-
nowość
Córka Szeptuchy Na Przekór Doli - TOM II - ebook
Córka Szeptuchy Na Przekór Doli - TOM II - ebook
Czas płynął, tygodnie zmieniały się w miesiące, a miesiące w lata. Krańcobór z czasem ochłonął po wydarzeniach, jakie przyniosło ze sobą pojawienie się w nim córki szeptuchy. Przemierzająca osadę w ślad za matką, niczym cień, dziewczyna niemal całkiem zniknęła mieszkańcom osady z oczu. Zdawałoby się, że mieszkańcy Krańcoboru całkiem zapomnieli o istnieniu dziewczyny. Choć sekretny szept plotki nie umilkł. Jedni nazywali ją biedą, inni darem bogów i córką nocy. Plotka była niczym sekretna modlitwa, tak cicha, by nie dotarła do uszu szeptuchy. Lecz bez względu na to, co o niej mówiono i jakie imię nadawały jej plotki, gdy do ich chat zawitała choroba, między zmierzchem a świtem z nadzieją wypatrywali nadejścia córki szeptuchy. Istniejąca jedynie na skraju pamięci mieszkańców dziewczyna. Ta, której miało tam nie być. Ta, której nie chciano. Ta, której się bano i o której istnieniu woleli nie wspominać. Przez lata udawali, że jej nie ma. Co by się stało, gdyby naprawdę zechciała odejść?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368860092 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zima powoli zaczęła odpuszczać. Mrozy pomału ustępowały i zaczęła się odwilż. Burawa jak zwykle o tej porze roku wezbrała niebezpiecznie. Jej spienione wody wystąpiły z brzegów, wylewając się na okalające je łąki i tworząc na nich płytkie bajora, wpłynęły wartko na leśne ścieżki, obmywając je po zimowych mrozach. Świat pomału przygotowywał się na nadejście wiosny.
Luna siedziała na zwalonym pniu drzewa, machając beztrosko nogami. Koło niej na ziemi stał wypełniony pąkami sosny kosz. Kosma położył się na pniu obok niej i wystawił twarz do słońca.
— Nareszcie wiosna — powiedział.
— No, już prawie. Chociaż dla mnie to tylko więcej pracy — mruknęła Luna.
Syn kowala otworzył oczy i spojrzał na nią z dołu. Z tej perspektywy widział krzywiznę jej policzka oraz długie granatowe rzęsy. Dziewczyna wpatrywała się w przestrzeń przed sobą.
— Jak to? Dlaczego? — zapytał.
Dziewczyna opuściła na niego wzrok i uśmiechnęła się.
— Bo wszyscy, podobnie jak i ty, są zachwyceni wiosną, więc ściągają kożuchy, odwieszają szale i przewiewa ich wiatr, który wciąż jest chłodny po zimie. A potem mają gorączki i katary i wzywają szeptuchę. Dzieci biegają bose po mokrej trawie i szybko się przeziębiają. Poza tym las i ogród budzą się do życia, trzeba zbierać mnóstwo roślin do maści, nalewek i wywarów. Oprócz tego to czas dbania o ogród — powiedziała.
Kosma przyglądał się jej uważnie. Przyjaźnili się już niemal pięć lat, a Kosma miał wrażenie, że z każdym kolejnym rokiem Luna wygląda na coraz bardziej zmęczoną.
— Nie powinnaś tyle robić — powiedział stanowczo.
Luna parsknęła śmiechem.
— Jak nie ja, to kto?
— Nie wiem. Część tego to chyba jest praca szeptuchy, co?
— Taka dola — wzruszyła ramionami Luna.
— Taa — mruknął Kosma — tylko czyja?
Luna wydęła wargi, a Kosma uśmiechnął się, widząc jej obrażoną minę. Uniósł rękę nad głową i dziubnął ją palcem w bok. Dziewczyna zaśmiała się. Odrzuciła głowę i wciągnęła powietrze w płuca, odchylając się nieco do tyłu, jego wzrok padł na jej smukłą talię i drobne, ledwie zarysowane pod szarą sukienką piersi. Speszony szybko odwrócił wzrok, licząc na to, że ona tego nie dostrzegła.
— Ech… faktycznie pachnie wiosną. Może pracy jest dużo, ale ja kocham wiosnę. Lubię, jak się dużo dzieje. Poza tym wiosną mogę dużo chodzić po lesie i wtedy mogę się z tobą spotkać — dodała, opuszczając z powrotem na niego wzrok i posyłając mu radosny uśmiech. — Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła — dodała.
Kosma wyszczerzył zęby i puścił do niej oko.
— No, na pewno byś teraz tutaj nie leniuchowała.
— No, fakt — zaśmiała się Luna — a ty?
— Co ja?
— Czym się będziesz zajmował tej wiosny? Myślisz, że matka cię puści do miasta?
— Ech… — Kosma zmarkotniał nieco. — Chciałbym, ale sama wiesz, jaka ona jest.
— Kocha cię i się o ciebie martwi — powiedziała Luna.
— Ta, zdecydowanie za bardzo.
Luna się zaśmiała.
— A można kogoś kochać za bardzo?
Kosma przyjrzał się jej.
— Chyba nie — powiedział po chwili.
— No właśnie.
— Ale strasznie chciałbym pojechać z ojcem Złotowita do miasta. Zawsze marzyłem o tym, żeby wreszcie zobaczyć koński targ. Nawet rozmawiałem ze Zbigniewem i powiedział, że jak moja matka się zgodzi, to mnie weźmie. No ale oni pewnie jak zwykle poślą Mirona — dodał, krzywiąc się lekko.
Widząc, jak uśmiech znika z jego twarzy, Luna spytała szybko:
— A później?
— Później to będziemy ujeżdżać konie. Teraz Zbigniew chce sprzedać kilka źrebaków i kupić co najmniej jednego ogiera. Te źrebaki, co je chce Zbigniew sprzedać, to są małe, jeszcze nieujeżdżone, a my teraz ze Złotowitem będziemy ujeżdżać przez całą wiosnę i początkiem jesieni część z nich pewnie pójdzie na sprzedaż jako konie rycerskie.
— Czyli rozumiem, że będzie potrzeba mnóstwo maści na stłuczenia — powiedziała Luna, kryjąc uśmiech.
Kosma zaśmiał się i poderwał z miejsca jednym zwinnym rzutem ciała. Zeskoczył z pnia i przeciągnął się. Luna spojrzała na niego, ze zdumieniem stwierdzając, że w ostatnim czasie jej przyjaciel strasznie zmężniał. Był bardzo wysoki i barczysty. Zastanawiała się, jak to możliwe, że wcześniej nie zwróciła na to uwagi.
— Bez obaw — powiedział, przysiadając na pniu obok niej — i ja, i Złotowit naprawdę świetnie sobie radzimy w siodle.
— Yhym — mruknęła powątpiewająco Luna — wy może tak, ale to wcale nie oznacza, że nie możecie zlecieć z nieujeżdżonych koni.
— Konie wcale nie są takie straszne — powiedział Kosma, trąciwszy ją lekko łokciem — kiedyś w końcu uda mi się ciebie namówić, żebyś spróbowała. Złotowit ma jedną taką klacz, bardzo jest spokojna. Nazywa się Mglista — powiedział.
— To ta biała z szarą grzywą? — spytała Luna z zaciekawieniem.
— Tak — skinął głową Kosma — sam ją ujeżdżałem i jest naprawdę spokojnym, dobrym zwierzęciem. Kiedyś…
— Nie ma mowy — przerwała mu Luna, wstając i chwytając swój koszyk — nigdy się nie zgodzę, żeby wsiąść na konia. Te zwierzęta są straszne i niebezpieczne — powiedziała stanowczo. — A teraz muszę już iść, bo matka się wścieknie.
— Przyjdziesz na Jare? — spytał Kosma z nadzieją.
— Chciałabym, ale nie mogę — powiedziała, zerkając na niego z ukosa — zresztą sam wiesz.
— Ale może jakbyś spytała matki… — zaczął Kosma.
— Na pewno się nie zgodzi — pokręciła głową Luna — takie święta nie są dla mnie — powiedziała.
— To głupie — skomentował niechętnie Kosma, wsadzając ręce w kieszenie i garbiąc nieco plecy — nie wiem, dlaczego nie pozwala ci na nic.
— Tak po prostu jest i tyle — powiedziała Luna, wzruszając ramionami.
— Do Jarych jeszcze kilka dni, może zmięknie i się zgodzi. W końcu nie jesteś już małym dzieckiem.
— Może nie jestem, ale wciąż jestem córką szeptuchy, moją dolą jest być przy mojej matce, przecież dobrze o tym wiesz, Kosma.
— Taaa — mruknął chłopak z rezygnacją.
Luna spojrzała na niego poważnie.
— Nie bocz się na mnie.
— To nie na ciebie się boczę — powiedział Kosma, uśmiechając się do niej.
— Ja nie mogę iść, ale ty możesz, i możesz bawić się tam za mnie.
— Tak się nie da — powiedział Kosma ze śmiechem — wolałbym bawić się tam z tobą.
Luna spojrzała w dal rozmarzonym wzrokiem.
— Ja też bym chciała — powiedziała cicho.
— Może kiedyś będziesz mogła pójść — powiedział z nadzieją Kosma.
— Może kiedyś — skinęła głową dziewczyna — ale teraz już muszę się z tobą pożegnać — powiedziała, zatrzymując się.
Uniosła twarz i spojrzała mu w oczy. Syn kowala spojrzał na nią z góry. Odgarnął jej z twarzy pasmo włosów, które wymknęło się spod chusty.
— Dobrego dnia, Luno — powiedział.
— Dobrego dnia — odpowiedziała mu córka szeptuchy.
Kosma odwrócił się na pięcie i powoli ruszył w drogę powrotną przez las. Luna przez chwilę jeszcze stała, patrząc na plecy oddalającego się przyjaciela, po czym westchnęła i wyszła z lasu, ruszając w stronę domu.
Zasiane przez Kosmę ziarno padło na żyzny grunt i powoli zaczęło kiełkować. Luna resztę dnia spędziła, robiąc syropy z pąków sosny i marząc o tym, by móc wziąć udział w Jarych Godach. Kosma wiele jej opowiadał o tym, jak wyglądają święta w osadzie, i była ich bardzo ciekawa. Wszystko to brzmiało tak pięknie jak najpiękniejsza bajka. Pamiętała, jak kiedyś, dawno temu, gdy była jeszcze malutką dziewczynką, razem z matką spędzały święta wraz z dziadkiem. Wtedy również Luna bawiła się bardzo dobrze i tamte dni nieco przypominały to, co opowiadał jej Kosma. Jedzenie, śmiech, śpiewy i palenie ognisk. Ona i matka nie obchodziły świąt. Zwykle te dni szeptucha spędzała po prostu na odpoczywaniu. Luna również mogła odpoczywać, więc w sumie lubiła święta, bo chwile lenistwa zdarzały jej się naprawdę rzadko. Jednak wiele by dała za możliwość pójścia tam choć na chwilę, żeby móc zobaczyć, jak Krańcobór tętni zabawą.
Szeptucha wróciła do chaty, nim jeszcze słońce nabrało barwy oranżu, odłożyła torbę na ławę i usiadła w swoim wiklinowym fotelu przy piecu, wyciągając przed siebie nogi i opierając je na niewielkim zydelku.
— O Bogowie! Ależ mnie nogi bolą, nie masz pojęcia — powiedziała.
Luna ze współczuciem pokiwała głową.
— Wyobrażam sobie — powiedziała — miałaś dziś sporo pracy.
— Całe mnóstwo — skinęła głową szeptucha — młoda pszczelarzowa już jest na ostatnich nogach, lada dzień urodzi — powiedziała, spojrzała w okno i westchnęła — mam nadzieję, że nie w nocy. Nie cierpię biec do porodu nocą.
Luna ze zrozumieniem pokiwała głową. Niestety, faktycznie szeptucha dość często do porodów była wzywana właśnie nocami.
— Już niedługo Jare Gody i wtedy dopiero się zacznie urwanie głowy. Mówię ci — powiedziała szeptucha — wczesną wiosną co drugie dziecko w osadzie jest chore.
Luna zakorkowała kolejną butelkę i spojrzała niepewnie na matkę. Szeptucha wyglądała, jakby była w stosunkowo dobrym nastroju. Teraz posłała jej pełen czułości uśmiech.
— Co się dzieje, córko? Co cię trapi? — zapytała.
Luna zawahała się. Przygryzła dolną wargę i wciągnęła powietrze, po czym szybko, na jednym wydechu, powiedziała:
— Tak pomyślałam, czy może zgodziłabyś się, żebym poszła zobaczyć, jak wyglądają w osadzie Jare Gody?
Twarz szeptuchy skamieniała. Jej oczy zwęziły się niebezpiecznie, usta zbiegły się w wąską linię. Luna struchlała, trzymany w ręku moździerz wypadł jej z brzękiem ze zmartwiałych ze strachu palców.
— Ja, ja — zaczęła mówić.
Szeptucha jednak, zaskakująco szybkim ruchem, poderwała się z miejsca.
— Ty? Co ty? — wysyczała. — Po co ci to, dziecko? Po co ci nurzanie się w tym plugastwie? Ludzie są źli, dziecko, źli są!
Palce szeptuchy zacisnęły się na grubym sękatym kosturze. Uniosła go gwałtownie, a Luna, widząc to, krzyknęła z przestrachem i zasłoniła rękoma głowę. Szeptucha zamachnęła się i jednym ruchem strąciła wszystko, co leżało na stole, na ziemię. Luna wydała z siebie zduszony okrzyk.
— Ludzie są źli, dziewczyno! Czego nie rozumiesz? — krzyknęła szeptucha, uderzając kijem w stół.
Luna spojrzała na matkę, jednak na jej twarzy widziała ślepą, niepowstrzymaną furię. Pojęła, że przekroczyła tę cienką linię, zza której nie było już odwrotu. Zaczęła gwałtownie kręcić głową.
— Nie, nie, nie — mówiła bezładnie — ja tylko, ja nie, ja…
Cios jednak spadł szybko, nie czekając na koniec jej nieskładnych tłumaczeń. Dziewczyna krzyknęła rozdzierająco. Krzyk jednak urwał się gwałtownie, przerwany kolejnym uderzeniem. Ciosy spadały szybko, bezładnie, jeden za drugim. Dziewczyna skuliła się w kącie, starając osłaniać rękami.
W końcu ciosy ustały. Luna tkwiła jeszcze przez chwilę nieruchomo, obawiając się, że spadnie na nią kolejny grad uderzeń.
— Nie rozumiesz, że ja cię chcę chronić? — wydyszała szeptucha — jesteś moim skarbem, moim darem.
Luna poczuła, jak na jej ramieniu zaciska się stalowa ręka matki. Nim dziewczyna zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, ta zaczęła wlec ją do drzwi, rozdeptując gliniane skorupy i zioła. Luna była oszołomiona. Wirowało jej w głowie, a ból niemal odbierał jej zmysły. Jednak gdy jej matka jednym szarpnięciem otworzyła drzwi i wypchnęła ją na zewnątrz, paraliżujący ją ból minął jak ręką odjął, przegnany falą paniki. Dziewczyna zawyła i zaparła się, nie miała jednak dość siły, nie była w stanie nic zrobić. Prosiła, błagała, krzyczała przez łzy, jednak szeptucha nieubłaganie wlokła ją w stronę ogrodu. I już po chwili leciała na łeb, na szyję po stromych, kamiennych schodach, osuwając się w nieprzenikniony mrok. Nim jeszcze wylądowała na dnie piwniczki, klapa nad jej głową zatrzasnęła się z hukiem, a ją spowiła nieprzenikniona ciemność.ROZDZIAŁ 32
Następnego dnia o poranku Kosma niespiesznie przeszedł obmywaną wodami Burawy kładką i zagłębił się w chłodnym półmroku lasu. Szedł, rozglądając się, z każdym krokiem czując narastający niepokój. Luny nigdzie nie było. Zszedł ze ścieżki i ruszył w stronę polanki ze zwalonym drzewem, gdzie minionego dnia siedzieli i gdzie często dziewczyna na niego czekała. Tam również jednak Luny nie zastał. Wiedział, że to głupie, jednak bez niej las wydawał mu się cichy i dziwnie złowrogi. _Pewnie ma mnóstwo pracy w domu, przecież wczoraj o tym mówiła_… — pomyślał, mimo to jednak narastał w nim jakiś dziwny niepokój.
Pokręcił się jeszcze jakiś czas po lesie, odwiedzając wszystkie miejsca, w których zwykli się spotykać, i w końcu zrezygnowany ruszył do Złotowita. Przechodząc nieopodal domu szeptuchy, zwolnił nieco, zerkając w jego stronę z ukosa. Widział wznoszący się z komina dym, jednak z ogrodu nie dobiegały żadne odgłosy. _Może jest zajęta czymś w domu? Mówiła przecież o jakichś maściach czy nalewkach_… — pomyślał z żalem. Przyzwyczajony był już do spędzania z nią niemal wszystkich poranków. _No nic, pewnie zobaczy ją dopiero pod wieczór, gdy będzie wracał z powrotem do domu_.
Gdy dotarł do czekającego już na niego Złotowita, obaj przyjaciele przywitali się krótko i pogrążyli w pracy. Dla nich również wiosna oznaczała zwiększenie ilości obowiązków. Oprócz tego jeszcze Sara co chwilę zlecała im jakieś dodatkowe zajęcia związane z przygotowaniami do Jarych Godów. Nim jeszcze słońce dotknęło horyzontu, przeganiający konie z pastwiska Kosma zobaczył zmierzającą od osady wysoką, smukłą postać. Zatrzymał się i zamachał, widząc to, Złotowit obejrzał się przez ramię i zaśmiał się radośnie, przyłożył skulone dłonie do ust i zawołał:
— Ho! Ho!
Odpowiedział mu z oddali ochrypły śmiech Mirona. Brat Kosmy poderwał się do biegu, przeskoczył nad drewnianym ogrodzeniem i dobiegł do czekających na niego Kosmy i Złotowita.
— Co ty tu robisz, bracie? — spytał Kosma, szczerząc zęby w złośliwym uśmiechu. — Myślałem, że dziś wieczór będziesz zajęty uwodzeniem jakiejś kolejnej biedaczki.
Miron zaśmiał się i wymierzył mu mocnego kuksańca.
— Jakiej biedaczki, bracie? Co ty gadasz? One same ochoczo wyciągają po mnie ręce.
— Yhym, na pewno — mruknął Kosma.
— Ja je ratuję przed samotnością.
— Dobra, dobra.
Złotowit, który zarzucił przyjacielskim gestem rękę na ramiona Mirona, wyszczerzył zęby do Kosmy.
— Zamiast biadolić, sam byś sobie jakiejś dziewczyny poszukał. Przez ciebie to już niejedna oczy wypłakiwała.
— Co za bzdura — prychnął Kosma.
— A co ty myślisz? One wszystkie wzdychają tylko za tobą, polując na twoje czułe serduszko, braciszku — powiedział ze śmiechem Miron.
— Niech próbują, ale ja, jak już komuś oddam moje serce, to tylko na zawsze — powiedział Kosma i wrócił do zaganiania koni, odprowadzany szyderczym śmiechem Złotowita i Mirona.
Złotowit puścił najstarszego syna kowala i spojrzał na niego, nieco poważniejąc.
— A tak na poważnie, to co tu robisz? Ja też byłem pewien, że dzisiejszy wieczór będziesz spędzał w czyichś czułych objęciach.
— E tam — mruknął Miron — ileż można.
— Stęskniłeś się za mną? — wyszczerzył zęby Złotowit.
— Oj, bardzo! Pół nocy do ciebie wzdychałem, mój złoty — wyszczerzył się do niego Miron.
— No, ja wiedziałem, że to dlatego tak te biedne dziewczęta porzucasz, bo to do mnie tak naprawdę wzdychasz.
Miron zaśmiał się.
— Przyszedłem po was, bo kapłan prosił, żebyśmy pomogli przy strojeniu placu centralnego.
— My? — spytał Złotowit niechętnie. — A na co my tam? Czy strojeniem baby się nie powinny zajmować?
— Ech… Złotowit, ty jesteś naprawdę beznadziejny — pokręcił głową Miron — jesteśmy potrzebni, bo jakieś ciężkie rzeczy trzeba przenosić. Zresztą uwierz mi, że od przystrajania placu ci jajca nie odpadną i cycki nie wyrosną.
— No nie wiesz.
— Wiem, wiem. Chodź, rusz dupę, pomożemy Kosmie.
Przyjaciele ruszyli w stronę stajni, do których syn kowala zagnał już wszystkie konie z pastwiska. Nalali zwierzętom świeżej wody i nasypali paszy, po czym bracia oparli się o cembrowinę studni, a Złotowit poszedł do domu spytać matkę, czy czego jej jeszcze nie potrzeba. Po chwili wyszedł, niosąc ze sobą stosik grubych, obłożonych kiełbasą pajd chleba. Podzielił stertę na dwie porcje i jedną z nich podał Kosmie. Spojrzał na Mirona pytająco.
— A ty już jadłeś?
— Jadłem — odpowiedział Miron, ściągając mu z kanapki plaster kiełbasy.
Złotowit odsunął od niego chleb i zdzielił go po palcach. Miron szybko połknął krążek kiełbasy, zakrztusił się nim i rozkaszlał. Kosma poklepał brata po plecach, a Złotowit wykrzywił się do niego złośliwie.
— Dobrze ci tak — powiedział, odgryzając kawałek chleba. — Dobra, chodźcie, idziemy — dodał, ruszając przez pola w stronę osady.
Bracia ruszyli za nim, idąc ramię w ramię. Złotowit obejrzał się na idącego za nim Kosmę.
— Matka prosi, żebyś jutro rano przyszedł wcześniej niż zwykle, bo chce, żebyśmy jakieś rzeczy żercy pozanosili.
Kosma, który właśnie wepchnął sobie prawie całą kromkę do ust, pokiwał tylko głową w odpowiedzi.
— Matka mówi, że tego jest dużo, tak że Miron, może ty przyjdź z nim, to nie będziemy musieli tyle razy chodzić — zwrócił się Złotowit do Mirona.
— Mogę przyjść — wzruszył ramionami Miron — tylko naprawdę wcześnie, bo z ojcem mamy sporo do roboty w kuźni, a ojciec chce skończyć to, co teraz robimy, jeszcze przed Jarymi, tak że chwilę po świcie już bym do kuźni wracać musiał.
— No to tylko musisz zwlec naszą księżniczkę z siennika przed świtem — powiedział Złotowit ze śmiechem.
Miron zerknął na brata i wzruszył ramionami.
— No nie wiem, kto tu kogo będzie zwlekał, ja jego czy on mnie — mruknął.
Na placu centralnym przywitał ich zgiełk i rozgardiasz. Wszędzie leżały jakieś deski, kwiaty, kolorowe wstążki i najrozmaitsze ozdoby. Ludzie śmiali się, krzyczeli i wykłócali. Pomiędzy tym wszystkim krążył odziany w swą białą szatę żerca, dyrygując wszystkim. U swego boku mając podpartą pod boki młynarzową.
Na widok Złotowita i obu kowalowych synów kapłan rozpromienił się radośnie i ruszył do nich, zacierając ręce z zadowoleniem.
— Jesteście, panowie! Bardzo dobrze! — powiedział. — Widzicie te beczki?
Wszyscy trzej spojrzeli we wskazanym przez kapłana kierunku. Ich oczom ukazało się mnóstwo ogromnych, ustawionych jedne na drugich beczek. Wymienili między sobą spojrzenia, a Złotowit pokiwał głową z rezygnacją.
— No, to trzeba je wszystkie przenieść nad rzekę. Tylko ostrożnie — powiedział z entuzjazmem. — Chodźcie, chodźcie! Pokażę wam, gdzie.
Po tych słowach ruszył energicznym krokiem, lawirując między grupkami pogrążonych w pracy ludzi.
— Naprawdę trzeba to robić już dziś? — spytał Złotowit, mierząc wzrokiem ogromne beczki.
— A kiedy? Jare Gody już pojutrze — powiedział zdziwiony kapłan — przed nami jeszcze mnóstwo pracy, a czasu już niewiele.
Wszyscy trzej poszli posłusznie za kapłanem, nie tracąc czasu. Zabrali się bez dalszego marudzenia do pracy. Pomagali na placu centralnym, aż zrobiło się całkiem ciemno. Wtedy, rozcierając obolałe plecy, pożegnali się i ruszyli do domów.
Złotowit, nim się z nimi rozstał, rzucił jeszcze na pożegnanie:
— To jutro przed świtem, panowie.
— Yhyh — Kosma i Miron mruknęli zgodnym chórem.
Następnego dnia obaj bracia wstali sporo przed świtem. Kosma wyszedł przed dom, było ciemno, choć oko wykol. Powietrze było rześkie i chłodne, a wszystko pokrywała srebrzysta rosa. Oparł się ramieniem o framugę drzwi, czekając na Mirona, który jeszcze rozmawiał w izbie głównej z matką. Spojrzał w stronę lasu i pomyślał o Lunie. Minionego wieczora znów się z nią nie widział i wyglądało na to, że tego poranka również jej nie spotka. Westchnął z żalem. Spotkania z nią były stałym punktem jego dnia i chyba dla niego najważniejszym. Oczywiście czasami było tak, że nie widzieli się nawet kilka dni, gdy Luna pogrążona była w jakichś innych pracach, albo gdy on nie miał czasu, jednak takich momentów było stosunkowo niewiele.
— Co tak wzdychasz, braciszku? — spytał Miron, wyłaniając się z sieni.
— Czekam na ciebie, księżniczko — powiedział Kosma.
Dostrzegł w mroku biały błysk zębów Mirona, gdy ten uśmiechnął się z rozbawieniem.
— Nie marudź, tylko chodź — powiedział i ruszył szybkim krokiem w stronę wiodącej do gospodarstwa Zbigniewa drogi.
Kosma odepchnął się od framugi drzwi, o którą się opierał, i ruszył w ślad za bratem.
Gdy dotarli do gospodarstwa przyjaciela, Sara i Złotowit już na nich czekali.
— Dobrze, chłopcy, chodźcie, chodźcie, szybciutko — powiedziała, prowadząc ich do sporej szopy — to wam zajmie raptem chwilkę, tylko kilka drobiazgów zaniesiecie.
Złotowit, który szedł za matką, spojrzał na nich porozumiewawczo i dyskretnie pokręcił głową. Na jego nieszczęście Sara to dostrzegła i zdzieliła syna trzymaną w ręku ścierką.
Otworzyła szopę i ich oczom ukazała się sterta przygotowanych rzeczy, wysoka niemal pod samą powałę. Spojrzała na nich i uśmiechnęła się promiennie.
— No, to szybciutko, chłopcy, szybciutko — powiedziała i czym prędzej wróciła do domu.
Kosma i Miron wymienili zaskoczone spojrzenia, a Złotowit wzruszył ramionami.
— Mówiłem wam — powiedział, wchodząc do szopy.
Kursowanie między placem centralnym a gospodarstwem Złotowita zajęło im dobrych parę godzin. Było tak głównie dlatego, że Miron faktycznie pomagał im jedynie do świtu, bo później musiał wrócić do kuźni, więc większość i tak Złotowit i Kosma musieli przenieść sami, a między gospodarstwem Zbigniewa i placem centralnym był naprawdę spory kawałek drogi.
Gdy wreszcie skończyli noszenie wszystkiego tego, co przygotowała Sara, oraz tego, co, korzystając z tego, że już są, przygotował dla nich kapłan, zabrali się za przygotowywanie źrebaków na podróż do miasta, bo ojciec Złotowita chciał wyruszyć zaraz po Jarych Godach. Przez to, że zaczęli tak późno, gdy wreszcie skończyli, na dworze już się zmierzchało.
Złotowit potarł swoją poszarzałą, zmęczoną twarz. Podrapał się w pokryty jasnym zarostem podbródek i westchnął.
— No, i to by było na tyle, przyjacielu. Jutro nie ma pracy i widzimy się dopiero na obrzędach. Konie nie wychodzą na pastwiska. Jak coś, to możesz przyjść rychło wczas, jeszcze przed świtem, to je tylko nakarmimy i napoimy.
Kosma ziewnął, przeciągnął się i pokiwał głową.
— Dobra, przyjdę — mruknął. — To do jutra, Złotowit, widzimy się przed świtem.
Po tych słowach Kosma ruszył szybkim krokiem w stronę lasu.
— Gdzie idziesz? — zawołał za nim Złotowit.
— Przejść się — rzucił mu przez ramię Kosma, nie zwalniając kroku.
— Już prawie noc! — odkrzyknął do niego Złotowit.
Kosma machnął na niego tylko ręką. Złotowit pokręcił głową i ruszył do domu.
Kosma wszedł w chłodny, ciemny las. Słońce już niemal całkiem zniknęło za horyzontem i pomiędzy starymi, grubymi pniami drzew panował niemal absolutny mrok. Rozejrzał się z nikłą nadzieją. Jednak szczerze wątpił, że o tej porze natknie się na Lunę. Nie porzucał jednak nadziei, ponieważ wiedział, że dziewczyna czasem chodzi po lesie nawet nocą. Niestety, tym razem nie spotkał jej nigdzie. Zrezygnowany wrócił do domu, a tam już czekała na niego podekscytowana zbliżającym się świętem rodzina.
Siostry trajkotały, przekrzykując się i chichocząc nerwowo. Matka nad ich głowami rozmawiała z ojcem. Miron zaś wyciągnął się na ławie pod ścianą i bawił się, obracając w palcach zakrzywiony niczym sierp krótki nóż z ozdobną rączką, i ze znudzeniem gapił się w powałę.
Kosma przysiadł obok niego, zrzucając z ławy jego długie nogi.
— Posuń te kulasy — powiedział.
Miron wyszczerzył zęby i położył mu nogi na kolanach. Kosma parsknął śmiechem i zrzucił je na ziemię. Miron zatrzymał wirujące ostrze i schował nóż do skórzanej pochwy, po czym usiadł, opierając się o ścianę i wyciągając nogi przed siebie.
— Coś taki markotny, bracie? — spytał, trącając Kosmę łokciem. — Jutro Jare, czas radości.
— Zmęczony jestem — mruknął Kosma.
Miron zmierzył go badawczym spojrzeniem. Kosma często bywał zamyślony i dziwnie nieobecny, a na dopytywania zwykle tłumaczył, że po prostu jest zmęczony. Miron jednak podejrzewał, że za tajemniczym zmęczeniem brata w rzeczywistości kryje się coś więcej.
— Jesteś pewien? A może chodzi o to, że matka cię nie chce puścić na targ? — spytał ściszonym głosem, nachylając się bliżej nad uchem brata.
Kosma wstał.
— Idę się położyć — powiedział i wyszedł z izby.
Miron patrzył za nim ze zmartwioną miną.
— Co znowu zrobiłeś bratu? — spytała go matka surowym tonem.
— Nic, daję słowo — powiedział szybko Miron, unosząc ręce w geście niewinności.
— Idź go przeproś — nakazała kowalowa.
— Ale nic nie zrobiłem — upierał się Miron.
— Powiedziałam! — zawołała matka, wskazując drzwi rozkazującym gestem.
Miron westchnął z frustracją i podniósł się z ławy, po czym ruszył do wyjścia. Przechodząc obok stołu, przy którym siedziały jego siostry, zabrał z niego kubek pełen ciepłego, parującego mleka.
— Miron! — zawołała jedna z jego sióstr. — Mamo! Miron mi zabrał!
Syn kowala pociągnął szybko z kubka długi łyk, parząc sobie przy tym język, i odstawił kubek, po czym umknął z kuchni pod ostrzałem siostrzanych pisków i pełnych oburzenia okrzyków matki.
Zajrzał do izdebki na tyle, w której spali, Kosmy tam jednak nie zastał. Wszedł na stryszek, tam jednak również go nie było, zaintrygowany zatrzymał się w sieni z namysłem. W końcu wyszedł przed dom, a tam, w nikłym, rzucanym przez gwiazdy i księżyc świetle, dostrzegł oddalającą się w stronę lasu sylwetkę Kosmy. Przez chwilę chciał ruszyć za bratem, ale stłumił w sobie ten impuls, uśmiechnął się tylko do siebie i wrócił do nocnej izdebki. Rozebrał się i położył na sienniku, podkładając ręce pod głowę. Miał w planach poczekać na brata, by spytać go, cóż to za sprawy zawiodły go w nocy do lasu, ale nim Kosma wrócił, Miron osunął się w błogi sen.
Obudził go jakiś szmer. Otworzył oczy i rozejrzał się, jednak wokół siebie dostrzegł tylko mrok. Usiadł i w ciemnościach dostrzegł zarys sylwetki Kosmy.
— Już wróciłeś? — wychrypiał.
Jego uszu dobiegł cichy śmiech brata.
— Już wstałem — powiedział Kosma — wkrótce świt, królewno. Skoczę jeszcze na chwilę do Złotowita pomóc mu przy koniach, przed obrzędami.
— Bogowie — jęknął Miron — jesteś nienormalny.
Opadł na poduszki i naciągnął na głowę pierzynę. Usłyszał stłumiony śmiech brata i jego oddalające się kroki.
Gdy Miron obudził się ponownie, izdebkę wypełniały pasy pociętego, przenikającego przez szpary w deskach okiennicy światła. Wyskoczył z siennika, przeciągnął się, ziewając szeroko. Otworzył okiennice, po czym wyjrzał na zewnątrz i uśmiechnął się do siebie. Niebo było nieskończoną kopułą błękitu. Poranne mgły snuły się zwiewnym całunem nad zieleniącymi się łąkami. Gdzieś nieopodal zagwizdał radośnie jakiś ptak. Zobaczył swoją najmłodszą siostrę Domirę, biegnącą w podskokach przez łąki. Jej kasztanowo-rude warkocze powiewały za nią. Odwrócił się od okna i sięgnął po ubranie. Włożył je szybko i ruszył do izby dziennej, po której już krzątała się matka.
— Gdzie Kosma? — spytał, sięgając po kawałek leżącego na stole kołacza.
Matka trzepnęła go lekko po palcach.
— Chleba se nakrój — powiedziała.
Miron zaburczał coś pod nosem, ale posłusznie sięgnął po chleb.
— Gdzie Kosma? — spytał ponownie.
— Do Złotowita poszedł — powiedziała matka, odwracając się z powrotem do kuchni.
Miron, korzystając z tego, że się odwróciła, skubnął kawałek kołacza.
— Wiem, co robisz — powiedziała kowalowa, nie odwracając się od wielkiego kotła, w którym mieszała coś pachnącego bardzo smakowicie.
— Ja? — spytał Miron tonem niewiniątka. — Zupełnie nie wiem, o czym mówisz.
— Yhym — mruknęła kowalowa.
W tym momencie do izby wbiegła Domira. Na widok Mirona zaśmiała się i podbiegła, wtulając się w jego bok. Miron przygarnął ją i poklepał po plecach. W sieni rozległy się kroki i głosy. Do izby weszła Jana, siostra ojca, trzymając w ramionach owinięte w kocyk niemowlę. Za nią podążało niewielkie stadko jej dzieci, a pochód zamykał jej mąż Drogowit, będący garncarzem w osadzie. Dzieci podbiegły do Mirona i zaczęły się z nim witać, piszcząc i wieszając się na nim. Syn kowala zaśmiał się i wziął na ręce malutkiego Borysława, który, nie licząc niemowlęcia, był najmłodszym z dziatwy i miał raptem dwa latka. Chłopczyk zapiszczał radośnie, a Miron zakręcił nim i podrzucił go w powietrze.
— Uważaj! — zawołały równocześnie ciotka i matka Mirona.
Miron posadził sobie roześmianego chłopczyka na ramionach i posłał kobietom uspokajający uśmiech. Podszedł do ciotki i objął ją na powitanie. Ta pogładziła go po policzku czułym gestem.
— Na wszystkich bogów! Mironie, jaki ty już jesteś dorosły. Powiedz nam, kiedy wreszcie przyprowadzisz jakąś oblubienicę.
Miron zaśmiał się. Drogowit uścisnął jego dłoń z uśmiechem i powiedział do żony:
— Daj spokój, Jano, chłopak jest młody, całe życie przed nim.
— Ja nie mówię, że nie, ale dobrze jest to życie wieść u czyjegoś boku.
Miron gwałtownie zapragnął znaleźć się gdzie indziej. Znów podrzucił w powietrze piszczącego malca i zawołał do pozostałych dzieci:
— Chodźcie! Zrobimy sobie zawody w strzelaniu z procy.
— Nie ma mowy! — zaprotestowała ciotka. — Cali się ubrudzą!
— E tam! Będziemy uważać, daję słowo — powiedział Miron i w otoczeniu rozwrzeszczanych malców wypadł na plac przed domem.
Dzieci rozpierzchły się w poszukiwaniu kamyków, a on zabrał się za tworzenie naprędce procy.
Gdy amunicja już została zgromadzona, proca była gotowa i wszyscy ustawili się rzędem przed tarczą z postawionej na sztorc szerokiej deski, na ścieżce od strony lasu pojawił się Kosma. Miron na widok brata uśmiechnął się i pomachał ręką, Kosma odmachał mu i przyspieszył.
— Widzę, że wszyscy już są — powiedział, witając się z kuzynostwem.
— Wszyscy są i dywagują nad moją swadźbą — powiedział Miron, szczerząc do niego zęby.
Kosma parsknął śmiechem.
— A wiadomo z kim?
— Nie dotrwałem do tej części rozmowy, udało mi się uciec — powiedział ze śmiechem Miron.
— Widzę — skinął głową Kosma — i jak na bardzo dorosłego mężczyznę przystało, bawisz się procą.
— Ty nie bądź taki mądry, bo sam nie trafiłbyś do celu, nawet jakby był tuż przed twoim nosem.
Kosma prychnął i wyrwał mu z ręki procę. Sięgnął po kamień i wycelował. Kamień z hukiem grzmotnął w sam środek deski.
Bracia wraz z kuzynostwem przez jakiś czas strzelali do celu. Po kilku kolejkach z domu wyszły wystrojone kowalówny, kowal wraz z żoną oraz garncarz i garncarzowa.
Na ich widok Miron szybko poderwał z ziemi i wziął na ręce najmłodszego ze swoich kuzynów, aby ukryć przed jego matką zakurzone nogawki spodenek i naddarty rękawek koszuli. Wszyscy razem barwnym, roześmianym korowodem udali się na plac centralny, gdzie już gromadzili się wszyscy pozostali mieszkańcy Krańcoboru.
Gdy rozpoczęły się obrzędy, Miron kątem oka obserwował stojącego obok niego Kosmę. Jego brat, ze strapionym wyrazem twarzy, wodził wzrokiem po zgromadzonym na placu centralnym tłumie.
_Co cię trapi, bracie_? — myślał Miron z troską. Nie pytał jednak, bo dobrze wiedział, że brat jedynie zbędzie go machnięciem ręki i nic mu nie powie. Miron pomału zaczął podejrzewać, że to, co trapi Kosmę, to nie jest jedynie fakt, że matka go nie chce puścić na koński targ.
W końcu część obrzędów odbywająca się przy świątyni na placu centralnym zakończyła się i wszyscy ruszyli za odzianym w odświętną, białą szatę żercą ku rzece. Tam w coraz cieplejszych promieniach słońca kapłan prowadził dalszy ciąg obrzędów. Wreszcie, gdy pożegnano godziwie zimę i powitano rodzącą się wiosnę, można było rozpalić ogień i zacząć huczną zabawę.
Koło Mirona, jak spod ziemi, wyrośli Złotowit i Daromił. Zagrała muzyka, a jej dźwięki poniosły się w dal na spienionych falach Burawy. Pełne miodu i wina beczki otwarły się z hukiem odbijanych wiek, a trunki popłynęły do kufli, zaczęła się zabawa.
Zaczęły się gry i zabawy, zawirowały roztańczone pary, a dzieci rozbiegły się z piskiem i wrzaskiem. Złotowit wraz z Kosmą przyprowadzili łagodną, śnieżnobiałą klacz o szarej grzywie, by dziatwa mogła się na jej grzbiecie przejechać. Miron wraz z Mszczujem, mężem Zośki, urządził zawody strzeleckie, a Daromił usiadł w otoczeniu wianuszka maluchów i uczył je, jak ze słomek zrobić piszczałkę, na której można grać.
W miarę gdy słońce coraz bardziej zbliżało się ku zachodowi, zabawa była coraz mniej zorganizowana. Część co spokojniejszych mieszkańców Krańcoboru już się wybawiła i ruszyła ku domom, by resztę święta spędzić w gronie najbliższej rodziny. Gdy horyzont zasnuł się szkarłatem, nagle rozległ się głośny krzyk. To wrzeszczała Jagoda, córka mleczarza. Dziewczynka wpatrywała się w rzekę z szeroko otwartymi oczami, wrzeszcząc wniebogłosy. Stojący nieopodal Miron przyskoczył do niej.
— Co jest? Co się stało? — zawołał, próbując przekrzyczeć jej wrzask.
Dziewczynka wskazała palcem na Burawę. Miron powiódł wzrokiem za jej gestem i struchlał. Zobaczył małą, dziecięcą główkę pośród spienionych wirów rzeki. Nie zastanawiając się ani chwili, puścił się pędem, odbił od brzegu i skoczył w rwącą topiel. Nurt rzeki był nieprawdopodobnie silny, a woda w niej bardzo głęboka. Spienione fale zamknęły się nad głową Mirona. Ten wierzgnął i wypłynął na powierzchnię, spazmatycznie łapiąc oddech. Zamłócił rękoma, walcząc z silnym prądem i próbując zbliżyć się do topiącego się dziecka. Nie było to łatwe, woda zalewała mu twarz i próbowała wciągnąć pod powierzchnię, ubranie ciążyło mu nieznośnie, buty wypełniły się wodą, ciągnąc go na dno. Miron jednak zacisnął zęby i z całej siły wytężył wszystkie mięśnie. W końcu jego palce zamknęły się na chudej rączce. Przyciągnął do siebie coraz słabiej wierzgającego chłopca. Teraz musiał jeszcze wrócić na brzeg. Zawrócił i zaczął płynąć w jego stronę. Z brzegu wyciągnęły się ku niemu długie, silne ramiona Złotowita. Przyjaciel, podtrzymywany przez Kosmę i Daromiła, wychylił się z brzegu niemal na długość całego swojego tułowia i ramion, uchwycił przerażone dziecko i wciągnął na brzeg z pomocą przyjaciół. Kosma, gdy tylko puścił Złotowita, rzucił się znów ku rzece i wyciągnął ręce do swojego brata. Uchwycił Mirona i zaczął wyciągać go z wody.
Miron padł na trawę wyczerpany. Ciężko oddychał i szczękał zębami. Mokre włosy przykleiły mu się do twarzy, a ubranie przylgnęło do ciała. Zobaczył nad sobą pobladłą, zatroskaną twarz brata. Nad nim zamajaczyła twarz ojca. Syn kowala zamrugał i rozejrzał się, wokół niego zgromadził się spory tłum. Zobaczył, jak nad zanoszącym się płaczem małym Wielisławem nachyla się jego matka i bierze go w ramiona.
— Wszystko w porządku, synu? Jak się czujesz? — dobiegł go zatroskany głos ojca.
Miron usiadł z trudem.
— Dzieciak? Nic mu nie jest? — zapytał, szczękając zębami.
Poczuł na ramieniu ciężką, wielką dłoń ojca.
— Nic mu nie będzie. Już ktoś pobiegł po szeptuchę. Dzięki tobie, synu — powiedział kowal.
Miron podniósł się z trudem i podszedł do tulącego się do matczynej piersi Wielisława. Chłopczyk trząsł się cały i płakał spazmatycznie. Miron lekko uścisnął jego ramię.
— Wszystko będzie dobrze, mały — powiedział — już nie płacz, byłeś bardzo dzielny.
Jego matka wzniosła na niego pełne lęku i łez oczy.
— Dzięki ci, Mironie — powiedziała — strach pomyśleć, co by było, gdyby nie ty.
Miron uśmiechnął się do niej w odpowiedzi. Przez głowę przemknęło mu, że gdyby pilnowała swoich dzieci, to on nie musiałby wcale skakać do rzeki, ale miast coś powiedzieć, skinął jej tylko głową i podniósł się. Zobaczył już idącą, pokrzywioną sylwetkę wspartej na kosturze szeptuchy prowadzonej przez Mszczuja.
Do Mirona podszedł Kosma i objął go ramieniem.
— Chodź do ognia, bracie — powiedział, ciągnąc go w stronę ogniska.
Miron wciąż czuł się nieco oszołomiony. Pozwolił się poprowadzić, posadzić przy ogniu i przyjął wciśnięty mu w rękę gliniany kubek wypełniony po brzegi słodkim, wonnym miodem. Pociągnął długi łyk i poczuł, jak ciepło przyjemnie rozlewa mu się po wnętrzu.
Koło niego przysiadł z drugiej strony Złotowit. Wszyscy trzej przyglądali się, jak szeptucha nachyla się nad tulącą przemoczonego, przestraszonego chłopca matką. Obejrzała uważnie dziecko i wysłała je do domu, ruszając w ślad za niosącą dziecko kobietą. Gdy ofiara nieszczęśliwego wypadku wraz z szeptuchą zniknęła z horyzontu, atmosfera jakby się rozluźniła. Wybuchły pełne ulgi śmiechy, znów zagrała muzyka. Ostatnie szkarłatne smugi słońca zniknęły za horyzontem, a ogniska zapłonęły jaśniej pod rozgwieżdżonym niebem.
Miron zdjął przez głowę przemoczoną koszulę i wykręcił ją, po czym strzepnął, podniósł się i rozłożył ją na ławeczce, na której siedział. Złotowit zaśmiał się, poderwał z miejsca i zatarł ręce.
— Widzę, bracie, że próbujesz swych sił w walce z wodą, jednak wciąż jesteś daleko za mną w próbach ujarzmienia ognia! — zawołał ze śmiechem, a jego niebieskie oczy zalśniły.
Miron zaśmiał się.
— Chciałbyś — powiedział i z miejsca, niemal bez rozbiegu, przeskoczył nad strzelającym iskrami ogniskiem.
Siedzący przy nim ludzie zagwizdali i zakrzyczeli, rozległy się oklaski. Grająca na bębenku Witka zaśmiała się i zaczęła wybijać monotonny, przypominający tętnienie serca rytm pieśni ku czci ognia.
Rozległy się śpiewy, a Złotowit poszedł w ślady przyjaciela, również przeskakując nad ogniem, we wprost nieprawdopodobnym skoku. Młodzi mężczyźni poderwali się z miejsc, by przyłączyć się do rywalizacji. Znów zawirowały pary, roztańczone w podświetlonym blaskiem ognisk mroku nocy.
Kosma spojrzał w stronę rwącego nurtu rzeki. Uniósł wzrok na majaczący za nią w ciemnościach czarny las. Pomyślał o Lunie. Nie widział jej już od dobrych paru dni. Dziś rano próbował ją znaleźć w lesie, nawet poszedł na tył szeptuchowej chaty, jednak w ogrodzie również jej nie dostrzegł. Gdzie była i co robiła? Pomyślał o jej delikatnej, bladej twarzy i wielkich jasnych oczach, o granatowych kosmykach uciekających spod szarej chusty. Pomyślał o jej smukłej sylwetce, wąskiej talii i delikatnych dłoniach. Ktoś usiadł koło niego, wyrywając go z zamyślenia, i trącił go mocno łokciem w bok. Kosma spojrzał w błyszczące, niebieskie oczy Złotowita.
— Co tam, Kosma księżniczko? Coś taki zamyślony?
Kosma w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.
— Znów siedzisz z boku i tylko patrzysz w dal. Baw się, żyj, bo szkoda tego życia — powiedział Złotowit, a na jego wargach zatańczył nieco drwiący uśmiech. — Spójrz — wskazał ręką na stojącego nieopodal Mirona.
Brat Kosmy stał na tle roztańczonych płomieni. Jego półnagą, wysoką, barczystą sylwetkę podświetlało złote światło ognia. Na jego wargach błąkał się uśmiech, a w oczach tlił się żar. Rozmawiał z jakąś wpatrzoną w niego jak w obrazek czarnowłosą dziewczyną o pełnych kształtach.
— On żyje pełnią życia, czerpie z niego całymi garściami, a ty wciąż się chowasz, wciąż boisz się sięgnąć po to, czego pragniesz, cokolwiek by to było. Przestań się bać, Kosma! — zawołał i poklepał syna kowala energicznie po plecach. — Baw się! Żyj!
Czarnowłosa dziewczyna chwyciła Mirona za rękę i pociągnęła za sobą do tańca. Syn kowala zaśmiał się, pozwalając się jej prowadzić. Złotowit wcisnął Kosmie w ręce wypełniony miodem kufel. Poderwał się z miejsca i podbiegł do ślicznej Dobrawy. Uchwycił ją za rękę i pociągnął do tańca.
Kosma napił się miodu, czując, jak ten pali go w gardło. Ogień zatańczył na jego twarzy. Popatrzył na roztańczone pary, na rzucające mu powłóczyste spojrzenia dziewczęta. Jednak pośród nich nie było tej jednej, tej jedynej, którą chciał. I choć bardzo się starał, choć robił wszystko, co mógł, to nie był w stanie przestać o niej myśleć, nie był w stanie zapomnieć i po prostu żyć. Bez względu na to, ile nocy przetańczy i ile miodu wypije, to wciąż będzie myślał tylko o niej i czekał tylko na te chwile, które będzie mógł z nią spędzić. _Wyciągnij rękę i bierz, czego pragniesz_ — pomyślał o słowach Złotowita. _Ech… gdyby to było takie proste._ Przytknął kufel do ust i niemal jednym haustem wychylił całą jego zawartość. _Gdyby było, ale nie jest._ Poczuł, jak alkohol ciepłą falą zaczyna szumieć w jego żyłach. Uśmiechnął się do siebie i znów spojrzał w stronę ciemnego lasu. Podbiegła do niego Witka, która gdzieś odłożyła swój nieodłączny bębenek, chwyciła go za rękę i pociągnęła.
— Chodź tańczyć! — zawołała.
Kosma zaśmiał się i pozwolił jej poprowadzić się między roztańczone pary.ROZDZIAŁ 34
Luna na chwilę wyłoniła się z mroku. Jej serce przyspieszyło, szarpnęło się w piersi i zamarło na chwilę. Poczuła, jak przenika ją dziwny, zimny prąd. Chłód rozlał się po całym jej ciele, wypełnił żyły, zmroził oddech. Jej serce zabiło powoli, bardzo, bardzo powoli. Przeraźliwy chłód zafalował, zatętnił i zaczął pomału rozpływać się, ulatując w niebyt. Luna jęknęła i znówsunęła się w ciemność.
Kosma rozejrzał się. Koński targ przerósł jego najśmielsze oczekiwania. Był wspanialszy niż wszystko, co do tej pory widział. Miasto było ogromne, tłoczne i przytłaczające. Wysokie domy chyliły się nad brukowanymi ulicami, na których głośno dudniły końskie podkowy. Tłum wokół niego wrzeszczał. W otaczającym ich harmidrze nikły rżenia i wizgi koni, porykiwania najrozmaitszego bydła oraz poddzwanianie blaszanych dzwonków. Ludzie targowali się i wyklinali.
Syn kowala rozglądał się oszołomiony. Plac targowy był wielki jak połowa całego Krańcoboru, a nie był to nawet plac centralny. Ludzie tu handlowali niemal każdym żywym inwentarzem. Były tu muły, owce, kozy, krowy, no i oczywiście konie. Tylko jakie konie? Wspaniałe, o lśniących sierściach i umięśnionych ciałach, długich jedwabistych grzywach i pięknie wyczesanych ogonach. Niektóre były drobne, smukłe, nerwowo rzucające łbami, a inne ogromne, tak wielkie, jakich Kosma jeszcze nigdy w życiu nie widział.
Podróż do miasta zajęła im niemal całe trzy dni. Gdy opuścili Krańcobór, jechali szerokim, pięknie utrzymanym traktem. Kosma z fascynacją przyglądał się mijanym przez nich osadom. Na noc zatrzymali się na polanie, na której już czekało na nich przygotowane miejsce na ogień oraz nazbierany chrust. Daromił wyjaśnił Kosmie, że to specjalne miejsce, w którym można popasać i w którym zwykle się zatrzymują, jadąc do miasta na targ i z powrotem. Zbigniew przez całą drogę był dziwnie markotny i milczący. Gdy Daromił i Kosma poszli nad strumień po wodę, Daromił powiedział Kosmie, że dla Zbigniewa to, co się wydarzyło tego poranka, było wyjątkowo trudne. Kosma pytająco uniósł brew, Daromił spojrzał na niego z powagą.
— Nie ma się co dziwić, że Zbigniew tak to przeżywa. Przecież jego pierworodny zginął przez konie. Ja mały wtedy byłem, więc nie bardzo pamiętam, ale chyba spadł albo został stratowany — powiedział poważnie Daromił.
Kosma pobladł lekko na myśl o tym, że jego brat mógłby zginąć. Wiedział o tym, że Złotowit kiedyś miał brata, wszyscy o tym wiedzieli, poza tym widział jego kurhan na żalniku, był blisko kurhanu Niemira, więc za każdym razem, gdy sam był na żalniku, to mijał grób pierworodnego syna hodowcy.
— Straszne — powiedział Kosma — aż dziw, że wciąż jest w stanie hodować konie.
— Nie wiem, czy jest — wzruszył ramionami Daromił — odkąd się to wydarzyło, to przecież cały czas pije — powiedział.
Kosma zadumał się, ciężko mu było sobie wyobrazić, jak strasznym cierpieniem dla Zbigniewa musiała być utrata syna. Rozumiał go, że ciężko mu jest sobie z tym poradzić. Wyobrażał sobie, że dzisiejszy wypadek Mirona musiał być dla niego strasznym szokiem. Przypomniał sobie, jak kiedyś, parę lat temu, Zbigniew pobił Złotowita. Pokręcił głową.
— Masz rację — powiedział — chyba faktycznie sobie nie radzi zbyt dobrze.
— Taaa — mruknął Daromił.
Kosma zastanowił się nad tym, jak Zbigniew poradzi sobie z tym wszystkim i jak to wpłynie na niego teraz, gdy wyjechali. Przypomniał sobie pełne troski spojrzenie Złotowita i jego cichą prośbę „Pilnuj go tam”. Kosma zaniepokoił się, czy faktycznie będzie w stanie sobie poradzić, jeśli Zbigniew zacznie szaleć. Daromił, jakby czytając w jego myślach, poklepał go pocieszająco po plecach.
— Nie przejmuj się, Kosma, damy radę — powiedział pocieszająco.
Zaczerpnęli wody ze strumienia i wrócili do obozowiska.
Gdy oporządzili konie, zjedli i umościli się na legowiskach, Kosma jeszcze jakiś czas leżał, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo nad sobą. Usłyszał z sąsiedniego posłania cichy, stłumiony szloch. Poczuł, jak współczucie ściska mu serce, wiedział, że nie jest w stanie nic zrobić, nie jest w stanie w żaden sposób pocieszyć Zbigniewa, choć dałby wiele za taką możliwość.
Następnego dnia wstali wczesnym świtem i ruszyli w dalszą drogę. Tego dnia podróż Kosmie dłużyła się znacznie bardziej niż poprzedniego. Noc jednak, ku jego ogromnemu zachwytowi, spędzili w gospodzie. Wieczorem siedzieli w tłocznej izbie, jedząc i pijąc wraz z innymi podróżnymi, którym Kosma przyglądał się z wielką fascynacją. Później on i Daromił poszli spać do stajni na siano, a kupiec i hodowca pozostali w tłocznej sali, rozmawiając o czekających ich interesach. Tej nocy Kosma spał nienajlepiej, wydarzenia minionych dni boleśnie dawały mu o sobie znać, poza tym wizja zobaczenia wielkiego miasta budziła w nim ogromną ekscytację. Budził się co chwila, a gdy wreszcie zapadał w sen, był on niepokojący i nieprzyjemny, nie dając mu ukojenia. Zbigniew obudził ich, nim jeszcze wstało słońce, oporządzili konie i wyruszyli. Kosma nie narzekał, mimo spowijających go oparów zmęczenia. Z ogromną fascynacją rozglądał się, podziwiając zmieniający się krajobraz. Było tu znacznie więcej pól i pastwisk oraz usianych barwnymi kwiatami łąk niż starych lasów, jak w okolicy Krańcoboru. Do miasta dotarli jednak dopiero o zachodzie słońca. Noc mieli tym razem spędzić pod miastem, w obozie kupieckim. Kosma, gdy go zobaczył, poczuł, jak serce przyspiesza mu z ekscytacji. Było tu mnóstwo ludzi, z jego perspektywy wręcz niewyobrażalna ilość, i wszystko to byli kupcy. Wszędzie pachniało dymem i jedzeniem pieczonym nad ogniskami. Obozujący kupcy krzyczeli, śmiali się i rozmawiali. Zbigniew i Wielisław wstrzymali wóz i znaleźli dla nich miejsce obok sporej karawany kupieckiej. Przy dużym ognisku siedziało chyba ze trzydzieści osób. Wszyscy śmiali się, pili i jedli. Ktoś wyjął harmonię i zaczął na niej grać, a ktoś inny grał na bębenku. Daromił i Kosma zajęli się końmi, a Wielisław i Zbigniew rozbili w tym czasie obozowisko. Kosma czuł, jak burczy mu w brzuchu. Daromił chwycił puste cebry i pociągnął Kosmę ze sobą. Zdumiony Kosma stwierdził, że przyjaciel prowadzi go w stronę miejskich murów.
— Gdzie idziemy? — zapytał.
— Do studni — odpowiedział mu Daromił, wciskając mu w ręce jeden z cebrów.
Mury miejskie były ogromne. Zbudowane z wielkich, ociosanych kamieni, wznosiły się chyba na dwa sążnie nad ziemią albo nawet więcej. Przyjaciele podeszli do ogromnej, otwartej bramy, przy której stało dwóch strażników. Kosma przyjrzał się im ukradkiem, z trudem kryjąc podziw. Strażnicy byli wspaniali, wysocy, odziani w błyszczące zbroje i hełmy, z mieczami u pasów i tarczami na plecach. Mieli płaszcze ze szkarłatnej tkaniny, sięgające im niemal do ziemi. Gdy Daromił i Kosma ich mijali, ci wyprostowali się i z chrzęstem zbroi odwrócili za nimi głowy, odprowadzając ich wzrokiem.
Kosma poczuł, jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz. W ich osadzie również była strażnica, w której stacjonowali królewscy, ale zwykle było to dwóch wąsatych, brodatych i brzuchatych jegomości, którzy głównie pierdzieli w stołki i żłopali piwsko w gospodzie. Ci tutaj byli prawdziwymi wojownikami.
Gdy tylko Kosma stanął na wybrukowanej ulicy miejskiej, natychmiast zapomniał o właśnie miniętych strażnikach. Miasto było niesamowite. Wpatrywał się z zachwytem w budowane z drewna i kamienia wysokie domy, stojące bardzo blisko siebie. Wybrukowana ulica i nawet płynące rynsztokiem nieczystości były fascynujące i egzotyczne. Daromił poprowadził go ulicą w stronę jakiegoś sporego placu, przy którym stało kilka domów, karczma i gospoda. Kosma rozglądał się z zachwytem. Na środku placu stała studnia oraz drewniana tablica, do której przybite były jakieś afisze. Plac był ogromny i bardzo piękny, ale nieco mniejszy, niż go sobie Kosma wyobrażał.
— Jak tu się zmieszczą ci wszyscy kupcy? — zapytał Daromiła, myśląc o ogromnym obozowisku kupieckim znajdującym się pod murami miasta.
Daromił zaśmiał się.
— Nijak, przyjacielu — powiedział. — To nie jest plac kupiecki. Plac kupiecki jest chyba z dziesięć razy większy. Tutaj tylko jest studnia.
Zaskoczony Kosma wytrzeszczył oczy na przyjaciela i rozejrzał się wkoło.
— Dziesięć razy? — powtórzył z niedowierzaniem.
— Tak — skinął głową Daromił — albo i nawet więcej.