Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Córka rodziny Monet - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
37,50
3750 pkt
punktów Virtualo

Córka rodziny Monet - ebook

Miała wszystko: wpływową rodzinę, luksusowe życie i nazwisko, które otwierało każde drzwi.

Problem w tym,że są to drzwi, których lepiej nie otwierać.

Porwana. Uwięziona. Odcięta od wszystkiego, co znała. Przez człowieka, któremu ufała.

Lindsay Monet chciała poznać prawdę. Zamiast odpowiedzi, znalazła się w samym centrum gry, której zasad nie rozumie. Pozbawiona poczucia bezpieczeństwa i zdana wyłącznie na siebie, szybko odkrywa, że zło ma wiele twarzy, zaufanie to luksus, a granica między przyjacielem a wrogiem bywa płynna.

Kim naprawdę jest Elias Romero? Co ukrywa Vincent Monet? I dlaczego milczenie rodziny boli bardziej niż wszystkie kłamstwa? Czy Lissy odnajdzie drogę do domu? I czy po wszystkim nadal będzie tą samą, kochającą taniec nastolatką?

Jeśli myślisz, że znasz Rodzinę Monet, przygotuj się. Lissy dopiero zaczyna odkrywać to, o czym nie masz pojęcia.

---

Trzeci tom bestsellerowego spin-offu „Rodziny Monet”. Napięcie, emocje i zwroty akcji, które nie pozwolą ci odłożyć tej książki choćby na chwilę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-4150-8
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OKNO

Przez ostatnie dwie doby porywacze zmuszali mnie do spania na poduszce z zapadającym się w poszewce puchem.

Ta była inna. Twarda i pękata.

Moje ciało, ułożone nieruchomo na boku, drżało z lęku, że biel, którą zobaczyłam jako pierwszą po przebudzeniu, to objawione tuż przede mną światełko w tunelu.

Uparcie nie wstawałam. Nie zamierzałam podążać w jego stronę.

Tak, zgadza się, ostatnio w moim życiu pojawiło się dużo komplikacji. Problemy i konflikty, które rozwiązywałam źle albo których nie rozwiązywałam wcale.

Ale to nie znaczyło, że nie chciałam żyć.

Chciałam, nawet bardzo.

Mrugałam powoli, niepewnie. Starałam się przyzwyczaić wzrok do jasności przede mną, jednocześnie pełna obaw, co się w niej kryje. Delikatny dotąd trzepot serca w mojej piersi przyspieszył i przeszedł w łomot.

Z moich ust wyrwało się głuche, rozpaczliwe westchnienie.

Reakcja na ogromne szczęście i ulgę, bo światełko w tunelu wreszcie nabrało kształtów. Zys­kało ramę. A w środku? Zaczął formować się zarys drzewa. I jeszcze jakiś budynek. Portal do świata zewnętrznego zawisł na ścianie. Przestał przypominać jasną, nieokreśloną masę, a stał się… oknem.

Z emocji jeszcze mocniej wbiłam palce w poduszkę, bliska jej rozszarpania. Przez zaciśnięte gardło z trudem przełknęłam ślinę.

Na ścianie naprzeciwko po prostu znajdowało się okno.

Coś, czego nie widziałam przez całe dwie doby mojego uprowadzenia.1
PLASTIKOWY RUBIN

Silne emocje się rozpychają. Napompowane do kolosalnych rozmiarów, potrzebują miejsca. Są agresywne: kopią i popychają. Nie mają skrupułów, napędza je adrenalina.

Naturalnie poszkodowanymi w tym starciu są: opanowanie, inteligencja czy odpowiedzialność. Cierpliwość. Czasem nawet lojalność. Siedzą cicho, upchane w czeluściach głowy, czekają, aż będą mogły wyjść na scenę i ratować występ, w którym główny taniec zaprezentowała głupota.

Zawsze, ale to zawsze na koniec się potykała.

Zwykle szkody po niej dało się naprawić, a nawet ostatecznie wydębić oklaski od publiczności. Ale bywały też sytuacje, w których głupota triumfowała zbyt długo.

I ja, Lindsay Monet, przyznaję się do tego, że jej uległam oraz że popełniłam fatalny błąd, jakim było zwątpienie w moją rodzinę i wymknięcie się na spotkanie z Eliasem Romero.

Bo nie wróciłam do domu.

Kaptur naciągnięty na ciemne, rozczochrane włosy Eliasa i chmurne, beznamiętne spojrzenie nadawały mu wystarczająco niebezpieczny wygląd, by zwątpić w jego dobre intencje. Nawet krople deszczu zatrzymywały się na jego bladej twarzy i spływały wolno, ostrożnie, jakby czegoś się obawiały.

Powinnam była się wycofać, nie truchtać ufnie w jego stronę, z dłonią uniesioną nad głową, by chronić się przed mżącym deszczem. Moja szmaciana baletka przemokła od razu, gdy z cichym chlapnięciem trafiłam stopą w kałużę.

Wygodne życie nie oswoiło mnie z takimi warunkami. Gdy byłam mała, mama zawsze pilnowała, żebym w deszczową pogodę wkładała kalosze. A jeśli była taka potrzeba, wujek Dylan brał mnie na ręce i przenosił nad kałużami.

Może dlatego teraz ta niewielka ilość wilgoci w bucie sprawiła, że natychmiast się wzdrygnęłam.

– Pada deszcz! – zawołałam z frustracją, ale mój głos zagłuszył szum kropel bębniących o asfaltowy parking i gałęzie drzew.

Nie wpadłam Eliasowi w ramiona. Nie, żeby je do mnie wyciągnął. Przemknęłam obok niego i weszłam głębiej w las, zdesperowana, by znaleźć jakąś kryjówkę. Deszcz na chwilę przybrał na sile. Zadzierałam twarz ku szarogranatowemu niebu, rozglądając się za jakąś odpowiednio grubą i rozłożystą gałęzią.

Odgłos kroków Eliasa ginął w ulewie, choć jego ciężkie buty deptały patyki, rozmokłe, stare liście i zbłąkane szyszki. Zapomniane relikty jesieni. Wzdrygnęłam się, gdy nagle złapał mnie za łokieć, wpijając palce w moją bluzę. Ciągnąc mnie w przeciwnym kierunku, mruknął:

– Schowamy się tam.

Przebierałam nogami, by nadążyć za narzuconym tempem i się nie przewrócić. Cienka podeszwa baletki marnie chroniła stopę przed nierównym podłożem.

– Gdzie ty mnie prowadzisz!? – warknęłam. – Puść mnie!

– Schowamy się – rzucił jeszcze raz przez ramię. Z naciskiem, a jednak wśród tych wszystkich szelestów ledwo słyszalnie.

– Gdzie? Stój! Ooo, nie. Nie wejdę do żadnej jamy!

– To powalone drzewo – powiedział, zatrzymawszy się przy masywnym pniu. – Kucniemy pod nim.

Schylił się, po czym mnie zmusił do tego samego. Soczysty mech porastał ciemną, zszarzałą korę. Starą, martwą i nasiąkniętą deszczem. Zapach spróchniałego drewna wypełnił mi nozdrza. Mieszał się z duszącą wonią gleby. Czarna ziemia wżarła się w baletki, oblepiły je zwiędłe liście.

Och, były do wyrzucenia.

Będę musiała je ukryć przed rodzicami, planowałam w myś­lach, oglądając je z frustracją. Równie mocno denerwowały mnie włosy puszące się od nadmiaru wilgoci. Co za głupi pomysł z tą ucieczką!

– Elias, nie – zirytowałam się. Drażniło mnie wszystko: od pogody po moje własne decyzje, które nagle wydały mi się wręcz idiotyczne i których konsekwencje intuicyjnie napawały mnie obawą. – Stop, wracam do auta!

– To będzie kompletnie bez sensu, jeśli teraz sobie pójdziesz.

– Tu musi być pełno pająków – jęknęłam. Obracałam głowę dookoła. Ciasna kryjówka rzeczywiście dała nam trochę wytchnienia od deszczu, ale wcale nie czułam się w niej bezpiecznie.

Bliskość Eliasa też nie była kojąca. Od jego bladej skóry promieniowała mroczna aura, hipnotyzowała z czeluści czarnych źrenic.

– Pochowały się – mruknął. Chrypa nie sprawiła, że jego głos stał się ponętny, brzmiał raczej jak ostrzeżenie. A co w tym czasie robiły moje mechanizmy obronne?

Uparcie wypychały wszystkie te sygnały z mojej świadomości. Mimo że Elias ewidentnie skrywał w duszy coś dziwnego, co powoli wyrywało się na zewnątrz.

Przeszły mnie ciarki. Odsunęłam się od niego, ale tylko o milimetry – na więcej ograniczona przestrzeń nie pozwalała.

– Przecież pająki właśnie kochają wyłazić, kiedy jest mokro.

– Po deszczu, nie w trakcie, Lindsay.

– Po deszczu to wyłażą ślimaki i dżdżownice.

– Ekspertka od robactwa?

– Mam dosyć, ostatnio ciągle pada – fuknęłam, z trudem rozplątując palcami kosmyk wilgotnych, rozczochranych włosów.

– Dziś nastąpi przełom – oznajmił Elias. Oficjalny ton jego głosu przykuł moją uwagę. Opuściłam dłoń i zmarszczyłam brwi, gdy dodał tajemniczo: – Spadnie śnieg.

Oczy błysnęły mu przy tym upiornie. Jakby kryła się w nich burza, choć jeszcze nie grzmiało. Potężne gromy miały rozbrzmieć później…

Wyrwałam łokieć z jego chwytu. Pozwolił mi na to.

– Przyszłam tu po to, żebyś mi powiedział, o co chodzi z rysunkiem, a nie zgrywał pogodynkę.

– Nie zabrałaś go ze sobą?

Moje dłonie spoczywały na zgiętych kolanach. Poczerwieniałe z zimna i puste.

– Mój tata go sobie wziął.

Ciemna brew Eliasa drgnęła.

– Powiedziałaś mu?

– Jemu ufam bardziej niż tobie.

– A jednak uciekłaś od niego, żeby spotkać się ze mną.

Obejrzałam się na parking. Widok szarego asfaltu i kolorowych, choć dziwnie smutnych samochodów przebijał się przez ścianę drzew i deszczu. Niedaleko nas, a jakby w innej rzeczywistości.

– Przyjazd tutaj to był zły pomysł – stwierdziłam. Oblizałam wargi. Z czubka mojego nosa właśnie skapnęła kropla wody.

Usta Eliasa rozciągnęły się w lekkim, niemal współczującym uśmiechu.

– Teraz już nic z tym nie zrobisz.

– Nie mam wyjścia – mruczałam do siebie. Dramatycznie odchyliłam głowę, próbując sobie w niej ułożyć kolejne kroki. – Wyjdę z lasu, pokażę się szefowej kuchni i przyznam się, że wykorzystałam ją, żeby uciec z domu…

– Świetny plan, tylko że i tak musisz poczekać, aż wróci ze sklepu.

– Poczekam – odparłam. – Pod autem.

– Tutaj – naciskał szeptem Elias.

– Zobaczy mnie… – ciągnęłam opracowywanie strategii, ignorując jego wstawki. – Będzie w szoku, wiadomo…

– Nie uda ci się jej przekonać, żeby cię kryła przed rodzicami.

– Nie – przyznałam.

– Powie im wszystko.

– Tak…

– A oni się zdenerwują.

Potakiwałam, powoli oswajając się z wizją najbliższej przyszłości. Wyobrażałam sobie zawód rodziców, ich irytację moim bezmyślnym zachowaniem, a także nieuchronne konsekwencje… nieświadoma, że los ma zupełnie inne plany.

– Powiedziałaś ojcu, że rysunek jest ode mnie?

Zerknęłam na Eliasa. Zadał to pytanie z pozorną swobodą, ale coś w jego postawie mówiło mi, jak bardzo jest spięty. On też ciągle zerkał w stronę parkingu. Może obawiał się, że nagle wjedzie tam rozpędzony van? Drzwi się rozsuną, ze środka wyskoczą ludzie Monetów w strojach antyterrorystów i mnie odbiją, a Eliasa pojmą jak złoczyńcę.

To nie był wcale taki nieprawdopodobny scenariusz.

– Powiedziałam, że mi się przyśnił.

Napięta szczęka Eliasa się nie rozluźniła. Spojrzenie pozostało ostre i natarczywe.

– Uwierzył?

– Nie wiem. Znając go, zostawił sobie margines wątpliwości.

Przytrzymałam się szorstkiej kory, bo zaczęłam się chwiać. Od niewygodnego kucania dręt­wiały mi łydki. Elias był bardziej wytrzymały. Zastygł w podobnej pozycji co ja i nawet nie drgnął. Cóż, należało mu przyznać, że tam, gdzie psychicznie nie wydawał się do końca stabilny, nadrabiał tężyzną fizyczną.

– Odpowiedź taty mnie nie usatysfakcjonowała, więc przyszłam do ciebie po lepszą. Powiedz mi w kilku słowach, o co chodzi z tym głupim rysunkiem.

– Och, Lissy, nie deprecjonuj go – pouczył mnie. Sympatia w jego głosie zabrzmiała niepokojąco fałszywie. – To cenne dzieło. Niemal historyczne, gdyby się zastanowić.

– Nie drwij, tylko mów. Nie mam czasu na domysły.

– Masz go dużo.

Znowu nerwowo obejrzałam się na parking.

Absurd. To był czysty absurd.

– Wiesz co? Koniec. Muszę wracać – rzuciłam, nagle zdecydowana, by wygrzebać się spod drzewa i opuścić Eliasa, z którym w ogóle nie powinnam była się spotykać.

– Nie wrócisz.

Przeniosłam wzrok na twarz chłopaka. Nie było na niej ani śladu kpiny. Chropowatość kory drażniła mnie w opuszki, gdy zacisnęłam na niej palce. Las wokół zionął pustką. Samochody i budynki sklepów oddalały się coraz bardziej, choć siedzieliśmy ciągle w jednym miejscu, pod tym samym zwalonym drzewem.

Deszcz zelżał. Szum przestawał być jednostajny.

– Ty wcale nie chcesz ze mną rozmawiać – skwitowałam chłodno. – Tylko sobie ze mną pogrywasz.

Wykonałam ruch, by się podnieść, ale dłoń Eliasa zacisnęła się na moim przedramieniu. Mocniej niż wcześniej. Nieelegancko, niewłaściwie i niepokojąco władczo. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Zabieraj łapy, Eliasie – warknęłam, próbując się wyszarpnąć; na próżno.

– Najpierw coś ci pokażę – powiedział ze spokojem.

Mój oddech przyspieszył. Spokój otaczającej nas natury mi się nie udzielał. Od ziemi przez moje ciało przechodziły wibracje. Las mnie przed czymś ostrzegał, tak sobie przynajmniej wmówiłam. W rzeczywistości to drżałam ja. Z zimna.

I może ze strachu, co nie uszło uwadze Eliasa.

– Czy ty się boisz, Lindsay?

Po raz pierwszy tego dnia w jego tonie wybrzmiała lekko prześmiewcza nuta. Natychmiast zadarłam podbródek.

– Ciebie? – prychnęłam zjadliwie. – Oczywiście, że nie.

Kącik ust uniósł mu się lekko, bez serdecznego rozbawienia. Podobnie wywijały się ku górze nagie gałęzie drzew – to był ten sam rodzaj oschłości. Oczy Eliasa stawały się coraz bardziej wyzute z emocji. Martwe jak konar, pod którym się kryliśmy.

Ten chłopak, o którym myślałam, że zdążyłam go już całkiem nieźle poznać, autentycznie budził we mnie lęk. Lęk, który narastał z każdą chwilą, na przykład wtedy, gdy Elias ściszonym, złowróżbnym głosem powiedział:

– Wyluzuj. Przecież cię nie skrzywdzę. Potrzebuję cię.

– Albo w tej chwili przejdziesz do sedna, Eliasie, albo uznam, że zjawienie się tutaj było stratą czasu, i spadam.

Gdy w odpowiedzi sięgnął do kieszeni bluzy, napięłam się. Przyglądałam się, jak przez chwilę czegoś w niej szuka, gotowa zerwać się na równe nogi i uciec w stronę parkingu ile sił, gdyby okazało się, że to jakiś rodzaj broni. Nóż, na przykład.

Och, no przecież on z całą pewnością ma przy sobie swój słynny nóż.

Poczułam się nieswojo.

Wtedy to zobaczyłam: łańcuszek w kolorze stali, zawieszka z plastiku imitującego kamień. Nawet gdybym przez całe życie nie była otoczona najdroższą biżuterią, zorientowałabym się, że to, co wyjął Elias, to jakaś tandeta.

– Odwrócisz się? – zapytał.

Zmarszczyłam brwi. Tłoczyliśmy się pod spróchniałym pniem i zwrócenie się do niego tyłem wymagałoby ode mnie niewygodnych manewrów. A wszystko to po co? Plastikowy rubin przypominał element planszówki dla dzieci. Koło szlachetnych kamieni nawet nie leżał.

Elias trzymał łańcuszek w palcach i przyglądał mi się z nieudolnie skrywaną kpiną.

Czy on sobie ze mnie żartuje? Przyłożyłam sztywną, zimną dłoń do dołka między obojczykami.

– Chcesz mi go założyć na szyję? – upewniłam się.

– Nie podoba ci się?

Noo, jak by ci to… Ech, nie chciałam wyjść na rozpuszczone do granic możliwości, bogate, uprzywilejowane dziecko, ale chyba mam prawo mieć preferencje? Poza tym Elias sobie u mnie nagrabił. Nie przyszłam tu po prezenty, tylko po prawdę. Dlaczego wciąż jeszcze mi jej nie wyjawił? Takie pełne podejrzeń pytania zadawałam sobie w myślach, na głos jednak sformułowałam je zupełnie inaczej:

– Po co chcesz mi go założyć?

– Rozpieszczona Lissy nosi tylko diamenty?

– Nie tylko – zaprzeczyłam ze spokojem. – Noszę różne kamienie, ale to… – Dotknęłam wiszącej w powietrzu zawieszki. Moje domysły się potwierdziły: okazała się nienaturalnie lekka, jakby była pusta w środku, w związku z czym mocno zakołysała się na boki. – To jest plastik.

– Czerwony rubin – powiedział. – Kamień miłości.

Ściągnęłam brwi.

– Chyba sztucznej miłości.

Elias opuścił dłoń z łańcuszkiem i przechylił głowę, zaintrygowany.

– Nie wiem, czy irytować się twoją roszczeniowością, czy pogratulować przejrzenia moich intencji.

– Twoją intencją jest podarowanie mi dowodu sztucznej miłości?

– A założenie ci go na szyję to część mojego planu.

– Najpierw chcę go poznać, dopiero potem zadecyduję, czy będę w nim uczestniczyć.

Elias zaśmiał się cicho.

– Za późno, Lissy.

Pokiwałam wolno głową. Biła od niego mroczna energia. Podsycana przez otaczającą nas scenerię, sprawiała, że pożałowałam opuszczenia dziś murów Rezydencji.

– Masz rację. Jest późno.

Gwałtownie wstałam, ale tym razem Elias zdążył zacisnąć pięść na mojej nogawce. Drugą dłoń, tę, w której trzymał łańcuszek, wbił w brudną ziemię, by się podeprzeć i podnieść w ślad za mną.

– Co ty robisz?! – zawołałam, zirytowana, ale też zażenowana jego dziwną zapalczywością.

– Byłoby głupio, gdybym zwabił cię tak daleko i teraz pozwolił ci odejść.

– To przestaje być zabawne, Eliasie – powiedziałam chłodno. – Zaczynasz się zachowywać jak jakiś popapraniec.

– Nie próbuję cię rozbawić.

– Wystarczy. – Machnęłam dłonią, ostro, stanowczo; tak samo zabrzmiał mój głos. Byłam asertywna, tak jak uczyła mnie mama. – Zostawisz mnie teraz w spokoju.

– Nie dowiedziałaś się, co ukrywa twoja rodzina.

– Wiesz co, dziwnym trafem nagle przestało mnie to obchodzić.

– Przyszłaś tutaj…

– Coś zamgliło mi umysł. Ale tylko na chwilę. Już się rozpogadza. – Spojrzałam przelotnie na białe niebo. Dobra metafora. Rzeczywiście, deszcz ustawał.

– Czyli się nie odwrócisz? – zapytał. Wisiorek w jego dłoni poruszał się na wietrze. Licha imitacja rubinu nie błyszczała nawet w naturalnym świetle.

Szłam tyłem w stronę parkingu, kręcąc głową.

Elias westchnął.

– Więc muszę to zrobić mniej eleganckim sposobem, dobrze.

Wisiorek wylądował na ziemi. Elias upuścił go celowo, nagle już nim niezainteresowany. Kolejny dowód na jego bezwartościowość.

W tym samym momencie coś mlasnęło lepko pod podeszwą mojej baletki: błoto, na którym się poślizgnęłam. Ścięgno w łydce zabolało, rozciągnięte gwałtownie, bez rozgrzewki. Próbując złapać równowagę, podążałam wzrokiem za kawałkiem czerwonego plastiku.

Zniknął w grząskiej ściółce, gdzie miał się teraz rozkładać przez setki lat…

Elias bezbłędnie wykorzystał chwilę mojej nieuwagi. Wykonał ruch tak gwałtowny i niespodziewany, że kiedy zorientowałam się, iż należy uciekać, już oplatały mnie jego ramiona. Poczułam jego zapach: woń skóry, miętę, jakby nutę grejpfruta… Sparaliżował mnie.

Nie, nie zapach; sparaliżował mnie szok.

Chociaż w mojej głowie ciągle pulsowało wielkie, czerwone ostrzeżenie, by w towarzystwie Eliasa mieć się na baczności – zwłaszcza dziś, tutaj, w tym lesie – to tak naprawdę nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć, że coś mi z jego strony zagraża.

Przecież zdążyliśmy się całkiem nieźle poznać, droczyliśmy się ze sobą już od tak dawna. On cały czas próbował mnie wystraszyć, zgrywając mrocznego bad boya. Taka była dynamika naszej relacji: owszem, popieprzona, ale jakże przy tym ciekawa. Przy Eliasie nie było nudy.

No, to teraz miałam za nudą zatęsknić.

– Elias! – zawołałam z niedowierzaniem, kiedy dotarło do mnie, że naruszył moją przestrzeń osobistą. Unieruchomił mnie. Do tej pory znałam jego bliskość, gdy kojąco otulał mnie ramionami, czasem nawet opiekuńczo. Ale w jego objęciach nigdy nie było przemocy.

Wykręcałam szyję, by spojrzeć mu w oczy. By na mojej twarzy zobaczył wyrzut i oburzenie, i żeby zrozumiał, że mnie ten jego ciasny uścisk nie bawi.

Ale nasze spojrzenia nie miały szans się spotkać, bo jego głowa znajdowała się zbyt wysoko ponad moją, a ramiona objęły mnie tak, że plecami przylgnęłam do jego klatki piersiowej. Otaczały nas gęste, ciężkie od wilgoci drzewa, których gałęzie ociekały deszczem.

Kątem oka próbowałam dostrzec ślady cywilizacji. Ludzi. Samochody. Budynki. Cokolwiek. Objęcia Eliasa zaciskały się na mojej drobnej sylwetce coraz bardziej stanowczo. Nieszkodliwe łobuzerstwo, jakie cechowało go dotychczas, gdzieś się ulotniło. To nie było ani fajne, ani śmieszne. Moja intuicja, do tej pory uśpiona, nagle się rozbudziła. W głowie głośno zawył alarm. Działo się coś złego.

Otworzyłam usta, gotowa się wydrzeć, wołając o pomoc. Zamiast tego… sapnęłam w skrawek materiału, który Elias wepchnął mi do ust.

W swoich działaniach był dwa kroki przede mną. Wiedział, co robi.

Moje ciało przeszył potężny dreszcz paniki. Teraz wrzeszczałam już głośno, ale knebel skutecznie tłumił mój krzyk. Eliasowi udało się zawiązać supeł z tyłu mojej głowy, w który wplątało się kilka kosmyków. Moje piski gubiły się w grubej tkaninie.

Moje nadgarstki oplotła taśma. Przez chwilę miałam wrażenie, że wyrwałam się Eliasowi, on jednak działał zbyt sprawnie. Nie blefował, gdy zapowiadał, że ma plan. Nie znałam go z tej strony, z bycia tak silnym. Zgięłam się wpół, zde­terminowana, by się oswobodzić. Nic nie wskórałam.

Moje nadgarstki? Sparaliżowane.

– Idź.

Pchnął mnie.

Zimne powietrze boleśnie kąsało moje płuca, mimo to protestowałam, jęczałam i płakałam wściekle w knebel.

– Nie stawiaj się, Lindsay – pouczył mnie szorstko. – Jesteś na przegranej pozycji.

Nie przyjmowałam jego słów do wiadomości. Komentarz Eliasa trafił na ścianę, odbił się od niej, po czym upadł gdzieś pod nasze nogi, w ściółkową breję, o którą zapierałam się stopami. Baletki i tak były już zrujnowane, dlatego nie powinno mi być szkoda, gdy Elias przydepnął ich tyły swoim masywnym buciorem. Przy następnym kroku zostały w błotnistej mazi. Najpierw jedna, potem druga.

Z mojego gardła wydostał się kolejny stłamszony, pełen buntu pisk, gdy dotknęłam stopą lepkiego błota. Przeszły mnie ciarki. Ostra gałązka wbiła się w gołą podeszwę.

– Radzę ci stawiać szybkie i rozważne kroki, inaczej się pokaleczysz – mruknął Elias. Chuchał mi w kark i napierał na plecy, nie dając szansy na zatrzymanie się. – A tam, dokąd cię zabieram, nikt nie będzie nad tobą skakał jak w domu, mała księżniczko.

Moje stęknięcie przechwycił knebel. Z kącika ust spływała strużka śliny. Przytuliłam policzek do ramienia, by ją otrzeć. Szybko jednak musiałam się wyprostować; chwile nieuwagi kosztowały mnie potknięcia.

Co rusz próbowałam się wyrwać, zaprzeć albo przynajmniej wykręcić głowę tak, by spojrzeć Eliasowi w oczy. Choćby po to, by sprawdzić, czy naprawdę uprowadza mnie właśnie ten sam chłopak, którego całowałam. Niegdyś chętnie przekraczał ze mną granice i był przy tym delikatny, dziś sam brutalnie je stawiał. Na każde moje szarpnięcie odpowiadał swoim – silniejszym i bezwzględnym.

Moja filigranowa sylwetka tancerki nie pomagała w starciu z rosłym, umięśnionym chłopakiem. Zrozumiałam to już dawno temu, dorastając w męs­kim otoczeniu. Tylko że jak dotąd nikt nigdy nie chciał mnie naprawdę skrzywdzić. A Elias?

On miał naprawdę bardzo mocny, bezlitosny chwyt, którym tak bezwzględnie mnie teraz unieruchomił.

Przez moje ciało przeszedł prąd, gdy w kieszeni poczułam palce chłopaka. O mokrą ziemię głucho uderzył stary telefon Michaela. Używając go do komunikacji z Eliasem, cieszyłam się, że nie jest objęty nadzorem mojego ojca. Teraz tego żałowałam. Przynajmniej wiedziałby, gdzie zacząć mnie szukać.

Tymczasem aparat został za nami, w błocie, niemożliwy do namierzenia.

W gąszczu przed nami pojawiła się nagle granatowa plama. Rosła, gdy się do niej zbliżaliśmy. Wkrótce uformowała się w kształt masywnego, długiego Jeepa, którego potężne, brudne koła tkwiły w błocie, nie na asfalcie. Sklepowy parking został daleko za nami.

Znajdowaliśmy się na kompletnym odludziu. Spanikowałam jeszcze bardziej.

– Przestań się w końcu szamotać – upomniał mnie Elias.

Szyba od strony kierowcy opuściła się, ukazując szeroką głowę około trzydziestoletniego mężczyzny. Jego kwadratowa, pokryta kilkudniowym zarostem szczęka poruszała się rytmicznie – pewnie żuł gumę, ewentualnie kawałek opony. Wyglądał na niekonwencjonalnego typa. Nieustraszonego samca alfa.

Nie można mnie winić, że na jego widok szarpnęłam się mocno, rozpaczliwie. Facet uśmiechnął się lekko, a jego głos zabrzmiał nawet całkiem sympatycznie, gdy się odezwał:

– Przed nami długa droga, mała. Uwierz mi na słowo, nie chcesz drałować na piechotę tam, dokąd się wybieramy.

I poklepał dłonią kierownicę.

Poczucie zagrożenia wygrało z chęcią, by zachować godność, bo więcej nie otarłam policzka o ramię, mimo że od energicznych protes­tów śliniłam się coraz bardziej. Zamiast tego wiłam się w najbardziej koślawym tańcu w swoim życiu.

Świadomość, że w tę sytuację zaangażowany jest ktoś jeszcze oprócz Eliasa, zmroziła mi krew w żyłach.

Silnik Jeepa zacharczał i ożył. Znałam ten rodzaj aut – wujek Will miał podobne u siebie w Miami. Były niezniszczalne, radziły sobie nawet w najtrudniejszych warunkach. Na najbardziej bagnistych terenach. Błotnik sięgał mojego ramienia.

Długie auta słyną z przestronnych wnętrz. Drzwi pasażera otworzyły się. Elias chwycił mnie w talii i podniósł, nie zważając na moje wierzgające na wszystkie strony nogi. Bosą stopą kopnęłam w blaszany bok samochodu.

Zabolało.

Zaraz potem rąbnęłam piszczelem o kant stopnia.

Zabolało jeszcze mocniej. Nieprzyjemny dreszcz przeszył mnie i unieruchomił na kilka sekund, które wystarczyły Eliasowi, by sprawnie władować mnie do samochodu.

I zanim moja głowa zniknęła pod dachem granatowego Jeepa zaparkowanego w środku lasu, na jej czubek, prosto z nieba, coś spadło.

W moich rozczochranych blond włosach zgubił się pierwszy w tym sezonie płatek śniegu.

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij