Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
3398 pkt
punktów Virtualo

Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook

Na dalekiej, pozbawionej słońca planecie, którą jej mieszkańcy nazywają Edenem, wyrosła cywilizacja. Ledwie parę pokoleń temu było ich kilkuset i tulili się do światła i ciepła edeńskich lampodrzew, bojąc się zapuścić dalej w zimny mrok. Teraz ludzkość rozeszła się po całym Edenie i powstały dwa królestwa, oba utrzymujące się dzięki przemocy i zdominowane przez mężczyzn. Oba mają się za prawowitych potomków Geli, kobiety, która przybyła na Eden dawno temu w łodzi pływającej między gwiazdami i stała się matką ich wszystkich. Młoda Gwiazdeczka Strumyk, spotykając przystojnego i potężnego mężczyznę, który przypłynął z drugiej strony Stawu, myśli, że znajdzie pole do popisu dla swojej ambicji i energii. Nie ma jednak pojęcia, że będzie musiała zostać zastępczynią Geli i nosić na palcu jej pierścień, a gdy obejmie tę rolę, jednocześnie pełną władzy i całkiem jej pozbawioną, spróbuje całkowicie odmienić historię Edenu.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-63-9
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Migotka Strumyk

Kło­poty zaczęły się tego wsta­nia, kiedy pierw­szy raz zosta­wi­łam Mikeya na Pia­sku z jego tatą i poszłam zbie­rać korę z wuj­kiem Dixo­nem, moim bra­tem John­nym i sio­strą Gwiaz­deczką. Johnny dopiero co wró­cił z Wiel­kiej Głowy i kiedy wio­sło­wa­li­śmy mię­dzy drze­wami, opo­wia­dał, czego się tam dowie­dział.

– Powiem wam coś naprawdę naprawdę cie­ka­wego.

Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły wyso­kie drzewa w wodzie dookoła. Wszystko było tak samo jak zawsze. Nad nami czer­niało niebo. Wokół paliły się drzewne lampki. Pod wodą świe­cił falo­rost.

– No, coś naprawdę dziw­nego – cią­gnął Johnny. – Sam nie wie­dzia­łem, czy w to wie­rzyć. Gada­łem z tym Har­rym, no wie­cie, tym sta­rym Har­rym, krzy­wo­sto­pem, co nie ma pal­ców, nie? I on powie­dział, że ostat­nio na Głów­no­zie­mię przy­pły­wają goście z dru­giej strony Stawu Świat, z jego pra­wej strony. To zna­czy nie do samej Wiel­kiej Głowy, ale w inne miej­sca, dalej w stronę Alp, na przy­kład do Domu Lona Downika czy do Brą­zo­wej Rzeki. No i nie uwie­rzy­cie, powie­dział, że przy­wożą ze sobą metal. Nie kawałki tego metalu z Ziemi, ale metal, który sami wyko­pali z ziemi, tutaj, na Ede­nie.

– Niech mnie serce Geli – szep­nę­łam. Poczu­łam nagły strach.

Nowina Johnny’ego wydała mi się jak ten powiew, co przy­cho­dzi z Głę­bo­kiego Ciemna przed burzą. Sam w sobie to nic takiego, tylko lam­po­kwiaty koły­szą się tro­chę na gałę­ziach, ale wiesz, że to dopiero począ­tek. Metal ozna­czał zmiany. Metal to coś, o co się wal­czy, tak jak ludzie Johna i Davida cią­gle bili się o ten meta­lowy pier­ścień z Ziemi. Pomy­śla­łam o moim małym Mikeyu na Pia­sku i wyobra­zi­łam sobie wybu­cha­jącą nad jego głową krwawą burzę.

Ale Dixon tylko par­sk­nął śmie­chem.

– E tam, nie wierz­cie we wszystko, co Harry wyga­duje. Jakby myślał, że uwie­rzy­cie, to by wam naga­dał i o statku z Ziemi, co wła­śnie przy­le­ciał.

Chlap, chlap, chlap, robiły nasze wio­sła. A w tle ponad tymi odgło­sami, które roz­le­gały się i cichły, poja­wiały i zni­kały, trwał ten star­szy rytm, który się ni­gdy ni­gdy nie zmie­niał. Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły drzewa, pom­pu­jąc swój sok do Pod­zie­mia, daleko daleko w dole.

– Tylko że wiesz, to może być prawda – powie­działa Gwiazdka.

Popa­trzyła na wuja tymi pięk­nymi, sza­rymi oczami, które zawsze zaglą­dały ci do środka. Ludzie mówili, że mam takie same, tylko że swo­ich oczy­wi­ście ni­gdy nie widzia­łam.

– Wiemy prze­cież, że John Czer­wo­niuch popły­nął na drugą stronę Stawu Świat, nie? – zauwa­żyła. – On i garstka innych Joh­no­wych. Kiedy znu­dziły im się cią­głe walki o Głów­no­zie­mię, po Podziale.

Dixon prych­nął.

– No tak. Wypły­nęli małymi łód­kami z pni, żeby prze­pły­nąć Głę­bo­kie Ciemno. Gwiaz­deczko, wiesz prze­cież, jak tam jest. Jakie są fale. Nie ma mowy, żeby im się udało. Nie ma mowy. Ich kości leżą gdzieś na dnie, razem z tym dro­go­cen­nym pier­ście­niem Johna.

– Wszy­scy tak myślą – powie­działa Gwiaz­deczka – bo ni­gdy nie dali znaku życia. Ale może im się jed­nak udało?

Mały nie­to­perz, klej­no­tek, śmi­gnął tuż nad wodą, cią­gnąc czub­kami palusz­ków po gład­kiej powierzchni.

– No, ja też tak myśla­łem. Ale nie tylko Harry mi o tym mówił. Jakiś inny gość też mi to samo opo­wie­dział: John i Joh­nowi naprawdę dotarli na drugą stronę Stawu Świat i doszli do tego, jak wycią­gać z ziemi metal.

– A kto to był, ten „inny gość”? – zapy­tał Dixon, uśmie­cha­jąc się, jakby dobrze wie­dział. – Cza­sem nie Dave, ten kum­pel Harry’ego, z nie­to­py­skiem?

Johnny zaczer­wie­nił się odro­binę.

– No… tak. Dave. Ale i tak… To może być prawda.

Wujek Dixon znów prych­nął.

– Może być. Wszystko może być, ale jestem pewien, że nie jest. Bo nawet jeśli Joh­nowi dopły­nęli na drugą stronę, a jestem pewien, że nie, to po co by wra­cali? Wypły­nęli wła­śnie po to, żeby zacząć od nowa i nie musieć wal­czyć z Davi­do­wymi.

Chlup, chlup, chlup. Popły­nę­li­śmy dalej. Ze wszyst­kich stron wzno­siły się wyso­kie kola­nowce, u dołu pro­ste, a potem zgi­na­jące się w stronę Głów­no­ziemi i opusz­cza­jące zie­lo­no­żółte lam­po­kwiaty nad płytką wodę. Koja­rzyły mi się z mat­kami, które nachy­lają się nad dziećmi. Ale tego wsta­nia wszystko koja­rzyło mi się z mat­kami i dziećmi, bo pierw­szy raz zosta­wi­łam Mikeya samego.

* * *

Johnny na moment mnie zanie­po­koił, ale po sło­wach Dixona poczu­łam się lepiej. Głu­pia opo­wiastka i tyle, pomy­śla­łam, i znów zaczę­łam się cie­szyć podróżą, tym, że jestem na wodzie, że wokół świecą lam­po­kwiaty i ich odbi­cia.

Kiedy byli­śmy mali, mama mówiła nam, żeby­śmy zmru­żyli oczy i uda­wali, że jeste­śmy w gwiezd­nym statku, a lam­po­kwiaty to gwiazdy. Parę łon­cza­sów póź­niej sama się w to bawi­łam z Mikeyem. Wyobra­zi­łam sobie teraz, jak mruży małe oczka, tak samo jak kie­dyś mała Gwiaz­deczka. Przy­jemne przy­jemne to było, pomy­śleć znowu o tych dzie­cię­cych zaba­wach, że znowu będzie oka­zja, zwłasz­cza że wie­dzia­łam, że zapew­nię ich Mikey­owi o wiele wię­cej, niż zdą­żyła nam dać nasza mamu­sia.

Wujek Dixon prze­stał wio­sło­wać.

– Tu jest pierw­sze – powie­dział. – Powinno być w sam raz.

Mie­li­śmy przed sobą drzewo z dłu­gim owal­nym nacię­ciem w korze w miej­scu, gdzie pień się zgi­nał – nazy­wa­li­śmy to kola­nem. Pod­pły­nę­li­śmy do niego, wujek Dixon wychy­lił się w jedną stronę, a cała pozo­stała trójka dla rów­no­wagi w drugą.

– No dobra – mruk­nął. – To zaczy­namy.

W pień były powbi­jane grube kołki. Posta­wił nogę na naj­niż­szym z nich, ręką chwy­cił naj­wyż­szy, do któ­rego był w sta­nie dosię­gnąć, i choć był wielki i ciężki, zręcz­nie pod­cią­gnął się w górę, nie doty­ka­jąc gorą­cego pnia. I od razu, pod­czas gdy my gra­mo­li­li­śmy się z łódki, zaczął stuk-stu­kać w owalny kawał kory, wielki biały brzuch zwi­sał mu nad szorstką koźlą skórą, którą był prze­pa­sany, twarz poczer­wie­niała i spo­ciła się z gorąca.

Hrrummmf, wes­tchnęło drzewo i wypu­ściło z otworu powietrz­nego w osiem­dzie­się­cio­sto­po­wym pniu, wysoko nad nami, kłąb pary.

Hmmmf, hmmmf, robiły wszyst­kie drzewa wokół, tak że łączyło się to w jedno nie­usta­jące hmmmmmm, które sły­szało się z daleka, kiedy pod­pły­wało się do Głów­no­ziemi.

Wyobra­zi­łam sobie, że Mikey, kiedy pod­ro­śnie, będzie się uczył robić łodzie. Wyobra­zi­łam sobie, jak budzi się któ­re­goś wsta­nia razem ze swo­imi dziećmi i mówi im, żeby zmru­żyły oczy i pomy­ślały, że płyną mię­dzy gwiaz­dami.Gwiazdeczka Strumyk

Moja sio­stra była ode mnie inna inna. Jak tylko usły­szała od Johnny’ego tę histo­rię o metalu i ludziach z dru­giej strony Stawu, w jej oczach zoba­czy­łam strach. Kiedy zaś Dixon powie­dział, że to wszystko nie­prawda, wyraź­nie się uspo­ko­iła. Ze mną było dokład­nie na odwrót. Po histo­rii Johnny’ego jakby otwo­rzyła się przede mną nowa droga, poczu­łam eks­cy­ta­cję, całą głowę wypeł­niły mi myśli o nowych moż­li­wo­ściach. A gdy Dixon to wszystko wyśmiał, wyj­ście znik­nęło, z powro­tem zamy­ka­jąc mnie na nud­nej nud­nej Ziemi Kola­now­ców.

* * *

Wujek Dixon ostroż­nie stu­kał okrą­głym kamie­niem, co parę ude­rzeń przy­sta­jąc, żeby wytrzeć dło­nie o paso­skórę. Owalny kawał kory, odcięty od gorą­cego drzew­nego soku, skur­czył się i zaczął odsta­wać od twar­dego drewna pod spodem i od reszty żywej kory. Gdyby odpo­wied­nio długo pocze­kać, sam by odpadł.

– Jak tam, rusza się?! – zawo­ła­łam.

– Już pra­wie pra­wie. – Pot na jego twa­rzy zalśnił w świe­tle drzew. – Spró­bu­jemy. Uwaga, łap!

Nad­sta­wi­łam dło­nie, żeby zła­pać ciężki kamień i poło­żyć go ostroż­nie w łódce. Na piasz­czy­stej Ziemi Kola­now­ców kamie­nie to cenna rzecz.

Dixon wsu­nął palce w szparę w korze i zaczął deli­kat­nie cią­gnąć.

– Spo­koj­nie – mru­czał do sie­bie pod nosem. – Spo­koj­nie… O, no, jest! Gotowi? Leci!

Długi owal kory z szur­go­tem zsu­nął się z pnia – cała nowa łódź. Czy raczej cała nowa łódź, kiedy się to oczy­ści, oszli­fuje i pokryje war­stwami soku drzew­nego i koź­lego tłusz­czu, żeby zatkać maleń­kie dziurki.

– Pro­szę bar­dzo – powie­dział wujek Dixon.

Za każ­dym razem, kiedy war­stwa kory czy­sto ode­szła od pnia, miał taki sam ton. Ile razy by to powta­rzał, przy­jem­ność była taka sama.

– No dobra, gotowi?

Dysząc od żaru i z wysiłku, ostroż­nie ostroż­nie opu­ścił korę, aż ktoś z nas był w sta­nie się­gnąć dol­nego brzegu i pod­trzy­mać go nad wodą. Potem szybko szybko zlazł z drzewa.

– Na bystre oko Jeffa. – Wes­tchnął z ulgą, scho­dząc z powro­tem w chłód. – Jak przy­jem­nie przy­jem­nie.

Ochla­pał wodą twarz i pulchny brzuch, a my tym­cza­sem ostroż­nie uło­ży­li­śmy gorący kawał kory w wol­nej łodzi. Mówił to samo pew­nie już z tysiąc razy.

– Ład­nie poszła i gładko. Ani rysy na niej. Będzie dobra dobra łódź. W Wiel­kiej Gło­wie dosta­niemy za nią pięć sześć szkla­nych noży, co naj­mniej.

– Coś widzę, że ostat­nio idzie nam lepiej niż wszyst­kim innym na Kola­nie – ode­zwał się Johnny.

Wujek Dixon z zado­wo­le­niem kiw­nął głową, gra­mo­ląc się do łódki.

– No. Ale to wszystko kwe­stia doświad­cze­nia, nie? Ja to robię, odkąd taki mały byłem. Umiem wypa­trzeć dobrego kola­nowca, no i wiem, kiedy kora jest gotowa. A te wszyst­kie mło­dziaki pró­bują rwać za wcze­śnie, myślą, że oszczę­dzą tro­chę czasu, ale ni­gdy nie oszczę­dzają. Bo ile to czasu oszczę­dzi­łeś, gdy na środku łodzi wyrwiesz sobie dziurę i musisz zaczy­nać od nowa? No a ile dobrych drzew zmar­no­wali? Nowa kora już nie odra­sta tak ład­nie, i…

To nasze całe życie, pomy­śla­łam nagle. Tym się zaj­mu­jemy, to są nasze przy­jem­no­ści: kora, co ład­nie ode­szła, łódka, co dobrze pływa, a raz na jakiś czas wycieczka do innego podob­nego miej­sca z garstką ludzi, led­wie parę mil po wodzie.

* * *

– A może popły­niemy do Domu Lona Downika? – zapy­ta­łam, gdy w końcu powio­sło­wa­li­śmy w stronę Pia­sku. Za nami, w wol­nej łodzi, cią­gnę­li­śmy cztery owalne kawały kory. – Mogli­by­śmy tam posprze­da­wać łodzie zamiast w Wiel­kiej Gło­wie. I dowie­dzie­li­by­śmy się, czy histo­ria Johnny’ego to prawda, czy nie.

Migotka oczy­wi­ście była zupeł­nie prze­ciwna.

– Co za durny pomysł, wiesz, Gwiazdka? Wio­sło­wać przez dzie­sięć wstań, a do tego to nie­bez­pieczne. No i co za sens? Wszystko, czego potrzeba, mamy w Wiel­kiej Gło­wie.

Wokół nas, pod nami, ponad nami, świe­ciły zie­lo­no­żółte lampki.

– Ty, Migotko, nie musisz pły­nąć – odpo­wie­dzia­łam. – Rozu­miem, jesteś na to dużo dużo za roz­sądna i za doro­sła, ale reszta? Dla­czego nie?

Pokrę­ciła głową.

– Powin­naś już mieć wła­sne dziecko, wiesz? Wtedy byś myślała o czymś innym, a nie tylko o wła­snej fraj­dzie. Byś się ustat­ko­wała i dotar­łoby do cie­bie, co jest naprawdę ważne.

– Ale ty, Migotko, od razu byłaś ustat­ko­wana. Byłaś sta­ro­matką, zanim ci jesz­cze cycki wyro­sły, a teraz to tylko jedno ci w gło­wie: Mikey Mikey.

– Na fiuta Toma, to nie­ład­nie! – zapro­te­sto­wał Johnny.

Migotka skrzy­wiła się.

– To nic, Johnny. Przy­zwy­cza­iłam się.

Macha­li­śmy wio­słami i macha­li­śmy. Hmmmf hmmmf hmmmf hmmmf, robiły drzewa.

– Co w ogóle za sens żyć – zapy­ta­łam – jeśli od razu, jak prze­sta­jemy być dziećmi, to w gło­wie nam tylko mieć dzieci? To jakby cho­dzić w kółko w kółko i w kółko i ni­gdy ni­gdzie nie dojść.

– Ale po co mamy w ogóle gdzieś dojść, co? – zapy­tał wujek Dixon. – Jeff Czer­wo­niuch cią­gle mówił: „Jeste­śmy tutaj”. Ludzie cią­gle chcą być tam, ale gdzie­kol­wiek pój­dziesz, choćby i naj­da­lej, zawsze będziesz tutaj. Lepiej się do tego przy­zwy­czaj.

– Jeff może i tak mówił, ale o ile pamię­tam, nie został w Okrą­głej Doli­nie. A potem i z Głów­no­ziemi wypły­nął, prawda?

Stąd w ogóle wzię­li­śmy się my, Jeff prze­pro­wa­dził grupę ludzi na Zie­mię Kola­now­ców, żeby oddzie­lić się od cią­głych walk o pier­ścień, które trwały po Podziale. Ci ludzie byli naszymi pra­pra­dziad­kami.

Johnny par­sk­nął śmie­chem.

– Tu Gwiazdka ma rację. Jeff różne rze­czy mówił, ale naprawdę nie był z tych, co sie­dzą na miej­scu.

– Łatwo by to nie było – powie­dział Dixon. – Dzie­sięć wstań moc­nego wio­sło­wa­nia, w stronę Alp. I to samo z powro­tem. Ciężko by to było. I prze­pa­dłaby nam masa czasu na robie­nie łodzi.

– Dokład­nie! – wykrzyk­nęła Migotka. – Dwa­dzie­ścia wstań cięż­kiej cięż­kiej pracy, z tego połowa w paskud­nej ciem­no­ści. I w tym cza­sie można byłoby robić nowe łodzie. Nie ma to sensu. Jak się zasta­no­wić, to też nie­spra­wie­dliwe wobec reszty. Wszy­scy inni na Pia­sku będą pra­co­wać z sen­sem, a wy – tylko wio­sło­wać, kom­plet­nie bez celu.

Nie zwró­ci­łam na nią uwagi.

– Ty byś popły­nął, co, Johnny? – zapy­ta­łam.

Johnny zer­k­nął z poczu­ciem winy na Migotkę.

– No, chyba tak. Bo czemu nie? Raz tylko.

Nasza sio­stra prych­nęła pogar­dli­wie.

– Wystar­czy, że zagada do cie­bie tym sło­dziut­kim dzie­cin­nym gło­si­kiem i już, tak?

– Oj, wujku, popłyńmy. Pro­szę – powie­dzia­łam. – Eden jest taki wielki wielki, a my ni­gdy nie byli­śmy ni­gdzie poza tą par­szywą Wielką Głową.

Na fiuta Toma, cały nasz wodny las miał może dwie mile na dwie, a i do Wiel­kiej Głowy było może z dzie­sięć.

– W sumie to ja bym chciał zoba­czyć ten Lon Downik, póki żyję – powie­dział po chwili Dixon. – No wie­cie: na oko Jeffa, prze­cież to łódź, co przy­wio­zła z nieba pierw­szych ludzi! To coś, co każdy powi­nien zoba­czyć. Zwłasz­cza jeśli samemu się robi łodzie, tak jak ja.

Cał­kiem jakby myślał, że Lon Downik z Ziemi nie za bar­dzo się róż­nił od jego kawa­łów natłusz­czo­nej kory!

– Może nawet dałoby się pod­pa­trzeć jakąś sztuczkę, dwie – dodał.

* * *

Pia­sek, gdzie miesz­ka­li­śmy, był małą, suchą wysepką pośrodku naszego wod­nego lasu, Ziemi Kola­now­ców. Drzewa prze­ra­stały go równo i cią­gnęły się po dru­giej stro­nie, jakby nie widziały żad­nej róż­nicy mię­dzy suchą zie­mią a zie­mią, która była trzy stopy pod wodą. A zresztą, co w tym dziw­nego, skoro ich korze­nie, jak mówią, się­gają milę pod zie­mię, do ogni­stego świata Pod­zie­mia?

– Czyli pły­niemy, tak? – Naci­ska­łam wujka Dixona, kiedy wcią­ga­li­śmy łodzie na piach. – Na pewno, tak? Jak tylko zro­bimy odpo­wied­nio dużo łodzi?

Nic nie powie­dział, kiedy nie­śli­śmy świeżo ściętą korę do jego sza­ła­sów na łodzie, nic nie powie­dział, kiedy ukła­da­li­śmy ją sta­ran­nie jedną na dru­giej. Dopiero kiedy szli­śmy na Miej­sce Spo­tkań, wresz­cie się zde­cy­do­wał.

– No tak. Pły­niemy. Bo czemu by nie?

Rzu­ci­łam mu się na szyję.

– Dzię­kuję, dzię­kuję, wujku! Dzię­kuję, dzię­kuję. Jesteś naj­lep­szym wuj­kiem na całym Pia­sku!

Roze­śmiał się i poca­ło­wał mnie.

– Zoba­czymy, czy uda mi się namó­wić Julię. W końcu nie na darmo ma na nazwi­sko Głę­bina. Dobra jest na wodzie, będę się czuł bez­piecz­niej, jeśli z nami popły­nie.

Migotka wybuch­nęła pła­czem.

– Wujku, nie płyń­cie! Pro­szę!

Dixon par­sk­nął śmie­chem, zaże­no­wany, i pró­bo­wał ją także przy­tu­lić, ale mu nie pozwo­liła.

– Migotko, będziemy na sie­bie uwa­żać, obie­cuję!

– Ni­gdzie nie płyń­cie! Nie dość, że to nie­bez­pieczne, że to strata czasu! Po co zwra­cać na sie­bie uwagę? Prze­cież chcemy, żeby Głów­no­zie­mia dała nam spo­kój, prawda?

– Na Głów­no­ziemi już wie­dzą, że my tu jeste­śmy, Migotko – wtrą­cił Johnny.

– Nie­któ­rzy może wie­dzą, ale po co mówić wszyst­kim. Nie potra­fi­cie się cie­szyć z tego, co macie?

– Tylko zoba­czyć – powie­dział wujek Dixon, znów pró­bu­jąc ją objąć.

Ode­pchnęła go. Nie zamie­rzała pozwo­lić, żeby poczuł się dobrze z tą decy­zją.

– Ja tylko chcę, żeby moje dziecko miało spo­kojne życie. Nam niczego wię­cej nie potrzeba. Po co ryzy­ko­wać jakieś zagro­że­nia dla naszych dzieci?

I Dixon, i Johnny nie lubili nikogo dener­wo­wać i zawsze odru­chowo pró­bo­wali łago­dzić sprawę. Nato­miast ja byłam na sio­strę wście­kła.

– Na fiuta Toma – powie­dzia­łam. – Twój Mikey to nie jest jedyne, co się liczy na świe­cie.

– No… nie, pew­nie, że nie, ale go kocham i to mój obo­wią­zek opie­ko­wać się nim. Wiem, że ty nikim się nie przej­mu­jesz, ale ja tak.

I ode­szła od nas szyb­kim kro­kiem, cała zapła­kana, żeby zna­leźć swo­jego uko­cha­nego synka. Ja powtó­rzy­łam sobie, jakie to nudne, tak gor­li­wie ustat­ko­wać się jako matka i nic poza tym. I sta­ra­łam się nie zauwa­żać, jak zazdro­sna jestem o miłość, którą to dziecko obda­rza.Julia Głębina

Na Ziemi Kola­now­ców żyło nas około sie­dem­dzie­siątki. Dzie­li­li­śmy się prak­tycz­nie wszyst­kim, a także, zupeł­nie ina­czej niż na Głów­no­ziemi, gdzie zawsze ktoś spał, a ktoś inny wsta­wał, kła­dli­śmy się o tej samej porze, żeby pod koniec każ­dego wsta­nia móc zejść się na Miej­scu Spo­tkań pośrodku Pia­sku.

Sie­dzia­łam tam, kiedy pod­szedł do mnie kuzyn Dixon. Przy­szła już z połowa Kola­no­wych, a reszta wła­śnie się scho­dziła.

– Myślimy, z John­nym i Gwiaz­deczką, żeby prze­pły­nąć się łodzią do Domu Lona Downika – powie­dział. – Tak się zasta­na­wia­łem, też byś cza­sem nie chciała? Bywa­łaś na Głów­no­ziemi czę­ściej niż wszy­scy, a i w Ciemno też wypły­wa­łaś, prawda? Nie myślisz, że cie­ka­wie byłoby raz cho­ciaż się tam prze­pły­nąć? A poza tym Johnny usły­szał w Wiel­kiej Gło­wie jakąś histo­rię, że niby Joh­nowi przy­pły­wają do nich z dru­giej strony Stawu. Mogli­by­śmy się dowie­dzieć, czy to prawda.

Zaśmia­łam się.

– Cie­kawe, kto w ogóle rzu­cił taki pomysł. Może zgadnę?

– Gwiaz­deczka.

– No, co za zasko­cze­nie!

– Migotce strasz­nie strasz­nie się to nie podoba – powie­dział Dixon. – Zła zła jest na wszyst­kich.

Poki­wa­łam głową. Migotka miała swoje powody, żeby chcieć, by wszystko zostało po sta­remu, ale nie byłaby w tym odosob­niona. Więk­szość Kola­no­wych, w tym i ja, uwa­żała, że powin­ni­śmy sie­dzieć cicho i we wła­snym towa­rzy­stwie. Można by powie­dzieć, że po to wła­śnie powstała Zie­mia Kola­now­ców. Odkąd nasi pra­dziad­ko­wie tu przy­byli, nie było u nas ani jed­nego zabój­stwa, nikogo nie prze­bito dzidą, nie pobito, ani nie przy­wią­zano do gorą­cego drzewa. I nie jedna Migotka o tym pamię­tała.

– Być może – powie­dzia­łam Dixo­nowi. – Muszę się zasta­no­wić.

Usia­dłam z powro­tem i patrzy­łam na scho­dzą­cych się ludzi. Nie­któ­rzy byli w lesie, jak Dixon. Inni łowili ryby albo polo­wali na tłusz­czaki na otwar­tej wodzie za drze­wami. Inni jesz­cze pra­co­wali na samym Pia­sku, prali skóry, opie­ko­wali się dziećmi, albo robili coś przy łodziach, jak ja.

Zoba­czy­łam przy­cho­dzącą Gwiaz­deczkę, która usia­dła mię­dzy paroma przy­ja­ciółmi. Dziwna dziew­czyna. Za dobrze nie wie­działa, gdzie jej miej­sce, i przy kim, ale dzięki inte­li­gen­cji, uro­dzie i opiece wujka doszła do wnio­sku, że zawsze dosta­nie wszystko, co zechce. Zupełne prze­ci­wień­stwo swo­jej sio­stry, Migotki, która była rów­nie bystra i piękna jak ona, ale spo­koj­nie zado­wa­lała się rze­czami naj­prost­szymi i naj­bar­dziej zwy­czaj­nymi.

– Jedziemy z wuj­kiem i bra­tem do Domu Lona Downika – usły­sza­łam, jak gło­śno mówi swo­jemu towa­rzy­stwu. – Ktoś popły­nie z nami?

A potem dostrze­głam, że przy­szła Migotka ze swoim dziec­kiem i jego ojcem, Metem. Usie­dli jak naj­da­lej od Gwiazdki. Widzia­łam, że Migotka pła­kała.

Dziew­czyny miały tę samą matkę – nazy­wała się Sen – ale róż­nych ojców. Tato Migotki był łodzia­rzem, jak Dixon; ojciec Gwiazdki był straż­ni­kiem z Głów­no­ziemi, któ­rego Sen poznała w Wiel­kiej Gło­wie. Nazy­wał się Czar­nosz­klany; zapa­mię­ta­łam, że był głupi, próżny i myślał tylko o sobie. Przez czas jakiś łaził po Ziemi Kola­now­ców, nady­ma­jąc się, prze­chwa­la­jąc i kła­miąc, potem mu się znu­dziło i wró­cił na Głów­no­ziemię, zanim jesz­cze uro­dziła się Gwiaz­deczka. Póź­niej dowie­dzie­li­śmy się, że zgi­nął pod­czas jakiejś bójki. Sen bar­dzo cier­piała i przez resztę życia powta­rzała, że to był ide­alny facet, a my wszy­scy dopro­wa­dzi­li­śmy do jego śmierci. I zawsze mówiła Gwiaz­deczce, że jest kimś szcze­gól­nym, że ma w sobie tę iskrę Czar­nosz­kla­nego.

– Wujku?! – zawo­łała Gwiaz­deczka, patrząc na nas pięk­nymi, bystrymi, nie­spo­koj­nymi oczami. – Angie mówi, że też chce pły­nąć!

Ktoś sie­dzący obok uci­szył ją. Scho­dzili się ostatni ludzie – ostatni z tych, któ­rzy w ogóle przyjdą, bo zawsze ktoś jest za daleko. Wszy­scy usie­dli­śmy, zamil­kli­śmy i znie­ru­cho­mie­li­śmy. Póź­niej zjemy tłusz­czaka, który teraz pie­cze się nad ogniem pośrodku Miej­sca Spo­tkań. A jedząc, będziemy roz­wią­zy­wać nasze pro­blemy i uspo­ka­jać lęki: mamy dość czar­nosz­kła na narzę­dzia? Czyja teraz kolej iść na kozły? – ale od czasu Pierw­szego Jeffa na początku zawsze jest chwila ciszy.

– Naprawdę tu jeste­śmy – powie­działa kobieta imie­niem Caro­line.

Zawsze ktoś tak zaczy­nał.

Tak cią­gle mówił Pierw­szy Jeff, a jego słowa wid­niały na korze wiel­kiego kola­nowca na skraju Miej­sca Spo­tkań.

NA PRAWDE TU JESTEŹMY, mówiły litery, choć mało kto z nas umiał je prze­czy­tać. Więk­szość ludzi wolała uczyć dzieci bar­dziej prak­tycz­nych rze­czy.

Cisza pogłę­biła się. Ludzie prze­stali patrzeć po sobie i wpa­trzyli się we wła­sne dło­nie, oczy, pia­sek. Słu­chali pul­so­wa­nia drzew, trza­sku ognia, szumu fal zała­mu­ją­cych się w oddali, na brzegu lasu.

– Naprawdę tu jestem – mieli powta­rzać po cichu; wszy­scy chyba wie­dzie­li­śmy z doświad­cze­nia, że jeśli się to zrobi, to wszyst­kie nie­po­koje i lęki zbledną, przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia, i nie będziemy już odczu­wać braku cze­go­kol­wiek.

A cza­sami, jeśli uda nam się zna­leźć ten punkt ide­al­nej rów­no­wagi pomię­dzy dosko­na­łym sku­pie­niem a zbyt wiel­kim wysił­kiem nasze oczy prze­staną nale­żeć do nas i staną się oczami Patrzą­cego, czyli świata, który w mil­cze­niu obser­wuje z góry, co się na nim dzieje, i nic nie chce.

Gwiaz­deczka, nawet choćby chciała, nie była do tego zdolna, a dziś w ogóle nie była w nastroju. Wzrok miała roz­bie­gany, a palce bęb­niły po ziemi.

* * *

Pomy­śla­łam o tych opo­wie­ściach z Wiel­kiej Głowy, o przy­pły­wa­ją­cych zza wody Joh­no­wych. Parę razy już to sły­sza­łam, ale sta­ra­łam się o tym zapo­mnieć. Wiel­ko­głowi cią­gle wci­skali nam różne bzdury, wie­dząc, że tylko od nich dowia­du­jemy się nowin o całym Ede­nie. Pamię­tam, że któ­re­goś razu Kola­nowi wró­cili stam­tąd cali pod­eks­cy­to­wani, bo ktoś im naga­dał, że w Okrą­głej Doli­nie wylą­do­wali ludzie z Ziemi!

Ale może to prawda, że Joh­nowi wró­cili? Kie­dyś prze­byli Śnieżne Ciemno mię­dzy górami, choć wszy­scy myśleli, że to nie­moż­liwe. Kto by teraz powie­dział, że i Ciemna na Sta­wie nie da się prze­pły­nąć? A skoro to prze­żyli, myśla­łam, to pew­nie dalej mają ze sobą pier­ścień, ten pier­ścień dla któ­rego zgi­nęło tyle osób, który należy do matki nas wszyst­kich.

Mówi się o miło­ści matki, ale zapo­mina o jej wła­dzy. Wła­dzy nad życiem. Wła­dzy pozwa­la­ją­cej dawać i zabie­rać. Joh­nowi i Davi­dowi wal­czyli o ten pier­ścień jak bra­cia i sio­stry bijący się o miłość matki, roz­pacz­li­wie, nie licząc się z prze­laną krwią.

Ale nad Jef­fem, któ­rego wła­sna matka kochała z całego serca, pier­ścień nie miał żad­nej wła­dzy.

– To tylko pier­ścień – mówił. – Pew­nie, przy­le­ciał z Ziemi, tak, nale­żał kie­dyś do Geli, ale to tylko pier­ścień.Gwiazdeczka Strumyk

Nor­malne łodzie z kola­now­ców nie bar­dzo nadają się na głę­boką wodę, Dixon przy­go­to­wał więc dłu­go­łódź zro­bioną z drew­nia­nego szkie­letu obi­tego korą, z małą łódką przy­mo­co­waną po pra­wej stro­nie, żeby się nie prze­chy­lała. Pra­co­wał nad nią, ja i Johnny razem z nim, ale na oczy Jeffa, jakże reszta Kola­no­wych dener­wo­wała się i zamar­twiała naszym pla­nem! Czy to ma sens – na tyle czasu odry­wać się od robie­nia nor­mal­nych łodzi? Czy to nie głu­pota tak ryzy­ko­wać? Czy to dobrze, pły­nąć tam i tylu ludziom przy­po­mi­nać się z ist­nie­niem Ziemi Kola­now­ców? Nie­któ­rzy porów­ny­wali nas nawet do Trzech Nie­po­słusz­nych, któ­rzy ukra­dli z Ziemi sta­tek kosmiczny.

Na fiuta Toma, co za ludzie! – myśla­łam. Dopil­no­wa­łam jed­nak, żeby wuj­kowi Dixo­nowi nawet przez myśl nie prze­szło, by zmie­nić zda­nie.

– I tak robimy wię­cej łodzi niż kto­kol­wiek inny – prze­ko­ny­wa­łam go. – A kto wie, co tam znaj­dziemy? Może wszyst­kim się przyda?

* * *

Oka­zało się w końcu, że pły­nie nas sió­demka: wujek Dixon, Johnny, ja, wysoka Julia o zde­cy­do­wa­nej, bystrej twa­rzy, z powy­krę­ca­nymi sto­pami; moja przy­ja­ciółka Angie, uro­dzona dokład­nie tego samego wsta­nia co ja; dwoje innych przy­ja­ciół Dixona – Fuks, ze spi­cza­stą głową, i niski, gruby Rado­cha. Prze­ci­śnię­cie się pomię­dzy drze­wami tą wielką łodzią ze ster­czą­cym z boku pły­wa­kiem i cią­gnię­tymi z tyłu ośmioma dodat­ko­wymi kola­no­wymi łód­kami było męczące i trwało długo długo, ale w końcu się udało – poko­na­li­śmy fale na skraju naszego lasu i wypły­nę­li­śmy na cią­gnącą się przed nami jasną wodę, różową i zie­loną, się­ga­jącą aż po czarne niebo na Brzegu Świata. Potem już mogli­śmy pły­nąć o wiele szyb­ciej, cała sió­demka wio­sło­wała mia­rowo – nasz mały lasek szybko zmie­nił się w świetlną plamkę na tej dłu­giej pro­stej linii pomię­dzy jasną jasną wodą i czar­nym czar­nym nie­bem.

A potem znik­nęła nawet ona.

– Wyru­szy­li­śmy! – krzyk­nę­łam. – Pły­niemy do Domu Lona Downika.

– No! I zoba­czymy Lon Downik! – dodała Angie, a świa­tełka wod­nych drzew, dwa­dzie­ścia stóp pod nami, oświe­tlały jej dzi­waczny nie­to­pysk.

Zmie­niały nie­ustan­nie kolor, z różo­wego na zie­lony i z powro­tem na różowy.

* * *

– Cie­kawe, jacy to ludzie tam będą? – zapy­tała Angie, gdy już czas jakiś wio­sło­wa­li­śmy w mil­cze­niu.

Nad nami nie było drzew – sły­sze­li­śmy jedy­nie chlu­pot wody mąco­nej wio­słami i opły­wa­ją­cej łódkę. Głos Angie dziw­nie zabrzmiał w tej ciszy, w tej otwar­tej prze­strzeni, cał­kiem jakby docho­dził z innego świata.

– Pew­nie różni – powie­dział wymi­ja­jąco Dixon. – Jak wszę­dzie.

– Mnie cho­dzi o coś innego, na Głów­no­ziemi w nie­któ­rych miej­scach miesz­kają Davi­dowi, a w innych Joh­nowi. A w Domu Lona Downika są któ­rzy?

– Lon Downik zna­leźli John, Jeff i ich ludzie, prawda? – pod­su­nął Johnny.

– No tak, ale teraz miesz­kają tam Davi­dowi – wtrą­ciła znie­cier­pli­wiona Julia.

Na ziemi Julia chwiała się i uty­kała przez swoje krzy­wo­stopy, za to w łodzi sie­działa pro­sta i naj­wyż­sza ze wszyst­kich, może oprócz mnie.

– No, daj­cie spo­kój – powie­działa. – Dobrze wie­cie. Davi­dowi zajęli to miej­sce dawno dawno, zaraz kiedy przy­szli z Okrą­głej Doliny. Jedyni Joh­nowi, któ­rzy zostali na Głów­no­ziemi, miesz­kają daleko w stronę Alp, nad Brą­zową Rzeką.

Angie wciąż nie rozu­miała.

– A to my nie pły­niemy w stronę Alp?

– Pły­niemy, ale żeby dopły­nąć do Brą­zo­wej Rzeki, trzeba pły­nąć dużo dalej niż do Lona Downika. A cała reszta Głów­no­ziemi to Davi­dowi, cza­sami tylko trafi się ktoś z towa­rami na sprze­daż od Joh­no­wych.

– Ja ni­gdy nie rozu­mia­łam, co to za róż­nica, Joh­nowi, Davi­dowi – dodał Rado­cha.

– A powi­nie­neś – powie­działa Julia. – Joh­nowi myślą, że John Czer­wo­niuch ura­to­wał nas wszyst­kich, kiedy wypro­wa­dził pierw­szych swo­ich ludzi z Okrą­głej Doliny. A Davi­dowi myślą, że jest winny roz­bi­cia Sta­rej Rodziny, i…

– Eee, to wszystko oczy­wi­ście wiem. Ale teraz co to za róż­nica? Coś robią ina­czej? Czemu się tak nie­na­wi­dzą?

– To już trud­niej powie­dzieć – przy­znała Julia. – Pozna­łam masę Davi­do­wych i paru Joh­no­wych znad Brą­zo­wej Rzeki, jak dla mnie niczym się nie róż­nią. Bar­dziej są podobni do sie­bie niż my do nich. Ale i tak nie­na­wi­dzą się strasz­nie strasz­nie.

– No, w Domu Lona Downika to nikt się tym nie przej­muje – powie­dział Fuks z tym swoim nie­to­py­skiem, kiwa­jąc czu­batą głową. – To kupcy, han­dla­rze, han­dlują z każ­dym, kto przy­pły­nie, Joh­no­wym, Davi­do­wym czy jakim bądź.

– Tylko ani słowa o Matce Geli i jej pier­ście­niu – pora­dziła Julia swoim powol­nym, niskim gło­sem.

Na to wszy­scy zachi­cho­tali, bo jedną rzecz o Davi­do­wych każdy wie­dział: jak bar­dzo nie­na­wi­dzą Johna Czer­wo­niu­cha za to, że zabrał pier­ścień.

– O tak – zgo­dził się Fuks. – O tym cho­ler­stwie ani słowa.

* * *

Cztery, pięć godzin póź­niej wypły­nę­li­śmy z płyt­kiej jasnej wody na jęzor Głę­bo­kiego Ciemna, się­ga­jący pomię­dzy czu­bek Wiel­kiej Głowy i resztę Głów­no­ziemi. (Nazy­wa­li­śmy go po pro­stu Jęzo­rem). Znik­nęły dające świa­tło pod­wodne drzewa i zna­leź­li­śmy się w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Nawet gwiazdy były zasło­nięte chmu­rami, więc niebo także było czarne, zostało tylko tro­chę świa­tła z Sze­ro­kiego Lasu, na Głów­no­ziemi po lewej, rzu­ca­ją­cego słaby różo­wawy odblask na chmury nad sobą. Zaraz znik­nął nawet Brzeg Świata i nie było wia­domo, gdzie koń­czy się czarna woda i zaczyna czarne niebo. Czu­li­śmy, że wzno­simy się po ciemku na wzgó­rza zro­bione z wody, potem opa­damy w doliny zro­bione z wody, ale nic z tego nie widzie­li­śmy. Nawet wła­snych twa­rzy nie widzie­li­śmy.

Chlap, chlap, chlap, robiły wio­sła w ciem­no­ści.

– Jak myślisz, jak ten Lon Downik wygląda? – zapy­ta­łam Angie.

– Sły­sza­łam, że śmier­dzi krwią – powie­działa. I zmie­niła głos na zło­wiesz­czy, jak u tych okrop­nych cie­nio­mów­czyń z Wiel­kiej Głowy. – Krwią trzech ludzi, któ­rzy w nim zgi­nęli.

Obie prych­nę­ły­śmy z nie­sma­kiem i roze­śmia­ły­śmy się.

– Prze­cież tam naprawdę nie może być żad­nej krwi – powie­dział Dixon. – Już kiedy John i Jeff ich zna­leźli, goście dawno nie żyli, a to było prze­cież całe poko­le­nia temu.

– Bąbel mi się zro­bił na kciuku – burk­nęła Julia.

– A może byśmy coś nie­długo zje­dli? – zapy­tał Rado­cha.

– Dziwna sprawa, wie­cie? – powie­dzia­łam nagle. – To ja was wszyst­kich na to namó­wi­łam, prawda? Angie, Fuksa, Johnny’ego, Rado­chę, Dixona, Julię. Wszyst­kich was namó­wi­łam, żeby­ście poświę­cili dwa­dzie­ścia wstań pracy, poże­gnali się ze wszyst­kimi i zary­zy­ko­wali wyprawę na głę­boką wodę.

– To prawda, Gwiazdko – przy­znała Julia. – Coś nam chyba na głowę padło. Już mnie tyłek boli, a nóg nie czuję nic a nic.Julia Głębina

Dziw­nie to zabrzmiało, co powie­działa Gwiaz­deczka, myśla­łam, wio­słu­jąc w ciem­no­ści. Dziwne słowa, jak na doro­słą kobietę. Bar­dziej paso­wa­łyby do małego dziecka.

Kiedy się nad tym zasta­na­wia­łam, przy­po­mniały mi się czasy, kiedy nie była wysoką młodą kobietą, lecz tylko chudą dziew­czynką. I przy­po­mniało mi się jedno straszne wsta­nie, na pewno naj­gor­sze w całym jej życiu.

Dixon wziął ją, razem z bra­tem i sio­strą, na ryby. Popły­nęli poza las, na jasną wodę. Połów był udany, a co naj­lep­sze, zła­pali czer­wo­no­rybę, ogromną, brzydką, z wiel­kimi, pła­skimi oczami i sze­ścioma łapami z pazu­rami. Była pra­wie tak długa, jak sama Gwiaz­deczka, ale to nie prze­szko­dziło jej wstać w łodzi i dum­nie trzy­mać wiel­kiej zdo­by­czy, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się po brzegu za ludźmi.

Nie wie­działa jed­nego – nikt z nich nie wie­dział – że przez ostat­nie pół wsta­nia wszy­scy ich szu­kali. Ludzie roze­szli się po lesie we wszyst­kie strony, w stronę Peckham, Alp, Gór Ska­li­stych, Gór Nie­bie­skich, ale jakoś ani Dixon, ani dzie­ciaki nikogo nie zauwa­żyli i dotarli na sam Pia­sek, nie dowie­dziaw­szy się, co się stało, kiedy ich nie było.

Ja byłam wśród ludzi, któ­rzy cze­kali na nich na brzegu.

– Halo, Julia! – wykrzyk­nęła mała Gwiaz­deczka jesz­cze z wody. Oczy miała już wtedy bystre i jasne. – Patrz, co mamy! To ja ją zro­bi­łam, moją dzidą! Wujek Dixon mówi, że takiej wiel­kiej w życiu nie widział!

Brat i sio­stra obok niej pro­mie­nieli dumą.

– Gwiaz­deczko – powie­dzia­łam, kiedy wcią­gali kola­nówkę na pia­sek. – Migotko. Johnny. Jest mi strasz­nie strasz­nie przy­kro, ale stało się coś złego. Złego złego.

Widzia­łam, jak uśmie­chy bledną. Na serce Geli, w ustach mia­łam tak sucho, że ledwo byłam w sta­nie mówić.

– Przy­szła ryba-dzida – powie­dzia­łam. – Wasza mama była w wodzie, zbie­rała orze­chy.

– Ugry­zła ją? Jest ranna?

– Nie­stety ugry­zła ją, kochani, ale nie jest ranna. Zro­biła ją. Strasz­nie mi przy­kro. Wasza mama nie żyje.

Johnny spoj­rzał na mnie z okrop­nym, mar­twym uśmie­chem. Migotka skur­czyła się jak rybia skóra w ogniu. Ale mała Gwiaz­deczka zacho­wała się zupeł­nie ina­czej.

– Nie, nie­prawda – powie­działa mi sta­now­czo z twa­rzą pociem­niałą od furii. – Nie­prawda. Mama wcale nie umarła.

I teraz to była wła­śnie ta sama sta­now­czość, która ją napę­dzała – ją i nas wszyst­kich. To była wielka wielka rzecz, któ­rej się pod­ję­li­śmy. Wsta­nie za wsta­niem macha­li­śmy wio­słami, macha­li­śmy i macha­li­śmy. Wsta­nie za wsta­niem spa­li­śmy na zmianę, a reszta cały czas pchała łódź naprzód, nabie­ra­li­śmy wody ze Stawu, kiedy chcie­li­śmy pić, i wycho­dzi­li­śmy na drągi pły­waka, kiedy chcie­li­śmy kupę lub siku.

To była wielka wielka rzecz. I Gwiaz­deczka miała rację. Gdyby nie ona, nic takiego by się nie wyda­rzyło.Gwiazdeczka Strumyk

– Patrz­cie! – zawo­łała Angie pod­eks­cy­to­wana, jej dziwna, jakby zmarsz­czona twarz odwró­ciła się ku mnie. – Patrz­cie tam! Ogni­ska!

Wio­sło­wa­li­śmy od dzie­wię­ciu wstań, a od pię­ciu byli­śmy z powro­tem na jasnej wodzie. Na cycki Geli, jacy byli­śmy zmę­czeni zmę­czeni! Bolało nas wszystko, od szyi po stopy, dawa­li­śmy radę, tylko pod­da­jąc się ryt­mowi i nie roz­ma­wia­jąc cza­sami przez pół wsta­nia. Kiedy unie­śli­śmy wzrok, wysoki brzeg przed nami pło­nął poma­rań­czowo, o wiele jaśniej i bar­dziej czer­wono niż lampki Sze­ro­kiego Lasu, gorą­cym bla­skiem ognia, nad któ­rym pła­sko słała się gruba war­stwa dymu.

– Na kol­cza­ste włosy Tiny! Ile oni tu mają tych ognisk? – mruk­nął Rado­cha.

Zaczę­li­śmy mijać inne łodzie, te wiel­kie, nie­zgrabne łodzie z oble­pio­nych skórą pni, jakich uży­wali Głów­no­ziemcy – i zaraz dostrze­gli­śmy sza­łasy na wyso­kim brzegu przed nami, wiel­kie, kwa­dra­towe, o wiele więk­sze i solid­niej­sze od naszych malut­kich sza­ła­sów z kory na Pia­sku.

* * *

Pod wyso­kim brze­giem była skalna półka, do któ­rej dobi­li­śmy łodziami. Wycią­gnę­li­śmy je, tę dużą, w któ­rej prze­sie­dzie­li­śmy tyle czasu, i osiem, które cią­gnę­li­śmy za sobą.

– Wiesz co, Gwiaz­deczko, przy­po­mnij mi, żebym już ni­gdy nie słu­chała two­ich wariac­kich pomy­słów – ode­zwała się Angie, roz­pro­sto­wu­jąc ręce.

– Mi też – dodała Julia, roz­cie­ra­jąc obo­lały tyłek.

Fuks pod­ska­ki­wał w górę i w dół, Johnny pocie­rał dłońmi zdrę­twiałe barki.

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Nie dam się nabrać. Cie­szy­cie się, że was namó­wi­łam.

Dixon urzą­dził loso­wa­nie, kto zostaje i pil­nuje łodzi. Johnny i Fuks prze­grali.

Chwy­ci­łam przy­ja­ciółkę za rękę.

– To chodź, Angie! Idziemy!

* * *

Na górze nie było żad­nych drzew, żad­nych świe­cą­cych lam­pek. Wszystko wycięto. Świa­tło dawały tylko ogni­ska i koźli tłuszcz palący się w wiel­kich gli­nia­nych misach. Blask był ner­wowy, nie­spo­kojny, a oświe­tlał tylko jedno: ludzi, ludzi, ludzi. Widzie­li­śmy przed sobą wię­cej ludzi niż przez całe życie, a do tego każdy wyglą­dał cał­kiem ina­czej. Nie­któ­rzy mieli wyma­lo­wane twa­rze. Inni – zwi­sa­jące z uszu skrzy­dła nie­to­pe­rzy. Jesz­cze inni – nosy poprze­bi­jane drew­nia­nymi lub kościa­nymi koł­kami. Więk­szość nosiła róż­no­ko­lo­rowe niby­skóry zakry­wa­jące ich od ramion do kolan. Więk­szość miała też skóry na sto­pach, rów­nież w róż­nych kolo­rach – na naszej piasz­czy­stej Ziemi nikt cze­goś takiego ni­gdy nie nosił.

Obję­łam Angie ramie­niem.

– Będzie świet­nie, zoba­czysz.

Zaśmiała się i poca­ło­wała mnie mokro, jak to nie­to­pysk.

Potem dotarł do nas zasa­pany Dixon, a za nim Rado­cha i kuś­ty­ka­jąca na końcu Julia.

Uwiel­bia­łam Dixa – w końcu opie­ko­wał się mną przez pół mojego życia – kocha­łam też Julię, lecz teraz, gdy tak stali nie­spo­kojni i nie­swoi, z gołymi brzu­chami, w pro­stych paso­skó­rach, zawsty­dzi­łam się ich tak, że było to pra­wie jak nie­na­wiść. Nie byłam w sta­nie spoj­rzeć im w oczy. Bez słowa chwy­ci­łam moc­niej dłoń Angie, odwró­ci­łam się z powro­tem do Domu Lona Downika i ruszy­łam, zosta­wia­jąc Dixo­nowi, Julii i Rado­sze decy­zję, czy mają za nami nadą­żyć, czy nie.

Angie zaśmiała się nie­swojo.

– Nie­ład­nie, Gwiazdka, tak trak­to­wać wujka. Prze­cież spe­cjal­nie zro­bił łódź, żeby­śmy mogli tu dopły­nąć. I jesz­cze zno­sił narze­ka­nia masy ludzi, któ­rzy powta­rzali, że nie powin­ni­śmy pły­nąć.

– Ja mu raczej pomo­głam. Zawsze chciał tu przy­pły­nąć, ale gdyby nie ja, w życiu by się nie wybrał, nawet za tysiąc łon.

Powoli nabie­ra­łam orien­ta­cji. Dom Lona Downika skła­dał się z dwóch krę­gów tych wiel­kich, kwa­dra­to­wych sza­ła­sów, jeden w dru­gim. W wewnętrz­nym kręgu stał wysoki płot, tam pew­nie był Lon Downik. A pomię­dzy wewnętrz­nym i zewnętrz­nym krę­giem bie­gła ścieżka, pełna pełna ludzi. Mówię „sza­łasy”, choć one w niczym nie przy­po­mi­nały tych u nas – paru pła­skich pła­tów kory pod­par­tych sko­śną ramą z paty­ków. Te tutaj były wyż­sze od doro­słego czło­wieka, a dachy miały pła­skie, tak że dało się bez schy­la­nia wejść do środka. Parę miało nawet kolejną pod­łogę na górze, z drewna, na którą można było wejść po dra­bi­nie i sta­nąć na niej, jakby na dodat­ko­wym kawałku ziemi! Ni­gdy cze­goś takiego nie widzie­li­śmy, oprócz tych zabaw­ko­wych modeli ziem­skich domów, które dawało się dzie­ciom, z drzwiami i otwo­rami wia­tro­wymi.

Bar­dziej nas jed­nak inte­re­so­wało to, co miały w środku. Wszyst­kie były otwarte od przodu, gdzie na sto­łach leżały różne rze­czy. Zęby czar­nego lam­parta wyrzeź­bione w noże i sie­kiery, pióra uło­żone według wiel­ko­ści i koloru, rzeźby zwie­rząt z drewna i kamie­nia. Kołki i kółka do wkła­da­nia w nosy i uszy. Dzidy. Strzały. Wielka góra kla­tek z małymi nie­to­pe­rzami, sło­dzia­kami, ści­ska­ją­cymi pomarsz­czo­nymi rącz­kami pręty, cmo­ka­ją­cymi języ­kami i gapią­cymi się na prze­cho­dzą­cych ludzi.

– Ludzie, ludzie, weź­cie sobie mały Dom albo Auto z kołami! – krzyk­nęła kobieta za sto­łem zasta­wio­nym mode­lami ziem­skich rze­czy. – Będzie­cie bli­żej Ziemi, kochani moi – dodała z tym dziw­nym, pła­skim Lon Downi­ko­wym akcen­tem. – Bli­żej kocha­nej, jasnej Ziemi i kocha­nej kocha­nej matki Geli.

– Świeże mięso z nie­to­pe­rzy! Świeże sło­dziaki! Robione na miej­scu!

– Zapra­szam! Zapra­szam! Naj­lep­sze skóry w całym Domu!

– Nowe dzidy! Naj­lep­sze czar­nosz­kło!

– Tylko dla was! Tylko dla was! Pier­ście­nie i bran­so­lety. Z ser­cem matki Geli!

Angie chwy­ciła mnie za rękę i znów poca­ło­wała.

Tyle róż­nych rze­czy! Tyle do zoba­cze­nia!

– Ej, wy dwie, zacze­kaj­cie! – wysa­pał Dixon, docho­dząc do nas. – I nie pędź­cie tak. Julia nie cho­dzi tak szybko, jak…

Urwał, bo minęło nas gigan­tyczne zwie­rzę o czar­nej skó­rze. Było cztery razy wyż­sze od czło­wieka, z długą długą szyją, wielką głową i dwiema musku­lar­nymi łapami. Ale pro­wa­dził je mały chłop­czyk, cał­kiem sam i nikt nawet na nie nie spoj­rzał.

* * *

– Hej, sły­sza­łeś o kola­nów­kach, takich łodziach? – spy­tał Dixon han­dla­rza. – Mamy na sprze­daż osiem, dzie­się­cio­sto­po­wych. Cał­kiem nowe. Znasz kogoś, kto potrze­buje?

Han­dlarz miał na sobie dłu­go­skórę z weł­niaka, siwe włosy spi­nał w ogon ozdo­biony pió­rami. Przed jego sza­ła­sem leżały wio­sła i sieci.

– Tak? Kola­nówki, mówisz? Zaraz, zaraz, powoli. Dziw­nie gadasz. Skąd ty w ogóle jesteś?

– Z Ziemi Kola­now­ców. To wła­śnie my robimy te łodzie.

– Kola­now­ców? Na dzidę Johna, róż­nych ludzi widzia­łem, ale was jesz­cze ni­gdy. Kola­nówki zawsze biorę od gościa, co się nazywa Dave, gdzieś z Wiel­kiej Głowy. Te wasze są nowe? Musiał­bym oczy­wi­ście spoj­rzeć na nie, ale pew­nie mogę wam dać dwa­dzie­ścia paty­ków czy coś takiego. Może dwa­dzie­ścia dwa dwa­dzie­ścia trzy, jak będą naprawdę porządne.

Wielki, łagodny Dixon obej­rzał się na mnie, Angie, Rado­chę i Julię, uśmie­cha­jąc się, jak mu się wyda­wało, z wyż­szo­ścią.

– Czło­wieku, po co nam jakieś tam patyki. Na naszej Ziemi mamy paty­ków, ile zechcesz. A nawet jak­by­śmy chcieli, to na pewno dużo wię­cej niż dwa­dzie­ścia za osiem łodzi.

Han­dlarz pokrę­cił głową z ubo­le­wa­niem.

– Przy­ja­cielu, to nie jest jakaś dziura, gdzie się wymie­niasz towa­rami, jak Wielka Głowa. Tu przy­jeż­dżają na han­del ludzie z całego Edenu i wszystko sprze­daje się za patyki.

– Ale po co? Po co im wszyst­kim tyle paty­ków? – zapy­ta­łam, prze­py­cha­jąc się naprzód, zanim Dixon zdą­żyłby powie­dzieć coś głu­piego.

Facet roze­śmiał się.

– Na matkę Edenu! Wy o niczym nie macie poję­cia! Patyki służą do wymiany, bo do czego. – Się­gnął pod swój stół i wycią­gnął pięć krót­kich dre­wie­nek. – Pro­szę, patrz­cie. Może głu­pio robię, ale dam wam dwa­dzie­ścia pięć paty­ków za wasze osiem łodzi, jeśli okażą się w porządku.

Podał je Dixo­nowi.

– Ale my nie… – zaczął ten, po czym urwał. – Ale to nie jest dwa­dzie­ścia pięć paty­ków! Na wóz Jeffa! Może i nie mamy poję­cia, jak się tu u was robi, ale liczyć to, do cho­lery, umiemy!

Han­dlarz wes­tchnął.

– Każdy taki jest wart pięć paty­ków – wyja­śnił powoli jak małemu dziecku. – To wła­śnie ozna­czają te znaki tutaj, widzisz? Za jeden taki kupi­li­by­ście cztery porządne czar­nosz­klane dzidy.

Dixon wziął jeden z „paty­ków”, potem podał go Julii. Ja też nad­sta­wi­łam rękę, chcia­łam być następna.

Dre­wienko było super­gład­kie i błysz­czące, a w poprzek miało pięć głę­bo­kich row­ków, wszyst­kie poma­lo­wane na fio­le­towo jakimś barw­ni­kiem. Patrzy­łam na nie, marsz­cząc czoło, pró­bu­jąc zro­zu­mieć – i poczu­łam, że po twa­rzy roz­lewa mi się rumie­niec wstydu. Wyglą­damy jak banda dur­niów, sto­imy i roz­dzia­wiamy gęby, w głu­pich koź­lich paso­skó­rach, pró­bu­jemy pojąć coś, co tutaj jest dla wszyst­kich oczy­wi­ste.

– Więc ty mówisz… – zaczął powoli Dixon.

Prze­rwa­łam mu.

– Czyli zamiast wymie­niać łodzie na czar­nosz­kło albo skóry, wymie­niamy je na te patyki – powie­dzia­łam. – I potem… co? Inni han­dla­rze wezmą od nas patyki i dadzą, co chcemy?

Byłam od han­dla­rza wyż­sza i patrzy­łam mu pro­sto w oczy. Nie zamie­rza­łam mu pozwo­lić, żeby poczuł się kimś lep­szym.

– Otóż to, Ein­ste­inie – powie­dział, sta­ra­jąc się ze wszyst­kich sił nie odwró­cić wzroku. – To zna­czy, że da się z kimś han­dlo­wać, nawet jeśli on nie ma tego, czego chcesz.

Zasta­no­wi­łam się nad tym, pró­bu­jąc otrzą­snąć się z głu­poty wyni­ka­ją­cej z miesz­ka­nia na skrawku pia­chu, gdzie nikt nie przy­pływa i nic się nie dzieje.

– Ale czemu ktoś sobie nie natnie kupy takich paty­ków i nie wymieni na co tylko zechce?

– Są trzy powody. Pierw­szy: tych paty­ków nie da się tak ot „naciąć”. Drewno pocho­dzi z dru­giej strony Śnież­nego Ciemna, a farba z Gór Ska­li­stych. Drugi: my, han­dla­rze, szybko wyła­piemy patyki, które nie są zro­bione jak trzeba. Trzeci: jeśli się kogoś zła­pie na robie­niu fał­szy­wych paty­ków, straż­nicy miaż­dżą mu palce wiel­kim kamie­niem, żeby już ni­gdy niczego nie fał­szo­wał.

Wie­dzie­li­śmy, że na Głów­no­ziemi mają okrutne kary, lecz sły­sząc teraz to o nich, byli­śmy zszo­ko­wani. Kiedy na naszej Ziemi ktoś zro­bił coś złego, wszy­scy mu to cią­gle wypo­mi­nali i tyle. Rozu­mia­łam jed­nak, że coś takiego nie spraw­dzi­łoby się w Domu Lona Downika, gdzie scho­dzą się ludzie, któ­rzy się nie znają i nie przej­mują się sobą nawza­jem. Trzeba było zna­leźć inny spo­sób. To samo doty­czyło tych paty­ków, to samo zacho­wa­nia han­dla­rzy, któ­rzy zapra­szali nie­zna­jo­mych, uda­jąc przy­ja­ciel­skich. Dom Lona Downika w porów­na­niu z Zie­mią Kola­now­ców był zimny i wrogi. Ale dzięki temu był taki jasny, taki wielki i taki pełny pięk­nych rze­czy.

– Myślę, że trzeba zro­bić jedną rzecz – pod­su­nęła Julia. – Zapy­tać innych han­dla­rzy, ile paty­ków nam dadzą za łodzie. Tak się dowiemy, czy to dobra cena, czy nie. W sumie to nie­wiele się różni od tego, jak się sprze­daje w Wiel­kiej Gło­wie. Po pro­stu jest jakby tro­chę prze­rwy mię­dzy tym, kiedy się daje i kiedy się bie­rze.

Han­dlarz wzru­szył ramio­nami i już mie­li­śmy odejść, gdy zza naszych ple­ców dobiegł kolejny głos, mło­dego męż­czy­zny. Mówił jesz­cze ina­czej, w spo­sób, jakiego ni­gdy nie sły­sze­li­śmy.

– Dzień dobry, co mi możesz za to dać? – zapy­tał.

Miał na sobie nie­sa­mo­witą barwną skórę, się­ga­jącą do ziemi. Był ode mnie tro­chę star­szy, ale wciąż młody. I był abso­lut­nie wspa­niały.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij