Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Concrete Boss - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 lutego 2026
E-book: EPUB, PDF MOBI
49,90 zł
Audiobook
49,90 zł
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Concrete Boss - ebook

Ona wchodzi do jego świata bez zaproszenia – w różowej mini, z bezczelną pewnością siebie i planem, który może zrujnować najważniejszy projekt mężczyzny. Saylor Adams nie przyszła po pracę. Zamierza walczyć. O budynek. O ludzi. O coś, co dla niego jest tylko liczbą w tabeli.

B. Hays nie negocjuje. On stawia warunki. Jest bezpośredni do granic przyzwoitości i niczego nie udaje – jeśli coś go denerwuje, mówi to wprost. A Saylor? To kobieta, która nie cofa się ani o krok. Przyjmuje posadę jego asystentki… za darmo. Na własnych zasadach. Z jednym celem: przebić się przez beton, którym otoczył siebie i świat.

Między nimi szybko rodzi się coś, czego żadne nie chce do siebie dopuścić. Chemia. Pożądanie. Gniew. Fascynacja.
A potem wraca przeszłość – pewien starszy o dwadzieścia trzy lata mężczyzna, który zna każdy sekret Saylor i którego obecność burzy wszystko.

Traumy, niedopowiedzenia… Nagle okazuje się, że ich historie od dawna biegną równolegle – aż w końcu musiały się przeciąć.

To opowieść o kobiecie niebojącej się wejść w ogień oraz o mężczyźnie od lat udającym, że nie czuje nic. O przerażającym pragnieniu. O sekretach zdolnych spalić wszystko. I o walce, w której stawką nie jest już tylko projekt w pracy, lecz czyjeś serce.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-49-4
Rozmiar pliku: 784 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

W ksi­ążce po­ru­szo­ne zo­sta­ją wra­żli­we te­ma­ty, ta­kie jak: uza­le­żnie­nie od roz­ko­szy, ma­ni­pu­la­cja, tar­gni­ęcie się na swo­je ży­cie, prze­kle­ństwa, opi­so­we sce­ny zbli­żeń, po­ru­sza­jące por­tre­ty psy­cho­lo­gicz­ne. Dla­te­go po­wie­ść _Con­cre­te Boss_ prze­zna­czo­na jest dla pe­łno­let­nie­go czy­tel­ni­ka.

My­śli oraz za­cho­wa­nia bo­ha­te­rów nie za­wsze są zgod­ne z chłod­nym, lo­gicz­nym ro­zu­mo­wa­niem – pro­szę Was, dro­dzy Czy­tel­ni­cy, że­by­ście pa­mi­ęta­li, że oni pa­trzą na swo­je ży­cie przez pry­zmat wła­snych do­świad­czeń. Dla­te­go zda­rza się, że bo­ha­ter­ka nie za­uwa­ży cze­goś, co jest oczy­wi­ste dla in­nych po­sta­ci, i na od­wrót.

Chcia­łam, żeby ta ksi­ążka skło­ni­ła do prze­my­śleń, dla­te­go _Con­cre­te Boss_ to Wam, Czy­tel­ni­cy, po­zo­sta­wia do oce­ny, czy bo­ha­ter jest bia­ły, czar­ny, czy sza­ry mo­ral­nie. Je­śli pod­róż przez z po­cząt­ku za­baw­ne, lecz z cza­sem co­raz głęb­sze trze­wia traum i do­świad­czeń na­zna­czo­nych cier­pie­niem nie jest dla Was kom­for­to­wa, pro­szę – za­sta­nów­cie się nad lek­tu­rą tej po­wie­ści.

Je­śli uzna­cie, że wspo­mnia­ne wra­żli­we te­ma­ty nie po­wo­du­ją u Was dys­kom­for­tu ani nie są w ża­den spo­sób trig­ge­ru­jące, naj­ser­decz­niej wi­tam Was w po­wie­ści, któ­ra na wie­le spo­so­bów zaj­mie Wa­szą gło­wę, a może i ser­ce.

Roz­go­śćcie się. Od te­raz, to rów­nież Wa­sza pod­róż.ROZDZIAŁ 1

Kamuflaż

Zmy­sło­wo się uśmie­cha­jąc, wy­ci­ągam przed sie­bie ku­bek z kawą w roz­mia­rze ven­ti, naj­wi­ęk­szy, jaki tyl­ko uda­je mi się zna­le­źć w No­wym Jor­ku.

Mam na my­śli oczy­wi­ście ku­bek, któ­re­go dno obu­do­wa­no do­dat­ko­wą tek­tu­rą, co two­rzy złu­dze­nie jego prze­sad­nej wiel­ko­ści. A na złu­dze­niu za­le­ży mi dziś naj­bar­dziej.

– Ależ pro­szę, je­stem win­na cho­ciaż tyle. – Dla do­dat­ko­we­go efek­tu po­chy­lam się, su­ge­styw­nie od­sła­nia­jąc górę ko­ron­ko­we­go biu­sto­no­sza wy­sta­jące­go spod prze­świ­tu­jącej bluz­ki.

– Ja­kie to miłe z two­jej stro­ny – od­po­wia­da ochro­niarz, któ­ry cały czas ze sma­kiem za­gląda mi w de­kolt.

W jego krót­kie pal­ce sta­now­czo wci­skam krwi­sto­czer­wo­ny ku­bek, a po­tem schy­lam się jesz­cze bar­dziej, aby otrze­pać z na­gich ko­lan nie­wi­dzial­ny py­łek.

Dzia­ła.

Ochro­niarz sa­pie, a ja ku­sząco po­wra­cam do nie­go spoj­rze­niem, dba­jąc, aby przez całą dro­gę miał za­pew­nio­ny se­ans drgań i wstrząsów.

– To jak – spo­glądam po raz ko­lej­ny na pla­kiet­kę z imie­niem na czar­nym uni­for­mie – Carl? Tym ra­zem wy­ba­czysz mi brak we­jściów­ki?

Kiwa gło­wą z uzna­niem, cały czas szu­ka­jąc mo­jej twa­rzy ni­żej, niż po­wi­nien.

– Bo wi­dzisz… Je­stem prze­ko­na­na, że do­sta­nę tę ro­bo­tę i będzie­my się wi­dy­wać bar­dzo, bar­dzo często – pod­kre­ślam z po­łu­dnio­wym ak­cen­tem.

Fa­ce­to­wi wresz­cie krąże­nie wra­ca do mó­zgu, bo od­ry­wa swo­je śli­skie nie­bie­skie oczy od mo­ich pier­si i sta­je w woj­sko­wej po­zie.

Może i wy­gląda­ło­by to wład­czo, gdy­by nie drob­ny fakt, że owło­sio­ny brzuch lek­ko wy­sta­je spod nie­wy­pra­so­wa­ne­go uni­for­mu.

– Szef mnie za to zje – od­pie­ra har­do.

_Z jaj­ka­mi na mi­ęk­ko czy na twar­do?_

Nie­zra­żo­na jego ko­men­ta­rzem kon­ty­nu­uję:

– Na pew­no tym ra­zem mo­żesz przy­mknąć na to swój so­ko­li wzrok – kom­ple­men­tu­ję go. – Zresz­tą twój szef pew­nie sam będzie za­do­wo­lo­ny, gdy mnie za­trud­ni. Spójrz tyl­ko na nie. – Pal­cem wska­zu­ję na ko­lej­kę, któ­ra utwo­rzy­ła się za mną.

Sto­ją w niej ele­ganc­ko ubra­ne ko­bie­ty. Gdy­by zaś przyj­rzeć się mo­jej kre­mo­wej bluz­ce oraz ró­żo­wej mi­niów­ce, ła­two mo­żna do­strzec, jak bar­dzo ró­żnię się od resz­ty. Co tyl­ko uświa­da­mia temu fa­ce­to­wi, jak często moje wdzi­ęki będą wy­sta­wia­ne na wi­dok pu­blicz­ny.

Carl chy­ba znów za­gląda w mój de­kolt, więc wy­pi­nam pie­rś jesz­cze bar­dziej.

– No… nie wiem – od­pie­ra ca­łko­wi­cie nie­przy­tom­nie.

Uśmie­cham się i cze­kam, aż nie­po­rad­ny uśmiech roz­pły­nie się rów­nież na jego twa­rzy.

– Wy­rzuć ją! Nie ma prze­pust­ki, więc nie była umó­wio­na! – krzy­czy jed­na z uczest­ni­czek wy­dłu­ża­jącej się prze­ze mnie ko­lej­ki.

Nie od­wra­cam się w kie­run­ku wtrąca­jącej się roz­mów­czy­ni.

– Carl – na­ci­skam gło­sem ocie­ka­jącym mio­dem. – Wiem, że za­wsze przy­ci­ągam uwa­gę, ale te­raz to już prze­sa­dzasz z tym roz­piesz­cza­niem mnie w by­ciu gwiaz­dą wie­czo­ru. Chcia­ła­bym udać się na roz­mo­wę o pra­cę, na któ­rą je­stem umó­wio­na, a po­tem zdo­być po­sa­dę. Chy­ba nie chcesz, że­bym była sfru­stro­wa­na, smut­na i na­pi­ęta? – Cmo­kam dla lep­sze­go efek­tu.

– Nie chcia­łbym… – od­po­wia­da szyb­ko. – Ale ni­g­dzie nie wi­dzę prze­pust­ki. Ali­ce po­win­na była prze­ka­zać mi two­je na­zwi­sko wczo­raj wie­czo­rem. – Po­now­nie prze­gląda za­war­to­ść swo­je­go biur­ka. – Nie mam tu cie­bie.

– To oczy­wi­ste, że na­stąpi­ła ja­kaś po­my­łka. Obo­je zna­my Ali­ce. Wie­my, jak przy­kła­da się do swo­ich obo­wi­ąz­ków. – Mru­gam do nie­go, aby w ten spo­sób dać mu do zro­zu­mie­nia, że mam na my­śli dru­gie dno tej wy­po­wie­dzi.

Albo je­dy­ne – bo może Ali­ce jest tak su­mien­na, że fak­tycz­nie nie po­pe­łnia błędów.

Carl czer­wie­ni się na twa­rzy, a z tyłu do­bie­ga nas ja­zgot zde­ner­wo­wa­nych ko­biet, któ­re chcą apli­ko­wać na asy­stent­kę sze­fa ar­chi­tek­to­nicz­ne­go ko­lo­sa – H. Cre­ator.

– No do­brze – stwier­dza po­ko­na­ny na­pi­ęciem tłu­mu. – Przy­pusz­czam, że mó­głbym dać ci prze­pust­kę go­ścia. – Wręcza mi czar­ne cac­ko na smy­czy, po czym pre­cy­zu­je: – Zwróć mi ją, jak tyl­ko będziesz wra­ca­ła, bo ta prze­pust­ka otwie­ra wi­ęcej drzwi niż ta dla in­te­re­san­ta.

Chwy­tam spraw­nie kar­tę do­stępu, nie omiesz­ku­jąc przy tym po­kle­pać go po spo­rej dło­ni.

– Wi­szę ci do­bre cia­cho, Carl. Do zo­ba­cze­nia!

Spraw­nie wy­mi­jam go w bram­ce, któ­ra wresz­cie sta­nęła przede mną otwo­rem, a po­tem, gło­śno stu­ka­jąc wy­so­ki­mi, czer­wo­ny­mi szpil­ka­mi, zmie­rzam w kie­run­ku wind.

Wy­bie­ram tę na sa­mym ko­ńcu. Ma co praw­da ozna­cze­nie, że przy­słu­gu­je je­dy­nie mat­kom z dzie­ćmi oraz nie­pe­łno­spraw­nym, jed­nak ja spo­koj­nie mo­gła­bym ucho­dzić dziś za nie­po­czy­tal­ną, więc praw­do­po­dob­nie jest od­po­wied­nia.

Gdy drzwi ci­cho się za­su­wa­ją, przy­glądam się swo­je­mu od­bi­ciu. Pi­ęk­ne blond pu­kle pod­kręco­ne pro­stow­ni­cą, aby uwy­dat­nić ich na­tu­ral­ny skręt. Usta sma­gni­ęte so­czy­stą czer­wie­nią, de­li­kat­ny ma­ki­jaż i pre­cy­zyj­nie za­ró­żo­wio­ne po­licz­ki do­da­ją mi po­wa­bu. Prze­świ­tu­jąca kre­mo­wa bluz­ka wraz z tan­det­nie krót­ką spód­nicz­ką i nie­bo­tycz­ny­mi ob­ca­sa­mi, któ­re tyl­ko ją przy­tła­cza­ją.

No cóż… To wszyst­ko, czym dys­po­nu­ję, więc musi wy­star­czyć.

Po­pra­wiam na ra­mie­niu dłu­gi ru­lon, któ­ry nie pa­su­je do sty­li­za­cji, i przez resz­tę dro­gi za­sta­na­wiam się, ja­kim, cho­le­ra, cu­dem ochro­niarz prze­pu­ścił obcą ko­bie­tę z po­jem­ni­kiem zdol­nym po­mie­ścić broń pal­ną.

Hol sie­dem­na­ste­go pi­ętra wita mnie prze­pi­ęk­ną zie­le­nią eu­ka­lip­tu­sa oraz wiel­ką, drew­nia­ną ma­kie­tą fe­ral­ne­go apar­ta­men­tow­ca na Bro­okly­nie.

– Dzień do­bry – od­zy­wa się ład­na sza­tyn­ka. Nie pod­no­si wzro­ku znad ogrom­ne­go ekra­nu, któ­ry za­sła­nia dol­ną po­ło­wę jej twa­rzy. – Po­cze­kal­nia dla asy­sten­tek sze­fa znaj­du­je się w sali kon­fe­ren­cyj­nej nu­mer dwa.

– Ja­sne, dzi­ęki – od­po­wia­dam szyb­ko i czym prędzej uda­ję się na wprost, gdzie ze szkla­nych drzwi ły­pie na mnie sza­ra cy­fra dwa.

Wi­dzę przez szy­bę, że wska­za­ne po­miesz­cze­nie jest już dość gęsto za­jęte.

Za­sta­na­wiam się więc, dla­cze­go ten cały Hays jest tak ob­le­ga­nym pra­co­daw­cą i dla­cze­go chce za­trud­nić asy­sten­ta płci że­ńskiej.

Chwy­tam za klam­kę i po­py­cham drzwi. A ra­zem z nimi swo­je stan­dar­dy pi­ęk­na, bo­wiem ota­cza mnie gro­no ko­biet wy­gląda­jących jak mo­del­ki wy­ci­ęte z żur­na­la. Wszyst­kie są zja­wi­sko­wo pi­ęk­ne, a ich wy­gląd wręcz ry­czy o ra­so­wej ele­gan­cji.

Dwie sza­tyn­ki, jed­na blon­dyn­ka, prze­pi­ęk­ne afro i je­dwa­bi­sto­ść ry­żo­ści – jak je­den mąż od­wra­ca­ją się, aby oce­nić za­gro­że­nie.

My­śla­łam, że cho­ciaż uśmiech­ną się przy­ja­źnie, jed­nak naj­wi­docz­niej uzna­ły mnie za tak bar­dzo istot­ną, że za­raz wra­ca­ją do swo­ich spraw – głów­nie po­pra­wia­nia w ma­łych lu­ster­kach ide­al­ne­go ma­ki­ja­żu.

Sia­dam na wol­nym krze­śle i ob­ser­wu­ję ja­ski­nię lwa. Szyb­ko za­uwa­żam, że do sali pro­wa­dzą jesz­cze jed­ne drzwi – one jed­nak nie są ze szkła.

– To ga­bi­net Hay­sa? – py­tam sie­dzącą naj­bli­żej sza­tyn­kę.

Pa­trzy na mnie jak na ko­smit­kę.

– Pana Hay­sa, je­śli już – po­pra­wia mnie na­tych­miast.

Szcze­rze po­dzi­wiam jej wy­trzy­ma­ło­ść na upa­ły, bo kom­bi­ne­zon ma iście je­sien­ny. No chy­ba że w prze­ci­wie­ństwie do mnie nie przy­je­cha­ła naj­ta­ńszą tak­sów­ką z ze­psu­tą kli­ma­ty­za­cją i nie gro­zi­ło jej spły­ni­ęcie po­tem na chod­ni­ko­wą pły­tę po wy­ka­ra­ska­niu się z sa­mo­cho­do­wej sau­ny.

Po­chy­lam się lek­ko w jej kie­run­ku.

– Jak my­ślisz, dużo nas tu będzie? – py­tam za­cie­ka­wio­na.

Spo­gląda na mnie przez lu­ster­ko w pu­der­nicz­ce, ci­ska­jąc nie­wy­ma­ga­jącym ko­men­ta­rza spoj­rze­niem.

– Nie wiesz, że je­ste­śmy umó­wio­ne co kwa­drans? Nikt ci nie po­wie­dział, ja­kie­go za­szczy­tu do­stąpi­łaś, że w ogó­le zmie­ści­łaś się na li­ście?

– Na li­ście?

– Na li­ście Ali­ce – od­po­wia­da blon­dyn­ka obok, jak­by to już wszyst­ko tłu­ma­czy­ło.

Szko­da tyl­ko, że nie mnie.

– Czy­li? – Tym ra­zem zwra­cam się do niej.

Szyb­ko się orien­tu­ję, że po­wie­dzia­łam coś nie­wła­ści­we­go, bo wszyst­kie pa­trzą na mnie z nie­mi­ło­sier­nym zdzi­wie­niem. I jak­by tego było mało, drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej otwie­ra­ją się z im­pe­tem, a do środ­ka wpa­da roz­złosz­czo­na ko­bie­ta z ko­lej­ki.

Moje oczy się roz­sze­rza­ją, gdy w zdu­mie­niu ob­ser­wu­ję, jak wy­ci­ąga ku mnie swo­je dło­nie.

– Ty mała sik­so! – sy­czy wście­kle. – My­ślisz, że jędr­nym cyc­kiem wku­pisz się w ła­ski… – Ury­wa, bo skrzy­dło po­now­nie się uchy­la.

Do po­miesz­cze­nia wcho­dzi jesz­cze jed­na blon­dyn­ka z gra­na­to­wą tecz­ką w dło­ni. Awan­tu­ru­jąca się ko­bie­ta tra­ci re­zon i w amo­ku si­ęga do to­reb­ki, aby do­ko­pać się do cze­goś, cze­go naj­wy­ra­źniej pil­nie po­trze­bu­je.

– Któ­rą te­raz we­zwie? – pyta ci­cho któ­raś z ze­bra­nych.

– Nie wiem. Daw­no nie było żad­nej sza­tyn­ki, więc może tym ra­zem to będę ja – od­po­wia­da jej za­do­wo­lo­nym gło­sem ta znaj­du­jąca się naj­bli­żej mnie.

_Ko­lo­ro­we gów­no._

– Pan Hays! – krzy­czę i wska­zu­ję drzwi.

Wszyst­kie się na­bie­ra­ją, a ja bar­dzo nie­ele­ganc­ko rzu­cam się do bie­gu. Szar­pię nie­po­rad­nie za klam­kę, za­nim któ­ra­kol­wiek zdąży za­re­ago­wać, i wpa­dam do ga­bi­ne­tu. Drzwi chy­ba za­my­ka­ją się za mną sa­mo­ist­nie, bo nie sły­szę już ni­cze­go, co dzie­je się te­raz w sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Zresz­tą, czy to wa­żne, sko­ro za­mie­ram pod oce­nia­jącym wzro­kiem pana Hay­sa spo­koj­nie kon­su­mu­jące­go… swo­ją chi­ńsz­czy­znę na wy­nos?

– Mat­ko Prze­na­jświ­ęt­sza… – sa­pię.

Jak mam my­śleć, sko­ro moje ser­ce po­sta­no­wi­ło zo­stać dy­ry­gen­tem ca­łe­go cia­ła, bo oczy zo­ba­czy­ły naj­sek­sow­niej­sze­go mężczy­znę, ja­kie­go w ży­ciu wi­dzia­ły?

I to na żywo.

– Ma pani dwa­dzie­ścia se­kund, aby po­dać do­bry ar­gu­ment uza­sad­nia­jący to wtar­gni­ęcie – oznaj­mia głębo­kim ba­ry­to­nem, od­kła­da­jąc pa­łecz­ki na tek­tu­ro­we opa­ko­wa­nie pe­łne ja­kie­goś ma­ka­ro­nu z wa­rzy­wa­mi.

Gra­fi­to­we spodnie od gar­ni­tu­ru moc­no opi­na­ją jego nogi, a przez szkla­ny sto­lik do­sko­na­le wi­dzę mu­sku­la­tu­rę wy­rze­źbio­nych ud. Chcia­ła­bym móc po­my­śleć wi­ęcej o dru­giej części jego ko­stiu­mu, jed­na­kże mężczy­zna od pasa w górę jest zu­pe­łnie nagi.

– Cho­le­ra ja­sna, pro­szę się ode­zwać – mówi po­iry­to­wa­ny.

Ru­szam w jego kie­run­ku na chy­bo­czących się no­gach w nie­wy­god­nych szpil­kach i opa­dam na fo­tel obok ka­na­py, na któ­rej sie­dzi.

Hays uwa­żnie śle­dzi mnie wzro­kiem, a kącik jego ust de­li­kat­nie się uno­si. Je­stem prze­ko­na­na, że do­sko­na­le wie, jak dzia­ła na płeć prze­ciw­ną.

Bio­rę ożyw­czy, głębo­ki od­dech i wy­ci­ągam do nie­go dłoń.

– Say­lor Adams – przed­sta­wiam się.

Uśmie­cha się, jak­by z za­cie­ka­wie­niem, i od­wza­jem­nia uprzej­mo­ść. Sta­now­czo ści­ska moją rękę, lek­ko nią po­trząsa­jąc.

Chrząkam, a po­tem prze­ry­wam nasz kon­takt fi­zycz­ny. Mężczy­zna jak gdy­by ni­g­dy nic wra­ca do kon­sump­cji.

– Masz ocho­tę na bez­mi­ęsne da­nie lub kre­wet­kę w cie­ście? – pyta.

Prze­cząco ma­cham gło­wą.

– To za­bie­raj stąd swo­ją dupę i wy­pier­da­laj z tego bu­dyn­ku – oznaj­mia chłod­no. Mi­ęśnie na jego brzu­chu lek­ko się spi­na­ją, gdy si­ęga po ku­bek z na­po­jem, a mnie pod­no­si się ad­re­na­li­na.

– Ład­nie to tak zwra­cać się do ko­bie­ty? Gdzie tu sza­cu­nek? – py­tam z prych­ni­ęciem.

On rów­nież pry­cha, a po­tem si­ęga po te­le­fon le­żący na sto­le. Blask ekra­nu przy­ci­ąga mój wzrok. Ja­koś tak mi­mo­wol­nie się pro­stu­ję i ści­skam nogi, aby zmo­ty­wo­wać cia­ło do szyb­sze­go re­ago­wa­nia.

– To ty wpa­dłaś nie­pro­szo­na do mo­je­go ga­bi­ne­tu, za­jęłaś mój ulu­bio­ny fo­tel i nie wy­ja­wi­łaś żad­ne­go sen­sow­ne­go celu tej wi­zy­ty. – Ru­chem gło­wy wska­zu­je na tubę spo­czy­wa­jącą na sie­dze­niu obok mo­je­go uda. – A w tym ustroj­stwie rów­nie do­brze mo­głaś przy­nie­ść ma­cze­tę albo wągli­ka. Wy­bacz więc, że je­stem go­to­wy pod­jąć od­po­wied­nie kro­ki, aby za­pew­nić so­bie bez­pie­cze­ństwo przed jed­ną z mo­ich psy­cho­fa­nek.

Po­ci­ąga no­sem, a mnie przy­cho­dzi na myśl, że jest sła­by. Ostro­ść tego da­nia już przy­pra­wi­ła go o ka­tar. Jak więc ra­dzi so­bie z za­rządza­niem całą fir­mą i lu­dźmi? Może by­cie gbu­rem po­ma­ga­ło piąć się w pra­cow­ni­czej hie­rar­chii, ale z pew­no­ścią nie przy­spa­rza­ło mu ko­le­gów.

Ale ma tro­chę ra­cji.

Może czuć się za­gro­żo­ny.

Mru­żę ja­do­wi­cie oczy i si­ęgam po kre­wet­kę, któ­rą wpy­cham do buzi.

Od razu się krztu­szę.

Roz­glądam się w po­szu­ki­wa­niu ra­tun­ku, a Hays usłu­żnie po­da­je mi ser­wet­kę. Wy­ry­wam ją z jego opa­lo­nej dło­ni i z obrzy­dze­niem wy­plu­wam nie­bia­ński przy­smak, któ­ry pra­wie prze­kręcił mnie na dru­gi świat. Na­dal się krztu­sząc, chwy­tam me­ta­lo­wy ku­bek, bo in­tu­icyj­nie wiem, co w nim się znaj­du­je.

I nie mylę się, gdy cu­dow­nie zim­ne mle­ko ła­go­dzi po­pa­lo­ne kub­ki sma­ko­we.

– Smacz­ne? – pyta, szcze­rze się uśmie­cha­jąc, gdy wi­dzi, jak za­chłan­nie żło­pię jego na­pój. Nie jest to może uśmiech ra­do­ści, jed­nak jemu zda­je się to nie prze­szka­dzać. Jaw­ne szy­der­stwo go po pro­stu cie­szy.

Chłop przy­naj­mniej nie bawi się w bez­sma­ko­wą ga­da­ni­nę.

Gło­śno od­sta­wiam ku­bek, a po­tem przy­ci­skam dłoń do brzu­cha, któ­ry na­gle do­sko­na­le so­bie uzmy­sło­wił, gdzie leży żo­łądek.

– Co to jest? – py­tam ci­cho, aby moje gar­dło mia­ło szan­sę na chwi­lo­wy od­po­czy­nek od czyn­ni­ków dra­żni­ących.

– Kre­wet­ki per­so­na­li­zo­wa­ne.

– I to ja mia­łam przy­nie­ść dżu­mę? – Rzu­cam zwi­ni­ętą ser­wet­ką przez cały ga­bi­net, a kul­ka cel­nie tra­fia do śmiet­ni­ka koło drzwi.

Po­pra­wiam swo­ją spód­nicz­kę, bo za bar­dzo pod­je­cha­ła w górę, jed­nak pra­wie od razu się orien­tu­ję, że od­kąd tyl­ko usia­dłam, on do­sko­na­le wi­dział przód mo­ich maj­tek. Kła­dę więc dłoń na udach, aby do­ci­ążyć nie­sfor­ny róg ró­żo­we­go cho­ler­stwa.

– Ja­kie to ty­po­we – szy­dzi, ale z pew­ną ga­lan­te­rią po­da­je mi ko­lej­ną ser­wet­kę, któ­rą wy­ry­wam mu z rąk, gdy tyl­ko mogę do niej do­si­ęgnąć.

Roz­kła­dam ją na ko­la­nach i od razu czu­ję się pew­niej. Po­trząsam wło­sa­mi, któ­re lek­ko ocie­ra­ją się o moje ra­mio­na okry­te bar­dziej mgie­łką niż bluz­ką.

Pro­stu­ję się.

Przy­bie­ram do­mi­nu­jącą minę.

Sku­piam się tyl­ko na miej­scu, gdzie pa­sek wło­sów nik­nie w gra­na­to­wych spodniach.

_Cho­le­ra ja­sna! Dla­cze­go on musi być tak odu­rza­jąco przy­stoj­ny?_

– Mó­głbyś się z ła­ski swo­jej ubrać? – fu­kam.

Pod­no­si je­dy­nie brew, nie prze­ry­wa­jąc kon­sump­cji kre­we­tek oto­czo­nych trut­ką na szczu­ry.

– Sko­ro już się tu po­fa­ty­go­wa­łaś, to cię wy­słu­cham – oznaj­mia na­gle. – Ale nie licz na to, że wyj­dziesz stąd ina­czej niż wy­nie­sio­na przez ochro­nę, del­fin­ku.

– Wszyst­kie ko­bie­ty tak na­zy­wasz? – py­tam, prze­chy­la­jąc gło­wę na bok.

Hays wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Tyl­ko cie­bie.

– Oczy­wi­ście nie ze­chcesz mi wy­tłu­ma­czyć dla­cze­go? – Prze­su­wam tubę na swo­je ko­la­na i od­kręcam ko­ńców­kę.

– Bo wy­glądasz na ta­kie słod­kie, głu­piut­kie i ja­zgo­czące zwie­rzę z ga­tun­ku ssa­ków – oznaj­mia bez emo­cji, wpa­tru­jąc się we mnie błękit­ny­mi ocza­mi.

Fu­ria na mo­ment mnie za­śle­pia, więc nie wiem, czy na­praw­dę jest rudy, czy na­gle wi­dzę go przez czer­wo­ny filtr.

Nie­wie­le my­ślę i rzu­cam w nie­go za­kręt­ką od tuby.

Z ca­łej siły.

I pra­wie tra­fiam w jego jaja.

W ostat­niej chwi­li robi unik, a ko­ńców­ka od­bi­ja się z pla­śni­ęciem od jego uda.

Czy ża­łu­ję? Niech mnie cho­le­ra strze­li, ale nie.

Krzy­żu­je ze mną wzrok, a ja czu­ję, jak­by pa­trzył na mnie sa­miec wil­ka, któ­ry wła­śnie ob­na­żył zęby i szy­ku­je się do ata­ku na moją tęt­ni­cę.

Czy ża­łu­ję?

– Na­le­ża­ło ci się! – Gło­śno sta­ram się bro­nić. – Nie mu­sia­łeś ob­ra­żać za­rów­no del­fi­nów, jak i mnie! To bar­dzo in­te­li­gent­ne zwie­rzęta, wy­ka­zu­jące się dużą em­pa­tią. – Mie­rzę go tak bar­dzo po­gar­dli­wym spoj­rze­niem, jak tyl­ko się da. – Ale co ty mo­żesz wie­dzieć o jed­nym czy dru­gim? Taki bru­tal tor­pe­du­je wszyst­ko, co kru­che i de­li­kat­ne.

Hays lek­ko pry­cha, ale ten dźwi­ęk – o dzi­wo – wy­da­je się na­wet za­baw­ny. Co zu­pe­łnie nie pa­su­je do tej mie­szan­ki, któ­ra się mi­ędzy nami wy­two­rzy­ła. Sama na­wet nie wiem do ko­ńca, co do nie­go czu­ję. Mam ocho­tę wal­nąć go czy­mś w gło­wę, bo za­cho­wu­je się jak pa­lant, a jed­no­cze­śnie wci­ąż pa­mi­ętam, jak ład­ne było to, że po­dał mi tę ta­nią ser­wet­kę.

– Nie mam cza­su na pier­do­le­nie – oznaj­mia, wład­czo opie­ra­jąc się o swo­ją ka­na­pę. – Do rze­czy, ko­bie­to. Cze­go ode mnie chcesz?

_Ko­bie­to…_

W jego ustach to brzmi za­rów­no jak obe­lga, jak i naj­słod­szy kom­ple­ment. Prze­ły­kam śli­nę, bo czu­ję, że go­rąc roz­cho­dzi się po mo­ich po­licz­kach. Mam na­dzie­ję, że ko­lor nie prze­bi­je się przez ma­ki­jaż.

Po­now­nie na nie­go pa­trzę. On ma ra­cję. Przy­szłam tu w kon­kret­nym celu i to, czy mnie wy­słu­cha, czy za­dzwo­ni po ochro­nę, za­le­ży tyl­ko od mo­je­go za­cho­wa­nia. Hays zda­je się wy­ka­zy­wać wręcz aniel­ską cier­pli­wo­ścią, sko­ro do tej pory nie ka­zał wy­nie­ść mnie siłą ze swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Może więc jest to od­po­wied­nia chwi­la, aby prze­stać grać?

Kła­dę dło­nie na krót­kiej spód­nicz­ce po części okry­tej brązo­wą ser­wet­ką.

– Nie ubie­ram się tak na co dzień – przy­zna­ję ze skru­chą. – To ka­mu­flaż, któ­ry miał po­zwo­lić mi wtar­gnąć do bu­dyn­ku, bo nie mia­łam żad­nej prze­pust­ki.

Spo­gląda na kar­tę za­wie­szo­ną na smy­czy po­mi­ędzy mo­imi pier­sia­mi, a po­tem szyb­ko wra­ca do mnie spoj­rze­niem. Jed­na z jego brązo­wych brwi nie­znacz­nie się pod­no­si.

– Nie chcę rów­nież dla cie­bie pra­co­wać.

Kiwa gło­wą, jak­by po­twier­dza­jąc, że my­śli o tym sa­mym.

Ner­wo­wo wy­ci­ągam ru­lon z tuby i spo­koj­nie wsta­ję z fo­te­la. Ro­bię może ze dwa kro­ki, aż moje ko­la­no pra­wie do­ty­ka jego, i sia­dam obok na wol­nej części ka­na­py. Pra­wą ręką ro­bię na sto­le miej­sce. On się nie od­su­wa. Ale je­stem prze­ko­na­na, że z uwa­gą śle­dzi ka­żdy mój ruch.

To po­staw­ny mężczy­zna. Ka­na­pa po mo­jej stro­nie jest sztyw­na i twar­da, a on w swo­jej części się za­pa­dł. Nie wiem, ile może wa­żyć, ale na pew­no nie chcia­ła­bym kie­dyś za­li­czyć spo­tka­nia z jego pi­ęścią.

Roz­wi­jam spo­rą kart­kę i roz­kła­dam ją przed nim.

Po­chy­la się, żeby zo­ba­czyć szcze­gó­ły wszyst­kich li­nii bie­gnących po pa­pie­rze. Two­rzy­ły one zmo­rę mo­je­go przy­szłe­go ży­cia.

– To mój pro­jekt. Jest świet­nie na­kre­ślo­ny i spraw­dzo­ny pod ka­żdym względem – in­for­mu­je Hays bez emo­cji.

Prze­kręca gło­wę w moją stro­nę, a ja na­gle zda­ję so­bie spra­wę z tego, jak bli­sko znaj­du­ją się na­sze twa­rze. Wpa­tru­ję się w sta­ran­nie przy­strzy­żo­ny za­rost na jego żu­chwie i z cie­ka­wo­ścią za­uwa­żam, że jest on o kil­ka od­cie­ni ciem­niej­szy niż ko­lor jego wło­sów. Cie­ka­we, czy to kwe­stia wy­sta­wie­nia wło­sa na sło­ńce, czy bro­da ro­śnie mu po pro­stu ciem­niej­sza?

– Je­śli chcesz mi wy­tknąć błąd, to mu­sisz się bar­dziej po­sta­rać, Say­lor – wy­ma­wia moje imię tak, jak­by ko­ńców­ką języ­ka sma­ko­wał nowy przy­smak i jesz­cze nie do ko­ńca wie­dział, czy jest straw­ny.

Moje imię do­da­je mi od­wa­gi.

Nie my­śląc wie­le, chwy­tam de­li­kat­nie jego pa­lec wska­zu­jący i ukła­dam na ma­pie.

– Tu po­wi­nien się ko­ńczyć ten bu­dy­nek – oznaj­miam pew­nie. Prze­su­wam opusz­kę ka­wa­łek da­lej. – A za­miast tej części po­wi­nien się tu znaj­do­wać ma­lut­ki park zie­le­ni. Tuż obok za­to­ki. To nada­ło­by wi­ęk­szą war­to­ść apar­ta­men­tom, po­nie­waż lo­ka­to­rzy mie­li­by pry­wat­ną oazę zie­le­ni.

– Czy­żby? – pyta, ale nie je­stem w sta­nie oce­nić, czy kpi, czy po pro­stu jest za­cie­ka­wio­ny, dla­cze­go przed­sta­wiam mu taką wi­zję. Jed­nak mi nie prze­ry­wa.

– A tu – wska­zu­ję na gra­ni­cę pro­jek­tu – po­win­na być furt­ka. Wy­star­cza­jąca, aby zmie­ścił się przez nią wó­zek in­wa­lidz­ki. – Ko­ńczę wy­po­wie­dź ra­do­snym uśmie­chem.

Z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem wpa­tru­je się w moją twarz, jak­by cze­goś w niej szu­kał. Pod na­po­rem tego spoj­rze­nia chy­ba ru­mie­nię się jesz­cze bar­dziej, ale nie opusz­czam wzro­ku. Do­sko­na­le wiem, że wte­dy prze­gram. Czło­wiek po­kro­ju Hay­sa z pew­no­ścią nie to­le­ru­je tchó­rzo­stwa.

Go­rzej, je­śli nie ak­cep­tu­je rów­nież odro­bi­ny buty.

– Adams, je­steś dziw­ną isto­tą, to ci mu­szę przy­znać. – Bu­du­je zda­nie tak samo wol­no, jak do mnie do­cie­ra wid­mo po­ra­żki z kre­te­sem. – Mu­sisz jed­nak zda­wać so­bie spra­wę, jak idio­tycz­nie brzmi two­je wy­ja­śnie­nie, praw­da?

Na­bie­ram głębo­ko po­wie­trza, aby mu od­po­wie­dzieć, ale on uci­sza mnie jed­nym ge­stem. Bez­par­do­no­wo za­kła­da na­gie ra­mię tuż za moje ple­cy i wy­god­niej ukła­da się na swo­jej części ka­na­py. Usa­dza mnie w miej­scu moją wła­sną tak­ty­ką.

Uży­wa swo­jej cie­le­sno­ści prze­ciw­ko mnie.

Czy wie, jak to na mnie dzia­ła?

Czu­je, jak bar­dzo je­stem te­raz spi­ęta, w ocze­ki­wa­niu na ka­żde ko­lej­ne sło­wo, któ­re wy­po­wie?

Hays zna się na mar­ke­tin­gu i do­sko­na­le wy­ko­rzy­stu­je swo­ją prze­wa­gę, bo to on roz­da­je te­raz kar­ty. Może i mia­łam nie­co­dzien­ne we­jście, któ­re za­owo­co­wa­ło przedłu­ża­jącym się spo­tka­niem, jed­na­kże w tym mo­men­cie nie mam już żad­nych ar­gu­men­tów, któ­re mo­gła­bym wy­to­czyć.

– Dla­cze­go od razu idio­tycz­nie? – bro­nię się stra­te­gią wy­mia­ny py­tań. Po­now­nie przy­gła­dzam swo­ją ró­żo­wą spód­nicz­kę. Ten gest nie ucho­dzi jego uwa­dze.

– Je­stem po­wa­żnym biz­nes­me­nem. – Na jego usta wy­pły­wa ni­kły uśmiech, gdy spo­gląda na moje kol­czy­ki w kszta­łcie ołów­ków. Nie są one częścią ka­mu­fla­żu, jed­nak ni­g­dy nie za­mie­ni­ła­bym ich na inne. – Ufam, że masz swo­je po­wo­dy, aby pro­te­sto­wać prze­ciw­ko bu­do­wie apar­ta­men­tow­ca na Bro­okly­nie, ale nie ozna­cza to, że po­rzu­cę w cho­le­rę swo­ją wi­zję i zmie­nię pla­ny za­bu­do­wy tyl­ko dla­te­go, że to­bie ma­rzy się ka­wa­łek par­ku. Wiesz, ja­kie stra­ty fi­nan­so­we od­czu­ła­by moja fir­ma? My nie tyl­ko za­pro­jek­to­wa­li­śmy ten bu­dy­nek, ale będzie­my go rów­nież bu­do­wać. Kil­ku z mo­ich pra­cow­ni­ków ma już za­kon­trak­to­wa­ną dużą zni­żkę na miesz­ka­nie, a je­śli zmniej­szę bu­dy­nek, to cała wi­zja wiel­kie­go dra­pa­cza chmur z sie­ciów­ka­mi, pry­wat­ny­mi punk­ta­mi usłu­go­wy­mi, biu­ra­mi i częścią miesz­kal­ną po pro­stu pój­dzie się je­bać. Dla­cze­go? Bo pan­nie _nikt_ za­chcia­ło się wy­pro­wa­dzać na spa­cer wie­wiór­ki. Na mo­jej wła­sno­ści – pry­cha.

– Czy ty masz w ogó­le ser­ce?

– Na­wi­ąza­nie do Greya jest przy­pad­ko­we?

– Oczy­wi­ście…

Nie daje mi wia­ry.

– Py­ta­nie o to, czy je mam, sły­szę śred­nio raz w ty­go­dniu. Za­zwy­czaj, gdy ko­goś zwal­niam i słu­cham jego wy­wo­du o po­cho­ro­wa­nym trze­cim po­ko­le­niu wstecz. – Po­cie­ra bro­dę w su­ge­styw­ny spo­sób, jak­by się nad czy­mś za­sta­na­wiał. – Może po­wi­nie­nem po­wie­dzieć: po­cho­wa­nym trze­cim po­ko­le­niu wstecz. Ilu z tych pra­cow­ni­ków w wie­ku po­dob­nym do mo­je­go może się po­chwa­lić ży­jący­mi pra­dziad­ka­mi, któ­rych mu­szą utrzy­my­wać?

– I co od­po­wia­dasz? Że nie­któ­rzy twier­dzą, że nie masz ser­ca? – py­tam, ści­ąga­jąc jego ma­ry­nar­kę, któ­ra przy­pad­ko­wo zsu­nęła się za mo­imi ple­ca­mi. Kła­dę ją na ko­la­nach, więc od razu czu­ję się le­piej, gdyż mam już pew­no­ść, że moja bie­li­zna po­zo­sta­je nie­wi­docz­na. – Zresz­tą to dość duży od­se­tek wy­rzu­ca­nych pra­cow­ni­ków. Przy­da­łby ci się ktoś do ocie­ple­nia wi­ze­run­ku i ro­bie­nia tego w cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób, a przede wszyst­kim ktoś, kto ma pod­sta­wy. Ina­czej będziesz miał na kar­ku po­zwy zbio­ro­we. – Ja­sno za­zna­czam swo­ją oce­nę, ra­czej dość lo­gicz­ną.

Nie ro­zu­miem tego fa­ce­ta.

Raz stra­szy, że na­śle na mnie ochro­nia­rzy, a za­raz po­tem pro­wa­dzi ze mną uro­czą po­ga­węd­kę na ka­na­pie.

W po­ło­wicz­nym ne­gli­żu.

– I to cię tak bar­dzo mar­twi?

Nie­ele­ganc­ko zry­wa swo­ją ma­ry­nar­kę z mo­ich ko­lan. Na co ja, nie­zwy­kle do­ro­śle, krzy­żu­ję ręce i po­sy­łam mu gro­źną minę.

– Nie­szcze­gól­nie. Jak pój­dziesz z tor­ba­mi, to mój kosz­mar sam scze­źnie w za­lążku. Je­śli jed­nak mu­sisz wie­dzieć, to po­sia­dam coś ta­kie­go jak em­pa­tia, któ­rej bra­ku­je to­bie. Nie ży­czę ci źle. Chcę je­dy­nie, że­byś odro­bi­nę zmie­nił pla­ny in­we­sty­cyj­ne.

Par­ska czy­mś na kszta­łt śmie­chu, a jego bi­ceps moc­no się na­pi­na, co pod­kre­śla nie­zwy­kłą mu­sku­la­tu­rę. Wszyst­ko do­strze­gam kątem oka. Wca­le nie pa­trzę w kie­run­ku jego na­gich ra­mion.

– Czy­li usku­tecz­niasz em­pa­tię sto­so­wa­ną – od­po­wia­da enig­ma­tycz­nie.

Marsz­czę czo­ło w zdzi­wie­niu.

– Jaką?

– Nie na­pi­naj tak skó­ry, bo ci już tak zo­sta­nie. Nie dość, że je­steś bied­na, to będziesz w do­dat­ku nie­rów­no po­marsz­czo­na. – Jak gdy­by ni­g­dy nic si­ęga po mle­ko w me­ta­lo­wym kub­ku i sior­bie je nad­zwy­czaj gło­śno.

– Dla­cze­go mnie ob­ra­żasz? – py­tam szcze­rze za­cie­ka­wio­na.

– Kie­dy to zro­bi­łem?

– Po­wie­dzia­łeś, że je­stem bied­na i po­marsz­czo­na – bur­czę.

– Och, to pierw­sze to zwy­kłe stwier­dze­nie fak­tu, a dru­gie to prze­jaw em­pa­tii. Sko­ro nie stać cię na me­dy­cy­nę es­te­tycz­ną, ostrze­głem cię przed kon­se­kwen­cja­mi marsz­cze­nia się. – Za­kła­da nogę na nogę, a spodnie na jego udach na­pi­na­ją się do gra­nic mo­żli­wo­ści. – Po­wi­nie­nem rów­nież wspo­mnieć, że po­win­naś uni­kać sło­ńca, bo je­steś już opa­lo­na, a dal­sze kąpie­le sło­necz­ne zro­bią z cie­bie bab­cię?

– Cha­mi­dło z cie­bie – fu­kam zła, że on ci­ągle mnie ob­ra­ża.

– Prze­ciw­nie. To jest wła­śnie em­pa­tia sto­so­wa­na.

Wy­wra­cam ocza­mi, bo mam dość tego ca­łe­go pana Hay­sa. Może ktoś ze­chce go wy­spa­ce­ro­wać na wy­so­ko­ści trzy­dzie­ste­go pi­ętra, za­nim ja osi­wie­ję.

– Co to ta­kie­go? – za­da­ję py­ta­nie, na któ­re ewi­dent­nie cze­ka, bo ten ter­min padł już dwa razy.

Stu­ka pal­ca­mi w opar­cie za mną, co rów­nież pod­no­si mi ci­śnie­nie.

– To em­pa­tia częścio­wa. Wspó­łczu­jesz ko­muś tyl­ko wte­dy, kie­dy sama otrzy­masz z tego ja­kieś ko­rzy­ści.

– Mhm… – bur­czę pod no­sem. – Niech zgad­nę. Sam wy­my­śli­łeś ten nurt fi­lo­zo­ficz­ny?

Kiwa gło­wą, wy­ra­źnie za­do­wo­lo­ny.

To na­praw­dę dziw­ne do­świad­cze­nie, ale żad­ne z nas nie pa­trzy na ze­ga­rek. On nie za­ko­ńczył spo­tka­nia po­mi­mo bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia moją spra­wą, a ja wła­ści­wie jaw­nie da­łam mu zbo­czyć z te­ma­tu…

_No wła­śnie!_

– Te­stu­jesz mnie?! – po­krzy­ku­ję z za­sko­cze­niem.

Po­now­nie po­ta­ku­je, wo­bec cze­go wsta­ję i zbie­ram wszyst­kie do­ku­men­ty ze sto­łu.

Nie dam się wci­ągnąć w ja­kąś dur­ną grę. Mam co ro­bić w ży­ciu, a jego chęć spraw­dze­nia, jak bar­dzo go­to­wa je­stem słu­chać bred­ni, aby na ko­ńcu wy­mow­nie stwier­dził, że w mo­jej spra­wie nie da się nic zro­bić, nie jest mi do ni­cze­go po­trzeb­na.

– Wy­sto­su­ję ko­lej­ne ofi­cjal­ne pi­sma. Za­trud­nię praw­ni­ka, je­śli będzie trze­ba. Cho­le­ra ja­sna! Sama prze­czy­tam całe ame­ry­ka­ńskie pra­wo, je­śli tyl­ko będzie taka ko­niecz­no­ść!

Od­wra­cam się na pi­ęcie, a mój brzuch o mało co nie ocie­ra się o jego nos. Sa­pię za­sko­czo­na i co­fam się, ude­rza­jąc łyd­ka­mi o kra­wędź szkla­ne­go sto­li­ka.

– My­ślisz, że nie czy­ta­łem wszyst­kich, któ­re już na­pi­sa­łaś? – nie­mal szep­cze. Wpa­tru­je się we mnie z dołu, ale cały czas to on ma nie­prze­rwa­ną kon­tro­lę nad sy­tu­acją. – Czy­ta­łem wszyst­ko, Say­lor Adams. Ka­żde pi­smo, wszyst­kie wy­li­cze­nia, biz­ne­spla­ny i po­my­sły na al­ter­na­tyw­ny pro­jekt.

Pra­wie nie od­dy­cham, bo je­śli bym to zro­bi­ła, jego bro­da za­pew­ne prze­bi­ła­by się przez cien­ki ma­te­riał bluz­ki i ota­rła o moją skó­rę.

– Czy­ta­łeś to? – du­kam. – A mimo to nie po­ku­si­łeś się o wy­sła­nie cho­cia­żby od­po­wie­dzi od­mow­nej?

Nie od­po­wia­da. Tyl­ko się we mnie wpa­tru­je.

– W ta­kim ra­zie wszyst­ko wiesz. Nie mamy o czym roz­ma­wiać. – Moje oczy lek­ko się szklą, gdyż wiem, co te­raz mnie cze­ka. Ba­ta­lia, aby ci­ągle się sta­rać i pró­bo­wać osi­ągnąć to, o czym tak bar­dzo ma­rzę. – Że­gnam cię, Hays. Z pew­no­ścią jesz­cze coś ode mnie prze­czy­tasz. – Po­py­cham łyd­ką sto­lik, aby uto­ro­wać so­bie dro­gę od­wro­tu.

Za­nim jed­nak się ru­szę, jesz­cze raz spo­glądam na pla­ny, któ­re trzy­mam w dło­ni. Kła­dę je na podło­dze obok jego stóp, a on cofa gło­wę, aby mnie nie do­tknąć.

Uśmie­cham się sła­bo.

– Do wi­dze­nia, Hays.

W akom­pa­nia­men­cie stu­ka­jących szpi­lek pod­cho­dzę do drzwi. Kła­dę dłoń na klam­ce.

– Sia­daj – wy­brzmie­wa jego roz­kaz.

Jest zły.

Nie od­wra­cam się. Cze­kam.

– Do cho­le­ry ja­snej, sia­daj!

Sły­szę, jak szyb­ko zmie­rza w moim kie­run­ku. Sta­je tuż za mo­imi ple­ca­mi. To nie­kom­for­to­we.

– Je­steś zmien­ny jak cho­rągiew­ka – mó­wię gło­śno. – Gdy jest tak, jak tego ocze­ku­jesz, szy­dzisz i iro­ni­zu­jesz z roz­mów­cą. Ale gdy tyl­ko dzie­je się coś, co ci nie od­po­wia­da, od razu re­agu­jesz zło­ścią. To nie jest zdro­we po­de­jście.

– I kto tu te­raz usku­tecz­nia wła­sne fi­lo­zo­fie? – pyta już nie­co spo­koj­niej. – Ka­za­łem ci zo­stać, bo gdy tyl­ko wyj­dziesz, za­ło­żę ci spra­wę o kra­dzież mie­nia i nie­le­gal­ne wtar­gni­ęcie do mo­je­go ga­bi­ne­tu.

Od­wra­cam się pręd­ko.

Pa­trząc mu w oczy, roz­pi­nam bluz­kę, a on z uwa­gą śle­dzi ka­żdy mój ruch. Wi­dzę do­sko­na­le, jak jego oczy nie mogą ode­rwać się od mo­je­go de­kol­tu, a klat­ka pier­sio­wa za­mie­ra, gu­bi­ąc swój wcze­śniej­szy rytm za­ci­ąga­nia się ży­cio­daj­nym po­wie­trzem.

– A może to ja oska­rżę cie­bie o mo­le­sto­wa­nie, co? – rzu­cam mu wy­zwa­nie. – Nie ubra­łeś się, gdy cię o to po­pro­si­łam, a te­raz po­gwa­łci­łeś moją prze­strzeń oso­bi­stą.

– Za­uważ, że ten los zgo­to­wa­łaś so­bie sama.

– Wca­le nie! – opo­nu­ję. – To ty mi go zgo­to­wa­łeś, gdy po­sta­no­wi­łeś, że zbu­rzysz dwu­pi­ętro­wy bu­dy­nek i na jego miej­scu po­sta­wisz ogrom­ny apar­ta­men­to­wiec!

Chwy­ta dło­ńmi swój kark i moc­no go ści­ska. Pra­wie sły­szę, jak na­pi­ęta skó­ra strze­la pod pre­sją siły. Jego ogrom­ne bi­cep­sy spra­wia­ją, że chy­ba dość trud­no trzy­ma mu się ręce w ten spo­sób.

_Chry­ste! Co on robi, żeby tak wy­glądać?_

Jego nie­bie­skie oczy znów wpa­tru­ją się w moje.

– Więc tak szyb­ko się pod­da­jesz? Wyj­dziesz stąd, żeby mie­si­ąca­mi stu­dio­wać ksi­ążki, a po­tem wró­cisz z pi­smem, gdy wy­le­ję fun­da­men­ty? Po­wiedz mi, Adams, jak do­kład­nie chcesz po­wstrzy­mać całą ma­chi­nę biz­ne­so­wą? Czy tym ra­zem za­ło­żysz ta­nią bie­li­znę z Vic­to­ria’s Se­cret i będziesz po­ka­zy­wa­ła swo­je wdzi­ęki wszyst­kim ro­bot­ni­kom? Czy może za­mie­rzasz je­dy­nie da­lej so­bie szcze­kać?

Jego sło­wa mnie ra­nią. Bar­dzo.

Za­ci­skam zęby, aby nie po­zwo­lić emo­cjom wzi­ąć górę nad roz­sąd­kiem. Gdy­by nie reszt­ki roz­trop­no­ści, zdzie­li­ła­bym tę jego szczękę so­lid­nym po­zdro­wie­niem.

– Co in­ne­go mam zro­bić, je­śli tra­fi­łam na czło­wie­ka z be­to­nu? – W jego oczach po­ja­wia się uła­mek no­wej, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej emo­cji. – Nie masz w so­bie za grosz em­pa­tii.

Kącik jego ust uno­si się w lek­kim uśmie­chu.

– Więc mnie jej na­ucz.

_Co?_

– Na­ucz? – po­wta­rzam po nim. – Czy­li jed­nak się zga­dzasz na zmia­ny w pro­jek­cie?

– W żad­nym ra­zie. W ży­ciu nie ma nic za dar­mo.

– Co więc chcesz w za­mian? – py­tam, za­sta­na­wia­jąc się, co mo­gła­bym za­ofe­ro­wać.

– Przyj­mij po­sa­dę mo­jej asy­stent­ki. Je­śli uła­twisz mi ży­cie, to urządzi­my spo­tka­nie biz­ne­so­we w kwe­stii in­te­re­su­jących cię spraw.

– To głu­pie. Ja mam pra­cę, Hays.

– Zwol­nij się.

Pa­trzę na nie­go jak na wa­ria­ta. _Zdur­niał._

– To weź urlop. Albo daj mi kon­takt do swo­je­go pra­co­daw­cy. Wszyst­ko za­ła­twię.

– Prze­stań or­ga­ni­zo­wać mi ży­cie, obcy czło­wie­ku! – skrze­czę z prze­ra­że­niem.

Czło­wiek z jego cha­ry­zmą na pew­no mó­głby nie­źle na­ba­zgrać mi w ży­cio­ry­sie.

_W co ja się pa­ku­ję?_

– Jak ro­zu­miem, je­dy­ną opcją do roz­mów na te­mat apar­ta­men­tow­ca jest za­trud­nie­nie się u cie­bie, tak? – uwy­pu­klam to, co za­pro­po­no­wał.

Kiwa gło­wą. Ręce na­dal za­ci­ska mi na kar­ku, ale wzro­ku upar­cie nie opusz­cza na moją roz­che­łsta­ną bluz­kę.

Ma szczęście.

Chwy­tam jej poły i łączę ze sobą.

– A je­śli się tego po­dej­mę? Co do­sta­nę w za­mian? Je­śli nie mam gwa­ran­cji osi­ągni­ęcia celu, po­trze­bu­ję ja­kie­goś sub­sty­tu­tu.

– Nie dam ci ni­cze­go ta­kie­go. – Roz­kła­da ra­mio­na. – Je­śli nie ufasz swo­im mo­żli­wo­ściom, nie osi­ągniesz suk­ce­su. Nie dam ci żad­nej przy­nęty poza stwier­dze­niem, że na­dzie­ja umie­ra ostat­nia. Je­śli te­raz wyj­dziesz przez te drzwi, gwa­ran­tu­ję, że oso­bi­ście, z ku­rew­ską li­nij­ką w dło­ni, do­pil­nu­ję, aby bu­dy­nek nie był prze­su­ni­ęty na­wet o cal względem pla­nów. Je­śli jed­nak po­dej­miesz się pra­cy dla mnie, wte­dy obie­cam, że za­si­ądzie­my do od­po­wied­nich roz­mów. To tyle. Wi­ęcej ci dać nie mogę. I nie chcę.

Po­wo­li za­pi­nam gu­zi­ki. Po­zwa­la mi to na wy­ci­sze­nie i zre­wi­do­wa­nie swo­ich prio­ry­te­tów.

To jed­no­stron­na ofer­ta. My­ślę, że żad­ne z nas nie ma wąt­pli­wo­ści co do tego, że Hays uprzy­krzy mi ży­cie i jesz­cze świet­nie się przy tym uba­wi. Jed­nak to jest moja je­dy­na szan­sa na ne­go­cja­cje.

Pro­stu­ję się i, nie roz­drab­nia­jąc się w po­nu­rych my­ślach, stwier­dzam:

– Do­brze.

W ko­ńcu, jak dłu­go wy­trzy­ma z oso­bą, któ­ra rów­nież nie za­mie­rza iść na ła­twi­znę?

– Ale zro­bi­my to na mo­ich wa­run­kach. Ubie­rze­my to w łat­kę pro bono. Nie we­zmę od cie­bie ani do­la­ra i rzu­cę wy­po­wie­dze­niem, kie­dy tyl­ko będę chcia­ła.

– Je­steś nie­po­czy­tal­na, ale dla mnie to ko­rzyst­na ofer­ta.

Nie przy­pie­częto­wu­je tej umo­wy na­wet ski­nie­niem. Otwie­ra drzwi pro­wa­dzące do sali kon­fe­ren­cyj­nej, a ja ob­ser­wu­ję grę mi­ęśni na jego ple­cach. Ko­bie­ty mu­sia­ły do­stać za­wa­łu, bo żad­na się z nim na­wet nie wita.

Nie­ste­ty ro­zu­miem dla­cze­go.

– Dzi­ęku­ję wszyst­kim pa­niom za przy­jście. Nie mam już żad­ne­go wa­ka­tu, więc wy­pie­przać z tymi apli­ka­cja­mi. Nie po­zdra­wiam ser­decz­nie. – Trza­ska drzwia­mi. – Mó­wi­łem, że­byś się tak nie marsz­czy­ła.

– Nie mu­sia­łeś być taki nie­grzecz­ny.

– W ich uszach to brzmia­ło jak nie­bia­ńskie tony, wierz mi. – Mija mnie i rzu­ca się na ka­na­pę.

– To do ju­tra? – py­tam nie­pew­nie.

Śmie­je się, jak­by sar­ka­stycz­nie.

– Och, nie. Za­czy­nasz wie­czo­rem. Po­trze­bu­ję cię przy pew­nej spra­wie – mówi z za­mkni­ęty­mi ocza­mi.

_Wie­czo­rem? Dziś?_

No do­brze. To jego wa­run­ki.

– Gdzie mam się sta­wić?

– Ali­ce prze­śle ci wszyst­kie in­for­ma­cje.

– A jak się ze mną skon­tak­tu­je?

– Pi­sa­łaś tyle ma­ili, że chy­ba zna­le­zie­nie kon­tak­tu do cie­bie nie będzie żad­nym pro­ble­mem. – Otwie­ra jed­no nie­bie­skie śle­pie i na mnie pa­trzy. – Na two­im miej­scu bym się prze­spał. Ta noc będzie ci­ężka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij