-
nowość
Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook
Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook
Łodzie pierwsza zauważa mała Candy – płynie na nich po pięciu ludzi w metalowych maskach, z dzidami, gotowych do walki. Na Edenie rozpoczyna się groźna epoka: ludzie z Nowej Ziemi wypowiadają wojnę Głównoziemi. Po latach podziałów i niezgody, dwie krainy Edenu w końcu burzą chwiejny pokój, rozpoczynając krwawą rzeź. Angie Czerwoniuch musi uciekać przez mrok Śnieżnego Ciemna do miejsca, gdzie się wszystko zaczęło, gdzie jest kamienny krąg, w którym wylądowali ludzie z Ziemi i zaczęła się historia Geli – matki ich wszystkich. I właśnie tam jest świadkiem niezwykłego wydarzenia, które na zawsze odmieni losy Edenu, zmieni ich przyszłość i przebuduje ich przeszłość. To jest początek i koniec zarazem. To prawdziwa historia Edenu.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-64-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedy tak przypominam sobie wszystko, co się od tego czasu stało, czuję się, jakbym próbowała patrzeć poprzez drzewa i lampokwiaty całego lasu. Pomiędzy tamtym czasem a dzisiejszym stoi tyle rzeczy, a jednak tam daleko, daleko to jestem ja, dawna ja, Angie Czerwoniuch. Idę sobie ścieżką po wysokim brzegu w stronę Domu Lona Downika, a moja mała Candy podskakuje i tańczy koło mnie. Po prawej stronie mam świecącą wodę, różową i zieloną, ciągnącą się aż po Brzeg Świata. Po lewej – buczący las: ciemne pnie, świecące lampokwiaty, jasne gwiazdokwiaty i tak bez końca, aż po góry Śnieżnego Ciemna. Ponad nami ogromna spirala Gwiezdnego Wiru wypełnia w całości czarne czarne niebo. Niosę worek pełen kościanych narzędzi, na sprzedaż.
– Mrugaj mrugaj, gwiazdko ma – śpiewa Candy i kręci się na boki. Ma cztery lata, pięć łonczasów, jak się mówiło, kiedy byłam mała, ale ta Angie na brzegu tak długo już mieszka wśród Davidowych, że przyzwyczaiła się myśleć latami.
Przed sobą mamy Dom Lona Downika, największe targowisko Davidowych – stoi sobie na szczycie wysokiego brzegu, w miejscu, gdzie dawno, dawno temu stał John Czerwoniuch i zastanawiał się, czy nie rzucić metalowego pierścienia Geli z powrotem do wody. Dom Lona Downika cały płonie od świateł, choć to brudny, ostry, niebezpieczny blask, całkiem inny niż łagodne światełka lasu, a od góry przykrywa go jak zawsze płaska chmura dymu. Świeci brudnym pomarańczowym kolorem na tle gwiezdnego nieba.
To jesteśmy ja i Candy dawno temu: dwie kropeczki na wysokim brzegu, pomiędzy świecącą wodą i świecącym lasem, pod zimnym blaskiem dalekich gwiazd.
– Mamo, zobacz – mówi Candy. – Ile łódek!
* * *
Dom Lona Downika zobaczyłam po raz pierwszy dziesięć lat wcześniej. Przypłynęliśmy łodzią całą gromadą, z małej piaszczystej wysepki, gdzie się wychowałam, daleko w stronę Gór Skalistych od Lona Downika i dziesięć mil w głąb wody. Ja i moja przyjaciółka Gwiazdeczka byłyśmy tak podniecone, że puściłyśmy się biegiem jak dzieciaki, a dorośli zostali z tyłu, starając się dotrzymać nam kroku. Na serce Geli! Jakie kolory, jacy ludzie, jakie towary na sprzedaż! Wszystko wydawało się nam wspaniałe. I to jeszcze zanim zobaczyłyśmy samego Lona Downika, otoczonego wysokim płotem, ten tajemniczy metalowy przedmiot ociekający ziemską dziwnością.
Ale ta późniejsza ja, ta, co szła ścieżką wzdłuż klifu z Candy, mieszkała już koło Domu Lona Downika od ośmiu lat. Chodziłam wtedy tą ścieżką, co parę wstań, z torbą drobiazgów, które mój chłop Dave rzeźbił z koźlej kości – noży, skrobaczek, kolczyków, koralików – i Dom Lona Downika stał się już dla mnie czymś zwyczajnym. Tak się zawsze dzieje, myślę – to, co zwyczajne, cię nuży i zaczynasz tęsknić za czymś barwnym, pięknym i nieosiągalnym, a potem się okazuje, że to jednak _jest_ do osiągnięcia i znów staje się kolejną zwyczajną rzeczą. Nawet już nie patrzyłam na lampy na koźli tłuszcz, choć ich niespokojne światło kiedyś wydawało mi się tak dziwne, groźne i pełne możliwości. Nie patrzyłam na kolczyki z kolorowych piórek ani na nietoperze czekające w klatkach na zrobienie i ugotowanie na miejscu. Szłam prosto do handlarzy, którzy brali ode mnie towary, dawali w zamian patyki, a potem prosto do innych handlarzy, u których wymieniałam patyki na potrzebne nam rzeczy, a potem z powrotem na Ziemię Michaela.
A co do metalowego Lona Downika za płotem, no cóż – nie licząc tego, że zaprowadziłam dzieciaki, żeby go obejrzały (a oprócz Candy miałam najstarszego Lisa i małego Mehmeta, na którego przeważnie mówiliśmy Metty) – to praktycznie o nim nie myślałam. No tak, był wielki. No tak, ci, co go zrobili, umieli rzeczy, których nawet nie mogliśmy sobie wyobrazić. Tak, pochodził z Ziemi i zginęło w nim troje ludzi. Ale wszystko to było dawno dawno temu. A ja miałam teraz pod opieką ludzi, którzy są pod ręką, prawdziwych, żywych ludzi, którym jestem potrzebna. Zaś jeśli chodzi o tych, co odeszli, to też miałam ich aż nadto do opłakiwania z mojego życia. Na przykład trójkę innych dzieci – małą Gwiazdeczkę, Petera i Radość. Wszystkie zmarły kilka wstań po urodzeniu.
– Mamo, _zobacz!_ – powiedziała znowu Candy. – Dużo dużo dużo łodzi.
– Tak, skarbie – odparłam. – Tu _naprawdę_ dużo jest tych łodzi, co nie?
Nawet nie chciało mi się spojrzeć. Łodzie ciągle kursowały pomiędzy Domem Lona Downika i całą resztą Edenu. Mała Candy ciągle je pokazywała i zwykle jej ulegałam, patrzyłam i udawałam zaskoczenie i podziw na ich widok. Lecz czasami, kiedy rozmyślałam o przeszłości, o wszystkim, co straciłam, od patrzenia na wodę robiło mi się smutno i wolałam spoglądać na to, co blisko, świecące drzewa, kamienie na ścieżce, fale chlupiące o brzeg pod nami, grube gałęzie świetlistych wodnych drzew, zielonych i różowych, kołyszące się tam i z powrotem pod wodą. Wydawało mi się, że lepiej skupić się na tym, co blisko, nie na tym, co daleko i poza moim zasięgiem.
Tu, na tej jasnej wodzie, po raz ostatni widziałam moją przyjaciółkę Gwiazdeczkę. Stałam tam, na skalistym urwisku, patrzyłam na jej łódkę, ciemną na jasnej wodzie, póki nie pochłonął jej Brzeg Świata, i płakałam. Także tam – dalej, dalej na skałach – pożegnałam się ze wszystkimi znanymi mi ludźmi z małej i spokojnej Ziemi Kolanowców nad jej małym wodnym laskiem, daleko daleko na jasnej wodzie.
– No, ale _zobacz_, mamo! – zawołała znowu moja mała, szarpiąc mnie niecierpliwie za rękę. – _Dużo_ łodzi. Jedna-dwie-trzy-cztery-pięć! I są wszystkie razem. _W ogóle_ nie spojrzałaś!
No to w końcu spojrzałam i zobaczyłam pięć łodzi obok siebie rozciągniętych wzdłuż Brzegu Świata – pięć ciemnych kształtów z wiatrołapami zmieniającymi się z różowych w zielone w różowe od bijącego z dołu wodnego światła.
– Proszę, Candy. Pięć łodzi. Mądra dziewczyna. Dobrze dobrze ci już idzie liczenie.
Pięć, sześć łodzi naraz nie było tu niczym niezwykłym. Czasem bywało i więcej. W Domu Lona Downika zawsze był wielki ruch, one przypływały tam z całego Edenu, ale nigdy nie widziałam, żeby pięć naraz płynęło razem i w jednym kierunku. Zaciekawiło mnie, skąd są. Były czasy, kiedy się wiedziało, że jak łódź ma wiatrołap, to musi być z Nowej Ziemi, ale teraz wszyscy je robili i nikogo już nie interesowały łodzie z pni ani małe łódki z kory, jakie kiedyś robiliśmy na Ziemi Kolanowców. Po raz kolejny, pomyślałam, Johnowi byli w czymś pierwsi.
– Ciekawe, co wiozą.
– Metal – powiedziała Candy. – Albo kolorowe kamienie. Koźli tłuszcz. Korę.
Wiedziała, że handlarze zza stawu przywożą do Domu Lona Downika właśnie takie rzeczy, bo tak jej z ojcem powiedzieliśmy. Metal pochodził z Nowej Ziemi. Kolorowe kamienie przypływały łodziami z Brązowej Rzeki (chociaż słyszałam, że naprawdę pochodzą z Półnieba, po drugiej stronie Śnieżnego Ciemna). Koźli tłuszcz zwożono ze wszystkich brzegów Stawu, gdzie jeszcze zostały tłuszczaki, aby żywić żarłoczne lampy Domu Lona Downika. Kora przychodziła od czasu do czasu z mojego dawnego domu, Ziemi Kolanowców, drogą po skałach zza Brzegu Świata. Łodzi specjalnie się z niej już nie robiło, ale całkiem dobrze nadawała się na dachy.
– Pewnie tak, skarbie.
Poczułam, że budzi się we mnie nagły niepokój, jak pełznący drzewną rurą pełzak, drapiący mnie w tchawicę setkami małych ostrych nóżek. Czemu przypływa naraz pięć łodzi i to obok siebie? I czemu, zastanawiałam się, w miarę jak się zbliżały, stoi na nich tylu ludzi i patrzy w naszą stronę przez jasną wodę? Tylu ludzi i tak mało jakiegoś ładunku!
– Zobacz! – zawołała podekscytowana Candy. – _Jeszcze więcej_ łodzi.
Na serce Geli. Za pierwszymi pojawił się rząd pięciu kolejnych płynących zza Brzegu Świata. Zacisnęłam dłoń na rączce córeczki, a ta spojrzała mi z niepokojem w twarz.
– Co się dzieje, mamo?
– Pewnie nic, skarbie – powiedziałam – ale idziemy poszukać taty i braci.
– Mieliśmy iść do Domu Lona Downika!
– Innym razem, skarbie. – Pociągnęłam ją z powrotem. – Bo ja muszę… no… porozmawiać z twoim tatą o tych łodziach.
– Au, to boli.
Obejrzałam się z powrotem na Staw. Widziałam teraz twarze ludzi na pierwszych pięciu łodziach, oświetlone od dołu wodnym światłem. To nie były _twarze,_ lecz metalowe maski.
Porwałam Candy na ręce i puściłam się biegiem.Dwa
Wtedy, gdy pierwszy raz poszłam do Domu Lona Downika z Gwiazdeczką i resztą, myślałam, że robimy to dla rozrywki. Trochę sobie pohandlujemy, spojrzymy na Lona Downika, a potem z dumą wrócimy do domu i będziemy o wszystkim opowiadać naszym ludziom z Ziemi Kolanowców, co najdalej dotarli do nieciekawej Wielkiej Głowy. Myślałam, że tak właśnie będzie. Nic się właściwie nie zmieni.
A tak naprawdę zmieniło się _wszystko_. Kiedy tam byliśmy, Gwiazdeczka spotkała dziwnego, pięknego i potężnego mężczyznę, zwanego Zielonokamykiem. Był z Johnowych z Nowej Ziemi po drugiej stronie wody i mówił po angielsku tak dziwnie, że na początku ciężko go było zrozumieć. Miał przypinkę z metalu i towarzystwo ludzi z metalowymi dzidami, którzy wszędzie za nim chodzili i robili, co kazał. Od samego początku było widać, że to wysoki wysoki człowiek, a potem się okazało, że wysoki jak nikt, bo był Synem Naczelnika Nowej Ziemi. I jak wszyscy wysocy, był przyzwyczajony, że co zechce, to dostaje, a jak tylko zobaczył Gwiazdeczkę, no, to ją zechciał. Była ładna ładna i mądra mądra, a teraz, jak się zastanowię, to widzę, że i ona była przyzwyczajona, że co zechce, to dostaje, zwłaszcza od mężczyzn. Pojechała z nim, daleko daleko za wodę, a my wróciliśmy na Ziemię Kolanowców bez niej.
Straciłam najlepszą przyjaciółkę. Dowiedziałam się, że na świecie są rzeczy, które moja najlepsza przyjaciółka ceni bardziej niż moją przyjaźń, zobaczyłam też na własne oczy, że są rzeczy, które mogą się przydarzyć komuś ładnemu, jak Gwiazdeczka, ale mnie się nigdy nie przydarzą. Bo jestem nietopyskiem. Nie mogę zamknąć ust, bo łączą mi się z nosem w jedną poplątaną dziurę pełną krzywych dziąseł i krzywych zębów. Jak się dobrze staram, ludzie mnie lubią, kiedy już mnie poznają, ale nikt w życiu się we mnie nie zakocha tak, jak Zielonokamyk w Gwiazdeczce ani jak ona w nim. (Zielonokamyk ledwie był w stanie się przemóc, żeby się do mnie odezwać albo spojrzeć mi w twarz).
I teraz Gwiazdeczka miała pójść do nowego i cudownego miejsca, gdzie nauczyli się robić metal i łodzie, które płyną z wiatrem – Zielonokamyk mówił, że przy nim nawet Dom Lona Downika wyda się mały i ciemny – a ja wracałam na mój skrawek piachu, żeby ciąć korę i zbierać orzechy wodne z tymi samymi ludźmi, których znam całe życie. Dobra, porządna Angie – może nie ma na co popatrzeć, ale ciężko pracuje i ma dobre serce.
Oj, jaka smutna smutna się czułam, jakby ktoś mi zrobił w środku wielką bolącą dziurę. Ale nadal myślałam, że życie na Ziemi Kolanowców będzie się toczyć jak przedtem.
* * *
Myliłam się strasznie strasznie strasznie. Fale po tym, co się wydarzyło w Domu Lona Downika, wciąż rozchodziły się po świecie. Miały dotrzeć na Nową Ziemię, do Brązowej Rzeki, a Brązową Rzeką przez góry do ziemi zwanej Półniebem. A jedno, co się miało zmienić – odtąd Davidowi zupełnie inaczej patrzyli na nas, Kolanowych. Przez to Ziemia Kolanowców na dobre się zmieniła.
Bo rozumiecie, w Domu Lona Downika mieszkali Davidowi, podobnie jak koło nas w Wielkiej Głowie i wszyscy inni po tej stronie stawu od Skalnego Brzegu, przez Dom Lona Downika aż po Ziemię Brązowej Rzeki daleko w stronę Alp. Za to w Nowej Ziemi oczywiście mieszkali Johnowi. Dobra, na razie Davidowi pozwalali Nowoziemskim przypływać do Domu Lona Downika i sprzedawać swój metal, ale to nie zmieniało faktu, że nigdy nie zamierzali im wybaczyć tego, że ukradli pierścień Geli, rozwalili Krąg, podzielili Rodzinę i przynieśli na nasz świat zabijanie. Nie zmieniało też faktu, że Johnowi nie zamierzali wybaczyć Davidowym, że wypędzili z Rodziny Johna Czerwoniucha, a potem próbowali zrobić jego i jego lud. Nieważne, że te rzeczy działy się dawno przed urodzeniem kogokolwiek z żywych, dawno przed urodzeniem _rodziców_ kogokolwiek z żywych, nawet przed urodzeniem ich pradziadków. To nic nie zmieniało. Johnowi i Davidowi dalej się nienawidzili.
My, Kolanowi, na naszej małej spokojnej ziemi, dziesięć mil od Wielkiej Głowy, nie byliśmy po żadnej ze stron. Mówiąc o sobie, nie używaliśmy tego słowa – mówiliśmy po prostu „Kolanowi”, ale skoro inni byli Johnowi albo Davidowi, to my byliśmy Jeffowi. Nasi prapradużopradziadkowie poszli nie za Johnem Czerwoniuchem, nie za Davidem Czerwoniuchem, lecz za Jeffem Czerwoniuchem, a Jeff zawsze mówił, że nie ma sensu martwić się przeszłością i kłócić się w kółko, czyja historia jest prawdziwa. On i jego ludzie poszli na Ziemię Kolanowców właśnie po to, żeby w spokoju sobie żyć z daleka od walki pomiędzy zwolennikami Davida i zwolennikami Johna.
Kiedy się urodziłam, ta kłótnia oczywiście trwała od pokoleń. Nad Brązową Rzeką, daleko w stronę Alp, nadal mieszkali Johnowi, wiedzieliśmy też, że sam John i część jego ludzi zniknęli za Stawem Świat z pierścieniem, ale kiedy wiosłowaliśmy do Wielkiej Głowy z towarami, spotykaliśmy tam tylko Davidowych. (Może raz dwa był tam handlarz z Brązowej Rzeki. „Patrzcie no!” – mówił ktoś. „Ten tu jest z Johnowych” – i wszyscy gapiliśmy się na niego w zdumieniu, jakby miał dwie głowy albo sterczące z barków skrzydła jak u nietoperza).
Czyli to my, Kolanowi, tu nie pasowaliśmy. Davidowi o tym wiedzieli i od czasu do czasu dogadywali nam, że śmiesznie mówimy albo że poszliśmy za kimś takim jak Jeff Krzywostóp, ale nasza mała piaszczysta krainka nie była dla nich zagrożeniem, a po drugie podobały im się łodzie z kory, które przywoziliśmy. Przez całe pokolenia dawali nam spokój.
A Gwiazdeczka to zmieniła, choć oczywiście niechcący. Masa ludzi w Domu Lona Downika zobaczyła, co zaszło między nią a Zielonokamykiem – no, jakżeby inaczej, wszyscy obserwowali Syna Naczelnika Nowej Ziemi jak lampart obserwuje kozła – zapamiętywali każdy jeden drobiazg! – więc Davidowi wiedzieli, że jedna z nas popłynęła z Zielonokamykiem. A to im przypomniało, że my, Kolanowi, _wcale_ nie jesteśmy Davidowi, tylko Jeffowi, a Jeff właściwie był kuzynem Johna i wziął jego stronę, kiedy Rodzina po raz pierwszy podzieliła się na pół. I zaczęli sami się zapytywać, po której stronie my właściwie jesteśmy i co ma do nas Nowa Ziemia. Bo wiecie, wśród Davidowych wysocy ludzie brali sobie na szałasowe córki ludzi, z którymi chcieli się przyjaźnić.
Jakby tego było mało, Davidowi dowiedzieli się, że Naczelnik Nowej Ziemi myślał, czy by ich nie zaatakować – jeden z nowoziemskich handlarzy pochwalił się tym, kiedy wypili w Domu Lona Downika za dużo dziwosoku – i zaczęli się zastanawiać, czy Naczelnik nie wybrał sobie Gwiazdeczki dlatego, że Ziemia Kolanowców może mu się jakoś przydać. Taka mała ziemia, daleko na jasnej wodzie – ich pierścieniowi mogliby się tam zebrać, prawda, jak przepłyną Głębokie Ciemno, zebrać się i stamtąd ruszyć na ziemie Davidowych ze swoimi metalowymi dzidami?
Wychodzi, że Gwiazdeczka, pojechawszy z Zielonokamykiem, poruszyła na szachownicy pionki, które stały, że tak powiem, pomiędzy Davidowymi na Głównoziemi i Johnowymi na Nowej Ziemi. Nagle Ziemia Kolanowców stała się ważnym polem i Davidowi zaczęli się nią interesować. Przysyłali strażników z wielkimi czarnoszklanymi dzidami, zaczęli węszyć, wypytywać nas. Oczywiście staraliśmy się im mówić, że _tak naprawdę_ nie jesteśmy po stronie Johnowych. Przecież obojętnie, czy Jeff stanął po stronie Johna wiele pokoleń temu, tego wstania my nie mamy prawie nic wspólnego z Nowoziemcami, od pokoleń mieszkającymi po drugiej stronie Stawu. A wiele wspólnego z Davidowymi, z którymi handlujemy i którzy mieszkają o dziesięć mil od nas. Przekonywaliśmy strażników, że Gwiazdeczka to jedyna spośród nas, która popłynęła zamieszkać na Nowej Ziemi, a o wiele więcej Kolanowych przeniosło się na Głównoziemię mieszkać u Davidowych.
Strażnicy słuchali tego wszystkiego. Uśmiechali się, kiwali głowami, że to wszystko prawda, ale ciągle przychodzili. I to nie tylko strażnicy, ale i dowódcy straży. A i handlarze, choć do niedawna to my musieliśmy płynąć na Głównoziemię na handel.
Aż nagle któregoś wstania przyszła cieniomówczyni.Trzy
Ziemia Michaela, nasza mała gromadka szałasów, leżała trochę z dala od Stawu, żeby nie stać na drodze wszystkim ludziom wędrującym ścieżką na klifie do Lona Downika i z powrotem, do wszystkich małych gromadek po tej stronie Stawu. Facet, od którego miała nazwę, umarł, zanim tu przyszłam, i naszymi wysokimi ludźmi były teraz jego wnuki i prawnuki. Była na terenach Głównego Myśliwego, który był Szefem Straży w Domu Lona Downika. On był naszym wysokim człowiekiem i w zasadzie jednym z największych, bo był trzecim synem samego Davida Potężnego, Szefa Straży Ziemi Davidowych, i pradużoprawnukiem Davida Wielkiego. Za to, że mieszkaliśmy pod jego opieką, musieliśmy co roku dawać mu tyle i tyle skór, tyle i tyle suszonego mięsa, tyle i tyle koźlego tłuszczu, tyle i tyle wiązek suszonych gwiazdokwiatów. I jak we wszystkich osadach na Ziemi Davidowych, musieliśmy posyłać wszystkich naszych chłopców, jak tylko wyrosły im nowe włosy, żeby służyli w jego straży, kiedy tylko sobie zażyczy.
Ziemia Michaela nie różniła się, myślę, aż tak od mojej dawnej Ziemi Kolanowców, z szałasami z kory ustawionymi wokół pustego kręgu, gdzie paliliśmy ogniska i śpiewaliśmy piosenki. Pewnie na całym Edenie mali ludzie właśnie tak żyją. Ale pod nogami była czarna ziemia, a nie jasny piasek, a wokół rosły drzewa z Szerokiego Lasu – bieluchy z jasnobiałymi świetlistymi kulami, czerwoniuchy z długimi jarzącymi się różowo rurkami i kolczaki o małych jasnoniebieskich kwiatkach – a nie drzewa kolanowe o obwisłych gałęziach i żółto-zielonych kwiatach. Różniła się jeszcze jedną rzeczą – pośrodku pustego miejsca otoczonego szałasami był jeden krąg, małe kółko z okrągłych kamyków zebranych z brzegu Stawu, w które nikomu nie wolno wejść. Każda gromada Davidowych musiała mieć taki krąg, nawet jeśli jest zupełnie malutka. Była to kopia oryginalnego Kamiennego Kręgu, daleko za Ciemnem, w Okrągłej Dolinie, czyli miejscu, gdzie ludzie z Ziemi pierwszy raz wylądowali na Edenie i w które, jak wierzyli Davidowi, pewnego dnia ziemscy ludzie powrócą. Wokół tego małego kółka z kamyków mieszkało nas około trzydziestu, w tym dorośli, obrostki, starzy i małe dzieci. Teraz to był mój dom. Stałam się jedną z nich, jedną z Davidowych, którzy uważają, że najważniejsza jest rodzina i nic się jest tak ważne, jak to, żeby trzymała się razem.
Kiedy wbiegłam do gromady, brakowało mi tchu. Candy dalej szamotała mi się ze złością na rękach:
– Puszczaj mnie! Puszczaj!
Dziesięciu jedenastu dorosłych siedziało sobie i w spokoju pracowało nad tym i owym – Tom, wódz naszej gromady, powoli kroił kozła swoją jedyną ręką, Lucy zszywała skóry, Kate mieliła gwiazdokwiaty – a małe, gołe dzieciaki bawiły się wokół nich albo pomagały przy prostszych pracach.
– Dave! – krzyknęłam, jak tylko odzyskałam oddech. – Dave! Szybko! Bierz dzieciaki i kozła!
Dave zwrócił ku mnie pociągłą, szarą twarz. Siedział przy ogniu – chyba zawsze było mu zimno – i skrobał koźlą kość, a Metty bawił się obok niego. Zebrał się niepewnie na nogi i zrobił parę kulawych kroków ku mnie, jakby jeszcze do niego nie dotarło, czego właściwie chcę.
– Kate! Davidson! Lucy! – wrzasnęłam. – Zbierajcie dzieciaki! Dmuchajcie w róg! Idą! _Już!_ Pierścieniowi w maskach! Johnowi zza wody!
Co z nimi nie tak? Jak mogą być tak powolni?
– Johnowi? – zapytał Tom.
– Tak, Johnowi, dziesięć łodzi, metalowe maski na twarzach, metalowe dzidy w rękach! No, ruszcie się wszyscy, _już!_ Trzeba uciekać znad brzegu Stawu!
Tom wstał. Był wielkim wielkim mężczyzną o donośnym głosie i nie mógłby się bardziej różnić od swojego brata Dave’a. Długo długo był strażnikiem, póki nie stracił ręki, i był przyzwyczajony do poganiania ludzi.
– Tak jest, wszyscy pakować, co dacie radę zabrać, i ruszamy do Davidowa!
Davidowo stało u podnóża Śnieżnego Ciemna i tam właśnie mieszkał sam David Potężny, kiedy nie objeżdżał swoich ziemi razem ze swoimi wszystkimi szałasowymi oraz większością dzieci, wnuków i prawnuków. Było tam mnóstwo strażników i jeśli jakieś miejsce w Szerokim Lesie mogło sobie dać radę z Johnowymi, to właśnie Davidowo.
– Na serce Geli! – jęknął Dave. – Dopiero co posłałem Liska do Domu Lona Downika po klej. Muszę po niego lecieć.
Lis lubił chodził do Domu Lona Downika wąską ścieżką między drzewami, a nie tą główną prowadzącą po klifie. Lubił sobie wyobrażać, że jest myśliwym i jest całkiem sam daleko w głębi lasu.
– Nie, nie ty, Dave – rzuciłam. – Nie z twoimi krzywostopami. Ty pakuj kozła, przygotuj resztę dzieciaków i jedźcie prosto do Davidowa. Ja pójdę po Lisa.
Mężczyzna Kate, Davidson, zaczął dmuchać w nasz stary róg z pustogałęzi, żeby zwołać ludzi, którzy poszli zbierać lub polować do lasu, i wszyscy zaczęli się zamartwiać o tych, których nie zawołają, na przykład synów w straży i córki, które były domowymi strażników.
– Będą wiedzieć, że poszliśmy do Davidowa – stwierdził Tom. Sam miał w straży czterech synów. – Jak będzie trzeba, przyjdą tam i nas znajdą. Ale myślę, że to nie będzie konieczne. Szybko tu wrócimy. Nasi strażnicy spokojnie dadzą sobie radę z garstką pierścieniowych.
– Dave, weź Candy i Metty’ego – powiedziałam. – Ja pójdę po…
Ale dokładnie w tej chwili do naszej gromady wbiegł Lis, mój mały Lisek, ze swoimi chudymi rączkami i nóżkami oraz wielkimi wielkimi oczyma.
– Mamo, z Domu Lona Downika wszyscy uciekają.
– Wiem, Lisek, wiem – odparłam, puszczając go. – Zobacz, tato już przygotowuje kozła i wszyscy pojedziemy do Davidowa. Tam będziemy bezpieczni.
Dave zarzucił torby z suszonym mięsem i kwiatowymi plackami na grzbiet naszego starego gładziaka, Paskuda, potem usadził na nim Candy i Metty’ego i sam władował się tam za nimi. Nie był leniwy. Wiedział, że jeśli będzie szedł pieszo, jego krzywostopy będą wszystkich opóźniać.
Po płaskich czarnych oczach Paskuda przesuwały się fale szarości, a jego cztery czułki przy pysku węszyły i smakowały powietrze, zupełnie jakby próbował ustalić, czemu ci wszyscy ludzie tak się ożywili. Potem zadarł głowę i wydał ten krótki pisk, jaki wydają kozły, kiedy wiedzą, że coś im grozi.
Kilkoro innych mam i tatów poszło szukać brakujących dzieci, reszta zaś objuczała kozły jak my, suszonym mięsem, patykami do płacenia, skórami do ubrania, skórami do spania, dzidami i wiązkami strzał. Ja zebrałam do garnka trochę węgielków, żeby po drodze dało się coś ugotować.
Gdy wyruszaliśmy w stronę Davidowa, usłyszeliśmy gdzieś z daleka, od brzegu Stawu po stronie Alp, wielki wrzask. Tom kiwnął z namysłem głową, jakby był jedyną osobą, która wie, co to może być.
– Strażnicy na klifie – powiedział – krzyczą, żeby się zagrzać do walki.
Dziwnie było o tym myśleć. W tej chwili wszyscy co do jednego strażnicy z Domu Lona Downika byli cali, zdrowi i silni, podobnie jak każdy z pierścieniowych na tych nowoziemskich łodziach. Lecz zaraz przez wodę polecą tam i z powrotem strzały: w jedną stronę z metalowymi grotami, w drugą stronę ze szklanymi, ludzie zaczną umierać, a ciała, które teraz są sprawne i zdrowe, staną się poranione i chore. Będą też strzały z ogniem. Nasi będą nimi strzelać, żeby podpalić im wiatrołapy, a ich ogniste strzały przylecą w odpowiedzi, żeby spalić szałasy w Domu.
Lis był przerażony, ale bardzo się starał tego nie okazać.
– Szkoda, mamo, że nie mogę popatrzeć na tę walkę! – krzyknął dziwnie, głośno, z ekscytacją, choć stałam tuż obok niego i usłyszałabym go całkiem dobrze, gdyby się po prostu odezwał. – To będzie ekstra ekstra, no i wiem, że nasi ludzie wygrają.
Na grzbiecie Paskuda mały Metty płakał Dave’owi na rękach, wyczuwając strach wokół, zaś Candy marszczyła czoło i w ogóle się nie odzywała. Dave próbował pochwycić mój wzrok, żeby rzucić mi jedno z tych swoich zatroskanych spojrzeń, jakie dorośli rzucają sobie nad głowami dzieci, ja jednak go unikałam. Na serce Geli, pomyślałam, przecież wszyscy aż za dobrze wiemy, jak jest źle.
Kiedy zaczęliśmy odchodzić z Ziemi Michaela, obejrzeliśmy się ostatni raz na szałasy, które sobie pobudowaliśmy, na płot z gałęzi, nad którym pracowaliśmy przez wiele wiele wstań, żeby na pewno był na tyle solidny, by zatrzymać lamparty.Cztery
Opowiadałam wam o tej cieniomówczyni, co przyszła na Ziemię Kolanowców.
Nigdy wcześniej ich nie mieliśmy – Jeff nie wierzył w trzymanie się przeszłości ani w rozmowy z umarłymi – ale widywaliśmy je od czasu do czasu, chodząc z towarami do Wielkiej Głowy. Płakały i darły się otoczone tłumem milczących, zacukanych Davidowych albo nawet dostawały jakiegoś ataku i tarzały się po ziemi z pianą na ustach. Czasami wybierały sobie ludzi z tłumu i mówiły im na oczach wszystkich, co złego narobili. Widziało się wielkich dorosłych Davidowych, jak zwieszają głowy i płaczą jak obsztorcowane dzieciaki.
– Matka Gela wyciąga do was rękę! – jęczały cieniomówczynie. – Ale jak ma wam pomóc, skoro wy nie chcecie swojej ręki wyciągnąć? Jak ma poprowadzić was do domu przez pustkę między gwiazdami?
Czasami nagle zamierały i nasłuchiwały, unosząc ręce w prośbie o ciszę, żeby mogły usłyszeć głosy zmarłych bliskich zgromadzonych ludzi.
– Tak… Tak, to twój chłopczyk, kochana, ten, co umarł. Mówi mi, jak się nazywa… ale niezbyt dobrze go słyszę. David, prawda? Tak myślałam, David; błaga mnie, żebym ci powiedziała, że masz być wierna naszej Matce. Boi się, że inaczej nigdy do niego nie trafisz.
Dorośli Kolanowi zawsze trzymali się od nich z daleka. Jeśli byliśmy w Wielkiej Głowie i natknęliśmy się na występ cieniomówczyni, nasi dorośli szli sobie na górę klifu, siadali i gadali ze sobą, póki nie ucichły krzyki i płacze i cieniomówczyni nie dostała swoich prezentów. „To są sprawy Davidowych – mówili – i nam nic do tego”. Ale obrostki lubią robić inaczej niż dorośli i ja, Gwiazdeczka oraz nasi przyjaciele wykradaliśmy się czasem oglądać te występy. Uważaliśmy, żeby mieć poważne miny i nie patrzeć po sobie – rozumieliśmy, że jesteśmy wśród Davidowych i na ich ziemi, więc nie możemy im dać żadnego pretekstu, żeby byli na nas źli – ale po wszystkim szliśmy razem na górę klifu i gdy tylko znaleźliśmy się sami, wybuchaliśmy śmiechem.
– Matka Gela płacze! – jęczała Gwiazdeczka przez łzy ze śmiechu. – Płacze płacze płacze!
– Wszyscy zginiecie w zimnym zimnym mroku! – szlochał nasz kolega Stawoblask.
– Gwiezdny statek nigdy po nas nie wróci – stękałam ja – jak nie będziecie słuchać Matki i troszczyć się o jej rodzinę!
Zaśmiewaliśmy się. I zachodziliśmy w głowę, jak ci durni Davidowi mogą tak dawać się nabierać? Czy to nie jest dla nich oczywiste, że mówczynie wciskają ludziom to, co ich albo ucieszy, albo przerazi na tyle, żeby wycisnąć z nich dobre prezenty?
Ale przecież to było dla nas oczywiste tylko dlatego, że nasi dorośli powiedzieli nam, na co uważać i jak sobie tłumaczyć to, co widzimy. Rozumieliśmy to tylko dlatego, że nam powiedzieli, jak nauczał Jeff, że życie jednego człowieka jest jak falka sunąca po Stawie – ona znika, ale Staw dalej jest ten sam, przesuwa się tylko tam i z powrotem w swojej ogromnej misie – Matka Gela dawno nie żyje, a nawet jak żyła, była tylko normalnym człowiekiem, nikim więcej i nikim mniej.
Tak, ale choć powtarzaliśmy sobie, że to oczywiste, że cieniomówczynie nie mówią prawdy, myślę, że śmialiśmy się tak głośno właśnie po to, aby zagłuszyć drobne ukłucia wątpliwości, jakie miał każdy z nas. A może oni dobrze myślą? Może to _naprawdę prawda_, że jak nasze ciała umierają, nasze cienie żyją dalej, wędrują przez pustkę między gwiazdami i może gubią się tam na zawsze, całkiem samotne, bez nadziei na towarzystwo, na ciepło?
W końcu przecież Davidowi byli liczni i potężni. Zbudowali Dom Lona Downika, Davidowo, ich ziemie ciągnęły się od Stawu Świat po Okrągłą Dolinę i od Skalnego Brzegu po Białe Strumienie. Mieli Lona Downika, Kamienny Krąg i wszystkie inne rzeczy z Ziemi oprócz pierścienia. Ich Szef Straży był tak wysoki, że miał siedemnaście szałasowych i ponad setkę dzieci. A my kim jesteśmy, żeby mówić, że to oni się mylą, a my mamy rację?
* * *
Więc widzieliśmy już wcześniej cieniomówczynie, ale kiedy jedna przyszła na Ziemię Kolanowców, to było coś zupełnie innego. To była nasza Ziemia, nie Davidowych, a jednak ona tu przyszła, a z nią także strażnicy, strażnicy, którzy podejrzewali, że my, Kolanowi, tak naprawdę jesteśmy Johnowymi w przebraniu, i uważnie się przypatrywali, jak się zachowujemy. Zebraliśmy się, niezadowoleni. Większość dorosłych sądziła, że trzeba w to brnąć, żeby nie rozzłościć Davidowych, lecz tak naprawdę czuliśmy, że to ona jest tutaj nie na miejscu.
– Pamiętajcie, żadnych śmiechów i uśmiechów – ostrzegły matki dzieci, tak jak nasze nas ostrzegały, kiedy szliśmy do Wielkiej Głowy. – Chyba że mówczyni się sama uśmiechnie.
I oto była, stała w samym środku naszego Miejsca Spotkań, tam gdzie gromadziliśmy się każdego wstania, żeby posłuchać nie jakiejś dawno umarłej osoby, nie jakiegoś dalekiego głosu wołającego do nas z Ziemi, ale Patrzącego, który jest blisko blisko nas, tej tajemnej obecności, która patrzy przez oczy każdego. Tuż za nią widziałam drzewo, na którym wyskrobane były słowa samego Jeffa Czerwoniucha. „JESTEŚMY TU NAPRAWDĘ” – napisał.
Usłyszałam, jak któryś ze starszych mruczy, że cieniomówczyni celowo depcze po rzeczach, które są dla nas najważniejsze, zdeptuje historię, która uczyniła z nas Kolanowych, i muszę powiedzieć, że też się tak czułam. Postanowiłam jednak, że najlepiej będzie poradzić sobie z tym, zauważajac śmieszną stronę całej historii. Tak jak kiedyś w Wielkiej Głowie: będę grzecznie słuchać, a potem, kiedy ona i jej strażnicy sobie pójdą, wszyscy się pośmiejemy.
Lecz kiedy stanęliśmy z nią oko w oko, wszystko się zmieniło. Ona w ogóle nie była śmieszna. Widać było, że jest bystra bystra. Widać było, że bystrymi bystrymi oczyma patrzy nam w twarze, zupełnie jakby potrafiła je przeniknąć. Miała na imię Mary. Była niska, tęga, groźnie wyglądająca, z wielką kwadratową twarzą, rudawymi włosami, które ścięła tak krótko, że sterczały jej kępkami i kolcami oraz małymi, przeszywającymi szarymi oczyma. Miała na sobie długoskórę zrobioną z nibyskóry, utkanej z rozgniecionych łodyg gwiazdokwiatów, taką jakie nosili wysocy ludzie na Głównoziemi, choć bez tych wymyślnych kolorów, piór, koralików i suszonych nietoperzowych skrzydełek. My, Kolanowi, nosiliśmy po prostu proste koźle pasoskóry, nogi i piersi mieliśmy gołe.
Mary stała nieruchomo, póki wszyscy się nie uciszyli, a potem, bez słowa, wzięła kijek i narysowała na piasku kółko, jak to robią Davidowi, kiedy znajdą się w miejscu, gdzie jeszcze nie ma kamiennego kręgu. Potem wyprostowała się i rozejrzała po nas. Zrobiła znak Davidowych, dokładnie pośrodku miejsca, gdzie spotykaliśmy się, żeby słuchać naszych własnych historii, zupełnie jakby czekała, czy się sprzeciwimy. Nikt z nas tego nie zrobił – byliśmy na tyle mądrzy, żeby nie robić niczego, co by zezłościło Davidowych, a zresztą Mary nie była kimś, z kim chciałoby się kłócić – więc weszła do swego kółka, co podobno wolno było robić tylko cieniomówczyniom i Szefowi Straży.
– Wiecie, co oznacza Krąg? – zapytała.
Nikt nie chciał odpowiadać, ale ona po prostu czekała, dobrze wiedząc, że wcześniej czy później ktoś nie wytrzyma przeciągającej się ciszy. I rzeczywiście, w końcu odezwała się kobieta zwana Ogniczką.
– Kamienny Krąg – mruknęła.
Mary kiwnęła głową.
– Dziękuję. Masz rację. To koło oznacza Kamienny Krąg, miejsce, gdzie usiadł Lon Downik z Ziemi i w które pewnego dnia powrócą ziemscy ludzie. Ale nie tylko. Oznacza także jedyną Prawdziwą Rodzinę Edenu, która łączy nas wszystkich. John Czerwoniuch próbował rozbić tę Rodzinę, ale choć wywołał wiele zamętu, Rodzina pozostała cała. _Jeff_ Czerwoniuch też próbował rozbić tę rodzinę. – Przerwała, żeby popatrzeć po naszych twarzach, czekając, czy ktoś nie zareaguje na to oskarżenie wobec naszego ukochanego Jeffa. – _On także_ narobił wiele zamętu. Ale i tak Rodzina jest jedna, jedna Rodzina i jedna Matka. A nasza Matka nadal kocha nas wszystkich.
I znów zrobiła przerwę, z kijkiem w dłoni, popatrując po naszych twarzach, ustalając, do kogo najłatwiej będzie dotrzeć, a do kogo najtrudniej. Nagle chwyciła mocniej ten kijek, przełamała go na pół i cisnęła połówki w nas, na lewo i prawo.
– Och, wy, głupi głupi ludzie! Jak dzieci! – Prychnęła kropelkami śliny. – Ukrywacie się tutaj, na jasnej wodzie! I myślicie, że to wam w czymś pomoże, co? Myślicie, że to was uratuje? Przed czym niby?
Przerwała na krótką chwilę, żeby pytania dotarły, i mówiła dalej:
– Tak, tak, możecie się tu ukryć przed problemami, to wam przyznam. Możecie się ukryć i nie brać w niczym udziału. Ale czy myślicie, że przed śmiercią też da się ukryć?
Widziałam wokół Miejsca Spotkań wykrzywione złością twarze. Widziałam ludzi, którzy powstrzymywali się, żeby nie zacząć krzyczeć czegoś na naszą obronę. Jednak widziałam też wiele twarzy, na których malował się lęk. I to nie tylko dzieciaków, ale i dorosłych, co mieli miny jak obsztorcowane dzieci. Sama byłam bliska łez. Mary sprawiła, że wstydziłam się, że jestem jedną z Kolanowych.
– Macie dużo dużo szczęścia – powiedziała. – Wasza Matka nadal was kocha. Mimo wszystko. Odwróciliście się do niej plecami, tak. Zdeptaliście jej twarz. Odwróciliście się i pozwoliliście ukraść jej bezcenny pierścień. A jednak nadal was kocha. Bo ona…
Urwała, jakby coś jej przerwało, i nagle zaczęła się trząść. Z początku myśleliśmy, że dostała jakiegoś ataku, potem jednak zdumieni i przerażeni dostrzegliśmy, że wstrząsa nią łkanie.
– Słyszę ją – powiedziała Mary, z trudem opanowując głos. – Słyszę ją teraz. Matka Gela płacze, ale… ale… och, nasza kochana Matka! Ona nie użala się nad sobą, choć tak ją zraniliście. Ona płacze za wami. Płacze płacze płacze z żalu za swoimi głupimi dziećmi. I nigdy nie przestanie płakać, póki wszyscy, co do jednego, nie odwrócicie się od złego Johna i głupiego Jeffa i nie wrócicie do Jedynej Prawdziwej Rodziny Edenu.
Czułam, że łzy płyną mi już po twarzy, i widziałam, że inni na naszym Miejscu Spotkań także płaczą. No, w sumie… przecież ukrywaliśmy się tu, prawda? Ukrywaliśmy się tu od pokoleń! Świat szedł swoją drogą, za wodą, bez nas, Eden rósł i zmieniał się, lecz my nie chcieliśmy brać w tym udziału, tkwiliśmy tutaj w odosobnieniu, ścinaliśmy korę i łowiliśmy, tak jak nasi rodzice i ich rodzice, odwracając się plecami do wszystkiego innego.
Mary podeszła do młodej dziewczyny, Jasnejwody, i zapytała, jak się nazywa.
– Wiesz, dlaczego nasza Matka płacze za tobą, Jasnawodo? – powiedziała.
Jasnawoda wypłakiwała sobie oczy.
– Bo… – Siąknęła nosem. – Bo jesteśmy niedobrzy!
Mary pokręciła głową, na wpół uśmiechając się przez własne łzy.
– Nie, _nie dlatego_, że jesteś niedobra, Jasnawodo! Dlatego że nie wyciągasz do niej ręki, a jeśli tego nie robisz, ona do ciebie nie sięgnie. A wiesz, co się wtedy stanie?
Jasnawoda pokręciła głową. Ocierając łzy wierzchem dłoni, Mary wróciła do swego kręgu pośrodku Miejsca Spotkań.
– To ja ci powiem, Jasnawodo, co się stanie. Któregoś wstania umrzesz, jak my wszyscy, twój cień uleci z ciała i naszego biednego ciemnego Edenu. Poleci w czerń między gwiazdami. Tam jest zimno zimno i nie ma drzew, które by grzały. Będziesz się trząść, będziesz samotna i przestraszona, będziesz szukać i szukać, jak wszystkie nasze cienie, ciepła i światła Ziemi. Ale tylko popatrz, Jasnawodo, na gwiazdy. Są jak las, prawda? Są jak wielki wielki las, pełen lampokwiatów. Wiemy, że gdzieś wśród tych tysięcy tysięcy gwiazd jest Ziemia, ale czy będziesz umiała ją znaleźć? Popatrz na gwiazdy, Jasnawodo, i powiedz mi. Znajdziesz drogę do Ziemi?
Jasnawoda zerknęła z przestrachem w górę, na wielkie koło Gwiezdnego Wiru, gdzie gwiazdy upchane są tak ciasno, że tworzą jedną smugę światła. Zaszlochała i pokręciła głową.
– Matka Gela będzie cię wołać – powiedziała Mary – ale co ci z tego przyjdzie, skoro nigdy jej nie poznałaś i nie nauczyłaś się rozpoznawać jej głosu? I nikt cię nie poprowadzi. Będziesz tak wędrować, wędrować i wędrować, tam gdzie jest sto razy zimniej niż na Śnieżnym Ciemnie i sto razy ciemniej niż w Głębokim Mroku daleko pośrodku Stawu Świat. Będziesz tam całkiem sama, będziesz się trząść, samotna, zagubiona i tak do końca świata.
Jasnawoda zakryła twarz dłońmi i się rozpłakała. Mary znów popatrzyła po nas, przejrzała nasze twarze, oceniając je.
– Wy głupi, nierozsądni ludzie – powtórzyła. – Myślicie, że ukryjecie się przed śmiercią? Myślicie, że ten wasz Patrzący pokaże wam drogę do domu? Patrzący, co patrzy waszymi oczyma? _Patrzący!_ Jak on w ogóle może wam pokazać jakąś drogę, skoro sami przyznajecie, że on jest tylko w głowie? Tylko Gela może wam pomóc, a jeśli chcecie jej pomocy, musicie wyciągnąć do niej rękę. Odwrócić się od złodziei pierścienia, odwrócić się od tych, co sprowadzili na Eden zabijanie, odwrócić się od Johna i jego kuzyna krzywostopa Jeffa i wrócić do ludzi Geli i jej syna Davida Wielkiego, silnego silnego Davida, który utrzymał jedność Rodziny, kiedy John i Jeff próbowali ją rozbić.
Padła na kolana i znów zaczęła się trząść. Nie udawała, to było widać. Naprawdę cierpiała, ale jednocześnie słuchała słuchała słuchała jakiegoś słabiutkiego głosiku, który słyszała tylko ona i żadne z nas.
– Nasza Matka mnie błaga – powiedziała. – Ona _błaga_ mnie. „Proszę, Mary, postaraj się”, mówi. „Proszę proszę, zrób wszystko, co tylko możesz, żeby przyprowadzić do mnie tych nieszczęsnych ludzi, zanim będzie za późno”.
Może my naprawdę źle myślimy, przyszło mi do głowy. Jeff często mówił (a przynajmniej tak nam opowiadano), że liczy się tylko miejsce, w którym jesteśmy teraz, ale może jest dokładnie na odwrót? Może to w ogóle nie jest prawdziwy świat i ten świat, który się liczy, ten, co będzie trwał, jest gdzieś tam między gwiazdami, daleko daleko od tego smutnego i ciemnego miejsca? Może dlatego życie tutaj wydaje się tak puste, tak przepełnione smutkiem i rozczarowaniem. Jesteśmy jakby w podróży i jeszcze nie dotarliśmy do celu. I Davidowi to wiedzą, a my, Kolanowi, skuleni tu na naszym skrawku piasku odwracamy się plecami i powtarzamy sobie, że jesteśmy już u celu.
I kiedy przez głowę przelatywały mi wszystkie te myśli, Mary nagle spojrzała wprost na mnie, jakby mnie po raz pierwszy zobaczyła. Znowu wyszła ze swojego kręgu i podeszła do mnie. Bałam się strasznie strasznie, myślałam, że będzie na mnie zła i opowie wszystkim, jakie to złe i zawstydzające rzeczy robiłam, lecz minę miała czułą i zatroskaną. Wzięła mnie za rękę, drugą delikatnie pogładziła mnie po twarzy, dotykając brzegu tej paskudnej dziury w miejscu, gdzie powinna być normalna twarz. I odezwała się do mnie łagodnie łagodnie.Sześć
Tym razem, kiedy w końcu dotarliśmy do Davidowa, stwierdziłam, że chyba wszyscy mieszkańcy zebrali się na wielkim Miejscu Spotkań, pomiędzy Wielkim Szałasem i stawem w kształcie litery L. Potężny właśnie wziął sobie nową młodą szałasową i urządził z tej okazji święto. Na jednym końcu Miejsca Spotkań stanęła drewniana podłoga, na której mężczyzna brzdąkał na strunie małej gitary, kobieta śpiewała, a kolejny mężczyzna klepał w bęben. Lecz kiedy skończyli piosenkę, przywódca straży wyszedł i przemówił do wszystkich.
– Ludzie! Ludzie! Szef Straży całego Edenu, David Potężny.
Wszyscy uklękli i pochylili głowy, a na drewnianą podłogę wgramolił się gruby stary mężczyzna o siwych włosach, ubrany w długą niebieską skórę, z młodą dziewczyną-obrostkiem pod rękę. Na Ziemi Kolanowców słyszeliśmy o nim historie, jaki jest ostry, jaki okrutny, że przywiązuje wrogów do gorących kolczaków i tak ich zostawia, krzyczących, aż z pleców zejdzie im cała skóra i mięso. Lecz ten staruszek wydawał się taki miły i dobry, że aż trudno było uwierzyć, że to ten sam człowiek, prapraprawnuk Davida Wielkiego. Wyglądał bardziej na czułego starego wujka, co trzyma dla ciebie kawałki drzewosłodu i rzeźbi ci zabawki z kości.
Na drewniane podwyższenie weszły kolejne osoby z rodziny Potężnego – jego najstarszy syn Wódz Mehmet, który po jego odejściu będzie Szefem Straży, gromadka dorosłych córek i synów, cztery pięć następnych szałasowych i około dwudziestki lub więcej dzieci, wnuków i prawnuków. Potężny objął ramieniem swoją nową ładną szałasową, drugim jednego z dorosłych wnuków i kazał najmniejsze dzieci skupić przed sobą, wszystkie w pięknych długich nibyskórach, obszytych piórami, skrzydełkami nietoperzy i kolorowymi kamykami.
– Wszyscy wstać! – zawołał do nas. – Tańczymy! Bawimy się! To jest święto, święto mojej rodziny. I nie chodzi tylko o moją rodzinę, którą tu widzicie, z moją piękną nową szałasową, ale o moją _wielką_ rodzinę, Prawdziwą Rodzinę Edenu, czyli o was wszystkich.
Tłum wydał radosną owację.
– Jesteśmy Davidowi – powiedział stary człowiek – a David Wielki nauczył nas dwóch rzeczy; dwóch rzeczy, które macie pamiętać i nigdy nigdy nie zapomnieć. Pierwsza, że na Edenie jest tylko jedna Prawdziwa Rodzina, jesteśmy w niej wszyscy i musimy dbać, żeby trzymała się razem, choćby nie wiem co. Druga, że czasem to oznacza, że trzeba być surowym. Dawno temu, kiedy David Wielki był młody, na górze w Okrągłej Dolinie, wszyscy ludzie Edenu mieszkali razem wokół Kręgu, który zrobili nasi Matka i Ojciec. Rozumieli pierwszą prawdę, którą właśnie powiedziałem, że rodzina jest ważna, ale zaniedbali tę drugą. A to znaczyło, że kiedy John Czerwoniuch zaczął wyczyniać te swoje głupoty koło Rocznicy Jeden Sześć Trzy, Rodzina nie była dla niego tak surowa, jak powinna. Tylko David Wielki wiedział, że to nie pora na dobroć. Tylko on widział, że to taka sytuacja, jak kiedy robi ci się czyrak na karku. Trzeba go potraktować nożem i tyle. Lecz reszta się zawahała. Oj, nie! Nie! Nóż, to będzie bolało! A to znaczyło, że kiedy w końcu nabrali rozumu, było za późno. Mleczny John podzielił ich na dwoje. I tak doszło do sytuacji, którą mamy teraz, dwie ziemie naprzeciwko siebie po dwóch stronach Stawu, które się nienawidzą. Nic z tego by się nie stało, nic a nic, gdyby tylko rodzina usłuchała Davida Wielkiego.
Zdjął ręce z ramion swojego młodego wnuka i jeszcze młodszej szałasowej i podniósł jedno z małych dzieci.
– Ludzie, czyż nie jest piękna? – zapytał, a wszyscy wiwatowali. – Mam osiemdziesiąt dwa dzieci, dziewięćset czterdzieści jeden wnuków i… prawnuków więcej, niż dam radę zliczyć… i wiecie co? Ja je wszystkie kocham. Wszyscy tu jesteście porządnymi Davidowymi, ja to widzę, i na pewno to rozumiecie.
Znowu wszyscy radośnie krzyknęli, a Potężny zerknął na jedną ze swych kobiet, żeby wzięła od niego dziewczynkę.
– I dlatego przede wszystkim rozwścieczają mnie ci Johnowi – dodał – bo twierdzą, że gdyby nie oni, wszyscy dalej mieszkaliby w Okrągłej Dolinie. Oczywiście, że nie! Na fiuty Toma i Harry’ego, my, Davidowi, znaleźlibyśmy drogę przez Ciemno w swoim czasie, bez żadnej pomocy Mlecznego Johna. Jasne, że byśmy znaleźli! Ale zrobilibyśmy to, kiedy _wszyscy_ byliby gotowi! I tym się właśnie od nich różnimy. My dbamy o wszystkich. Kiedy gdzieś idziemy, pilnujemy, żeby wszyscy byli gotowi.
Rozejrzałam się po ludziach wokół. Strasznie strasznie potrzebowałam czyjejś pomocy, ale cokolwiek by stary Potężny nie wygadywał o jednej Rodzinie, wszyscy tu wyglądali mi na obcych. Zauważyłam obok strażnika, który chyba także mnie zauważył. Był ode mnie może o dwadzieścia lat starszy, a dzidę trzymał w jednej dłoni, bo drugą miał odciętą w nadgarstku. Zorientował się, że na niego zerkam, i chyba zrozumiał, że jestem przerażona i zdesperowana, bo kiwnął na mnie głową, żebym do niego podeszła.
– Wyglądasz na zagubioną, malutka – powiedział.
Odpowiedziałam, że tak. Rozstałam się z cieniomówczynią Mary, a ona była moją jedyną pozostałą rodziną. Nie wiedziałam, dokąd mam pójść i byłam głodna głodna.
– Proszę – powiedział. – Masz parę placków, a kiedy to się skończy, dam ci jeszcze parę.
I to był Tom. Wtedy był jeszcze w straży, ale jego Szef Straży zamierzał odesłać go na Ziemię Michaela, przez brakującą dłoń, a także dlatego, że nie był już młody. Później znalazł dla mnie jakieś jedzenie i pozwolił spać w swoim szałasie, a ja dałam mu się trochę ze mną poślizgać, po prostu dlatego, że byłam wdzięczna. Odwrócił mnie tyłem do siebie – mężczyźni często tak robią – i coś tam do siebie stękał. Ja zamknęłam się we własnej głowie, póki nie skończył.
Przez następne osiem lat, kiedy mieszkałam na Ziemi Michaela, to się od czasu do czasu zdarzało. Tom szedł za mną do lasu, kazał się nachylić, a po wszystkim po prostu szedł dalej jak gdyby nigdy nic albo do swojej gromady, albo dalej na polowanie. Nigdy o tym nie wspominaliśmy, ale jakimś sposobem było jasne, że to jest w zamian za to, że pozwolił mi pójść ze sobą na Ziemię Michaela. Szczerze mówiąc, to ja pewnie liczyłam, że może dzięki temu mniej moich dzieci będzie miało krzywe stopy.
Za tym pierwszym razem w Davidowie, w jego surowym, małym szałasie, po wszystkim po prostu się położył, rzekł: „Śpij dobrze” i prawie od razu zaczął chrapać. Ale kiedy się obudziliśmy, był całkiem miły. Powiedział, że pójdzie sobie ze straży i wróci na Ziemię Michaela do swojej szałasowej i dzieci.
– Umiem poznać, kiedy mnie nie chcą – stwierdził.
Dodał, że jego tato jest tam wodzem gromady, ale jest już na to za stary i pewnie on przejmie to po nim.
– Powinnaś pójść ze mną – powiedział. – Mój brat Dave rozgląda się za szałasową. Jest krzywostopem i trochę słabogłowem, ale jest całkiem w porządku. Myślę, że byście się dogadali.