-
nowość
Córka Szeptuchy Na Przekór Doli - TOM I - ebook
Córka Szeptuchy Na Przekór Doli - TOM I - ebook
Hen, hen daleko, na samym krańcu świata, tam, gdzie na co dzień mieszka spokój, leży maleńka osada. Jej mieszkańcy żyją powoli, a rytm ich życia wyznacza zgodna z naturą praca. Jednak pewnej srogiej zimy spokojny nurt płynących dni wzburzyła wstrząsająca plotka. Żyjąca na skraju osady i czuwająca nad zdrowiem i życiem zamieszkujących ją mieszkańców szeptucha pewnej nocy znalazła dziecko. Pojawiło się znikąd i było całkiem niczyje. Nie wiedzieć czemu, szeptucha, miast odnieść je do sierocińca, postanowiła je zatrzymać. “To moje dziecko, dar dla mnie od samych bogów” mówiła, a na mieszkańców padł blady strach. Każdy wszak wiedział, że szeptucha matką być nie może, bo nie taka jej dola. Jednak konia z rzędem temu, kto będzie w stanie złamać szeptuchowy upór.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368860085 |
| Rozmiar pliku: | 953 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zima w Krańcoborze w tym roku była bardzo mroźna. Miękka, śnieżna pierzyna jednak nie okrywała zmarzniętego świata. Ziemia była twarda i zmarznięta, przemarzniętą trawę pokrywał srebrzysty szron, nagie gałęzie drzew ze skrzypieniem poruszały się w lodowatych podmuchach wiatru.
Już jakiś czas temu zapadł zmrok, a wszyscy mieszkańcy osady skryli się w ciepłych domach. Nad kominami wznosił się dym, a w oknach chat migotało złote światło. Las był pusty i uśpiony. Mimo mroku i późnej pory Żywia szła, zaciskając zmarznięte palce na pałąku niewielkiego koszyka. Co chwila zatrzymywała się i z młodych drzew sosen zbierała igliwie na napary i syropy, najlepsze na nękający mieszkańców osady kaszel.
Wcale nie miała w planach robić tego o tak późnej porze, tego dnia planowała wyruszyć wraz ze świtem. Jednak gdy ubrała się ciepło i stanęła z koszem w ręku w drzwiach swojej chaty, zderzyła się z Bogumiłą, żoną jednego z miejscowych drwali. Kobieta była blada i miała mocno zaczerwienione oczy.
— Pani dobra! Błagam, szybko! — zawołała drżącym głosem, łapiąc Żywię za rękaw płaszcza. — Mąż mój, Bogowie! Błagam!
Żywia westchnęła z rozdrażnieniem i odstawiła pusty kosz koło drzwi. Sięgnęła po swoją pękatą torbę i kostur i przekroczyła wysoki próg.
— Co się stało? — spytała, ruszając w ślad za Bogumiłą.
Kobieta załkała, a po jej twarzy spłynęły łzy.
— Piła mu się omsknęła, pani. Bogowie! W nogę mu się werżnęła, tak strasznie głęboko — wyjaśniła kobieta, łykając łzy i pociągając nosem.
Żywia zacisnęła wargi i przyspieszyła kroku. Była drobna i niewysoka, a jej za krótka noga znacznie utrudniała jej szybkie poruszanie się. Teraz jednak nie szczędziła sił. Nie chciała, by nieszczęsny drwal wykrwawił się na śmierć, czekając, aż się zjawi.
Gdy tylko przekroczyła próg jego chaty, pojęła, że jest z nim naprawdę źle. Ogromna dwuręczna piła werżnęła się głęboko w udo drwala, rozcinając je aż do samej kości. Żywia spędziła cały poranek na oczyszczaniu rany i zszywaniu jej. Na szczęście drwal szybko stracił przytomność, bo na początku darł się tak niemożliwie, że szeptucha niemal nie ogłuchła od jego krzyków.
Gdy wreszcie skończyła opatrywać nogę drwala, słońce dawno już wzeszło, pomału zbliżało się południe. Żywia nawet nie zdążyła wrócić z powrotem do swojej chaty, gdy znów została wezwana przez kolejnego potrzebującego pomocy. Obmyła więc tylko dłonie, uwalane aż po łokcie krwią drwala, i już biegła do kolejnej chaty.
W ciągu całego dnia ledwie zdążyła zjeść jakiś skromny posiłek, chodziła od domu do domu, od jednego potrzebującego do drugiego, nosząc im leki, opiekę i pocieszenie. Gdy w końcu wróciła z powrotem do chaty, na dworze już zapadł mrok. Była zmęczona, głodna i niemal wszystko ją bolało od ciężkiej, całodziennej pracy. Z westchnięciem odstawiła swój kostur, a jej wzrok padł na stojący koło drzwi koszyk. Znów westchnęła i zaklęła. Musiała iść, nie było rady, składniki syropów same się nie nazbierają. A tej zimy niemal wszystkich mieszkańców męczył uciążliwy, duszący kaszel. Żywii już niemal skończyły się wszystkie specyfiki, jakie miała, i koniecznie musiała udać się po to przeklęte igliwie, by móc z niego uwarzyć napary i robić syropy na resztę zimy.
Przeklinając, na czym świat stoi, chwyciła stojący koło drzwi koszyk i kostur, poprawiła na głowie ciepły szal, mocniej owinęła się płaszczem i wyszła w noc.
Teraz szła przez ciemny, cichy, uśpiony las, zbierając do kosza igliwie. Potrzebowała go naprawdę dużo. Ręce miała zgrabiałe z zimna i niemal już całkiem straciła w nich czucie. Lodowaty wiatr wyciskał jej z oczu łzy i szczypał w twarz. Podeszła do kolejnej młodej sosenki. Nuciła pod nosem jakąś rzewną, zasłyszaną gdzieś melodię. Gdzieś nad jej głową zahukała sowa. Mimo iż była noc, a w lesie wokół niej nie było nawet żywej duszy, Żywia nie bała się w tym lesie, czuła się równie dobrze i swobodnie jak w swojej własnej chacie. Lubiła myśleć o nim, że jest jej domem. W końcu większość życia spędziła, mieszkając na jego granicy. To właśnie w tym lesie się urodziła i spędziła w nim pierwsze lata swojego życia. Znała go tak dobrze jak własny ogród.
Opuściła wzrok na stojący u jej stóp koszyk. Nie był wypełniony nawet do połowy, zielone, zmarznięte igiełki już przesłoniły dno, jednak wciąż było ich mało. Wspierając się na swym kosturze, pochyliła się, uniosła kosz i odwróciła się, by podejść do kolejnego drzewa.
— Jeszcze tylko kilka — mruknęła do siebie. — Dozbieram tylko do połowy, najwyżej pójdę znów w niedzielę.
Postąpiła kilka kroków, rozglądając się po okolicznych drzewach, gdy jej wzrok padł na zalaną księżycowym światłem polankę. Zamarła w pół ruchu z szeroko otwartymi oczami. Nucona przez nią melodia urwała się w pół tonu. Na migoczącej srebrzyście w blasku księżyca zmarzniętej trawie siedział ogromny szary wilk. Wpatrywał się w nią swymi czujnymi oczami drapieżcy. Żywia wstrzymała oddech i kurczowo zacisnęła palce na pałąku kosza. Wilk uniósł łeb ku niebu i zawył żałośnie, po czym znów na nią spojrzał, wstał i odbiegł. Gdy zwierzę zniknęło między drzewami, oczom Żywii ukazał się, do tej pory zasłonięty jego ciałem, spory, pięknie pleciony wiklinowy kosz, który stał na samym środku polany w kałuży księżycowego światła.
Kobieta zawahała się. Nie bała się lasu, ale nie oznaczało to, że była głupia. Zastanowiła się, czy nie odwrócić się na pięcie i pędem nie wrócić do chaty. Ciekawość jednak wzięła w niej górę. Powoli, ostrożnie weszła na polanę i podeszła do stojącego na niej kosza. Zajrzała do środka i znieruchomiała, zaszokowana.
W koszu, owinięte miękkim granatowym kocem wyszywanym w maleńkie gwiazdki, leżało niemowlę. Wyglądało, jakby spało, oczka miało zamknięte, a twarzyczkę spokojną. Żywia pochyliła się niżej, a dzieciątko otworzyło oczy i spojrzało na nią. To spojrzenie ugodziło Żywię prosto w serce. Oczy dziecka były wielkie i srebrne niczym dwa zwierciadła. W ich odbiciu dostrzegła cień towarzyszącej jej całe życie samotności.
— Kto cię tu zostawił? — wyszeptała szeptucha.
Przykucnęła, wpatrując się uważnie w maleńką twarzyczkę. Nie przypominała sobie, żeby jakakolwiek kobieta w osadzie w ostatnim czasie zbliżała się do rozwiązania. Dzieciątko ziewnęło i z powrotem zamknęło oczka. Żywia rozejrzała się wkoło. Nigdzie nie widziała żadnych śladów. Trawa wokół sprawiała wrażenie nietkniętej, choć przecież dzieciątko nie mogło leżeć tu długo, bo najpewniej by zamarzło. Wzniosła wzrok, wpatrując się w mrok między drzewami w miejscu, w którym zniknęła sylwetka szarego wilka. Znów opuściła wzrok na uśpione niemowlę i skinęła głową do swoich myśli. Nie mogła zostawić tu tego maleństwa na śmierć. Widziała, jak oddech śpiącego dziecka zamienia się w parę. Wstała i mocno uchwyciła kosz. _No trudno, na dziś koniec zbiorów_ — pomyślała, patrząc na niemal pusty koszyk z sosnowym igliwiem. Zawiesiła go sobie na przedramieniu i, mocno wspierając się na kosturze, ruszyła w drogę powrotną do swojej chaty.
Po powrocie do domu ustawiła koszyk z dzieckiem na stole, napaliła w piecu i zapaliła pojedynczą świecę. Oparła swój kostur o ścianę przy drzwiach i nachyliła się nad śpiącym maleństwem. Ostrożnie, jak najdelikatniej, wyciągnęła je z koszyka. Dzieciątko było maleńkie, bardzo maleńkie. Gdy szeptucha wyjęła je, otworzyło oczy i poruszyło się niespokojnie. Kobieta odruchowo przytuliła je do piersi i zakołysała uspokajająco.
— Ciii, ciii — zamruczała łagodnie.
Dzidziuś niemal nic nie ważył, wtulił się w nią ufnie, wznosząc na nią swoje wielkie, jasne oczy. Żywia wpatrywała się w tę maleńką, trójkątną twarzyczkę, w kształtne, ładnie skrojone usteczka, maleńki nosek i długie, ciemne rzęsy. Główkę maleństwa pokrywał mięciutki, czarny meszek. Szeptucha uśmiechnęła się do dziecka z czułością.
Delikatnie odwinęła je z koca i obejrzała uważnie. Ubrane było jedynie w pieluszkę. Tak jak Żywia od początku podejrzewała, była to dziewczynka. Maleństwo cierpliwie pozwoliło się zbadać i z powrotem owinąć w kocyk. Gdy Żywia upewniła się, że z dziewczynką jest wszystko w jak najlepszym porządku i co najwyżej jest ona dość mocno wyziębiona, zagrzała dla niej odrobinę mleka i ostrożnie ją nakarmiła.
Najedzone i ogrzane maleństwo zasnęło smacznie, a Żywia siedziała, wpatrując się z zachwytem w cienie długich rzęs kładące się na bladych policzkach i różowe, błogo uśmiechnięte usteczka. Paluszki dziewczynki były tak malutkie, że aż trudno było uwierzyć, że są prawdziwe. Zdawała się być tak krucha i tak delikatna, a jednocześnie tak idealnie wpasowywała się w czułe ramiona szeptuchy.
Żywia doskonale wiedziała, że skoro dziewczynka jest zdrowa i nic jej nie jest, to musi ją odnieść do sierocińca. Jednak im dłużej trzymała ją w ramionach i czuła bijące od tego dziecka ciepło, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie w stanie się na to zdobyć.
Nocne godziny mijały, a ona trwała tak, zapomniawszy o całym otaczającym ją świecie, o głodzie, zmęczeniu i wszystkich codziennych troskach. W końcu, gdy nadeszła północ, szeptucha podjęła decyzję, że nie odniesie dziewczynki.
— Zostaniesz ze mną — powiedziała cicho, kołysząc ją w ramionach. — Nie oddam cię, malutka. Bogowie chcieli, żebym cię odnalazła. Położyli cię na mej drodze, bym nie musiała już być sama.
Dzieciątko westchnęło przez sen. Żywia uśmiechnęła się i pogładziła je delikatnie po policzku.
— Śpij, śpij, malutka — zamruczała czule. — Jesteś moim skarbem, moim darem.
Żywia przypomniała sobie strzegącego kosza wilka, skąpanego w blasku księżyca. Żywia dość sceptycznie podchodziła do wiary. W jej życiu nie było wiele miejsca na religijne obrzędy. Dni upływały, wymierzane rytmem pracy, a w chacie gościła jedynie pustka i samotność. Nie miała przyjaciół, rodziny, męża ani dzieci. Nie miała z kim świętować ani o kogo się modlić. Teraz jednak skłonna była przysiąc, że maleństwo to jest darem Horsa złożonym na jej drodze.
— Jesteś moja, wskazał mi cię księżyc, więc będziesz nosić imię Luna.
Dziewczynka otworzyła oczy i spojrzała na nią poważnie. Żywia dostrzegła w jej zwierciadlanych oczach odbicie swoich własnych. Na miękki kocyk spadła pojedyncza łza. Szeptucha przycisnęła mocniej do piersi dziecko, czując, jak przepełnia ją nieopisane szczęście.
Mimo iż minionej nocy Żywia spała raptem parę godzin, tego sobotniego poranka wstała radosna i pełna energii. Przebrała i nakarmiła Lunę, po czym ułożyła ją w koszu i przyrządziła sobie śniadanie. Jadła, wpatrując się w leżący na ławie tuż obok koszyk z dzieckiem. Gdy szeptucha skończyła posiłek i zabrała się za sprzątanie chaty, przez okno wpadły pierwsze promienie słońca, przeganiając monochromatyczną szarość przedświtu. Wzrok Żywii padł na muśnięte słonecznym promieniem oblicze uśpionego dzieciątka. Kobieta zamarła, jej oczy rozszerzyły się, a ze zmartwiałej dłoni wypadła pusta gliniana miska, roztrzaskując się na klepisku. W świetle dnia dostrzegła, że czarny meszek pokrywający główkę dziewczynki nie jest w rzeczywistości czarny, lecz bardzo ciemny, ale jednak wyraźnie granatowy, podobnie jak długie rzęsy i cieniutkie, regularne łuki brwi. Pobudzone trzaskiem rozbitego naczynia dziecko otworzyło oczy i zapłakało żałośnie, wystraszone. Szeptucha jednak nie była w stanie się ruszyć. Nie była w stanie pojąć tego, na co patrzy. W uszach jej zaszumiało, w głowie miała pustkę. _Co to znaczy_? — myślała gorączkowo.
— Na wszystkich bogów! Czym ty jesteś? — z trudem wydusiła przez zaciśnięte gardło.
Dziecko jednak nie przestawało płakać. Wymachiwało maleńkimi piąstkami, a po skroniach spływały mu wielkie jak grochy łzy. Przez głowę szeptuchy wartkim nurtem przepływało wszystko, co wiedziała o bogach, upirach i różnych innych nadnaturalnych istotach. Istniało bardzo wiele możliwości, ale żadna z nich nie wiązała się z niczym dobrym ani dla niej, ani dla tego maleństwa. Nie będąc w stanie dłużej wytrzymać rozpaczliwego płaczu dziecka, wyciągnęła je z kosza i przytuliła. Maleństwo powoli zaczęło się uspokajać. Płacz cichł, łzy schły pomału na dziecięcej buzi.
Szeptucha delikatnie pogładziła palcem ciemne, niemal czarne włoski dziecka. Nie była w stanie jednak sama siebie oszukać, że są normalne. Nie były i dobrze o tym wiedziała. Kołysząc spokojną już dziewczynkę w ramionach, powoli usiadła na ławie. Wokół jej stóp leżały skorupy po rozbitej misce, ona jednak nie zważała na to, wpatrując się w trzymane na rękach dziecko. Dziewczynka odwzajemniła jej spojrzenie. Jej buzia była poważna, a oczy tak bardzo smutne. To maleńkie, kruche dzieciątko nie mogło być potworem, nie mogło być złe, było przecież darem, darem dla niej, przecież miała być szczęśliwa, miała już nie być sama. Zacisnęła zęby, a jej wargi utworzyły wąską linię.
— Nie bój się, córko, nie oddam cię, nigdy, jesteś moja — powiedziała.
Trzymana przez nią w ramionach dziewczynka nie spuszczała z niej swoich srebrnych oczu.
— Nie jesteś upirem, słyszysz? Jesteś darem bogów — powiedziała Żywia twardo, z uporem. — Nikt, ale to nikt, nigdy mi ciebie nie odbierze. A każdy, kto spróbuje, gorzko tego pożałuje. Przysięgam ci, córko.
Kobieta uniosła wzrok i spojrzała przez okno w stronę odległych domów osady.
— Niech tylko spróbują — wyszeptała ledwie słyszalnie.
Dziecko zakwiliło cicho, a Żywia opuściła na nie wzrok i zakołysała je czule w ramionach.
Tego dnia miała zaplanowane mnóstwo pracy. Musiała odwiedzić chorych i donieść im leki i zioła oraz koniecznie udać się do drwala, który minionego dnia niemal nie obciął sobie nogi. Żywia jednak nie zrobiła z tego zupełnie nic. Cały dzień zajmowała się Luną. Kołysała ją w ramionach, karmiła, przebierała i nieustannie do niej mówiła. Niemowlę większość czasu spało, jednak Żywia nie chciała opuszczać jej nawet na krok.
Wyjęła ze skrzyni starą, szarą sukienkę, która została jej jeszcze po poprzedniej szeptusze, i rozłożyła ją na stole. Spojrzała na leżące w koszyku dziecko i posłała mu zadowolony uśmiech.
— Będziesz miała z tego mnóstwo pięknych sukienek, malutka — powiedziała.
Po tych słowach zabrała się do szycia. Pochłonięta pracą i cichym towarzystwem maleńkiej Luny, Żywia nawet nie spostrzegła się, gdy dzień dobiegł końca. W końcu zabrakło już światła i musiała zaprzestać szycia. Jednak była bardzo zadowolona z tego, co już udało jej się zrobić. W międzyczasie zaczął sypać drobny śnieg, przykrywając wszystko cieniutką, puchową kołderką. Gdy Żywia właśnie skończyła karmić i usypiać Lunę, przebraną w nową, uszytą przez nią sukienkę, na drodze od osady dostrzegła szybko poruszającą się postać. Odłożyła śpiące dziecko do koszyka i z niepokojem podeszła do drzwi. Nim rozległo się w izbie pukanie, otworzyła je. U progu zobaczyła Bogumiłę, żonę drwala. Kobieta była mocno zdyszana, a twarz miała zaróżowioną od mrozu i biegu.
— Pani, błagam, szybko — wydyszała, z trudem łapiąc dech.
— Co się stało? — spytała Żywia.
— Z moim Bronkiem bardzo, bardzo źle, pani. Cały jest aż czerwony od gorączki i strasznie go boli.
Szeptucha zerknęła w stronę leżącego na ławie kosza ze śpiącym dzieckiem. Zmarszczyła brwi, ale skinęła głową. Chwyciła swoją wypchaną torbę szeptuchy i kostur, zarzuciła na ramiona płaszcz i ruszyła za drwalową, wychodząc i zamykając za sobą drzwi. _Muszę się po prostu bardzo pośpieszyć_ — postanowiła, idąc za żoną drwala, jak najszybciej tylko była w stanie.
Faktycznie stan Bronka był bardzo zły. Wodził wokół błędnym spojrzeniem, a gorączkę miał tak wysoką, że cud, że w ogóle był przytomny. Żywia odwinęła jego nogę i zaklęła.
Pracowała szybko, najszybciej jak tylko była w stanie. Gdy wreszcie skończyła, musiała jednak stwierdzić, że spędziła poza domem znacznie dłużej, niż miała zamiar. Wcisnęła żonie drwala w ręce paczuszkę z ziołami.
— Parzyć codziennie i podawać trzy razy. Nogi nie tykać — powiedziała krótko, odwróciła się na pięcie i czym prędzej wyszła, pozostawiając za sobą wstrząśniętą drwalową.
Po powrocie do chaty z ulgą stwierdziła, że Luna dalej śpi smacznie w swoim koszyku. Żywia poczuła, jak ogarnia ją niewysłowiona ulga.
— Widzisz, malutka, czasami tak jest, że muszę biec, żeby komuś pomóc, w przyszłości będę cię brała ze sobą — powiedziała Żywia do śpiącego dziecka.
Pomyślała o jutrzejszym dniu i przez jej twarz przebiegł niekontrolowany skurcz. Jutro była niedziela. A każdej niedzieli Żywia zaraz o świcie szła czym prędzej do lasu, gdzie mieszkał stary leśnik, jej ojciec.
Był to powód, dla którego Żywia naprawdę nie lubiła niedziel. Patrzenie na stare, smutne oblicze jej ojca było ostatnim, na co zazwyczaj miała ochotę. Wiedziała jednak, że stary leśnik będzie na nią czekał, niczym przeklęty wyrzut sumienia.
— Jutro nas czeka trudny dzień, malutka — powiedziała Żywia, wzdychając ciężko i siadając na ławie koło dziecka. — Poradzimy sobie, ale będziemy musiały być twarde — jej oczy zwęziły się — jak zawsze — dodała.ROZDZIAŁ 2
W niedzielny poranek Żywia obudziła się cała spięta. Sama przed sobą nie miała zamiaru tego przyznać, jednak bardzo bała się spotkania z ojcem. Markotnie krzątając się po chacie, z niepokojem zerkała w stronę leżącego w koszu dziecka. Wiedziała, że nie może zostawić jej na tak długo samej. Przez chwilę nawet rozważała, czy by w ogóle nie pójść, jednak doszła do wniosku, że to nie miałoby żadnego sensu. Ojciec prędzej czy później i tak dowie się, że Żywia ma Lunę i konfrontacja z nim jej nie ominie.
— Ech, raz kozie śmierć — mruknęła.
Chwyciła koszyk z owiniętym w koc niemowlęciem i wyszła z chaty, zamykając za sobą drzwi. Stanęła za progiem i wciągnęła w płuca mroźne, rześkie powietrze. Niebo na wschodzie ledwie szarzało, a z nieba wciąż sypał drobny śnieżek. Opuściła wzrok na Lunę. Dziewczynka nie spała, wpatrywała się w niebo swoimi niesamowitymi, lustrzanymi oczami. Żywia zacisnęła mocniej palce na pałąku kosza i ruszyła w stronę lasu.
Polanka, na której stała chata leśnika, oprószona skrzącym się w różowych promieniach porannego słońca śniegiem, z maleńką, wtuloną w ścianę lasu chatką, wyglądała magicznie, jak wyjęta prosto z pięknej baśni bajarza. Żywia jednak nie była w nastroju, by się zachwycać tym widokiem. Szybkim krokiem przecięła polankę i przystanęła pod zamkniętymi drzwiami. Wzięła kilka głębokich wdechów i zastukała. Z wnętrza, jak zwykle, dobiegł ją cichy, zmęczony głos ojca.
— Wejdź.
Pchnęła drzwi i weszła do pogrążonej w półmroku izby.
Domek, w którym żył jej ojciec, był naprawdę maleńki. Właściwie składała się na niego tylko jedna izba i mikroskopijna izdebka na tyle za piecem, w której stał jedynie siennik i skrzynia i gdzie jej ojciec sypiał. Nie było tu nawet sieni. Wchodziło się prosto do izby dziennej.
Stary leśnik siedział zgarbiony na ławie przy piecu. Po klepisku smętnie snuło się kilka kurczaków. Mężczyzna odwrócił się do niej i posłał jej smutny uśmiech.
— Czemu kury są w domu? — spytała Żywia sucho na powitanie.
— Noc zimna, nie chciałem, żeby zmarzły — powiedział leśnik.
— Nie zmarzłyby, w obórce mają ciepło — powiedziała, odstawiając koszyk z Luną na ziemię.
Zostawiła drzwi otwarte i zaczęła wyganiać ptaki na dwór. Kury wyszły niechętnie, ociągając się lekko, a za nimi podążył, nieufnie spoglądający na Żywię, kogut.
— Śnieg jest — powiedział stary.
— Płytki jest, nic im nie będzie. Zaraz im otworzę obórkę — dodała już nieco bardziej ugodowo.
Leśnik pokiwał głową. Jego wzrok padł na stojący obok drzwi koszyk.
— Co to? — spytał.
Żywia jednak zignorowała jego pytanie. Szybkim krokiem podeszła do pieca, zajrzała do środka i przyłożyła drewna.
— Jadłeś coś? — spytała.
Ojciec w milczeniu pokręcił głową. Żywia miała ochotę zakląć. Zamiast tego westchnęła i zabrała się za przyrządzanie dla niego posiłku. Nakroiła mu chleba, sera i kiełbasy. Postawiła jedzenie na stole i bez słowa wyszła z chaty, zabierając ze sobą koszyk z Luną.
Udała się do maleńkiej obórki, z której wypuściła na pastwisko parę kóz i parę owiec. Szybko oporządziła obórkę, naniosła zwierzętom świeżej wody i nasypała paszy. Korzystając z tego, że drzwi obórki były otwarte, kury czym prędzej weszły do środka i umościły się na grzędach, przypatrując się poczynaniom Żywii. Ta, gdy skończyła zajmować się zwierzętami, zerknęła do kosza. Luna spała spokojnie. Uśmiechnęła się z czułością na ten widok i ostrożnie wzięła kosz, po czym wróciła do ojcowej chaty. W międzyczasie stary leśnik zjadł i ubrał się, a teraz siedział na ławie i układał przed sobą jakieś narzędzia. Żywia omiotła spojrzeniem wnętrze izby, ustalając w głowie listę rzeczy, które ma jeszcze do zrobienia. Gdy weszła do chaty, jej ojciec uniósł wzrok i spojrzał na nią. Skrzywiła się na widok jego badawczego wzroku.
— Wszystko w porządku, Żywio? — spytał.
— Czemu pytasz? — spytała szeptucha podejrzliwie.
Stary przyglądał się jej badawczo. _O nie, nie jestem głupia, nie wdam się z nim w jakieś bezsensowne rozmowy._ Wyprostowała się najbardziej, jak tylko potrafiła, patrząc przy tym na niego z góry.
— Robotę mam, sama się nie zrobi — powiedziała i sięgnęła po miotłę.
Leśnik zgarbił się lekko i opuścił wzrok. Szeptucha zamiotła izbę, naniosła wody i zabrała się za przyrządzanie pełnego kociołka potrawki. Jej ojciec w międzyczasie cały czas zajmował się grzebaniem przy jakichś swoich narzędziach. W pewnym momencie w izbie rozległ się głośny brzęk. Mężczyzna zaczął naprawiać jedno z nich. Żywia struchlała i z przerażeniem spojrzała w stronę wciąż leżącego na ziemi kosza. Z jego wnętrza jej uszu dobiegło ciche kwilenie. Odłożyła trzymaną w ręku łyżkę i podbiegła do niego czym prędzej. Stary leśnik zamarł zaszokowany, z jedną ręką zawieszoną w powietrzu.
— Co to? Co ty tam masz? — spytał skołowany.
Żywia pochyliła się nad koszem i delikatnie pogładziła po policzku płaczące niemowlę. Zakołysała nim i zanuciła uspokajająco. Leśnik podniósł się z ławy, odkładając na stół trzymane w ręku narzędzia.
— To jest dziecko? — spytał, zbliżając się.
Żywia uniosła na niego wzrok. Widząc jego pełne niepokoju spojrzenie, najeżyła się cała.
— Tak — odpowiedziała defensywnym tonem.
— Czyje ono jest? — spytał, zaglądając do koszyka.
— Moje — odpowiedziała Żywia, wstając.
Luna uspokoiła się, przestała płakać i teraz wpatrywała się w stojących nad sobą ludzi tymi swoimi wielkimi, jasnymi oczami. Leśnik ukucnął przy niej i przyjrzał się jej badawczo. Żywia miała ochotę poderwać koszyk i schować go za plecami, z trudem się przed tym powstrzymała. Widziała bezwiedny uśmiech na twarzy ojca, gdy przyglądał się malutkiej twarzyczce Luny. Wzniósł wzrok na córkę.
— Skąd je wzięłaś? — spytał.
Żywia zacisnęła wargi w wąską linię. Mężczyzna znów opuścił wzrok na owinięte w kocyk maleństwo.
— Przecież to maleństwo — powiedział. — Gdzie jej matka?
— Teraz to ja jestem jej matką. To jest moja córka.
Stary spojrzał na nią z zaskoczeniem.
— Ona zostanie szeptuchą? — zapytał.
Znów opuścił wzrok na dziecko i pochylił się niżej nad koszem, szukając wzrokiem jakichś widocznych oznak kalectwa.
— Nie — odpowiedziała Żywia, czując, jak narasta w niej gniew. — Ona jest moją córką — powiedziała zimno.
— Nie zostanie szeptuchą? To dlaczego ją masz? — spytał ojciec, patrząc na nią nierozumiejącym wzrokiem. — Przecież ty jesteś szeptuchą.
Żywia poczuła, jak zalewa ją gorąca fala wściekłości.
— I co? Nie mam prawa, żeby mieć kogokolwiek bliskiego? Nie mam prawa, żeby być szczęśliwa? Nie wystarczy, że ciąży na mnie to przekleństwo? — wybuchła, czując, jak do oczu napływają jej łzy wściekłości.
Stary pobladł lekko.
— Ja nie… — zaczął mówić.
— Co nie, co nie? — weszła mu w zdanie Żywia. — Co ty nie?
Niemal kompletnie straciła panowanie nad sobą. Widziała, jak czerwona mgła przesłania jej pomału pole widzenia. Stary pobladł.
— Żywio, zrozum. Przecież masz wielki dar, jesteś szeptuchą, przecież nie możesz…
— Gówno tam! — warknęła wściekła Żywia. — Przekleństwo, a nie dar. Jestem potworem i to twoja wina. Mam prawo do normalnego życia! Słyszysz mnie? Mam prawo.
Głos szeptuchy ciął powietrze jak bicz. Jej krzyk całkiem zagłuszył przerażony płacz dziecka. Żywia jednak była tak wściekła, że w uszach słyszała tylko szum buzującego w niej szału. Chwyciła leżący na ziemi kosz i wypadła na dwór, pozostawiając przerażonego, bladego jak kreda leśnika. Zatrzasnęła za sobą z hukiem drzwi i puściła się pędem w stronę własnego domu przez las, ciężko oddychając. Po jej policzkach spływały gorące łzy.
Gdy wreszcie z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi własnego domu, oparła się o nie i zaszlochała. Maleństwo zanosiło się żałośnie w swym koszyku. Żywia spojrzała na nie i otarła zaciśniętymi pięściami łzy z twarzy. _Nie poddam się, nie oddam jej, choćby nie wiem co._ Wyciągnęła maleństwo i przycisnęła mocno do piersi. Siadła na klepisku przy drzwiach i zakołysała je, nucąc jakąś prostą melodię. Dziewczynka powoli zaczęła się uspokajać. Leżała w jej ramionach, wpatrując się w nią pełnymi łez oczami. Żywia delikatnie otarła dziecku łezki.
— Już ciii, już ciii. Widzisz, ludzie są źli, okropni, ale my się nie damy, nie pozwolimy się rozdzielić. Cicho, cicho, ciii.
Ciechan klęczał na zimnym klepisku, wpatrując się w zamknięte drzwi. Nie rozumiał tego, co się stało. Podniósł się ciężko i, powłócząc nogami, podszedł do ławy. Usiadł na niej i wsparł łokcie na stole, chowając twarz w dłoniach. Przez chwilę chciał poderwać się i pobiec za Żywią. Przemówić jej do rozsądku, jednak nie miał już siły, nie miał już siły od dawna. Poza tym dawno już zdał sobie sprawę z tego, że to nie ma najmniejszego sensu. Wszelkie próby przemówienia Żywii do rozsądku zawsze kończyły się jakąś katastrofą. Była ona uparta i zawzięta i nigdy nie odpuszczała, a wszelkie próby odwiedzenia jej od tego, na co się uparła, tylko zwiększały jej upór.
Pomyślał o tym maleństwie, zanoszącym się płaczem w wiklinowym koszu.
— Co ty najlepszego robisz, dziecko — wyszeptał, wpatrując się w pustą przestrzeń przed sobą.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Żywia, jako szeptucha, nie może zajmować się małym dzieckiem. Opieka nad niemowlęciem wymaga mnóstwa czasu i ciężkiej pracy. Nie wyobrażał sobie, w jaki sposób Żywia chciałaby pogodzić to z pełnioną przez siebie rolą szeptuchy. Jednak nie to było najgorsze. Nie wyobrażał sobie Żywii w roli matki. Kochał ją bardzo, lecz musiał przyznać, że była uparta, zawzięta i impulsywna. Ponadto na swoich barkach dźwigała z jakiegoś powodu ogromny żal do świata i żyjących na nim ludzi.
Pamiętał, gdy zjawiła się na tym świecie. Było to już niemal czterdzieści lat temu, w tym właśnie maleńkim domku na skraju polany. Ciechan wtedy był młodym, dwudziestotrzyletnim mężczyzną i wiódł spokojne życie na uboczu wraz ze swoją piękną żoną. Lidia, bo tak nazywała się żona Ciechana, była niezwykle kruchą i delikatną istotą. Zawsze cicha i zawsze spokojna, patrzyła na świat z nieskończoną cierpliwością. Gdy okazało się, że spodziewa się dziecka, była tak nieprawdopodobnie szczęśliwa. Całymi dniami siedziała na ławeczce przed chatką i wyszywała dla maleństwa piękne stroje.
Noc, gdy narodziła się Żywia, była wietrzna i burzowa. Ciechan nigdy nie zapomni, jak stał w wietrze i deszczu przed chatą, zaciskając pięści, zagryzając do bólu zęby i wsłuchując się w bolesne krzyki rodzącej żony. Trwało to długo, bardzo długo. Był już niemal świt, gdy odbierająca poród szeptucha pozwoliła mu wejść z powrotem do domu. Lidia spała, a Ciechan zamarł przerażony, widząc pełną troski i współczucia twarz szeptuchy. Na początku myślał, że dzieciątko umarło, ale usłyszał cichutkie kwilenie. Szeptucha mu wtedy wyjaśniła, że urodziła mu się córka, jednak nie dane jej będzie być zwyczajną dziewczynką. Szeptucha wyjaśniła mu, że jego pierworodna otrzymała wielki dar i w przyszłości zostanie szeptuchą. Będzie matką i opiekunką dla wszystkich w osadzie.
Podała mu wtedy maleńkie zawiniątko, a z niego spojrzały na niego te jasne, niebieskie oczy, a on poczuł, jak spływa na niego nieskończona miłość. Wiedział, że zrobi wszystko, by chronić i uszczęśliwiać to maleństwo, bez względu na to, jaka miałaby być jego dola.
Szeptucha w końcu odeszła, a gdy Lidia obudziła się, to w jej oczach dostrzegł głęboki smutek. Jego piękna, mądra, dobra i tak cierpliwa żona płakała. Ona nie potrafiła pogodzić się z losem córeczki. Cierpiała, patrząc na jej zdeformowane ciałko. Ciechan widział w jej oczach ból i poczucie winy, i tak bardzo pragnął ją pocieszyć, jednak nie był w stanie. Cokolwiek mówił, Lidia tylko kręciła głową i spuszczała wzrok.
Ciechan nadał córeczce imię Żywia. Był dumny, że jego córeczka będzie miała szansę pełnić tak istotną rolę w osadzie. Wiedział, że dola szeptuchy jest ciężka, ale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo ważna i potrzebna jest. Wyobrażał sobie swoją dorosłą córkę jako mądrą, dobrą i troskliwą kobietę, z miłością troszczącą się o mieszkających w osadzie ludzi i niosącą im pomoc. Widząc, jak Lidia odsuwa się od dziecka, starał się kochać je za ich dwoje. Cierpiał bardzo, patrząc na smutek żony i na to, jak odtrąca ich wyjątkową, wspaniałą córeczkę.
Miesiące mijały, a Żywia rosła. Ciechan liczył na to, że z czasem Lidia pokocha córkę tak mocno jak on, jednak im dziewczynka była większa, tym bardziej widoczne było jej kalectwo i tym smutek Lidii był głębszy. Minęły dwa lata i Lidia ponownie zaszła w ciążę, a wraz z dzieckiem pod jej sercem rosła nadzieja, przywracając jej oczom dawny blask.
Ciechan w tamtym czasie czuł się bardzo rozdarty. Z jednej strony cieszył się wizją posiadania drugiego dziecka oraz tym, że jego żona znów zdaje się być szczęśliwa. Jednak chłód, jakim darzyła Żywię, zdawał się być jeszcze większy. Nie umiał pojąć tego, jak to jest możliwe, że jego tak ciepła i dobra żona może być tak okrutna względem własnego dziecka. I wtedy, tamtej strasznej, strasznej nocy, najstraszniejszej ze wszystkich, jakie przeżył w całym swoim życiu, wszystko się skończyło.
Ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk Lidii. Kobieta wiła się, wrzeszczała i płakała, nękana straszliwą boleścią. Przerażony Ciechan nie miał pojęcia, co ma zrobić. Najpierw sam próbował uśmierzyć ból żony, jednak widząc, że z każdą chwilą jest gorzej, czym prędzej pobiegł po szeptuchę.
Później stał w chłodzie nocy z uśpioną Żywią na rękach, owiniętą w ciepły koc, i czekał, aż szeptucha pozwoli mu wrócić do domu. Wraz ze świtem w otwartych drzwiach chaty pojawiła się blada, zmęczona twarz szeptuchy. Wtedy Ciechan pojął, że on i Żywia tej nocy zostali sami. Padł na kolana i wył jak ranny pies.
Początkowo myślał, że jego cierpienie nie będzie miało końca, z czasem jednak zaczęło słabnąć, pozostawiając po sobie czarną pustkę. Żywia w tamtym czasie stała się dla niego jedynym pocieszeniem, jedynym sensem istnienia. Opiekował się nią, jak najlepiej potrafił, choć doskonale wiedział, że nigdy nie będzie w stanie zastąpić jej matki, bez względu na to, jak bardzo by się starał.
Za wszelką cenę starał się uciec przed cierpieniem i wynagrodzić córce brak matki. Nie był w stanie związać się już z nikim więcej i to również sprawiało, że względem Żywii miał ogromne poczucie winy. Rozumiał, że pozbawione matki dziecko cierpi, najpewniej tak mocno jak on sam. Dlatego wszelkie trudne zachowania córki tłumaczył sobie właśnie w ten sposób. Jej impulsywność, wybuchy gniewu i ośli upór w jego oczach były jedynie świadectwem jej cierpienia i obrazem jego marnego rodzicielstwa.
Gdy dziewczynka ukończyła siedem lat, zjawiła się szeptucha, by zabrać ją od niego i rozpocząć jej naukę. Ciechan wtedy zrobiłby wszystko, by móc zatrzymać córkę przy sobie, ale wiedział, że byłoby to podłe i samolubne. Oddał więc Żywię do domu szeptuchy, wierząc, że ona, jako mądra baba, bez wątpienia lepiej zajmie się jego wspaniałą córką niż on. Żywia zamieszkała u szeptuchy, a do Ciechana mogła wracać jedynie na sobotę, niedzielę i wszystkie święta.
Gdy Żywia odeszła, Ciechan z każdym rokiem bardziej pogrążał się w pustce i samotności. Obserwował z boku, jak jego córka dorasta, rozwija się i staje się mądrą szeptuchą. Z biegiem lat jednak w doskonałym wizerunku jego córki zaczęły pojawiać się rysy. Zaczął dostrzegać chłód w jej niebieskich oczach, wybuchy złości, które momentami stawały się przerażające. Zaczął widzieć, że jej złość bywa okrutna i bezlitosna, a w jej sercu rzadko kiedy gości skrucha. Świadomość tej strasznej prawdy łamała mu serce. On sam nie był w stanie nie kochać swojej córki i choćby nie wiem co, zawsze będzie stał przy niej, ale nie życzył ani temu nieszczęsnemu maleństwu, ani nikomu innemu tego samego.
Żywia resztę niedzieli spędziła, tuląc w ramionach maleńką Lunę i chodząc nerwowo w tę i z powrotem po swojej chacie. Była pewna, że choćby nie wiem co, nie pozwoli odebrać sobie dziewczynki. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, jak trudnym zadaniem będzie zajmowanie się nią i jednocześnie pełnienie roli szeptuchy w osadzie. Ponadto przed Żywią stał jeszcze jeden problem. Jako szeptucha nie posiadała własnej trzody. Nie miała kóz, owiec ani krowy, a dziecko czymś karmić było trzeba.
W poniedziałkowy poranek udała się do mieszkającego w pobliżu hodowcy bydła. Zbigniew mieszkał od niej stosunkowo niedaleko. Było to jedno z pierwszych gospodarstw, jakie miała na drodze do osady. Był on hodowcą koni, ale miał również krowy, owce i kozy. Za jego domem rozciągały się ogromne pastwiska. Hodowca mieszkał wraz z żoną Sarą, dwoma synami: Złotowitem i Miłogostem, oraz trzema córkami: Aliną, Jargą i Zosią.
Żywia chwyciła kołatkę i energicznie zastukała. Drzwi uchyliły się, a w szparze dostrzegła twarz Sary. Kobieta gwałtownie pobladła na widok stojącej w progu szeptuchy.
— Witaj, pani. Coś się stało? — zapytała, otwierając szerzej drzwi.
Szeptucha uśmiechnęła się uspokajająco.
— Nie, dziecko, wszystko dobrze. Chciałam spytać, czy macie może mleka. Wiem, że zima jest sroga i długa w tym roku.
Kobieta uśmiechnęła się z ulgą i pokiwała głową, otwierając jeszcze szerzej drzwi.
— Tak, pani, wejdźcie, wejdźcie. Dziewczynki już poszły na dojenie, tak że zaraz świeże mleko przyniosą. Mamy też jeszcze wczorajsze, jeśli chcecie, ale nie za dużo zostało.
Szeptucha zacisnęła palce na trzymanym w ręku koszyku i pokiwała głową.
— Poczekam — powiedziała.
Kobieta cofnęła się zapraszająco.
— Chodźcie, pani dobra — powiedziała, ruszając przez ciemną sień do izby głównej. — Jużem myślała, że co się stało, bo Zbigniew z chłopcami jeszcze przed świtem poszli przy naprawie młyna pomagać.
Żywia weszła za kobietą do przestronnej izby dziennej. Rozejrzała się po jej wnętrzu. Rzadko bywała w domu gospodarza. Tej zimy nosiła im zioła na kaszel, jak niemal wszystkim, ale dzieci Zbigniewa nie były chorowite. Szeptucha częściej bywała tu potrzebna przy bydle niż przy leczeniu rodziny gospodarza.
— Siądźcie, pani, tu przy stole — powiedziała zapraszająco Sara, wskazując przy tym miejsce przy stole.
Żywia przykuśtykała do długiej ławy i usiadła na niej ciężko, kładąc obok siebie koszyk z Luną. Wzrok Sary padł na koszyk. Kobieta zamarła zaskoczona.
— Co to? — wyrwało się jej pytanie.
Żywia spojrzała na leżący obok niej kosz. Luna spała smacznie, otulona miękkim kocykiem. Na główce miała ciepłą czapeczkę, którą poprzedniego dnia Żywia uszyła z kawałka miękkiego kożuszka.
Kobieta podeszła do koszyka i zajrzała do środka.
— To dziecko jest — powiedziała zaskoczona, unosząc wzrok na szeptuchę.
— A no dziecko — powiedziała Żywia chłodno.
Kobieta zamrugała zaskoczona, spojrzała na szeptuchę zdezorientowana, jednak coś w twarzy mądrej baby kazało jej nie zadawać więcej pytań, skinęła więc tylko głową i zakrzątnęła się przy piecu.
— Dziewczynki już idą, zaraz powinny przyjść, bo dawno poszły — powiedziała.
Rozejrzała się bezradnie wokół siebie, zastanawiając się, jak powinna się zachować. Była bardzo ciekawa, o co tu chodzi. Skąd szeptucha wzięła to dziecko i dlaczego, ale w jasnych, niebieskich oczach mądrej baby dostrzegła coś jakby nieme ostrzeżenie.
Po chwili do izby weszła Jarga, niosąca dwa wypełnione mlekiem wiadra. Na widok siedzącej przy stole szeptuchy dziewczyna stanęła jak wryta. Sara podeszła do niej szybkim krokiem, wyjęła jej z rąk wiadra i mruknęła:
— Wracaj do sióstr, co rychle.
Dziewczyna skinęła głową, po czym odwróciła się na pięcie i wybiegła z izby. Sara odwróciła się z nieco sztucznym uśmiechem do szeptuchy.
— Już wam mleka odleję, pani. Czy jedna bańka wam starczy?
— A no, powinna starczyć — pokiwała głową szeptucha.
Kobieta szybko podeszła do kuchni. Odstawiła wiadra i sięgnęła na półkę po sporą bańkę. W jej głowie kłębiło się milion niezadanych pytań. Czyje było to dziecko? Dlaczego szeptucha je miała? Czy ma zamiar je zatrzymać? Dlaczego? Jakim sposobem? Gorączkowo próbowała przypomnieć sobie, kto w ostatnim czasie w osadzie spodziewał się dziecka. Była pewna, że całkiem niedawno siostra Kowala, Janka, urodziła dziecko, ale z tego, co Sara wiedziała, to dziecko urodziło się martwe. _Czyżby nie? Czyżby szeptusze udało się je uratować? Jeśli tak, to dlaczego je ma? Dlaczego nie jest z matką?_ A może to jakieś inne dziecko? Nalewając mleko do bańki, zerkała co chwila w stronę pochylającej się nad koszem szeptuchy.
— To dla niego to mleko? — spytała w końcu.
Szeptucha uniosła na nią wzrok. Sara dostrzegła błąkający się na jej wargach uśmiech. Szeptucha pokiwała głową.
— Dla niej — powiedziała.
— To dziewuszka jest? — spytała ostrożnie Sara.
Szeptucha opuściła wzrok na uśpione w koszyku dziecko i uśmiechnęła się.
— Tak — powiedziała z czułością w głosie.
Podniosła się i chwyciła koszyk. Sara wyciągnęła ku niej bańkę pełną mleka.
— Potrzebujcie czego jeszcze, pani? — spytała.
— Nie — pokręciła głową szeptucha. — Ile wam jestem winna?
Kobieta machnęła ręką w odpowiedzi.
— Nic, pani — powiedziała szybko, po czym spojrzała na śpiące w koszyku dziecko. — Będziecie potrzebować więcej mleka, pani?
Szeptucha znów się uśmiechnęła.
— Tak, teraz pewnie będę potrzebować dużo mleka — powiedziała.
_Aha, czyli je zatrzyma_ — pomyślała Sara.
— Dobrze, pani, to pojutrze przyślę do ciebie jedną z moich dzieweczek z mlekiem — powiedziała.
Sara pokiwała gorliwie głową.
— Dobrze, pani, dobrze.
Zerknęła w dół na uśpione maleństwo. Dzieciątko było maleńkie, bardzo maleńkie. Wyglądało, jakby dopiero co się urodziło. Spomiędzy kocyka i czapeczki widać było jedynie fragmenty maleńkiej twarzyczki. Sara widziała, że dzieciątko ma bladą, niemal białą skórę, trójkątną buzię i ładnie wykrojone usteczka. _Czyja jesteś_? — pomyślała.
— Jak ma na imię? — spytała szeptuchy, która już powoli kuśtykała w stronę wyjścia.
Kobieta przystanęła i obejrzała się przez ramię na Sarę.
— Luna, na imię ma Luna — powiedziała i wyszła.