-
nowość
Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook
Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook
Na dalekiej, pozbawionej słońca planecie, którą jej mieszkańcy nazywają Edenem, wyrosła cywilizacja. Ledwie parę pokoleń temu było ich kilkuset i tulili się do światła i ciepła edeńskich lampodrzew, bojąc się zapuścić dalej w zimny mrok. Teraz ludzkość rozeszła się po całym Edenie i powstały dwa królestwa, oba utrzymujące się dzięki przemocy i zdominowane przez mężczyzn. Oba mają się za prawowitych potomków Geli, kobiety, która przybyła na Eden dawno temu w łodzi pływającej między gwiazdami i stała się matką ich wszystkich. Młoda Gwiazdeczka Strumyk, spotykając przystojnego i potężnego mężczyznę, który przypłynął z drugiej strony Stawu, myśli, że znajdzie pole do popisu dla swojej ambicji i energii. Nie ma jednak pojęcia, że będzie musiała zostać zastępczynią Geli i nosić na palcu jej pierścień, a gdy obejmie tę rolę, jednocześnie pełną władzy i całkiem jej pozbawioną, spróbuje całkowicie odmienić historię Edenu.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-63-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kłopoty zaczęły się tego wstania, kiedy pierwszy raz zostawiłam Mikeya na Piasku z jego tatą i poszłam zbierać korę z wujkiem Dixonem, moim bratem Johnnym i siostrą Gwiazdeczką. Johnny dopiero co wrócił z Wielkiej Głowy i kiedy wiosłowaliśmy między drzewami, opowiadał, czego się tam dowiedział.
– Powiem wam coś naprawdę naprawdę ciekawego.
Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły wysokie drzewa w wodzie dookoła. Wszystko było tak samo jak zawsze. Nad nami czerniało niebo. Wokół paliły się drzewne lampki. Pod wodą świecił falorost.
– No, coś naprawdę dziwnego – ciągnął Johnny. – Sam nie wiedziałem, czy w to wierzyć. Gadałem z tym Harrym, no wiecie, tym starym Harrym, krzywostopem, co nie ma palców, nie? I on powiedział, że ostatnio na Głównoziemię przypływają goście z drugiej strony Stawu Świat, z jego prawej strony. To znaczy nie do samej Wielkiej Głowy, ale w inne miejsca, dalej w stronę Alp, na przykład do Domu Lona Downika czy do Brązowej Rzeki. No i nie uwierzycie, powiedział, że przywożą ze sobą metal. Nie kawałki tego metalu z Ziemi, ale metal, który sami wykopali z ziemi, tutaj, na Edenie.
– Niech mnie serce Geli – szepnęłam. Poczułam nagły strach.
Nowina Johnny’ego wydała mi się jak ten powiew, co przychodzi z Głębokiego Ciemna przed burzą. Sam w sobie to nic takiego, tylko lampokwiaty kołyszą się trochę na gałęziach, ale wiesz, że to dopiero początek. Metal oznaczał zmiany. Metal to coś, o co się walczy, tak jak ludzie Johna i Davida ciągle bili się o ten metalowy pierścień z Ziemi. Pomyślałam o moim małym Mikeyu na Piasku i wyobraziłam sobie wybuchającą nad jego głową krwawą burzę.
Ale Dixon tylko parsknął śmiechem.
– E tam, nie wierzcie we wszystko, co Harry wygaduje. Jakby myślał, że uwierzycie, to by wam nagadał i o statku z Ziemi, co właśnie przyleciał.
Chlap, chlap, chlap, robiły nasze wiosła. A w tle ponad tymi odgłosami, które rozlegały się i cichły, pojawiały i znikały, trwał ten starszy rytm, który się nigdy nigdy nie zmieniał. Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły drzewa, pompując swój sok do Podziemia, daleko daleko w dole.
– Tylko że wiesz, to może być prawda – powiedziała Gwiazdka.
Popatrzyła na wuja tymi pięknymi, szarymi oczami, które zawsze zaglądały ci do środka. Ludzie mówili, że mam takie same, tylko że swoich oczywiście nigdy nie widziałam.
– Wiemy przecież, że John Czerwoniuch popłynął na drugą stronę Stawu Świat, nie? – zauważyła. – On i garstka innych Johnowych. Kiedy znudziły im się ciągłe walki o Głównoziemię, po Podziale.
Dixon prychnął.
– No tak. Wypłynęli małymi łódkami z pni, żeby przepłynąć Głębokie Ciemno. Gwiazdeczko, wiesz przecież, jak tam jest. Jakie są fale. Nie ma mowy, żeby im się udało. Nie ma mowy. Ich kości leżą gdzieś na dnie, razem z tym drogocennym pierścieniem Johna.
– Wszyscy tak myślą – powiedziała Gwiazdeczka – bo nigdy nie dali znaku życia. Ale może im się jednak udało?
Mały nietoperz, klejnotek, śmignął tuż nad wodą, ciągnąc czubkami paluszków po gładkiej powierzchni.
– No, ja też tak myślałem. Ale nie tylko Harry mi o tym mówił. Jakiś inny gość też mi to samo opowiedział: John i Johnowi naprawdę dotarli na drugą stronę Stawu Świat i doszli do tego, jak wyciągać z ziemi metal.
– A kto to był, ten „inny gość”? – zapytał Dixon, uśmiechając się, jakby dobrze wiedział. – Czasem nie Dave, ten kumpel Harry’ego, z nietopyskiem?
Johnny zaczerwienił się odrobinę.
– No… tak. Dave. Ale i tak… To może być prawda.
Wujek Dixon znów prychnął.
– Może być. Wszystko może być, ale jestem pewien, że nie jest. Bo nawet jeśli Johnowi dopłynęli na drugą stronę, a jestem pewien, że nie, to po co by wracali? Wypłynęli właśnie po to, żeby zacząć od nowa i nie musieć walczyć z Davidowymi.
Chlup, chlup, chlup. Popłynęliśmy dalej. Ze wszystkich stron wznosiły się wysokie kolanowce, u dołu proste, a potem zginające się w stronę Głównoziemi i opuszczające zielonożółte lampokwiaty nad płytką wodę. Kojarzyły mi się z matkami, które nachylają się nad dziećmi. Ale tego wstania wszystko kojarzyło mi się z matkami i dziećmi, bo pierwszy raz zostawiłam Mikeya samego.
* * *
Johnny na moment mnie zaniepokoił, ale po słowach Dixona poczułam się lepiej. Głupia opowiastka i tyle, pomyślałam, i znów zaczęłam się cieszyć podróżą, tym, że jestem na wodzie, że wokół świecą lampokwiaty i ich odbicia.
Kiedy byliśmy mali, mama mówiła nam, żebyśmy zmrużyli oczy i udawali, że jesteśmy w gwiezdnym statku, a lampokwiaty to gwiazdy. Parę łonczasów później sama się w to bawiłam z Mikeyem. Wyobraziłam sobie teraz, jak mruży małe oczka, tak samo jak kiedyś mała Gwiazdeczka. Przyjemne przyjemne to było, pomyśleć znowu o tych dziecięcych zabawach, że znowu będzie okazja, zwłaszcza że wiedziałam, że zapewnię ich Mikeyowi o wiele więcej, niż zdążyła nam dać nasza mamusia.
Wujek Dixon przestał wiosłować.
– Tu jest pierwsze – powiedział. – Powinno być w sam raz.
Mieliśmy przed sobą drzewo z długim owalnym nacięciem w korze w miejscu, gdzie pień się zginał – nazywaliśmy to kolanem. Podpłynęliśmy do niego, wujek Dixon wychylił się w jedną stronę, a cała pozostała trójka dla równowagi w drugą.
– No dobra – mruknął. – To zaczynamy.
W pień były powbijane grube kołki. Postawił nogę na najniższym z nich, ręką chwycił najwyższy, do którego był w stanie dosięgnąć, i choć był wielki i ciężki, zręcznie podciągnął się w górę, nie dotykając gorącego pnia. I od razu, podczas gdy my gramoliliśmy się z łódki, zaczął stuk-stukać w owalny kawał kory, wielki biały brzuch zwisał mu nad szorstką koźlą skórą, którą był przepasany, twarz poczerwieniała i spociła się z gorąca.
Hrrummmf, westchnęło drzewo i wypuściło z otworu powietrznego w osiemdziesięciostopowym pniu, wysoko nad nami, kłąb pary.
Hmmmf, hmmmf, robiły wszystkie drzewa wokół, tak że łączyło się to w jedno nieustające hmmmmmm, które słyszało się z daleka, kiedy podpływało się do Głównoziemi.
Wyobraziłam sobie, że Mikey, kiedy podrośnie, będzie się uczył robić łodzie. Wyobraziłam sobie, jak budzi się któregoś wstania razem ze swoimi dziećmi i mówi im, żeby zmrużyły oczy i pomyślały, że płyną między gwiazdami.Gwiazdeczka Strumyk
Moja siostra była ode mnie inna inna. Jak tylko usłyszała od Johnny’ego tę historię o metalu i ludziach z drugiej strony Stawu, w jej oczach zobaczyłam strach. Kiedy zaś Dixon powiedział, że to wszystko nieprawda, wyraźnie się uspokoiła. Ze mną było dokładnie na odwrót. Po historii Johnny’ego jakby otworzyła się przede mną nowa droga, poczułam ekscytację, całą głowę wypełniły mi myśli o nowych możliwościach. A gdy Dixon to wszystko wyśmiał, wyjście zniknęło, z powrotem zamykając mnie na nudnej nudnej Ziemi Kolanowców.
* * *
Wujek Dixon ostrożnie stukał okrągłym kamieniem, co parę uderzeń przystając, żeby wytrzeć dłonie o pasoskórę. Owalny kawał kory, odcięty od gorącego drzewnego soku, skurczył się i zaczął odstawać od twardego drewna pod spodem i od reszty żywej kory. Gdyby odpowiednio długo poczekać, sam by odpadł.
– Jak tam, rusza się?! – zawołałam.
– Już prawie prawie. – Pot na jego twarzy zalśnił w świetle drzew. – Spróbujemy. Uwaga, łap!
Nadstawiłam dłonie, żeby złapać ciężki kamień i położyć go ostrożnie w łódce. Na piaszczystej Ziemi Kolanowców kamienie to cenna rzecz.
Dixon wsunął palce w szparę w korze i zaczął delikatnie ciągnąć.
– Spokojnie – mruczał do siebie pod nosem. – Spokojnie… O, no, jest! Gotowi? Leci!
Długi owal kory z szurgotem zsunął się z pnia – cała nowa łódź. Czy raczej cała nowa łódź, kiedy się to oczyści, oszlifuje i pokryje warstwami soku drzewnego i koźlego tłuszczu, żeby zatkać maleńkie dziurki.
– Proszę bardzo – powiedział wujek Dixon.
Za każdym razem, kiedy warstwa kory czysto odeszła od pnia, miał taki sam ton. Ile razy by to powtarzał, przyjemność była taka sama.
– No dobra, gotowi?
Dysząc od żaru i z wysiłku, ostrożnie ostrożnie opuścił korę, aż ktoś z nas był w stanie sięgnąć dolnego brzegu i podtrzymać go nad wodą. Potem szybko szybko zlazł z drzewa.
– Na bystre oko Jeffa. – Westchnął z ulgą, schodząc z powrotem w chłód. – Jak przyjemnie przyjemnie.
Ochlapał wodą twarz i pulchny brzuch, a my tymczasem ostrożnie ułożyliśmy gorący kawał kory w wolnej łodzi. Mówił to samo pewnie już z tysiąc razy.
– Ładnie poszła i gładko. Ani rysy na niej. Będzie dobra dobra łódź. W Wielkiej Głowie dostaniemy za nią pięć sześć szklanych noży, co najmniej.
– Coś widzę, że ostatnio idzie nam lepiej niż wszystkim innym na Kolanie – odezwał się Johnny.
Wujek Dixon z zadowoleniem kiwnął głową, gramoląc się do łódki.
– No. Ale to wszystko kwestia doświadczenia, nie? Ja to robię, odkąd taki mały byłem. Umiem wypatrzeć dobrego kolanowca, no i wiem, kiedy kora jest gotowa. A te wszystkie młodziaki próbują rwać za wcześnie, myślą, że oszczędzą trochę czasu, ale nigdy nie oszczędzają. Bo ile to czasu oszczędziłeś, gdy na środku łodzi wyrwiesz sobie dziurę i musisz zaczynać od nowa? No a ile dobrych drzew zmarnowali? Nowa kora już nie odrasta tak ładnie, i…
To nasze całe życie, pomyślałam nagle. Tym się zajmujemy, to są nasze przyjemności: kora, co ładnie odeszła, łódka, co dobrze pływa, a raz na jakiś czas wycieczka do innego podobnego miejsca z garstką ludzi, ledwie parę mil po wodzie.
* * *
– A może popłyniemy do Domu Lona Downika? – zapytałam, gdy w końcu powiosłowaliśmy w stronę Piasku. Za nami, w wolnej łodzi, ciągnęliśmy cztery owalne kawały kory. – Moglibyśmy tam posprzedawać łodzie zamiast w Wielkiej Głowie. I dowiedzielibyśmy się, czy historia Johnny’ego to prawda, czy nie.
Migotka oczywiście była zupełnie przeciwna.
– Co za durny pomysł, wiesz, Gwiazdka? Wiosłować przez dziesięć wstań, a do tego to niebezpieczne. No i co za sens? Wszystko, czego potrzeba, mamy w Wielkiej Głowie.
Wokół nas, pod nami, ponad nami, świeciły zielonożółte lampki.
– Ty, Migotko, nie musisz płynąć – odpowiedziałam. – Rozumiem, jesteś na to dużo dużo za rozsądna i za dorosła, ale reszta? Dlaczego nie?
Pokręciła głową.
– Powinnaś już mieć własne dziecko, wiesz? Wtedy byś myślała o czymś innym, a nie tylko o własnej frajdzie. Byś się ustatkowała i dotarłoby do ciebie, co jest naprawdę ważne.
– Ale ty, Migotko, od razu byłaś ustatkowana. Byłaś staromatką, zanim ci jeszcze cycki wyrosły, a teraz to tylko jedno ci w głowie: Mikey Mikey.
– Na fiuta Toma, to nieładnie! – zaprotestował Johnny.
Migotka skrzywiła się.
– To nic, Johnny. Przyzwyczaiłam się.
Machaliśmy wiosłami i machaliśmy. Hmmmf hmmmf hmmmf hmmmf, robiły drzewa.
– Co w ogóle za sens żyć – zapytałam – jeśli od razu, jak przestajemy być dziećmi, to w głowie nam tylko mieć dzieci? To jakby chodzić w kółko w kółko i w kółko i nigdy nigdzie nie dojść.
– Ale po co mamy w ogóle gdzieś dojść, co? – zapytał wujek Dixon. – Jeff Czerwoniuch ciągle mówił: „Jesteśmy tutaj”. Ludzie ciągle chcą być tam, ale gdziekolwiek pójdziesz, choćby i najdalej, zawsze będziesz tutaj. Lepiej się do tego przyzwyczaj.
– Jeff może i tak mówił, ale o ile pamiętam, nie został w Okrągłej Dolinie. A potem i z Głównoziemi wypłynął, prawda?
Stąd w ogóle wzięliśmy się my, Jeff przeprowadził grupę ludzi na Ziemię Kolanowców, żeby oddzielić się od ciągłych walk o pierścień, które trwały po Podziale. Ci ludzie byli naszymi prapradziadkami.
Johnny parsknął śmiechem.
– Tu Gwiazdka ma rację. Jeff różne rzeczy mówił, ale naprawdę nie był z tych, co siedzą na miejscu.
– Łatwo by to nie było – powiedział Dixon. – Dziesięć wstań mocnego wiosłowania, w stronę Alp. I to samo z powrotem. Ciężko by to było. I przepadłaby nam masa czasu na robienie łodzi.
– Dokładnie! – wykrzyknęła Migotka. – Dwadzieścia wstań ciężkiej ciężkiej pracy, z tego połowa w paskudnej ciemności. I w tym czasie można byłoby robić nowe łodzie. Nie ma to sensu. Jak się zastanowić, to też niesprawiedliwe wobec reszty. Wszyscy inni na Piasku będą pracować z sensem, a wy – tylko wiosłować, kompletnie bez celu.
Nie zwróciłam na nią uwagi.
– Ty byś popłynął, co, Johnny? – zapytałam.
Johnny zerknął z poczuciem winy na Migotkę.
– No, chyba tak. Bo czemu nie? Raz tylko.
Nasza siostra prychnęła pogardliwie.
– Wystarczy, że zagada do ciebie tym słodziutkim dziecinnym głosikiem i już, tak?
– Oj, wujku, popłyńmy. Proszę – powiedziałam. – Eden jest taki wielki wielki, a my nigdy nie byliśmy nigdzie poza tą parszywą Wielką Głową.
Na fiuta Toma, cały nasz wodny las miał może dwie mile na dwie, a i do Wielkiej Głowy było może z dziesięć.
– W sumie to ja bym chciał zobaczyć ten Lon Downik, póki żyję – powiedział po chwili Dixon. – No wiecie: na oko Jeffa, przecież to łódź, co przywiozła z nieba pierwszych ludzi! To coś, co każdy powinien zobaczyć. Zwłaszcza jeśli samemu się robi łodzie, tak jak ja.
Całkiem jakby myślał, że Lon Downik z Ziemi nie za bardzo się różnił od jego kawałów natłuszczonej kory!
– Może nawet dałoby się podpatrzeć jakąś sztuczkę, dwie – dodał.
* * *
Piasek, gdzie mieszkaliśmy, był małą, suchą wysepką pośrodku naszego wodnego lasu, Ziemi Kolanowców. Drzewa przerastały go równo i ciągnęły się po drugiej stronie, jakby nie widziały żadnej różnicy między suchą ziemią a ziemią, która była trzy stopy pod wodą. A zresztą, co w tym dziwnego, skoro ich korzenie, jak mówią, sięgają milę pod ziemię, do ognistego świata Podziemia?
– Czyli płyniemy, tak? – Naciskałam wujka Dixona, kiedy wciągaliśmy łodzie na piach. – Na pewno, tak? Jak tylko zrobimy odpowiednio dużo łodzi?
Nic nie powiedział, kiedy nieśliśmy świeżo ściętą korę do jego szałasów na łodzie, nic nie powiedział, kiedy układaliśmy ją starannie jedną na drugiej. Dopiero kiedy szliśmy na Miejsce Spotkań, wreszcie się zdecydował.
– No tak. Płyniemy. Bo czemu by nie?
Rzuciłam mu się na szyję.
– Dziękuję, dziękuję, wujku! Dziękuję, dziękuję. Jesteś najlepszym wujkiem na całym Piasku!
Roześmiał się i pocałował mnie.
– Zobaczymy, czy uda mi się namówić Julię. W końcu nie na darmo ma na nazwisko Głębina. Dobra jest na wodzie, będę się czuł bezpieczniej, jeśli z nami popłynie.
Migotka wybuchnęła płaczem.
– Wujku, nie płyńcie! Proszę!
Dixon parsknął śmiechem, zażenowany, i próbował ją także przytulić, ale mu nie pozwoliła.
– Migotko, będziemy na siebie uważać, obiecuję!
– Nigdzie nie płyńcie! Nie dość, że to niebezpieczne, że to strata czasu! Po co zwracać na siebie uwagę? Przecież chcemy, żeby Głównoziemia dała nam spokój, prawda?
– Na Głównoziemi już wiedzą, że my tu jesteśmy, Migotko – wtrącił Johnny.
– Niektórzy może wiedzą, ale po co mówić wszystkim. Nie potraficie się cieszyć z tego, co macie?
– Tylko zobaczyć – powiedział wujek Dixon, znów próbując ją objąć.
Odepchnęła go. Nie zamierzała pozwolić, żeby poczuł się dobrze z tą decyzją.
– Ja tylko chcę, żeby moje dziecko miało spokojne życie. Nam niczego więcej nie potrzeba. Po co ryzykować jakieś zagrożenia dla naszych dzieci?
I Dixon, i Johnny nie lubili nikogo denerwować i zawsze odruchowo próbowali łagodzić sprawę. Natomiast ja byłam na siostrę wściekła.
– Na fiuta Toma – powiedziałam. – Twój Mikey to nie jest jedyne, co się liczy na świecie.
– No… nie, pewnie, że nie, ale go kocham i to mój obowiązek opiekować się nim. Wiem, że ty nikim się nie przejmujesz, ale ja tak.
I odeszła od nas szybkim krokiem, cała zapłakana, żeby znaleźć swojego ukochanego synka. Ja powtórzyłam sobie, jakie to nudne, tak gorliwie ustatkować się jako matka i nic poza tym. I starałam się nie zauważać, jak zazdrosna jestem o miłość, którą to dziecko obdarza.Julia Głębina
Na Ziemi Kolanowców żyło nas około siedemdziesiątki. Dzieliliśmy się praktycznie wszystkim, a także, zupełnie inaczej niż na Głównoziemi, gdzie zawsze ktoś spał, a ktoś inny wstawał, kładliśmy się o tej samej porze, żeby pod koniec każdego wstania móc zejść się na Miejscu Spotkań pośrodku Piasku.
Siedziałam tam, kiedy podszedł do mnie kuzyn Dixon. Przyszła już z połowa Kolanowych, a reszta właśnie się schodziła.
– Myślimy, z Johnnym i Gwiazdeczką, żeby przepłynąć się łodzią do Domu Lona Downika – powiedział. – Tak się zastanawiałem, też byś czasem nie chciała? Bywałaś na Głównoziemi częściej niż wszyscy, a i w Ciemno też wypływałaś, prawda? Nie myślisz, że ciekawie byłoby raz chociaż się tam przepłynąć? A poza tym Johnny usłyszał w Wielkiej Głowie jakąś historię, że niby Johnowi przypływają do nich z drugiej strony Stawu. Moglibyśmy się dowiedzieć, czy to prawda.
Zaśmiałam się.
– Ciekawe, kto w ogóle rzucił taki pomysł. Może zgadnę?
– Gwiazdeczka.
– No, co za zaskoczenie!
– Migotce strasznie strasznie się to nie podoba – powiedział Dixon. – Zła zła jest na wszystkich.
Pokiwałam głową. Migotka miała swoje powody, żeby chcieć, by wszystko zostało po staremu, ale nie byłaby w tym odosobniona. Większość Kolanowych, w tym i ja, uważała, że powinniśmy siedzieć cicho i we własnym towarzystwie. Można by powiedzieć, że po to właśnie powstała Ziemia Kolanowców. Odkąd nasi pradziadkowie tu przybyli, nie było u nas ani jednego zabójstwa, nikogo nie przebito dzidą, nie pobito, ani nie przywiązano do gorącego drzewa. I nie jedna Migotka o tym pamiętała.
– Być może – powiedziałam Dixonowi. – Muszę się zastanowić.
Usiadłam z powrotem i patrzyłam na schodzących się ludzi. Niektórzy byli w lesie, jak Dixon. Inni łowili ryby albo polowali na tłuszczaki na otwartej wodzie za drzewami. Inni jeszcze pracowali na samym Piasku, prali skóry, opiekowali się dziećmi, albo robili coś przy łodziach, jak ja.
Zobaczyłam przychodzącą Gwiazdeczkę, która usiadła między paroma przyjaciółmi. Dziwna dziewczyna. Za dobrze nie wiedziała, gdzie jej miejsce, i przy kim, ale dzięki inteligencji, urodzie i opiece wujka doszła do wniosku, że zawsze dostanie wszystko, co zechce. Zupełne przeciwieństwo swojej siostry, Migotki, która była równie bystra i piękna jak ona, ale spokojnie zadowalała się rzeczami najprostszymi i najbardziej zwyczajnymi.
– Jedziemy z wujkiem i bratem do Domu Lona Downika – usłyszałam, jak głośno mówi swojemu towarzystwu. – Ktoś popłynie z nami?
A potem dostrzegłam, że przyszła Migotka ze swoim dzieckiem i jego ojcem, Metem. Usiedli jak najdalej od Gwiazdki. Widziałam, że Migotka płakała.
Dziewczyny miały tę samą matkę – nazywała się Sen – ale różnych ojców. Tato Migotki był łodziarzem, jak Dixon; ojciec Gwiazdki był strażnikiem z Głównoziemi, którego Sen poznała w Wielkiej Głowie. Nazywał się Czarnoszklany; zapamiętałam, że był głupi, próżny i myślał tylko o sobie. Przez czas jakiś łaził po Ziemi Kolanowców, nadymając się, przechwalając i kłamiąc, potem mu się znudziło i wrócił na Głównoziemię, zanim jeszcze urodziła się Gwiazdeczka. Później dowiedzieliśmy się, że zginął podczas jakiejś bójki. Sen bardzo cierpiała i przez resztę życia powtarzała, że to był idealny facet, a my wszyscy doprowadziliśmy do jego śmierci. I zawsze mówiła Gwiazdeczce, że jest kimś szczególnym, że ma w sobie tę iskrę Czarnoszklanego.
– Wujku?! – zawołała Gwiazdeczka, patrząc na nas pięknymi, bystrymi, niespokojnymi oczami. – Angie mówi, że też chce płynąć!
Ktoś siedzący obok uciszył ją. Schodzili się ostatni ludzie – ostatni z tych, którzy w ogóle przyjdą, bo zawsze ktoś jest za daleko. Wszyscy usiedliśmy, zamilkliśmy i znieruchomieliśmy. Później zjemy tłuszczaka, który teraz piecze się nad ogniem pośrodku Miejsca Spotkań. A jedząc, będziemy rozwiązywać nasze problemy i uspokajać lęki: mamy dość czarnoszkła na narzędzia? Czyja teraz kolej iść na kozły? – ale od czasu Pierwszego Jeffa na początku zawsze jest chwila ciszy.
– Naprawdę tu jesteśmy – powiedziała kobieta imieniem Caroline.
Zawsze ktoś tak zaczynał.
Tak ciągle mówił Pierwszy Jeff, a jego słowa widniały na korze wielkiego kolanowca na skraju Miejsca Spotkań.
NA PRAWDE TU JESTEŹMY, mówiły litery, choć mało kto z nas umiał je przeczytać. Większość ludzi wolała uczyć dzieci bardziej praktycznych rzeczy.
Cisza pogłębiła się. Ludzie przestali patrzeć po sobie i wpatrzyli się we własne dłonie, oczy, piasek. Słuchali pulsowania drzew, trzasku ognia, szumu fal załamujących się w oddali, na brzegu lasu.
– Naprawdę tu jestem – mieli powtarzać po cichu; wszyscy chyba wiedzieliśmy z doświadczenia, że jeśli się to zrobi, to wszystkie niepokoje i lęki zbledną, przynajmniej do pewnego stopnia, i nie będziemy już odczuwać braku czegokolwiek.
A czasami, jeśli uda nam się znaleźć ten punkt idealnej równowagi pomiędzy doskonałym skupieniem a zbyt wielkim wysiłkiem nasze oczy przestaną należeć do nas i staną się oczami Patrzącego, czyli świata, który w milczeniu obserwuje z góry, co się na nim dzieje, i nic nie chce.
Gwiazdeczka, nawet choćby chciała, nie była do tego zdolna, a dziś w ogóle nie była w nastroju. Wzrok miała rozbiegany, a palce bębniły po ziemi.
* * *
Pomyślałam o tych opowieściach z Wielkiej Głowy, o przypływających zza wody Johnowych. Parę razy już to słyszałam, ale starałam się o tym zapomnieć. Wielkogłowi ciągle wciskali nam różne bzdury, wiedząc, że tylko od nich dowiadujemy się nowin o całym Edenie. Pamiętam, że któregoś razu Kolanowi wrócili stamtąd cali podekscytowani, bo ktoś im nagadał, że w Okrągłej Dolinie wylądowali ludzie z Ziemi!
Ale może to prawda, że Johnowi wrócili? Kiedyś przebyli Śnieżne Ciemno między górami, choć wszyscy myśleli, że to niemożliwe. Kto by teraz powiedział, że i Ciemna na Stawie nie da się przepłynąć? A skoro to przeżyli, myślałam, to pewnie dalej mają ze sobą pierścień, ten pierścień dla którego zginęło tyle osób, który należy do matki nas wszystkich.
Mówi się o miłości matki, ale zapomina o jej władzy. Władzy nad życiem. Władzy pozwalającej dawać i zabierać. Johnowi i Davidowi walczyli o ten pierścień jak bracia i siostry bijący się o miłość matki, rozpaczliwie, nie licząc się z przelaną krwią.
Ale nad Jeffem, którego własna matka kochała z całego serca, pierścień nie miał żadnej władzy.
– To tylko pierścień – mówił. – Pewnie, przyleciał z Ziemi, tak, należał kiedyś do Geli, ale to tylko pierścień.Gwiazdeczka Strumyk
Normalne łodzie z kolanowców nie bardzo nadają się na głęboką wodę, Dixon przygotował więc długołódź zrobioną z drewnianego szkieletu obitego korą, z małą łódką przymocowaną po prawej stronie, żeby się nie przechylała. Pracował nad nią, ja i Johnny razem z nim, ale na oczy Jeffa, jakże reszta Kolanowych denerwowała się i zamartwiała naszym planem! Czy to ma sens – na tyle czasu odrywać się od robienia normalnych łodzi? Czy to nie głupota tak ryzykować? Czy to dobrze, płynąć tam i tylu ludziom przypominać się z istnieniem Ziemi Kolanowców? Niektórzy porównywali nas nawet do Trzech Nieposłusznych, którzy ukradli z Ziemi statek kosmiczny.
Na fiuta Toma, co za ludzie! – myślałam. Dopilnowałam jednak, żeby wujkowi Dixonowi nawet przez myśl nie przeszło, by zmienić zdanie.
– I tak robimy więcej łodzi niż ktokolwiek inny – przekonywałam go. – A kto wie, co tam znajdziemy? Może wszystkim się przyda?
* * *
Okazało się w końcu, że płynie nas siódemka: wujek Dixon, Johnny, ja, wysoka Julia o zdecydowanej, bystrej twarzy, z powykręcanymi stopami; moja przyjaciółka Angie, urodzona dokładnie tego samego wstania co ja; dwoje innych przyjaciół Dixona – Fuks, ze spiczastą głową, i niski, gruby Radocha. Przeciśnięcie się pomiędzy drzewami tą wielką łodzią ze sterczącym z boku pływakiem i ciągniętymi z tyłu ośmioma dodatkowymi kolanowymi łódkami było męczące i trwało długo długo, ale w końcu się udało – pokonaliśmy fale na skraju naszego lasu i wypłynęliśmy na ciągnącą się przed nami jasną wodę, różową i zieloną, sięgającą aż po czarne niebo na Brzegu Świata. Potem już mogliśmy płynąć o wiele szybciej, cała siódemka wiosłowała miarowo – nasz mały lasek szybko zmienił się w świetlną plamkę na tej długiej prostej linii pomiędzy jasną jasną wodą i czarnym czarnym niebem.
A potem zniknęła nawet ona.
– Wyruszyliśmy! – krzyknęłam. – Płyniemy do Domu Lona Downika.
– No! I zobaczymy Lon Downik! – dodała Angie, a światełka wodnych drzew, dwadzieścia stóp pod nami, oświetlały jej dziwaczny nietopysk.
Zmieniały nieustannie kolor, z różowego na zielony i z powrotem na różowy.
* * *
– Ciekawe, jacy to ludzie tam będą? – zapytała Angie, gdy już czas jakiś wiosłowaliśmy w milczeniu.
Nad nami nie było drzew – słyszeliśmy jedynie chlupot wody mąconej wiosłami i opływającej łódkę. Głos Angie dziwnie zabrzmiał w tej ciszy, w tej otwartej przestrzeni, całkiem jakby dochodził z innego świata.
– Pewnie różni – powiedział wymijająco Dixon. – Jak wszędzie.
– Mnie chodzi o coś innego, na Głównoziemi w niektórych miejscach mieszkają Davidowi, a w innych Johnowi. A w Domu Lona Downika są którzy?
– Lon Downik znaleźli John, Jeff i ich ludzie, prawda? – podsunął Johnny.
– No tak, ale teraz mieszkają tam Davidowi – wtrąciła zniecierpliwiona Julia.
Na ziemi Julia chwiała się i utykała przez swoje krzywostopy, za to w łodzi siedziała prosta i najwyższa ze wszystkich, może oprócz mnie.
– No, dajcie spokój – powiedziała. – Dobrze wiecie. Davidowi zajęli to miejsce dawno dawno, zaraz kiedy przyszli z Okrągłej Doliny. Jedyni Johnowi, którzy zostali na Głównoziemi, mieszkają daleko w stronę Alp, nad Brązową Rzeką.
Angie wciąż nie rozumiała.
– A to my nie płyniemy w stronę Alp?
– Płyniemy, ale żeby dopłynąć do Brązowej Rzeki, trzeba płynąć dużo dalej niż do Lona Downika. A cała reszta Głównoziemi to Davidowi, czasami tylko trafi się ktoś z towarami na sprzedaż od Johnowych.
– Ja nigdy nie rozumiałam, co to za różnica, Johnowi, Davidowi – dodał Radocha.
– A powinieneś – powiedziała Julia. – Johnowi myślą, że John Czerwoniuch uratował nas wszystkich, kiedy wyprowadził pierwszych swoich ludzi z Okrągłej Doliny. A Davidowi myślą, że jest winny rozbicia Starej Rodziny, i…
– Eee, to wszystko oczywiście wiem. Ale teraz co to za różnica? Coś robią inaczej? Czemu się tak nienawidzą?
– To już trudniej powiedzieć – przyznała Julia. – Poznałam masę Davidowych i paru Johnowych znad Brązowej Rzeki, jak dla mnie niczym się nie różnią. Bardziej są podobni do siebie niż my do nich. Ale i tak nienawidzą się strasznie strasznie.
– No, w Domu Lona Downika to nikt się tym nie przejmuje – powiedział Fuks z tym swoim nietopyskiem, kiwając czubatą głową. – To kupcy, handlarze, handlują z każdym, kto przypłynie, Johnowym, Davidowym czy jakim bądź.
– Tylko ani słowa o Matce Geli i jej pierścieniu – poradziła Julia swoim powolnym, niskim głosem.
Na to wszyscy zachichotali, bo jedną rzecz o Davidowych każdy wiedział: jak bardzo nienawidzą Johna Czerwoniucha za to, że zabrał pierścień.
– O tak – zgodził się Fuks. – O tym cholerstwie ani słowa.
* * *
Cztery, pięć godzin później wypłynęliśmy z płytkiej jasnej wody na jęzor Głębokiego Ciemna, sięgający pomiędzy czubek Wielkiej Głowy i resztę Głównoziemi. (Nazywaliśmy go po prostu Jęzorem). Zniknęły dające światło podwodne drzewa i znaleźliśmy się w całkowitej ciemności. Nawet gwiazdy były zasłonięte chmurami, więc niebo także było czarne, zostało tylko trochę światła z Szerokiego Lasu, na Głównoziemi po lewej, rzucającego słaby różowawy odblask na chmury nad sobą. Zaraz zniknął nawet Brzeg Świata i nie było wiadomo, gdzie kończy się czarna woda i zaczyna czarne niebo. Czuliśmy, że wznosimy się po ciemku na wzgórza zrobione z wody, potem opadamy w doliny zrobione z wody, ale nic z tego nie widzieliśmy. Nawet własnych twarzy nie widzieliśmy.
Chlap, chlap, chlap, robiły wiosła w ciemności.
– Jak myślisz, jak ten Lon Downik wygląda? – zapytałam Angie.
– Słyszałam, że śmierdzi krwią – powiedziała. I zmieniła głos na złowieszczy, jak u tych okropnych cieniomówczyń z Wielkiej Głowy. – Krwią trzech ludzi, którzy w nim zginęli.
Obie prychnęłyśmy z niesmakiem i roześmiałyśmy się.
– Przecież tam naprawdę nie może być żadnej krwi – powiedział Dixon. – Już kiedy John i Jeff ich znaleźli, goście dawno nie żyli, a to było przecież całe pokolenia temu.
– Bąbel mi się zrobił na kciuku – burknęła Julia.
– A może byśmy coś niedługo zjedli? – zapytał Radocha.
– Dziwna sprawa, wiecie? – powiedziałam nagle. – To ja was wszystkich na to namówiłam, prawda? Angie, Fuksa, Johnny’ego, Radochę, Dixona, Julię. Wszystkich was namówiłam, żebyście poświęcili dwadzieścia wstań pracy, pożegnali się ze wszystkimi i zaryzykowali wyprawę na głęboką wodę.
– To prawda, Gwiazdko – przyznała Julia. – Coś nam chyba na głowę padło. Już mnie tyłek boli, a nóg nie czuję nic a nic.Julia Głębina
Dziwnie to zabrzmiało, co powiedziała Gwiazdeczka, myślałam, wiosłując w ciemności. Dziwne słowa, jak na dorosłą kobietę. Bardziej pasowałyby do małego dziecka.
Kiedy się nad tym zastanawiałam, przypomniały mi się czasy, kiedy nie była wysoką młodą kobietą, lecz tylko chudą dziewczynką. I przypomniało mi się jedno straszne wstanie, na pewno najgorsze w całym jej życiu.
Dixon wziął ją, razem z bratem i siostrą, na ryby. Popłynęli poza las, na jasną wodę. Połów był udany, a co najlepsze, złapali czerwonorybę, ogromną, brzydką, z wielkimi, płaskimi oczami i sześcioma łapami z pazurami. Była prawie tak długa, jak sama Gwiazdeczka, ale to nie przeszkodziło jej wstać w łodzi i dumnie trzymać wielkiej zdobyczy, jednocześnie rozglądając się po brzegu za ludźmi.
Nie wiedziała jednego – nikt z nich nie wiedział – że przez ostatnie pół wstania wszyscy ich szukali. Ludzie rozeszli się po lesie we wszystkie strony, w stronę Peckham, Alp, Gór Skalistych, Gór Niebieskich, ale jakoś ani Dixon, ani dzieciaki nikogo nie zauważyli i dotarli na sam Piasek, nie dowiedziawszy się, co się stało, kiedy ich nie było.
Ja byłam wśród ludzi, którzy czekali na nich na brzegu.
– Halo, Julia! – wykrzyknęła mała Gwiazdeczka jeszcze z wody. Oczy miała już wtedy bystre i jasne. – Patrz, co mamy! To ja ją zrobiłam, moją dzidą! Wujek Dixon mówi, że takiej wielkiej w życiu nie widział!
Brat i siostra obok niej promienieli dumą.
– Gwiazdeczko – powiedziałam, kiedy wciągali kolanówkę na piasek. – Migotko. Johnny. Jest mi strasznie strasznie przykro, ale stało się coś złego. Złego złego.
Widziałam, jak uśmiechy bledną. Na serce Geli, w ustach miałam tak sucho, że ledwo byłam w stanie mówić.
– Przyszła ryba-dzida – powiedziałam. – Wasza mama była w wodzie, zbierała orzechy.
– Ugryzła ją? Jest ranna?
– Niestety ugryzła ją, kochani, ale nie jest ranna. Zrobiła ją. Strasznie mi przykro. Wasza mama nie żyje.
Johnny spojrzał na mnie z okropnym, martwym uśmiechem. Migotka skurczyła się jak rybia skóra w ogniu. Ale mała Gwiazdeczka zachowała się zupełnie inaczej.
– Nie, nieprawda – powiedziała mi stanowczo z twarzą pociemniałą od furii. – Nieprawda. Mama wcale nie umarła.
I teraz to była właśnie ta sama stanowczość, która ją napędzała – ją i nas wszystkich. To była wielka wielka rzecz, której się podjęliśmy. Wstanie za wstaniem machaliśmy wiosłami, machaliśmy i machaliśmy. Wstanie za wstaniem spaliśmy na zmianę, a reszta cały czas pchała łódź naprzód, nabieraliśmy wody ze Stawu, kiedy chcieliśmy pić, i wychodziliśmy na drągi pływaka, kiedy chcieliśmy kupę lub siku.
To była wielka wielka rzecz. I Gwiazdeczka miała rację. Gdyby nie ona, nic takiego by się nie wydarzyło.Gwiazdeczka Strumyk
– Patrzcie! – zawołała Angie podekscytowana, jej dziwna, jakby zmarszczona twarz odwróciła się ku mnie. – Patrzcie tam! Ogniska!
Wiosłowaliśmy od dziewięciu wstań, a od pięciu byliśmy z powrotem na jasnej wodzie. Na cycki Geli, jacy byliśmy zmęczeni zmęczeni! Bolało nas wszystko, od szyi po stopy, dawaliśmy radę, tylko poddając się rytmowi i nie rozmawiając czasami przez pół wstania. Kiedy unieśliśmy wzrok, wysoki brzeg przed nami płonął pomarańczowo, o wiele jaśniej i bardziej czerwono niż lampki Szerokiego Lasu, gorącym blaskiem ognia, nad którym płasko słała się gruba warstwa dymu.
– Na kolczaste włosy Tiny! Ile oni tu mają tych ognisk? – mruknął Radocha.
Zaczęliśmy mijać inne łodzie, te wielkie, niezgrabne łodzie z oblepionych skórą pni, jakich używali Głównoziemcy – i zaraz dostrzegliśmy szałasy na wysokim brzegu przed nami, wielkie, kwadratowe, o wiele większe i solidniejsze od naszych malutkich szałasów z kory na Piasku.
* * *
Pod wysokim brzegiem była skalna półka, do której dobiliśmy łodziami. Wyciągnęliśmy je, tę dużą, w której przesiedzieliśmy tyle czasu, i osiem, które ciągnęliśmy za sobą.
– Wiesz co, Gwiazdeczko, przypomnij mi, żebym już nigdy nie słuchała twoich wariackich pomysłów – odezwała się Angie, rozprostowując ręce.
– Mi też – dodała Julia, rozcierając obolały tyłek.
Fuks podskakiwał w górę i w dół, Johnny pocierał dłońmi zdrętwiałe barki.
Parsknęłam śmiechem.
– Nie dam się nabrać. Cieszycie się, że was namówiłam.
Dixon urządził losowanie, kto zostaje i pilnuje łodzi. Johnny i Fuks przegrali.
Chwyciłam przyjaciółkę za rękę.
– To chodź, Angie! Idziemy!
* * *
Na górze nie było żadnych drzew, żadnych świecących lampek. Wszystko wycięto. Światło dawały tylko ogniska i koźli tłuszcz palący się w wielkich glinianych misach. Blask był nerwowy, niespokojny, a oświetlał tylko jedno: ludzi, ludzi, ludzi. Widzieliśmy przed sobą więcej ludzi niż przez całe życie, a do tego każdy wyglądał całkiem inaczej. Niektórzy mieli wymalowane twarze. Inni – zwisające z uszu skrzydła nietoperzy. Jeszcze inni – nosy poprzebijane drewnianymi lub kościanymi kołkami. Większość nosiła różnokolorowe nibyskóry zakrywające ich od ramion do kolan. Większość miała też skóry na stopach, również w różnych kolorach – na naszej piaszczystej Ziemi nikt czegoś takiego nigdy nie nosił.
Objęłam Angie ramieniem.
– Będzie świetnie, zobaczysz.
Zaśmiała się i pocałowała mnie mokro, jak to nietopysk.
Potem dotarł do nas zasapany Dixon, a za nim Radocha i kuśtykająca na końcu Julia.
Uwielbiałam Dixa – w końcu opiekował się mną przez pół mojego życia – kochałam też Julię, lecz teraz, gdy tak stali niespokojni i nieswoi, z gołymi brzuchami, w prostych pasoskórach, zawstydziłam się ich tak, że było to prawie jak nienawiść. Nie byłam w stanie spojrzeć im w oczy. Bez słowa chwyciłam mocniej dłoń Angie, odwróciłam się z powrotem do Domu Lona Downika i ruszyłam, zostawiając Dixonowi, Julii i Radosze decyzję, czy mają za nami nadążyć, czy nie.
Angie zaśmiała się nieswojo.
– Nieładnie, Gwiazdka, tak traktować wujka. Przecież specjalnie zrobił łódź, żebyśmy mogli tu dopłynąć. I jeszcze znosił narzekania masy ludzi, którzy powtarzali, że nie powinniśmy płynąć.
– Ja mu raczej pomogłam. Zawsze chciał tu przypłynąć, ale gdyby nie ja, w życiu by się nie wybrał, nawet za tysiąc łon.
Powoli nabierałam orientacji. Dom Lona Downika składał się z dwóch kręgów tych wielkich, kwadratowych szałasów, jeden w drugim. W wewnętrznym kręgu stał wysoki płot, tam pewnie był Lon Downik. A pomiędzy wewnętrznym i zewnętrznym kręgiem biegła ścieżka, pełna pełna ludzi. Mówię „szałasy”, choć one w niczym nie przypominały tych u nas – paru płaskich płatów kory podpartych skośną ramą z patyków. Te tutaj były wyższe od dorosłego człowieka, a dachy miały płaskie, tak że dało się bez schylania wejść do środka. Parę miało nawet kolejną podłogę na górze, z drewna, na którą można było wejść po drabinie i stanąć na niej, jakby na dodatkowym kawałku ziemi! Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy, oprócz tych zabawkowych modeli ziemskich domów, które dawało się dzieciom, z drzwiami i otworami wiatrowymi.
Bardziej nas jednak interesowało to, co miały w środku. Wszystkie były otwarte od przodu, gdzie na stołach leżały różne rzeczy. Zęby czarnego lamparta wyrzeźbione w noże i siekiery, pióra ułożone według wielkości i koloru, rzeźby zwierząt z drewna i kamienia. Kołki i kółka do wkładania w nosy i uszy. Dzidy. Strzały. Wielka góra klatek z małymi nietoperzami, słodziakami, ściskającymi pomarszczonymi rączkami pręty, cmokającymi językami i gapiącymi się na przechodzących ludzi.
– Ludzie, ludzie, weźcie sobie mały Dom albo Auto z kołami! – krzyknęła kobieta za stołem zastawionym modelami ziemskich rzeczy. – Będziecie bliżej Ziemi, kochani moi – dodała z tym dziwnym, płaskim Lon Downikowym akcentem. – Bliżej kochanej, jasnej Ziemi i kochanej kochanej matki Geli.
– Świeże mięso z nietoperzy! Świeże słodziaki! Robione na miejscu!
– Zapraszam! Zapraszam! Najlepsze skóry w całym Domu!
– Nowe dzidy! Najlepsze czarnoszkło!
– Tylko dla was! Tylko dla was! Pierścienie i bransolety. Z sercem matki Geli!
Angie chwyciła mnie za rękę i znów pocałowała.
Tyle różnych rzeczy! Tyle do zobaczenia!
– Ej, wy dwie, zaczekajcie! – wysapał Dixon, dochodząc do nas. – I nie pędźcie tak. Julia nie chodzi tak szybko, jak…
Urwał, bo minęło nas gigantyczne zwierzę o czarnej skórze. Było cztery razy wyższe od człowieka, z długą długą szyją, wielką głową i dwiema muskularnymi łapami. Ale prowadził je mały chłopczyk, całkiem sam i nikt nawet na nie nie spojrzał.
* * *
– Hej, słyszałeś o kolanówkach, takich łodziach? – spytał Dixon handlarza. – Mamy na sprzedaż osiem, dziesięciostopowych. Całkiem nowe. Znasz kogoś, kto potrzebuje?
Handlarz miał na sobie długoskórę z wełniaka, siwe włosy spinał w ogon ozdobiony piórami. Przed jego szałasem leżały wiosła i sieci.
– Tak? Kolanówki, mówisz? Zaraz, zaraz, powoli. Dziwnie gadasz. Skąd ty w ogóle jesteś?
– Z Ziemi Kolanowców. To właśnie my robimy te łodzie.
– Kolanowców? Na dzidę Johna, różnych ludzi widziałem, ale was jeszcze nigdy. Kolanówki zawsze biorę od gościa, co się nazywa Dave, gdzieś z Wielkiej Głowy. Te wasze są nowe? Musiałbym oczywiście spojrzeć na nie, ale pewnie mogę wam dać dwadzieścia patyków czy coś takiego. Może dwadzieścia dwa dwadzieścia trzy, jak będą naprawdę porządne.
Wielki, łagodny Dixon obejrzał się na mnie, Angie, Radochę i Julię, uśmiechając się, jak mu się wydawało, z wyższością.
– Człowieku, po co nam jakieś tam patyki. Na naszej Ziemi mamy patyków, ile zechcesz. A nawet jakbyśmy chcieli, to na pewno dużo więcej niż dwadzieścia za osiem łodzi.
Handlarz pokręcił głową z ubolewaniem.
– Przyjacielu, to nie jest jakaś dziura, gdzie się wymieniasz towarami, jak Wielka Głowa. Tu przyjeżdżają na handel ludzie z całego Edenu i wszystko sprzedaje się za patyki.
– Ale po co? Po co im wszystkim tyle patyków? – zapytałam, przepychając się naprzód, zanim Dixon zdążyłby powiedzieć coś głupiego.
Facet roześmiał się.
– Na matkę Edenu! Wy o niczym nie macie pojęcia! Patyki służą do wymiany, bo do czego. – Sięgnął pod swój stół i wyciągnął pięć krótkich drewienek. – Proszę, patrzcie. Może głupio robię, ale dam wam dwadzieścia pięć patyków za wasze osiem łodzi, jeśli okażą się w porządku.
Podał je Dixonowi.
– Ale my nie… – zaczął ten, po czym urwał. – Ale to nie jest dwadzieścia pięć patyków! Na wóz Jeffa! Może i nie mamy pojęcia, jak się tu u was robi, ale liczyć to, do cholery, umiemy!
Handlarz westchnął.
– Każdy taki jest wart pięć patyków – wyjaśnił powoli jak małemu dziecku. – To właśnie oznaczają te znaki tutaj, widzisz? Za jeden taki kupilibyście cztery porządne czarnoszklane dzidy.
Dixon wziął jeden z „patyków”, potem podał go Julii. Ja też nadstawiłam rękę, chciałam być następna.
Drewienko było supergładkie i błyszczące, a w poprzek miało pięć głębokich rowków, wszystkie pomalowane na fioletowo jakimś barwnikiem. Patrzyłam na nie, marszcząc czoło, próbując zrozumieć – i poczułam, że po twarzy rozlewa mi się rumieniec wstydu. Wyglądamy jak banda durniów, stoimy i rozdziawiamy gęby, w głupich koźlich pasoskórach, próbujemy pojąć coś, co tutaj jest dla wszystkich oczywiste.
– Więc ty mówisz… – zaczął powoli Dixon.
Przerwałam mu.
– Czyli zamiast wymieniać łodzie na czarnoszkło albo skóry, wymieniamy je na te patyki – powiedziałam. – I potem… co? Inni handlarze wezmą od nas patyki i dadzą, co chcemy?
Byłam od handlarza wyższa i patrzyłam mu prosto w oczy. Nie zamierzałam mu pozwolić, żeby poczuł się kimś lepszym.
– Otóż to, Einsteinie – powiedział, starając się ze wszystkich sił nie odwrócić wzroku. – To znaczy, że da się z kimś handlować, nawet jeśli on nie ma tego, czego chcesz.
Zastanowiłam się nad tym, próbując otrząsnąć się z głupoty wynikającej z mieszkania na skrawku piachu, gdzie nikt nie przypływa i nic się nie dzieje.
– Ale czemu ktoś sobie nie natnie kupy takich patyków i nie wymieni na co tylko zechce?
– Są trzy powody. Pierwszy: tych patyków nie da się tak ot „naciąć”. Drewno pochodzi z drugiej strony Śnieżnego Ciemna, a farba z Gór Skalistych. Drugi: my, handlarze, szybko wyłapiemy patyki, które nie są zrobione jak trzeba. Trzeci: jeśli się kogoś złapie na robieniu fałszywych patyków, strażnicy miażdżą mu palce wielkim kamieniem, żeby już nigdy niczego nie fałszował.
Wiedzieliśmy, że na Głównoziemi mają okrutne kary, lecz słysząc teraz to o nich, byliśmy zszokowani. Kiedy na naszej Ziemi ktoś zrobił coś złego, wszyscy mu to ciągle wypominali i tyle. Rozumiałam jednak, że coś takiego nie sprawdziłoby się w Domu Lona Downika, gdzie schodzą się ludzie, którzy się nie znają i nie przejmują się sobą nawzajem. Trzeba było znaleźć inny sposób. To samo dotyczyło tych patyków, to samo zachowania handlarzy, którzy zapraszali nieznajomych, udając przyjacielskich. Dom Lona Downika w porównaniu z Ziemią Kolanowców był zimny i wrogi. Ale dzięki temu był taki jasny, taki wielki i taki pełny pięknych rzeczy.
– Myślę, że trzeba zrobić jedną rzecz – podsunęła Julia. – Zapytać innych handlarzy, ile patyków nam dadzą za łodzie. Tak się dowiemy, czy to dobra cena, czy nie. W sumie to niewiele się różni od tego, jak się sprzedaje w Wielkiej Głowie. Po prostu jest jakby trochę przerwy między tym, kiedy się daje i kiedy się bierze.
Handlarz wzruszył ramionami i już mieliśmy odejść, gdy zza naszych pleców dobiegł kolejny głos, młodego mężczyzny. Mówił jeszcze inaczej, w sposób, jakiego nigdy nie słyszeliśmy.
– Dzień dobry, co mi możesz za to dać? – zapytał.
Miał na sobie niesamowitą barwną skórę, sięgającą do ziemi. Był ode mnie trochę starszy, ale wciąż młody. I był absolutnie wspaniały.