Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Córka garncarza - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 października 2026
49,90 zł
4990 pkt
punktów Virtualo

Córka garncarza - ebook

Młodzieńcze ideały, szalejąca zaraza i trudne decyzje

Rok 1855. Luiza spędza każdą wolną chwilę w warsztacie garncarskim ojca.
Praca z gliną jest jej pasją i dziewczyna nie widzi dla siebie innej przyszłości. Nie wie jeszcze, że wkrótce wszystko to, co kocha, zostanie jej odebrane.
Epidemia cholery rujnuje marzenia Luizy, która po śmierci rodziców trafia do domu siostry i jej zamożnego męża Jana Wolskiego. Pomimo luksusów czuje się tam coraz bardziej nieszczęśliwa.

W domu Wolskich pracuje Dorota. Ambitna kobieta szybko awansuje – najpierw jest mamką, później ochmistrzynią. Nie chce słyszeć o małżeństwie, do którego próbują nakłonić ją rodzice. Jej sprzeciw przynosi jednak tragiczne konsekwencje,
a tajemnica, którą musi zachować, na zawsze naznaczy jej życie.

Edyta Świętek zabiera nas w niezwykłą podróż do Kazimierza Dolnego w trudnym okresie jego historii. Mimo uciemiężenia przez zaborców, ciężkiej pracy i licznych epidemii mieszkańcy malowniczej doliny nie poddawali się przeciwnościom losu.

Pierwszy tom Kazimierskiej doliny

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-277-4858-4
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

Drodzy Czytelnicy!

Oddaję w Wasze ręce kolejną powieść mojego autorstwa, pierwszy tom nowej sagi. Tym razem zapraszam do Kazimierza Dolnego – miasta o ciekawej i burzliwej historii, które od wielu lat przyciąga artystów utrwalających jego urodę na licznych obrazach czy w dziełach literackich. Bez wątpienia jest to miejsce inspirujące twórców.

Przygotowując się do pracy nad tekstem, który opowiada o losach fikcyjnych bohaterów, starałam się jak najmocniej wejść w klimat miasta i poznać jego dzieje. Podczas pracy korzystałam z wielu źródeł, wymieniam je na końcu książki. Prag­nęłam bowiem, by wymyślone przeze mnie postaci uczestniczyły w wydarzeniach, które rzeczywiście się rozgrywały.

Pracując nad pierwszym tomem powieści, skupiłam uwagę na trudnym okresie w historii miasta – już po dobrobycie wielkiej prosperity sprzed potopu szwedzkiego, a jeszcze na długo przed tym, jak stało się ono mekką dla malarzy i rysowników. Ta karta w historii Kazimierza Dolnego naznaczona jest ogromem cierpienia. Mieszkańcy ciemiężeni byli przez zaborcę, często doskwierał im głód, panoszyła się cholera. Mimo wszystko nie poddali się, przetrwali najtrudniejsze czasy, okazując ogromną niezłomność, która jest naszą piękną cechą narodową.

Przeglądając książki, natrafiłam między innymi na wzmiankę o tym, że podczas budowy tężni solankowej w odległym o mniej więcej trzysta sześćdziesiąt kilometrów Ciechocinku wykorzystano cierniste berberysy oraz tarniny sprowadzone z Kazimierza Dolnego. W archiwach miejskich zachowała się informacja o licytacji, którą w związku z tym przeprowadzono, stąd też pomysł wykorzystania tego wątku w książce. Oczywiście organizacja pracy oraz spedycji materiału zostały przeze mnie zmyślone, trudno bowiem stwierdzić na podstawie krótkiej wzmianki, w jaki sposób rzeczywiście się to odbywało.

Na kartach mojej powieści pojawiają się nazwiska faktycznie żyjących rodów: Ulanowskich oraz Klemensowskich z Bochotnicy. Nieprawdą jednak jest, jakoby w położonej niedaleko Kazimierza miejscowości Podgórze żyła szlachecka rodzina Chlebowskich. Fikcyjni są również państwo Świetlikowscy spod Janowca.

Mimo poszukiwań nie natrafiłam w materiałach źródłowych na jednoznaczną informację, czy w Kazimierzu Dolnym istniał cech garncarski. Wiadomo natomiast o jedynym garncarzu panu Kwasku, który około 1860 roku prowadził garncarnię w tzw. Faktorii Angielskiej.

I to tyle tytułem wyjaśnień.

Zapraszam serdecznie na wspólną wyprawę literacką do XIX-wiecznego Kazimierza Dolnego. Życzę przyjemnej lektury!

_Edyta Świętek_PROLOG

Śmierć była nieprzejednana. Pan czy cham, bogacz czy żebrak, kobieta czy mężczyzna, starzec czy dziecię ledwo powite – dla niej wszyscy byli równi, w jednym ich stawiała szeregu, by ostrzem kosy pozbawić żywota.

Czasy dla Śmierci, zwanej również Kostuchą, były przednie. Na znękanej przez rosyjskiego zaborcę ziemi szalała Zaraza Cholery, będąca z Kostuchą za pan brat. Szły więc obie pospołu – ramię w ramię, zaglądając w krzywe okienka kurnych chat, w zamożne gospodarskie obejścia, za lśniące szyby dworów, za furty klasztorów, za witraże, pod strzechy, dachówkę i gont, pomiędzy mury i nadjedzone przez robactwo zmurszałe belki ubożuchnych domostw. A gdzie wzrok ich bezduszny spoczął, tam zbierały srogie żniwo.

Przodem szła Cholera, blada, posępna, z obliczem, na którym srożył się mars. Cuchnąca wymiocinami i biegunką. Siejąca strach paniczny, paraliżujący ruchy. Wdzierała się w każdy zakamarek, nie było przed nią ni schronienia, ni ucieczki. Gdy na kimś położyła swe lodowato zimne, pomarszczone z odwodnienia dłonie, naznaczała go chorobą niczym piętnem. Była wygłodzona. Spragniona ludzkich ciał. Chciwa w swym nienasyceniu. Za nią postępowała Kostucha, klekocząc kośćmi. Ta woniała zgnilizną i rozpadem. Łypała pustymi oczodołami na złożonych cierpieniem ludzi. Była wybredniejsza od Cholery, nie każdego wskazanego przez nią od razu zabierała ze sobą w spowitą mgłami drogę ku mogile. Niektórym pozwalała wydobrzeć i trochę dłużej cieszyć się życiem, lecz gdy już kogoś sobie upatrzyła, nie wypuszczała go z rąk.

Niestrudzone przeklęte wędrowniczki dotarły w końcu do wzgórza znajdującego się ponad mocno podupadłą mieściną usadowioną nad modrą wstęgą Wisły. Stanęły w cieniu trzech krzyży i przez chwilę przyglądały się wzniesieniom okrytym zielonością lasów. Symbole Męki Pańskiej znajdowały się tam od dawien dawna, lecz przed trzema laty okoliczna społeczność zastąpiła stare i zbutwiałe nowymi. Upamiętniać miały ofiary zarazy morowej, która nękała mieszkańców tych ziem przed z górą dwoma wiekami, i nawiązywały swą symboliką również do Golgoty.

– Wciąż stoją ku mej pamięci – ucieszyła się Cholera, wiodąc bladą niczym pergamin dłonią po gładkim drewnie. – Snadź ludzie się mnie wciąż boją, skoro postarali się o ich wymianę.

– Muszą się czegoś bać. Jednakowośmy dla nich straszne – usłyszała w odpowiedzi.

Przez czas jakiś okrutnice syciły wzrok widokiem stoków pomalowanych złotem berberysowego kwiecia. Szukały pomiędzy wąwozami ścieżek do ludzkich siedzib. Rachowały w duchu dymy snujące się z kominów oraz dachy kryjące się wśród drzew. Rozkoszowały się malowniczością zubożałego miasteczka, które niegdyś słynęło z nieprzebranego bogactwa. Po dawnej świetności zostało ledwo parę kamienic z przylepionymi do nich nędznymi drewnianymi budami skleconymi byle jak, prowizorycznie, bez dbałości o piękno, z którego przed wiekiem słynęła okolica, a prócz nich podupadłe spichlerze oraz fara przycupnięta w gęstwinie drzew. I jeszcze ruiny pysznego ongiś zamku kazimierzowskiego. Tutaj każdy kamień krzyczał o przeszłości opływającej w mleko i miód. O złotogłowiach, aksamitach, futrach i kosztownych jedwabiach. O dostatku mieszczan, zwących się patrycjuszami, po których teraz zostały już tylko ciche uśpione mogiły z nagrobkami nadgryzionymi zębem czasu. Dawne pełne zboża i dóbr wszelakich spichlerze stały się królestwem wygłodniałych myszy. Świetne miasto pokryła patyna ubóstwa. Niegdyś dumnie brzmiące nazwiska stały się szelestem zeschłych liści zaścielających jesienną porą cmentarz oraz kirkut.

A jednak nawet w tym obrazie upadku kryło się niesamowite piękno, ozłocone blaskiem zachodzącego słońca, którego promienie flirtowały z królową polskich rzek.

Cóż, gdy budzące grozę wędrowniczki pozostawały nieczułe na ów widok.

– Szwedzi przed nami byli – wyszemrała Zaraza. – Pierwsi dokonali spustoszenia. Niewiele zostało mi do roboty.

– To było dawno temu. Ludzie podnieśli się po Szwedach. I po Austriakach, i po Rosjanach. I po klęsce powstania przeciw zaborcom, które przed laty wybuchło w listopadzie, gdym osobiście ścięła głowę hrabiemu Małachowskiemu¹. Tamtemu pyszałkowi się zdawało, że jest nieśmiertelny. Po tych zdarzeniach były też inne plagi. A i ty, zdaje się, także gościłaś w okolicy już po potopie.

– Gościłam – przyznała kompanka Śmierci. – Ale jeszcze nie zaspokoiłam apetytu.

– Chytraś.

– Chytram.

– Zatem chodźmy, bo i mnie już świerzbi, by skosić czyjeś życie.

Przed nimi, niczym bajkowy obrazek, rozpościerał się pejzaż Kazimierza Dolnego.

1
CHAŁUPA GARNCARZA

Rok 1855

Bartosz Łagoda pomimo pewnego niedosytu sam siebie uważał za człowieka spełnionego. Liczył pięćdziesiąt i dziewięć wiosen, więc nie był już młodzikiem, a jednak mógłby za takiego uchodzić. Wciąż pozostawał krzepki i sprawny, miał zacną posturę, a zmarszczki zaledwie musnęły jego twarz, gromadząc się głównie w kącikach oczu oraz przecinając czoło lwią bruzdą, która nadawała mu nieco marsowy wygląd, choć był mężczyzną o pogodnej i nader optymistycznej naturze.

Czasy były nielekkie, ukochana ojczyzna od dawna znajdo­wała się we władaniu krwiopijczych zaborców. Kazimierz Dolny, w którym jego rodzina mieszkała z dziada pradziada, mocno podupadł na skutek zawirowań dziejowych. Po okresie dawnej prosperity pozostało zaledwie echo wspomnień, patrycjusze posnęli snem wiekuistym, a ich kości zdążyły rozsypać się w proch. Ludzie musieli imać się różnych zajęć, by jakoś przetrwać, nie uschnąć z głodu, nie oddać się na pastwę kostuchy. Kiedyś Kazimierz Dolny słynął jako miasto kupieckie, niezwykle ważny punkt składowania towarów spławianych Wisłą. Teraz był podupadającą kropką na mapie Królestwa Polskiego pozostającego pod panowaniem Cesarstwa Rosyjskiego, od niedawna z Aleksandrem Mikołajewiczem Romanowem² na czele. Kto to widział, by na tronie dawnej Rzeczypospolitej zasiadał Rosjanin?

Bartosz, choć był zaledwie średnio zamożnym człowiekiem – ni mieszczaninem, ni robotnikiem – miał głęboko zakorzenione umiłowanie ojczyzny, któremu dał dowód, biorąc przed dwoma dekadami udział w zrywie narodowościowym. To na jego oczach poległ dzielny podpułkownik Juliusz hrabia Małachowski, dowódca strzelców sandomierskich, gdy wiódł zorganizowany własnym kosztem batalion przeciwko wojskom wrogiej armii. Powstańcom szybko zabrakło amunicji, za całe uzbrojenie pozostały im kosy, lecz duch walki ich nie opuszczał. Większość oddała życie w jednym z kazimierskich wąwozów 18 marca 1831 roku. Łagoda tylko cudem przeżył i uszedł przed Moskalami. Ranny w nogę, zdołał jakoś odczołgać się z pola bitwy. Uszargany błotem i krwią, dotarł do rodzinnego domu, gdzie przeczekał czas wojennej zawieruchy ukryty w niedużym loszku pod zabudowaniami gospodarczymi. Szczęściem jego udział w walkach przeszedł bez echa, młody mężczyzna uniknął zsyłki na odległą, lecz budzącą grozę Syberię. Mógł dalej cieszyć się namiastką wolności, pracując w niewielkim, ale za to własnym warsztacie garncarskim, z ukochaną Danuśką u boku oraz z trójką dziatek.

Los nie był szczególnie łaskawy dla Bartosza, lecz ten zdawał się nic sobie z tego nie robić. Został ranny w powstaniu? Został, potem jakoś się wylizał, choć na prawą nogę wciąż utykał. Pomarli mu jedyny syn i młodsza córka? Ano pomarli. Taka dola: Bóg raz daje, raz zabiera. Najpierw utracił dwójkę młodszych dzieci, później ucieszony został jeszcze jedną dziewuszką Luizą – słodką niczym miód i subtelną niczym dworska panienka. Łagoda w pełni doceniał hojny gest Opatrzności, dostrzegał w nim pociechę na stare lata, które niechybnie nadejdą. Wszak z całej gromadki zostały mu tylko dwie dziewczyny: najstarsza, już zamężna i stateczna Berenika oraz właśnie najmłodsza Luiza, zwana pieszczotliwie Izką.

Berenika związała się z zamożnym mieszczaninem, Janem Wolskim, człowiekiem dość surowym i wymagającym, a przy tym bardzo obrotnym, w którym chyba odzywała się patrycjuszowska krew dawnych kazimierskich elit. Janek miał niezgorszy łeb do interesów, więc Wolskim wiodło się znacznie lepiej niż Łagodom. Co więcej, wciąż młoda mężatka zdążyła powić dwójkę dziatek: Karola oraz Zytę. Szkraby chowały się zdrowo. O los Bereniki Bartosz nie musiał się więc martwić, wiedział, że u boku Janka nie braknie jej choćby i ptasiego mleka.

A Luiza?

Luiza, da Bóg, pozostanie przy ojcach w domu, zajmując się garncarstwem, do którego miała dryg, choć niekiedy brakowało jej cierpliwości albo upierała się, by zrobić coś niezgodnie z zasadami sztuki, po swojemu. Ot, młodość!

Łagodowie byli garncarzami z dziada pradziada. Na szczęście w okolicy nie mieli większej konkurencji. Bo i komu chciałoby się w Głęboczyźnie, wąwozie znajdującym się na ziemiach należących niegdyś do rodziny Głęboczyńskich, wydobywać spod warstwy humusu nieco pylastą glinę, która przed uformowaniem z niej garnków, dzbanów i talerzy wymagała sporego wysiłku związanego z oczyszczaniem, a następnie zagniataniem, by uzyskać odpowiednio plastyczną konsystencję? Bartosz do Głęboczyzny miał kawał drogi, musiał przejechać na drugą stronę Kazimierza, lecz tam materiał na naczynia był najzacniejszy, przynajmniej w jego mniemaniu.

Garnki gliniane nie cieszyły się aż tak dużą popularnością jak żeliwne czy miedziane. Znacznie chętniej kupowano misy, choć tym glinianym konkurencję robiły sprowadzane z innych stron kamionkowe. Talerze wciąż uważano za zbytek, zwłaszcza w chłopskich chatach, gdzie spożywano posiłki wspólnie, z namaszczeniem sięgając do jednego, dość pojemnego naczynia. Chętniej korzystano z nich w niezbyt zamożnych domach mieszczańskich, ponieważ bogacze, nawet ci zubożali, preferowali kruchą, lecz o wiele piękniejszą porcelanę, trzebiąc przy tym saskie serwisy pamiętające jeszcze czasy Wettynów oraz niegdysiejszej świetności kamienic wzniesionych w sercu Kazimierza Dolnego. Wśród asortymentu tworzonego pieczołowicie przez Bartosza znajdowały się również wszelkiej maści dzbany i wazony: z uszkami i gładkie, biskwitowe oraz szkliwione, proste w swej funkcjonalności albo bardziej fantazyjne. Te ostatnie Łagoda wytwarzał głównie ku zaspokojeniu własnych ambicji, raczej dla rozrywki niż zysku – cenił bowiem ładne przedmioty. A że czasami udawało mu się je sprzedawać? To był tylko powód do radości.

Poważnym problemem było to, że rzemiosło garncarskie zdawało się podupadać właśnie z uwagi na ową konkurencję ze strony innego rodzaju wyrobów. Z tego względu Bartosz zadbał o przyszłość swoich córek, kształcąc obydwie w szkołach, by potrafiły biegle rachować, czytać i pisać. Szedł w ten sposób niejako pod prąd, bo niewiele osób przywiązywało wagę do takich rzeczy, wszak do niewieściej powinności należało prowadzenie domu i troska o rodzinę, a nie książki czy rachunki. Mało która kobieta samodzielnie zarabiała na utrzymanie, w miażdżącej większości przypadków zdawały się w tej kwestii na męża. Łagoda jednak wiedział swoje i słuchał własnego rozumu.

Izka od najmłodszych lat lubiła zakradać się do szopy, w której urządzony był warsztat ojca. Niczym zahipnotyzowana patrzyła na kręcącą się na kole garncarskim masę gliny, z której zręczne dłonie Bartosza potrafiły wyczarować różne cuda. Dla Łagody jej zainteresowanie było niczym miód na serce, dawało bowiem nadzieję, że córka przejmie w przyszłości fach, warsztat i kram z naczyniami, a rodzinna tradycja nie zaginie wśród zawirowań dziejowych.

Przekazywany z pokolenia na pokolenie ceramiczny interes nie przynosił może kokosów, lecz pozwalał na godziwy żywot. I tylko jeden niedosyt towarzyszył Łagodzie: brak męskiego potomka. Mężczyzna żałował pochowanego przed laty synka, jednak nie sprzeczał się z wyrokami Bożymi. Swój smutek nosił głęboko w sercu, schowany za serdecznym uśmiechem i optymizmem, którego mimo licznych kaprysów losu wciąż miał niewyczerpane zasoby.

Było coś jeszcze prócz warsztatu: pilnie strzeżony sekret, którego Bartosz na razie nie mógł nikomu ujawnić.

A może nie chciał?

Jakby w odpowiedzi na przemyślenia garncarza drzwi szopy uchyliły się ze skrzypnięciem starych desek i zgrzytem dawno nieoliwionych zawiasów. W uczynionej w ten sposób szczelinie ukazała się twarz trzynastoletniej dziewuszki.

– Pracujesz, tatku? – zagadnęła panieneczka, widząc, jak ojciec wprawnym ruchem stopy wstrzymuje koło garncarskie, na którym przed momentem musiał umieścić szarawą bryłę gliny. Zdążył zaledwie wygładzić kształty owej grudy, nie nadając jej jeszcze pożądanej formy.

– Jak widać – odparł. – Przyszłaś z pomocą czy matka czegoś ode mnie potrzebuje?

– Matce niczego nie trzeba. A skoro wykonałam wszystkie zadania, które mi na dziś przypadły, pomyślałam, że zajrzę do ciebie – oznajmiła córka.

– Dobre z ciebie dziecko – pochwalił Bartosz zadowolony, że młoda garnie się do pracy.

Inne dzieciska tylko patrzyły, by umknąć spod rodzicielskiej kurateli nad Wisłę lub do wąwozów, gdzie wybornie można było bawić się w chowanego. Nie chciało im się przykładać do roboty, która w przyszłości mogłaby dawać chleb ich rodzinom. Zwykle drobne zakłady rzemieślnicze, spichlerze, sklepy czy gospodarstwa rolne przechodziły z ojców na synów. Mało kto spośród młodzieży obierał inną ścieżkę życia, na ogół o losie młodych ludzi decydowali ich rodzice oraz miejsce urodzenia. Bartosz z wrodzonym optymizmem myślał o tym, jakim jest szczęściarzem, że nie przyszedł na świat jako chłop pańszczyźniany równy niewolnikowi. Miał przynajmniej swobodę w kwestiach decydowania o swoim miejscu zamieszkania czy wykonywanym zawodzie, choć pod tym drugim względem podporządkował się woli ojca, który przekazał mu tajniki garncarstwa. Mimo że ludzie coraz wyżej cenili naczynia z miedzi, żeliwa czy choćby kamionki, on nie zrażał się trudnościami i pragnął, by w przyszłości Luiza przejęła jego warsztat. Wszak niegdyś było to głównie zajęcie niewieście, dopiero zastosowanie kół garncarskich doprowadziło do opanowania wytwórstwa ceramiki przez mężczyzn. Tym bardziej więc cieszył Bartosza entuzjazm, z jakim córka zachodziła do szopy. Przynajmniej nie traktowała tego, jakby to było zło konieczne. A jeśli da Bóg, kiedyś w arkana zawodu wprowadzi swego wybranka, by kultywować wspólnie rodzinną tradycję, choć już nie pod szyldem Łagodów.

– Chciałabyś zrobić dzban? – zapytał łaskawie, bo choć od dawna przyuczał córkę do fachu, to jednak nieczęsto pozwalał jej na większe wyroby, by nie marnowała gliny, którą trzeba było mozolnie wydobywać w wąwozie, a następnie przywieźć wozem konnym do domu. Materiał ów był wilgotny, a zatem ciężki, więc wiązało się to ze sporym wysiłkiem.

Dziewczynie rozbłysły oczy. Do tej pory robiła przede wszystkim talerze i misy, doskonaląc technikę, by naczynia wychodzące spod jej rąk miały podobne do siebie kształty, co znacząco ułatwiały różnego rodzaju strugi i cykliny. Miała na koncie swych prób również kilka garnków i pomniejszych flakoników. Dzbany jednak należały do rzadkości. Wymagały więcej precyzji i uwagi. Trzeba było pilnować nie tylko ruchu dłoni, ale również wprawiania stopą koła w ruch wirowy na tyle szybki i równomierny, by naczynie osiągało symetryczną i gładką formę. Niełatwo było zsynchronizować pracę dwóch różnych kończyn. Stopa napędzała koło monotonnym kopaniem w przód i w tył, a ręce musiały nie tylko mocno uciskać materiał, ale również formować z niego kształt. Gdy patrzyło się na powstający wytwór z boku, zdawać się mogło, że zajęcie to nie nastręcza żadnych trudności, lecz gdy Luiza zajmowała ławeczkę przy kole w mało komfortowej pozycji, siedząc z lekko pochylonymi plecami i na dodatek w krępującej ruchy spódnicy, okazywało się, że nie jest to takie proste, zupełnie na przekór porzekadłu, iż nie święci garnki lepią. Ale być może mądrość owa tyczyła się gliniaków wytwarzanych bez użycia koła. Mniejsze naczynia można było sporządzić palcami, poprzez wydrążenie dołka w bryłce i cierpliwe wygładzanie kształtu. Inną metodę stanowiło formowanie długich wałków z gliny, a następnie układanie ich w spiralę i tworzenie w ten sposób ścianek. Takie wyroby na pewno wyglądały gorzej, może nawet okazywały się mniej trwałe, gdyż trudno było o precyzję działania. Na dodatek praca nad nimi pochłaniała mnóstwo czasu.

– Tak, tatku! – ucieszyła się młoda na ojcowską propozycję.

Bartosz ustąpił jej miejsca na niezbyt wygodnej ławeczce. Dziewczyna przysiadła, podkasała dół domowej sukienczyny na tyle, na ile pozwalała przyzwoitość. Bo nawet w obecności ojca nie wypadało świecić gołą łydką, a co dopiero udem czy kolanem. Mężczyźni mieli pod tym względem nieporównywalnie lepiej, nosili spodnie, mogli śmiało przyjmować pozycję w rozkroku i nikogo tym nie gorszyli.

– Włosy – napomniał ją tato.

Pannica potulnie zawinęła gruby warkocz, wiążąc z niego supeł na karku. Już jej się bowiem zdarzyło, że majtnęła pasmami o glinę, która od razu je pociągnęła, ściśle się w nie wtapiając. Bólu i płaczu było wówczas co niemiara! Na szczęście ojciec przytomnie wyhamował koło, nim córka została pozbawiona swego atrybutu urody. Nadwyrężoną i utytłaną czuprynę udało się też ostatecznie wypłukać do czysta.

Luiza sprawdziła jeszcze, czy ma wodę oraz ścierki pod ręką. Potem uważnie obejrzała materiał, z którego miał powstać dzban.

– Dużo tego! – sapnęła.

– Ująć? – zaproponował ojciec.

– A gdzieżby! – zaprotestowała. – Poradzę sobie. Skoro tatulo potrafi, to i ja muszę się nauczyć.

– Ale będzie ci ciężko – przestrzegł mężczyzna. – Nie masz tak silnych dłoni jak moje. Jeśli uznasz, że nie dasz rady ogarnąć takiej ilości, to albo cię zmienię, albo odbierzemy trochę z pecyny i zrobisz mniejszy dzbanek.

– Daj mi, tatku, choć spróbować. Nie zmarnuję ani grudki – zapewniła.

– Zobaczym, zobaczym – mruknął Bartosz.

Wiedział, jak trudno jest zapanować nad ciężarem mokrej gliny. Niejedna próba kończyła się fiaskiem, gdy komuś brakowało wprawy. Czasami się zdarzało, że koło puszczone w zbyt szybki ruch wystrzeliwało rozpoczęte dzieło niczym proca pocisk. Choć Bartosz nie znał się na fizyce oraz innych mądrych naukach i nie potrafiłby nazwać fachowo tego zjawiska, wiedział, czym jest siła odśrodkowa. Sam jej także niejednokrotnie doświadczał. Nawet i teraz, gdy miał za sobą całe dekady praktyki, zdarzało mu się popsuć dobrze rokujący wyrób albo nierówno ustawić porcję materiału na obrotowej tarczy. Drewniane ściany warsztatu upstrzone były śladami jego nieudanych poczynań.

Luiza zanurzyła ręce w przygotowanej w pobliżu misce wody. Zaczerpnęła trochę złożonymi razem garściami i polała to, co na razie stanowiło bezkształtną masę. Potem ponownie sięgnęła do naczynia, tym razem aby solidnie zmoczyć krawędzie dłoni. To było ważne, bo nie dość, że gliny nie dawało się obrabiać na sucho, to jeszcze można było pod wpływem tarcia podrażnić, a wręcz poharatać skórę.

Zerknęła na ojca, ten pokiwał głową z uznaniem.

– Do dzieła! – zachęcił młodą. – Pamiętaj o tym, by porządnie wydusić powietrze, aby w ściankach nie porobiły się pęcherzyki. Nie spiesz się, najpierw solidnie wyrób sobie materiał.

Luiza mocno ucisnęła glinę, jeszcze tylko rzuciła wzrokiem na drewniany krąg, który stanowił napęd tego prostego, lecz jakże przydatnego urządzenia. Konstrukcja była złożona z dwóch tarcz, jednej większej, napędzającej, i drugiej ciut mniejszej, służącej do kształtowania wyrobów. Łączyły się ze sobą na sztywno pojedynczym mocnym kołkiem, co pozwalało na wprawianie ich w dość szybki wir. Ten rodzaj koła określano bezsponowym w przeciwieństwie do używanych dawniej sponowych, w których pomiędzy tarczami znajdowało się kilka pionowych drążków, czyli spon. Koło napędzające mieściło się na stabilnej podporze skonstruowanej przez Łagodę. Swego czasu Bartosz osobiście sporządził owo narzędzie pracy, wzorując się na dziele rąk swego świętej pamięci ojca. Poprzednie, nadgryzione zębem czasu i wytyrane do granic możliwości, najpierw posłużyło za przykład do zrobienia nowego, a potem ogrzało ich chałupę krótkotrwałym ogniem. Koło, którym teraz posługiwali się Łagodowie, liczyło ładnych parę lat. Górna tarcza była solidnie wygładzona, pozbawiona wszelkich drzazg i zadziorów. Bartosz dbał o jego stan, bo choć ręce miał zahartowane i odporne na drobne urazy, to jednak wbita w nie drzazga nie należała do przyjemności.

Dziewczyna sapnęła z przejęciem i wprawiła narzędzie pracy w ruch. W pierwszej chwili zaskoczyła ją masa, która nie chciała się podporządkować. Luiza, pomna wcześniejszych prób oraz ojcowskich pouczeń, zaczęła od ściskania gliny w celu wypchnięcia z niej pęcherzyków powietrza. Na początek mocno ugniatała materiał, nie zważając na omdlewające nadgarstki, dla których był to zdecydowanie zbyt wielki wysiłek. Koło kręciło się z turkotem, dość równomiernie, bowiem w tej czynności zdążyła już nabrać wprawy. Zdołała ustabilizować bryłę pośrodku, więc szybko zamoczyła dłonie. Pierwsze oderwanie rąk od materiału stawało się jednocześnie testem na to, czy gruda przywarła należycie do drewnianego kręgu. To był bowiem ten moment, gdy zdarzało się, że wystrzeliwała niczym pocisk, niejednokrotnie czyniąc szkody w warsztacie. Na szczęście dotychczasowe wysiłki okazały się skuteczne, nie doszło do żadnych strat.

Ojciec przyglądał się z boku poczynaniom córki. Nie próbował mędrkować, powściągliwie wygłaszał rady. Kilkakrotnie przypomniał młodej o konieczności moczenia skóry i rozpoczętego dzieła – byle z umiarem, bo zbytnia ilość wody mogła udaremnić formowanie naczynia.

Luiza ze stoickim spokojem gniotła plastyczną masę. Powoli wyciągała ją w górę, nadając jej walcowaty kształt. Nie spieszyła się, działała rozważnie, by nie zmarnować tego, co z wolna powstawało. Gdy wyczuła brak symetrii w rozłożeniu gliny, ponownie przygniotła ją do podłoża. Choć wyzwanie było nieliche i nadgarstki bólem szybko zaczęły dawać o sobie znać, nie ulegała słabości. Zamierzała pracować, póki starczy jej sił, by jak najwięcej zrobić. Ostatecznie bryła została wygładzona na tyle, aby można pomyśleć o drążeniu otworu w jej wnętrzu. To było znacznie trudniejsze, a im cieńsze uzyskiwało się ścianki, tym częściej zdarzały się katastrofalne w skutkach pomyłki. Ucisnęła z wyczuciem wierzch walca kciukami i zaczęła powoli zagłębiać je w masie. Jednocześnie jej stopy wykonywały miarowy ruch na dolnej części urządzenia. Uwaga Luizy skupiona była na pracy, na hipnotycznym wirze, na moczeniu rąk oraz powstającego naczynia, na uciskaniu, wygładzaniu i polewaniu gliny wodą. W efekcie powstało coś w rodzaju sporej donicy o wciąż dość grubych ściankach.

– Wstrzymaj koło – zarządził Bartosz. – Spójrzmy na to, co ci się udało wytoczyć.

Dziewczyna posłusznie wyhamowała wir. Ostrożnie, aby nie uszkodzić naczynia, odsunęła obolałe dłonie, gryząc się w język, by nie rzec choćby słowa skargi na ten temat. Gdy urządzenie przestało się obracać, mogli przyjrzeć się rezultatom. To, co wcześniej sprawiało wrażenie dość symetrycznego kształtu, okazało się dalekie od doskonałości. Krawędzie były nierówne, z górkami i dolinkami. Ojciec jednak nie krytykował córki.

– Zważywszy na ilość gliny, z którą się mierzyłaś, jest nieźle. Rzekłbym nawet, że całkiem dobrze. Trzeba jeszcze popracować nad rantem, bo im bardziej zaawansowana będzie praca, tym trudniej będzie o naprawienie tego, co wyszło gorzej. Ale możesz też już powoli podcinać swój twór od dołu, by nadać mu wygląd dzbana. Zważ jeno, aby nie przeszarżować, bo jak za mocno go ścieśnisz, to może ci się oderwać od koła i cała robota pójdzie na zmarnowanie. Jednocześnie trzeba z wyczuciem zamykać górę, by utworzyła się szyjka, a nad nią spory kołnierzyk. Tę górną krawędź i tak mocniej się na ostatku szlifuje, żeby całą robotę wyrównać.

Luiza pokiwała głową ze zrozumieniem. Ucieszyła ją skąpa ojcowska pochwała. Tym bardziej zależało jej teraz na tym, by rzecz doprowadzić do końca. Jej nadgarstki trochę odpoczęły i przestały pulsować bólem. Zanurzyła więc ręce w misie z gęstniejącą wodą, która po licznych przepłukiwaniach i moczeniach dłoni teraz przypominała muł. Luiza puściła koło w ruch i zajęła się wygładzaniem wyrobu.

Jakiś czas później ojciec doszedł do wniosku, że na ten dzień wystarczy. Najpierw polecił córce, by część górnej krawędzi naczynia uformowała w zgrabny dzióbek, wszak dzbany służyć miały do tego, aby łatwo było przelewać z nich płyny. Potem wspólnym wysiłkiem bardzo ostrożnie odcięli wyrób od urządzenia drutem z folgami, czyli poprzecznymi uchwytami z drewna. Odłożyli go do wyschnięcia. Następnym etapem miało być zniwelowanie nierówności, wygładzenie dna oraz obrzeża, zamocowanie uch i ewentualnych zdobień, a potem wypalanie na biskwit – jeszcze bez szkliwienia.

Pozostało już tylko wyczyszczenie narzędzi oraz warsztatu. Na szczęście zabrudzenia uczynione gliną były łatwe do usunięcia. Wystarczały do tego jedynie woda oraz szmatki. Nawet gdy coś zaschło, dawało się uprzątnąć bez większego wysiłku.

– Będą z ciebie ludzie – pochwalił ją ojciec.

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Potem podeszła do ławy, na której ułożone były naczynia przeznaczone do dalszej obróbki, i jeszcze raz przyjrzała się dzbanowi. Nie należał do ładnych i daleko mu było do doskonałości, lecz nad tym jeszcze można się pochylić. Ona już oczyma wyobraźni widziała wypukłe ornamenty z wałeczków gliny, może zdobne w kwiatki i listki.

Za oknem zaczynało zmierzchać. Pracownia garncarska pogrążała się w mroku. By nie marnować świec po próżnicy, ojciec i córka opuścili budynek.

Luiza nigdy nie przyznałaby tego na głos, by nikomu nie sprawiać przykrości, lecz ze wszystkich członków rodziny to ojca kochała najmocniej i z nim najbardziej lubiła spędzać czas. A raczej pracować ramię w ramię, gdyż na luksus próżnowania można było sobie pozwalać jedynie od święta.

W domu nigdy nie brakowało zajęć. Bo nie dość, że należało pomóc Bartoszowi przy sprzedaży garnków, to jeszcze trzeba było prać, gotować i sprzątać. Nosić wodę ze studni, palić w piecu. Szyć i naprawiać odzież oraz bieliznę. Prócz tego był jeszcze przydomowy ogródek, w nim warzywa oraz owoce wymagające regularnego pielenia i podlewania, a na ostatek zbiorów. I jeszcze kury gdaczące niemiłosiernie, a pomiędzy nimi buńczuczny kogut ze wspaniałym pióropuszem ogona, stroszący się z byle powodu i wydający z drobnej gardzieli nieprawdopodobnie głośne pianie.

– Nieboszczyka by wskrzesił – dworowała z niego matka, biorąc się pod boki. A potem posyłała Luizę po jajka do kurnika albo żeby sypnęła ptactwu ziarna nabywanego od mieszka­jących po sąsiedzku gospodarzy, albo by posprzątała po gdaczących flejtuchach.

Łagodowie nie mieli własnego pola, bowiem od wieków parali się garncarstwem, dając utrzymanie rodzinie. Z tego więc względu paszę dla drobiu, ziemniaki na zimę czy mąkę na chleb trzeba było nabywać. W tym raczej skromnym gospodarstwie prym wiodła Danuta, choć pieniądze zapewniał Bartosz. Ona jednak dyrygowała i mężem, i córką, ona decydowała o wydatkach oraz ważnych sprawach domowych, a także o wyjazdach na targi i jarmarki. Wiele wyrobów sprzedawali wprost z warsztatu. Ludzie znali to miejsce, więc przychodzili tutaj nawet z sąsiednich wiosek, by dokonać zakupu. Zdarzało się, że po naczynia przysyłano wóz z któregoś zamożniejszego domu, zwykle od okolicznych potentatów Ulanowskich³. Kupcy jednak nie zjawiali się w progach Łagodów tłumnie, stąd konieczność wożenia kramu i handlowania gdzie się dało.

Ze wszystkich zajęć domowych Luiza najbardziej lubiła te, które wiązały się z ceramiką, ale im akurat nie mogła poświęcać aż tyle uwagi, ile by chciała. Matka bowiem, osoba dość surowa i apodyktyczna, wychodziła z założenia, że naczelną powinnością dorastającej panienki jest zgłębianie tajników prowadzenia domu.

– Nie święci garnki lepią! – mawiała, zaganiając córkę do innych obowiązków. – Do garncarstwa przyuczy się kiedyś twojego męża, bo przecież latka lecą i tylko patrzeć, jak zaczną tutaj przychodzić swaci. To oczywiste, że nasz zięć weźmie kiedyś warsztat po Bartoszu.

– A jeśli nie wyjdę za mąż? – zapytała buńczucznie panieneczka, której na razie nie w głowie były amory, choć czasami zerkała z zaciekawieniem na tego czy innego chłopca. We własnym odczuciu na zamążpójście miała jeszcze czas. – Na co mnie mąż, matulu? Sama sobie poradzę i z warsztatem, i z domem. Wszystkiego żeście mnie nauczyli z tatą.

– Bój się Boga! Tak gadać? Dziecko! Toż to wstyd zostać w staropanieństwie. Największe niedojdy i bidule bez wiana szukają sobie mężów, choćby i wdowcami byli, byle nie znosić poruty! Bo samej żyć i niełatwo, i niegodnie. A tyś nie jest jakaś ostatnia, byś nie znalazła sobie zacnego kawalera. Wiano ci piękne szykujemy, a po naszej śmierci dostanie wam się na własność chałupa z całym obejściem i warsztatem. Tak jest już ułożone z Wolskimi. Nie po to ojciec zadbał o spłaty dla Bereniki już teraz, za życia, by poszło to na zmarnowanie. Bartosz, przezorny, chciał w przyszłości zaoszczędzić tobie i twojemu mężowi szarpaniny o spadek. Wszystko jest odnotowane u rejenta. Ty będziesz tutaj panią! Ale do tego potrzebny jest ci mąż. Nie pleć więc, co ci ślina niesie na język. Lepiej poceruj ojcu roboczą kapotkę. A pomódl się przy okazji o dobrego małżonka i o rozum. Wzięłabyś przykład z Bereniki, ta ułożyła sobie życie pięknie i wygodnie, powinnaś pójść w jej ślady. Ach! I nie zapomnij przy najbliższej okazji wyspowiadać się z tych bzdur, coś je przed chwilą wygłosiła.

Luiza westchnęła ciężko, słysząc matczyne słowa. Danuta na każdym kroku stawiała jej Berenikę za niedościgniony wzór i dawała odczuć, że ze starszej latorośli jest dumna. Trochę to bolało i zniechęcało dziewuszkę, gdyż przykro było dorastać w cieniu chodzącego ideału.

Bez dyskusji sięgnęła po koszyczek, w którym przechowywane były przybory do szycia. Zdecydowanie wolałaby pójść teraz do pracowni, by wykańczać dzban, który wytoczyła dwa dni wcześniej. Glina na pewno zdążyła już obeschnąć, trzeba ją było wygładzić, dopieścić i ozdobić, a potem dać ojcu do wypalenia. Luiza znała jednak dobrze nieugiętość matki. Lepiej więc było jak najszybciej, a przy tym jak najstaranniej wykonać powierzone zadanie, aby zmiękczyć choć trochę serce rodzicielki. Może jak mama zobaczy, że dziura została zreperowana, to pozwoli córce na oddalenie się do warsztatu.

Jakby w odpowiedzi na jej myśli matka znów przemówiła:

– To nie jest tak, że nie chcę, abyś przyuczała się do garncarstwa. Wiem, jakie to ważne dla naszej rodziny. Ale dla kobiety nie ma powinności istotniejszej od umiejętnego prowadzenia domu. Bo jak sama wiesz, pracy z gliną można się szybko i łatwo nauczyć. W twoim wypadku będzie to kiedyś raczej zajęcie dorywcze. Ja też, gdy byłam młodą mężatką, szkoliłam się w tej robocie. A potem pojawiły się dzieci i wraz z nimi przyszły nowe obowiązki. Na pomaganie Bartoszowi zabrakło więc czasu. Zresztą on doskonale daje sobie radę sam. Potrzebne mu jesteśmy przede wszystkim na targu. I oczywiście musimy troszczyć się o jego doczesne potrzeby. Taka jest rola kobiet. Jak świat światem dla nas najważniejsze są kuchnia i dbałość o bliskich. Nie zmieniaj więc naturalnego porządku rzeczy, bo to wręcz zakrawa na grzech. Baw się w ceramikę wówczas, gdy nie ma nic pilniejszego.

2
DWOREK WOLSKICH

_Jestem córką Fortuny_ – rozmyślała Berenika Wolska.

Dobrostan zawdzięczała faktowi, że urodziła się jako najstarsza córka Łagodów, cudem wywinęła się z rąk kostuchy, gdy ta zasadziła się na nią i jej rodzeństwo, a po niej i pomarłych dzieciskach przyszła na świat jeszcze Luiza – tatulowe oczko w głowie, potencjalna następczyni garncarza.

Gdyby nie Izka, to na ramionach Bereniki spoczywałoby brzemię przejęcia w przyszłości warsztatu garncarskiego. Zapewne nie miałaby swobody przy wyborze męża, musiałaby poślubić kogoś wskazanego przez ojca i przez resztę życia pospołu z małżonkiem zajmować się lepieniem skorupiaków.

Wolska nie miała do tego zajęcia ani serca, ani cierpliwości. Glina była ciężka, zimna i mokra. Oblepiała wszystko, wbijała się pod paznokcie. Ręce się o nią haratało, gdy nazbyt mocno podeschła lub gdy podczas kłusowania nie usunięto z niej wszystkich paprochów. Albo można było pokaleczyć się o koło garncarskie, na którym czasami powstawały drzazgi. Sama robota w jej odczuciu też nie należała do wdzięcznych, wymagała pochylonej sylwetki oraz niesynchronicznych ruchów stóp i dłoni. Nad tym ostatnim było jej wybitnie trudno zapanować. A ile razy się zdarzyło, że w nieuformowaną pecynę wkręciły się włosy lub chusta? Do tego jeszcze buchający ogniem piec, w którym należało mocno palić, bo wyroby ceramiczne łaknęły wysokiej temperatury.

Ojciec po wielu latach wytężonej pracy miał zaokrąglone plecy i spadziste ramiona. Jego skóra naznaczona była bliznami poparzeń, płomienie niejeden raz liznęły go po twarzy czy włosach. Ona za bardzo lubiła swoje pukle o barwie pszenicy. I gładkie policzki zdobne w dołeczki, o których mawiano, że to pocałunki aniołków. Nie chciała też niszczyć delikatnych rączek pracą garncarską ani jak jakaś przekupka stać na targu, by sprzedawać garnki, talerze, misy, kubki czy dzbany.

Miała to szczęście, że w czasach, gdy wielu okolicznych mieszkańców przymierało głodem lub ponad siły harowało na swoje utrzymanie, wyszła korzystnie za mąż. Zdawała sobie sprawę, że przysłużyły się temu jej uroda, rumieńce znamionujące samo zdrowie oraz dość przyzwoite wiano zapewnione przez ojca – dokładnie w tej kolejności. Bo Janek najpierw zauroczył się powabnym liczkiem panny Bereniki, potem z zadowoleniem odnotował, że jest dobrze odkarmiona i krzepka, co optymistycznie rokowało na przyszłość związku, a w rezultacie, gdy zaczął robić podchody matrymonialne, mile go ucieszyła informacja, że dziewczyna goła w świat nie pójdzie, bo choć na brak pieniędzy nie narzekał, to jednak wyznawał starą prawdę, że od przybytku głowa nie boli. Posłał więc do Łagody swatów, którzy zostali przyjęci bez żadnych zastrzeżeń.

Jakże można byłoby odmówić tak zacnemu kawalerowi? Jan nie dość, że miał smykałkę do interesów, to jeszcze był już wtedy posiadaczem położonego na obrzeżach Kazimierza uroczego dworku, który na tle garncarskiej chałupy jawił się niczym pałac. Wiadomo było, że u boku kogoś takiego Berenika nie zazna biedy i głodu, które to panoszyły się po okolicy od wielu lat. Ba! Nawet nie pokala rąk ciężką pracą, bo od tej będzie miała służbę.

Początkowo Bartosz próbował zachęcić zięcia do zajmowania się ceramiką, lecz Janek ani myślał babrać się w glinie. Dla niego warsztat był zbyt mało dochodowym przedsięwzięciem. Nie opłacałoby mu się zatrudniać czeladników, bo zbyt na skorupiaki nie był wystarczająco duży. Sam też nie garnął się do koła, miał inne interesy, które dawały mu lepsze przychody. Człowiek z niego był obrotny, przedsiębiorczy i chytry. Gdyby poczuł w tym zysk, samemu diabłu wykręciłby rogi i poodcinał kopyta. A ogon biesa sprzedałby jako muchobijkę. Dzierżawił zatem od miasta rozległe ispiny, z których rokrocznie pozyskiwana była wiklina do wykonywania różnego rodzaju plecionek, z dużym naciskiem na kosze służące do suszenia bądź wędzenia owoców. Próbował swoich sił w handlu, wynajmował na ten cel nawet jeden z nielicznych ocalałych z zawieruch dziejowych spichlerzy. Sprzedawał głównie śliwki, a także inne wysuszone lub uwędzone dary okolicznych sadów, które trafiały przeważnie na stoły mieszczan warszawskich. Gdy tylko zwęszył gdzieś dobry interes, niewymagający od niego osobistego zakasania rękawów, zaraz liczył posiadane kapitały i spodziewane zyski. A gdy mu środków brakowało, szukał ich wszelkimi dostępnymi sposobami. Mawiano, że własnej babce spoczywającej na łożu śmierci wydłubał spod siennika pugilares z wdowim groszem, byle pomnożyć stan posiadania. Bogiem a prawdą, Jan aż tak daleko się nie posuwał. Honor miał, uczciwość cenił tak wysoko, że nawet dostał stanowisko urzędnicze w sądzie pokoju. Zajęcie owo nie pochłaniało mu nadmiernie dużo czasu, więc wciąż mógł prowadzić swe intratne interesy. Jan, dzięki urzędniczej posadzie, znał się ze wszystkimi ważnymi ludźmi w mieście, które, choć mocno podupadłe, ba! – ledwo dychające z biedy i głodu, wciąż pełniło zaszczytną funkcję stolicy powiatu. A to też ułatwiało mu wiele spraw pobocznych, lecz zyskownych. Ponieważ nie brakowało mu talentu do łatwego zarobku, nie należało się dziwić, że garncarstwo budziło w nim wstręt niemniejszy niż w nadobnej Berenice.

Teść, widząc, że z tej mąki chleba nie będzie, odpuścił. W czasie gdy zięć robił swe interesy, pod dachem Bartosza wyrastała dorodna młoda brzózka w osobie Luizy. Dziewczątko było roztropne, cierpliwe i robotne. A co najważniejsze: miało ogromny pociąg do garncarstwa i niemalże każdą wolną od innych obowiązków chwilkę spędzało w warsztacie. Postanowił tedy Łagoda, że ukochanej Izce zapewni przyszłość wśród ceramiki. A żeby zięć pazera nie wyciągnął do małej kiedyś łap po schedę, spłacił go jeszcze za swego życia. Potrzebował gwarancji, że dziedzictwo ukochanej córuchny nie zostanie rozszarpane na strzępy.

Berenice bardzo to odpowiadało, a jakże! Gdy tylko stary napomknął, że ma taki zamysł, sama mu zaczęła wiercić dziurę w brzuchu o to, by został zrealizowany. Zyskany w ten sposób pieniądz bardzo się przydał Wolskim. A Berenika mogła odetchnąć z ulgą: już nikt nie będzie zawracał jej głowy lepieniem gliny.

Rąk nie lubiła sobie brudzić, o nie! Owszem, jak wiele pań domu musiała zajmować się różnymi czynnościami, lecz od tych cięższych miała służące. Sama nie paliła w piecu, więc nie chodziła umazana sadzą i popiołem. Nie prała, więc jej dłonie nie były zniszczone przez ług. Od prasowania też stroniła, więc nie parzyła palców rozżarzonymi węgielkami, które należało sypać do ciężkiego żeliwnego żelazka. Czasami ugotowała jakieś frykasy, by się przypodobać Jankowi i zasłużyć na kilka pochlebnych słów. Coś uszyła, choć raczej preferowała zbytkowne hafty. Potrafiła wyrabiać piękne koronki klockowe i ochoczo wykorzystywała fakt, że bardzo gustowała w nich, i hojnie za nie płaciła, _madame_ Ulanowska. Po co więc miałaby się trudzić zajęciem powodującym omdlewanie nadgarstków i sprawiającym, że palce, podobnie jak mięśnie łydek, płonęły bólem?

Nie musiała nawet niańczyć dwójki swoich dzieciątek, od tego miała babę, którą najpierw najęła jako mamkę do młodszej Zyty, a potem pozostawiła w domu jako piastunkę. Starszego Karola wykarmiła inna kobieta, lecz Berenika nie zaproponowała jej dłuższego pobytu w swoim domu i przepędziła łachudrę, gdy była brzemienna po raz drugi. Jeszcze przed rozwiązaniem sprowadziła do domu Jakubową Dorotę, od ślubu noszącą nazwisko Piegza, z panny Pyzikównę, młodą wdowę, której mąż utonął w Wiśle krótko po spłodzeniu dzieciaka. Wolska wzięła do siebie Jakubową wraz z oseskiem, nim jeszcze powiła dziecko. Chciała przyjrzeć się jej i ocenić, czy okaże się lepsza od poprzedniej mamki. Dorota spełniała oczekiwania Bereniki: była schludna, pracowita, bez szemrania robiła, co jej polecono. Nigdy nie przedkładała własnego potomka nad obowiązki u państwa. Tuż po tym, jak przyszła na świat Zyta, synuś Jakubowej został oddany pod opiekę świekrów mamki, by nie pozbawiał pokarmu nowo narodzonej dziecinki. Tam, w ubogiej chałupie rybaków, wydał ostatnie tchnienie, gdy zakrztusił się ziarnem niedogotowanej fasoli. Przypadek, wola Boża czy umyślność w tym były? Trudno dociekać, choć chłopczyk na pewno stanowił obciążenie dla biedaków.

Jakubowa rozpaczała po stracie maluszka, istniało wręcz ryzyko, że pogrążona w żalu baba utraci pokarm. Wolska jednak nie myślała szukać nowej mamki, tę uważała za akuratną, inne kandydatki do tej funkcji, z którymi miała do czynienia, wzbudziły jej niechęć i obrzydzenie.

– Nie bucz! – Ostro skarciła osamotnioną kobietę Berenika, gdy kolejny raz przyłapała mamkę na płaczu. – Taki los: Bóg dał, potem Bóg zabrał. Toć dla ciebie lepiej, że mały poszedł do aniołków w ślad za swoim tatulem. Wdowy z dzieciakiem nikt by pewnie nie zechciał, bo chłopy nie lubią hodować cudzego przychówku. Każdy jeden patrzy na to, by mieć swoje własne. Czas żałobny przeminie, zarobisz u mnie trochę grosza. A kto wie? Może kiedyś znajdziesz sobie nowego męża? Z wianem i bez dzieciska plączącego się u spódnicy prędzej cię któryś weźmie. A na razie piastuj moje maluchy jak własne. Bóg ci na pewno za to wynagrodzi. No! Już, już! Nie bucz.

W odpowiedzi usłyszała jeszcze kilka tłumionych na siłę chlipnięć i smarknięć, ale kto by tam zwracał uwagę na służbę? Póki ktoś dobrze wykonuje swoje obowiązki i jest przydatny, można znosić jego ślimaczenie się i nos zwieszony na kwintę.

Racjonalne argumenty najwyraźniej trafiły do przekonania nieszczęśnicy, bo od tamtej pory Berenika nie widziała mamki płaczącej na widoku. Może łkała nocami w napchaną sianem poduszkę? Może roniła łzy podczas prania pieluch i bielizny? Tak czy owak, choć oczy miewała jeszcze przez jakiś czas zaczerwienione, nie skarżyła się na swój los. Ale za mąż chyba nie było jej spieszno, bo czas mijał, potomstwo Wolskich wyrosło z wieku oseskowego, zaczęło chodzić o własnych siłach, gadać, a nawet psocić, a ona wciąż pozostawała przy państwu jako opiekunka i pomoc domowa.

Jakubowa szybko opłakała utracone dziecię, dość logicznie sobie koncypując, że faktycznie wdowie nielekko byłoby z maluchem, gdyby została odprawiona z domu Wolskich, w którym żyło jej się wygodnie i przyjemnie. Ba! Z biegiem czasu to jej poruczono dyrygowanie nie tylko pozostałymi sługami domowymi, ale również parobkami zajmującymi się gospodarstwem. Państwo, prócz licznych interesów, posiadali jeszcze kawał pola, łąki oraz sady i żywy inwentarz, choć na tym wszystkim zupełnie się nie znali, bo pani pochodziła z domu garncarza, a pan z mieszczańskiego rodu niegdysiejszych kupców zbożowych. Z tego względu Dorota mocno obrosła w pióra, bowiem wychowywała się w chłopskiej chałupie, była zatem w obejściu Wolskich druga po pani Berenice! Niemalże jakby sama była gospodynią na owych włościach. Szybko więc poszła po rozum do głowy.

– Ja się stąd nie dam wykurzyć! Co to, to nie! – poprzysięgła sobie, bo dola, jaka przypadła jej w udziale, była nieporównanie lepsza od tej, przed którą właściwie uciekła.

Jakubowa była córką chłopa pańszczyźnianego z Bochotnicy. Bez większej chęci wyszła za mąż za rybaka, który musiał wykupić ją od państwa Klemensowskich⁴, by dali zgodę na ­małżeństwo swej chłopki z wolnym człowiekiem. Choć ślubny nie wzbudzał w niej głębszych uczuć, gdy stawała przed ołtarzem, przez chwilę wydawało jej się, że złapała Pana Boga za nogi. Wtedy jeszcze przyszłość rysowała się w dość jasnych barwach, wszystko miało być lepsze od powinności względem dworu. Szybko się jednak okazało, że życie małżeńskie nie jest usłane różami. Mąż pił, bił ją i brał, nie bacząc na to, czy ona również ma ochotę na figle. Gdy utonął, odetchnęła z ulgą, ale nie na długo, bo w późniejszym wdowim stanie nie było wiele lżej. Dla świekrów stała się zbędnym balastem, zawalidrogą, kolejną gębą do wykarmienia. Mieli ją za nic i sprowadzili ją do roli popychadła żyjącego na ich łasce. Gdy zatem nadarzyła się okazja usłużenia Wolskim, Dorota potraktowała ją jak zrządzenie losu.

Co by z nią było, gdyby nie wspaniałomyślność pani Bereniki i pana Jana?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersjiPRZYPISY

1 Mowa o Juliuszu Małachowskim herbu Nałęcz (ur. 1801), który poległ w Kazimierzu Dolnym 18 kwietnia 1831 r. podczas jednej z bitew powstania listopadowego.

2 Aleksander II Mikołajewicz (1818–1881) – car Wszechrusi, król Polski i wielki książę Finlandii w latach 1855–1881.

3 W czasach, gdy rozgrywa się akcja niniejszej powieści, rzeczywiście była to jedna z najzamożniejszych kazimierskich rodzin.

4 Bochotnica należała do rodziny Klemensowskich od 1847 r. Wcześniej stanowiła własność księcia Adama Czartoryskiego, któremu skonfiskowano dobra za udział w powstaniu listopadowym.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij