Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Córka ciemności - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 maja 2025
E-book: EPUB,
29,90 zł
Audiobook
2,00 zł
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Córka ciemności - ebook

Zapraszamy na pierwsze słuchowisko, z gatunku romantasy, autorstwa K.N. Haner - jednej z najbardziej poczytnych polskich autorek młodego pokolenia.

Angel (Agata Wicka) uważa się za zwyczajną dziewczynę, choć od zawsze towarzyszą jej dziwne sny i przeczucia. Nie przywiązuje do nich wagi, aż do dnia, gdy po 21. urodzinach zaczyna ją śledzić tajemniczy mężczyzna. Początkowa ciekawość przeradza się w strach – Gabe (Wiktor Piechowski) okazuje się demonem, który twierdzi, że Angel nie jest zwykłym człowiekiem. Dziewczyna nie chce mu wierzyć, ale wokół zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Wkrótce odkrywa, że w jej żyłach płynie moc, którą musi opanować, a Gabe ma jej w tym pomóc – bez względu na wszystko.

W rolach głównych:

Angel - Agata Wicka

Gabe - Wiktor Piechowski

Betty - Maria Kozłowska

W pozostałych rolach: Diana Giurow, Anna Urbanowicz, Leszek Filipowicz, Wojciech Chorąży, Maciej Raniszewski, Natalia Gadomska, Martyna Szymańska, Aleksander Bauman

Adaptacja prozy do scenariusza: Marta Hopfer-Gilles

Reżyseria: Magdalena Więsław i Jakub Sampławski

Realizacja Dźwięku: Maryla Kłosowska i Jakub Sampławski

Kierownictwo produkcji: Kacper Kubiak i Milena Załęska

Nadzór projektu: Edyta Kocemba

Producent wykonawczy: Studio Empik Go

Producent: Anita Rochalska i Agnieszka Adaszewska Empik Go

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-272-9264-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Podobno ludzie urodzeni w czerwcu mają w życiu naprawdę dużo szczęścia, ale jak to zwykle bywa, zawsze są jakieś wyjątki od reguły. Takim wyjątkiem najprawdopodobniej byłam właśnie ja. I nie, wcale nie narzekałam, bo kochałam i doceniałam to, co mam, ale chwilami odnosiłam wrażenie, że pech to moje drugie imię. Pierwsze to Angel, ale do aniołka mi naprawdę daleko.

W chwili, gdy zaczęłam dojrzewać, moje ciało i umysł zaczęły się buntować. Prowadziły między sobą regularną wojnę, a potem jednoczyły się na moment, by wojować wspólnie przeciwko mojej mamie. Nie mogłam siebie zrozumieć, ale wszyscy tłumaczyli: to hormony, to dojrzewanie, przejdzie jej. Zbliżałam się do dwudziestych pierwszych urodzin i… nadal mi nie przeszło. Czasami miałam wrażenie, że moje życie to jeden wielki żart, ale potem przypominałam sobie, że nie można się wiecznie śmiać. Od zawsze również byłam wrażliwa na krzywdę innych, zwłaszcza zwierząt i tych, którzy nie potrafią sami się obronić. Taka mieszanka wybuchowa, bo jednocześnie potrafiłam być bardzo butna i szybko puszczały mi nerwy. Moi znajomi nazywali mnie nerwuską, ale się do tego przyzwyczaiłam. Wytrzymywali ze mną i chwała im za to.

Ja bym ze sobą nie wytrzymała.

Nigdy nie chciałam być przeciętna. Przeciętność kojarzyła mi się z bylejakością i brakiem ambicji. Często czułam, że zachodziły we mnie jakieś niezrozumiałe dla mnie zmiany. Odnosiłam wrażenie, że zwariowałam. Miewałam dziwne sny, wydawało mi się, że słyszę jakieś głosy, ale bałam się komukolwiek o tym powiedzieć. Nie chciałam, by uznali mnie za wariatkę. Wypierałam to, co czułam, widziałam i słyszałam. Ignorowałam to, bo tak było mi po prostu łatwiej, ale przeznaczenia podobno nie da się oszukać. Nie sądziłam jednak, że to nie pech jest moim drugim imieniem, tylko właśnie to przeklęte „przeznaczenie”.ROZDZIAŁ 1
NAJZWYKLEJSZA DZIEWCZYNA NA ŚWIECIE

Obudziłam się na swoim pierwszym w życiu kacu. Nie znałam tego uczucia i od razu wiedziałam, że się nie polubimy. Moja czaszka pulsowała boleśnie, a otwarcie oczu wywoływało zawroty głowy i nudności. Przekręciłam się na drugi bok, a potem wymownie jęknęłam. W odpowiedzi usłyszałam głos mojej przyjaciółki Betty.

– Tak, to właśnie to, Angel. Witaj w świecie dorosłych! – Śmiała się ochryple.

Miałam ochotę ją zamordować.

– Tak to właśnie co? – burknęłam do niej.

Każdy dźwięk wwiercał się igłami prosto do mojego mózgu.

– KAC! Pięć godzin temu skończyłaś dwadzieścia jeden lat i w końcu możesz na legalu pić alkohol.

– Świetnie, naprawdę niczego nie pragnęłam bardziej niż tego – ironizowałam.

– No, drineczki wchodziły jeden za drugim. Nie słuchałaś mnie, gdy mówiłam, że może już wystarczy albo żebyś chociaż przystopowała.

– Jakaś ty mądra. Dlaczego też masz takiego kaca jak ja? – Zerknęłam na nią.

– Bo nie zostawia się przyjaciółki w potrzebie. Musiałam dotrzymać ci kroku. I, moja droga, to nie była potańcówka dla emerytów, to było szaleńcze tango do białego rana. – Betty wybuchła śmiechem.

– Weź, wszystko mnie boli…

Rozbawiła mnie, ale nie miałam siły tego okazać. A może nie miałam ochoty? Nie wiem. Naprawdę wszystko mnie bolało. A światło słoneczne, które wpadało do sypialni przez lekko rozsunięte zasłony, prawie mnie zabiło.

– Nie wiem, czy pamiętasz, ale tańczyłyśmy w obcasach na barze. Wywalili nas za to z klubu – przypomniała mi, bo ja miałam w głowie czarną dziurę.

– O, świetnie…

– Ale poszłyśmy do innego klubu i tam mieli jeszcze lepsze drinki. – Betty przysunęła się do mnie. – Wiesz, że musimy być u twojej mamy o trzeciej, na obiad?

– Na myśl o jedzeniu chce mi się rzygać – przyznałam. – Dlaczego na kacu wyglądasz tak ładnie? – Przyjrzałam się jej.

Betty była przesłodką niewysoką dziewczyną z burzą kręconych ciemnych włosów, ponętnymi ustami i oczami czarnymi jak węgiel. Znałyśmy się od dzieciństwa, a teraz studiowałyśmy na jednej uczelni. Ona ekonomię, a ja… właśnie byłam w trakcie zmiany kierunku. Już drugi raz, odkąd zaczęłam studiować, ale kto by to liczył? Zaczęłam tak jak Betty od ekonomii, ale szybko się przekonałam, że to nie dla mnie. Przeniosłam się na kulturoznawstwo i to była jeszcze większa porażka. Moim trzecim wyborem było zarządzanie w biznesie i wierzyłam, że to właśnie TO.

– Bo najwidoczniej jeszcze nie wytrzeźwiałaś. – Chuchnęła w moją stronę.

Poczułam woń alkoholu.

– No, do całowania się teraz nie nadajesz. – Zaśmiałam się. – Ale makijaż przetrwał. – Chwyciłam palcami skrawek sztucznych rzęs, które przykleiła sobie poprzedniego wieczoru, i delikatnie je odkleiłam.

– Ty za to wyglądasz, jakbyś wracała w strugach deszczu – skwitowała.

– Coś mi świta, że próbowałam umyć twarz przed położeniem się spać, ale chyba umyłam tylko wodą, a potem od razu się położyłam. Ty już spałaś…

– To były zacne dwudzieste pierwsze urodziny, Angel. Pośpijmy jeszcze, a potem trzeba będzie się ogarnąć i jechać do twojej mamy. Byłoby jej przykro, gdybyśmy nie przyszły na twój urodzinowy obiad.

Betty bardzo lubiła się z moją mamą.

– Tak, jeszcze z godzinka spania, a potem się ogarniemy. Obiadek u mamusi to rzecz święta.

_–_ Żebyś wiedziała, Angel. Żebyś wiedziała. – Betty westchnęła, zamknęła oczy i w sekundę już spała.

Mnie zajęło to niewiele więcej czasu.

Szykowanie się na obiad u mamy po całonocnej imprezie to był jakiś żart. Moja cera błagała o porządne odżywienie, ale nie było na to czasu. Włosy uratowałam suchym szamponem, bo nie miałam siły ich umyć i układać od nowa. Miałam długie naturalnie jasne włosy. W zależności od światła miały przeróżne odcienie. Od blondu po rudości i strasznie mi się to podobało, dlatego nigdy ich nie farbowałam. Tworzyłyśmy z Betty naprawdę niezły duet. Jak to mówią: każda blondynka musi mieć swoją brunetkę.

– Czy ty wczoraj kogoś w ogóle wyrwałaś, Betty? – zapytałam, gdy obie siedziałyśmy przed wielkim lustrem i kończyłyśmy się malować.

– Daj spokój, przecież to były twoje urodziny. Na wyrywanie umówiłam się z dziewczynami na następny weekend. – Mrugnęła do mnie.

– Aha…

– Mogłabyś iść z nami. Jak ty chcesz sobie kogoś znaleźć, skoro nigdy nie chodzisz z nami wyrywać facetów?

– Bo mnie nikt nigdy nie podrywał i nikt mnie nie chce. Mam dość rozczarowań. – Przewróciłam wymownie oczami.

Tak jak na przykład fizyka była dla mnie czarną magią i nigdy nie potrafiłam jej pojąć, tak też zasady randkowania, poznawania mężczyzn i całego tego kłopotu związanego z tym, by być w związku, były dla mnie nie do ogarnięcia. Nie wiem, co robiłam źle, ale kompletnie nie miałam powodzenia u płci przeciwnej. Moje koleżanki potrafiły na każdej imprezie poznać kogoś ciekawego, a ode mnie faceci wręcz uciekali. Co było ze mną nie tak? Przecież nie byłam ani kulawa, ani specjalnie brzydka… Wręcz odwrotnie. Wydawało mi się, że w lustrze widziałam naprawdę piękną młodą kobietę. Miałam długie włosy, byłam blondynką, a faceci podobno lubią blondynki. Byłam też całkiem zgrabna, choć niewysoka, ale proporcjonalna. Okej, może mogłam nieco przyłożyć się do diety i ćwiczeń, by zrzucić te kilka nadprogramowych kilogramów, ale na litość boską, naprawdę nigdy ŻADEN facet się mną nie zainteresował. Miałam dwadzieścia jeden lat, a nigdy się nie całowałam. Tak prawdziwie się nie całowałam. O innych rzeczach nawet nie wspominam, bo miłosne igraszki znałam jedynie z opowieści moich koleżanek, w tym Betty, która w ogóle nie miała problemów z wyrywaniem facetów.

– Wiesz, że zawsze jestem z tobą szczera, i przyznam, że kompletnie tego nie rozumiem. Przecież jesteś mądra i śliczna. – Betty przerwała malowanie rzęs i przyglądała mi się. – Może zrobimy cię na czarno? Czarne włosy i te twoje niebieskie oczy na pewno przyciągną uwagę jakiegoś przystojniaka. – Poruszyła wymownie brwiami.

– Ja tam nawet nie chcę przystojniaka. Byle był miły i dobry – bredziłam.

– Matko, daj żyć… Miłego i dobrego to sobie znajdziesz męża, a na początek to trzeba poszaleć, posprawdzać, co i jak… Wsiąść na kilka różnych ogierów, by wybrać tego jedynego, który przykopytkuje do ciebie na białym koniku.

– No dobra, a ty ilu już tych ogierów sprawdziłaś? – Zaśmiałam się.

– Dam się o takie rzeczy nie pyta, moja droga. – Betty puściła do mnie oczko.

– Dam w sensie: temu dam, a temu nie dziś? – żartowałam.

Rozwiązłość mojej przyjaciółki kompletnie mi nie przeszkadzała, ale to był świetny temat do żartów, które ona doskonale rozumiała. Zresztą Betty wcale nie miała tak dużego przebiegu. Miała kilku „stałych” kolegów, a na imprezach wyrywała facetów do tańca i po to, by stawiali jej drinki. Rzadko wracała z którymś do mieszkania.

– Dziś to żadnemu nie dam, bo idziemy na obiad do twojej mamy i znając życie, posiedzimy tam do wieczora, a nawet zostaniemy do jutra. – Trąciła mnie lekko w ramię. – Zagęszczaj ruchy, bo mamy pociąg za czterdzieści minut – przypomniała.

– Jakbym się tak wczoraj nie upiła, to mogłabym jechać autem, a tak będziemy się tłuc pociągiem do Baton Rouge prawie dwie godziny… – Westchnęłam.

– Chociaż się zdrzemniemy w drodze. Pośpiesz się!

Wstała z podłogi i poszła do łazienki, a ja na szybko dokończyłam makijaż. Najpewniej zrezygnowałabym z tego wyjazdu i napisała mamie prawdę, że miałam kaca, ale rano wysłała mi esemesa, że na obiad zrobiła moją ulubioną pieczeń z ziemniakami. Temu nie umiałam się oprzeć.

Podróż pociągiem na kacu to nie był dobry pomysł. Obie z Betty na zmianę miałyśmy mdłości, ale uratowała nas jakaś starsza kobieta, która podarowała nam butelkę wody. Byłam przekonana, że urodzinowy obiad zjemy w towarzystwie mojej mamy, ale na miejscu okazało się, że to prawie zjazd rodzinny. Zaproszone były także moja babcia, dwie ciotki z rodzinami i sąsiadka, którą od dziecka nazywałam ciocią. Ogólnie takie rodzinne klimaty wcale mi nie przeszkadzają, ale tego dnia, na kacu, to była ostatnia rzecz, jakiej pragnęłam.

– Sto lat, sto lat, niech żyje Angel nam! Sto lat, sto lat, niech żyje Angel nam! – Chór złożony z członków mojej rodziny śpiewał mi nad głową, gdy wpatrywałam się w przepiękny tort, na którym zapalone były dwie świeczki: dwójka i jedynka.

Dwadzieścia jeden.

To podobno taka magiczna granica dorosłości, a ja tak naprawdę wcale nie czułam się za bardzo dorosła. A tym bardziej dojrzała. Wydawało mi się, że absolutnie nie jestem gotowa na taką „samodzielność”. Finansowo pomagała mi mama, bo studia, które i tak co chwilę zmieniałam, zajmowały mi sporo czasu i mogłam jedynie dorabiać. Gdyby nie jej pomoc, nie mogłabym sobie pozwolić na studiowanie. Dorosłość to też odpowiedzialność, a ja nie byłam za grosz odpowiedzialna. Imprezowałam, często pakowałam się w jakieś kłopoty i dziwne sytuacje, ale zawsze wychodziłam z nich cało. Oczywiście w większości przypadków to była nasza wspólna sprawa, w sensie moja i Betty, ale od tego ma się przyjaciółkę, by z nią przeżywać najlepsze przygody.

– Angel, pomyśl życzenie i zdmuchnij świeczki! – Poczułam na ramieniu dłoń mojej mamy, która stanęła za mną.

Na moment zamknęłam oczy i autentycznie musiałam się zastanowić, o czym chcę pomyśleć. Marzenie w dniu dwudziestych pierwszych urodzin musi być wyjątkowe. I właśnie takie było.

– No, dobra, już, sekundę… – przedłużałam, by pomyśleć o czymś, czego naprawdę najbardziej pragnęłam.

I nagle wpadło mi do głowy to jedno marzenie: Chcę poznać i pokochać wyjątkowego mężczyznę. Innego od wszystkich. Jedynego w swoim rodzaju – powiedziałam do siebie w myślach, a następnie zdmuchnęłam świeczki.

Wychodziło na to, że byłam jakąś niepoprawną romantyczką. Wierzyłam w miłość, choć kompletnie jej nie znałam w sensie damsko-męskim. Ale z opowieści innych można było wywnioskować, że albo trafia się dobrze, na tego odpowiedniego człowieka w odpowiednim czasie, i wtedy jest cudownie, albo szuka się latami, aż przestaje się wierzyć, że spotkamy tę jedyną osobę. Ja wolałam poczekać, bo czułam, ufałam intuicji, że gdzieś tam na świecie jest dla mnie ktoś wyjątkowy.

– Wszystkiego najlepszego, córeczko! – Mama ze łzami w oczach wcisnęła mi w dłoń małą metalowo-skórzaną skrzyneczkę, która wyglądała, jakby ukradła ją z Czarnej Perły od Jacka Sparrowa. – Ale otwórz dopiero po przyjęciu, dobrze? – dodała i ucałowała mnie czule w policzek.

– Dziękuję, mamuś! – Spojrzałam na Betty, która mało nie parsknęła śmiechem na moją reakcję na taki prezent.

Nie żebym oczekiwała czegoś konkretnego, ale ta dziwna skrzyneczka naprawdę była… po prostu dziwna. I nie chodziło nawet o jej wygląd, tylko o to, że na sam jej widok czułam się po prostu… dziwnie, no. Nie umiałam inaczej tego określić.

– A teraz chodźcie do ogrodu. Nacieszmy się piękną pogodą! – ciocia-sąsiadka zaprosiła wszystkich na zewnątrz.

W ogrodzie wisiały girlandy, balony, był rozstawiony basen, w którym pływały dmuchane flamingi. Nie trzeba mnie było długo zachęcać do kąpieli. Żar lał się z nieba.

– Jest tak piekielnie gorąco, że jeśli zaraz nie wskoczę do tego basenu, to się rozpuszczę!

– Angel, prosiłam, byś nie używała określenia, że coś jest piekielne. Wiesz, jak tego nie znoszę! – Usłyszałam głos mamy, która właśnie wyszła z domu i niosła gościom dzbanek zimnej lemoniady.

– Sorki, mamciu, zapomniałam!

Puściłam jej buziaka w powietrzu i razem z Betty pobiegłyśmy na górę, do mojego dawnego pokoju, by przebrać się w kostiumy kąpielowe. Po solidnym obiedzie i porcji pysznego tortu mój kac już prawie przeszedł, a perspektywa wylegiwania się w basenie była najlepszym, co mogło mi się wtedy przytrafić.

Impreza urodzinowa nieco się przedłużyła i postanowiłyśmy zostać na noc u mojej mamy. Goście pojechali dopiero koło dziewiątej wieczorem i nie chciało nam się wracać pociągiem o tej porze. Zresztą uwielbiałam spędzać czas z mamą, która była dla mnie jak przyjaciółka. Ogarnęłyśmy ogród, posprzątałyśmy w domu i mogłyśmy usiąść sobie we trzy w salonie. Wtedy przypomniało mi się, że nie otworzyłam jeszcze prezentu od mamy. Poszłam po niego do swojego pokoju i przez chwilę przyglądałam się tej przedziwnej skrzyneczce. Miałam w głowie ze sto pytań o to, skąd mama wytrzasnęła coś takiego, ale wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Mama rzadko mówiła mi o czymkolwiek. Nigdy niczego ze mną nie konsultowała, tylko stawiała mnie przed faktem. Nie miałam jej tego za złe, bo przecież była moją mamą i zawsze chciała dla mnie dobrze.

– Angel, idziesz do nas?! – Jej głos sprowadził mnie na ziemię.

Po chwili dołączyłam do nich w salonie, usiadłam na fotelu i spojrzałam na Betty i mamę.

– No, otwieraj i powiedz, czy ci się podoba. – Moja mama miała jakąś dziwną niepewność w głosie.

– Jeśli to jakiś głupi żart i z tego pudełka wyskoczy pająk, to przysięgam, że dostanę zawału! – ostrzegłam ją.

– Nie wyskoczy, no już, otwieraj! – Zachęciła mnie uśmiechem.

Betty dziwnie milczała, jak nie ona. Dlatego miałam podejrzenia, że ten prezent będzie jakimś niemądrym prankiem. Na szczęście okazało się, że nie był, ale… Gdy otworzyłam wieczko, a moim oczom ukazał się węzeł splątanych z sobą łańcuszków, nie wiedziałam, jak zareagować.

– Kupiłaś mi średniowieczny pas cnoty? – rzuciłam żartobliwie w stronę mamy.

– Oj, Angel, ale ty masz wyobraźnię. – Przewróciła oczami i wstała, a następnie przysiadła obok mnie. – To biżuteria po babci – dodała i wyjęła ze środka splątane ze sobą błyskotki.

Chociaż te „błyskotki” były tak stare, że nic tu nie błyszczało. Jeśli to było złoto, to zaśniedziało, i to dość poważnie.

– Babci? Której babci?

Mama mojej mamy była na urodzinach i jeśli to jej biżuteria, to sama by mi ją podarowała.

– Po tej drugiej babci – wyjaśniła krótko.

Och, niemożliwe.

Mama wspomniała o rodzinie ojca. To się zdarzało raz na kilka lat.

– O, ciekawe… – Wzięłam od niej moje „błyskotki” i zaczęłam się temu przyglądać i jednocześnie je rozplątywać.

– Daj, pomogę ci – dodała.

Zachowywała się jakoś nieswojo. Nie umiałam wyjaśnić, dlaczego nagle czułam od niej rosnącą niepewność. Po chwili udało nam się rozplątać biżuterię i moim oczom ukazał się komplet składający się z naszyjnika, bransoletki i pięciu pierścionków – i to one były najciekawsze z całego zestawu: każdy z nich był dość grubą obrączką, ozdobioną naokoło czerwonymi rubinami. Niby nic, ale to nie wszystko. Każdy pierścionek miał swój dzwoneczek, a wszystkie połączone były łańcuszkiem.

– Piękne to, ale na co dzień mało wygodne – przyznałam i zaczęłam zakładać pierścionki po kolei na lewą dłoń.

Dzwoneczki zaczęły dzwonić, wydając przy tym bardzo specyficzny i ciekawy dźwięk. Nie brzmiało to jak zwykłe dzwonki. Coś musiało w nich być, że ten dźwięk brzmiał niczym melodia. Nie znałam się na właściwościach metali ani na biżuterii, więc nie miałam pojęcia, co sprawiało, że moja piękna biżuteria po prostu grała, gdy choć delikatnie poruszałam palcami. Zerknęłam na Betty, która nadal się nie odzywała. Siedziała i wpatrywała się w moją dłoń. Przez chwilę miałam wrażenie, że była jakby zahipnotyzowana.

– To raczej na specjalne okazje, córeczko. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego. – Mama objęła mnie mocno i uściskała.

– Dziękuję, mamo. Piękny prezent i ma w sobie coś, co mnie urzekło. Zapniesz bransoletkę? – poprosiłam.

Bransoletka i naszyjnik również były ze złota i miały w sobie czerwone rubiny. Na zawieszce też był dzwoneczek, ale taki malutki, a na bransoletce dzwoneczki były po prostu wygrawerowane.

– Moja kochana, mała dziewczynka. – Mamę dopadły jakieś sentymenty.

Dałam jej moment, by się rozkleiła. Byłam jej jedyną córką i mogłam się tylko domyślać, jak wiele dla niej znaczyłam.

– Twoja, mamuś. – Ucałowałam ją w policzek.

– Nawet ja się wzruszyłam – wtrąciła Betty i wszystkie trzy roześmiałyśmy się głośno.

Fakt był taki, że byłam córeczką mamusi, ale co w tym złego? Nigdy nie było z nami ojca, nie znałam go, nie wiedziałam, kto nim jest, więc byłyśmy dla siebie z mamą po prostu całym światem. Ja jej, a ona moim. Zawsze mogłam na nią liczyć, nigdy mnie nie zawiodła. Wychowała mnie na dobrą i wrażliwą kobietę. A choć miałam mnóstwo wad, to nadal bezgranicznie mnie kochała. Swoją małą dziewczynkę.

Najzwyklejszą dziewczynę na świecie.ROZDZIAŁ 2
DZYŃ, DZYŃ, DZYŃ…

Następnego dnia wróciłyśmy do Nowego Orleanu. Betty pojechała bezpośrednio na zajęcia, a ja musiałam załatwić jeszcze kilka spraw związanych ze zmianą kierunku studiów. Mój rektor, pan Martin, był humorzastym starym kawalerem i często robił studentom na złość. Na wieść o tym, że znowu chcę zmienić kierunek, dał mi do zrozumienia, że tak łatwo mi to nie pójdzie. Musiałam pisać uzasadnienia, wymyślać kolejne argumenty, które przemawiały za tym, że to lepszy wybór niż ten poprzedni.

Cyrk na kółkach.

Jakbym po prostu nie mogła szczerze powiedzieć: „Jestem młoda, jeszcze nie wiem, co będę robić w życiu, i chcę spróbować rożnych rzeczy. Może tym razem trafię na to, co mnie zainteresuje na dłużej niż jeden semestr”. Ale niestety nie mogłam. Właśnie położyłam na jego rektorskim biurku kolejne pismo i uśmiechnęłam się najsłodziej, jak potrafiłam.

– Panno Carter, co ja mam z panią zrobić? – Martin, stary dziad, wpatrywał się we mnie z wrednym półuśmieszkiem.

Na końcu języka miałam: „Chłopie, daj mi żyć i po prostu przepisz mnie na ten inny kierunek. Co ci szkodzi?”.

– Panie rektorze – zaczęłam uprzejmie. – Naprawdę mi zależy na zmianie kierunku. Uzasadniałam to już kilkukrotnie i myślę, że moje argumenty są naprawdę sensowne.

– Sensowne to by było, jakbyś raz a dobrze zastanowiła się nad wyborem studiów, zanim na nie poszłaś, a nie teraz co chwilę ci się zmienia. Wy, kobiety, macie te swoje hormony, zmienne humorki i inne dziwactwa, ale to już naprawdę przesada.

Pachniało seksizmem na kilometr.

– Szukam własnej drogi, proszę pana. – Zacisnęłam pięść i wbiłam paznokcie w skórę, by się powstrzymać i zapanować nad emocjami.

W środku już wszystko zaczynało mi się gotować.

– Może po prostu nie nadajesz się na studia? Przecież nie każdy musi studiować – zasugerował chamsko.

Cała krew odpłynęła mi z twarzy. I nie dlatego, że próbował mnie obrazić, tylko dlatego, że jeszcze jeden taki tekst, a byłam pewna, że się nie powstrzymam i wygarnę mu taką litanię, że się nie pozbiera.

– Możliwe, ale mówią, że do trzech razy sztuka, więc… – wycedziłam przez zęby.

To nie było takie proste, bo jednocześnie nadal próbowałam się uprzejmie i słodko uśmiechać.

– Ech, panno Carter… – Martin pokręcił głową, spojrzał na pismo, które leżało przed nim na biurku, a następnie sięgnął po pieczątkę, przybił ją na kartce, nagryzmolił podpis i spojrzał mi w oczy. – Ostatni raz panią przepisuję. Proszę się przyłożyć – dodał.

Wręcz usłyszałam ten kamień, który spadł mi z serca.

– Dziękuję – wydusiłam z siebie, by nie okazywać zbędnej ekscytacji.

W środku jednak skakałam z radości, bo byłam przekonana, że jeszcze mnie przetrzyma i każe napisać kolejną rozprawkę z argumentami za zmianą kierunku. Ale to już było nieważne. Stałam się studentką zarządzania. I naprawdę pragnęłam wierzyć, że to właśnie TO.

– Betty, kurwa mać, przepisał mnie! – krzyknęłam do telefonu sekundę po tym, jak odebrała połączenie.

– O, no to jakoś łatwo poszło. – Zaśmiała się.

– Też myślałam, że mnie będzie dalej dręczył, ale nie wiem, co się stało, że się udało. Tak czy siak, od jutra zaczynam zajęcia. Muszę ogarnąć plan, zobaczyć, co, gdzie i jak, i poprosić kogoś o notatki, by nie mieć zaległości.

– To działaj, dziewczyno. Świat jest twój! – Betty zawsze wiedziała, co powiedzieć.

– Tak jest! – zapiałam ze szczęścia.

Odwiedziłam swój nowy wydział, zorientowałam się we wszystkim, zagadnęłam dwie dziewczyny o notatki i mogłam wrócić do mieszkania. Chciałam uczcić jakoś swój mały sukces i postanowiłam przygotować dla siebie i Betty dobrą kolację.

Wracając z uczelni, zaszłam do sklepu. Moja przyjaciółka była fanką makaronów, a ja marną kucharką, ale to nie powstrzymywało mnie przed tym, by gotować. Kupiłam wszystko, co potrzebne do przyrządzenia lasagne, i przepełniona entuzjazmem wróciłam do mieszkania. Czułam się fantastycznie, a gdy miałam dobry humor, to wszystko wydawało mi się takie proste, a świat kolorowy. Nawet to nieszczęsne pichcenie w kuchni okazało się tym razem całkiem pomyślne. Ugotowałam makaron, zrobiłam sos z pomidorów i mięsa, do tego sos beszamelowy, a następnie przełożyłam to wszystko warstwami. Na wierzch starłam mozzarellę i dodałam parmezanu. Wyglądało naprawdę pysznie i nie mogło się nie udać. Wstawiłam całość do piekarnika i przypilnowałam, by temperatura nie była za wysoka. Gdy Betty wróciła z uczelni, już od progu powitał ją zapach drażniący wszystkie kubki smakowe.

– Zrobiłaś lasagne? Sama?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij