Córki moru - ebook
Czasem największe potwory nie mieszkają w opowieściach. One są obok nas.
Na wschodzie pamięć nie umiera. Leży w ziemi, wchodzi pod skórę, oddycha mgłą znad narwiańskich bagien.
W 1931 roku, w zapomnianej wsi na skraju lasu giną kobiety oskarżone o czary. Ich śmierć nie kończy historii – staje się jej początkiem. A ta ziemia pozwala zapomnieć.
Współcześnie Matylda wyjeżdża na Podlasie, uciekając od przemocowego partnera. W niewielkiej miejscowości las pachnie obietnicą ciszy, przytulny dom daje złudzenie schronienia, a mieszkańcy zdają się skrywać więcej, niż pokazują.
Dwie historie zaczyna łączyć coraz więcej, a dawna krzywda upomina się o głos. Bo mrok nie znika – przechodzi z pokolenia na pokolenie, zmienia twarz, ale zawsze wraca.
Córki moru to thriller z duszą – historia o sile kobiet, dziedziczonym strachu i prawdzie. Czy da się wyrwać z miejsca, które już cię wybrało? I co się stanie, gdy w końcu odważysz się spojrzeć za siebie?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8406-101-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1931
Coraz więcej par butów chrzęściło na ścieżce. Miarowe kroki dochodziły z wielu stron. Nie widziały, kto idzie. Siedziały schowane pod przewróconym zeszłej wiosny dębem, ale to nie znaczy, że nie wiedziały.
Najstarsza wyjęła z kieszeni brązowego fartucha zielone liście. Drżącą ręką podała każdej po jednym.
– Żujcie. Nie będzie bolało – powiedziała i wsadziła liść do ust. I w tym momencie ktoś szarpnął ją za nogę, próbując wyciągnąć z kryjówki. Stara ostatni raz w życiu spojrzała na swoją córkę i wnuczkę, zanim znalazła się wśród oprawców.
– A gdzie pozostałe dwie, co? – zapytała najwyższa w grupie, stukając trzonkiem siekiery o biodro. Uśmiechała się jak kot, który wreszcie znalazł się oko w oko z tłustą myszą. – No gdzie? Może też pod dębem, co? Sikoreczki, wychodźcie! Panowie, ruszta dupska i pomóżcie damom!
Więc wyciągnęli je. Stały we trzy, otoczone przez wielu. Niektórzy z tych wielu wstydzili się tego, że tu są. Spuszczali głowy, nerwowo wbijali podeszwy w mech i piasek, bojąc się, że najwyższa z siekierą zauważy ich niepokój. Myśleli o tym, że kobieta mogłaby zagłębić ostrze w ich brzuchach. Weszłoby miękko, jak w drób. Więc zmuszali się do skandowania. Wiedźmy. Wiedźmy. Śmierć wiedźmom. Zabić. Przecież nikt nie chce być drobiem, prawda?Rozdział 1
Mór
Nie chciałam wchodzić do lasu. W lesie leżą zmarli.
– Dana, chodź! – mówi Jadzia i ciągnie mnie za rękę.
A ja naprawdę nie chciałam wtedy iść. Widziałam, jak wyglądają zmarli. Alinka przed śmiercią zrobiła się na twarzy czarna. Nie mówię nikomu, że do mnie przychodzi w nocy. Stoi w progu i uśmiecha się strasznie. Wtulam się w mamę, ale ona tylko mruczy przez sen. Alinka nie mówi. Przed śmiercią mówiła do mnie dużo. Krzyczała na mnie, biła mnie czasem po głowie, ale robiła też dużo miłych rzeczy. Jabłka mi obierała i wykrawała z nich różne kształty. Robiła ze mną wianki. I śpiewała. Ja nie jestem głupia. Wiem, że ona śpiewa w lesie, i czasem myślę, że ten śpiew się do mnie zbliża i że gdy się odwrócę, ona będzie stała za mną. I uśmiechała się tą czarną dziurą, kiedyś pełną tak pięknych zębów w otoczce malinowych ust. Dlatego nie chciałam iść do lasu, choć Jadzia się uparła.
– Jagód nazbieramy, chodźże! – prosiła.
Nie mogłam jej odmówić. Jadzi zmarli już wszyscy. Mieszkała teraz u Bilskich. Była ode mnie młodsza. Nie pamiętam, o ile. Nie pamiętam, ile sama mogłam mieć lat. Czy to zresztą ważne? Nie mogłam jej powiedzieć, że się boję lasu. Ona już swoje przeszła. Jakby wiedziała, że w lesie spaceruje martwa Alinka, to zaraz poszłaby szukać mamy, Bożenki i Stasia. Wiem, że ich tam nie ma. Ale Alince jest smutno i myślę, że zabrałaby Jadzię. Może by ją udusiła. Mnie na złość. Albo Jadzi na złość. Alinka zawsze była zazdrosna. Może nie chciałaby, żebym miała się z kim bawić, skoro jej już nie ma. Dlatego idę z Jadzią.
Krutowo puste. Ludzi nie ma. W powietrzu mór. Nie zdejmujemy z głów worków, które drapią. Mamy tylko otwory na oczy wycięte i wyglądamy strasznie. I musimy mówić do siebie bardzo głośno, co jest złe, bo wieś jest bardzo cicha. Worki są potrzebne. Nie wdychamy moru. Każdy w Krutowie musi nosić worek na głowie. Wiem, że Ignaś Iwańczyk umarł od worka. Tak. Był malutki i pachniał dzidziusiem. Mlekiem. Iwańczykowa nie zdejmowała mu worka z głowy nigdy, bo nie chciała, żeby wdychał morowe powietrze. I umarł. Ale nie jest sam. Iwańczykowa wyła jak pies. Ściągnęła worek z głowy i pobiegła do lasu. Nie wróciła. To też bardzo straszne.
– Nie będę tego nosić! Drapie! – krzyczała Alinka na mamę.
Worki mogłyśmy zdejmować tylko w domu. Alinka nie chciała go nosić, bo była piękna. Ciekawe, czy ja jestem piękna. Myślę, że nie.
– Zdejmij, to ci twarz sczernieje i umrzesz! – krzyczała mama.
I tak się stało. Alinka umarła. Dostała gorączki. Bolało ją wszystko. Nie mogłam wejść do izby i spałam u Bilskich z Jadzią. Jadzia zawsze sika w łóżko i było mi zimno. I śmierdziało. Bardzo chciałam iść do Alinki. Była tam mama i był ksiądz. Nie mogłam. Musiałam leżeć z Jadzią. I wiedziałam, że Alinki już rano nie będzie. Jak się ludzie czarne robią, to już śmierć zabiera. Dziwne, bo i tych, co worki noszą na głowach.
Rano Bilska jaja smażyła. Nie powiedziała nic, tylko miskę nam podsunęła i rzuciła łyżkę na stół. Jadzia złapała pierwsza, bo zawsze była głodna. Blond czupryna aż kiwała się przy przeżuwaniu, choć nie było grama słoniny w jajach. Na mnie Bilska nie spojrzała nawet. Wiedziałam, że jak dorośli nic nie mówią, to znów ktoś umarł. Wiedziałam tym razem kto. Zerwałam się od stołu i pobiegłam do domu. Nikt mnie nie zatrzymywał.
Mama klęczała na podwórku i wyła. Tak wyje tylko kobieta, która straci dziecko. Ksiądz stał obok i palił fajkę. Nie miał worka na głowie. Może księdza mór nie rusza. Kto to miałby wiedzieć. Nic już nie wiedzieliśmy. Dlaczego Krutowo umiera. Alinka nie była jedyną, która zmarła tego dnia. Widziałam po drodze innych, co płakali. I wiedziałam, co będzie dalej. Że wszystkich zwiozą na polanę i spalą. Będzie śmierdziało. Wierzyłam, że zwłoki palą, żeby mór z czarnych ciał nie przeszedł na nas. Ale co z tego, że na mnie nie przeszedł. Może bym wolała mór niż Alinkę co noc, jak stoi w progu i mnie straszy. Z tą czarną plamą zamiast ust.
Dlatego nie chciałam iść do lasu, choć Jadzia ciągnęła mnie za rękę. Ale poszłyśmy. Co miałyśmy robić w martwej wsi? Mama płakała. Nie rozmawiała ze mną prawie wcale. Może by wolała, żebym to ja umarła?
Na polanie zawsze ziemia była wypalona. I śmierdziało.
– Tu wszyscy nasi leżą. Ciekawe, czy Bóg ich zabrał, czy diabeł? – spytała Jadzia, dłubiąc patykiem w pogorzelisku.
Nie widziałam różnicy między jednym a drugim.
I wtedy gdy Jadzia grzebała, może szukając śladów rodziny, zobaczyłam ją między drzewami.
Młodsza Nawrotna. Czarna chusta na głowie. Worek na plecach. Zapewne z ziołami. Wszyscy ją znają.
– Szeptucha! – krzyknęłam do Jadzi.
Zerwała się, porzucając patyk i chowając się za moimi plecami.
Kobieta nam pomachała i poszła dalej, co raz schylając się i zrywając jakieś rośliny. Bałam się jej i bałam się Bogny. Gruba dziewczynka w długiej sukience szła za matką. Była dużo młodsza od Jadzi. Nie mówiła normalnie, bo była za mała. Lubiłam ją, ale się jej bałam. Ani Nawrotna, ani jej matka, Stara Nawrotna, ani Bogna nie nosiły worków na głowach. Wdychały mór i chuchały nim na nas. Może to one miały mór w sobie? Może to one nas zabijały?
Każdy je znał. Mama mówiła, że mają dar. Rozmawiają z Bogiem i z diabłem. Podobno miały wilka. I on z nimi spał w izbie. Ja nie widziałam. Jak każde dziecko miałam zakaz zbliżania się do nich. Nie mogłam od szeptuch nic brać ani pierwsza się odzywać. Miałam skłaniać głowę z szacunkiem i iść dalej. Bo Nawrotne pomagały, ale jak kto je zdenerwował, to różne się rzeczy działy. Raz batiuszkę jakiegoś pies pogryzł, a jeden ksiądz, co im worek z ziołami rozsypał, to się potem utopił w Narwi. Kto wie, czy Ignaś by nie żył dalej, gdyby to nie Stara Nawrotna pomogła mu się urodzić.
Jak się mór zaczął, to wszyscy chodzili po zioła i po modlitwę. Raz poszłam do nich z mamą i Alinką. Bawiłam się z Bogną. Pokazywałam jej język, a ona mnie próbowała za niego złapać. Była bardzo brudna. Mnie by mama zbiła za taki brud i do izby nie wpuściła. Gruba dziewczynka chodziła za mną po podwórku, śmiejąc się, gdy naśladowałam głos kaczki. Nudziłam się, bo nie umiała mówić.
Potem już nie chodziliśmy do Nawrotnych, bo ludzie zaczęli nosić worki na głowach, a one przyszły do Krutowa i krzyczały pod cerkwią, co obok kościoła stała, że głupi jesteśmy i że pomrzemy, bo worki nam nie pomogą, tylko zioła i modlitwa, ale nie do naszego Boga, bo on nas zabijać pozwala. Stara Nawrotna była pijana i mówiła, że to jeszcze nie koniec, że widziała, co się stanie. I że umrzemy wszyscy. Ludzie, co wyszli z domów bożych, bliźniaczo podobnych, otoczyli ją i zaczęli kopać. Widziałam, jak Nawrotna płacze i się śmieje. Jej córka płakała i mówiła, że na nas śmierć idzie. I Bogna też płakała, bo jeden chłopiec ją kopnął w brzuch, jak nikt nie patrzył. Ksiądz wyleciał z kościoła. Batiuszka wyleciał i ludzi rozgonili. Nawrotne poszły drogą, a ludzie za nimi krzyczeli.
I miały rację, bo zaczęliśmy umierać. Na początku liczyłam w głowie, kto po kolei odchodził. A potem zaczęłam liczyć, kto został. Alina została. Trup jej do mnie przychodził. Chciałam iść do szeptuch, żeby Alinkę zabrały. Żeby mi coś dały na zmorę. Bardzo się bałam, że Alinka nas zabije. Mnie i mamę. Że Jadzię mi zabije. Zaplanowałam, że do nich pójdę. Może o tym wiedziały? Może dlatego spotkałyśmy się wtedy w lesie?
Wróciłam do domu i wreszcie mogłam zdjąć worek. Drapałam twarz, bo mnie piekła.
– Przestań – powiedziała mama. Od worka sama miała czerwone policzki.
Chciałam jej powiedzieć o tylu rzeczach, o których nigdy nie zdążamy powiedzieć matkom, zanim umrą. Widziałam jednak, że mama jest w innym świecie. Nawet nie zapytała, gdzie byłam. Wzięła mnie na kolana i wąchała moje włosy. Zawsze gdy to robiła, zaczynała płakać po cichu, żebym nie usłyszała. Ale dziecko wie, gdy matka płacze. To matki nie wiedzą, kiedy dziecko tłumi łzy. Nigdy odwrotnie.
W nocy Alinka znów do mnie przyszła. Tym razem stanęła obok łóżka i pochyliła się nade mną. Obudziła mnie modlitwa. Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna. Jakby ktoś z dala do mnie mówił. Otworzyłam oczy i zobaczyłam ją nad sobą. Miała usta czarne i duże. I oczy wielkie. Przytuliłam się do mamy, bojąc się, że jak mama się obudzi, to zobaczy starszą córkę i powie, że chce z nią iść. I zostanę sama. Musiałam być dzielna. Zamknęłam oczy, modląc się, by mnie Alinka nie udusiła. I żeby się nie zsikać.
Rano postanowiłam iść do szeptuch. Trochę się bałam, że naprawdę mają wilka i że on mnie zje. Ale nie było innego ratunku.
Mama poszła do krów. Tych, co nam zostały. Reszta sprzedana dawno albo padła. Na stole leżały dwie kromki chleba z masłem i cebulą. Zjadłam, obmyłam twarz w misce z wodą, zagrzałam czaju na piecu, wypiłam i założyłam worek na głowę. Serce biło mi straszliwie.
Umarłam. Ale to było później. Tego dnia żyłam na skraju rozpaczy, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje dookoła mnie. Wzięłam kosz, bo przecież musiałam czegoś nazrywać, jak będę wracać, inaczej by mama mogła mieć za złe, że włóczę się sama bez celu.Rozdział 2
Uciekaj
Szłam przez pustą wieś do ostatniego domu pod lasem. Waliło mi serce. Nie miałam nic, czym mogłabym zapłacić za pomoc. Nawet nie wiedziałam, czy mnie przyjmą, po tym jak cała wieś się od nich odwróciła.
Dom pod lasem przerażał mnie. Jakby na pograniczu światów stanął. Dziś lubię na niego patrzeć. Dla mnie to cały czas to samo miejsce. I Nawrotne też tu żyją, choć nikt ich nie widzi. Zresztą nikt z nas nie umiera naprawdę, choć dla wielu z was to bardzo przykra świadomość. Obserwujemy. Tylko to nam pozostało.
Wtedy się bałam. W zasadzie to przez całe moje życie czułam strach. Umarłam też w strachu. Tak nie powinno być. Człowiek rodzi się ze strachem i odchodzi ze świata też ze strachem, ale chociaż ten czas pośrodku, między życiem a śmiercią, powinien być wolny. I może dla was jest. Dla mnie nie był. A dzień, gdy zdecydowałam się odwiedzić szeptuchy, na zawsze naznaczył moje życie.
Wszystko wyglądało wtedy tak samo jak teraz. Stanęłam na werandzie i zapukałam, a echo tego pukania było cichsze niż moje serce. Tu, tu, tu, tu, tu, tu. Tylko to czułam całą sobą.
– Wejdź – powiedziała stara Nawrotna, otworzywszy mi drzwi. Nie była zdziwiona, widząc mnie, wystraszoną dziewczynkę, w swoim domu. Więc weszłam. W ciemnej sieni nie czekał na mnie żaden wilk.
– Czasem przychodzi z lasu, ale to ona, nie on. Jest stara. Zostawiamy jej miskę z zupą. Musiała być chowana z ludźmi, bo umie z nami rozmawiać – usłyszałam i wzdrygnęłam się na myśl, że stara kobieta wie, co dzieje się w mojej głowie.
Obserwowała mnie.
– Wiem, co gadają we wsi. Z wilkiem nie żyjemy, nie masz się czego bać – powiedziała i wskazała na izbę po lewej stronie.
Idąc przez niewielką przestrzeń, miałam możliwość dobrze przyjrzeć się temu, jak Nawrotne żyją.
Przede wszystkim wszędzie było czysto. I ciepło. I jakoś tak ładniej niż u nas, choć to złe porównanie pewnie, bo u nas już nigdy nie będzie ładnie. Gdzie jest śmierć i trup przychodzi nocą, nie może być ładnie.
Izba naprzeciwko nie miała drzwi. Widziałam duże posłanie, a na nim drewniane zabawki. W oknie wisiała słomiana lalka w chuście. Chochoł domowy. U nas matka wyrzucała takie rzeczy. Tylko modlić się kazała. Żaden chochoł nie uchroni przed końcem. Ale Nawrotne były zdrowe. Do nich Mór nie przyszedł. Może dzięki temu Chochołowi w oknie zawieszonemu, nie wiem.
Bardzo szybko poczułam, że się nie boję. Było mi miło i dobrze. Chyba nie chciałam nawet wracać do domu, do wsi. Jakby tu naprawdę nic mi nie groziło.
Piec był rozgrzany, a na nim gar z pachnącą zalewajką. Pod ścianą po prawej stół. Cztery krzesła. Po lewej skrzynia. I wszędzie półki. A na nich słoje, pakunki, butelki. U sufitu belka. Zwisały z niej, jak wyprostowane struny, pnącza ziół i sznurki z grzybami. Gdybym wyciągnęła rękę, mogłabym dotknąć każdego z tych dobrodziejstw. Byłam wysoka jak na swój wiek i czułam bliskość ziemi, trawy i wody. Trochę jakbym spała. Chyba po raz pierwszy od dawna odpoczęłam wtedy. I ostatni raz przed śmiercią, ale do tego jeszcze dojdę.
Na robionym ręcznie dywaniku bawiła się Bogna. W tłustej rączce trzymała drewnianego konika.
– Bababa – przywitała mnie, śliniąc się i uśmiechając.
Młodsza Nawrotna, jej mama, siedziała przy stole i kroiła jakieś korzenie. Po raz pierwszy zobaczyłam ją z bliska. Była piękna. W wieku dwunastu lat nie uważałam już, że moja mama jest najładniejsza na świecie. Wręcz przeciwnie, widziałam coraz więcej blizn, jakie wyryły na jej ciele czas i doświadczenie. Nawrotna, córka szeptuchy, młoda szeptucha, bo różnie ją zwali w Krutowie, była po prostu piękna. Po raz pierwszy w życiu poczułam dreszcz, który rozszedł mi się po całym kręgosłupie. I ciepło tam, na dole. Stałam i patrzyłam na nią. Długie rude włosy, wymykające się spod chusty niesfornymi kosmykami. Szczupłe ręce. Piersi kształtne jak jabłka. Było mi wstyd, bo w tym momencie zapomniałam o Alince. Chciałam podejść i zajrzeć pod tę suknię, dotknąć tych dobrodziejstw, głaskać je i całować. Nawrotna była doskonała. A ja już na zawsze chciałam tu zostać, z zazdrością patrząc na Bognę, która podbiega do matki, dostając szczodre pocałunki.
– Co cię trapi, dziecko? – zapytała stara.
Wróciłam do rzeczywistości. I przygniotło mnie to, jak źle wygląda moje życie. I świadomość, że nie wiem, ile jeszcze to wszystko potrwa.
Usiadłam na krześle, które odsunęła najpiękniejsza kobieta świata, starając się na nią nie patrzeć, choć nie było to łatwe, bo ona odłożyła nóż i patrzyła na mnie.
Przemówiłam, dopiero gdy napiłam się wody z podsuniętego przez nią kubka.
– Potrzebuję pomocy. Wiem, że wieś was nienawidzi i dużo złego o was mówią, ale mnie to nie obchodzi. Moja siostra Alinka przychodzi do mnie każdej nocy, a przecież umarła. Ona chce mnie zabrać w zaświaty. Wiem to. Boję się, że mnie zadusi. Proszę, jeśli możecie, zabierzcie ją ode mnie, bo ja już nie mogę żyć. Nie mogę się bawić, nie mogę jeść. Wszędzie jest śmierć! Śmierć ze mną śpi, myśli za mnie, myje się. Zawsze za moimi plecami albo nad moją głową. Nie mogę tak dalej…
Zaczęłam płakać. Nigdy nikomu nie skarżyłam się na to, co się we mnie dzieje. A przecież byłam tylko dzieckiem. Wokół mnie umierali ludzie, świat był podłym miejscem, a ja nie miałam nawet jednej osoby, która stałaby po mojej stronie. Coś we mnie pękło. Płakałam głośno, jak ranne zwierzę. Po chwili zaczęła płakać ze mną mała Bogna. Podeszła do mnie i niezdarnie wspięła mi się na kolana. Wyłyśmy, a żadna z Nawrotnych nie przerywała tego ani mnie, ani małej.
Robiły swoje. Dostałam do wypicia zioła, gorzkie i bardzo gorące. Piłam, nie przestając płakać. Bogna przytulała się do mnie, chlipiąc i głaszcząc mnie po twarzy. Nad moją głową stara Nawrotna zaczęła modlitwę, ale nie pamiętam jej słów. W tym czasie jej córka związała mi stopy czerwoną wstążką i trzymała je w zamkniętych dłoniach, prosząc Alinkę, by odeszła ode mnie i dała mi żyć długo i w zdrowiu. Myślę, że rozmawiała z moją siostrą. A nawet się z nią kłóciła. Słyszałam strzępki rozmowy. Że nie można zabierać dziecka. Że mam ważną rzecz do zrobienia na tym świecie. I że Alinka ma na mnie czekać, ale jeszcze wiele lat minie, zanim się spotkamy.
Dużo się działo wokół mnie, ale pamiętam tylko obezwładniający spokój. Nie bałam się, nie mówiłam nic. Bogna spała na mojej piersi, stara Nawrotna naciskała moją głowę starymi dłońmi, a jej córka wciąż trzymała moje stopy. W końcu przestały. Puściły mnie, a ja poczułam lekkość tak dziwną i wyjątkową, że do dziś czuję żal, bo to uczucie nie powtórzyło się w moim życiu nigdy więcej.
– Alinka już do ciebie nie przyjdzie – powiedziała młodsza z szeptuch. I miała rację. Nie pomyliły się w niczym.
– Przyjdzie czas, moje dziecko, gdy opuścisz Krutowo. Dużo dobrego zrobisz w strasznych czasach, jakie nadejdą. Ani ja, ani moja córka nie dożyjemy tego, co nadchodzi…
Wzdrygnęłam się. Nie podobały mi się te słowa. I ten ton. Smutek i pustka.
Chciałam to przerwać, więc zapytałam, jak mam zapłacić za pomoc.
– Nie musisz. Ty będziesz ratować ludzkie życie. Nie musisz nam płacić – usłyszałam.
Młodsza Nawrotna wzięła swoją córkę z moich kolan i zaniosła ją do izby. Poczułam dreszcz, gdy przez moment jej piersi znalazły się tak blisko mnie. I wstyd, bo nie podobały mi się moje myśli.
Czułam, że chcę zostać z nimi dłużej. Być jedną z nich, ale stara trąciła mnie w ramię.
– Musisz stąd jak najszybciej wyjść – powiedziała, zmieniając ton głosu na bardzo oziębły.
Nie wiem, czy człowiek umie przewidzieć swoją lub czyjąś śmierć, ale wstałam z uczuciem nadciągającej pustki. Prawie wypchnęła mnie z domku i zatrzasnęła drzwi. Nie zdążyłam nawet podziękować.
Usłyszałam kroki i rozmowy, gdy prawie już wchodziłam na główną drogę. Nie miałam powodów, by się bać, ale nagle poczułam, jak w sercu rośnie mi kamień. Nogi zdrętwiały. No, dalej, idźże, poganiałam samą siebie. Jeśli ktoś szedł, to nasi. Co najwyżej poskarżą mamie, że sama się włóczę pod lasem. A może nie poznają mnie z tą twarzą ukrytą pod workiem.
A jednak nie mogłam zrobić kroku. I nie chciałam, żeby mnie zobaczyli. Odwróciłam się i spojrzałam na dom, w momencie gdy Nawrotne z niego wybiegały. Młodsza trzymała na rękach Bognę. Na sekundę zatrzymała się i spojrzała na mnie. Znajdowała się zbyt daleko, bym mogła zobaczyć, co kryje się w jej oczach, ale byłam pewna, że nic poza strachem. Stara popchnęła córkę. Pobiegły w stronę lasu, gdzie leżał przewrócony dąb. I zniknęły mi z oczu.
Nie byłam gotowa na drugie spotkanie ze śmiercią. One zginą. A ja to zobaczę. Czułam to całą sobą. I nie mogłam się ruszyć. Głosy coraz bliżej. Chrzęst butów. Schowaj się! Nam nie pomożesz! Głos starej Nawrotnej zmusił mnie do ruchu. Wokół mnie żadnych drzew. Szybko, jeśli chcesz uchować życie, dziewczyno durna! Wytężyłam wzrok. Poczułam, jak po nodze spływa mi mocz. To nie był czas na żadne pytania. Zaczęłam cofać się biegiem, w stronę domku. Byle dalej od drogi. Coś niewidzialnego mnie popchnęło. Mocno. Ze złością. Upadłam w niewielkie zagłębienie w trawie. Podchody. Myśl o podchodach. Leż nieruchomo i niech nikt cię nie zobaczy.
Ziemia była zimna, a trawa wilgotna. Wciskałam się w nią mimo to całym ciałem. Jakbym chciała na zawsze schować się tu przed resztą świata. Nie myślałam o śmierci. Po raz pierwszy od dawna myślałam o tym, jak bardzo chcę żyć. Robić to, czego nie zrobią już ani Alinka, ani piękna kobieta o mlecznej cerze i piersiach, które chciałam całować. Stłumiłam w sobie krzyk i łzy. Leżałam, jak posąg, gdy grupa ludzi przeszła na tyle daleko ode mnie, by nie zorientować się o mojej obecności, i na tyle blisko, by wyciągnąć mnie i zamordować, jeśli tylko się poruszę. Leżałam jak posąg, gdy znany mi głos krzyczał do jakiegoś mężczyzny, by wyciągnął kobiety spod drzewa. Leżałam jak posąg, gdy ryk Nawrotnych, mordowanych siekierami, niósł się ziemią, drzewami i niebem po całym Wszechświecie. Leżałam jak posąg, gdy ludzie poszli sobie, śmiejąc się. Gdy niemal na wyciągnięcie ręki malutka dziewczynka, która jeszcze chwilę temu spała na mojej piersi, płakała przeraźliwie…
Nie pamiętam, kiedy się podniosłam. Było już ciemno. Wokół mnie cisza. Jakby las i wszystko dookoła umarło. Było zimno, ale nie czułam tego. Biegłam. Ściągnęłam z głowy znienawidzony worek i biegłam do dębu.
I znalazłam je. Wyglądały teraz jak te drewniane zabawki Bogny, porzucone wokół posłania. Nieruchome. Jakby unosiły się na czerwonych jeziorach. Sen i krew. Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci na wieki. To powtarzałam sobie przez całą drogę do domu. Biegłam. Bez worka na głowie. Spocona. Cuchnąca moczem i wymiotami, których nie mogłam powstrzymać.
Byłam dzieckiem, które zobaczyło zbyt dużo. Jaki Bóg dał na to przyzwolenie? Kilka godzin wcześniej pokonywałam tę samą trasę jako dziecko, które boi się zjawy. Teraz wracałam, nie pamiętając o tym, że kiedykolwiek byłam dzieckiem. Jeśli myślicie, że gniew, który się we mnie narodził w tamtym momencie, minął, gdy umarłam, jesteście w dużym błędzie. Taka energia nie znika. Jest. Obserwuje. A gdy przyjdzie na to czas, uderza.