Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Córka Polka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 czerwca 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Córka Polka - ebook

Marysia, kobieta o wielu nazwiskach, genialnie uzdolniona – Krystyna Skarbek, Mata Hari, James Bond i Jason Bourne w jednej osobie, toczy osobistą wojnę z całą potęgą Trzeciej Rzeszy, a przy okazji również ze Związkiem Sowieckim. Przeżywa wiele niesamowitych przygód, ale niezmiennie pozostaje szlachetną „córką Polką” reprezentującą wszystko, co w naszej nacji najlepsze: odwagę, inteligencję, gotowość do poświęceń i niewzruszoną wiarę w potęgę dobra.

Jej szlak z sowieckiej Białorusi prowadzi przez Polskę do Włoch, później bohaterka działa w Paryżu, Teheranie, Moskwie i Smoleńsku… W Poczdamie omal nie zmienia losów świata. Poznaje smak miłości i zdrady. Fascynuje swą osobą Josepha Goebbelsa, Ławrientija Berię, Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego i Galeazza Ciana.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18977-5
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. POCZĄTEK I KONIEC

Chodź dziew­czyno, chodź na siano,

a nie będziesz starą panną,

nie zapy­tam cię o wiano,

gdyś jest dla mnie mgłą poranną.

Jesteś dla mnie wia­trem żniw­nym,

jesteś dla mnie let­nim desz­czem,

a ja głupi i nie­winny

będę wołać jesz­cze, jesz­cze!

(piosnka zasły­szana w oko­li­cach Wasy­lisz­cza)

Kim wła­ści­wie jestem? Cie­kawe, ni­gdy dotąd nie zada­wa­łam sobie tego pyta­nia. Dziś muszę. Jutro rano czeka mnie prze­słu­cha­nie, a potem pew­nie śmierć. Nawet jeśli niczego nie powiem im na temat swej toż­sa­mo­ści – powin­nam przy­naj­mniej zde­fi­nio­wać ją sama dla sie­bie, bo pogu­bi­łam się przez to cią­głe uda­wa­nie.

Na dobrą sprawę nie mam prze­cież jed­nego usta­lo­nego nazwi­ska. I nie cho­dzi mi o te wszyst­kie per­so­na­lia z pasz­por­tów, jakimi posłu­gi­wa­łam się przez pięć ostat­nich lat. Jak nazy­wam się naprawdę? W aktach stanu cywil­nego w Koj­da­no­wie (Bia­ło­ru­ska SRR) wpi­sano: Maria Andrie­jewna Pru­ska, uro­dzona 28 lutego 1921 roku. Tyle że redak­tor Andrzej Pru­ski, któ­rego trzy dni przed śmier­cią na hisz­pankę w odru­chu lito­ści poślu­biła moja matka Wanda Zawra­tyń­ska, z całą pew­no­ści ojcem mym być nie mógł. Może więc jestem tylko Zawra­tyń­ska? Tak pew­nie powin­nam się nazy­wać, gdyby ojciec pozo­stał nie­znany. Ale prze­cież pozna­łam jego toż­sa­mość. Nazywa się Sta­ni­sław Solecki. To wielka miłość mojej mamy od chwili, gdy zoba­czyła go na balu kar­na­wa­ło­wym w war­szaw­skiej Resur­sie Oby­wa­tel­skiej w pamięt­nym dniu krwa­wej nie­dzieli 1905 roku. Splot zda­rzeń, który nazwać można tra­ge­dią omy­łek, spra­wił, że nie mogli być razem. Ona, ści­gana przez Ochranę ucie­kła do Gali­cji, on ciężko ranny, prze­ko­nany iż został odrzu­cony, zde­cy­do­wał się zostać kato­lic­kim księ­dzem.

Czy póź­niej mogli to napra­wić? Nie wiem!

Kochan­kami zostali tylko raz, w burzową noc z 31 maja na 1 czerwca 1920 roku. Mama zaba­wiła się w biblijną kusi­cielkę Ewę, poda­jąc Sta­ni­sła­wowi środki nasenne. W nocy oboje stra­cili kon­trolę nad sytu­acją, a o efek­cie począt­kowo nie mieli poję­cia. Następ­nego dnia Wanda Zawra­tyń­ska wyje­chała na wschód za pol­ską armią, która wła­śnie zdo­była Kijów. Zamie­rzała odwie­dzić grób ojca i odszu­kać złoto, ukryte w rodzin­nym majątku w Zawra­ty­niu. On musiał zostać. Ni­gdy już się nie spo­tkali. Mamę ogar­nęło „czer­wone morze” i następne 17 lat prze­żyła we wsi Wasi­lisz­cze jako nauczy­cielka koł­cho­zo­wych dzieci.

Sta­ni­sław odna­lazł mnie trzy dni po jej śmierci, a potem w nie­praw­do­po­dobny spo­sób wydo­stał ze Związku Sowiec­kiego, w któ­rym roz­sza­lała się „ope­ra­cja pol­ska” NKWD. Zabito w jej trak­cie od stu do dwu­stu tysięcy ludzi tylko za to, że byli Pola­kami. Hitler miał się na kim wzo­ro­wać, podej­mu­jąc parę lat póź­niej Holo­kaust.

Może jed­nak powin­nam nazy­wać się Solecka? To nazwi­sko przy­jął jesz­cze w dzie­więt­na­stym wieku mój dzia­dek Hen­ryk Zalc­man, geo­me­tra z Prus, ojciec dwóch synów. Staś zro­dził się z mazur­skiej chłopki, jeśli więc dobrze poli­czyć Żydówką byłam tylko w 25 pro­cen­tach. Mój stry­jeczny brat Józio żyjący gdzieś na pol­skiej wsi odzie­dzi­czył te same pro­por­cje. Jego matka Nataszka była Rosjanką, która zmarła pod­czas porodu w bydlę­cym wago­nie pędzą­cym w stronę Gułagu. Nie­stety jego ojciec, a mój stryj, Józef Zalc­man, żar­liwy komu­ni­sta, jeden z twór­ców rewo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej i mini­ster w bol­sze­wic­kim rzą­dzie, nie mógł nas oca­lić. Sam zgi­nął jako odprysk „ope­ra­cji pol­skiej” oskar­żony o szpie­go­stwo i przy­na­leż­ność do taj­nej Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej. Żart histo­rii i pro­ku­ra­tora Wyszyń­skiego!

Co do innych domie­szek… Czy jakiś wpływ na mój cha­rak­ter miał fakt, że po przy­by­ciu do Zawra­ty­nia mama został zgwał­cona przez trójkę miej­sco­wych rabu­siów i przez całą ciążę oba­wiała się, że mogę być dziec­kiem któ­re­goś z nich? Ode­tchnęła, gdy zoba­czyła moje bląd oczy i ciemne, głę­boko osa­dzone oczy Zalc­ma­nów. Ale chyba przy­ję­łam coś z Zachar­czu­ków – ich tatar­ską zacie­kłość, cza­sem bez­względ­ność. Pierw­szego czło­wieka zabi­łam w wieku 16 lat w leśni­czówce nad roz­le­wi­skami Nie­mna, gdy usi­ło­wał prze­szko­dzić mi w ucieczce. Była to oczy­wi­sta samo­obrona, ale póź­niej róż­nie się zda­rzało.

Jed­nak wów­czas, kiedy łódką prze­pły­nę­li­śmy na pol­ską stronę Nie­mna i pan Rugajłło wziął ode mnie pła­czą­cego Józia, a ksiądz Sta­ni­sław uca­ło­wał jak biblijny pro­rok zie­mię ojczy­stą, wyda­wało mi się, że wszystko co naj­gor­sze mam za sobą. Że czeka mnie zwy­kłe. szare życie w II Rze­czy­po­spo­li­tej, kraju wiel­kich moż­li­wo­ści, który zasłu­żył sobie na zna­ko­mitą przy­szłość. Myli­łam się!

Do mojej piw­nicy dociera świer­got pta­ków, zapach kwia­tów już nie­stety nie. Wyobra­żam sobie, jak niebo nad jezio­rem Como różo­wieje. I budzi się nowy dzień, jeden z ostat­nich dni tej wojny. Duce został roz­strze­lony wraz ze swą kochanką Cla­rettą Petacci, Führer jeśli jesz­cze żyje, to jego świat ogra­ni­cza się pew­nie do jakie­goś bun­kra, przy­po­mi­na­ją­cego moją obecną norę. Kiep­ska pora żeby umie­rać. Nie prze­ży­łam wiel­kiej, speł­nio­nej miło­ści, nie zało­ży­łam praw­dzi­wej rodziny, a moja misja? Cóż, nie uło­żyła się tak jak zamie­rza­łam…

Wróćmy jed­nak do mojej opo­wie­ści. Po dniu spę­dzo­nym w Nie­świeżu z rodziną Rugajłły, daw­nego rządcy dóbr Zawra­tyń­skich, który, jak wspo­mnia­łam, bar­dzo nam pomógł w prze­kro­cze­niu gra­nicy, pocią­gnę­li­śmy ku War­sza­wie. Po dro­dze zaj­rze­li­śmy do para­fii mego taty w miej­sco­wo­ści Ucie­cha, jedy­nym z tych let­ni­sko­wych przy­sioł­ków wokół War­szawy, któ­rych nazwy świad­czą o pry­ma­cie roz­ko­szy ciała nad roz­wo­jem ducha – Radość, Wygoda, Wesoła, Miło­sna.

War­szawka wie­działa, gdzie jeź­dzić, by pogrze­szyć! Na ple­ba­nii spo­tka­li­śmy się z panią Jadwigę Mazur, która za młodu była ladacz­nicą, a póź­niej przez całe lata gospo­dy­nią księ­dza, a w wol­nych chwi­lach także wróż­bitką. Kobieta ta osza­lała na punk­cie małego Józia, zała­twiła dla niego mamkę i powie­działa, że dziecka nie opu­ści ni­gdy, a ksiądz Sta­ni­sław powi­nien zro­bić wszystko, aby zostać jego praw­nym opie­ku­nem.

– To może być trudne, Jadwigo – wahał się.

– A od czego ma ksiądz zna­jo­mo­ści?

Myślę, że mój przy­jazd do Ucie­chy i paro­dniowy pobyt, był przez Sta­ni­sława głę­boko prze­my­ślany. Uła­twiał moją adap­ta­cję. Tym bar­dziej, że róż­nica mię­dzy sowiec­kim Wasy­lisz­czem i pod­war­szaw­skim let­ni­skiem nie była szcze­gól­nie wielka, poza tym, że ludzie w Pol­sce ogól­nie wyda­wali się bogatsi, szczę­śliwsi, a nade wszystko wolni. Nie­stety ów stan sie­lanki potrwał wszyst­kiego tydzień.

W sobotę ksiądz Solecki zwykł spo­wia­dać chęt­nych, cho­ciaż z racji upału wielu peni­ten­tów nie miał. Zamie­rzał już opu­ścić kon­fe­sjo­nał, kiedy za kratką zama­ja­czył jakiś potężny cień.

– _Zdra­stuwjte tawa­riszcz_ Solecki – dobie­gły go słowa po rosyj­sku, wsparte krót­kim ude­rze­niem cze­goś twar­dego o drewno spo­wied­nicy. – Żad­nych gwał­tow­nych ruchów. Moja giwera wyce­lo­wana jest w wasz brzuch.

– Szybko mnie zna­leź­li­ście.

– Obser­wo­wa­li­śmy was wcze­śniej.

– Cho­dzi o zemstę?

– Skądże znowu, zemsta jest roz­rywką dur­niów i nie przy­stoi zawo­dow­com. Chcemy tylko z wami poroz­ma­wiać.

– O czym?

– O waszych wra­że­niach z Rosji. O serii incy­den­tów, któ­rych byli­ście świad­kiem…

– Cho­dzi o masową akcję prze­ciw Pola­kom?

– Nie było żad­nej maso­wej akcji. Poczy­taj­cie prasę, pol­ską, rosyj­ską, świa­tową, posłu­chaj­cie radia… Nic się nie działo i się nie dzieje. I niech tak zosta­nie. Ale gdyby chciał pójść wie­lebny do swo­ich przy­ja­ciół w Szta­bie Gene­ral­nym albo do prasy i dzie­lić się infor­ma­cjami…

– To wtedy mnie zabi­je­cie? Wiem! No cóż, po tym co prze­sze­dłem ostat­nio, nie boję się śmierci.

– Ale mamy waszego brata. Czeka na pro­ces, ale może okaże się, że został nie­słusz­nie oskar­żony. A wasza _doczka_, wasz _Bliu­bo­tył,_ taka piękna, inte­li­gentna, nie­winna, ma całe życie przed sobą…

Ksiądz zadrżał. Nie­wielu ludzi wie­działo, że przy­jął od Michaj­ło­wej zwy­czaj nazy­wa­nia mnie „Bła­wat­kiem”.

– Rozu­miem zatem, że jeste­śmy doga­dani. Wy zapo­mni­cie o swych przy­go­dach w Rosji, my zapo­mnimy o was. Przy­naj­mniej na razie.

– Odpu­ści­cie?

– Są rze­czy dużo waż­niej­sze od pry­wat­nych pora­chun­ków. Nasze pań­stwa pod­pi­sały pakt o agre­sji. Wspól­nie myślimy, jak prze­ciw­sta­wić się Hitle­rowi. Nie możemy sobie pozwo­lić na coś, co mogłoby zbu­rzyć tę deli­katną współ­pracę… A teraz nie wychodź­cie przez trzy minuty, bo nie chcę was zabić. Pra­co­wa­łem kie­dyś pod towa­rzy­szem Zalc­ma­nem i mam wielki sza­cu­nek do jego rodziny.

Oczy­wi­ście mój papa, bo tak zwy­kłam nazy­wać Sta­ni­sława (a on żar­to­wał, że dzięki temu tytu­łowi czuje się pra­wie papie­żem) nie opo­wie­dział mi o tym incy­den­cie. Przy­naj­mniej nie od razu. Nie chciał mnie stra­szyć. W to, że jego brat żyje, też chyba nie uwie­rzył, ale posta­no­wił mnie chro­nić.

Pra­wie natych­miast poje­cha­li­śmy do War­szawy. Nie spo­tkało nas tam żadne wiel­kie powi­ta­nie, nie było wywia­dów pra­so­wych, któ­rych mogłam się spo­dzie­wać.

– Nie trzeba zwra­cać na sie­bie zbyt­niej uwagi Bła­watku – tłu­ma­czył.

– Prze­cież mie­li­śmy opo­wie­dzieć całemu światu o wiel­kim gło­dzie, o akcji prze­ciw Pola­kom…

– I co potem zro­bią nasze wła­dze, wypo­wie­dzą wojnę Rosji? I to w chwili kiedy za zachod­nią gra­nicą wyra­sta praw­dziwe zagro­że­nie. Zary­zy­kują walkę na dwa fronty? Ci, co maja się dowie­dzieć, to się dowie­dzą. A umar­łym już nic nie pomoże…

Uzna­łam, że ma racje. Od pierw­szego spo­tka­nia w Koj­da­no­wie wie­rzy­łam mu bez­gra­nicz­nie.

Ostat­niego dnia pobytu na ple­ba­nii, kiedy ksiądz odpra­wiał wie­czorne nabo­żeń­stwo, pani Jadwiga posta­wiła mi kabałę.

Zro­biła to trzy razy i za każ­dym razem prze­cie­rała oczy.

– Ni­gdy cze­goś podob­nego nie widzia­łam – stwier­dziła.

– Czyli co?

– Dłu­gie, cie­kawe życie pełne wiel­kich nie­bez­pie­czeństw, wiel­kich zadań i wiel­kich miło­ści…

Z per­spek­tywy mojej wło­skiej piw­nicy wyglą­dało to na ponury żart. Doży­łam 25 lat, ale żaden mój zwią­zek, żadna miłostka, nie kwa­li­fi­ko­wała, by nazwać ją wiel­kim uczu­ciem. Czyżby mazo­wiecka Kasan­dra, która nader traf­nie prze­wi­działa losy mych rodzi­ców i cud nad Wisłą, tym razem pomy­liła się aż tak bar­dzo?

* * *

Ni­gdy nie byłam w wiel­kim mie­ście (bo trudno uznać za taki bia­ło­ru­ski Mińsk), toteż War­szawa latem 1937 roku zro­biła na mnie wra­że­nie sto­licy świata. Ten ruch, zgiełk i osza­ła­mia­jąca wital­ność, zdolna poko­nać wszystko i wszyst­kich. Tak­sówką poje­cha­li­śmy pod dom mamy w Ale­jach Ujaz­dow­skich, który na tle wszyst­kich kamie­nic, które zda­rzyło mi się oglą­dać do tej pory, wydał się pała­cem. Dozorca o apa­ry­cji dwo­rza­nina z fil­mów kostiu­mo­wych ucie­szył się na widok Sta­ni­sława, któ­rego widać uwa­żał za mar­twego i zaczął powta­rzać jak nakrę­cona pozy­tywka:

– Księże dobro­dzieju, o księże dobro­dzieju! – Po czym zoba­czyw­szy mnie, omal nie upadł. – Na miły Bóg czyżby to młoda pani Zawra­tyń­ska?

Poda­łam mu rękę, którą uca­ło­wał z takim sza­cun­kiem, jak­bym była co naj­mniej kar­dy­na­łem.

– A gdzie pani Wanda? – zapy­tał, orien­tu­jąc się, że kogoś tu bra­kuje.

– Umarła – odpar­łam. – Ale wie­lo­krot­nie opo­wia­dała mi, jak świet­nie napra­wił jej pan zegar, który dostała od dziadka.

Zaczął pła­kać, jak u nas ludzie na wsi, gdy mogą czuć się szcze­rze i opa­no­wał się dopiero po dłuż­szej chwili.

– Dobrze, że pań­stwo wró­cili. Ostat­kiem sił bro­nię waszego miesz­ka­nia.

– A co się dzieje? – spy­tał mój papa.

– Tyzen­hau­zo­wie wystą­pili o uzna­nie pani Wandy za zmarłą i chcą prze­jąć mają­tek.

– To się tro­chę pospie­szyli. A co z Panią Zytą, tak łatwo ustą­piła pola?

Pytał o dawną sekre­tarkę z redak­cji „Kuriera”, ongiś kochankę Pru­skiego, a potem ser­deczną przy­ja­ciółkę mojej mamy, która całe lata opie­ko­wała się miesz­ka­niem, dzie­ląc czas mię­dzy Los Ange­les, gdzie miesz­kał jej mąż, Bob Thomp­son, były lot­nik eska­dry „Kościuszko”, a War­szawą, z która łączyły ja wspo­mnie­nia i opieka nad kolej­nymi wzno­wie­niami powie­ści Wandy Zawra­tyń­skiej _Sani­ta­riuszka spod Rarań­czy_.

– Pani Thomp­son musiała znowu wyje­chać do USA. Jej syn ukoń­czył kolejny rok na tam­tej­szej Aka­de­mii Woj­sko­wej, zaj­mu­jąc pierw­szą lokatę.

– Nasz mały Pio­truś?!

– Fak­tycz­nie bar­dzo dawno ksiądz go nie widział! Kiedy odwie­dził nas trzy lata temu, mie­rzył już metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, a z tego co pisała pani Zyta, cią­gle rośnie… Ale, ale, zapo­mniał­bym o naj­waż­niej­szym. Klu­cze od miesz­ka­nia! Zaraz dam dwa kom­plety i zapro­wa­dzę na górę, pew­nie pań­stwo utru­dzeni…Pro­szę mi dać swoją walizkę!

Cie­kawe uczu­cie wejść do miesz­ka­nia, w któ­rym się ni­gdy nie było, a zna się je z opisu mamy niczym wła­sną kie­szeń. Roko­kowy zegar, półka z książ­kami, któ­rych tytuły potra­fi­ła­bym wymie­nić zbu­dzona w środku nocy, biu­reczko z Gali­cji i maszyna do pisa­nia, na któ­rej napi­sała _Sani­ta­riuszkę spod Rarań­czy_, komódka cioci, kie­dyś ukry­wa­jąca skra­dzione listy, łóżko z błę­kitną narzutą, na któ­rym zosta­łam poczęta i repro­duk­cja _Madonny_ Rafa­ela ponad nim… Nie zdo­ła­łam się długo nacie­szyć wspo­mnie­niami, bo po godzi­nie zja­wił się adwo­kat Tyzen­hau­zów, nie­jaki Rich­ter, młody, aro­gancki, pewny sie­bie.

– Co tu robi­cie? – zaczął od progu.

– W odróż­nie­niu od pana jeste­śmy u sie­bie – odparł spo­koj­nie papa.

Troszkę stro­pił go duchowny strój, ale nie­wiele spu­ścił z tonu.

– A to niby kto? – wska­zał pal­cem na mnie.

– Maria Pru­ska-Zawra­tyń­ska – odpar­łam – córka zmar­łej wła­ści­cielki.

– Każdy tak może powie­dzieć.

Chcia­łam się­gnąć po wywie­zione z Rosji doku­menty, ale ksiądz Solecki nie wytrzy­mał.

– Synu, widzi mi się, żeś dawno w gębę nie dostał.

To mówiąc sta­nął mię­dzy nami.

– Repre­zen­tuje barona Tyzen­hauza – wybeł­ko­tał praw­nik.

– Jeśli baron Tyzen­hauz ma jakieś do nas sprawy, to niech przyj­dzie sam, a nie wysyła swo­ich ofi­cja­li­stów. Drzwi są tam!

Przez resztę dnia mie­li­śmy spo­kój. Naza­jutrz naj­pierw do miesz­ka­nia pan Fra­nio wniósł kosz róż, a póź­niej przy­szli obaj pano­wie Tyzen­hauz, nie­na­gan­nie ubrani, uśmiech­nięci i ocie­ka­jący uprzej­mo­ścią niczym ul mio­dem lipo­wym. Trudno wyobra­zić się braci o bar­dziej odmien­nej uro­dzie. Zbli­ża­jący się do pięć­dzie­siątki Karol był ryży, wysoki, gru­bo­ko­ści­sty, o wyglą­dzie Niemca z dziada pra­dziada, zaś młod­szy o dekadę Ignacy szczu­pły, deli­katny, sta­no­wił typowy przy­kład krót­ko­wi­dza, inte­lek­tu­ali­sty i już tylko za to, polu­bi­łam go od pierw­szego wej­rze­nia. Przy­szło mi to tym łatwiej, że to on wziął na sie­bie cię­żar prze­pro­sin, kon­do­len­cji, a potem kom­ple­men­tów pod moim adre­sem. Jego brat mil­czał, tylko roz­bie­rał mnie wzro­kiem niczym jajko ze sko­rupki. Odpo­wie­dzia­łam im uprzej­mie, stwier­dza­jąc, że mieli prawo uwa­żać moja mamę za zmarłą, ale mam nadzieję, że teraz wszystko staje się jasne.

– Jak naj­bar­dziej, kuzy­neczko! – Roz­pro­mie­nił się Ignacy. – Pierw­sze koty za płoty! Mam nadzieję, że nie­for­tunny począ­tek nie wpły­nie na kształt naszych rodzin­nych związ­ków.

Tu zapew­nił, że nie mają zamiaru pod­da­wać w wąt­pli­wość moich praw do majątku, po czym wspo­mnieli nawet od odna­le­zio­nym depo­zy­cie w szwaj­car­skim banku, który prze­trwał Wielki Kry­zys, a nawet mocno urósł, z któ­rego, wedle roz­po­rzą­dze­nia ich zmar­łego ojca, nale­żała mi się jedna trze­cia zaso­bów.

Nie pyta­łam ile to wynosi, ale przy kolej­nym spo­tka­niu Karol, który mimo ary­sto­kra­tycz­nego rodo­wodu mie­wał zacho­wa­nia par­we­niu­sza, zdra­dził, że jest tego około stu tysięcy dola­rów w zło­cie. Mają­tek!

Kry­gu­jąc się, czy mogę to przy­jąć, nie mia­łam wów­czas poję­cia, jaką rolę ode­grają te pie­nią­dze w moim życiu.

Dwa dni póź­niej, już bez asy­sty Sta­ni­sława, zapro­szono mnie do ich rezy­den­cji w Kon­stan­ci­nie. Wysłano po mnie szo­fera, czu­łam się więc co naj­mniej jak carewna. Wizyta w ich pała­cyku kazała mi zasta­na­wiać się, jak mogłaby wyglą­dać Rosja, gdyby nie rewo­lu­cja. Pięk­nie!

Pod­jęto mnie obia­dem i pozna­łem też córki Igna­cego i Simo­netty, hra­biny Bor­sini – Ana­sta­zję i Anto­ninę, jed­no­ja­jowe bliź­niaczki, młod­sze ode mnie o rok, dosko­nale uło­żone, choć jak miało się oka­zać, były to tylko pozory. Na stałe obie panny miesz­kały wraz z matką w Toska­nii, a lato spę­dzały w Pol­sce (ze względu na „ary­sto­kra­tyczną” cerę, aby się zanadto nie opa­lić). Zaraz po posiłku Ignacy Tyzen­hauz zło­żył mi pro­po­zy­cję.

– Nie zamie­rzamy ofi­cjal­nie wystę­po­wać o prawo opieki nad tobą, jed­nak w świe­tle obo­wią­zu­ją­cych prze­pi­sów, jeste­śmy w tej chwili twoją jedyną rodziną i z przy­jem­no­ścią zaj­miemy się tobą, do czasu peł­no­let­no­ści

Chcia­łam powie­dzieć: „A mój tata?”, ale ugry­złam się w język.

– Roz­ma­wia­li­śmy już z księ­dzem Solec­kim i wstęp­nie wyra­ził zgodę, oczy­wi­ście po zasię­gnię­ciu two­jej opi­nii.

– Na co?

– Na twój wyjazd do Włoch. Tam odbie­rzesz wykształ­ce­nie należne twoje sfe­rze, poznasz świat….

Chyba zakrę­ciły mi się łzy w oczach.

– Nie pojadę ni­gdzie bez roz­mowy z księ­dza Sta­ni­sła­wem! – zawo­ła­łam.

– Rozu­miem twoje waha­nia, ale mam nadzieję, że oso­bi­ście cię prze­kona.

I rze­czy­wi­ście prze­ko­nał, mimo mych nie­śmia­łych pro­te­stów. Był zda­nia, że im dalej od bol­sze­wic­kiej Rosji, tym dla mnie lepiej.

– Wyko­rzy­staj ten czas, Bła­watku! Naucz się języ­ków, a za dwa lata i tak, jako osoba peł­no­let­nia, będziesz mogła decy­do­wać o sobie.

Tak więc nie poby­łam wiele w War­sza­wie, trzy dni spę­dzone z ojcem i długa wycieczka po mie­ście musiały mi wystar­czyć. Poka­zał mi miej­sca, ważne dla naszej rodzin­nej histo­rii – dom na Nowym Mie­ście, w któ­rym miesz­kał jako lice­ali­sta i dawne miesz­ka­nie mamy na Kró­lew­skiej z kapliczką na podwórku. Kościół św. Krzyża, miej­sce ich „przy­pad­ko­wych” spo­tkań i klasz­tor Sióstr Wizy­tek, gdzie leżał ranny, prze­ko­nany, że umiera. Przed oczami prze­su­nął mi się praw­dziwy foto­pla­sty­kon wspo­mnień. Zaszli­śmy pod Resursę Oby­wa­tel­ską, miej­sce ich pierw­szego spo­tka­nia, oraz do klasz­toru kame­du­łów na Bie­la­nach. Wpa­dli­śmy na Bed­nar­ską, gdzie zabił Kozaka. Na odro­binę odpo­czynku pozwo­li­li­śmy sobie Ogro­dzie Saskim i Doli­nie Szwaj­car­skiej – dziś let­nim salo­niku War­szawy. Pró­bo­wa­łam sobie wyobra­zić zimową śli­zgawkę i pozna­nie mojej mamy ze Sta­ni­sła­wem i nie wia­domo dla­czego po policzku poto­czyły mi się łzy.

W każ­dym razie mak­sy­mal­nie wyko­rzy­sta­li­śmy krótki czas, który nam został. Jak to się nam udało – nie wiem. W każ­dym razie tata zdo­łał jesz­cze nauczyć mnie wielu rze­czy przy­dat­nych w moim kolej­nym życiu, na przy­kład szy­fru książ­ko­wego – bazą miała być jedyna wydana powieść mamy, a jeśli z jakie­goś powodu byłaby nie­do­stępna, angiel­ska _Biblia Króla Jerzego_. Nauczył także obcho­dze­nia się z bro­nią, rzu­ca­nia nożem, otwie­ra­nia kaj­da­nek spinką do wło­sów, zasad gra­nia w bry­dża (pokera ćwi­czy­łam jesz­cze z Anto­nim w Wasy­lisz­czu i co tu ukry­wać, byłam w tym nie­zła) pokera, a także uży­wa­nia jako broni sprzę­tów, które zwy­kle są pod ręką. Dorzućmy do tego umie­jęt­ność spo­rzą­dza­nia sym­pa­tycz­nego atra­mentu, środ­ków nasen­nych, a także tru­cizn z mate­ria­łów zazwy­czaj nie­prze­zna­czo­nych do tego celu. W ramach tego szko­le­nia uczył mnie, jak dostrze­gać czy jest się śle­dzo­nym i jak gubić ewen­tu­alny ogon. Te nauki, póź­niej oczy­wi­ście dosko­na­lone, wie­lo­krot­nie rato­wały mi życie. Jako pło­cha szes­na­sto­latka zupeł­nie nie poj­mo­wa­łam, na co mają mi się przy­dać podobne umie­jęt­no­ści? A gdy pyta­łam wprost, odpo­wia­dał tajem­ni­czo:

– Strze­żo­nego Pan Bóg strzeże.

Podej­rze­wam, że do tych szko­leń namó­wiła go Jadwiga, która nawet jeśli nie mogła cał­ko­wi­cie prze­wi­dzieć przy­szło­ści, widziała wszel­kie moż­liwe zagro­że­nia jakie ta nio­sła ze sobą.

Tym­cza­sem ja byłam w wieku, w któ­rym taką szcze­niarę jak ja, prze­peł­niała pew­ność, że ze wszyst­kim pora­dzi sobie sama. Na przy­kład ze stry­jem Karo­lem. Tym samym, o któ­rym opo­wia­dała mi mama, że gdy miała objąć posadę guwer­nantki u Tyzen­hau­zów, zło­żył jej pro­po­zy­cją tak wysoce nie­mo­ralną, że rumieni się nawet teraz, kiedy ją wspo­mina. Trzy­dzie­ści pięć lat póź­niej pozo­stał tym samym oble­śnym bawi­dam­kiem, na jakiego się zapo­wia­dał. Cały czas pod­czas moich dwóch wizyt patrzył na mnie niczym pies na kieł­basę, toteż wia­do­mość, że nie jedzie z nami do Włoch, tylko do przy­ja­ciół w Niem­czech, przy­ję­łam ze zro­zu­miałą ulgą.

Przed­smak przy­szłych kon­tak­tów mia­łam pod­czas wspól­nego pod­wie­czorku.

– Podobno zabi­łaś kie­dyś czło­wieka? – powie­dział, kła­dąc mi, niby przy­pad­kiem, rękę na udzie.

– I ow­szem – odpar­łam. – A pra­cu­jąc w koł­cho­zie nauczy­łam się nawet kastro­wać byki!

Cof­nął rękę szyb­ciej niż ją poło­żył.

Gdy­bym tak jesz­cze znała przy­szłość…?

Ale co może wie­dzieć szes­na­sto­latka o męż­czy­znach. Prze­cież nie wie­dzia­łam wtedy, że przy­no­szę im pecha. Choć mogłam już zacząć się domy­ślać. W ciągu ostat­niego mie­siąca zgi­nęli dwaj bra­cia Bykow­scy z mojej wio­ski, któ­rzy pod­ko­chi­wali się we mnie, i Kola Soko­łow, cze­ki­sta i wróg, ale wedle jego wła­snych słów zako­chany we mnie na zbój. Z naci­skiem na to ostat­nie słowo – zabój. Stry­jek Karol wydał mi się oble­śny, ale na swój spo­sób zabawny. I nale­żał do rodziny. Nie mia­łam poję­cia, że kie­dyś będę naprawdę musiała go zabić!

Tym­cza­sem zgrzyt­nął zamek w drzwiach mojej piw­niczki, kła­dąc kres wspo­mnie­niom. Naj­pierw zaj­rzał uzbro­jony war­tow­nik, omiótł świa­tłem latarki nie­wielką prze­strzeń, jakby myśląc, że zgro­ma­dziły się w niej wszyst­kie duchy z mej prze­szło­ści.

– Wycho­dzić! – wark­nął…

Wsta­łam, gotu­jąc się na decy­du­jące star­cie. Zasta­na­wia­łam się, z iloma osob­ni­kami przyj­dzie mi się zmie­rzyć, zanim zdążę chwa­leb­nie polec. Wczo­raj dopro­wa­dziło mnie tu czte­rech. Teraz jed­nak war­tow­nicy się zmyli, a przed wej­ściem ocze­ki­wał mnie jedyne samotny ofi­cer Abwehry, żar sło­neczny spra­wiał, że widzia­łam go bar­dzo nie­wy­raź­nie i musia­łam cze­kać, aż mój wzrok się przy­zwy­czai.

– Prze­pra­szam, że musiała pani cze­kać, baro­nowo von Preus­sen. Jed­nak, zanim mnie pani zabije, pro­szę mnie wysłu­chać, wydaje mi się, że mamy sobie sporo do zaofe­ro­wa­nia. Nazy­wam się Kross, Hans Kross.

Zadrża­łam, zna­łam prze­cież ten głos!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij