Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Coś się kończy, coś zaczyna. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Coś się kończy, coś zaczyna. Tom 3 - ebook

W t. III bohater w pewnym momencie staje na granicy życia i śmierci. Czekając na ratunek wspomina okres emocjonalnej udręki po rozstaniu z dziewczyną oraz czas rozpaczliwego szukania miłości i życiowej drogi. Uświadamia sobie wszystkie przegapione sytuacje w życiu i miłości, nie do końca dobre wybory, zrządzenia i przeciwności losu, na które nie miał wpływu, a które doprowadziły go do miejsca, gdzie się znalazł. Cykl ten to męskie spojrzenie na świat, miłość i dziewczyny… Powieść dla osób 16+.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-514-7
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. W POTRZASKU

Coś nagle wyrwało mnie z otępienia… Otworzyłem powoli oczy… Ujrzałem ciemność… Przerażającą, totalną ciemność…

Najpierw z tej ciemności dotarł do moich uszu przyjazny plusk płynącej gdzieś nieopodal wody, niby wiosennego strumienia. W chwilę później mój słuch wyodrębnił, gdzieś w oddali, w tle, intensywny szum, jak łoskot górskiego wodospadu, który w tej ciemności ujrzałem oczami wyobraźni. Natomiast spośród tej kakofonii przyjaznych dźwięków docierało do moich uszu tajemnicze, pełne grozy trzeszczenie, jak jęk konarów drzew w czasie huraganu, jak złowrogi zgrzyt wyginanego żelastwa… I tylko gorąca, parna, wypełniona pyłem duszącym płuca, czarna otchłań wokół.

Wraz z wracającą świadomością zacząłem się zastanawiać — gdzie jestem, co się stało…? Półleżąc z podkulonymi nogami, wsparty o coś plecami, czułem w sobie ból, w całym ciele, od głowy po stopy. Tępy ból.

Poruszyłem nogami, z trudem uniosłem jedną rękę, zbliżyłem dłoń do twarzy, ale jej nie dostrzegłem. Wciąż widziałem jedynie ciemność, totalną ciemność i tylko kolorowe plamy wirujące w tej ciemności. Tak, jakbym nagle stracił wzrok.

Gdy tak z przerażeniem spoglądałem w tę ciemność przed sobą, słuchając otaczających mnie odgłosów, zacząłem rozumieć co się mogło stać. Uświadomiłem sobie to, gdzie jestem i co się wydarzyło. I w momencie, gdy to zrozumiałem, ta świadomość uderzyła mnie jak młotem. Jakaś niemoc zaczęła wypełniać mój umysł, serce biło coraz mocniej, oddech gwałtownie przyspieszał… Byłem przerażony i czułem wręcz wzbierającą we mnie panikę. Coś, poza pyłem, zapierało mi dech w płucach i ściskało wnętrzności aż do bólu. Wiedziałem co, znałem to uczucie od dawna — to był strach! Strach, który wypełniał każdą komórkę mojego ciała, każdy włosek na skórze i przestrzeń wokół mnie. Strach, który zazwyczaj zaglądał w oczy podświadomie, jako obawa przed tym, co mogło się w każdym momencie wydarzyć, rósł w momentach drastycznych, ale w tej chwili tkwił we mnie całą swoją obezwładniającą mocą. I nie bez przyczyny.

— Okej, tylko spokojnie… nic się nie stało… Żyję… żyję… — wmawiałem sobie w kolejnych minutach, ale to nie pomagało…

Bo stało się! Wiedziałem, gdzie jestem i domyślałem się już, co jeszcze może wydarzyć się za chwilę, za kilka chwil, może nieco później.

Udało mi się z jakiegoś uścisku uwolnić drugą rękę, dotknąłem obiema dłońmi twarzy. Była mokra, oblepiona szorstkim miałem i lepiącym się pyłem. Może krwią? Na mokrych i sklejonych, pełnych okruchów włosach nie miałem hełmu.

— Lampa! Gdzieś musi być moja lampa… — uzmysłowiłem sobie.

Lata obcowania z obawami, z tłumionym, podświadomym lub bardziej świadomym lękiem, pozwalały w takich momentach mojemu umysłowi przebijać się poprzez to obezwładniające uczucie i działać w miarę racjonalnie, intuicyjnie, wręcz instynktownie. Intuicyjnie podkuliłem nogi jeszcze mocniej, wcisnąłem się w ścianę za moimi plecami i przerażony czekałem. Czekałem… modląc się bezgłośnie.

— Jak trwoga, to do Boga… — przypomniały mi się słowa, powtarzane często przez mamę.

Tak, mama miała rację — jak trwoga to…! Czekałem więc i modliłem się, tak w sobie, w duchu, a w głowie kłębiły się złowrogie, chociaż racjonalne myśli. Czekałem przez długie kilkanaście minut, sekunda po sekundzie, minuta po minucie… Czekałem, ale przez ten czas nie zdarzyło się to, czego się panicznie obawiałem. Jeszcze się nie zdarzyło. Jedynie w oddali usłyszałem trzask, który na chwilę spotęgował mój strach do poziomu paniki i nagły, ostry świst powietrza wydobywającego się pod dużym ciśnieniem i zlewającego się z szumem wyimaginowanego wodospadu. Gdzieś tam, w oddali, w ciemnej otchłani tego piekła.

Po chwili, gdy oswoiłem się z nowym dźwiękiem, zagłuszającym inne odgłosy i zrozumiałem, że nie stanowi on zagrożenia, zacząłem dłońmi sprawdzać teren wokół siebie. Z lewej strony namacałem jakieś wystające żelastwo, ostre krawędzie i gruz wypełniający przestrzeń. Z prawej nie namacałem nic. Było tam trochę więcej przestrzeni, ale czułem przecież, że znajdowałem się w potrzasku. Wokół gruz, odłamki skalne, a z góry wciąż sypały się na mnie jakieś okruchy. Aż namacałem przewód wychodzący spod moich nóg. W plecy uwierał mnie zapewne akumulator lampy zawieszony na pasku przy moich biodrach. Jej głowica powinna być gdzieś na lewo, na drugim końcu przewodu, na wyciągnięcie ręki. Ale z lewej strony było gruzowisko, właśnie na wyciągnięcie ręki.

Czułem jeszcze, jak z ciemności przede mną napływa fala gorąca. Nie powietrze, tylko gorąca, parna masa, wdzierająca się do płuc i powodująca, że oblewały mnie strumienie potu. Wdychałem z chciwością tę gorącą masę, by zaczerpnąć jak najwięcej tlenu, którego zdawało się w tej parnej i zapylonej przestrzeni coraz bardziej brakować, ponieważ wentylator, wtłaczający do tego piekła powietrze, już dawno zamilkł. Na szczęście, pęknięty gdzieś nieopodal rurociąg powodował, że wydobywające się z niego powietrze dostarczało do tej parnej masy nieco tlenu.

Z biegiem czasu mój umysł coraz efektywniej uspokajał moje myśli, mój strach i przerażenie, które wciąż tkwiły we mnie.

— Strach, to jest się nie bać… — przypomniały mi się czyjeś słowa.

Wiedziałem już co się stało — to było tąpnięcie! Siedziałem akurat w skalnej wnęce, wsparty plecami o „felę” — kawałek deski — i jadłem kanapki przyrządzone mi przez moją dziewczynę przed moim wyjściem na nocną szychtę. Jeszcze nie skończyłem jeść, gdy przodowy podniósł się i pochylony spojrzał na mnie, świecąc mimowolnie w moją twarz lampą umocowaną na kasku.

— No, styknie tego dychania, pódźta, chopy, idymy… Robota sama się nie zrobi — powiedział, zagłuszany przez dalekie wycie wentylatora, gdzieś tam na przodku.

Powiesił swoją torbę z prowiantem obok pochłaniaczy, wyszedł z niskiej skalnej wnęki, rozprostowując plecy, po czym, oglądając się jeszcze za mną i dwoma kolegami siedzącymi obok, ruszył w dół czarnego chodnika. Koledzy po chwili wstali i poszli za nim.

Mieliśmy przytaszczyć do przodka reduktor od Grota i go wymienić. Z robotą musieliśmy zdążyć do rannej szychty, ponieważ przenośnik na rano miał być sprawny. Innej opcji nie było. Byłem na wynajęciu, to znaczy — mój sztygar wysłał mnie, zapewne złośliwie — jak zwykle — do pomocy innej kulunie, bo sztygarowi od ruchu przodków brakło ludzi do tachania ciężarów, a przecież swoich starych wyjadaczy do takiej roboty nie mógł dać. Robota może nienajgorsza, ale nie na swoim rejonie, tylko gdzieś na zadupiu, w jakimś chodniku i przodku, których nie znałem.

Nigdy nie lubiłem przodków. Nie było to przyjemne i bezpieczne miejsce, kilkaset metrów pod ziemią, gdzie kombajn „Alpina” z głośnym rumorem rył w węglowym pokładzie, aż drżał górotwór, spąg pod stopami i wszystko wokół, wzniecając tumany ciepłego i duszącego pyłu węglowego. Nieprzyjemnie warkotały i trzaskały metalicznym jazgotem napędy maszyn, nieopodal wył ogłuszająco wentylator i od czasu do czasu grzmiał złowrogo odprężający się górotwór. A przy tym miotający się ludzie, zlani potem, czarni od pyłu, targający na plecach ciężkie żelastwo, betoniki, ostrą, metalową siatkę zbrojeniową, drewniane kłody i wszystko to, co było w przodku potrzebne. Do tego nerwowy zazwyczaj i popędzający wszystkich sztygar. A to wszystko w gorącym, ciasnym, czarnym i zapylonym tunelu — chodniku — w którym ginęły świetlne smugi górniczych lampek, umocowanych na kaskach miotających się ludzi i zaledwie bladą poświatę rozsiewały zabrudzone lampy zawieszone nad napędami maszyn. Dlatego jadłem powoli, ponieważ nie byłem na swoim rejonie i mi nie zależało.

— Im wolniej jesz tym krócej pracujesz — mawiali co niektórzy, ale to się nie sprawdzało, robota była zawsze na wykon i tempo.

— Zrobić co trza i wydupiać z tej dziury — jak mawiali starzy wyjadacze.

Spakowałem resztę kanapek do torby i chciałem wstać, by pójść za przodowym i kolegami, i wtedy… Najpierw, przez ułamek sekundy usłyszałem jęk ściskanych z ogromną siłą metalowych obudów chodnika i drewnianych stempli, wspierających strop wnęki. W tej samej chwili, nim uzmysłowiłem sobie, że coś wokół mnie się dzieje, poczułem gwałtowne drżenie i usłyszałem zbliżający się poprzez górotwór grzmot… I w następnym ułamku sekundy nagły wstrząs, huk, trzask, niby potężny wybuch, ale odczuwany i słyszany jedynie poza znikającą świadomością, a może nawet podświadomie.

W takich sytuacjach organizm działał intuicyjnie, samozachowawczo. Człowiek kulił się i padał na zol. Tak, jakby to miało uchronić go przed złem. Ale przed tysiącem metrów górotworu nad głową, miotanymi wokół skałami i żelastwem nie było schronienia. Tu działało jedynie szczęście — albo się je miało, albo nie… Albo było się w złym miejscu i o złym czasie, albo nie. Nie wiem, czy zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób, to jednak nie miało znaczenia, ponieważ ułamek sekundy później musiałem stracić świadomość, rzucony potężną siłą na ścianę skalnej wnęki, w której siedziałem. Co mnie uratowało? Los? Szczęście? Bo to, że znajdowałem się akurat w złym miejscu i o złym czasie nie ulegało wątpliwości.

Zdawałem sobie coraz bardziej sprawę ze swojej sytuacji i nie wiem, czy mogłem bać się jeszcze bardziej. Serce wciąż waliło w mojej piersi na pograniczu paniki lub zawału, a przerażenie ściskało wnętrzności. Byłem w otchłani piekła, w czarnej dziurze, w potrzasku, prawie tysiąc metrów pod ziemią, na samym dnie i krańcu kopalnianych wyrobisk, jak mały robak, jak pyłek, bezradny, zależny od natury, zdany na łaskę szczęścia.

— Tu szczęście nie ma nic do tego — mawiał sztajger — tu trza mieć rozum i ślepia dookoła łeby.

Ale w tym jednym momencie, w tamtej sekundzie rozum również nie miał nic do tego, miałem to przysłowiowe głupie szczęście. Los był łaskawy. Przeżyłem. Jeszcze żyłem, chyba nawet byłem cały. Zastanawiałem się tylko, czy wyjdę z tego cało, żywy? Czy może… Nie wiedziałem, jak rozległe było tąpnięcie, co się stało z kolegami, czy ktoś i kiedy do mnie dotrze? I… czy zdążą?

— O szczęściu to będziesz mógł godać jak już ujrzysz światełko w tunelu, a potem niebo na wirchu.” — przypomniały mi się słowa, więc w pełni zdawałem sobie sprawę z tego, że moje szczęście było jeszcze daleko od tego miejsca, ode mnie.

Tym bardziej, że tu, w tych czeluściach podziemi Boga nie było, on tu swoją mocą nie sięgał, jego boska moc nie przebijała się przez setki metrów skały. I żadne modlitwy do niego stąd również nie docierały, były więc daremne. Tu bliżej było do piekła… To było piekło. Mimo to modliłem się o to szczęście, aby — skoro już miałem jego namiastkę w nieszczęściu — nie opuściło mnie w potrzebie do końca, do ujrzenia błękitu nieba na wirchu.

— Boże, nie opuszczaj mnie… pozwól mi przeżyć, a zrobię wszystko… i będę ci wierny na zawsze… — szeptałem do czarnej przestrzeni.

Tak, mama miała rację — jak trwoga, to do Boga — sprawdziło się.

Ponowne drżenie, wraz ze złowrogim, przeciągłym grzmotem przetoczyło się przez górotwór, poczułem je całym sobą. Gruz posypał się na mnie z większą intensywnością, tuż przede mną jęknęły złowrogo metalowe fragmenty obudowy, podtrzymujące jeszcze skały górotworu przed całkowitym zawaleniem. Zatrzeszczały, połamane zazwyczaj jak zapałeczki, drewniane stemple. Skuliłem się instynktownie, chociaż nie wiem, czy mogłem stać się jeszcze mniejszy, być mniejszym robakiem… Ponownie poczułem w płucach pył wypełniający moją przestrzeń. A gdy na powrót ucichło i nieco uspokoiła się moja roztrzęsiona świadomość, przestałem się bać, bać o siebie. Przypomniały mi się słowa górniczej piosenki:

_A tam na wirchu słoneczko ćmi…_ _Żona się krząta, a sziynek__śpi…_

— albo:

..._synek się krząta, a żona śpi…_

— jak czasem się śmialiśmy, siedząc przed szychtą na nadszybiu.

Ale tym razem nie było mi do śmiechu. To o moich bliskich, tam na wirchu właśnie, w naszym skromnym, małym, ale przytulnym mieszkanku na poddaszu, ogarnął mnie nagły strach. O dziecko… O „żonę” — moją dziewczynę. Ujrzałem w tych ciemnościach jej twarz, jej szczupłą postać, jak pochyla się nad łóżeczkiem i nuci cicho kołysankę, a jej lśniąco czarne włosy okalają jasną twarz. I zastanawiałem się niespokojnie: co ona, biedna, zrobi beze mnie, sama w obcym świecie, gdzie nie ma nikogo, tylko nieporadne dziecko? Jak sobie poradzi? I jak przeżyje przyniesioną jej z rana informację, że zostałem gdzieś tam, na dole, w czarnym chodniku, tysiąc metrów pod naszym familokiem? Może na zawsze?

*

Pewnego dnia, może miesiąc po tym, jak zamieszkała już ze mną i dzieckiem w moim skromnym mieszkanku na poddaszu familoka, a ja zacząłem mówić do niej — „żono” — stanęła naprzeciw i spojrzała na mnie spokojnymi, ciepłymi oczkami.

— A powiedz mi… bo jak ciebie nie było, byłeś w pracy, to zaczęły dzwonić szklanki w szafce i miałam wrażenie, że zatrząsł się cały dom. I to już któryś raz tak. Co to jest? Trzęsienie ziemi czy co? — pytała, patrząc na mnie spokojnie, nieświadoma.

A ja odpowiedziałem, tak bez zastanowienia, bez zrozumienia jej sytuacji, jej ewentualnych emocji:

— To tąpnięcie.

— Tąpnięcie? Czyli co? — jej oczka zrobiły się nieco większe.

— No… takie odprężenie górotworu. Zawał — tłumaczyłem. — To wtedy tam na dole zawala się gwałtownie jakiś fragment ściany albo jakiś chodnik, rozumiesz.

— Zawala? — jej oczy zrobiły się niespokojne.

— No tak… Może nie zawsze, ale czasami skały zaciskają jakiś tunel, wiesz, zgniatają wszystko co tam jest, maszyny, ludzi, wszystko — starałem się jej to zobrazować, ponieważ o kopalni nic jeszcze nie wiedziała.

— Jak to ludzi… — wyszeptała bladymi ustami.

Gdy ujrzałem jej twarz i nagły strach w oczach, zrozumiałem, jakie palnąłem głupstwo. Przecież o czymś takim nie mówi się najbliższym, oni nie powinni tak rozumieć tego, co czasami było odczuwalne na powierzchni. Teraz każdy wstrząs, każde dzwonienie szklanek będzie ją przerażać — uświadomiłem sobie, ale zbyt późno. Jak zwykle za późno. A potem ten strach w jej oczach widziałem każdego dnia, gdy wychodziłem na szychtę. Czułem, że od tamtej chwili wciąż się bała, chociaż starała się tego nie okazywać.

— Szczęść Boże — mówiłem zawsze, wychodząc z mieszkania po pożegnalnych uściskach.

— Szczęść Boże, kochany — odpowiadała, wpatrując się we mnie. — Uważaj na siebie w tym piekle i wracaj szczęśliwie. I pamiętaj, nie wchodź tam, gdzie się zawala — dodawała z troską.

Kiwałem jedynie na znak zgody głową. Cóż mogłem odpowiedzieć — że tam na dole tąpnięcie może zdarzyć się wszędzie, że tam nie ma miejsc całkowicie bezpiecznych? I, że tąpnięcie to tylko jedno z wielu zagrożeń? Na szczęście wtedy jeszcze niewiele wiedziała o kopalni.

*

Wczorajszego, niedzielnego wieczoru, obejmując mnie przy pożegnaniu wypowiedziała te same słowa. To już był nasz rytuał.

— Spokojnie, nie martw się, nie jest aż tak źle, jak to sobie wyobrażasz — chyba po raz pierwszy uspokajałem ją w ten sposób. — Ślepy los nade mną czuwa — dodałem tak, jakbym coś przeczuwał. — Szczęść Boże. Do jutra. I czekaj na mnie z cieplutkimi nóżkami.

Pocałowałem ją i wyszedłem, jak zwykle spokojny i jak zwykle z pewną obawą, gdzieś w głębi siebie, w podświadomości. A obawa ta objawiała się taką ledwie uchwytną, jak krótkie spięcie w mózgu, myślą — a może było to wasze ostatnie pożegnanie?

Jednak już chwilę później, biegnąc do tramwaju myślałem o jutrzejszym poranku, o tym jak wrócę do naszego małego mieszkanka. Tak, jak było to od chwili, gdy ze mną zamieszkała, ucałuję najpierw śpiące dziecko, a potem wskoczę do ciepłej pościeli, zacznę całować jej słodkie, miękkie usta i twarde sutki, w dłoniach zamknę krągłe, delikatne piersi, zagłębię się w nią, gorącą i dysząc z podniecenia pogrążymy nasze ciała w namiętnym, zwariowanym tańcu, unosząc się ponad nasz familok, ponad chmury, aż sięgniemy nieba i boskiej rozkoszy, która wciąż była tak samo nieokiełznana, jak za pierwszym razem.

Natomiast z każdą kolejną minutą w drodze do pracy za tymi obrazami wyobraźni pojawiał się we mnie skryty niepokój, objawiający się uciskiem w płucach. Obawa przed tym, co było przede mną, przed nieznanym, przed tym, co będę na tej szychcie robił, w jakich warunkach i co może się wydarzyć. Obawa przed niepewnością, taki cichy, podświadomy lęk, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że tam na dole może zdarzyć się wszystko. Z kolei, gdy wchodziłem już do dusznej, cuchnącej szatni, zdejmowałem z siebie czystą odzież, wieszając ją w worku na haku, ubierałem przepoconą i brudną odzież roboczą, a potem pobierałem butelki z wodą, swoją lampę, pochłaniacz oraz znaczek identyfikacyjny i zasiadałem pomiędzy kolegami na nadszybiu, czekając na sztygara — to wszystko, co było gdzieś tam we mnie, mijało. Stawałem się górnikiem pomiędzy górnikami — zwykłymi, prostymi, szarymi ludźmi.

Patrzyłem codziennie na te same twarze, słuchałem ich żartów, krótkich opowieści o rodzinie lub dyskusji o ostatnich wydarzeniach w kraju i uświadamiałem sobie, że oto patrzę na cichych bohaterów, zwykłych, ale niesamowitych ludzi, którzy żartując i śmiejąc się, zdawali się nie przejmować tym, że codziennie balansują na granicy życia i śmierci. Z czasem zrozumiałem, że te krótkie dyskusje, głośnie żarty i śmiech miały swoją przyczynę — zagłuszały w każdym z nas podświadomy niepokój.

A potem była jeszcze chwila zadumy w pędzącej na dół szoli, gdy zdawałem sobie sprawę, że oto zagłębiam się w czeluście Ziemi, w głęboką otchłań, gdzie człowiek jest zdany na łaskę natury i własną zaradność. Gdzie nie ma blasku słońca, błękitu nieba, chmur i gwiazd, a jest tylko ciemność, niepewność i zadanie do wykonania.

Natomiast już tam, na dole, po wyjściu z szoli ogarniała mnie dziwna świadomość, że oto jestem w miejscu, które od pewnego czasu było moim nowym światem, wyizolowanym, niepowtarzalnym, strasznym, innym od wszystkich innych miejsc i światów. Moją nową rzeczywistością, w której nie każdy mógł się znaleźć, a w której znalazłem się z własnego wyboru.

*

Miałem już tę świadomość, że dzisiejszej, feralnej nocy musiało żonę obudzić dzwonienie szklanek w szafce, co na pewno ją przeraziło, ponieważ ja — jej mężczyzna i opiekun — byłem w tym momencie tu, na dole, pod ziemią, w tym piekle, gdzie odprężał się górotwór i coś się zawalało. Akurat w tym miejscu, w tym chodniku, gdzieś pod naszym starym familokiem.

Coś przede mną pękło z trzaskiem, przerywając moje myśli. Rozległ się jęk skrzypiącej stali, rumor opadającego skalnego gruzu i nagle okruchy skalne dosięgły moich stóp. Wraz z tymi odgłosami serce skoczyło mi do gardła, krew o mało nie rozsadziła żył, coś ścisnęło żołądek. Strach ponownie wypełnił każdą komórkę mojego ciała. Miałem wrażenie, że zbiera mi się na wymioty. Bum bum, bum bum… dudniło w mojej piersi i żyłach. Moja przestrzeń, w której jeszcze trwałem, zawęziła się gwałtownie. Na jak długo? Ile jeszcze wytrzyma osłaniające mnie żelastwo, chroniąc moje życie?

— Boże… Boże… nie opuszczaj mnie w potrzebie — szeptałem w modlitwie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Byłem przerażony, tym bardziej, że nic nie widziałem. Nie wiedziałem, co mam przed sobą i obok siebie. Widziała to jedynie moja wyobraźnia. Siedziałem w skalnej wnęce, a przede mną miejsce dotychczasowego, podziemnego chodnika zajęło zwalisko skał i żelastwa. Tak to musiało wyglądać. Ta skalna wnęka, która mnie ocaliła, wciąż jeszcze osłaniała mnie przed… Bałem się tego słowa, nawet w swoich myślach, ale czy mogłem bać się jeszcze bardziej? Czy w mojej sytuacji istniało słowo, które mogło przerazić mnie skuteczniej?

Śmierć…

— Ile mnie jeszcze od niej dzieli? — zastanawiałem się mimowolnie, czując jej oddech w pobliżu.

Tak, śmierć tym razem chybiła celu, ale wciąż była tuż obok mnie, czatowała i czekała: kto będzie szybszy — ona czy… ratownicy.

Wyprostowałem drętwiejące nogi. Mogłem je prawie całkowicie wyprostować, nim poczułem pod stopami granicę przestrzeni mojego kruchego życia. Szarpnąłem za kabel od lampy, namacałem dłońmi to, co blokowało jej głowicę, próbując po omacku wydostać z uwięzi. Udało się. Przekręciłem włącznik… Błysk mnie oślepił.

Po pewnym czasie otworzyłem oczy i skierowałem wzrok, i strumień światła w lewo, tam gdzie do niedawna siedział przodowy i dwóch kolegów. To, co zobaczyłem mnie przeraziło. Dotychczasową skalną wnękę wypełniały fragmenty stalowej obudowy, odłamki skał i węgla, z których sterczały połamane drewniane stemple, podpierające do niedawna jej strop. Serce mi zamarło. Zaledwie kilka minut dzieliło przodowego i kolegów od pewnej śmierci… Ale, czy przeżyli będąc tam, gdzie byli te kilka minut później? Jakież przeczucie sprawiło, że przodowy nagle wstał i opuścił to miejsce, ciągnąc za sobą obu chłopaków? A jakie przeczucie zatrzymało w tym miejscu mnie? Co sprawiło, że usiadłem akurat tu, a nie obok? Przecież nic nie przeczuwałem, poza pewną obawą odczuwaną podświadomie na każdej szychcie. Nic…

Przeczucia… Przeczucia są ślepe… Tak, jak życiowe wybory, jak ślepy los, który mną kierował, czasami bez względu na moje wybory. Bez względu na plany. Dlatego od pewnego już czasu mój plan brzmiał zawsze bardzo prosto — a niech się dzieje, co ma być, jakoś to będzie… Prostota tego planu ułatwiała mi funkcjonowanie. I ten los właśnie doprowadził mnie aż tu, na samo dno, do bram piekła.

I nagle zacząłem się zastanawiać, nie po raz pierwszy — co ja tu robię, tu, tysiąc metrów pod ziemią, w tym potrzasku, na granicy życia i śmierci? Czy mój Los zaprowadził mnie w to miejsce, na samo dno, za moje niepopełnione grzechy? Czy to ma być mój kres? Koniec drogi?

— Co się odwlecze, to nie uciecze — jak mawiała moja babcia.

Tak, mój koniec mógł nastąpić już wiele lat temu, pewnego majowego dnia, wtedy, gdy pełen złych emocji, targany bólem po niespełnionej miłości i zdradzie, na złość dziewczynie chciałem zrobić coś zwariowanego, czegoś spróbować, coś sobie udowodnić, nie wiedząc do końca — co — i mając w zamiarze wykonanie czegoś niemożliwego odepchnąłem się od drewnianego mostku i wskoczyłem do zimnej wody jeziora…II. ANTIDOTUM

Ogarnęła mnie ciemność i dziwna cisza… Pod stopami poczułem piaszczyste dno… W tym momencie nagły chłód, który milionem igieł wbił się w moje ciało, mnie otrzeźwił, wyrwał z otępienia i przywrócił trzeźwość myśli.

— Co ty robisz! — wrzasnęła moja świadomość, przerażona.

Kilka sekund później, dygocąc z zimna, biegłem po chłodnym piasku, obok drzew, pomiędzy którymi minionego lata leżało ciało Mirki, wystawione na gorące promienie słońca, a kropelki jej potu wsiąkały w ten piasek. Biegłem, aż dopadłem do swojej Syrenki. Otrzeźwiałem.

— A jednak się odważyłem — roztrząsałem w sobie to, co zrobiłem — skoczyłem do zimnej wody, nie wiedząc nawet na co się porywam.

I nawet przed samym sobą bałem się przyznać, że zrobiłem coś, co nie miało żadnego sensu. Mimo to ból w piersi, ból oszukanego i porzuconego chłopaka, pozostał.

Nie pojechałem na praktyki, które rozpoczynały się tego dnia w jednym z pobliskich zakładów „ERG”. Wróciłem do domu, aby choć trochę uspokoić złe emocje i raz jeszcze wszystko przemyśleć. Żyłem, pomimo, że straciłem chęć do życia. Nie miałem już zamiaru kolejny raz balansować na jego granicy, ale musiałem coś zrobić, aby stłumić to bolesne uczucie w sobie. Szukałem dróg wyjścia, wciąż przed oczami mając postać Mirki — gdy szła do mnie w swoim dżinsowym stroju, uśmiechając się z daleka, z grzywą czarnych włosów rozwianych na wietrze… Albo, jak stała w drzwiach łazienki prawie naga, a ja wpatrywałem się w jej białe, kształtne piersi, w dziewczęce kształty… Albo, gdy stała w wodzie zanurzona po uda, a wszyscy wokół wlepiali w nią oczy. I gdy leżała naga w pościeli, a ja zachwycałem się widokiem jej ciała… Ale też ukazywał mi się obraz, gdy szła wzdłuż czerwonego muru, ubrana w jasny płaszcz, na którym czarną plamą rozlewały się jej włosy. Odchodziła, pozostawiając mnie z parą zakochanych — ułana obejmującego dziewczynę — stojących na ceglanym, czerwonym murze, jak nad przepaścią. I wciąż miałem wrażenie, że również stanąłem nad przepaścią.

Wyjście miałem tylko jedno — musiałem zapomnieć — ale o Mirce nie można było zapomnieć ot tak, z dnia na dzień. Ona potrafiła wgryźć się w pamięć, w mózg i zakodować na zawsze tak, jak przed laty obraz mojej dalekiej kuzynki i moje emocje związane z odkrywaniem tajemnic jej dziewczęcego ciała. Zatem musiałem zrobić to, o czym kiedyś z chłopakami rozmawialiśmy, szukając antidotum na bolesną miłość.

— Na największe smutki najlepsze wino, muzyka i śpiew! — wołaliśmy wtedy do otaczającego nas świata.

— I dziewczyny! — dodawałem, gdy jeszcze nie miałem z dziewczynami większych problemów. — Trzeba szaleć, chłopaki, póki czas i brać życie pełnymi garściami!

Po moim skoku do wody rozchorowałem się i przez pierwszy tydzień męczyłem się w domu ze swoim samopoczuciem i gorzkimi myślami. Gdy wyzdrowiałem, jeździłem codziennie Syrenką do zakładu na praktyki, a po południu, w poszukiwaniu rozrywki i zapomnienia jechałem z Witkiem i Zbychem do Romka. Tam popijaliśmy wino, gadając o bzdetach i dupie Maryny, po czym rozluźniony wracałem do domu.

Aby zapomnieć musiałem rzucić się w wir życia, bawić się, szaleć z dziewczynami, tarmosić je i dobierać się do każdej napotkanej na swej drodze, jak twierdzili koledzy. Tylko jak miałem szaleć, jak rzucać się w wir życia, skoro rzeczywistość wokół była taka szara i blada? Jak tarmosić się z każdą napotkaną dziewczyną, skoro w głowie miałam wciąż ten sam obraz, jak wzorzec, do którego mało która dziewczyna pasowała? Zatem w ramach antidotum rzuciłem się w wir życia na tyle, na ile było to możliwe — jeździłem z chłopakami na każdą okoliczną zabawę, a na każdej takiej zabawie było wino, muzyka i śpiew…

— Życie jest piękne, chłopaki, trzeba szaleć i używać na całego, póki czas! — wołałem wciąż, chociaż w sobie czułem zupełnie coś innego.

Piłem więc z chłopakami wino, czasami tańczyłem z przypadkowymi dziewczynami, które potem całowałem w ciemności, bo tak wypadało i tego ode mnie oczekiwały, po czym wracałem do domu. Robiłem co mogłem, aby rzucić się w wir życia bez zmartwień, bez problemów, które bolały, ale zawsze następował ten moment, gdy trzeźwiałem i zostawałem sam. Sam ze swoimi myślami, przez które przedzierał się, jak przez mgłę, blask tamtych dni z Mirką. Dziwne w tym wszystkim było jedynie to, że dopóki byłem z Mirką, ciągnęło mnie również do innych dziewczyn, które wyzwalały we mnie niezrozumiałe emocje: Karolina, Iwona, Ola… A teraz… Teraz wszystko się zmieniło. Nie czułem potrzeby szukania innej dziewczyny.

Robiłem, co mogłem, ale nie potrafiłem Mirki zapomnieć, ani przestać o niej myśleć. Zadawałem więc swemu sercu gwałt, starając się zabić w nim to uczucie miłości, tęsknoty i zawodu. Musiałem zniszczyć w sobie wszystko to, co dawało mi powód do myślenia o niej. Wmawiałem sobie, że była nic nie warta, że o takiej, jak ona nie warto nawet myśleć… Oskarżałem ją, winiłem za wszystko, za ból zawodu i rozczarowania, a jednak, niestety, wciąż ją kochałem. Wmawiam sobie, że to nieprawda… ale to nie pomagało. Wciąż dręczyła mnie świadomość, że byłem oszukiwany, a to bolało najbardziej. I bolało również to, że nie zasmakowałem z nią pełni cielesnej rozkoszy, że nie zagłębiłem się w nią, pełen szalejących zmysłów, że nie połączyły się nasze roztrzęsione ciała, że jej nie zdobyłem i… nie przeleciałem. A zrobił to ktoś inny.

*

Rodzice rozchorowali się na dobre. Tato miał problemy z kręgosłupem i jak się okazało, również z sercem. Mamy chorób nikt przy mnie nie nazwał, ale również nie mogła ciężko pracować. Pozostało jej jedynie pilnowanie kurek i kaczuszek, jak sama mówiła, śmiejąc się z tego faktu. Zatem decyzja zapadła… I wtedy stanąłem nagle przed życiowym dylematem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Przed kolejnym istotnym wyborem, który miał zaważyć na moim dalszym losie, ale pochłonięty własnymi troskami nie przywiązywałem do tego wyboru większego znaczenia.

Pewnego niedzielnego popołudnia, trochę skacowany po sobocie, w obecności siostry i brata dostałem do podpisania dokument. Od mojej decyzji, od jednego podpisu zależało, czy przejmę po rodzicach ziemię i gospodarstwo czy też nasze hektary, użyźnione wylanym w tę ziemię potem dziadków, rodziców, rodzeństwa i moim, pójdą w obce ręce.

— Zastanów się dobrze — mówił brat. — To decyzja na całe życie i nie da się jej odwrócić.

— Nie mam się nad czym zastanawiać — odparłem bez chwili namysłu, dręczony bólem głowy po sobotniej imprezie. — Wy zrezygnowaliście i mnie się też nie marzy orka na roli. To nie dla mnie, chcę mieć święty spokój, a nie być niewolnikiem ziemi i pogody. Martwić się, czy mi urośnie czy nie.

— My już mamy swoją pracę i własne życie — tłumaczyła siostra — więc trudno nam teraz coś nagle zmieniać, ale ty masz wybór. Wszystko jest jeszcze przed tobą, ale jak już wybierzesz, to trudno będzie to zmienić.

— Jak wybierze, to potem już nic się nie da zmienić — dodawał brat. — To droga jednokierunkowa, nie ma zawracania — wyjaśniał, jak na kierowcę autobusu przystało. — Zastanów się dobrze. Coś mówiłeś o foliach i pomidorach, zdaje się — powstrzymywał mnie przed nieprzemyślaną decyzją.

Nie musiałem i nie miałem zamiaru się zastanawiać. Miałem w sobie większy problem, który mnie gnębił.

— Nie chcę gospodarki, ziemi i folii — odparłem opryskliwie i swoim podpisem zrezygnowałem z prawa do przejęcia ziemi po rodzicach.

Tej ziemi i tej łąki, z której w wyobraźni mogłem zaglądać do okien Mirki, widocznych w odległym bloku za górą, za lasem. Ale to już nie miało żadnego znaczenia.

*

Nieco wcześniej, gdy ze świadectwem w ręku wszedłem do domu, zauważyłem leżącą na kredensie kopertę. Była adresowana do mnie, bez nadawcy.

_Cześć pijaku z innej bajki. Długo się zastanawiałam, czy napisać do ciebie. Ale lepiej do ciebie niż do tamtego idioty. Nie wiem, czy wiesz, ale on chyba już narobił w pory ze strachu, a do mnie się nie odezwał. Gdyby się odezwał wiedziałby o wszystkim wcześniej, a tak to niech ma za swoje. Przekaż mu (idiocie Mirkowi, twojemu koledze), że może się nie bać. Nie byłam i nie jestem w ciąży, i nie mam jego bachora. To była dla niego kara za chamstwo. Ale ty, kurcze, nie okazałeś się lepszy. Zostawiłeś mnie jemu na pożarcie, bo wolałeś wino i kolesiów. Widocznie nie byłam aż tak ważna. Dużo straciłeś. I żebyś nie myślał, że poszłam sobie z tym idiotą, to wiedz, że tylko on był w stanie mi pomóc. Szukałam cię, chciałam postawić na nogi i spędzić z tobą tę noc, ale on mnie oszukał i po chamsku wykorzystał… Nie szukaj mnie, nie odpisuj. Iwona._

_PS. Nie uczę się fryzjerstwa, ale znalazłam kiedyś ogłoszenie i chodzę na kursy kroju i szycia, i to jest całkiem fajne, to lubię. To tyle twoich zasług. Ja chyba nauczyłam cię dużo więcej, bo byłeś jeszcze trochę cienki w tych sprawach, ale przynajmniej się starałeś. To jesteśmy kwita._

_PS. PS. Ale, tak na marginesie, to jednak fajnie było. Jesteś naprawdę z innej bajki. Szkoda tylko, że nie uwierzyłeś w moją bajkę. Żegnaj pijaku…_

To było zupełne zaskoczenie — Iwona jednak napisała i, jak się okazuje, nie była w ciąży, jedynie postraszyła Mirka.

— I bardzo dobrze, niech ma za swoje — pomyślałem z satysfakcją o koledze.

Ucieszyło mnie jeszcze to, że zdecydowała się zmienić zawód — dzięki mojej perswazji. Natomiast zbulwersowała mnie jej opinia na mój temat.

— Ja byłem cienki? Wielce doświadczona się znalazła — wyrzucałem jej w myślach.

Jednak, gdy wieczorem przeczytałem list po raz kolejny i przypomniałem sobie jej nagą postać, jej złoto-blond włoski i dotyk muszelki na mojej dłoni, przyznałem jej rację. Przecież to był mój pierwszy raz i pomimo, że się starałem, to może czegoś w moim działaniu zabrakło? Może mogłem zrobić coś lepiej, a ona oczekiwała czegoś więcej, inaczej?

— A niech tam, niech jej będzie — pomyślałem.

To przecież dzięki niej poznałem smak seksu, smak nagiego, dziewczęcego ciała, a tego zapomnieć się nie da. Jednakże, gdzieś w mojej podświadomości zakodowała się ta myśl, że nie byłem w tym dobry. Przecież z Mirką pamiętnej, andrzejkowej nocy również wszystko poszło nie tak, jak chciałem. I to Mirka była wtedy zbulwersowana i zaskoczona, ponieważ to było, jak sądzę, jej pierwsze takie doświadczenie, a mi było głupio i wstyd. I miałem poczucie, że zawiodłem w tak ważnym momencie, wtedy, gdy powinienem się wykazać — jak uświadamiała mnie Iwona.

I zastanawiało mnie jeszcze jedno — czyżby właśnie ta noc była powodem tego, że Mirka zaczęła się ode mnie oddalać, pomimo, że wciąż jeszcze była ze mną? A z czasem wręcz wmówiłem sobie, że tak właśnie było — zawiodłem, gdy powinienem się wykazać. Być może ktoś inny zrobił jej lepiej koło… — jak mówili koledzy — i stało się. Nie mogłem w to uwierzyć, ale to właśnie mogło być powodem jej odejścia. Świadomość tego tym bardziej bolała i męczyła moją psychikę.

*

Mijały gorące, lipcowe dni, a ja wciąż jeszcze myślałem o Mirce, zatruwałem sobie życie i dręczyłem sam siebie. Rodzina, a nawet niektórzy znajomi przyglądali mi się z boku, kręcili głowami, coś dogadywali na temat ciągłych zabaw, picia alkoholu i mojego dziwnego zachowania. Pytali, co się dzieje, ale nie odpowiadałem, miałem wszystko gdzieś.

— Czyżbym już zwariował? — zastanawiałem się sam nad sobą z pewnym przerażeniem, ponieważ pod wpływem tych uwag zaczynało docierać do mnie, że to, co się ze mną działo, to był jakiś obłęd.

Miałem świadomość, że Mirka już nie wróci, ale wciąż jeszcze tliła się we mnie ta iskierka naiwnej nadziei. Męczyła mnie samotność i tęsknota, jak w każde wakacje, ale tym razem na te emocje nie pomagały nawet posiadówki u Romka, zabawy w gronie kolegów, ani tańce i pocałunki z przypadkowymi dziewczynami. Zdawało się mi nic nie pomagać: ani wino, ani muzyka, ani śpiew…

Kiedyś z kolegami doszliśmy do odkrywczego wniosku, że jest jeszcze jedno antidotum na nieszczęśliwą miłość — zakochać się w innej szalonej dziewczynie. Ta idea była ostatnią szansą na wyzwolenie się z bólu, ale w mojej sytuacji stało się to również niemożliwe — przed kolejną miłością postanowiłem się bronić. Walcząc ze swoimi emocjami uzmysławiałem sobie, że zapewne jeszcze nie raz zaznam takiego zawodu, dlatego w przyszłości, aby mniej bolało, powinienem być na to przygotowany. Postanowiłem więc uczyć się samoobrony przed miłością, a może nawet przed jakimkolwiek uczuciem, starając się zakorzenić w sobie obojętność i chłód w relacjach z dziewczynami. Równocześnie bałem się, że gdy mi się to uda, zostanę bez ducha, bez serca, bez uczuć, zimny, obojętny, zamknięty w sobie, nieprzystępny.

— A może tak właśnie trzeba? — rozważałem w sobie. Zawracać w głowie wszystkim napotkanym dziewczynom, tarmosić je, pchać im ręce w majtki, skoro to lubią — jak twierdzili koledzy — nie angażując się emocjonalnie? Ale, czy to jest możliwe? Z czasem przekonałem się, że z pewnymi dziewczynami jest to możliwe.

Jeszcze przed żniwami, gdy wspomnienie nagiej Mirki, jak też pikantnych zabaw z Iwoną, doskwierało moim zmysłom, trafiłem na dziewczynę, która okazała się być po prostu bezproblemowa. Była obca, chociaż znała dobrze Romka i Witka, i to z nimi przyszła na naszą zabawę. Była niebrzydka, wszystko miała na swoim miejscu, spoglądała na mnie ciekawie, więc w pewnym momencie, nie mając innego wyboru, porwałem ją do tańca, pomimo, że to koledzy się do niej ślinili. Prawdę mówiąc, to miałem wielką ochotę na dziewczynę Antka, która wtedy po raz pierwszy pokazała się na zabawie w naszej wsi, ale była, niestety, niedostępna, pomimo, że kilka razy obdarzyła mnie ujmującym spojrzeniem i uśmiechem. Antek i Mirek pilnowali jej i nie odstępowali na krok. Natomiast znajomej Romka nie musiałem podrywać i o nią zabiegać, więc wszystko było proste.

W tańcu dziewczyna spoglądała na mnie, milcząc, trochę się uśmiechała, czasami mocniej przytulała, a ja zachowywałem się dokładnie tak, jak ona, zerkając na nią obojętnie. Przez pół nocy zamieniliśmy jedynie kilka słów.

— Co się cięgiem nie odzywasz? — zarzuciła mi w pewnym momencie. — No, co nic nie mówisz? — spytała ponownie, gdy nie odpowiedziałem. — Nie chcesz ze mną gadać czy jak?

— Nie lubię rozmawiać — wyjaśniłem. — Wolę tańczyć.

— Aaa, rozumiem, jesteś widać nieśmiały — odparła i dała mi spokój.

Zaraz po północy, gdy wino już na nas obojga trochę działało, zaproponowałem abyśmy się przeszli. Miałem cichą nadzieję, że uda mi się wytarmosić jej cycki, ponieważ podobały mi się te jej wypukłości widoczne w głębokim dekolcie.

— No dobra, jak chcesz — zgodziła się i poszliśmy na długi spacer, wciąż milcząc, ponieważ nie miałem ochoty zabawiać jej rozmową.

Jednak w pewnym momencie, mając świadomość, że w ramach antidotom powinienem coś zrobić, i aby nie pomyślała sobie, że jestem fajtłapa, zastąpiłem jej drogę i bez zastanowienia zacząłem całować, czując w ustach nieprzyjemny posmak papierosów, które paliła. Nie opierała się, a gdy przestałem, spojrzała na mnie zadowolona.

— A myślałam już, że to stracona noc, bo jesteś nieśmiały — stwierdziła, po czym to ona zaczęła mnie całować, wpijając się w moje wargi i buszując po nich językiem.

Nie wyzwalało to we mnie wyjątkowych emocji, za to w tym czasie mogłem powoli dobierać się do jej biustu. Gdy już moja dłoń zbłądziła pod jej stanikiem, dziewczyna odsunęła się nagle i pociągnęła mnie w stronę złocistego łanu zboża rosnącego przy drodze.

— Ale teraz to chyba się mnie nie boisz, co? — spytała z pewną ironią w głosie.

Gdy już stanęliśmy pośród złocistego łanu i zaczęliśmy się ponownie całować, jej dłonie zajęły się niespodziewanie moim paskiem od spodni, guzikiem i zamkiem. Tak, jak kiedyś dłonie Iwony. Nawet zastanowiłem się wtedy, czy to wszystkie dziewczyny tak robią, zakładając, że my to lubimy? Czy też się nawzajem instruują, tak jak my z tym pchaniem rąk w majtki? Gdy z pewnym napięciem i obawą czekałem na to, co się dalej stanie, dziewczyna odsunęła się, zdjęła swoje czarne majtki i ściskając je w dłoni położyła się na wydeptanym zbożu, wpatrując we mnie. Tak, jak kiedyś…

— No chodź, szybko… Nie bój się — zakomunikowała cicho, podciągając nieznacznie sukienkę.

Trochę się tego obawiałem, nie byłem pewny, czy mój organizm zadziała, bo przecież dziewczyny nie pragnąłem, ale… Nie szukałem oczami jej złotych lub czarnych włosków, znaczących tajemnicę jej ciała, którą powinienem pragnąć ujrzeć i dotknąć, ale też nie czekałem na kolejne zachęty. A gdy już znalazłem się pomiędzy jej udami i wyłuskałem spod stanika całkiem fajne, jędrne piersi, długo je tarmosząc i całując, czekając przy tym na przypływ podniecenia, usłyszałem kolejną krótką zachętę:

— No, to działaj, szybko i możesz do końca.

Ale z tym miałem mały problem.

— Czekaj, pomogę ci, bo się spiąłeś, widzę — usłyszałem jej ponowny głos, gdy przez dłuższy czas próbowałem podjąć działanie, ale wciąż coś było nie tak.

I wtedy poczułem jej dłonie na swojej męskości, które zaczęły swoją grę, powodując nieznaną eksplozję moich doznań. Dziewczyna wiedziała co robi, więc już po chwili reszta działa się sama. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, nie było szybko. Było fizycznie, bez większych emocji, bez szaleństwa zmysłów, nawet bez głośnego pojękiwania dziewczyny. Chciałem szybko, by mieć to z głowy, ale wciąż mi czegoś brakowało, więc galopowałem i galopowałem…

— Kończ już… — wyszeptała, dysząc głośno, gdy już od dłuższego czasu męczyłem się nad nią, próbując dobrnąć do mety.

Wydała głośniejszy jęk dopiero w momencie, gdy mocno się w niej zaparłem, do końca — tak, jak chciała — szukając większej dawki przyjemności, która przez chwilę mną zawładnęła. I tyle. Jednak po wszystkim miałem w sobie tę satysfakcję z tego, że ją dopadłem.

— Długodystansowiec z ciebie — podsumowała moje działania, ubierając majtki.

Ten epizod spowodował, że zrozumiałem, dlaczego uprawianie seksu ma tyle synonimów. Uświadomiłem sobie, że nie kochałem się z tą dziewczyną, nawet chyba nie uprawialiśmy gorącego seksu. Po prostu dymaliśmy się wzajemnie, bez namiętnych westchnień i pojękiwań, bez czułości i gry zmysłów, dążąc jedynie do chwili przyjemności, ukojenia napiętych zmysłów i odprężenia ciał.

Spotkaliśmy się ponownie, całkiem przypadkowo, na chacie w Białym Borze, dokąd pojechałem z Romkiem i Witkiem, i z cichą nadzieją na spotkanie dziewczyny Antka, której jednak nie spotkałem. Poszedłem więc z nimi do Sabiny, gdzie w zamian spotkałem tę dziewczynę z zabawy. Wypiliśmy trochę wina, a potem znaleźliśmy się w stodółce na sianie. Gdy zaległem pomiędzy jej udami, zakomunikowała mi tak, jakby przeczytała instrukcję obsługi jakiegoś urządzenia:

— Tylko dzisiaj nie tak długo, wiesz, i musisz wyskoczyć. Tylko żebyś zdążył, no bo wiesz…

Na szczęście wiedziałem już co to znaczy, że muszę wyskoczyć… Rozmawialiśmy o tym z chłopakami nie raz, instruując się nawzajem. Dla mnie to wyskakiwanie było trochę głupie, ale innego sposobu nie było.

Tym razem było trochę głębokich westchnień dziewczyny, paznokci na skórze moich pleców i więcej pojękiwań. Być może dlatego, że w drugim krańcu stodółki pojękiwała głośno Sabina, którą tarmosił Romek, co znacznie podnosiło atmosferę tamtej chwili, a ja postanowiłem się wykazać, mając w pamięci instrukcje Iwony: na początku powoli… Było jednak… szybko. W pewnym momencie, wnioskując chyba po moim przyspieszonym nagle galopie i głośniejszym oddechu, dziewczyna odepchnęła mnie od siebie, angażując w dalsze działania swoją ciepłą dłoń. I było to zaskakujące doznanie, chociaż nie tak ekscytujące, jak z Iwoną.

Po wszystkim zadała mi nieoczekiwane pytanie:

— Słuchaj, szukasz może dziewczyny?

— Nic nie zgubiłem, więc niczego nie szukam — odparłem obojętnie, wiedząc do czego zmierza.

— Nie, to nie — podsumowała moją odpowiedź, a mimo to zapraszała mnie na kolejny seans na sianie, jednak nie miałem więcej okazji, by zawitać do jej stodółki.

*

Gdy późnym popołudniem stanąłem przed Gospodą w Płużanach, rozglądając się za kolegami, festyn trwał w najlepsze. Teren wokół tętnił już życiem. Biało-czerwone flagi i transparenty z tymi samymi, jak co roku, hasłami, rywalizowały z zielenią parkowych drzew. Rozbrzmiewała muzyka zmieszana z gwarem rozmów, krzyków i śmiechu. Lipcowe, jasne słońce kładło się swym gorącym blaskiem na wszystkim wokół, zmuszając większość imprezowiczów do szukania cienia w parku. Nad wejściem do Gospody dostrzegłem jednak pewną nowość — czerwony transparent z białymi literami: „_Socjalizm tak, wypaczenia nie.”_

W Gospodzie kłębił się tłum. Tym razem w ten świąteczny dzień cały lokal był do dyspozycji ludu, lokalna władza najwidoczniej zrezygnowała ze wspólnego biesiadowania. Najpierw stanąłem w kolejce za piwem, przyglądając się ludziom i mimowolnie nasłuchując rozmów.

— Mówię ci, że Gierek jest w porządku. Sam zobacz, górnik, chłop z ludu, wie co to ciężka robota. Nie wziął się znikąd, nie przywieźli go w teczce z Moskwy.

— No tak, ale to, co on robi…

— A co robi, człowieku… Sam zobacz, trzyma z zachodem, ma od nich te… technologie, buduje, rozwija i o to chodzi, człowieku. Co ty chcesz jeszcze… A zniesienie obowiązkowych dostaw, a renty rolnicze, to kto? On właśnie.

— No tak, ale rok siedemdziesiąty szósty, to co? To jego sprawka przecież.

— A tam, gadanie… To rząd, Jaroszewicz… Czekaj, Gierek z nimi wszystkimi zrobi jeszcze porządek, sam zobaczysz, mówię ci…

Dziwiły mnie takie rozmówki zasłyszane czasami pomiędzy sąsiadami, a nawet w domu. Opinie o polityce wyrażane przez ludzi, którzy się na tej polityce nie znali. Opinie, które niczego nie wnosiły i nic nie zmieniały. Taka była nasza rzeczywistość i tyle, nic nam do tego. Nawet Hubert, kolega z klasy, gdy kiedyś na lekcji polskiego wyskoczył z tą sprawiedliwością społeczną, został przez panią zgaszony, bo taka dyskusja do niczego nie prowadziła. Daremna gadka, tak już jest i tyle — po raz pierwszy chyba roztrząsałem w sobie polityczne aspekty zasłyszanych rozmów. Ale też przypominały mi się czasami zwierzenia Oli i jej dziwne poglądy na temat rzeczywistości w naszym kraju. Rzeczywistości, która dotykała jej rodzinę i przez to Olę bulwersowała, a mnie zaskakiwała, ponieważ — jak dotąd — wciąż jej wokół siebie nie dostrzegałem. Było po prostu tak, jak było i tyle.

Z kuflem piwa w ręku stanąłem na schodach Gospody, szukając oczami znajomych twarzy i zastanawiając się nad planem na ten wieczór. A plan miałem prosty — spotkać się z Karoliną, wciągnąć ją do szczerej rozmowy i powiedzieć jej wprost, że pomimo, iż między nami nic nie było, to wiele jeszcze może się zdarzyć, i że nadszedł właśnie ten czas, aby się zdarzyło. Powinna zrozumieć i się zgodzić. I wyobrażałem już sobie, jak rzuca mi się w ramiona radosna, chociaż subtelna, jak zwykle.

Przypomniałem sobie o niej kilka dni po przygodzie z koleżanką Romka w zbożu, a tuż przed świętem 22-go lipca, gdy z ojcem szykowaliśmy się do żniw. I nagle uświadomiłem sobie, że przecież mam jeszcze bliską duszę, osobę, której na pewno nie byłem obojętny, i że ta subtelna dziewczyna, przyjaciółka, jeszcze do niedawna wyzwalała we mnie tajemnicze emocje, a może nawet uczucia takie, jak do Mirki. Zrozumiałem, że Karolina może pomóc mi zapomnieć o Mirce, a może nawet coś więcej. Myśli o niej spowodowały, że jakiś ciężar spadł mi z serca, coś uwolniło umęczony umysł i poczułem te dziwne emocje, które zawsze odczuwałem w jej obecności. Niezrozumiałe emocje, przed którymi się nie broniłem, a których nie umiałem nazwać.

Gdy obudziłem się następnego ranka, obserwując z przyjemnością znajomy mi pokój i wsłuchując się w śpiew ptaków za oknem, którego dotąd nie słyszałem, uzmysłowiłem sobie, że minionej nocy Mirka po raz pierwszy nie dręczyła mnie we śnie. Podekscytowany zacząłem odliczać godziny do gminnego festynu. Do dnia, wypełnionego słonecznym blaskiem, który na nowo miał odmienić mój los…

*

Ponowny, nieco odległy trzask wyrwał mnie z odrętwienia, zamazując w moich myślach obraz Karoliny i słonecznego, jasnego dnia sprzed kilku lat. Leżąca na moich udach głowica lampy świeciła mi prosto w twarz. Widocznie musiałem na moment przysnąć. Skierowałem snop światła przed siebie i obserwowałem przez dłuższy czas to, co ujrzałem w bladej poświacie, starając się zrozumieć ten ponury obraz skał i żelastwa, zaledwie metr przed sobą.

Górotwór najprawdopodobniej odprężył się od spągu, unosząc gwałtownie skałę ku górze, podrzucając potężną siłą, jak wybuch, cały sprzęt, wszystko to, co znajdowało się w tym chodniku. Rurociągi wraz z korytami przenośnika, przyparte do obudowy chodnika, znalazły się tuż naprzeciw mnie, odgradzając tym samym moją wnękę od zdewastowanej przestrzeni i osłaniając mnie przed rumowiskiem skalnych odłamków.

Krzywiąc się z bólu klęknąłem, aby móc zobaczyć więcej. Przyglądałem się tej kotłowaninie żelaza i skał, ale pomiędzy obudową i sterczącymi z niej połamanymi betonikami, siatką zbrojeniową, odłamkami skał, a skałami uniesionego spągu i żelastwa nie dostrzegłem wolnej przestrzeni, przez którą mógłbym się przecisnąć i wyjść stąd o własnych siłach. Górotwór ucichł, może się już ustabilizował i nic gorszego nie powinno się wydarzyć — to dawało mi szansę na przetrwanie w tym potrzasku do czasu nadejścia pomocy. Ale kiedy to nastąpi?

Czułem coraz intensywniejszy ból w sobie, pot zalewał moje ciało, wdzierał się kropelkami do oczu i wypełnionych pyłem ust. Słony, ale wilgotny. Było coraz bardziej gorąco, parno i duszno. Poczułem gwałtowne pragnienie, które wzmagał odgłos płynącej wody, niby strumienia i wyimaginowanego wodospadu w oddali. Skierowałem blady snop światła na lewo, tam, gdzie zostały nasze torby z napojami i jedzeniem. Gdzieś pomiędzy gruzem i połamanymi stemplami dojrzałem skrawek szarego materiału. To musiało być to, czego szukałem.

Ponownie wsparłem się obolałymi plecami o ocios wnęki, musiałem odpocząć. Odpływ adrenaliny spowodował gwałtowne osłabienie organizmu i senność. Przymknąłem oczy i wnet mój umysł ponownie wypełnił jasny, słoneczny blask i ludzki gwar.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij