej kierunku.
– Jak myślisz, dużo nas tu będzie? – pytam zaciekawiona.
Spogląda na mnie przez lusterko w puderniczce, ciskając niewymagającym komentarza spojrzeniem.
– Nie wiesz, że jesteśmy umówione co kwadrans? Nikt ci nie powiedział, jakiego zaszczytu dostąpiłaś, że w ogóle zmieściłaś się na liście?
– Na liście?
– Na liście Alice – odpowiada blondynka obok, jakby to już wszystko tłumaczyło.
Szkoda tylko, że nie mnie.
– Czyli? – Tym razem zwracam się do niej.
Szybko się orientuję, że powiedziałam coś niewłaściwego, bo wszystkie patrzą na mnie z niemiłosiernym zdziwieniem. I jakby tego było mało, drzwi do sali konferencyjnej otwierają się z impetem, a do środka wpada rozzłoszczona kobieta z kolejki.
Moje oczy się rozszerzają, gdy w zdumieniu obserwuję, jak wyciąga ku mnie swoje dłonie.
– Ty mała sikso! – syczy wściekle. – Myślisz, że jędrnym cyckiem wkupisz się w łaski… – Urywa, bo skrzydło ponownie się uchyla.
Do pomieszczenia wchodzi jeszcze jedna blondynka z granatową teczką w dłoni. Awanturująca się kobieta traci rezon i w amoku sięga do torebki, aby dokopać się do czegoś, czego najwyraźniej pilnie potrzebuje.
– Którą teraz wezwie? – pyta cicho któraś z zebranych.
– Nie wiem. Dawno nie było żadnej szatynki, więc może tym razem to będę ja – odpowiada jej zadowolonym głosem ta znajdująca się najbliżej mnie.
_Kolorowe gówno._
– Pan Hays! – krzyczę i wskazuję drzwi.
Wszystkie się nabierają, a ja bardzo nieelegancko rzucam się do biegu. Szarpię nieporadnie za klamkę, zanim którakolwiek zdąży zareagować, i wpadam do gabinetu. Drzwi chyba zamykają się za mną samoistnie, bo nie słyszę już niczego, co dzieje się teraz w sali konferencyjnej.
Zresztą, czy to ważne, skoro zamieram pod oceniającym wzrokiem pana Haysa spokojnie konsumującego… swoją chińszczyznę na wynos?
– Matko Przenajświętsza… – sapię.
Jak mam myśleć, skoro moje serce postanowiło zostać dyrygentem całego ciała, bo oczy zobaczyły najseksowniejszego mężczyznę, jakiego w życiu widziały?
I to na żywo.
– Ma pani dwadzieścia sekund, aby podać dobry argument uzasadniający to wtargnięcie – oznajmia głębokim barytonem, odkładając pałeczki na tekturowe opakowanie pełne jakiegoś makaronu z warzywami.
Grafitowe spodnie od garnituru mocno opinają jego nogi, a przez szklany stolik doskonale widzę muskulaturę wyrzeźbionych ud. Chciałabym móc pomyśleć więcej o drugiej części jego kostiumu, jednakże mężczyzna od pasa w górę jest zupełnie nagi.
– Cholera jasna, proszę się odezwać – mówi poirytowany.
Ruszam w jego kierunku na chyboczących się nogach w niewygodnych szpilkach i opadam na fotel obok kanapy, na której siedzi.
Hays uważnie śledzi mnie wzrokiem, a kącik jego ust delikatnie się unosi. Jestem przekonana, że doskonale wie, jak działa na płeć przeciwną.
Biorę ożywczy, głęboki oddech i wyciągam do niego dłoń.
– Saylor Adams – przedstawiam się.
Uśmiecha się, jakby z zaciekawieniem, i odwzajemnia uprzejmość. Stanowczo ściska moją rękę, lekko nią potrząsając.
Chrząkam, a potem przerywam nasz kontakt fizyczny. Mężczyzna jak gdyby nigdy nic wraca do konsumpcji.
– Masz ochotę na bezmięsne danie lub krewetkę w cieście? – pyta.
Przecząco macham głową.
– To zabieraj stąd swoją dupę i wypierdalaj z tego budynku – oznajmia chłodno. Mięśnie na jego brzuchu lekko się spinają, gdy sięga po kubek z napojem, a mnie podnosi się adrenalina.
– Ładnie to tak zwracać się do kobiety? Gdzie tu szacunek? – pytam z prychnięciem.
On również prycha, a potem sięga po telefon leżący na stole. Blask ekranu przyciąga mój wzrok. Jakoś tak mimowolnie się prostuję i ściskam nogi, aby zmotywować ciało do szybszego reagowania.
– To ty wpadłaś nieproszona do mojego gabinetu, zajęłaś mój ulubiony fotel i nie wyjawiłaś żadnego sensownego celu tej wizyty. – Ruchem głowy wskazuje na tubę spoczywającą na siedzeniu obok mojego uda. – A w tym ustrojstwie równie dobrze mogłaś przynieść maczetę albo wąglika. Wybacz więc, że jestem gotowy podjąć odpowiednie kroki, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo przed jedną z moich psychofanek.
Pociąga nosem, a mnie przychodzi na myśl, że jest słaby. Ostrość tego dania już przyprawiła go o katar. Jak więc radzi sobie z zarządzaniem całą firmą i ludźmi? Może bycie gburem pomagało piąć się w pracowniczej hierarchii, ale z pewnością nie przysparzało mu kolegów.
Ale ma trochę racji.
Może czuć się zagrożony.
Mrużę jadowicie oczy i sięgam po krewetkę, którą wpycham do buzi.
Od razu się krztuszę.
Rozglądam się w poszukiwaniu ratunku, a Hays usłużnie podaje mi serwetkę. Wyrywam ją z jego opalonej dłoni i z obrzydzeniem wypluwam niebiański przysmak, który prawie przekręcił mnie na drugi świat. Nadal się krztusząc, chwytam metalowy kubek, bo intuicyjnie wiem, co w nim się znajduje.
I nie mylę się, gdy cudownie zimne mleko łagodzi popalone kubki smakowe.
– Smaczne? – pyta, szczerze się uśmiechając, gdy widzi, jak zachłannie żłopię jego napój. Nie jest to może uśmiech radości, jednak jemu zdaje się to nie przeszkadzać. Jawne szyderstwo go po prostu cieszy.
Chłop przynajmniej nie bawi się w bezsmakową gadaninę.
Głośno odstawiam kubek, a potem przyciskam dłoń do brzucha, który nagle doskonale sobie uzmysłowił, gdzie leży żołądek.
– Co to jest? – pytam cicho, aby moje gardło miało szansę na chwilowy odpoczynek od czynników drażniących.
– Krewetki personalizowane.
– I to ja miałam przynieść dżumę? – Rzucam zwiniętą serwetką przez cały gabinet, a kulka celnie trafia do śmietnika koło drzwi.
Poprawiam swoją spódniczkę, bo za bardzo podjechała w górę, jednak prawie od razu się orientuję, że odkąd tylko usiadłam, on doskonale widział przód moich majtek. Kładę więc dłoń na udach, aby dociążyć niesforny róg różowego cholerstwa.
– Jakie to typowe – szydzi, ale z pewną galanterią podaje mi kolejną serwetkę, którą wyrywam mu z rąk, gdy tylko mogę do niej dosięgnąć.
Rozkładam ją na kolanach i od razu czuję się pewniej. Potrząsam włosami, które lekko ocierają się o moje ramiona okryte bardziej mgiełką niż bluzką.
Prostuję się.
Przybieram dominującą minę.
Skupiam się tylko na miejscu, gdzie pasek włosów niknie w granatowych spodniach.
_Cholera jasna! Dlaczego on musi być tak odurzająco przystojny?_
– Mógłbyś się z łaski swojej ubrać? – fukam.
Podnosi jedynie brew, nie przerywając konsumpcji krewetek otoczonych trutką na szczury.
– Skoro już się tu pofatygowałaś, to cię wysłucham – oznajmia nagle. – Ale nie licz na to, że wyjdziesz stąd inaczej niż wyniesiona przez ochronę, delfinku.
– Wszystkie kobiety tak nazywasz? – pytam, przechylając głowę na bok.
Hays wzrusza ramionami.
– Tylko ciebie.
– Oczywiście nie zechcesz mi wytłumaczyć dlaczego? – Przesuwam tubę na swoje kolana i odkręcam końcówkę.
– Bo wyglądasz na takie słodkie, głupiutkie i jazgoczące zwierzę z gatunku ssaków – oznajmia bez emocji, wpatrując się we mnie błękitnymi oczami.
Furia na moment mnie zaślepia, więc nie wiem, czy naprawdę jest rudy, czy nagle widzę go przez czerwony filtr.
Niewiele myślę i rzucam w niego zakrętką od tuby.
Z całej siły.
I prawie trafiam w jego jaja.
W ostatniej chwili robi unik, a końcówka odbija się z plaśnięciem od jego uda.
Czy żałuję? Niech mnie cholera strzeli, ale nie.
Krzyżuje ze mną wzrok, a ja czuję, jakby patrzył na mnie samiec wilka, który właśnie obnażył zęby i szykuje się do ataku na moją tętnicę.
Czy żałuję?
– Należało ci się! – Głośno staram się bronić. – Nie musiałeś obrażać zarówno delfinów, jak i mnie! To bardzo inteligentne zwierzęta, wykazujące się dużą empatią. – Mierzę go tak bardzo pogardliwym spojrzeniem, jak tylko się da. – Ale co ty możesz wiedzieć o jednym czy drugim? Taki brutal torpeduje wszystko, co kruche i delikatne.
Hays lekko prycha, ale ten dźwięk – o dziwo – wydaje się nawet zabawny. Co zupełnie nie pasuje do tej mieszanki, która się między nami wytworzyła. Sama nawet nie wiem do końca, co do niego czuję. Mam ochotę walnąć go czymś w głowę, bo zachowuje się jak palant, a jednocześnie wciąż pamiętam, jak ładne było to, że podał mi tę tanią serwetkę.
– Nie mam czasu na pierdolenie – oznajmia, władczo opierając się o swoją kanapę. – Do rzeczy, kobieto. Czego ode mnie chcesz?
_Kobieto…_
W jego ustach to brzmi zarówno jak obelga, jak i najsłodszy komplement. Przełykam ślinę, bo czuję, że gorąc rozchodzi się po moich policzkach. Mam nadzieję, że kolor nie przebije się przez makijaż.
Ponownie na niego patrzę. On ma rację. Przyszłam tu w konkretnym celu i to, czy mnie wysłucha, czy zadzwoni po ochronę, zależy tylko od mojego zachowania. Hays zdaje się wykazywać wręcz anielską cierpliwością, skoro do tej pory nie kazał wynieść mnie siłą ze swojego gabinetu.
Może więc jest to odpowiednia chwila, aby przestać grać?
Kładę dłonie na krótkiej spódniczce po części okrytej brązową serwetką.
– Nie ubieram się tak na co dzień – przyznaję ze skruchą. – To kamuflaż, który miał pozwolić mi wtargnąć do budynku, bo nie miałam żadnej przepustki.
Spogląda na kartę zawieszoną na smyczy pomiędzy moimi piersiami, a potem szybko wraca do mnie spojrzeniem. Jedna z jego brązowych brwi nieznacznie się podnosi.
– Nie chcę również dla ciebie pracować.
Kiwa głową, jakby potwierdzając, że myśli o tym samym.
Nerwowo wyciągam rulon z tuby i spokojnie wstaję z fotela. Robię może ze dwa kroki, aż moje kolano prawie dotyka jego, i siadam obok na wolnej części kanapy. Prawą ręką robię na stole miejsce. On się nie odsuwa. Ale jestem przekonana, że z uwagą śledzi każdy mój ruch.
To postawny mężczyzna. Kanapa po mojej stronie jest sztywna i twarda, a on w swojej części się zapadł. Nie wiem, ile może ważyć, ale na pewno nie chciałabym kiedyś zaliczyć spotkania z jego pięścią.
Rozwijam sporą kartkę i rozkładam ją przed nim.
Pochyla się, żeby zobaczyć szczegóły wszystkich linii biegnących po papierze. Tworzyły one zmorę mojego przyszłego życia.
– To mój projekt. Jest świetnie nakreślony i sprawdzony pod każdym względem – informuje Hays bez emocji.
Przekręca głowę w moją stronę, a ja nagle zdaję sobie sprawę z tego, jak blisko znajdują się nasze twarze. Wpatruję się w starannie przystrzyżony zarost na jego żuchwie i z ciekawością zauważam, że jest on o kilka odcieni ciemniejszy niż kolor jego włosów. Ciekawe, czy to kwestia wystawienia włosa na słońce, czy broda rośnie mu po prostu ciemniejsza?
– Jeśli chcesz mi wytknąć błąd, to musisz się bardziej postarać, Saylor – wymawia moje imię tak, jakby końcówką języka smakował nowy przysmak i jeszcze nie do końca wiedział, czy jest strawny.
Moje imię dodaje mi odwagi.
Nie myśląc wiele, chwytam delikatnie jego palec wskazujący i układam na mapie.
– Tu powinien się kończyć ten budynek – oznajmiam pewnie. Przesuwam opuszkę kawałek dalej. – A zamiast tej części powinien się tu znajdować malutki park zieleni. Tuż obok zatoki. To nadałoby większą wartość apartamentom, ponieważ lokatorzy mieliby prywatną oazę zieleni.
– Czyżby? – pyta, ale nie jestem w stanie ocenić, czy kpi, czy po prostu jest zaciekawiony, dlaczego przedstawiam mu taką wizję. Jednak mi nie przerywa.
– A tu – wskazuję na granicę projektu – powinna być furtka. Wystarczająca, aby zmieścił się przez nią wózek inwalidzki. – Kończę wypowiedź radosnym uśmiechem.
Z nieodgadnionym wyrazem wpatruje się w moją twarz, jakby czegoś w niej szukał. Pod naporem tego spojrzenia chyba rumienię się jeszcze bardziej, ale nie opuszczam wzroku. Doskonale wiem, że wtedy przegram. Człowiek pokroju Haysa z pewnością nie toleruje tchórzostwa.
Gorzej, jeśli nie akceptuje również odrobiny buty.
– Adams, jesteś dziwną istotą, to ci muszę przyznać. – Buduje zdanie tak samo wolno, jak do mnie dociera widmo porażki z kretesem. – Musisz jednak zdawać sobie sprawę, jak idiotycznie brzmi twoje wyjaśnienie, prawda?
Nabieram głęboko powietrza, aby mu odpowiedzieć, ale on ucisza mnie jednym gestem. Bezpardonowo zakłada nagie ramię tuż za moje plecy i wygodniej układa się na swojej części kanapy. Usadza mnie w miejscu moją własną taktyką.
Używa swojej cielesności przeciwko mnie.
Czy wie, jak to na mnie działa?
Czuje, jak bardzo jestem teraz spięta, w oczekiwaniu na każde kolejne słowo, które wypowie?
Hays zna się na marketingu i doskonale wykorzystuje swoją przewagę, bo to on rozdaje teraz karty. Może i miałam niecodzienne wejście, które zaowocowało przedłużającym się spotkaniem, jednakże w tym momencie nie mam już żadnych argumentów, które mogłabym wytoczyć.
– Dlaczego od razu idiotycznie? – bronię się strategią wymiany pytań. Ponownie przygładzam swoją różową spódniczkę. Ten gest nie uchodzi jego uwadze.
– Jestem poważnym biznesmenem. – Na jego usta wypływa nikły uśmiech, gdy spogląda na moje kolczyki w kształcie ołówków. Nie są one częścią kamuflażu, jednak nigdy nie zamieniłabym ich na inne. – Ufam, że masz swoje powody, aby protestować przeciwko budowie apartamentowca na Brooklynie, ale nie oznacza to, że porzucę w cholerę swoją wizję i zmienię plany zabudowy tylko dlatego, że tobie marzy się kawałek parku. Wiesz, jakie straty finansowe odczułaby moja firma? My nie tylko zaprojektowaliśmy ten budynek, ale będziemy go również budować. Kilku z moich pracowników ma już zakontraktowaną dużą zniżkę na mieszkanie, a jeśli zmniejszę budynek, to cała wizja wielkiego drapacza chmur z sieciówkami, prywatnymi punktami usługowymi, biurami i częścią mieszkalną po prostu pójdzie się jebać. Dlaczego? Bo pannie _nikt_ zachciało się wyprowadzać na spacer wiewiórki. Na mojej własności – prycha.
– Czy ty masz w ogóle serce?
– Nawiązanie do Greya jest przypadkowe?
– Oczywiście…
Nie daje mi wiary.
– Pytanie o to, czy je mam, słyszę średnio raz w tygodniu. Zazwyczaj, gdy kogoś zwalniam i słucham jego wywodu o pochorowanym trzecim pokoleniu wstecz. – Pociera brodę w sugestywny sposób, jakby się nad czymś zastanawiał. – Może powinienem powiedzieć: pochowanym trzecim pokoleniu wstecz. Ilu z tych pracowników w wieku podobnym do mojego może się pochwalić żyjącymi pradziadkami, których muszą utrzymywać?
– I co odpowiadasz? Że niektórzy twierdzą, że nie masz serca? – pytam, ściągając jego marynarkę, która przypadkowo zsunęła się za moimi plecami. Kładę ją na kolanach, więc od razu czuję się lepiej, gdyż mam już pewność, że moja bielizna pozostaje niewidoczna. – Zresztą to dość duży odsetek wyrzucanych pracowników. Przydałby ci się ktoś do ocieplenia wizerunku i robienia tego w cywilizowany sposób, a przede wszystkim ktoś, kto ma podstawy. Inaczej będziesz miał na karku pozwy zbiorowe. – Jasno zaznaczam swoją ocenę, raczej dość logiczną.
Nie rozumiem tego faceta.
Raz straszy, że naśle na mnie ochroniarzy, a zaraz potem prowadzi ze mną uroczą pogawędkę na kanapie.
W połowicznym negliżu.
– I to cię tak bardzo martwi?
Nieelegancko zrywa swoją marynarkę z moich kolan. Na co ja, niezwykle dorośle, krzyżuję ręce i posyłam mu groźną minę.
– Nieszczególnie. Jak pójdziesz z torbami, to mój koszmar sam sczeźnie w zalążku. Jeśli jednak musisz wiedzieć, to posiadam coś takiego jak empatia, której brakuje tobie. Nie życzę ci źle. Chcę jedynie, żebyś odrobinę zmienił plany inwestycyjne.
Parska czymś na kształt śmiechu, a jego biceps mocno się napina, co podkreśla niezwykłą muskulaturę. Wszystko dostrzegam kątem oka. Wcale nie patrzę w kierunku jego nagich ramion.
– Czyli uskuteczniasz empatię stosowaną – odpowiada enigmatycznie.
Marszczę czoło w zdziwieniu.
– Jaką?
– Nie napinaj tak skóry, bo ci już tak zostanie. Nie dość, że jesteś biedna, to będziesz w dodatku nierówno pomarszczona. – Jak gdyby nigdy nic sięga po mleko w metalowym kubku i siorbie je nadzwyczaj głośno.
– Dlaczego mnie obrażasz? – pytam szczerze zaciekawiona.
– Kiedy to zrobiłem?
– Powiedziałeś, że jestem biedna i pomarszczona – burczę.
– Och, to pierwsze to zwykłe stwierdzenie faktu, a drugie to przejaw empatii. Skoro nie stać cię na medycynę estetyczną, ostrzegłem cię przed konsekwencjami marszczenia się. – Zakłada nogę na nogę, a spodnie na jego udach napinają się do granic możliwości. – Powinienem również wspomnieć, że powinnaś unikać słońca, bo jesteś już opalona, a dalsze kąpiele słoneczne zrobią z ciebie babcię?
– Chamidło z ciebie – fukam zła, że on ciągle mnie obraża.
– Przeciwnie. To jest właśnie empatia stosowana.
Wywracam oczami, bo mam dość tego całego pana Haysa. Może ktoś zechce go wyspacerować na wysokości trzydziestego piętra, zanim ja osiwieję.
– Co to takiego? – zadaję pytanie, na które ewidentnie czeka, bo ten termin padł już dwa razy.
Stuka palcami w oparcie za mną, co również podnosi mi ciśnienie.
– To empatia częściowa. Współczujesz komuś tylko wtedy, kiedy sama otrzymasz z tego jakieś korzyści.
– Mhm… – burczę pod nosem. – Niech zgadnę. Sam wymyśliłeś ten nurt filozoficzny?
Kiwa głową, wyraźnie zadowolony.
To naprawdę dziwne doświadczenie, ale żadne z nas nie patrzy na zegarek. On nie zakończył spotkania pomimo braku zainteresowania moją sprawą, a ja właściwie jawnie dałam mu zboczyć z tematu…
_No właśnie!_
– Testujesz mnie?! – pokrzykuję z zaskoczeniem.
Ponownie potakuje, wobec czego wstaję i zbieram wszystkie dokumenty ze stołu.
Nie dam się wciągnąć w jakąś durną grę. Mam co robić w życiu, a jego chęć sprawdzenia, jak bardzo gotowa jestem słuchać bredni, aby na końcu wymownie stwierdził, że w mojej sprawie nie da się nic zrobić, nie jest mi do niczego potrzebna.
– Wystosuję kolejne oficjalne pisma. Zatrudnię prawnika, jeśli będzie trzeba. Cholera jasna! Sama przeczytam całe amerykańskie prawo, jeśli tylko będzie taka konieczność!
Odwracam się na pięcie, a mój brzuch o mało co nie ociera się o jego nos. Sapię zaskoczona i cofam się, uderzając łydkami o krawędź szklanego stolika.
– Myślisz, że nie czytałem wszystkich, które już napisałaś? – niemal szepcze. Wpatruje się we mnie z dołu, ale cały czas to on ma nieprzerwaną kontrolę nad sytuacją. – Czytałem wszystko, Saylor Adams. Każde pismo, wszystkie wyliczenia, biznesplany i pomysły na alternatywny projekt.
Prawie nie oddycham, bo jeśli bym to zrobiła, jego broda zapewne przebiłaby się przez cienki materiał bluzki i otarła o moją skórę.
– Czytałeś to? – dukam. – A mimo to nie pokusiłeś się o wysłanie chociażby odpowiedzi odmownej?
Nie odpowiada. Tylko się we mnie wpatruje.
– W takim razie wszystko wiesz. Nie mamy o czym rozmawiać. – Moje oczy lekko się szklą, gdyż wiem, co teraz mnie czeka. Batalia, aby ciągle się starać i próbować osiągnąć to, o czym tak bardzo marzę. – Żegnam cię, Hays. Z pewnością jeszcze coś ode mnie przeczytasz. – Popycham łydką stolik, aby utorować sobie drogę odwrotu.
Zanim jednak się ruszę, jeszcze raz spoglądam na plany, które trzymam w dłoni. Kładę je na podłodze obok jego stóp, a on cofa głowę, aby mnie nie dotknąć.
Uśmiecham się słabo.
– Do widzenia, Hays.
W akompaniamencie stukających szpilek podchodzę do drzwi. Kładę dłoń na klamce.
– Siadaj – wybrzmiewa jego rozkaz.
Jest zły.
Nie odwracam się. Czekam.
– Do cholery jasnej, siadaj!
Słyszę, jak szybko zmierza w moim kierunku. Staje tuż za moimi plecami. To niekomfortowe.
– Jesteś zmienny jak chorągiewka – mówię głośno. – Gdy jest tak, jak tego oczekujesz, szydzisz i ironizujesz z rozmówcą. Ale gdy tylko dzieje się coś, co ci nie odpowiada, od razu reagujesz złością. To nie jest zdrowe podejście.
– I kto tu teraz uskutecznia własne filozofie? – pyta już nieco spokojniej. – Kazałem ci zostać, bo gdy tylko wyjdziesz, założę ci sprawę o kradzież mienia i nielegalne wtargnięcie do mojego gabinetu.
Odwracam się prędko.
Patrząc mu w oczy, rozpinam bluzkę, a on z uwagą śledzi każdy mój ruch. Widzę doskonale, jak jego oczy nie mogą oderwać się od mojego dekoltu, a klatka piersiowa zamiera, gubiąc swój wcześniejszy rytm zaciągania się życiodajnym powietrzem.
– A może to ja oskarżę ciebie o molestowanie, co? – rzucam mu wyzwanie. – Nie ubrałeś się, gdy cię o to poprosiłam, a teraz pogwałciłeś moją przestrzeń osobistą.
– Zauważ, że ten los zgotowałaś sobie sama.
– Wcale nie! – oponuję. – To ty mi go zgotowałeś, gdy postanowiłeś, że zburzysz dwupiętrowy budynek i na jego miejscu postawisz ogromny apartamentowiec!
Chwyta dłońmi swój kark i mocno go ściska. Prawie słyszę, jak napięta skóra strzela pod presją siły. Jego ogromne bicepsy sprawiają, że chyba dość trudno trzyma mu się ręce w ten sposób.
_Chryste! Co on robi, żeby tak wyglądać?_
Jego niebieskie oczy znów wpatrują się w moje.
– Więc tak szybko się poddajesz? Wyjdziesz stąd, żeby miesiącami studiować książki, a potem wrócisz z pismem, gdy wyleję fundamenty? Powiedz mi, Adams, jak dokładnie chcesz powstrzymać całą machinę biznesową? Czy tym razem założysz tanią bieliznę z Victoria’s Secret i będziesz pokazywała swoje wdzięki wszystkim robotnikom? Czy może zamierzasz jedynie dalej sobie szczekać?
Jego słowa mnie ranią. Bardzo.
Zaciskam zęby, aby nie pozwolić emocjom wziąć górę nad rozsądkiem. Gdyby nie resztki roztropności, zdzieliłabym tę jego szczękę solidnym pozdrowieniem.
– Co innego mam zrobić, jeśli trafiłam na człowieka z betonu? – W jego oczach pojawia się ułamek nowej, niezidentyfikowanej emocji. – Nie masz w sobie za grosz empatii.
Kącik jego ust unosi się w lekkim uśmiechu.
– Więc mnie jej naucz.
_Co?_
– Naucz? – powtarzam po nim. – Czyli jednak się zgadzasz na zmiany w projekcie?
– W żadnym razie. W życiu nie ma nic za darmo.
– Co więc chcesz w zamian? – pytam, zastanawiając się, co mogłabym zaoferować.
– Przyjmij posadę mojej asystentki. Jeśli ułatwisz mi życie, to urządzimy spotkanie biznesowe w kwestii interesujących cię spraw.
– To głupie. Ja mam pracę, Hays.
– Zwolnij się.
Patrzę na niego jak na wariata. _Zdurniał._
– To weź urlop. Albo daj mi kontakt do swojego pracodawcy. Wszystko załatwię.
– Przestań organizować mi życie, obcy człowieku! – skrzeczę z przerażeniem.
Człowiek z jego charyzmą na pewno mógłby nieźle nabazgrać mi w życiorysie.
_W co ja się pakuję?_
– Jak rozumiem, jedyną opcją do rozmów na temat apartamentowca jest zatrudnienie się u ciebie, tak? – uwypuklam to, co zaproponował.
Kiwa głową. Ręce nadal zaciska mi na karku, ale wzroku uparcie nie opuszcza na moją rozchełstaną bluzkę.
Ma szczęście.
Chwytam jej poły i łączę ze sobą.
– A jeśli się tego podejmę? Co dostanę w zamian? Jeśli nie mam gwarancji osiągnięcia celu, potrzebuję jakiegoś substytutu.
– Nie dam ci niczego takiego. – Rozkłada ramiona. – Jeśli nie ufasz swoim możliwościom, nie osiągniesz sukcesu. Nie dam ci żadnej przynęty poza stwierdzeniem, że nadzieja umiera ostatnia. Jeśli teraz wyjdziesz przez te drzwi, gwarantuję, że osobiście, z kurewską linijką w dłoni, dopilnuję, aby budynek nie był przesunięty nawet o cal względem planów. Jeśli jednak podejmiesz się pracy dla mnie, wtedy obiecam, że zasiądziemy do odpowiednich rozmów. To tyle. Więcej ci dać nie mogę. I nie chcę.
Powoli zapinam guziki. Pozwala mi to na wyciszenie i zrewidowanie swoich priorytetów.
To jednostronna oferta. Myślę, że żadne z nas nie ma wątpliwości co do tego, że Hays uprzykrzy mi życie i jeszcze świetnie się przy tym ubawi. Jednak to jest moja jedyna szansa na negocjacje.
Prostuję się i, nie rozdrabniając się w ponurych myślach, stwierdzam:
– Dobrze.
W końcu, jak długo wytrzyma z osobą, która również nie zamierza iść na łatwiznę?
– Ale zrobimy to na moich warunkach. Ubierzemy to w łatkę pro bono. Nie wezmę od ciebie ani dolara i rzucę wypowiedzeniem, kiedy tylko będę chciała.
– Jesteś niepoczytalna, ale dla mnie to korzystna oferta.
Nie przypieczętowuje tej umowy nawet skinieniem. Otwiera drzwi prowadzące do sali konferencyjnej, a ja obserwuję grę mięśni na jego plecach. Kobiety musiały dostać zawału, bo żadna się z nim nawet nie wita.
Niestety rozumiem dlaczego.
– Dziękuję wszystkim paniom za przyjście. Nie mam już żadnego wakatu, więc wypieprzać z tymi aplikacjami. Nie pozdrawiam serdecznie. – Trzaska drzwiami. – Mówiłem, żebyś się tak nie marszczyła.
– Nie musiałeś być taki niegrzeczny.
– W ich uszach to brzmiało jak niebiańskie tony, wierz mi. – Mija mnie i rzuca się na kanapę.
– To do jutra? – pytam niepewnie.
Śmieje się, jakby sarkastycznie.
– Och, nie. Zaczynasz wieczorem. Potrzebuję cię przy pewnej sprawie – mówi z zamkniętymi oczami.
_Wieczorem? Dziś?_
No dobrze. To jego warunki.
– Gdzie mam się stawić?
– Alice prześle ci wszystkie informacje.
– A jak się ze mną skontaktuje?
– Pisałaś tyle maili, że chyba znalezienie kontaktu do ciebie nie będzie żadnym problemem. – Otwiera jedno niebieskie ślepie i na mnie patrzy. – Na twoim miejscu bym się przespał. Ta noc będzie ciężka.