Córka Polka - ebook
Marysia, kobieta o wielu nazwiskach, genialnie uzdolniona – Krystyna Skarbek, Mata Hari, James Bond i Jason Bourne w jednej osobie, toczy osobistą wojnę z całą potęgą Trzeciej Rzeszy, a przy okazji również ze Związkiem Sowieckim. Przeżywa wiele niesamowitych przygód, ale niezmiennie pozostaje szlachetną „córką Polką” reprezentującą wszystko, co w naszej nacji najlepsze: odwagę, inteligencję, gotowość do poświęceń i niewzruszoną wiarę w potęgę dobra.
Jej szlak z sowieckiej Białorusi prowadzi przez Polskę do Włoch, później bohaterka działa w Paryżu, Teheranie, Moskwie i Smoleńsku… W Poczdamie omal nie zmienia losów świata. Poznaje smak miłości i zdrady. Fascynuje swą osobą Josepha Goebbelsa, Ławrientija Berię, Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i Galeazza Ciana.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18977-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chodź dziewczyno, chodź na siano,
a nie będziesz starą panną,
nie zapytam cię o wiano,
gdyś jest dla mnie mgłą poranną.
Jesteś dla mnie wiatrem żniwnym,
jesteś dla mnie letnim deszczem,
a ja głupi i niewinny
będę wołać jeszcze, jeszcze!
(piosnka zasłyszana w okolicach Wasyliszcza)
Kim właściwie jestem? Ciekawe, nigdy dotąd nie zadawałam sobie tego pytania. Dziś muszę. Jutro rano czeka mnie przesłuchanie, a potem pewnie śmierć. Nawet jeśli niczego nie powiem im na temat swej tożsamości – powinnam przynajmniej zdefiniować ją sama dla siebie, bo pogubiłam się przez to ciągłe udawanie.
Na dobrą sprawę nie mam przecież jednego ustalonego nazwiska. I nie chodzi mi o te wszystkie personalia z paszportów, jakimi posługiwałam się przez pięć ostatnich lat. Jak nazywam się naprawdę? W aktach stanu cywilnego w Kojdanowie (Białoruska SRR) wpisano: Maria Andriejewna Pruska, urodzona 28 lutego 1921 roku. Tyle że redaktor Andrzej Pruski, którego trzy dni przed śmiercią na hiszpankę w odruchu litości poślubiła moja matka Wanda Zawratyńska, z całą pewności ojcem mym być nie mógł. Może więc jestem tylko Zawratyńska? Tak pewnie powinnam się nazywać, gdyby ojciec pozostał nieznany. Ale przecież poznałam jego tożsamość. Nazywa się Stanisław Solecki. To wielka miłość mojej mamy od chwili, gdy zobaczyła go na balu karnawałowym w warszawskiej Resursie Obywatelskiej w pamiętnym dniu krwawej niedzieli 1905 roku. Splot zdarzeń, który nazwać można tragedią omyłek, sprawił, że nie mogli być razem. Ona, ścigana przez Ochranę uciekła do Galicji, on ciężko ranny, przekonany iż został odrzucony, zdecydował się zostać katolickim księdzem.
Czy później mogli to naprawić? Nie wiem!
Kochankami zostali tylko raz, w burzową noc z 31 maja na 1 czerwca 1920 roku. Mama zabawiła się w biblijną kusicielkę Ewę, podając Stanisławowi środki nasenne. W nocy oboje stracili kontrolę nad sytuacją, a o efekcie początkowo nie mieli pojęcia. Następnego dnia Wanda Zawratyńska wyjechała na wschód za polską armią, która właśnie zdobyła Kijów. Zamierzała odwiedzić grób ojca i odszukać złoto, ukryte w rodzinnym majątku w Zawratyniu. On musiał zostać. Nigdy już się nie spotkali. Mamę ogarnęło „czerwone morze” i następne 17 lat przeżyła we wsi Wasiliszcze jako nauczycielka kołchozowych dzieci.
Stanisław odnalazł mnie trzy dni po jej śmierci, a potem w nieprawdopodobny sposób wydostał ze Związku Sowieckiego, w którym rozszalała się „operacja polska” NKWD. Zabito w jej trakcie od stu do dwustu tysięcy ludzi tylko za to, że byli Polakami. Hitler miał się na kim wzorować, podejmując parę lat później Holokaust.
Może jednak powinnam nazywać się Solecka? To nazwisko przyjął jeszcze w dziewiętnastym wieku mój dziadek Henryk Zalcman, geometra z Prus, ojciec dwóch synów. Staś zrodził się z mazurskiej chłopki, jeśli więc dobrze policzyć Żydówką byłam tylko w 25 procentach. Mój stryjeczny brat Józio żyjący gdzieś na polskiej wsi odziedziczył te same proporcje. Jego matka Nataszka była Rosjanką, która zmarła podczas porodu w bydlęcym wagonie pędzącym w stronę Gułagu. Niestety jego ojciec, a mój stryj, Józef Zalcman, żarliwy komunista, jeden z twórców rewolucji październikowej i minister w bolszewickim rządzie, nie mógł nas ocalić. Sam zginął jako odprysk „operacji polskiej” oskarżony o szpiegostwo i przynależność do tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Żart historii i prokuratora Wyszyńskiego!
Co do innych domieszek… Czy jakiś wpływ na mój charakter miał fakt, że po przybyciu do Zawratynia mama został zgwałcona przez trójkę miejscowych rabusiów i przez całą ciążę obawiała się, że mogę być dzieckiem któregoś z nich? Odetchnęła, gdy zobaczyła moje bląd oczy i ciemne, głęboko osadzone oczy Zalcmanów. Ale chyba przyjęłam coś z Zacharczuków – ich tatarską zaciekłość, czasem bezwzględność. Pierwszego człowieka zabiłam w wieku 16 lat w leśniczówce nad rozlewiskami Niemna, gdy usiłował przeszkodzić mi w ucieczce. Była to oczywista samoobrona, ale później różnie się zdarzało.
Jednak wówczas, kiedy łódką przepłynęliśmy na polską stronę Niemna i pan Rugajłło wziął ode mnie płaczącego Józia, a ksiądz Stanisław ucałował jak biblijny prorok ziemię ojczystą, wydawało mi się, że wszystko co najgorsze mam za sobą. Że czeka mnie zwykłe. szare życie w II Rzeczypospolitej, kraju wielkich możliwości, który zasłużył sobie na znakomitą przyszłość. Myliłam się!
Do mojej piwnicy dociera świergot ptaków, zapach kwiatów już niestety nie. Wyobrażam sobie, jak niebo nad jeziorem Como różowieje. I budzi się nowy dzień, jeden z ostatnich dni tej wojny. Duce został rozstrzelony wraz ze swą kochanką Clarettą Petacci, Führer jeśli jeszcze żyje, to jego świat ogranicza się pewnie do jakiegoś bunkra, przypominającego moją obecną norę. Kiepska pora żeby umierać. Nie przeżyłam wielkiej, spełnionej miłości, nie założyłam prawdziwej rodziny, a moja misja? Cóż, nie ułożyła się tak jak zamierzałam…
Wróćmy jednak do mojej opowieści. Po dniu spędzonym w Nieświeżu z rodziną Rugajłły, dawnego rządcy dóbr Zawratyńskich, który, jak wspomniałam, bardzo nam pomógł w przekroczeniu granicy, pociągnęliśmy ku Warszawie. Po drodze zajrzeliśmy do parafii mego taty w miejscowości Uciecha, jedynym z tych letniskowych przysiołków wokół Warszawy, których nazwy świadczą o prymacie rozkoszy ciała nad rozwojem ducha – Radość, Wygoda, Wesoła, Miłosna.
Warszawka wiedziała, gdzie jeździć, by pogrzeszyć! Na plebanii spotkaliśmy się z panią Jadwigę Mazur, która za młodu była ladacznicą, a później przez całe lata gospodynią księdza, a w wolnych chwilach także wróżbitką. Kobieta ta oszalała na punkcie małego Józia, załatwiła dla niego mamkę i powiedziała, że dziecka nie opuści nigdy, a ksiądz Stanisław powinien zrobić wszystko, aby zostać jego prawnym opiekunem.
– To może być trudne, Jadwigo – wahał się.
– A od czego ma ksiądz znajomości?
Myślę, że mój przyjazd do Uciechy i parodniowy pobyt, był przez Stanisława głęboko przemyślany. Ułatwiał moją adaptację. Tym bardziej, że różnica między sowieckim Wasyliszczem i podwarszawskim letniskiem nie była szczególnie wielka, poza tym, że ludzie w Polsce ogólnie wydawali się bogatsi, szczęśliwsi, a nade wszystko wolni. Niestety ów stan sielanki potrwał wszystkiego tydzień.
W sobotę ksiądz Solecki zwykł spowiadać chętnych, chociaż z racji upału wielu penitentów nie miał. Zamierzał już opuścić konfesjonał, kiedy za kratką zamajaczył jakiś potężny cień.
– _Zdrastuwjte tawariszcz_ Solecki – dobiegły go słowa po rosyjsku, wsparte krótkim uderzeniem czegoś twardego o drewno spowiednicy. – Żadnych gwałtownych ruchów. Moja giwera wycelowana jest w wasz brzuch.
– Szybko mnie znaleźliście.
– Obserwowaliśmy was wcześniej.
– Chodzi o zemstę?
– Skądże znowu, zemsta jest rozrywką durniów i nie przystoi zawodowcom. Chcemy tylko z wami porozmawiać.
– O czym?
– O waszych wrażeniach z Rosji. O serii incydentów, których byliście świadkiem…
– Chodzi o masową akcję przeciw Polakom?
– Nie było żadnej masowej akcji. Poczytajcie prasę, polską, rosyjską, światową, posłuchajcie radia… Nic się nie działo i się nie dzieje. I niech tak zostanie. Ale gdyby chciał pójść wielebny do swoich przyjaciół w Sztabie Generalnym albo do prasy i dzielić się informacjami…
– To wtedy mnie zabijecie? Wiem! No cóż, po tym co przeszedłem ostatnio, nie boję się śmierci.
– Ale mamy waszego brata. Czeka na proces, ale może okaże się, że został niesłusznie oskarżony. A wasza _doczka_, wasz _Bliubotył,_ taka piękna, inteligentna, niewinna, ma całe życie przed sobą…
Ksiądz zadrżał. Niewielu ludzi wiedziało, że przyjął od Michajłowej zwyczaj nazywania mnie „Bławatkiem”.
– Rozumiem zatem, że jesteśmy dogadani. Wy zapomnicie o swych przygodach w Rosji, my zapomnimy o was. Przynajmniej na razie.
– Odpuścicie?
– Są rzeczy dużo ważniejsze od prywatnych porachunków. Nasze państwa podpisały pakt o agresji. Wspólnie myślimy, jak przeciwstawić się Hitlerowi. Nie możemy sobie pozwolić na coś, co mogłoby zburzyć tę delikatną współpracę… A teraz nie wychodźcie przez trzy minuty, bo nie chcę was zabić. Pracowałem kiedyś pod towarzyszem Zalcmanem i mam wielki szacunek do jego rodziny.
Oczywiście mój papa, bo tak zwykłam nazywać Stanisława (a on żartował, że dzięki temu tytułowi czuje się prawie papieżem) nie opowiedział mi o tym incydencie. Przynajmniej nie od razu. Nie chciał mnie straszyć. W to, że jego brat żyje, też chyba nie uwierzył, ale postanowił mnie chronić.
Prawie natychmiast pojechaliśmy do Warszawy. Nie spotkało nas tam żadne wielkie powitanie, nie było wywiadów prasowych, których mogłam się spodziewać.
– Nie trzeba zwracać na siebie zbytniej uwagi Bławatku – tłumaczył.
– Przecież mieliśmy opowiedzieć całemu światu o wielkim głodzie, o akcji przeciw Polakom…
– I co potem zrobią nasze władze, wypowiedzą wojnę Rosji? I to w chwili kiedy za zachodnią granicą wyrasta prawdziwe zagrożenie. Zaryzykują walkę na dwa fronty? Ci, co maja się dowiedzieć, to się dowiedzą. A umarłym już nic nie pomoże…
Uznałam, że ma racje. Od pierwszego spotkania w Kojdanowie wierzyłam mu bezgranicznie.
Ostatniego dnia pobytu na plebanii, kiedy ksiądz odprawiał wieczorne nabożeństwo, pani Jadwiga postawiła mi kabałę.
Zrobiła to trzy razy i za każdym razem przecierała oczy.
– Nigdy czegoś podobnego nie widziałam – stwierdziła.
– Czyli co?
– Długie, ciekawe życie pełne wielkich niebezpieczeństw, wielkich zadań i wielkich miłości…
Z perspektywy mojej włoskiej piwnicy wyglądało to na ponury żart. Dożyłam 25 lat, ale żaden mój związek, żadna miłostka, nie kwalifikowała, by nazwać ją wielkim uczuciem. Czyżby mazowiecka Kasandra, która nader trafnie przewidziała losy mych rodziców i cud nad Wisłą, tym razem pomyliła się aż tak bardzo?
* * *
Nigdy nie byłam w wielkim mieście (bo trudno uznać za taki białoruski Mińsk), toteż Warszawa latem 1937 roku zrobiła na mnie wrażenie stolicy świata. Ten ruch, zgiełk i oszałamiająca witalność, zdolna pokonać wszystko i wszystkich. Taksówką pojechaliśmy pod dom mamy w Alejach Ujazdowskich, który na tle wszystkich kamienic, które zdarzyło mi się oglądać do tej pory, wydał się pałacem. Dozorca o aparycji dworzanina z filmów kostiumowych ucieszył się na widok Stanisława, którego widać uważał za martwego i zaczął powtarzać jak nakręcona pozytywka:
– Księże dobrodzieju, o księże dobrodzieju! – Po czym zobaczywszy mnie, omal nie upadł. – Na miły Bóg czyżby to młoda pani Zawratyńska?
Podałam mu rękę, którą ucałował z takim szacunkiem, jakbym była co najmniej kardynałem.
– A gdzie pani Wanda? – zapytał, orientując się, że kogoś tu brakuje.
– Umarła – odparłam. – Ale wielokrotnie opowiadała mi, jak świetnie naprawił jej pan zegar, który dostała od dziadka.
Zaczął płakać, jak u nas ludzie na wsi, gdy mogą czuć się szczerze i opanował się dopiero po dłuższej chwili.
– Dobrze, że państwo wrócili. Ostatkiem sił bronię waszego mieszkania.
– A co się dzieje? – spytał mój papa.
– Tyzenhauzowie wystąpili o uznanie pani Wandy za zmarłą i chcą przejąć majątek.
– To się trochę pospieszyli. A co z Panią Zytą, tak łatwo ustąpiła pola?
Pytał o dawną sekretarkę z redakcji „Kuriera”, ongiś kochankę Pruskiego, a potem serdeczną przyjaciółkę mojej mamy, która całe lata opiekowała się mieszkaniem, dzieląc czas między Los Angeles, gdzie mieszkał jej mąż, Bob Thompson, były lotnik eskadry „Kościuszko”, a Warszawą, z która łączyły ja wspomnienia i opieka nad kolejnymi wznowieniami powieści Wandy Zawratyńskiej _Sanitariuszka spod Rarańczy_.
– Pani Thompson musiała znowu wyjechać do USA. Jej syn ukończył kolejny rok na tamtejszej Akademii Wojskowej, zajmując pierwszą lokatę.
– Nasz mały Piotruś?!
– Faktycznie bardzo dawno ksiądz go nie widział! Kiedy odwiedził nas trzy lata temu, mierzył już metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a z tego co pisała pani Zyta, ciągle rośnie… Ale, ale, zapomniałbym o najważniejszym. Klucze od mieszkania! Zaraz dam dwa komplety i zaprowadzę na górę, pewnie państwo utrudzeni…Proszę mi dać swoją walizkę!
Ciekawe uczucie wejść do mieszkania, w którym się nigdy nie było, a zna się je z opisu mamy niczym własną kieszeń. Rokokowy zegar, półka z książkami, których tytuły potrafiłabym wymienić zbudzona w środku nocy, biureczko z Galicji i maszyna do pisania, na której napisała _Sanitariuszkę spod Rarańczy_, komódka cioci, kiedyś ukrywająca skradzione listy, łóżko z błękitną narzutą, na którym zostałam poczęta i reprodukcja _Madonny_ Rafaela ponad nim… Nie zdołałam się długo nacieszyć wspomnieniami, bo po godzinie zjawił się adwokat Tyzenhauzów, niejaki Richter, młody, arogancki, pewny siebie.
– Co tu robicie? – zaczął od progu.
– W odróżnieniu od pana jesteśmy u siebie – odparł spokojnie papa.
Troszkę stropił go duchowny strój, ale niewiele spuścił z tonu.
– A to niby kto? – wskazał palcem na mnie.
– Maria Pruska-Zawratyńska – odparłam – córka zmarłej właścicielki.
– Każdy tak może powiedzieć.
Chciałam sięgnąć po wywiezione z Rosji dokumenty, ale ksiądz Solecki nie wytrzymał.
– Synu, widzi mi się, żeś dawno w gębę nie dostał.
To mówiąc stanął między nami.
– Reprezentuje barona Tyzenhauza – wybełkotał prawnik.
– Jeśli baron Tyzenhauz ma jakieś do nas sprawy, to niech przyjdzie sam, a nie wysyła swoich oficjalistów. Drzwi są tam!
Przez resztę dnia mieliśmy spokój. Nazajutrz najpierw do mieszkania pan Franio wniósł kosz róż, a później przyszli obaj panowie Tyzenhauz, nienagannie ubrani, uśmiechnięci i ociekający uprzejmością niczym ul miodem lipowym. Trudno wyobrazić się braci o bardziej odmiennej urodzie. Zbliżający się do pięćdziesiątki Karol był ryży, wysoki, grubokościsty, o wyglądzie Niemca z dziada pradziada, zaś młodszy o dekadę Ignacy szczupły, delikatny, stanowił typowy przykład krótkowidza, intelektualisty i już tylko za to, polubiłam go od pierwszego wejrzenia. Przyszło mi to tym łatwiej, że to on wziął na siebie ciężar przeprosin, kondolencji, a potem komplementów pod moim adresem. Jego brat milczał, tylko rozbierał mnie wzrokiem niczym jajko ze skorupki. Odpowiedziałam im uprzejmie, stwierdzając, że mieli prawo uważać moja mamę za zmarłą, ale mam nadzieję, że teraz wszystko staje się jasne.
– Jak najbardziej, kuzyneczko! – Rozpromienił się Ignacy. – Pierwsze koty za płoty! Mam nadzieję, że niefortunny początek nie wpłynie na kształt naszych rodzinnych związków.
Tu zapewnił, że nie mają zamiaru poddawać w wątpliwość moich praw do majątku, po czym wspomnieli nawet od odnalezionym depozycie w szwajcarskim banku, który przetrwał Wielki Kryzys, a nawet mocno urósł, z którego, wedle rozporządzenia ich zmarłego ojca, należała mi się jedna trzecia zasobów.
Nie pytałam ile to wynosi, ale przy kolejnym spotkaniu Karol, który mimo arystokratycznego rodowodu miewał zachowania parweniusza, zdradził, że jest tego około stu tysięcy dolarów w złocie. Majątek!
Krygując się, czy mogę to przyjąć, nie miałam wówczas pojęcia, jaką rolę odegrają te pieniądze w moim życiu.
Dwa dni później, już bez asysty Stanisława, zaproszono mnie do ich rezydencji w Konstancinie. Wysłano po mnie szofera, czułam się więc co najmniej jak carewna. Wizyta w ich pałacyku kazała mi zastanawiać się, jak mogłaby wyglądać Rosja, gdyby nie rewolucja. Pięknie!
Podjęto mnie obiadem i poznałem też córki Ignacego i Simonetty, hrabiny Borsini – Anastazję i Antoninę, jednojajowe bliźniaczki, młodsze ode mnie o rok, doskonale ułożone, choć jak miało się okazać, były to tylko pozory. Na stałe obie panny mieszkały wraz z matką w Toskanii, a lato spędzały w Polsce (ze względu na „arystokratyczną” cerę, aby się zanadto nie opalić). Zaraz po posiłku Ignacy Tyzenhauz złożył mi propozycję.
– Nie zamierzamy oficjalnie występować o prawo opieki nad tobą, jednak w świetle obowiązujących przepisów, jesteśmy w tej chwili twoją jedyną rodziną i z przyjemnością zajmiemy się tobą, do czasu pełnoletności
Chciałam powiedzieć: „A mój tata?”, ale ugryzłam się w język.
– Rozmawialiśmy już z księdzem Soleckim i wstępnie wyraził zgodę, oczywiście po zasięgnięciu twojej opinii.
– Na co?
– Na twój wyjazd do Włoch. Tam odbierzesz wykształcenie należne twoje sferze, poznasz świat….
Chyba zakręciły mi się łzy w oczach.
– Nie pojadę nigdzie bez rozmowy z księdza Stanisławem! – zawołałam.
– Rozumiem twoje wahania, ale mam nadzieję, że osobiście cię przekona.
I rzeczywiście przekonał, mimo mych nieśmiałych protestów. Był zdania, że im dalej od bolszewickiej Rosji, tym dla mnie lepiej.
– Wykorzystaj ten czas, Bławatku! Naucz się języków, a za dwa lata i tak, jako osoba pełnoletnia, będziesz mogła decydować o sobie.
Tak więc nie pobyłam wiele w Warszawie, trzy dni spędzone z ojcem i długa wycieczka po mieście musiały mi wystarczyć. Pokazał mi miejsca, ważne dla naszej rodzinnej historii – dom na Nowym Mieście, w którym mieszkał jako licealista i dawne mieszkanie mamy na Królewskiej z kapliczką na podwórku. Kościół św. Krzyża, miejsce ich „przypadkowych” spotkań i klasztor Sióstr Wizytek, gdzie leżał ranny, przekonany, że umiera. Przed oczami przesunął mi się prawdziwy fotoplastykon wspomnień. Zaszliśmy pod Resursę Obywatelską, miejsce ich pierwszego spotkania, oraz do klasztoru kamedułów na Bielanach. Wpadliśmy na Bednarską, gdzie zabił Kozaka. Na odrobinę odpoczynku pozwoliliśmy sobie Ogrodzie Saskim i Dolinie Szwajcarskiej – dziś letnim saloniku Warszawy. Próbowałam sobie wyobrazić zimową ślizgawkę i poznanie mojej mamy ze Stanisławem i nie wiadomo dlaczego po policzku potoczyły mi się łzy.
W każdym razie maksymalnie wykorzystaliśmy krótki czas, który nam został. Jak to się nam udało – nie wiem. W każdym razie tata zdołał jeszcze nauczyć mnie wielu rzeczy przydatnych w moim kolejnym życiu, na przykład szyfru książkowego – bazą miała być jedyna wydana powieść mamy, a jeśli z jakiegoś powodu byłaby niedostępna, angielska _Biblia Króla Jerzego_. Nauczył także obchodzenia się z bronią, rzucania nożem, otwierania kajdanek spinką do włosów, zasad grania w brydża (pokera ćwiczyłam jeszcze z Antonim w Wasyliszczu i co tu ukrywać, byłam w tym niezła) pokera, a także używania jako broni sprzętów, które zwykle są pod ręką. Dorzućmy do tego umiejętność sporządzania sympatycznego atramentu, środków nasennych, a także trucizn z materiałów zazwyczaj nieprzeznaczonych do tego celu. W ramach tego szkolenia uczył mnie, jak dostrzegać czy jest się śledzonym i jak gubić ewentualny ogon. Te nauki, później oczywiście doskonalone, wielokrotnie ratowały mi życie. Jako płocha szesnastolatka zupełnie nie pojmowałam, na co mają mi się przydać podobne umiejętności? A gdy pytałam wprost, odpowiadał tajemniczo:
– Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Podejrzewam, że do tych szkoleń namówiła go Jadwiga, która nawet jeśli nie mogła całkowicie przewidzieć przyszłości, widziała wszelkie możliwe zagrożenia jakie ta niosła ze sobą.
Tymczasem ja byłam w wieku, w którym taką szczeniarę jak ja, przepełniała pewność, że ze wszystkim poradzi sobie sama. Na przykład ze stryjem Karolem. Tym samym, o którym opowiadała mi mama, że gdy miała objąć posadę guwernantki u Tyzenhauzów, złożył jej propozycją tak wysoce niemoralną, że rumieni się nawet teraz, kiedy ją wspomina. Trzydzieści pięć lat później pozostał tym samym obleśnym bawidamkiem, na jakiego się zapowiadał. Cały czas podczas moich dwóch wizyt patrzył na mnie niczym pies na kiełbasę, toteż wiadomość, że nie jedzie z nami do Włoch, tylko do przyjaciół w Niemczech, przyjęłam ze zrozumiałą ulgą.
Przedsmak przyszłych kontaktów miałam podczas wspólnego podwieczorku.
– Podobno zabiłaś kiedyś człowieka? – powiedział, kładąc mi, niby przypadkiem, rękę na udzie.
– I owszem – odparłam. – A pracując w kołchozie nauczyłam się nawet kastrować byki!
Cofnął rękę szybciej niż ją położył.
Gdybym tak jeszcze znała przyszłość…?
Ale co może wiedzieć szesnastolatka o mężczyznach. Przecież nie wiedziałam wtedy, że przynoszę im pecha. Choć mogłam już zacząć się domyślać. W ciągu ostatniego miesiąca zginęli dwaj bracia Bykowscy z mojej wioski, którzy podkochiwali się we mnie, i Kola Sokołow, czekista i wróg, ale wedle jego własnych słów zakochany we mnie na zbój. Z naciskiem na to ostatnie słowo – zabój. Stryjek Karol wydał mi się obleśny, ale na swój sposób zabawny. I należał do rodziny. Nie miałam pojęcia, że kiedyś będę naprawdę musiała go zabić!
Tymczasem zgrzytnął zamek w drzwiach mojej piwniczki, kładąc kres wspomnieniom. Najpierw zajrzał uzbrojony wartownik, omiótł światłem latarki niewielką przestrzeń, jakby myśląc, że zgromadziły się w niej wszystkie duchy z mej przeszłości.
– Wychodzić! – warknął…
Wstałam, gotując się na decydujące starcie. Zastanawiałam się, z iloma osobnikami przyjdzie mi się zmierzyć, zanim zdążę chwalebnie polec. Wczoraj doprowadziło mnie tu czterech. Teraz jednak wartownicy się zmyli, a przed wejściem oczekiwał mnie jedyne samotny oficer Abwehry, żar słoneczny sprawiał, że widziałam go bardzo niewyraźnie i musiałam czekać, aż mój wzrok się przyzwyczai.
– Przepraszam, że musiała pani czekać, baronowo von Preussen. Jednak, zanim mnie pani zabije, proszę mnie wysłuchać, wydaje mi się, że mamy sobie sporo do zaoferowania. Nazywam się Kross, Hans Kross.
Zadrżałam, znałam przecież ten głos!