Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
4559 pkt
punktów Virtualo

Córka Edenu. Cykl Ciemny Eden. Tom 3 - ebook

Łodzie pierwsza zauważa mała Candy – płynie na nich po pięciu ludzi w metalowych maskach, z dzidami, gotowych do walki. Na Edenie rozpoczyna się groźna epoka: ludzie z Nowej Ziemi wypowiadają wojnę Głównoziemi. Po latach podziałów i niezgody, dwie krainy Edenu w końcu burzą chwiejny pokój, rozpoczynając krwawą rzeź. Angie Czerwoniuch musi uciekać przez mrok Śnieżnego Ciemna do miejsca, gdzie się wszystko zaczęło, gdzie jest kamienny krąg, w którym wylądowali ludzie z Ziemi i zaczęła się historia Geli – matki ich wszystkich. I właśnie tam jest świadkiem niezwykłego wydarzenia, które na zawsze odmieni losy Edenu, zmieni ich przyszłość i przebuduje ich przeszłość. To jest początek i koniec zarazem. To prawdziwa historia Edenu.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-64-6
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jeden

Kiedy tak przy­po­mi­nam sobie wszystko, co się od tego czasu stało, czuję się, jak­bym pró­bo­wała patrzeć poprzez drzewa i lam­po­kwiaty całego lasu. Pomię­dzy tam­tym cza­sem a dzi­siej­szym stoi tyle rze­czy, a jed­nak tam daleko, daleko to jestem ja, dawna ja, Angie Czer­wo­niuch. Idę sobie ścieżką po wyso­kim brzegu w stronę Domu Lona Downika, a moja mała Candy pod­ska­kuje i tań­czy koło mnie. Po pra­wej stro­nie mam świe­cącą wodę, różową i zie­loną, cią­gnącą się aż po Brzeg Świata. Po lewej – buczący las: ciemne pnie, świe­cące lam­po­kwiaty, jasne gwiaz­do­kwiaty i tak bez końca, aż po góry Śnież­nego Ciemna. Ponad nami ogromna spi­rala Gwiezd­nego Wiru wypeł­nia w cało­ści czarne czarne niebo. Niosę worek pełen kościa­nych narzę­dzi, na sprze­daż.

– Mru­gaj mru­gaj, gwiazdko ma – śpiewa Candy i kręci się na boki. Ma cztery lata, pięć łon­cza­sów, jak się mówiło, kiedy byłam mała, ale ta Angie na brzegu tak długo już mieszka wśród Davi­do­wych, że przy­zwy­cza­iła się myśleć latami.

Przed sobą mamy Dom Lona Downika, naj­więk­sze tar­go­wi­sko Davi­do­wych – stoi sobie na szczy­cie wyso­kiego brzegu, w miej­scu, gdzie dawno, dawno temu stał John Czer­wo­niuch i zasta­na­wiał się, czy nie rzu­cić meta­lo­wego pier­ście­nia Geli z powro­tem do wody. Dom Lona Downika cały pło­nie od świa­teł, choć to brudny, ostry, nie­bez­pieczny blask, cał­kiem inny niż łagodne świa­tełka lasu, a od góry przy­krywa go jak zawsze pła­ska chmura dymu. Świeci brud­nym poma­rań­czo­wym kolo­rem na tle gwiezd­nego nieba.

To jeste­śmy ja i Candy dawno temu: dwie kro­peczki na wyso­kim brzegu, pomię­dzy świe­cącą wodą i świe­cą­cym lasem, pod zim­nym bla­skiem dale­kich gwiazd.

– Mamo, zobacz – mówi Candy. – Ile łódek!

* * *

Dom Lona Downika zoba­czy­łam po raz pierw­szy dzie­sięć lat wcze­śniej. Przy­pły­nę­li­śmy łodzią całą gro­madą, z małej piasz­czy­stej wysepki, gdzie się wycho­wa­łam, daleko w stronę Gór Ska­li­stych od Lona Downika i dzie­sięć mil w głąb wody. Ja i moja przy­ja­ciółka Gwiaz­deczka były­śmy tak pod­nie­cone, że puści­ły­śmy się bie­giem jak dzie­ciaki, a doro­śli zostali z tyłu, sta­ra­jąc się dotrzy­mać nam kroku. Na serce Geli! Jakie kolory, jacy ludzie, jakie towary na sprze­daż! Wszystko wyda­wało się nam wspa­niałe. I to jesz­cze zanim zoba­czy­ły­śmy samego Lona Downika, oto­czo­nego wyso­kim pło­tem, ten tajem­ni­czy meta­lowy przed­miot ocie­ka­jący ziem­ską dziw­no­ścią.

Ale ta póź­niej­sza ja, ta, co szła ścieżką wzdłuż klifu z Candy, miesz­kała już koło Domu Lona Downika od ośmiu lat. Cho­dzi­łam wtedy tą ścieżką, co parę wstań, z torbą dro­bia­zgów, które mój chłop Dave rzeź­bił z koź­lej kości – noży, skro­ba­czek, kol­czy­ków, kora­li­ków – i Dom Lona Downika stał się już dla mnie czymś zwy­czaj­nym. Tak się zawsze dzieje, myślę – to, co zwy­czajne, cię nuży i zaczy­nasz tęsk­nić za czymś barw­nym, pięk­nym i nie­osią­gal­nym, a potem się oka­zuje, że to jed­nak _jest_ do osią­gnię­cia i znów staje się kolejną zwy­czajną rze­czą. Nawet już nie patrzy­łam na lampy na koźli tłuszcz, choć ich nie­spo­kojne świa­tło kie­dyś wyda­wało mi się tak dziwne, groźne i pełne moż­li­wo­ści. Nie patrzy­łam na kol­czyki z kolo­ro­wych pió­rek ani na nie­to­pe­rze cze­ka­jące w klat­kach na zro­bie­nie i ugo­to­wa­nie na miej­scu. Szłam pro­sto do han­dla­rzy, któ­rzy brali ode mnie towary, dawali w zamian patyki, a potem pro­sto do innych han­dla­rzy, u któ­rych wymie­nia­łam patyki na potrzebne nam rze­czy, a potem z powro­tem na Zie­mię Micha­ela.

A co do meta­lo­wego Lona Downika za pło­tem, no cóż – nie licząc tego, że zapro­wa­dzi­łam dzie­ciaki, żeby go obej­rzały (a oprócz Candy mia­łam naj­star­szego Lisa i małego Meh­meta, na któ­rego prze­waż­nie mówi­li­śmy Metty) – to prak­tycz­nie o nim nie myśla­łam. No tak, był wielki. No tak, ci, co go zro­bili, umieli rze­czy, któ­rych nawet nie mogli­śmy sobie wyobra­zić. Tak, pocho­dził z Ziemi i zgi­nęło w nim troje ludzi. Ale wszystko to było dawno dawno temu. A ja mia­łam teraz pod opieką ludzi, któ­rzy są pod ręką, praw­dzi­wych, żywych ludzi, któ­rym jestem potrzebna. Zaś jeśli cho­dzi o tych, co ode­szli, to też mia­łam ich aż nadto do opła­ki­wa­nia z mojego życia. Na przy­kład trójkę innych dzieci – małą Gwiaz­deczkę, Petera i Radość. Wszyst­kie zmarły kilka wstań po uro­dze­niu.

– Mamo, _zobacz!_ – powie­działa znowu Candy. – Dużo dużo dużo łodzi.

– Tak, skar­bie – odpar­łam. – Tu _naprawdę_ dużo jest tych łodzi, co nie?

Nawet nie chciało mi się spoj­rzeć. Łodzie cią­gle kur­so­wały pomię­dzy Domem Lona Downika i całą resztą Edenu. Mała Candy cią­gle je poka­zy­wała i zwy­kle jej ule­ga­łam, patrzy­łam i uda­wa­łam zasko­cze­nie i podziw na ich widok. Lecz cza­sami, kiedy roz­my­śla­łam o prze­szło­ści, o wszyst­kim, co stra­ci­łam, od patrze­nia na wodę robiło mi się smutno i wola­łam spo­glą­dać na to, co bli­sko, świe­cące drzewa, kamie­nie na ścieżce, fale chlu­piące o brzeg pod nami, grube gałę­zie świe­tli­stych wod­nych drzew, zie­lo­nych i różo­wych, koły­szące się tam i z powro­tem pod wodą. Wyda­wało mi się, że lepiej sku­pić się na tym, co bli­sko, nie na tym, co daleko i poza moim zasię­giem.

Tu, na tej jasnej wodzie, po raz ostatni widzia­łam moją przy­ja­ciółkę Gwiaz­deczkę. Sta­łam tam, na ska­li­stym urwi­sku, patrzy­łam na jej łódkę, ciemną na jasnej wodzie, póki nie pochło­nął jej Brzeg Świata, i pła­ka­łam. Także tam – dalej, dalej na ska­łach – poże­gna­łam się ze wszyst­kimi zna­nymi mi ludźmi z małej i spo­koj­nej Ziemi Kola­now­ców nad jej małym wod­nym laskiem, daleko daleko na jasnej wodzie.

– No, ale _zobacz_, mamo! – zawo­łała znowu moja mała, szar­piąc mnie nie­cier­pli­wie za rękę. – _Dużo_ łodzi. Jedna-dwie-trzy-cztery-pięć! I są wszyst­kie razem. _W ogóle_ nie spoj­rza­łaś!

No to w końcu spoj­rza­łam i zoba­czy­łam pięć łodzi obok sie­bie roz­cią­gnię­tych wzdłuż Brzegu Świata – pięć ciem­nych kształ­tów z wia­tro­ła­pami zmie­nia­ją­cymi się z różo­wych w zie­lone w różowe od biją­cego z dołu wod­nego świa­tła.

– Pro­szę, Candy. Pięć łodzi. Mądra dziew­czyna. Dobrze dobrze ci już idzie licze­nie.

Pięć, sześć łodzi naraz nie było tu niczym nie­zwy­kłym. Cza­sem bywało i wię­cej. W Domu Lona Downika zawsze był wielki ruch, one przy­pły­wały tam z całego Edenu, ale ni­gdy nie widzia­łam, żeby pięć naraz pły­nęło razem i w jed­nym kie­runku. Zacie­ka­wiło mnie, skąd są. Były czasy, kiedy się wie­działo, że jak łódź ma wia­tro­łap, to musi być z Nowej Ziemi, ale teraz wszy­scy je robili i nikogo już nie inte­re­so­wały łodzie z pni ani małe łódki z kory, jakie kie­dyś robi­li­śmy na Ziemi Kola­now­ców. Po raz kolejny, pomy­śla­łam, Joh­nowi byli w czymś pierwsi.

– Cie­kawe, co wiozą.

– Metal – powie­działa Candy. – Albo kolo­rowe kamie­nie. Koźli tłuszcz. Korę.

Wie­działa, że han­dla­rze zza stawu przy­wożą do Domu Lona Downika wła­śnie takie rze­czy, bo tak jej z ojcem powie­dzie­li­śmy. Metal pocho­dził z Nowej Ziemi. Kolo­rowe kamie­nie przy­pły­wały łodziami z Brą­zo­wej Rzeki (cho­ciaż sły­sza­łam, że naprawdę pocho­dzą z Pół­nieba, po dru­giej stro­nie Śnież­nego Ciemna). Koźli tłuszcz zwo­żono ze wszyst­kich brze­gów Stawu, gdzie jesz­cze zostały tłusz­czaki, aby żywić żar­łoczne lampy Domu Lona Downika. Kora przy­cho­dziła od czasu do czasu z mojego daw­nego domu, Ziemi Kola­now­ców, drogą po ska­łach zza Brzegu Świata. Łodzi spe­cjal­nie się z niej już nie robiło, ale cał­kiem dobrze nada­wała się na dachy.

– Pew­nie tak, skar­bie.

Poczu­łam, że budzi się we mnie nagły nie­po­kój, jak peł­znący drzewną rurą peł­zak, dra­piący mnie w tcha­wicę set­kami małych ostrych nóżek. Czemu przy­pływa naraz pięć łodzi i to obok sie­bie? I czemu, zasta­na­wia­łam się, w miarę jak się zbli­żały, stoi na nich tylu ludzi i patrzy w naszą stronę przez jasną wodę? Tylu ludzi i tak mało jakie­goś ładunku!

– Zobacz! – zawo­łała pod­eks­cy­to­wana Candy. – _Jesz­cze wię­cej_ łodzi.

Na serce Geli. Za pierw­szymi poja­wił się rząd pię­ciu kolej­nych pły­ną­cych zza Brzegu Świata. Zaci­snę­łam dłoń na rączce córeczki, a ta spoj­rzała mi z nie­po­ko­jem w twarz.

– Co się dzieje, mamo?

– Pew­nie nic, skar­bie – powie­dzia­łam – ale idziemy poszu­kać taty i braci.

– Mie­li­śmy iść do Domu Lona Downika!

– Innym razem, skar­bie. – Pocią­gnę­łam ją z powro­tem. – Bo ja muszę… no… poroz­ma­wiać z twoim tatą o tych łodziach.

– Au, to boli.

Obej­rza­łam się z powro­tem na Staw. Widzia­łam teraz twa­rze ludzi na pierw­szych pię­ciu łodziach, oświe­tlone od dołu wod­nym świa­tłem. To nie były _twa­rze,_ lecz meta­lowe maski.

Porwa­łam Candy na ręce i puści­łam się bie­giem.Dwa

Wtedy, gdy pierw­szy raz poszłam do Domu Lona Downika z Gwiaz­deczką i resztą, myśla­łam, że robimy to dla roz­rywki. Tro­chę sobie pohan­dlu­jemy, spoj­rzymy na Lona Downika, a potem z dumą wró­cimy do domu i będziemy o wszyst­kim opo­wia­dać naszym ludziom z Ziemi Kola­now­ców, co naj­da­lej dotarli do nie­cie­ka­wej Wiel­kiej Głowy. Myśla­łam, że tak wła­śnie będzie. Nic się wła­ści­wie nie zmieni.

A tak naprawdę zmie­niło się _wszystko_. Kiedy tam byli­śmy, Gwiaz­deczka spo­tkała dziw­nego, pięk­nego i potęż­nego męż­czy­znę, zwa­nego Zie­lo­no­ka­my­kiem. Był z Joh­no­wych z Nowej Ziemi po dru­giej stro­nie wody i mówił po angiel­sku tak dziw­nie, że na początku ciężko go było zro­zu­mieć. Miał przy­pinkę z metalu i towa­rzy­stwo ludzi z meta­lo­wymi dzi­dami, któ­rzy wszę­dzie za nim cho­dzili i robili, co kazał. Od samego początku było widać, że to wysoki wysoki czło­wiek, a potem się oka­zało, że wysoki jak nikt, bo był Synem Naczel­nika Nowej Ziemi. I jak wszy­scy wysocy, był przy­zwy­cza­jony, że co zechce, to dostaje, a jak tylko zoba­czył Gwiaz­deczkę, no, to ją zechciał. Była ładna ładna i mądra mądra, a teraz, jak się zasta­no­wię, to widzę, że i ona była przy­zwy­cza­jona, że co zechce, to dostaje, zwłasz­cza od męż­czyzn. Poje­chała z nim, daleko daleko za wodę, a my wró­ci­li­śmy na Zie­mię Kola­now­ców bez niej.

Stra­ci­łam naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Dowie­dzia­łam się, że na świe­cie są rze­czy, które moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka ceni bar­dziej niż moją przy­jaźń, zoba­czy­łam też na wła­sne oczy, że są rze­czy, które mogą się przy­da­rzyć komuś ład­nemu, jak Gwiaz­deczka, ale mnie się ni­gdy nie przy­da­rzą. Bo jestem nie­to­py­skiem. Nie mogę zamknąć ust, bo łączą mi się z nosem w jedną poplą­taną dziurę pełną krzy­wych dzią­seł i krzy­wych zębów. Jak się dobrze sta­ram, ludzie mnie lubią, kiedy już mnie poznają, ale nikt w życiu się we mnie nie zako­cha tak, jak Zie­lo­no­ka­myk w Gwiaz­deczce ani jak ona w nim. (Zie­lo­no­ka­myk led­wie był w sta­nie się prze­móc, żeby się do mnie ode­zwać albo spoj­rzeć mi w twarz).

I teraz Gwiaz­deczka miała pójść do nowego i cudow­nego miej­sca, gdzie nauczyli się robić metal i łodzie, które płyną z wia­trem – Zie­lo­no­ka­myk mówił, że przy nim nawet Dom Lona Downika wyda się mały i ciemny – a ja wra­ca­łam na mój skra­wek pia­chu, żeby ciąć korę i zbie­rać orze­chy wodne z tymi samymi ludźmi, któ­rych znam całe życie. Dobra, porządna Angie – może nie ma na co popa­trzeć, ale ciężko pra­cuje i ma dobre serce.

Oj, jaka smutna smutna się czu­łam, jakby ktoś mi zro­bił w środku wielką bolącą dziurę. Ale na­dal myśla­łam, że życie na Ziemi Kola­now­ców będzie się toczyć jak przed­tem.

* * *

Myli­łam się strasz­nie strasz­nie strasz­nie. Fale po tym, co się wyda­rzyło w Domu Lona Downika, wciąż roz­cho­dziły się po świe­cie. Miały dotrzeć na Nową Zie­mię, do Brą­zo­wej Rzeki, a Brą­zową Rzeką przez góry do ziemi zwa­nej Pół­nie­bem. A jedno, co się miało zmie­nić – odtąd Davi­dowi zupeł­nie ina­czej patrzyli na nas, Kola­no­wych. Przez to Zie­mia Kola­now­ców na dobre się zmie­niła.

Bo rozu­mie­cie, w Domu Lona Downika miesz­kali Davi­dowi, podob­nie jak koło nas w Wiel­kiej Gło­wie i wszy­scy inni po tej stro­nie stawu od Skal­nego Brzegu, przez Dom Lona Downika aż po Zie­mię Brą­zo­wej Rzeki daleko w stronę Alp. Za to w Nowej Ziemi oczy­wi­ście miesz­kali Joh­nowi. Dobra, na razie Davi­dowi pozwa­lali Nowo­ziem­skim przy­pły­wać do Domu Lona Downika i sprze­da­wać swój metal, ale to nie zmie­niało faktu, że ni­gdy nie zamie­rzali im wyba­czyć tego, że ukra­dli pier­ścień Geli, roz­wa­lili Krąg, podzie­lili Rodzinę i przy­nie­śli na nasz świat zabi­ja­nie. Nie zmie­niało też faktu, że Joh­nowi nie zamie­rzali wyba­czyć Davi­do­wym, że wypę­dzili z Rodziny Johna Czer­wo­niu­cha, a potem pró­bo­wali zro­bić jego i jego lud. Nie­ważne, że te rze­czy działy się dawno przed uro­dze­niem kogo­kol­wiek z żywych, dawno przed uro­dze­niem _rodzi­ców_ kogo­kol­wiek z żywych, nawet przed uro­dze­niem ich pra­dziad­ków. To nic nie zmie­niało. Joh­nowi i Davi­dowi dalej się nie­na­wi­dzili.

My, Kola­nowi, na naszej małej spo­koj­nej ziemi, dzie­sięć mil od Wiel­kiej Głowy, nie byli­śmy po żad­nej ze stron. Mówiąc o sobie, nie uży­wa­li­śmy tego słowa – mówi­li­śmy po pro­stu „Kola­nowi”, ale skoro inni byli Joh­nowi albo Davi­dowi, to my byli­śmy Jef­fowi. Nasi pra­pra­du­żo­pra­dziad­ko­wie poszli nie za Joh­nem Czer­wo­niu­chem, nie za Davi­dem Czer­wo­niu­chem, lecz za Jef­fem Czer­wo­niu­chem, a Jeff zawsze mówił, że nie ma sensu mar­twić się prze­szło­ścią i kłó­cić się w kółko, czyja histo­ria jest praw­dziwa. On i jego ludzie poszli na Zie­mię Kola­now­ców wła­śnie po to, żeby w spo­koju sobie żyć z daleka od walki pomię­dzy zwo­len­ni­kami Davida i zwo­len­ni­kami Johna.

Kiedy się uro­dzi­łam, ta kłót­nia oczy­wi­ście trwała od poko­leń. Nad Brą­zową Rzeką, daleko w stronę Alp, na­dal miesz­kali Joh­nowi, wie­dzie­li­śmy też, że sam John i część jego ludzi znik­nęli za Sta­wem Świat z pier­ście­niem, ale kiedy wio­sło­wa­li­śmy do Wiel­kiej Głowy z towa­rami, spo­ty­ka­li­śmy tam tylko Davi­do­wych. (Może raz dwa był tam han­dlarz z Brą­zo­wej Rzeki. „Patrz­cie no!” – mówił ktoś. „Ten tu jest z Joh­no­wych” – i wszy­scy gapi­li­śmy się na niego w zdu­mie­niu, jakby miał dwie głowy albo ster­czące z bar­ków skrzy­dła jak u nie­to­pe­rza).

Czyli to my, Kola­nowi, tu nie paso­wa­li­śmy. Davi­dowi o tym wie­dzieli i od czasu do czasu doga­dy­wali nam, że śmiesz­nie mówimy albo że poszli­śmy za kimś takim jak Jeff Krzy­wo­stóp, ale nasza mała piasz­czy­sta kra­inka nie była dla nich zagro­że­niem, a po dru­gie podo­bały im się łodzie z kory, które przy­wo­zi­li­śmy. Przez całe poko­le­nia dawali nam spo­kój.

A Gwiaz­deczka to zmie­niła, choć oczy­wi­ście nie­chcący. Masa ludzi w Domu Lona Downika zoba­czyła, co zaszło mię­dzy nią a Zie­lo­no­ka­my­kiem – no, jak­żeby ina­czej, wszy­scy obser­wo­wali Syna Naczel­nika Nowej Ziemi jak lam­part obser­wuje kozła – zapa­mię­ty­wali każdy jeden dro­biazg! – więc Davi­dowi wie­dzieli, że jedna z nas popły­nęła z Zie­lo­no­ka­my­kiem. A to im przy­po­mniało, że my, Kola­nowi, _wcale_ nie jeste­śmy Davi­dowi, tylko Jef­fowi, a Jeff wła­ści­wie był kuzy­nem Johna i wziął jego stronę, kiedy Rodzina po raz pierw­szy podzie­liła się na pół. I zaczęli sami się zapy­ty­wać, po któ­rej stro­nie my wła­ści­wie jeste­śmy i co ma do nas Nowa Zie­mia. Bo wie­cie, wśród Davi­do­wych wysocy ludzie brali sobie na sza­ła­sowe córki ludzi, z któ­rymi chcieli się przy­jaź­nić.

Jakby tego było mało, Davi­dowi dowie­dzieli się, że Naczel­nik Nowej Ziemi myślał, czy by ich nie zaata­ko­wać – jeden z nowo­ziem­skich han­dla­rzy pochwa­lił się tym, kiedy wypili w Domu Lona Downika za dużo dzi­wo­soku – i zaczęli się zasta­na­wiać, czy Naczel­nik nie wybrał sobie Gwiaz­deczki dla­tego, że Zie­mia Kola­now­ców może mu się jakoś przy­dać. Taka mała zie­mia, daleko na jasnej wodzie – ich pier­ście­niowi mogliby się tam zebrać, prawda, jak prze­płyną Głę­bo­kie Ciemno, zebrać się i stam­tąd ruszyć na zie­mie Davi­do­wych ze swo­imi meta­lo­wymi dzi­dami?

Wycho­dzi, że Gwiaz­deczka, poje­chaw­szy z Zie­lo­no­ka­my­kiem, poru­szyła na sza­chow­nicy pionki, które stały, że tak powiem, pomię­dzy Davi­do­wymi na Głów­no­ziemi i Joh­no­wymi na Nowej Ziemi. Nagle Zie­mia Kola­now­ców stała się waż­nym polem i Davi­dowi zaczęli się nią inte­re­so­wać. Przy­sy­łali straż­ni­ków z wiel­kimi czar­nosz­kla­nymi dzi­dami, zaczęli węszyć, wypy­ty­wać nas. Oczy­wi­ście sta­ra­li­śmy się im mówić, że _tak naprawdę_ nie jeste­śmy po stro­nie Joh­no­wych. Prze­cież obo­jęt­nie, czy Jeff sta­nął po stro­nie Johna wiele poko­leń temu, tego wsta­nia my nie mamy pra­wie nic wspól­nego z Nowo­ziem­cami, od poko­leń miesz­ka­ją­cymi po dru­giej stro­nie Stawu. A wiele wspól­nego z Davi­do­wymi, z któ­rymi han­dlu­jemy i któ­rzy miesz­kają o dzie­sięć mil od nas. Prze­ko­ny­wa­li­śmy straż­ni­ków, że Gwiaz­deczka to jedyna spo­śród nas, która popły­nęła zamiesz­kać na Nowej Ziemi, a o wiele wię­cej Kola­no­wych prze­nio­sło się na Głów­no­zie­mię miesz­kać u Davi­do­wych.

Straż­nicy słu­chali tego wszyst­kiego. Uśmie­chali się, kiwali gło­wami, że to wszystko prawda, ale cią­gle przy­cho­dzili. I to nie tylko straż­nicy, ale i dowódcy straży. A i han­dla­rze, choć do nie­dawna to my musie­li­śmy pły­nąć na Głów­no­zie­mię na han­del.

Aż nagle któ­re­goś wsta­nia przy­szła cie­nio­mów­czyni.Trzy

Zie­mia Micha­ela, nasza mała gro­madka sza­ła­sów, leżała tro­chę z dala od Stawu, żeby nie stać na dro­dze wszyst­kim ludziom wędru­ją­cym ścieżką na kli­fie do Lona Downika i z powro­tem, do wszyst­kich małych gro­ma­dek po tej stro­nie Stawu. Facet, od któ­rego miała nazwę, umarł, zanim tu przy­szłam, i naszymi wyso­kimi ludźmi były teraz jego wnuki i pra­wnuki. Była na tere­nach Głów­nego Myśli­wego, który był Sze­fem Straży w Domu Lona Downika. On był naszym wyso­kim czło­wie­kiem i w zasa­dzie jed­nym z naj­więk­szych, bo był trze­cim synem samego Davida Potęż­nego, Szefa Straży Ziemi Davi­do­wych, i pradużopra­wnukiem Davida Wiel­kiego. Za to, że miesz­ka­li­śmy pod jego opieką, musie­li­śmy co roku dawać mu tyle i tyle skór, tyle i tyle suszo­nego mięsa, tyle i tyle koź­lego tłusz­czu, tyle i tyle wią­zek suszo­nych gwiaz­do­kwia­tów. I jak we wszyst­kich osa­dach na Ziemi Davi­do­wych, musie­li­śmy posy­łać wszyst­kich naszych chłop­ców, jak tylko wyro­sły im nowe włosy, żeby słu­żyli w jego straży, kiedy tylko sobie zaży­czy.

Zie­mia Micha­ela nie róż­niła się, myślę, aż tak od mojej daw­nej Ziemi Kola­now­ców, z sza­ła­sami z kory usta­wio­nymi wokół pustego kręgu, gdzie pali­li­śmy ogni­ska i śpie­wa­li­śmy pio­senki. Pew­nie na całym Ede­nie mali ludzie wła­śnie tak żyją. Ale pod nogami była czarna zie­mia, a nie jasny pia­sek, a wokół rosły drzewa z Sze­ro­kiego Lasu – bie­lu­chy z jasno­bia­łymi świe­tli­stymi kulami, czer­wo­niu­chy z dłu­gimi jarzą­cymi się różowo rur­kami i kol­czaki o małych jasno­nie­bie­skich kwiat­kach – a nie drzewa kola­nowe o obwi­słych gałę­ziach i żółto-zie­lo­nych kwia­tach. Róż­niła się jesz­cze jedną rze­czą – pośrodku pustego miej­sca oto­czo­nego sza­ła­sami był jeden krąg, małe kółko z okrą­głych kamy­ków zebra­nych z brzegu Stawu, w które nikomu nie wolno wejść. Każda gro­mada Davi­do­wych musiała mieć taki krąg, nawet jeśli jest zupeł­nie malutka. Była to kopia ory­gi­nal­nego Kamien­nego Kręgu, daleko za Ciem­nem, w Okrą­głej Doli­nie, czyli miej­scu, gdzie ludzie z Ziemi pierw­szy raz wylą­do­wali na Ede­nie i w które, jak wie­rzyli Davi­dowi, pew­nego dnia ziem­scy ludzie powrócą. Wokół tego małego kółka z kamy­ków miesz­kało nas około trzy­dzie­stu, w tym doro­śli, obrostki, sta­rzy i małe dzieci. Teraz to był mój dom. Sta­łam się jedną z nich, jedną z Davi­do­wych, któ­rzy uwa­żają, że naj­waż­niej­sza jest rodzina i nic się jest tak ważne, jak to, żeby trzy­mała się razem.

Kiedy wbie­głam do gro­mady, bra­ko­wało mi tchu. Candy dalej sza­mo­tała mi się ze zło­ścią na rękach:

– Pusz­czaj mnie! Pusz­czaj!

Dzie­się­ciu jede­na­stu doro­słych sie­działo sobie i w spo­koju pra­co­wało nad tym i owym – Tom, wódz naszej gro­mady, powoli kroił kozła swoją jedyną ręką, Lucy zszy­wała skóry, Kate mie­liła gwiaz­do­kwiaty – a małe, gołe dzie­ciaki bawiły się wokół nich albo poma­gały przy prost­szych pra­cach.

– Dave! – krzyk­nę­łam, jak tylko odzy­ska­łam oddech. – Dave! Szybko! Bierz dzie­ciaki i kozła!

Dave zwró­cił ku mnie pocią­głą, szarą twarz. Sie­dział przy ogniu – chyba zawsze było mu zimno – i skro­bał koźlą kość, a Metty bawił się obok niego. Zebrał się nie­pew­nie na nogi i zro­bił parę kula­wych kro­ków ku mnie, jakby jesz­cze do niego nie dotarło, czego wła­ści­wie chcę.

– Kate! David­son! Lucy! – wrza­snę­łam. – Zbie­raj­cie dzie­ciaki! Dmu­chaj­cie w róg! Idą! _Już!_ Pier­ście­niowi w maskach! Joh­nowi zza wody!

Co z nimi nie tak? Jak mogą być tak powolni?

– Joh­nowi? – zapy­tał Tom.

– Tak, Joh­nowi, dzie­sięć łodzi, meta­lowe maski na twa­rzach, meta­lowe dzidy w rękach! No, rusz­cie się wszy­scy, _już!_ Trzeba ucie­kać znad brzegu Stawu!

Tom wstał. Był wiel­kim wiel­kim męż­czy­zną o dono­śnym gło­sie i nie mógłby się bar­dziej róż­nić od swo­jego brata Dave’a. Długo długo był straż­ni­kiem, póki nie stra­cił ręki, i był przy­zwy­cza­jony do poga­nia­nia ludzi.

– Tak jest, wszy­scy pako­wać, co dacie radę zabrać, i ruszamy do Davi­dowa!

Davi­dowo stało u pod­nóża Śnież­nego Ciemna i tam wła­śnie miesz­kał sam David Potężny, kiedy nie objeż­dżał swo­ich ziemi razem ze swo­imi wszyst­kimi sza­ła­so­wymi oraz więk­szo­ścią dzieci, wnu­ków i prawnu­ków. Było tam mnó­stwo straż­ni­ków i jeśli jakieś miej­sce w Sze­ro­kim Lesie mogło sobie dać radę z Joh­no­wymi, to wła­śnie Davi­dowo.

– Na serce Geli! – jęk­nął Dave. – Dopiero co posła­łem Liska do Domu Lona Downika po klej. Muszę po niego lecieć.

Lis lubił cho­dził do Domu Lona Downika wąską ścieżką mię­dzy drze­wami, a nie tą główną pro­wa­dzącą po kli­fie. Lubił sobie wyobra­żać, że jest myśli­wym i jest cał­kiem sam daleko w głębi lasu.

– Nie, nie ty, Dave – rzu­ci­łam. – Nie z two­imi krzy­wo­sto­pami. Ty pakuj kozła, przy­go­tuj resztę dzie­cia­ków i jedź­cie pro­sto do Davi­dowa. Ja pójdę po Lisa.

Męż­czy­zna Kate, David­son, zaczął dmu­chać w nasz stary róg z pusto­ga­łęzi, żeby zwo­łać ludzi, któ­rzy poszli zbie­rać lub polo­wać do lasu, i wszy­scy zaczęli się zamar­twiać o tych, któ­rych nie zawo­łają, na przy­kład synów w straży i córki, które były domo­wymi straż­ni­ków.

– Będą wie­dzieć, że poszli­śmy do Davi­dowa – stwier­dził Tom. Sam miał w straży czte­rech synów. – Jak będzie trzeba, przyjdą tam i nas znajdą. Ale myślę, że to nie będzie konieczne. Szybko tu wró­cimy. Nasi straż­nicy spo­koj­nie dadzą sobie radę z garstką pier­ście­nio­wych.

– Dave, weź Candy i Metty’ego – powie­dzia­łam. – Ja pójdę po…

Ale dokład­nie w tej chwili do naszej gro­mady wbiegł Lis, mój mały Lisek, ze swo­imi chu­dymi rącz­kami i nóż­kami oraz wiel­kimi wiel­kimi oczyma.

– Mamo, z Domu Lona Downika wszy­scy ucie­kają.

– Wiem, Lisek, wiem – odpar­łam, pusz­cza­jąc go. – Zobacz, tato już przy­go­to­wuje kozła i wszy­scy poje­dziemy do Davi­dowa. Tam będziemy bez­pieczni.

Dave zarzu­cił torby z suszo­nym mię­sem i kwia­to­wymi plac­kami na grzbiet naszego sta­rego gła­dziaka, Paskuda, potem usa­dził na nim Candy i Metty’ego i sam wła­do­wał się tam za nimi. Nie był leniwy. Wie­dział, że jeśli będzie szedł pie­szo, jego krzy­wo­stopy będą wszyst­kich opóź­niać.

Po pła­skich czar­nych oczach Paskuda prze­su­wały się fale sza­ro­ści, a jego cztery czułki przy pysku węszyły i sma­ko­wały powie­trze, zupeł­nie jakby pró­bo­wał usta­lić, czemu ci wszy­scy ludzie tak się oży­wili. Potem zadarł głowę i wydał ten krótki pisk, jaki wydają kozły, kiedy wie­dzą, że coś im grozi.

Kil­koro innych mam i tatów poszło szu­kać bra­ku­ją­cych dzieci, reszta zaś obju­czała kozły jak my, suszo­nym mię­sem, paty­kami do pła­ce­nia, skó­rami do ubra­nia, skó­rami do spa­nia, dzi­dami i wiąz­kami strzał. Ja zebra­łam do garnka tro­chę węgiel­ków, żeby po dro­dze dało się coś ugo­to­wać.

Gdy wyru­sza­li­śmy w stronę Davi­dowa, usły­sze­li­śmy gdzieś z daleka, od brzegu Stawu po stro­nie Alp, wielki wrzask. Tom kiw­nął z namy­słem głową, jakby był jedyną osobą, która wie, co to może być.

– Straż­nicy na kli­fie – powie­dział – krzy­czą, żeby się zagrzać do walki.

Dziw­nie było o tym myśleć. W tej chwili wszy­scy co do jed­nego straż­nicy z Domu Lona Downika byli cali, zdrowi i silni, podob­nie jak każdy z pier­ście­nio­wych na tych nowo­ziem­skich łodziach. Lecz zaraz przez wodę polecą tam i z powro­tem strzały: w jedną stronę z meta­lo­wymi gro­tami, w drugą stronę ze szkla­nymi, ludzie zaczną umie­rać, a ciała, które teraz są sprawne i zdrowe, staną się pora­nione i chore. Będą też strzały z ogniem. Nasi będą nimi strze­lać, żeby pod­pa­lić im wia­tro­łapy, a ich ogni­ste strzały przy­lecą w odpo­wie­dzi, żeby spa­lić sza­łasy w Domu.

Lis był prze­ra­żony, ale bar­dzo się sta­rał tego nie oka­zać.

– Szkoda, mamo, że nie mogę popa­trzeć na tę walkę! – krzyk­nął dziw­nie, gło­śno, z eks­cy­ta­cją, choć sta­łam tuż obok niego i usły­sza­ła­bym go cał­kiem dobrze, gdyby się po pro­stu ode­zwał. – To będzie eks­tra eks­tra, no i wiem, że nasi ludzie wygrają.

Na grzbie­cie Paskuda mały Metty pła­kał Dave’owi na rękach, wyczu­wa­jąc strach wokół, zaś Candy marsz­czyła czoło i w ogóle się nie odzy­wała. Dave pró­bo­wał pochwy­cić mój wzrok, żeby rzu­cić mi jedno z tych swo­ich zatro­ska­nych spoj­rzeń, jakie doro­śli rzu­cają sobie nad gło­wami dzieci, ja jed­nak go uni­ka­łam. Na serce Geli, pomy­śla­łam, prze­cież wszy­scy aż za dobrze wiemy, jak jest źle.

Kiedy zaczę­li­śmy odcho­dzić z Ziemi Micha­ela, obej­rze­li­śmy się ostatni raz na sza­łasy, które sobie pobu­do­wa­li­śmy, na płot z gałęzi, nad któ­rym pra­co­wa­li­śmy przez wiele wiele wstań, żeby na pewno był na tyle solidny, by zatrzy­mać lam­party.Cztery

Opo­wia­da­łam wam o tej cie­nio­mów­czyni, co przy­szła na Zie­mię Kola­now­ców.

Ni­gdy wcze­śniej ich nie mie­li­śmy – Jeff nie wie­rzył w trzy­ma­nie się prze­szło­ści ani w roz­mowy z umar­łymi – ale widy­wa­li­śmy je od czasu do czasu, cho­dząc z towa­rami do Wiel­kiej Głowy. Pła­kały i darły się oto­czone tłu­mem mil­czą­cych, zacu­ka­nych Davi­do­wych albo nawet dosta­wały jakie­goś ataku i tarzały się po ziemi z pianą na ustach. Cza­sami wybie­rały sobie ludzi z tłumu i mówiły im na oczach wszyst­kich, co złego naro­bili. Widziało się wiel­kich doro­słych Davi­do­wych, jak zwie­szają głowy i pła­czą jak obsztor­co­wane dzie­ciaki.

– Matka Gela wyciąga do was rękę! – jęczały cie­nio­mów­czy­nie. – Ale jak ma wam pomóc, skoro wy nie chce­cie swo­jej ręki wycią­gnąć? Jak ma popro­wa­dzić was do domu przez pustkę mię­dzy gwiaz­dami?

Cza­sami nagle zamie­rały i nasłu­chi­wały, uno­sząc ręce w proś­bie o ciszę, żeby mogły usły­szeć głosy zmar­łych bli­skich zgro­ma­dzo­nych ludzi.

– Tak… Tak, to twój chłop­czyk, kochana, ten, co umarł. Mówi mi, jak się nazywa… ale nie­zbyt dobrze go sły­szę. David, prawda? Tak myśla­łam, David; błaga mnie, żebym ci powie­działa, że masz być wierna naszej Matce. Boi się, że ina­czej ni­gdy do niego nie tra­fisz.

Doro­śli Kola­nowi zawsze trzy­mali się od nich z daleka. Jeśli byli­śmy w Wiel­kiej Gło­wie i natknę­li­śmy się na występ cie­nio­mów­czyni, nasi doro­śli szli sobie na górę klifu, sia­dali i gadali ze sobą, póki nie uci­chły krzyki i pła­cze i cie­nio­mów­czyni nie dostała swo­ich pre­zen­tów. „To są sprawy Davi­do­wych – mówili – i nam nic do tego”. Ale obrostki lubią robić ina­czej niż doro­śli i ja, Gwiaz­deczka oraz nasi przy­ja­ciele wykra­da­li­śmy się cza­sem oglą­dać te występy. Uwa­ża­li­śmy, żeby mieć poważne miny i nie patrzeć po sobie – rozu­mie­li­śmy, że jeste­śmy wśród Davi­do­wych i na ich ziemi, więc nie możemy im dać żad­nego pre­tek­stu, żeby byli na nas źli – ale po wszyst­kim szli­śmy razem na górę klifu i gdy tylko zna­leź­li­śmy się sami, wybu­cha­li­śmy śmie­chem.

– Matka Gela pła­cze! – jęczała Gwiaz­deczka przez łzy ze śmie­chu. – Pła­cze pła­cze pła­cze!

– Wszy­scy zgi­nie­cie w zim­nym zim­nym mroku! – szlo­chał nasz kolega Sta­wo­blask.

– Gwiezdny sta­tek ni­gdy po nas nie wróci – stę­ka­łam ja – jak nie będzie­cie słu­chać Matki i trosz­czyć się o jej rodzinę!

Zaśmie­wa­li­śmy się. I zacho­dzi­li­śmy w głowę, jak ci durni Davi­dowi mogą tak dawać się nabie­rać? Czy to nie jest dla nich oczy­wi­ste, że mów­czy­nie wci­skają ludziom to, co ich albo ucie­szy, albo prze­razi na tyle, żeby wyci­snąć z nich dobre pre­zenty?

Ale prze­cież to było dla nas oczy­wi­ste tylko dla­tego, że nasi doro­śli powie­dzieli nam, na co uwa­żać i jak sobie tłu­ma­czyć to, co widzimy. Rozu­mie­li­śmy to tylko dla­tego, że nam powie­dzieli, jak nauczał Jeff, że życie jed­nego czło­wieka jest jak falka sunąca po Sta­wie – ona znika, ale Staw dalej jest ten sam, prze­suwa się tylko tam i z powro­tem w swo­jej ogrom­nej misie – Matka Gela dawno nie żyje, a nawet jak żyła, była tylko nor­mal­nym czło­wie­kiem, nikim wię­cej i nikim mniej.

Tak, ale choć powta­rza­li­śmy sobie, że to oczy­wi­ste, że cie­nio­mów­czy­nie nie mówią prawdy, myślę, że śmia­li­śmy się tak gło­śno wła­śnie po to, aby zagłu­szyć drobne ukłu­cia wąt­pli­wo­ści, jakie miał każdy z nas. A może oni dobrze myślą? Może to _naprawdę prawda_, że jak nasze ciała umie­rają, nasze cie­nie żyją dalej, wędrują przez pustkę mię­dzy gwiaz­dami i może gubią się tam na zawsze, cał­kiem samotne, bez nadziei na towa­rzy­stwo, na cie­pło?

W końcu prze­cież Davi­dowi byli liczni i potężni. Zbu­do­wali Dom Lona Downika, Davi­dowo, ich zie­mie cią­gnęły się od Stawu Świat po Okrą­głą Dolinę i od Skal­nego Brzegu po Białe Stru­mie­nie. Mieli Lona Downika, Kamienny Krąg i wszyst­kie inne rze­czy z Ziemi oprócz pier­ście­nia. Ich Szef Straży był tak wysoki, że miał sie­dem­na­ście sza­ła­so­wych i ponad setkę dzieci. A my kim jeste­śmy, żeby mówić, że to oni się mylą, a my mamy rację?

* * *

Więc widzie­li­śmy już wcze­śniej cie­nio­mów­czy­nie, ale kiedy jedna przy­szła na Zie­mię Kola­now­ców, to było coś zupeł­nie innego. To była nasza Zie­mia, nie Davi­do­wych, a jed­nak ona tu przy­szła, a z nią także straż­nicy, straż­nicy, któ­rzy podej­rze­wali, że my, Kola­nowi, tak naprawdę jeste­śmy Joh­no­wymi w prze­bra­niu, i uważ­nie się przy­pa­try­wali, jak się zacho­wu­jemy. Zebra­li­śmy się, nie­za­do­wo­leni. Więk­szość doro­słych sądziła, że trzeba w to brnąć, żeby nie roz­zło­ścić Davi­do­wych, lecz tak naprawdę czu­li­śmy, że to ona jest tutaj nie na miej­scu.

– Pamię­taj­cie, żad­nych śmie­chów i uśmie­chów – ostrze­gły matki dzieci, tak jak nasze nas ostrze­gały, kiedy szli­śmy do Wiel­kiej Głowy. – Chyba że mów­czyni się sama uśmiech­nie.

I oto była, stała w samym środku naszego Miej­sca Spo­tkań, tam gdzie gro­ma­dzi­li­śmy się każ­dego wsta­nia, żeby posłu­chać nie jakiejś dawno umar­łej osoby, nie jakie­goś dale­kiego głosu woła­ją­cego do nas z Ziemi, ale Patrzą­cego, który jest bli­sko bli­sko nas, tej tajem­nej obec­no­ści, która patrzy przez oczy każ­dego. Tuż za nią widzia­łam drzewo, na któ­rym wyskro­bane były słowa samego Jeffa Czer­wo­niu­cha. „JESTE­ŚMY TU NAPRAWDĘ” – napi­sał.

Usły­sza­łam, jak któ­ryś ze star­szych mru­czy, że cie­nio­mów­czyni celowo dep­cze po rze­czach, które są dla nas naj­waż­niej­sze, zdep­tuje histo­rię, która uczy­niła z nas Kola­no­wych, i muszę powie­dzieć, że też się tak czu­łam. Posta­no­wi­łam jed­nak, że naj­le­piej będzie pora­dzić sobie z tym, zauwa­ża­jac śmieszną stronę całej histo­rii. Tak jak kie­dyś w Wiel­kiej Gło­wie: będę grzecz­nie słu­chać, a potem, kiedy ona i jej straż­nicy sobie pójdą, wszy­scy się pośmie­jemy.

Lecz kiedy sta­nę­li­śmy z nią oko w oko, wszystko się zmie­niło. Ona w ogóle nie była śmieszna. Widać było, że jest bystra bystra. Widać było, że bystrymi bystrymi oczyma patrzy nam w twa­rze, zupeł­nie jakby potra­fiła je prze­nik­nąć. Miała na imię Mary. Była niska, tęga, groź­nie wyglą­da­jąca, z wielką kwa­dra­tową twa­rzą, ruda­wymi wło­sami, które ścięła tak krótko, że ster­czały jej kęp­kami i kol­cami oraz małymi, prze­szy­wa­ją­cymi sza­rymi oczyma. Miała na sobie dłu­go­skórę zro­bioną z niby­skóry, utka­nej z roz­gnie­cio­nych łodyg gwiaz­do­kwia­tów, taką jakie nosili wysocy ludzie na Głów­no­ziemi, choć bez tych wymyśl­nych kolo­rów, piór, kora­li­ków i suszo­nych nie­to­pe­rzo­wych skrzy­de­łek. My, Kola­nowi, nosi­li­śmy po pro­stu pro­ste koźle paso­skóry, nogi i piersi mie­li­śmy gołe.

Mary stała nie­ru­chomo, póki wszy­scy się nie uci­szyli, a potem, bez słowa, wzięła kijek i nary­so­wała na pia­sku kółko, jak to robią Davi­dowi, kiedy znajdą się w miej­scu, gdzie jesz­cze nie ma kamien­nego kręgu. Potem wypro­sto­wała się i rozej­rzała po nas. Zro­biła znak Davi­do­wych, dokład­nie pośrodku miej­sca, gdzie spo­ty­ka­li­śmy się, żeby słu­chać naszych wła­snych histo­rii, zupeł­nie jakby cze­kała, czy się sprze­ci­wimy. Nikt z nas tego nie zro­bił – byli­śmy na tyle mądrzy, żeby nie robić niczego, co by zezło­ściło Davi­do­wych, a zresztą Mary nie była kimś, z kim chcia­łoby się kłó­cić – więc weszła do swego kółka, co podobno wolno było robić tylko cie­nio­mów­czy­niom i Sze­fowi Straży.

– Wie­cie, co ozna­cza Krąg? – zapy­tała.

Nikt nie chciał odpo­wia­dać, ale ona po pro­stu cze­kała, dobrze wie­dząc, że wcze­śniej czy póź­niej ktoś nie wytrzyma prze­cią­ga­ją­cej się ciszy. I rze­czy­wi­ście, w końcu ode­zwała się kobieta zwana Ogniczką.

– Kamienny Krąg – mruk­nęła.

Mary kiw­nęła głową.

– Dzię­kuję. Masz rację. To koło ozna­cza Kamienny Krąg, miej­sce, gdzie usiadł Lon Downik z Ziemi i w które pew­nego dnia powrócą ziem­scy ludzie. Ale nie tylko. Ozna­cza także jedyną Praw­dziwą Rodzinę Edenu, która łączy nas wszyst­kich. John Czer­wo­niuch pró­bo­wał roz­bić tę Rodzinę, ale choć wywo­łał wiele zamętu, Rodzina pozo­stała cała. _Jeff_ Czer­wo­niuch też pró­bo­wał roz­bić tę rodzinę. – Prze­rwała, żeby popa­trzeć po naszych twa­rzach, cze­ka­jąc, czy ktoś nie zare­aguje na to oskar­że­nie wobec naszego uko­cha­nego Jeffa. – _On także_ naro­bił wiele zamętu. Ale i tak Rodzina jest jedna, jedna Rodzina i jedna Matka. A nasza Matka na­dal kocha nas wszyst­kich.

I znów zro­biła prze­rwę, z kij­kiem w dłoni, popa­tru­jąc po naszych twa­rzach, usta­la­jąc, do kogo naj­ła­twiej będzie dotrzeć, a do kogo naj­trud­niej. Nagle chwy­ciła moc­niej ten kijek, prze­ła­mała go na pół i cisnęła połówki w nas, na lewo i prawo.

– Och, wy, głupi głupi ludzie! Jak dzieci! – Prych­nęła kro­pel­kami śliny. – Ukry­wa­cie się tutaj, na jasnej wodzie! I myśli­cie, że to wam w czymś pomoże, co? Myśli­cie, że to was ura­tuje? Przed czym niby?

Prze­rwała na krótką chwilę, żeby pyta­nia dotarły, i mówiła dalej:

– Tak, tak, może­cie się tu ukryć przed pro­ble­mami, to wam przy­znam. Może­cie się ukryć i nie brać w niczym udziału. Ale czy myśli­cie, że przed śmier­cią też da się ukryć?

Widzia­łam wokół Miej­sca Spo­tkań wykrzy­wione zło­ścią twa­rze. Widzia­łam ludzi, któ­rzy powstrzy­my­wali się, żeby nie zacząć krzy­czeć cze­goś na naszą obronę. Jed­nak widzia­łam też wiele twa­rzy, na któ­rych malo­wał się lęk. I to nie tylko dzie­cia­ków, ale i doro­słych, co mieli miny jak obsztor­co­wane dzieci. Sama byłam bli­ska łez. Mary spra­wiła, że wsty­dzi­łam się, że jestem jedną z Kola­no­wych.

– Macie dużo dużo szczę­ścia – powie­działa. – Wasza Matka na­dal was kocha. Mimo wszystko. Odwró­ci­li­ście się do niej ple­cami, tak. Zdep­ta­li­ście jej twarz. Odwró­ci­li­ście się i pozwo­li­li­ście ukraść jej bez­cenny pier­ścień. A jed­nak na­dal was kocha. Bo ona…

Urwała, jakby coś jej prze­rwało, i nagle zaczęła się trząść. Z początku myśle­li­śmy, że dostała jakie­goś ataku, potem jed­nak zdu­mieni i prze­ra­żeni dostrze­gli­śmy, że wstrząsa nią łka­nie.

– Sły­szę ją – powie­działa Mary, z tru­dem opa­no­wu­jąc głos. – Sły­szę ją teraz. Matka Gela pła­cze, ale… ale… och, nasza kochana Matka! Ona nie użala się nad sobą, choć tak ją zra­ni­li­ście. Ona pła­cze za wami. Pła­cze pła­cze pła­cze z żalu za swo­imi głu­pimi dziećmi. I ni­gdy nie prze­sta­nie pła­kać, póki wszy­scy, co do jed­nego, nie odwró­ci­cie się od złego Johna i głu­piego Jeffa i nie wró­ci­cie do Jedy­nej Praw­dzi­wej Rodziny Edenu.

Czu­łam, że łzy płyną mi już po twa­rzy, i widzia­łam, że inni na naszym Miej­scu Spo­tkań także pła­czą. No, w sumie… prze­cież ukry­wa­li­śmy się tu, prawda? Ukry­wa­li­śmy się tu od poko­leń! Świat szedł swoją drogą, za wodą, bez nas, Eden rósł i zmie­niał się, lecz my nie chcie­li­śmy brać w tym udziału, tkwi­li­śmy tutaj w odosob­nie­niu, ści­na­li­śmy korę i łowi­li­śmy, tak jak nasi rodzice i ich rodzice, odwra­ca­jąc się ple­cami do wszyst­kiego innego.

Mary pode­szła do mło­dej dziew­czyny, Jasnej­wody, i zapy­tała, jak się nazywa.

– Wiesz, dla­czego nasza Matka pła­cze za tobą, Jasna­wodo? – powie­działa.

Jasna­woda wypła­ki­wała sobie oczy.

– Bo… – Siąk­nęła nosem. – Bo jeste­śmy nie­do­brzy!

Mary pokrę­ciła głową, na wpół uśmie­cha­jąc się przez wła­sne łzy.

– Nie, _nie dla­tego_, że jesteś nie­do­bra, Jasna­wodo! Dla­tego że nie wycią­gasz do niej ręki, a jeśli tego nie robisz, ona do cie­bie nie się­gnie. A wiesz, co się wtedy sta­nie?

Jasna­woda pokrę­ciła głową. Ocie­ra­jąc łzy wierz­chem dłoni, Mary wró­ciła do swego kręgu pośrodku Miej­sca Spo­tkań.

– To ja ci powiem, Jasna­wodo, co się sta­nie. Któ­re­goś wsta­nia umrzesz, jak my wszy­scy, twój cień uleci z ciała i naszego bied­nego ciem­nego Edenu. Poleci w czerń mię­dzy gwiaz­dami. Tam jest zimno zimno i nie ma drzew, które by grzały. Będziesz się trząść, będziesz samotna i prze­stra­szona, będziesz szu­kać i szu­kać, jak wszyst­kie nasze cie­nie, cie­pła i świa­tła Ziemi. Ale tylko popatrz, Jasna­wodo, na gwiazdy. Są jak las, prawda? Są jak wielki wielki las, pełen lam­po­kwia­tów. Wiemy, że gdzieś wśród tych tysięcy tysięcy gwiazd jest Zie­mia, ale czy będziesz umiała ją zna­leźć? Popatrz na gwiazdy, Jasna­wodo, i powiedz mi. Znaj­dziesz drogę do Ziemi?

Jasna­woda zer­k­nęła z prze­stra­chem w górę, na wiel­kie koło Gwiezd­nego Wiru, gdzie gwiazdy upchane są tak cia­sno, że two­rzą jedną smugę świa­tła. Zaszlo­chała i pokrę­ciła głową.

– Matka Gela będzie cię wołać – powie­działa Mary – ale co ci z tego przyj­dzie, skoro ni­gdy jej nie pozna­łaś i nie nauczy­łaś się roz­po­zna­wać jej głosu? I nikt cię nie popro­wa­dzi. Będziesz tak wędro­wać, wędro­wać i wędro­wać, tam gdzie jest sto razy zim­niej niż na Śnież­nym Ciem­nie i sto razy ciem­niej niż w Głę­bo­kim Mroku daleko pośrodku Stawu Świat. Będziesz tam cał­kiem sama, będziesz się trząść, samotna, zagu­biona i tak do końca świata.

Jasna­woda zakryła twarz dłońmi i się roz­pła­kała. Mary znów popa­trzyła po nas, przej­rzała nasze twa­rze, oce­nia­jąc je.

– Wy głupi, nie­roz­sądni ludzie – powtó­rzyła. – Myśli­cie, że ukry­je­cie się przed śmier­cią? Myśli­cie, że ten wasz Patrzący pokaże wam drogę do domu? Patrzący, co patrzy waszymi oczyma? _Patrzący!_ Jak on w ogóle może wam poka­zać jakąś drogę, skoro sami przy­zna­je­cie, że on jest tylko w gło­wie? Tylko Gela może wam pomóc, a jeśli chce­cie jej pomocy, musi­cie wycią­gnąć do niej rękę. Odwró­cić się od zło­dziei pier­ście­nia, odwró­cić się od tych, co spro­wa­dzili na Eden zabi­ja­nie, odwró­cić się od Johna i jego kuzyna krzy­wo­stopa Jeffa i wró­cić do ludzi Geli i jej syna Davida Wiel­kiego, sil­nego sil­nego Davida, który utrzy­mał jed­ność Rodziny, kiedy John i Jeff pró­bo­wali ją roz­bić.

Padła na kolana i znów zaczęła się trząść. Nie uda­wała, to było widać. Naprawdę cier­piała, ale jed­no­cze­śnie słu­chała słu­chała słu­chała jakie­goś sła­biut­kiego gło­siku, który sły­szała tylko ona i żadne z nas.

– Nasza Matka mnie błaga – powie­działa. – Ona _błaga_ mnie. „Pro­szę, Mary, posta­raj się”, mówi. „Pro­szę pro­szę, zrób wszystko, co tylko możesz, żeby przy­pro­wa­dzić do mnie tych nie­szczę­snych ludzi, zanim będzie za późno”.

Może my naprawdę źle myślimy, przy­szło mi do głowy. Jeff czę­sto mówił (a przy­naj­mniej tak nam opo­wia­dano), że liczy się tylko miej­sce, w któ­rym jeste­śmy teraz, ale może jest dokład­nie na odwrót? Może to w ogóle nie jest praw­dziwy świat i ten świat, który się liczy, ten, co będzie trwał, jest gdzieś tam mię­dzy gwiaz­dami, daleko daleko od tego smut­nego i ciem­nego miej­sca? Może dla­tego życie tutaj wydaje się tak puste, tak prze­peł­nione smut­kiem i roz­cza­ro­wa­niem. Jeste­śmy jakby w podróży i jesz­cze nie dotar­li­śmy do celu. I Davi­dowi to wie­dzą, a my, Kola­nowi, sku­leni tu na naszym skrawku pia­sku odwra­camy się ple­cami i powta­rzamy sobie, że jeste­śmy już u celu.

I kiedy przez głowę prze­la­ty­wały mi wszyst­kie te myśli, Mary nagle spoj­rzała wprost na mnie, jakby mnie po raz pierw­szy zoba­czyła. Znowu wyszła ze swo­jego kręgu i pode­szła do mnie. Bałam się strasz­nie strasz­nie, myśla­łam, że będzie na mnie zła i opo­wie wszyst­kim, jakie to złe i zawsty­dza­jące rze­czy robi­łam, lecz minę miała czułą i zatro­skaną. Wzięła mnie za rękę, drugą deli­kat­nie pogła­dziła mnie po twa­rzy, doty­ka­jąc brzegu tej paskud­nej dziury w miej­scu, gdzie powinna być nor­malna twarz. I ode­zwała się do mnie łagod­nie łagod­nie.Sześć

Tym razem, kiedy w końcu dotar­li­śmy do Davi­dowa, stwier­dzi­łam, że chyba wszy­scy miesz­kańcy zebrali się na wiel­kim Miej­scu Spo­tkań, pomię­dzy Wiel­kim Sza­ła­sem i sta­wem w kształ­cie litery L. Potężny wła­śnie wziął sobie nową młodą sza­ła­sową i urzą­dził z tej oka­zji święto. Na jed­nym końcu Miej­sca Spo­tkań sta­nęła drew­niana pod­łoga, na któ­rej męż­czy­zna brzdą­kał na stru­nie małej gitary, kobieta śpie­wała, a kolejny męż­czy­zna kle­pał w bęben. Lecz kiedy skoń­czyli pio­senkę, przy­wódca straży wyszedł i prze­mó­wił do wszyst­kich.

– Ludzie! Ludzie! Szef Straży całego Edenu, David Potężny.

Wszy­scy uklę­kli i pochy­lili głowy, a na drew­nianą pod­łogę wgra­mo­lił się gruby stary męż­czy­zna o siwych wło­sach, ubrany w długą nie­bie­ską skórę, z młodą dziew­czyną-obrost­kiem pod rękę. Na Ziemi Kola­now­ców sły­sze­li­śmy o nim histo­rie, jaki jest ostry, jaki okrutny, że przy­wią­zuje wro­gów do gorą­cych kol­cza­ków i tak ich zosta­wia, krzy­czą­cych, aż z ple­ców zej­dzie im cała skóra i mięso. Lecz ten sta­ru­szek wyda­wał się taki miły i dobry, że aż trudno było uwie­rzyć, że to ten sam czło­wiek, pra­pra­praw­nuk Davida Wiel­kiego. Wyglą­dał bar­dziej na czu­łego sta­rego wujka, co trzyma dla cie­bie kawałki drze­wo­słodu i rzeźbi ci zabawki z kości.

Na drew­niane pod­wyż­sze­nie weszły kolejne osoby z rodziny Potęż­nego – jego naj­star­szy syn Wódz Meh­met, który po jego odej­ściu będzie Sze­fem Straży, gro­madka doro­słych córek i synów, cztery pięć następ­nych sza­ła­so­wych i około dwu­dziestki lub wię­cej dzieci, wnu­ków i prawnu­ków. Potężny objął ramie­niem swoją nową ładną sza­ła­sową, dru­gim jed­nego z doro­słych wnu­ków i kazał naj­mniej­sze dzieci sku­pić przed sobą, wszyst­kie w pięk­nych dłu­gich niby­skó­rach, obszy­tych pió­rami, skrzy­deł­kami nie­to­pe­rzy i kolo­ro­wymi kamy­kami.

– Wszy­scy wstać! – zawo­łał do nas. – Tań­czymy! Bawimy się! To jest święto, święto mojej rodziny. I nie cho­dzi tylko o moją rodzinę, którą tu widzi­cie, z moją piękną nową sza­ła­sową, ale o moją _wielką_ rodzinę, Praw­dziwą Rodzinę Edenu, czyli o was wszyst­kich.

Tłum wydał rado­sną owa­cję.

– Jeste­śmy Davi­dowi – powie­dział stary czło­wiek – a David Wielki nauczył nas dwóch rze­czy; dwóch rze­czy, które macie pamię­tać i ni­gdy ni­gdy nie zapo­mnieć. Pierw­sza, że na Ede­nie jest tylko jedna Praw­dziwa Rodzina, jeste­śmy w niej wszy­scy i musimy dbać, żeby trzy­mała się razem, choćby nie wiem co. Druga, że cza­sem to ozna­cza, że trzeba być suro­wym. Dawno temu, kiedy David Wielki był młody, na górze w Okrą­głej Doli­nie, wszy­scy ludzie Edenu miesz­kali razem wokół Kręgu, który zro­bili nasi Matka i Ojciec. Rozu­mieli pierw­szą prawdę, którą wła­śnie powie­działem, że rodzina jest ważna, ale zanie­dbali tę drugą. A to zna­czyło, że kiedy John Czer­wo­niuch zaczął wyczy­niać te swoje głu­poty koło Rocz­nicy Jeden Sześć Trzy, Rodzina nie była dla niego tak surowa, jak powinna. Tylko David Wielki wie­dział, że to nie pora na dobroć. Tylko on widział, że to taka sytu­acja, jak kiedy robi ci się czy­rak na karku. Trzeba go potrak­to­wać nożem i tyle. Lecz reszta się zawa­hała. Oj, nie! Nie! Nóż, to będzie bolało! A to zna­czyło, że kiedy w końcu nabrali rozumu, było za późno. Mleczny John podzie­lił ich na dwoje. I tak doszło do sytu­acji, którą mamy teraz, dwie zie­mie naprze­ciwko sie­bie po dwóch stro­nach Stawu, które się nie­na­wi­dzą. Nic z tego by się nie stało, nic a nic, gdyby tylko rodzina usłu­chała Davida Wiel­kiego.

Zdjął ręce z ramion swo­jego mło­dego wnuka i jesz­cze młod­szej sza­ła­so­wej i pod­niósł jedno z małych dzieci.

– Ludzie, czyż nie jest piękna? – zapy­tał, a wszy­scy wiwa­to­wali. – Mam osiem­dzie­siąt dwa dzieci, dzie­więć­set czter­dzie­ści jeden wnu­ków i… prawnu­ków wię­cej, niż dam radę zli­czyć… i wie­cie co? Ja je wszyst­kie kocham. Wszy­scy tu jeste­ście porząd­nymi Davi­do­wymi, ja to widzę, i na pewno to rozu­mie­cie.

Znowu wszy­scy rado­śnie krzyk­nęli, a Potężny zer­k­nął na jedną ze swych kobiet, żeby wzięła od niego dziew­czynkę.

– I dla­tego przede wszyst­kim roz­wście­czają mnie ci Joh­nowi – dodał – bo twier­dzą, że gdyby nie oni, wszy­scy dalej miesz­ka­liby w Okrą­głej Doli­nie. Oczy­wi­ście, że nie! Na fiuty Toma i Harry’ego, my, Davi­dowi, zna­leź­li­by­śmy drogę przez Ciemno w swoim cza­sie, bez żad­nej pomocy Mlecz­nego Johna. Jasne, że byśmy zna­leźli! Ale zro­bi­li­by­śmy to, kiedy _wszy­scy_ byliby gotowi! I tym się wła­śnie od nich róż­nimy. My dbamy o wszyst­kich. Kiedy gdzieś idziemy, pil­nu­jemy, żeby wszy­scy byli gotowi.

Rozej­rza­łam się po ludziach wokół. Strasz­nie strasz­nie potrze­bo­wa­łam czy­jejś pomocy, ale cokol­wiek by stary Potężny nie wyga­dy­wał o jed­nej Rodzi­nie, wszy­scy tu wyglą­dali mi na obcych. Zauwa­ży­łam obok straż­nika, który chyba także mnie zauwa­żył. Był ode mnie może o dwa­dzie­ścia lat star­szy, a dzidę trzy­mał w jed­nej dłoni, bo drugą miał odciętą w nad­garstku. Zorien­to­wał się, że na niego zer­kam, i chyba zro­zu­miał, że jestem prze­ra­żona i zde­spe­ro­wana, bo kiw­nął na mnie głową, żebym do niego pode­szła.

– Wyglą­dasz na zagu­bioną, malutka – powie­dział.

Odpo­wie­dzia­łam, że tak. Roz­sta­łam się z cie­nio­mów­czy­nią Mary, a ona była moją jedyną pozo­stałą rodziną. Nie wie­dzia­łam, dokąd mam pójść i byłam głodna głodna.

– Pro­szę – powie­dział. – Masz parę plac­ków, a kiedy to się skoń­czy, dam ci jesz­cze parę.

I to był Tom. Wtedy był jesz­cze w straży, ale jego Szef Straży zamie­rzał ode­słać go na Zie­mię Micha­ela, przez bra­ku­jącą dłoń, a także dla­tego, że nie był już młody. Póź­niej zna­lazł dla mnie jakieś jedze­nie i pozwo­lił spać w swoim sza­ła­sie, a ja dałam mu się tro­chę ze mną pośli­zgać, po pro­stu dla­tego, że byłam wdzięczna. Odwró­cił mnie tyłem do sie­bie – męż­czyźni czę­sto tak robią – i coś tam do sie­bie stę­kał. Ja zamknę­łam się we wła­snej gło­wie, póki nie skoń­czył.

Przez następne osiem lat, kiedy miesz­ka­łam na Ziemi Micha­ela, to się od czasu do czasu zda­rzało. Tom szedł za mną do lasu, kazał się nachy­lić, a po wszyst­kim po pro­stu szedł dalej jak gdyby ni­gdy nic albo do swo­jej gro­mady, albo dalej na polo­wa­nie. Ni­gdy o tym nie wspo­mi­na­li­śmy, ale jakimś spo­so­bem było jasne, że to jest w zamian za to, że pozwo­lił mi pójść ze sobą na Zie­mię Micha­ela. Szcze­rze mówiąc, to ja pew­nie liczy­łam, że może dzięki temu mniej moich dzieci będzie miało krzywe stopy.

Za tym pierw­szym razem w Davi­do­wie, w jego suro­wym, małym sza­ła­sie, po wszyst­kim po pro­stu się poło­żył, rzekł: „Śpij dobrze” i pra­wie od razu zaczął chra­pać. Ale kiedy się obu­dzi­li­śmy, był cał­kiem miły. Powie­dział, że pój­dzie sobie ze straży i wróci na Zie­mię Micha­ela do swo­jej sza­ła­so­wej i dzieci.

– Umiem poznać, kiedy mnie nie chcą – stwier­dził.

Dodał, że jego tato jest tam wodzem gro­mady, ale jest już na to za stary i pew­nie on przej­mie to po nim.

– Powin­naś pójść ze mną – powie­dział. – Mój brat Dave roz­gląda się za sza­ła­sową. Jest krzy­wo­sto­pem i tro­chę sła­bo­gło­wem, ale jest cał­kiem w porządku. Myślę, że byście się doga­dali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij