Córka grabarza - ebook
Powieść obyczajowo-erotyczna (teoretycznie!) dla dorosłych. Golizny oraz fizjologii, multum. W świeckiej RP policji obyczajowej niby brak, ale w katolickiej krainie obowiązuje powszechne zakłamanie. Niektóre wydawnictwa dmuchają więc na zimno-lodowate i działają, niczym Urząd Cenzury przy ul. Mysiej w socjalistycznej Warszawie. To cudem nieocenzurowane dzieło, dla normalnych. Dla normalnych inaczej, zdecydowanie niewskazane. Lecz jeśli chcą, niech czytają. Na własną odpowiedzialność, oczywiście!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-504-8 |
| Rozmiar pliku: | 3,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Homo sapiens, to człowiek (teoretycznie!) rozumny, a także zwierz (zazwyczaj) towarzyski. Ale czy jest zdolny ułożyć sobie satysfakcjonujące życie z innym osobnikiem własnego gatunku? No, i czy na otaczającym go łez padole, rzeczywiście chciałby z kimś współwegetować?
Czort wie. Ja, nie wiem. Niby, chyba powinno być to wyjątkowo proste przedsięwzięcie. Ale czy w realu w ogóle wykonalne?
Mnóstwo Ziemian dobiera się w przypadkowe pary i współistnieje jakoś, bo… musi.
Część, męczy się ze sobą aż po grób. Prozaiczne rutyno-przyzwyczajenie, tudzież wiara w kosmiczny zabobonno-absurd, tak patologicznie podszeptują.
Sporawo człecząt, rozwodzi się nieustannie. Wszak nowe i mniej zużyte oraz atrakcyjniejsze ciało, lub choćby niezwykle ponętny tylny aspekt damskiej osobowości, czyhają tuż obok. Na owym zwyczajo-obyczajo-procederze, sądy oraz ich rozleniwieni pracownicy nieustannie zyskują. Legalne pozbycie się uprzykrzonej małżonki, kosztuje. Za oszczędne, lecz nielegalne (zbyt krwiste, dajmy na to) do mamra łatwo trafić. A to, dość przykra perspektywa, psia mać!
Inni ziomale, cichcem notorycznie „skaczą w bok” i niby stale trwają w fikcyjnej wspólnocie. Pozory mylą okolicę, ale co tam.
Patologicznie egoistyczni indywidualiści, miewają jeszcze odmienniej. Wolą stale egzystować w randze singla, lub singielki. Czyli po dawnemu starej panny, bądź kawalera.
Zaś część ludeczkostwa, w pewnym momencie swej ziemskiej egzystencji zmienia „wyznanie” z hetero, na homo. Czasem, odwrotnie. Przy okazji wymieniając także partnera do dalszych uciech płciowych. W nowej sex-realo-rzeczywistości, stary średnio pasuje.
Z płci rutynowo nadawanej przez geny oraz mamcię naturkę, można obecnie zrezygnować. Cóż, postęp cywilizacyjno-naukowy robi swoje. Niezbędny zabieg medyczny wykonany u Azjatów, niby dość tanio wychodzi. W ojczyźnie, istne ździerstwo, plus podatek. Do tego, w pakiecie klątwa katolicka, gratis. Tak, mamy tu milusio oraz wściekle fajniuteńko!
Mym skromnym zdaniem, najtrudniej jest dobrze wystartować, w działce ludzkiej płciowości.
Czemu?
W owej kwestii mądrych, od wieków brak. I pewnie na wieki wieków. Amen!
Przygnębiający fakcik dziejowy. Nieprawdaż?Rozdział 0
(ździebko przygnębiający)
Pierwsze potyczko-doświadczenio-przygody z młodzieńczą rzeczywistością płciową zaliczałem klasycznie, w podstawówce. I z mety, pech! Na całego, niestety.
Najpierw mocno usłużno-nadposłusznawy (nieco starszy ode mnie) chłopak zgwałcił mnie ręcznie, podstępnie uwiązanego do szkolnych drabinek. Prawda, że wyjątkowo romantycznie wystartowałem w istotnej działeczce życiowej?
Usłyszałem, jak gdyby… usprawiedliwienie ewidentnie przemocowego wyczynu:
— Wybacz stary. Zostałeś wytypowany. Muszę działać! Ściągnę z ciebie gacie. Kazał mi, kurwa. Poza tym, podobasz mi się. Pragnę ujrzeć, jakim dysponujesz. Klejnoty, też ocenię. Później szybko zrobię ci dobrze i będziesz wolny. Mierzył, niczego nie będę. To dziecinada! Spoko, drzwi sali zakluczone. Dziewczyny nie podejrzą twych skarbów. Słówka dupencjom nie pisnę o męskich gabarytach. Mnie nie musisz się wstydzić, chłop jestem. Tylko wścibska bozia, kuźwa, popatrzy. Nie mam na nią sposobu. Ale czort z cholerą. Jesteś obrzezany?
— Co ci do tego? — żachnąłem się.
— Nic. I tak, zaraz się dowiem. Zaczynamy!
Zadarł mą koszulkę do góry i opuścił gatki do kostek. Nie zaprotestowałem. Bez sensu przecież. Byłem bez szans. Kolorowe linki trzymały uczciwie, a nadwstydliwością, nigdy nie grzeszyłem. Nie wiem, czemu.
W skupieniu obejrzał, co ciekawego posiadam. Dokładnie obmacał jądra. Uśmiechnął się akceptująco informując, iż nosi niemal identyczne oraz jest obrzezany. Po czym przystąpił do konkretnej roboty. Po gwałcie, powąchał spermę ściekającą z jego pracowitej dłoni. Wyznał szczerze, iż zadziałał na polecenio-prośbo-zażyczenie nowego pana od gimnastyki (czyli byłego… księdza-dobrodzieja!). Zaś kościelny dezerter obserwował całą zabawę na monitorze znajdującym się w służbowym kantorku. Drugą mini kamerkę, świecki pedagog ukrył ponoć w przebieralni dziewczyn. Zaś elektroniczny sprzęcik zanabył z funduszy przeznaczonych na nowe, niezbędne pomoce dydaktyczne. Unia, akurat pomagała wówczas w koniecznym do-rozwoju naszej mocnawo zacofanej placówki edukacyjnej. Ze zbędnego wydatku, belferek wytłumaczył się bezproblemowo. Postawił przecież na nowoczesność w naszym domu oświaty i zagrodzie. Nic patologicznego, nie istniało w logicznie uzasadnionym przedsięwzięciu.
W ścisłej tajemnicy dowiedziałem się również, że kilka dni wcześniej po lekcjach, mój oprawca przymusowo samogwałcił się w kantorku na oczach byłego duchownego, który ochoczo… dokumentował wydarzenie telefonem. Właśnie wówczas wielebno-świecki pedagog wpadł na genialny pomysł uwiązania mnie do drabinki w sali gimnastycznej. A także zlecił onaniście wszelkie kolejne działania.
Na zakończenie niezbyt miłego spotkania, gwałciciel miał dla mnie także pokrzepiającą nowino-wiadomość. Wyznał otwarcie, że pomimo, iż targam w gaciach całkiem fajową zabaweczkę, nie jestem jednak w jego typie. W dodatku odrzuca go… zapach mej spermy. Czyli podsumowując, nici z sex-randek w cztery oczy, które wcześniej skrycie planował.
Cóż, ewidentnie dostałem (tak zwanego) kosza. Lecz nie miałem mu tego za złe. Raczej odetchnąłem. Z ulgą!
***
Niedługo potem, najładniejsza w okolicy (zajebisto-zajebiście) zajebista dziewczyno-laseczka, olała mnie. Usłyszałem, że (wzorem swej ukochanej mamuni) preferuje sporawo starszych chłopców. Tatuś seksy dziewczynki, już nie żył. Babunia (bezterminowo zdeponowana w domu szczęśliwego emeryta), owszem.
Potem owa wyjątkowo fajniutka oraz wielce pociągająca lasko-dziewczynka, migiem wybrała młodego (najnowszego!) męża szkolnej sekretarki, przesadnie cycatej Arletki. Chętniutko łajdaczącej się po godzinach, z dyrektorem Młotem. Dyro (dzięki wielce uczynno-usłużnemu COVID-owi), młody wdowiec. Arleta, rycząca czterdziestka gruntownie wyremontowana z zasobów (niewykorzystanego w narzuconym terminie) szkolnego funduszu remontowego. Gdyby nie ów pomysło-fortelo-wymyślunek jej otłuszczonego szefunia-piwożłopa, od-unijna kasiorka przepadłaby bezpowrotnie! Wyznaczony urzędowo termin wyzbycia się z konta przydzielonych złociszy, mijając nieubłaganie, ostro naglił. Więc pomysłowy Młot-piwosz, wyremontował podwładną. Tym sposobem brukselska kaska została spożytkowana na… renowację zabytku. Przecie każda sekretarka zatrudniona w placówce oświatowej, to jakby część stałego wyposażenia. Taka ruchomo-nieruchomość szkolna, powiedzmy. Proste, logiczne i oczywiste chyba.
Za to najnowszy małżonek naszej poliftingowej Arletki ledwo, co ukończył studia. Złośliwie mawiano o człeczku, gerontofil (wszak sporo starsze samice, od dawna rajcowały pana zboczko-dziwaczka). Dość rachityczny ścisło-mózgowiec począł pracować u nas, jako nowy matematyko-informatyk. Poprzedni belferek od pierwiastków, kompa, całek, pitagorasizmu, linijki oraz ekierki, najpierw został wykastrowany przez swą dawną uczennicę, która ukończyła medycynę. Zawinił zaniedbany rak jąder, więc musiały trafić pod nóż. Zaraz potem, wrednowata pani małżonka beztrosko porzuciła męża-wybrakowańca. I tak, przymusowo odjajczony pedagog, w wkrótce wyruszył za chlebem na zachód mocno wschodniej Europy. Tamtejsze pieczywko robione ręcznie na tradycyjnym zakwasie, podobno bardziej mu odpowiadało niźli nasze drożdżowe z (atestowanego unijnie!) automatu piekarniczego. Cóż, różniste preferencje smakowe dręczą ludzi lubiących nieustannie pałaszować oraz podróżować w poszukiwaniu kolejnej potrawo-strawo-wyżerki.
***
Później nieoczekiwano-nieszczęśliwie przydarzyło się, iż wpadłem w oko (i niestety, na dłużej ugrzęzłem w nieco zwichrowanym mózgowiu!) najbrzydszej koleżanki w szkole. Zabujał się we mnie pospolity kaszaloto-masakro-maszkaron, kuźwa. Ot, pech!
Pulchniutka amantka nazywała się ciutkę… gastronomicznie, Bogumiła Smalczyk. Być może jakiemuś bogu, była miła. Lecz ślepkom erotomano-ateisty uodpornionego na wszelkie ludzkie religio-pomysło-wymysły(!), jawiła się mocno nieapetycznie. Szczególnie wówczas, kiedy spontanicznie rozpakowała towar, który egoistycznie postanowiła zaoferować upatrzonemu, ekstremalnie zaskoczonemu koledze. Przerażająco oraz zniechęcająco-nachalna numerantka w całym młodzieńczym porno-ero-temaciku. Baba, niby goluteńka. Ale taka, mocnawo… fe! Przynajmniej dla mnie.
Lepiej w ogóle nie zerkać na aż tak specyficzne atrybuto-przymioto-zaleto-mankamenty już na pierwszy rzut oka skutecznie odstraszające ewentualnego kliento-kontrahento-nabywcę genetycznego badziewia. Istny odpado-złom produkcyjny po prostu, choć niezbyt jeszcze leciwy. Klasyczny przypadek wyjątkowo pechowego dziedziczenia wado-zalet. Niepoprawnie złośliwe geny, paskudniście u niej zawiniły. Lecz różniste dziwnowato-dziwacznawe dziwadełka, spontanicznie czasem w przyrodzie występują. Matka Naturka, tak miewa. Wyglądało, jakby zacna cholernica, na ostrym kacu zadziałała! Choć jejmość, z natury raczej niepijąca. Nic, nie poradzisz nędzna człowieczynko. I nic, komukolwiek do sprawy. Jakowymś wymyślonym przez skołowanych maluczkich boziom, tym bardziej.
U wspomnianej (beztrosko, nagle rozpakowanej na mych oczach!) amatorki na mnie, ujrzałem wielkie, paskudnisto-obwisłe cyco-bufory smętnie wpatrzone brodawkami w podłogę. Zaliczyłem automatyczny szok, że u nastolatki, w ogóle może występować cosik podobnego. Poniżej dwóch wspomnianych galaretowatych ozdobo-zwiso-obwisów, widniały solidne opono-dętki na puszysto-obłym brzuszydle gigantycznej, nieekologicznie oraz mocno niezdrowo zapasionej samicy. Jeszcze niżej, zameldowały się solidno-potężne nożyska podpierające gigantyczny zad. Kosmatawe giganty, wydały mi się łudząco podobnie do podstawy fortepianu. Do tego z przodu, pod połciami sadełka, nosiła wyleniałe i pełne owłosienie łonowe.
Jasno pojąłem, iż nie każda goluchna dziewczynka potrafi reklamować się atrakcyjnie. Niektóre w ogóle nie powinny pozbywać się odzienia przy chłopczyku. Po czorta maksymalnie szokować kolegę, wywołując u biedaczka nagłą niemoc płciową?
Jezusicku, odstraszająca potwora nagle mi się objawiła, psia mać! W dodatku, miała wyraźną ochotę na seks.
„Ze mną?!” — spanikowałem w myślach, ewidentnie przerażony.
Streszczając paskudniste zagadnienie, przymusowo ujrzałem jedno wielkie, mocnawo odrażające… fe. Na domiar złego, spasiona potwora beztrosko puściła w eter druzgocząco zniechęcającą werbalną antyreklamę, że z niej, nienaruszona… dziewica. Czyli patologia oraz przedpotopowa wiocha, do kupy razem przygarnięte i pozostawione dla ewentualnych amatorów niedowidzących nadmiaru oferowanego cielska. Normalnie widzący chłopina-esteta, na ohydę nabrać się nie da, moim zdaniem.
Rozumując wspaniałomyślnie, nie każda dziewucha musi być pięknisto-piękniście przepiękna. Ale ostatecznie, z czym do ludzi analizujących przymioty oferowanego ciała. Kuźwa, toż także prościuchny esteta ze mnie. Nic więcej! Żadnista odmiana jakiejkolwiek dyskryminacji, w ogóle u mnie nie występuje. Nie wadzi mi, że jakowyś babostwór egzystuje w pobliżu. Ale czy koniecznie musi nadaktywnie przymierzać się, aby… współżyć ze mną? Gustuję w sporo innych obiektach płciowych. Żeńskich, oczywiście. Sorry, że być może nieco fatalnie mi się porobiło. Ale tak mam! Po kiego ciągać paskudztwo u boku? Siaro-obciach pokazać się z taką gdziekolwiek. Przytłaczająca masakra!
Z mety zwątpiłem w sens uprawiania seksu z jakąkolwiek dziewczyną. A owa potwora, właśnie się doń aktywnie przysposabiała. Najwyraźniej żaden, nie gustował wcześniej, w ustawicznie firmowo zakorkowanym towarku. I nagle padło na mnie czort wie, czemu. Mocnawo przerażono-zniesmaczony, zwiałem w popłochu z tej niby porno-randki. Spanikowałem po prostu. Wprawdzie lubię, kiedy dziewczyna rozbiera się w mej obecności, ale nie taka, przecie. Sytuacyjna impotencja u mnie, więcej niż murowana. Żadnisty seksuolog nie dopomoże!
W drodze powrotnej do swego bezpiecznego domostwa, aby ździebeczko odreagować sex-stresidło, wpadłem do ukochanej babuni, na obiadek.
Generalnie w życiu, uwielbiałem nie tylko babunine knedelki ze śliweczkami, nawet robaczywymi. Bidulka często niedowidziała, czym w rzeczywistości nadziewa pulchno-glamdziaste ciasto. Ale ostatecznie, niewielki robaczek w świeżutkiej śliweczce, to tylko wysokobiałkowy i łatwo przyswajalny dodatek, gratis. Ekologiczny, więc i musowo prozdrowotny zapewne. Jakby… mniam-mniuśna strawa.
Jako młody samczyk-erotoman, ceniłem też szczupłe oraz zgrabniutkie dziewczynki. Takie z fajowo jędrnym biustem, średnich gabarytów. W owym okresie żywota doczesnego nie kumałem jeszcze niuanso-zagwozdek kalibro-cyco-numeracji. Po prostu podobało mi się przednie damskie zagadnienie, albo nie. I wszystko! Co tam jakieś numerki, albo literki, czy miseczki. Z tym, że depilacja w kroczu, u każdej obowiązkowa. Po prostu mus, kuźwa! Sporawo fajnisto-ciekawiej robi się wówczas ślepkom wzrokowca. Proste, naturalno-estetyczne zagadnienie!
***
Koniec końców, strapiony oraz wielce niepocieszony postanowiłem skorzystać z oferty wspólnej aktywności płciowej otrzymanej niegdyś od ciutkę starszego kolegi (innego, niż koleś-gwałciciel, o którym wspominałem. Jawnych gejów, wszędzie dziś pełnowato!).
Randka z chłopakiem? Jakby… dziwnowate nieco. Ale ostatecznie, czemu nie? Toż dziewczyny, tak głównie funkcjonują. Z tym, że towarzyszyła mi wyraźna trema. Wszak zero doświadczeń w tym zakresie, dziewic ze mnie.
Nieśmiało, odezwałem się do niego. Szybko odświeżyliśmy dawny temacik, przez telefon. Entuzjastycznie poinformował, iż z radosnego wrażenia, narząd kopulacyjny właśnie mu stanął. Ale ugruntował mnie w kwestii sensu podjęcia pierwszej, niewinnej próby eksperymentalnego potraktowania jego pierwotnego wymyślunku. Zakończył rozmowę wieścią, iż zaraz popędzi do klopa, aby zwalić. Ja, popędziłem do kuchni, aby łyknąć ciut zimnej, gazowanej mineralki. W gębie mi zaschło z wrażenia, na co się umówiłem.
Rozbierana randka, miała się odbyć za dwa dni. Tyle samo czasu, troszczyłem się o własny tyłek. Ale zgodziłem się, więc…
W samo południe, stawiłem się w jego pokoju. Powitał mnie, będąc jednie w bokserkach z wizerunkiem uśmiechniętej paszczy grzywiastego lwa. Wyprosił sprzątającą u niego, pokraczną siostrzycę.
— Wyjdź siostra, nie bądź zołza. Pamiętaj, nie przeszkadzaj nam! Kolegą zaraz się zajmę. Rozbierze się cały. Stanie mu za momencik. Niepełnoletnia jesteś. Choć mojego sztywniaczka już znasz, nie powinnaś jego narządu oglądać. Taki zwyczajo-obyczaj obowiązuje. Matka, ostro by się zgorszyła i jak nic, opieprzyłaby mnie za demoralizację małolaty, kurwa mać… — oznajmił otwarcie.
Wyszła. Uśmiechając się i życząc nam udanej zabawy.
Zablokował klamkę drzwi, oparciem starego krzesła. Wyjaśnił, iż nie można jej wierzyć, bo lubi podglądać golutkich chłopaków. Bezproblemowo ustaliliśmy, iż całować się nie będziemy. Po co? Szkoda czasu na byle duperele jedynie stymulujące ślinotok. Nudnowaty romantyzm, to wado-domeno-bzdura dobra dla dziewczyn. Faceci, to ludzie konkretnego czynu. Czyli migiem do rzeczy. A więc, do golasa.
Rozebraliśmy się swobodnie, by wstępnie ocenić, co skrywają nasze gatki. Istotne różnice nie występowały. U każdego, europejska norma spontanicznie potwierdzona przez szkolną linijkę oraz suwmiarkę. Ale krzywizno-łukowatość wacka, u każdego w inną stronę. Bez znaczenia przecież. Grunt, że nie mieliśmy się, czego wstydzić. Skoro rozmiarowo, generalnie zgadzało się z tym, co wyświetlał obeznany we wszystkim Internecik, występował uogólniony brak jakichkolwiek podstaw do ewentualnej siary.
Naszą późniejszą aktywnością płciową, on dowodził. Miał chłopak wprawę. Zadziało się bezproblemowo. Jedynie z mego punktu widzenia, wyszło więcej niż… nieciekawie. Ale zapewnił, iż stopniowo wciągnę się w nową dla mnie odmiano-wersyjkę typowo towarzyskiego seksiku w męskim gronie. Oświadczył, iż nie zna fajniejszej zabawy.
— Chłopie, z dziewczynami wyłącznie nuda ci zagraża. U takiej, nawet nie masz się, czym pobawić. A sztywny penis, to konkretny konkret. Pewnie, dlatego, też wolą chłopców. Logiczne, kuźwa! — usłyszałem.
W pewnej chwili niespodziewanie strzelił mi pamiątkową, nagą focię oraz podarował swoją. Z kutasem w pozycji bojowej. Moim zdaniem, nieco kiepskawa pamiąteczka ze wspólnych, wstępnych sex-przygodo-poczynań. Ale skoro zaoferował prezencik, wziąłem. Gardzić podarunkiem głupawo i nieelegancko przecież.
Innego dzionka, zaliczyłem jeszcze okazję do otwartego obserwowania, jak wprawnie zabawiał się ze starszym od siebie rasowym gejo-pedałkiem, który własnego wacunia, nazywał prezesem. Koledzy, zgodnie zaprosili mnie na swą rozbieraną randkę:
— Przyjdź! Swobodnie popatrzysz na wyzwolonych, wesołych, harcujących partnerów seksualnych. U nas, równouprawnienie obowiązuje. Strzał, u każdego murowany! Może przekonasz się, że to całkiem fajowe zajęcie. Gwałcić cię nie będziemy, spoko — usłyszałem zapewnienie.
W każdym momencie (jeżeli tylko ochota by mnie naszła), mogłem dołączyć do ich otwartej, bezpruderyjnej zabawy. Ale szybciej naszło mnie na… opuszczenie lokum, w którym baraszkowali.
Czemu?
Kompletnie obce mi klimaty. Szczególnie penetrowanie odbytu sztywnym wackiem. A także radosne spuszczanie się we wnętrzu wypiętego chłopaka, z którego potem sperma leniwie wyciekała.
Okazali się mocno zawiedzeni mą wybitnie niekoleżeńsko-egoistyczną postawą. Trudno! Mam swoje prawa, przekonania oraz wrodzone preferencje płciowe. Wolę zabawiać się sporo inaczej. Przede wszystkim, z samicą własnego gatunku! Nic w tym złego!
Ponieważ nieustannie nasilający się popęd płciowy należało jednak rozsądnie jakoś zagospodarować, skupiłem się na tradycyjnej manufakturze oraz stymulujących, gratisowych pornosach oferowanych przez niezawodny Internecik. Cóż, młode dłonie oraz elastyczne nadgarstki wymagają częstych, regularnych ćwiczonek. Samo zdrowie! W przeciwieństwie do praworęcznych kolegów, od zarania byłem oburęczny. W różnistych sytuacjach, łatwiej oraz sporo wygodniej tak się funkcjonuje. Przynajmniej, mnie…
***
Tuż po samotnie zmitrężonych wakacjach zaliczyłem kolejne, mocno frustrujące zaskoczenie płciowe. Jak pech, to naprawdę na całego, niestety. Ot, los!
Całkiem niespodziewanie zoczyłem na ulicy dziewczynę. I to, jaką… Cudo, psia mać!
Zawzięcie paplając w telefon, stała przed przejściem dla pieszych. Na pierwszy rzut oka (zgodnie z mym niezbyt wygórowano-wyszukanym guścidłem), jak gdyby… babski ideał. Niektóre europejsko-ameryckie modelki zawodowo kursujące po wybiegach świata, wydawały się do niej podobne. Ale i mocnawo niedoubrane, elegancko wydepilowane, typowo amatorskie zdziro-dziwko-dupy (z kolorowych obrazków dedykowanych ostro fantazjującym masturbantom), również. Czyli „rębna sztuka” (cytując pana drwala, wytrwale eksterminującego kombajnem leśnym sosno-świery, z terenów Nadleśnictwa Krynki na Podlasiu. Nieszczęsnej Puszczy Knyszyńskiej, niestety nie udało się umknąć przed galopującą, wysoce nieekologiczną oraz przerażająco bezmyślną nowoczesnością przemysłowo-przyrodniczą. Współczesny, śródleśny, gigantyczny koszmarek, kuźwa!).
Kiedy światełka uliczne wreszcie zzieleniały, odruchowo podążyłem za spodniami opiętymi na niezmiernie ponętnym zadku. Oczu, nie dawało się od tyłeczka oderwać. Aż prącie rosło, tak seksownie się prezentował! Zastanawiałem się, jak interesująco i mocno niebagatelnie zagaić do atrakcyjnej nosicielki laycrowo-poliuretanowo-spandexowych, elastycznych i nieprasowalnych gaci. Nie zdążyłem jeszcze wykombinować niczego sensownego, gdy nieoczekiwanie pojawił się przy dupci, jakiś chłopak. Potem zniknęli za elektronicznie sterowanymi wrotami prowadzącymi na teren nowego osiedla.
_„Idioto, odpuść seksy dupinie. Ostro przymarudziłeś w doczesnym wcieleniu. Podobne suczko-laseczki, bezpańsko nie snują się po twym świecie…”_ — uświadomiłem sobie otaczającą zewsząd, brutalno-realną rzeczywistość.
Następnego dzionka, w pobliskiej Biedrze znów natknąłem się na zadkowe cudeńko. Tym razem przyozdobione uniformem, już nieeksponującym tylnego aspektu powabnej, damskiej osobowości.
Szybko wydumałem, iż fajniutka dziewczynka, to wegetarianka, zapewne. W czerwonym koszu z zakupami, kolekcjonowała wyłącznie zieleninkę. Zawstydzony wyborem własnego żarła, dyskretnie pozbyłem się z metalowego wózka uprzednio upolowanej, promocyjnej kiełbachy grillowej oraz ordynarnej kaszany. Zostały mi jedynie trzy wyblakłe (być może niedopieczone) kajzerki, chudy twarożek w bieluchnym plastiku, niewielki bio-jogurcik w kolorowym, nieekologicznym kubeczku oraz atrakcyjnie przecenione mleczko w straszliwie pogniecionym kartonie, z krową na okładce. Na oczach pięknej, wzbogaciłem zakupy o szczypiorek, główkę sałaty masłowej, rzodkiewkę oraz przywiędły koperek. Masełko krowie, wymieniłem na roślinne, odtłuszczone! Do tego jeszcze (sporo tańsze od polskich jabłek!) trzy argentyńskie, ewidentnie niedojrzałe banany oraz promocyjny, kilogramowy ananas sprowadzony z odległej Kostaryki.
Jedynie nie byłem pewien, czy śliczność w ogóle zarejestrowała, co uczyniłem pod wpływem jej ziemskiego uroku orientując się, iż paraduje w dyskoncie… bez stanika. Nie powiem, całkiem fajny biuścik prześwitywał przez obcisłą bluzeczkę. Wielkość gruczołków mlecznych (jak dla mnie), całkiem akuratna. Super widoczek, kuźwa! I to w Biedrze, pośród stadka niedowidzących, kulawych emerytek. Strach jeno pomyśleć, iż obecne cudeńko, to samo kiedyś czeka. Zgroza! Lecz nic nie poradzisz, psia mać. Z czasem, zbrzydnie.
W drodze powrotnej na jej osiedle (ponownie niemo podążając za lalą) nadal nie miałem pojęcia, jak ciekawie i kulturalnie zagaić do bezstaniczkowego obiektu mych zainteresowań płciowych. Za to to samo chłopaczysko, ponownie bezproblemowo wykwitło tuż przy niej i klepnęło w cudowny zadek.
_„Nieustannie waruje przy wysoce rębnej własności, cholernik. Trudno się dziwić! Nie łudź się, samotny onanisto. Nijak nie dorwiesz się do ekologicznie napędzanego towaru. Burek, czuwa wytrwale. Cóż, ma, czego pilnować! Ale ździebko pomarzyć możesz, naiwniaku. Nic, tamtemu do tego. Potem w samotności wyobrazisz sobie bezstanikową zabaweczkę, rozbierzesz cacko w myślach i rytmicznie zwalisz, zgodnie z swą dobową normą. Czyli przed zaśnięciem…” _— kojarzyłem otaczające mnie realia, plus własne zwyczajo-obyczaje.
Przez kolejne dzionki, działo się dość podobnie. Gdzie by ślicznawa dupencja nie błądziła, przyboczny diabełko-stróżyk warował przy niej niczym wiejski Azorek przy okazyjnie zdobytym, niezbyt świeżym gnacisku.
Mniej więcej po tygodniu ustawicznych niepowodzeń w nawiązaniu jakiegokolwiek kontaktu z obiektem mych westchnień i marzeń przedsennych oraz lawinowo narastających frustracji płciowych, siedziałem samotnie na pokiereszowanej ławce w pobliżu wrót osiedlowych. Burko-stróżo-dozorca atrakcyjnej dupci, wyrósł w nich nieoczekiwanie. Przysiadł koło mnie. Niepewnie rozejrzał się po bliskiej okolicy i zapalił. Momentalnie zaskoczyłem, że to… zielarz. Legalna tytonio-trucizna przyozdobiona rządową banderolo-akcyzą, zalatuje sporo inaczej. Z tym, że bezakcyzowe ziółko, wonieje ciut przyjemniej, moim zdaniem.
Koleś podrapał się po jajach. Jego luźnowate spodniska, uwidoczniały penisowy wzwód. Poprawił odzienie, aby ździebko przykamuflować sprawę. Zaklął pod nosem. Splunął, tuż przy swym obuwiu. Po czym zaciekawiony zagadnął, czemu nieustannie snuję się za jego… siostrą. Dowiedziawszy się przypadkowo o ich koligacjach rodzinnych, poczułem wyraźną ulgę oraz odrobinkę nadziei w osamotnionej, ogólnie skołowanej samczej duszy. Odparłem szczero-uczciwie, iż dziewczyna niemożebnie mi się podoba i chętnie poznałbym ją bliżej. A nawet bardzo, bardzo blisko. By nie rzec, bliziuteńko.
Stróżo-burek, spojrzał na mnie wyraźnie zaskoczony. Po chwili parsknął śmiechem, wymownie postukał się w czoło i rzekł:
— Źle trafiłeś! Nie weźmiesz tego lachona pod siebie. Lepiej skoryguj plany, łowco dup. Inaczej, nie pobzykasz.
— Czemu? Ma chłopaka od tych spraw… — dopytywałem, przygnębiony.
— Nie w tym, problemo-szkopuło-sęczysko, palancie.
— Nie rozumiem…
— Człowieku, ona ma podobnie, jak my.
— Nadal niezbyt kumam zagadnienie. Przybliż ciut jednoznaczniej.
— Krycha, to totalnie zmarnowany towar, kuźwa.. Odpad płciowy, jak gdyby. Niby rębna dupa, ale nieprzydatna do miłego zajęcia.
— Czemu?
— Woli dziewczyny! Praktycznie, od zawsze tak ma. Swoją aktualną dziewczynę, odbiła mi latem. Tak, parszywie wyszło podczas ostatnich wakacji. Wstyd się przyznawać, kuźwa. Aktualnie na jakąkolwiek dupinę poluję, jak i ty. Proste teraz? — wyjaśnił najzwięźlej, jak można było to uczynić.
— O, kurwa! Ale numer. Jezu… Do łepetyny by mi nie przyszło! Aż taka z niej numerantka? — jęknąłem, z ewidentnym niedowierzaniem.
— Nie inaczej, psia mać. Widzisz, jakie żyćko brutalne bywa oraz pełne różnorakich zasadzko-niespodzianeczek? Żeby rodzona siostra, bratu tak perfidnie dokopała? Kumple ze mnie, przez nią się ciągle nabijają. Tak, pograła.
— Nigdy nie słyszałem o podobnej układo-sytuacji…
— Ja, również. Lecz w realu, zaliczyłem paskudniste doświadczonko. Do tego nagłą siarę oraz jawną zniewagę w bliskim środowisku. Na domiar złego, znowu staje mi wiecznie, bez powodu. Niczym byle dzieciuchowi. Kumasz, porąbane zagadnienie?
— Spoko, ogarniam. Współczuję — zapewniłem.
— Wiesz, naprawdę wyśmiewano się ze mnie wrednowato. Bezczelnie kpiono z męskich możliwości! W końcu niedopici ludziska zebrani na tradycyjnej imprezce rozrywkowej, nakazali udowodnić publicznie, że jeszcze mam, czym dymać.
— I co?
— Drobnostka jak gdyby, kuźwa!
— Sprawozdaj.
— Człowieku, upokorzenie jedynie.
— Aż tak?
— Nie inaczej. Najpierw jedna numerantka skromniutko przydreptała i nieskromnie wetknęła mi łapinkę w spodnie. Prowokacyjnie objęła i potarmosiła wacka. A na głos, przeliczyła jajka w woreczku. Rozbawiona, oznajmiła wszystkim, że źle, chyba nie jest. Ale jej najnowszy chłopak, większymi narządami dysponuje. Dlatego lalunia zapostulowała, aby koniecznie mój sprzęt obnażyć, publicznie obejrzeć, usztywnić przymusowo i kontrolnie sprawdzić, czy w ogóle działa. Zaś zebrani ludziska, radośnie zaklaskali. Tak, pogrywali ze mną, skurwiele. Żeby dziewucha sprawdzała, czy w ogóle posiadam samcze narządy, bezczelnie oceniała je i wnioskowała, żeby mnie rozebrać?
— Nie dramatyzuj.
— Chłopie, nie koniec na tym.
— Więc nadawaj.
— Migiem zaszła pełna, publiczna kontrola stanu mego posiadania.
— W jakim stopniu?
— Maksymalnym! Człowieku, nakazali mi uczynić hopsa na stół. Na nim, do golasa i nastąpiła ekspresowa konfiskata ubranka. Speszony, ręczne wacka zmuszałem do powstania, bo kutasa wymierzyć zapragnęli. Nie szło mi. Jedna z obecnych tam dup zaskoczyła, w czym generalny problem i cycki mi pokazała. Wówczas, począł sztywnieć. Potem pomiary i jeszcze otwarta prezentacja strzelającej amunicji stadku nieźle rozbawionej mną gawiedzi. Odzienie, odzyskałem dopiero pod koniec imprezki, więc przy kompletnie ubranych, do końca na golasa balowałem. Tak, luzacko się działo, moim kosztem.
— Cóż, poszedłeś na całość, jakby… na rozkaz gawiedzi.
— Fakt. Bezczelnie mej pełnej golizny zażądali, kuźwa! Nawet demokratycznie i otwarcie przegłosowali proponowany przez lalunię scenariusz musowej prezentacji ustawicznie ośmieszanych narządów. Wyjścia nie miałem, cholera. Bezpodstawnie obdarzany komplemencikiem impotenta, musiałem jakoś zachować męski honor lub próbować, choćby ciupkę go podratować. Ale w pewnej chwili generalnie poczułem się, jakbym za totalną niewinność w jajka centralnie oberwał. Ból odczułem w duszy, oczywiście. Jąderka, szczęśliwie nie ucierpiały.
— Wszystko, z powodu beztroskich działań wrednowatej siostrzyczki-lesby?
— Dokładnie. Ale to też, nie koniec.
— Co jeszcze zaszło?
— Męski dramat! Trzy dni mi nie stawał, po owym imprezkowym występie. Nawet przy najlepszych pornoskach jedynie zwisał i powiewał, cholernik. Chłopie, jawnie panikować poczynałem. Umówioną wcześniej randkę musiałem odwołać, awaria w gaciach przecież. Ogarniasz skalę odniesionej kontuzji psychicznej? Niby posiadasz najistotniejszy samczy narząd, ale ten, nie działa. Wyłącznie wisi. Nie okażesz drania żadnej dziewczyninie. Siara! Czyli zero szans na jakakolwiek męską rozryweczkę. Nagle dopada cię totalne kalectwo, migiem bezradniejesz i cierpisz, kuźwa.
— Współczuję.
— Ludzki, ludź z ciebie. Dzięki!
— Naprawił ci się? Czy z awarią, musiałeś do medyka powędrować? — zainteresowałem się.
— Prawdę mówiąc, zacząłem rozglądać się za specem od niesprawnych penisów. Ale w bliskiej okolicy, wyłącznie na młode kobity w necie natrafiałem. Głupawo fatygować się do takiej i ściągać gacie, aby okazać wadliwy sprzęt żaląc się, że nie działa. Szczęśliwie, samo nieszczęście przeminęło.
— Chociaż to dobre, w tej wyjątkowo paskudnej sytuacji.
— Nie ukrywam.
— Stale, poprawnie narządzik już działa? Nie nawala?
— Człowieku, organ kopulacyjny, bez zarzutu. Drąg, kiedy potrzeba. Aż miło popatrzeć, jak rośnie!
— Super!
— No. Farciarz ze mnie. Tylko aktualnie… jakby nadrabiał minione zaległości.
— W jakim sensie?
— Nonsensownym. Wczoraj w kuchni, na widok wypiętego tyłka siostry szukającej czegoś w szafce pod zlewem, nagle mi się wyprostował. Zdziwiła się! W ogóle chuj aktualnie przegina i wiecznie mi sterczy, cholera. Nawet teraz.
— Wiem. Spostrzegłem, gdy nerwowo poprawiałeś gacie, panikarzu.
— Ot, bystrzaczek-spostrzegaczek. Lubisz podobne widoki?
— Średnio raczej. Gdybyś siedział spokojnie, pewnie nie dostrzegłbym pałki.
— Faktycznie, moja wina. Głupawo mi, dlatego wiecznie sprawdzam.
— Luzik, nie przejmuj się — zarechotałem.
— No, łatwo powiedzieć… Lepiej przyznaj się nowemu koledze. Na momencik prywatny wstydzik odłóż na bok, luzaczku. Tylko o szczere wyznanko poproszę. Kompleks, posiadasz?
— Jaki?
— Typowo męski.
— Czyli?
— W gaciach, jak masz, dyskretnie zapytuję. O to wyłącznie mi biega. Ze wszystkiego spowiadać cię nie zamierzam.
— Co ci nagle do mego wyposażenia?
— Spoko. Jedynie przez grzeczność kulturalnie zagadnąłem. Nie znamy się bliżej. Zaś od pewnego czasu, stałem się ostrożny względem czyichś wacków. Niezręczne doświadczonko życiowe w tej kwestii, targam we wspomnieniach.
— Sorry, znowu nie kumam. Spróbuj ciut jaśniej.
— Chłopie, kiedyś przy basenie trzej numeranci rozebrali jakiegoś grubaska. Podpadł kolesiom, więc przy kilku uradowanych tym dziewczynkach, utracił spaślaczek ogacenie.
— Mało to, popaprańców po świecie wędruje?
— Nie w nich, główne zagadnienie. Fiucinka ekspresowo zesztywniała pulpecikowi, zapewne z wrażenio-przerażenia. W tym stanie, liczyła aż dziewięć centymetrów. Kojarzysz hecę?
— Skąd wytrzasnęli centymetr, na basenie? — Zdziwiłem się.
— Przypadek. Akurat któraś z numerantek, posiadała miarkę w nazbyt nowoczesnym telefoniku. Pindzia, nadmiernym refleksikiem się wykazała i migiem zadziałała mierniczo. Na widok męskiego niedostatku, aż złapała się za blond głowinkę. Ekspresowo podbiegła, cyknęła fotkę karłowatego prąćka i z nowoczesnego ekraniku odczytała wszystkim wszelkie możliwe wyniki. Kumasz nagłą kompromitację, ujawniony sekretny dramat oraz niemożebne męskie kalectwo pulchnego właściciela doraźnie wymierzonej mini pałki?
— Azjata, kuźwa.
— Dokładnie. W obwodzie mizerotki, także widniała parszywa dziewiąteczka. A zdaniem obeznanego we wszystkim Internetu, w Unii Europejskiej obowiązuje dziś chłopczyka 12 centymetrów, mierząc wokół sterczącego fiuta. Jajeczka, także bidulek posiadał w wydaniu super mini. Na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby w ogóle u niego nie występowały. Lecz inna rezolutna laseczka, wprawnie pogmerała ciekawską łapką pod dorodną fałdką zgromadzonego tłuszczyku. Odnalazła karłowate kuleczki i brutalnie pociągnęła za nie, aż grubasek boleśnie zapiszczał od niby pieszczotki.
— Sadystka, najwyraźniej.
— Być może. Chłopie, raptem uogólniona siara wyszła z niewinnej zabawy. Męski minimalizm został unaoczniony otoczeniu. Masakra!
— Cóż, jedynie można współczuć napadniętemu grubaskowi.
— No. Dlatego teraz od pewnego czasu grzecznie zapytuję nieznajomych kolesi o ich stan naturalnego posiadania. Wiesz, aby przypadkowo nie urazić nadmiernie ułomnego osobnika. Stąd moje zainteresowanie twoim sprzętem. Nic więcej. Ploteczek nie rozprzestrzeniam, spoko. Wal śmiało, jakiego posiadasz. Wolę wiedzieć, zanim zawrzemy bliższą znajomość.
— Nie mam powodów do narzekań. W gaciach, europejska norma.
— U mnie, szczęśliwie także wporzo. Z tym, że posiadam podkolorowanego kumpla, który targa większego. Afrykańskie geny, cholera! Dwadzieścia centymetrów. Robi wrażenie, kurwa. Ale mówi się, trudno. Tu, Europa. Na szczęście, nie Azja.
— Czyli wiemy już, co nieco o sobie — zaśmiałem się.
— Sytuacja, co do męskiego oprzyrządowania, wyjaśniona. Istotne jednak!
— Murzynkiem nie przejmuj się, stary.
— Tak, uczyniłem. Poza tym, gej z tego człowieka. Ty, a może doraźnie i my, spróbujmy się… spedalić.
— Coś nagle wykombinował? — oniemiałem.
— No wiesz, wyłącznie zabawowo. Cosik na wzór układu mej siostrzycy, z moją byłą. Albo wspomnianego Murzynka, z ukraińskim białasem. Tylko u nich, to jakby przewlekłe. U nas, jedynie chwilowo zaistnieje.
— Odbiło ci?
— Gdzie tam! Towarzyski jestem. Z konieczności zadziałajmy, kuźwa. Bądź człowiekiem. Na musiku jadę. Dostrzegłeś stójkę. Żadnej dupy pod ręką, a tu męskość pręży się i w jądra upierdliwie ciśnie. Pro-jajeczna profilaktyka, jak najbardziej wskazana. Bez niej, jądrzyska rozbolą. Znasz przecie męski problem. Także ulżysz sobie. Śmiały, ludzki, bezpruderyjny oraz koleżeński jestem. Zapewniam, dopomogę w sprawie. Wystrzelisz przy mnie, obiecuję. To jak, zadziałamy?
— W końcu gej, czy bardziej… heteryk z ciebie? Połapać się trudnawo.
— Człowieku, z chłopakiem, nigdy jeszcze tego nie robiłem. Aktualnie, jak gdyby doraźny musik zachodzi. Kiedyś, widziałem dwóch zakochanych kolesi otwarcie, śmiało i spontanicznie działających w ogólnodostępnej bzykalni. Udźwigniemy podobne zadanko. Prościzna, moim zdaniem. Męskie ruchy identyczne, jak przy obsłudze dziewczyny. Do buzi, brać nie musisz. Ja, wezmę twego. Wiesz, z czystej ciekawości, co dziewczyny widzą w identycznej zabawie. Tylko w ścisłej tajemnicy się popieprzmy, aby zaraz rzeczywiście nie okrzyknięto nas pedałkami. Chociaż wszyściutko dla ludzi, podobno.
— Jesteś pewien?
— Oj tam! Nie błądź zanadto myślami. Szkoda czasu!
— Nagą, męską randkę nagle mi proponujesz?
— Tak jakby… Nie wstydź się i otwórz na nowe doznania. Śmiało!
— Numerant z ciebie.
— Skumaj prawidłowo, w potrzebie jestem. Lokalem, dysponuję. Dziś, Krycha łajdaczy się na górze. Jutro, moja kolej. Od dawna mamy tak ustalone.
— Jak sobie wszystko wyobrażasz?
— Zwyczajnie. Wpadniesz ze spodziewaną wizytą. Na początek zrobimy po mocnym browarku. Uczciwie schłodzonym, oczywiście. Po nim, śmielej rozbierzesz się przed kolegą. Ciekawsko zerknę, co skrywasz przed otoczeniem. W zamian, bezproblemowo i otwarcie okażę własne skarby. Potem obejrzane fujarki szybko przeistoczymy w jurne fujary i zadziałamy płciowo. Ciąża, na pewno żadnemu z nas nie zagraża. Zrozum, zero jakichkolwiek kosztów, czy nierefundowanych wypraw do braci Czechów. Kolejność rżnięcia tyłków, możemy losować. Moim zdaniem, wyjdzie wówczas sporo sprawiedliwiej. Pasi?
— Sorki, chłopie. Pieprzony tradycjonalista ze mnie. Wybacz.
— Człowieku, luzik. Zaeksperymentuj po prostu! Wszyscy naukowcy tak podchodzą do bliżej nieznanego im temaciska. Inaczej światowa nauka odwiecznie sterczałaby w miejscu i jakościowo, paskudnie ucierpiała. Odwagi!
— Nie ciągnie mnie ku żadnym homo-eksperymentom. Raz, wprawdzie zaistniało. Lecz skutecznie mi przeminęło. Taka prawda! Wybacz, nieboraku. Zabieram własne cztery litery i spadam stąd — zapowiedziałem swą asekuracjo-rezygnacjo-ewakuację.
— Kuźwa, aleś wykombinował. Liczyłem, że człowiek z ciebie.
— Sorki, że zawiodłem…
— Ty, chociaż wacka koledze okaż. Nie wstydź się. Lubię rzucić okiem na typowo męskie przymioty. Nie kręcą mnie, ale interesują poznawczo. Dlatego chętnie oglądam. Pokażesz narząd? Mogę się zrewanżować. Tylko chodźmy gdzieś na bok, aby pospólstwa zbytnio nie zgorszyć.
— Przy innej okazyjce, być może zaspokoję twą ciekawość, zobaczymy. Rewanżyk, niewymagany — odparłem, ulatniając się błyskawicznie.
Cóż, ponownie miałem nagłą okazję, aby zwątpić w ogólny sens obracania się w otoczeniu, w którym coraz rzadziej standardową dróżką trafia się do konkretnego celu. Być może niepoprawny naiwniaczek ze mnie? A może, jedynie pospolity niedouk życiowy? Skąd, mogę wiedzieć…
***
Znacznie, znacznie później usłyszałem od pewnej dziewczyny:
— Wiesz, penisy zaciekawiły mnie jeszcze w czasach szkolnych. Wasze sakiewki z jądrami, sporo mniej. Nie pamiętam, czemu tak wyszło. Może dlatego, że jajka mniej rzucają się w damskie oczęta skupiające się spontanicznie na chętnie demonstrowanym wacku? Ciekawszy obiekcik! Lecz w sumie, bez znaczenia. Fiuciska lubiłam nie tylko oglądać, ale i rysować. Najczęściej szkicowałam obiekty z pamięci. Nierzadko podczas religii z przydzielonym nam, paskudnistym księdzem-dobrodziejem. Z zamiłowania, ojcem-pedofilem. Ustawicznie zmieniał miejsca swego seks-grasowania. Z dawną gosposią, którą w kuria mu końcu odebrała, dorobił się trójki dzieciątek. Zapewne, dzięki Bogu. Lekcyjka z feralnym ojczulkiem była niby nieobowiązkowa. Lecz w szkolno-pedagogiczno-prokościelnej podświadomościo-rzeczywistości, jak gdyby przymusowa, niestety. Z tym, że to, jedynie niemożebno-niemiłosiernie nudne pieprzenie w bambus. Nic więcej! Zamiast bezproduktywno-bezsensownie przysypiać w trakcie pobierania posępnych, średniowiecznych nauk (niczym babunia, podczas mszy transmitowanej w przypadkowo poświęconym starodawnym radyjku, tudzież smacznie kimać przy dzienniko-wieściach dolatujących z telewizorka) wolałam w wielce niepobożnym skupieniu rysować tak zwane świństwa. Inspirowała mnie specyficzna wyobraźnia artystyczna. Jako małolata sądziłam, że samcze siurki to dość dziwnowate dziwadło-dziwa! Szczególnie, kiedy rosły całkiem niespodzianie dla mnie. Z tym, że w przeciwieństwie do nieprzepadających za mną (nadzłośliwawych) dziewczyno-koleżaneczek, nie miewałam nazbyt wielu okazji, aby ciekawsko i bezproblemowo pooglądać prącia. Chłopcy mnie unikali. Do tamtych idiotek, lgnęli. Co poniektórzy koleżkowie bali się mnie nawet, niczym ducho-widmo-zjawy. A wszystko przez profesję cholernego tatuśka. Biznesmena utrzymującego nas przy życiu dzięki niezawodnym nieboszczykom. Dla niego każdy truposz, zawsze oznaczał pieniądz! Często, niemały. Wszak rodzinki bywają szczodre dla nieboszczyków, którym nierzadko skąpiły grosza za życia. Wysokość tak zwanego ostatniego wydatku, z reguły nie gra roli. A grabarzowi, w to graj! Pieniądz, przecież nie śmierdzi. Zwłoki, owszem. Bywa, że istny odór. Już, jako wczesne dziecię poznałam ów fetorek. Szybko przywykłam, niczym rolnik do specyficznego aromatu chlewika, czy krowiej obory. Wystarczy oddychać przez usta i problem znika. Prościzna! Z tym, że widok, zawsze niezbyt ciekawy.
Owo specyficzne zwierzenie, usłyszałem kiedyś od dziewczyny, która jeszcze sporo później, wywarła niezwykle istotny wpływ na me dalsze, doczesne losy. Żyćko płata czasem fikuśnawe figielki, jak widać. Żadnista nowino-nowość, ostatecznie.
Tylko czy obiektywnie zerkając na nieco specyficzną profesję szanownego (nieznanego mi wówczas) papy, można rzeczywiście określić grabarza mianem biznesmena?
W aktualnej okolicznościo-rzeczywistośco-sytuacji, chyba tak.
Wszak nawet pradawny paskudnisty spekulant, kiedyś stał się nagle handlowcem. Taki byle cwaniaczynka zawsze kupi taniej, sprzeda sporo drożej i już. Oczywiście, niczego więcej nie umie! Lecz tyle, w zupełności wystarcza niedouko-handlarzo-przedsiębiorcy. Toż zeń, współczesny biznesmenik oraz kapitalista, w jednym.
No, i nieomal każdy były cinkciarz, migiem awansował kiedyś do miana właściciela legalnego kantoru obracającego dowolną walutą. Zaś wiecznie podjadająco-mlaskająca, wysoce obleśna z wyglądu oraz niemożebnie ordynarna kuchara, chwilowo bytuje, jako celebrytko-gwiazdeczka w jakiejś TV. W dodatku, wielgachna z niej gwiazda. Nic w tym dziwnego, skoro w nowocześnie płaskim telewizorze jej nadmierne wypukłości zapaskudzają widzowi ponad pół solidnego ekranu, zmajstrowanego w odległych Chinach. Przy czym mocnawo starawa metrykalnie babsztylo-emerytka (niestrudzenie robiąca z siebie infantylno-idiotycznego podlotka w przydużej blond-peruce), nie jest bynajmniej obrzydliwo-patologicznie otłuszczona, jeno bardzo… puszysta. Niczym dawniej, pierzyna.
To jedyne, poprawne politycznie określenie przaśno-grubego babsztyla. Dziś, nazwać coś po imieniu i beztrosko rzec szczerą prawdę po dawno-swojskiemu (że niemożebna tłuściocha!), to nieobyczajne chamstwo. Być może podpadające nawet pod jakowyś durnisty paragraf.
Cóż, wysilili się bezmózgowcy i wymyślili, co potrafili, więc mamy powszechnie obowiązującą durnotę. Obecnie nawet za gówniste byle gówienko, skołowany narodek może powędrować za kraty. Widać pradawne czasy na egzystencję w lochach powróciły.
Zwięźle mówiąc, pospolita od-unijna zaraza nadciągnęła. Nic więcej! Z tym, że zawinili w sprawie… Amerykanie. Zaoceanicznych (nie tylko na punkcie puszystości!), już pod koniec XX wieku zdrowo porąbało. Od nich inni pozarażali się, jak gdyby obyczajowym… „COVID-em”.
Podsumowując ewidentnie przykre zagadnienie, we współczesnym świecie rozpanoszyła się i trwale obowiązuje kosmiczno-nieziemska paranoja. Zaś gromadzie gawiedzi otumanionej uogólnioną bylejakością otaczającej rzeczywistości, w to graj. Taka, fajniuteńko poroniona epoka aktualnie panuje. Ale jak długowato potrwa? Cholera wie.
Cóż, nowe przyczłapało sobie z opóźnieniem i utknęło na mocno niewłaściwym obszarze. Nieważne, że nieomal o wszystkim stanowią teraz, głównie durnowato-bezsensowne rozwiązania. Grunt, że zachodnie! Czyli na dzikim wschodzie, powszechnie pożądane. Lecz także i przesadnie modne w tutejszej okolicy. Czyli nagle, mamy coś na kształt paranoi, psia mać. Przykre zjawisko.
A że zadomowiło się tu owo paskudnawo, więc zaliczamy teraz niby… mini raj. Tylko nieustannie dzieje się tu gorzej, gorzej i jeszcze sporo gorzej, niestety. Także coraz głupiej oraz beznadziejniej. Więc jak żyć, normalno-tradycyjnie kojarzącemu osobnikowi dowolnej płci (także tej zmienionej, tudzież sztucznie odzyskanej)?
Litości niemożebnie porąbani entuzjasto-wyznawcy narzucano-obowiązujących, jawnych kretynizmów. Pomyślcie łaskawie, choć ciuteczkę asertywniej, o ile jeszcze potraficie. Tak, sporo zdrowiej. A może i ekologiczniej. Nie pozwalajcie ustawicznie nabijać się w balono-butelko-trąbę. Nie warto. Wyłącznie wówczas straty zewsząd zagrażają. Zysków z patologicznego entuzjazmu dla byle euro-durnoty, zero. Ot, przykra prawda.
Z tym, że być może jeszcze większe paskudztwo w już drodze. Niedługo tu, też może nadciągnąć, kuźwa.
Wspomniana przed momentem dziewczyna, zaskoczyła mnie jeszcze czymś mocno nietypowym. Oznajmiła kiedyś, że wakacje spędziła z… prochami. Sądziłem, iż miała na myśli nielegalno-zakazane używki stosowane powszechnie nie tylko przez ciekawską młodzież, ale i jej stopniowo kapcaniejących pryko-rodziców, zaś z rzadka, nawet przez młodniejących wciąż dziadków. Wówczas wyjaśniła, iż chodziło jej o… ludzkie prochy, z którymi (do pewnego momentu bezwiednie!) podróżowała świeżo wyremontowanym kamperem, który dawniej pełnił w rodzinnej firmie… funkcję karawanu pogrzebowego.
W jakimś zakamuflowanym schowku na podręczne duperele, zawieruszyły się nie tylko zapuszkowane ochłapy śledziowe w pikantnym sosie pomidorowym, ale i… urna, z zawartością. Czyli też jak gdyby puszeczka, na… pozostałości.
Rodzinka umarlaka nie zgłosiła się bowiem po nią nie tylko w ustalonym terminie, ale w ogóle zapomniała o elegancko skremowanym samotnym kuzynie sczezłym w domu przeszczęśliwej starości. I tak, czyjeś smętno-ulotne resztki spędziły wakacje na… kempingu nudystycznym w Chorwacji. Tam, rozwiane przez silny wiatr, zniknęły bezpowrotnie.
Podczas gwałtownej nocnej burzy, zawadzająca nagim wędrowcom drewniana, mahoniowa urna (wystawiona wieczorkiem na zewnątrz kampero-karawanu), spadła z dachu czarnego auta. Przewróciła się, pękła i otworzyła. Raniutko, świeciła pustkami. Nawet firmową torbę foliową na prochy, wietrzysko wywiało z wnętrza. Śledzikowej konserwie, nic się nie stało. Jedynie termin przydatności do spożycia uległ nieodwracalnemu zatarciu. Lecz choć poobijane wieczko wydawało się wzdęte, rybki turystom nie zaszkodziły. Z tym, że źle smakowały, jak większość polskich konserw rybnych. Ale cóż począć? Taki przemysł rybny, jaki kraj…
Później uszkodzona drewniana szkatułeczka pogrzebowa została starannie (lecz mało ekologicznie!) wypucowana chińskim detergentem oraz dokładnie wypłukana w cieplutkich wodach Adriatyku. Następnie osuszona południowym słoneczkiem oraz spokojnistym wiaterkiem. Zaś po niezbyt skomplikowanej powakacyjnej naprawie uszkodzeń, ponownie skierowano ją do krajowego obrotu. Na rynku pierwotnym, oczywiście.
Wtórny rynek zbytu (póki, co), rzadko jeszcze występuje w cmentarno-grabarskiej działeczce. Szczególnie w odniesieniu do urn oraz trumien. Za to grób zwolniony przez dziadziusia (który zdążył się już w nim ekologicznie zutylizować), nabyć można bezproblemowo. Legalna sprawa. Ewentualny poszukiwacz okazji, nawet sporawo ofert znajdzie w Internecie. Dziś każda działeczka w modzie oraz w cenie. Byle w atrakcyjnej. Nieprawdaż?