Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Csutora. Psia powieść - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
3890 pkt
punktów Virtualo

Csutora. Psia powieść - ebook

"Csutora. Psia powieść" (czyt. czutora) to pozornie prosta i zabawna opowieść o relacji pana i psa. W istocie jednak książka Sándora Máraiego – ironiczna i niepokojąca – ukazuje konflikt między instynktem a porządkiem, naturą a mieszczańską formą życia. Napisana na początku lat trzydziestych XX wieku książka nie jest sentymentalną opowieścią o zwierzęciu, lecz przenikliwą obserwacją codziennych rytuałów, reguł i ograniczeń, jakie człowiek narzuca sobie i innym, by móc funkcjonować w społeczeństwie.
Z właściwą sobie precyzją Márai pokazuje, że ani bezwarunkowa wolność, ani skostniały ład nie oferują prawdziwego rozwiązania, a bunt, choć nieuchronnie kończy się porażką – pozostaje jednym z podstawowych doświadczeń ludzkiej egzystencji.

"Cywilizacja to mimo wszystko wielka sprawa, podobnie rewolucja francuska i prawa człowieka… On też kiedyś się tego nauczy, praw człowieka…"

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-07-03690-8

FRAGMENT KSIĄŻKI

_CAVE CANEM!_ ¹

Ostrożnie, czytelniku! Teraz nastąpi psia historia.

Należałoby się dowiedzieć, jakiego rodzaju słabością jest ta, która czasem dopada pisarzy, nawet tych najbardziej wymagających, w trakcie ich kariery, żeby swoją uwagę oraz intencję przenieśli z odwiecznego i wybitnego modelu – człowieka – na niższych rangą statystów dzieła stworzenia. W tonie takich publikacji jest coś lekko protekcjonalnego. Twórca literacki łaskawie i życzliwie spogląda w dół ku niższym sferom życia, być może z powodu zdumienia bądź rozczarowania tragiczną grą, której obraz rozpościera się na wysokości oczu istot dwunożnych – w każdym razie życzliwie i z wybaczającym grymasem spogląda w głębinę, gdzie, na jednym z niższych stopni hierarchii stworzeń, spoziera ku niemu z uwagą niewinny, odległy i pierwotny krewniak, zwierzę. Aha, pies!… – myśli z pobłażliwą przychylnością. Po czym gwiżdże i rusza z psem na spacer.

Podczas przechadzki, gdy niskiej rangi przyjaciel biega sobie to naprzód, to w przeciwną stronę, i z nastroszoną sierścią, z postawionymi w szpic uszami, kręcąc ogonem, nieodzownie z niewypowiedzianym zapałem i podnieceniem lustruje świat, pisze listy w dole pni drzew przynależących do swojskiego otoczenia i przegląda tu i tam na rogu ulicy codzienną pocztę, to pisarz podejrzliwie zauważa, że i w jego życiu nadszedł ów krytyczny moment pokusy, aby napisać powieść o psie. Pisarz, który w rzeczywistości mieszczańskiej jest dziennikarzem, a tamten podniosły tytuł nadaje sobie jedynie w butnych chwilach swego życia, tego rodzaju pokusę odbiera z nieprzyjemnym uczuciem i stara się ją odeprzeć. Aha, psia powieść!… – myśli ponownie. A potem: Wygląda na to, że jest problem, skoro ty chcesz napisać powieść o psie. Tak idą, pogrążeni w myślach, pies i pisarz, w kierunku Vérmező². Na skraju ośmiostopniowych schodów – tam, gdzie następuje zbawienny moment: pisarz spuszcza ze smyczy psa, który jednym obłąkanym rzutem, na podobieństwo wystrzelonej rakiety, leci w dół niczym samobójca w głębinę i tracąc rozsądek, poddaje się oszołomieniu i czystej rozkoszy – pisarz przystaje, spogląda za niskim rangą przyjacielem, którego do tego aż stopnia porwała pasja, zapala papierosa i kręci głową. Teraz już wie, że nadszedł moment, nie do uniknięcia, gdy musi napisać powieść o psie. Nie podoba mu się to. Niedobrze, jestem tchórzliwy w stosunku do ludzi, myśli. To ta chwila, wręcz historycznie ta chwila, nachodzi go dodatkowa refleksja, kiedy jakiś pomniejszy pisarz nie może napisać już zresztą niczego innego, jak tylko powieść o psie. Ma wrażenie, że to kryzys. Myśli o tym, że dotychczas starał się być uczciwy i dochowywać wierności ludziom. A teraz po raz pierwszy nie ma ochoty być uczciwym i dochowywać wierności ludziom.

Psia powieść, dlaczego nie?… – dochodzi do wniosku teraz już z lżejszym sercem, jak ktoś, kto zna powód pewnej świeżej manii; poświstuje laską i wciąga głęboko do płuc gorzkie, wilgotne powietrze, które pod postacią mgły zalega nad wielkim polem. Przypominają mu się klasyczne powieści o psie i wysokie wzorce, a ta okoliczność nieco chłodzi pierwotny entuzjazm. Pisanie o psie to chyba zaniedbywanie obowiązków, myśli jeszcze. Tyle pilnych, niecierpiących zwłoki rzeczy byłoby do powiedzenia w związku z człowiekiem… Ale potem szuka usprawiedliwienia i wytłumaczenia, co zawsze jest najłatwiejsze, i to, co w tym przedsięwzięciu przynosi wstyd, przedstawia w taki sposób, że w trakcie kariery pisarskiej psia powieść to niedziela, kiedy twórca odpoczywa, wkłada bambosze i oddaje się lekkiej rozrywce, przykładowo słucha radia bądź pisze powieść o psie. Pisarz nie tylko w swym życiu, lecz i w ramach swej profesji nie może stale chodzić w todze i wykonywać tragicznych gestów. Nader łatwo i tanio jest twierdzić coś takiego i szukać pretekstu… Jednakże teraz, skoro znalazł się w tym punkcie, a też powoli kończy mu się papieros, pies zaś, gdzieś w oddali, zdaje się tak naprawdę jedynie fizycznym wyobrażeniem, obrazem ruchu wykonywanego dla samego ruchu, pisarza ogarnia nagle niepokój. Psiej powieści nie pisze się bez powodu i tylko z racji na taki tani pretekst, myśli uparcie. Po świecie chodzą posępni prorocy, którzy pisarza napominają do innego obecnie obowiązku niż do powieści o psie. O tym myśli, ale natychmiast też się zawstydza, bo swoją drogą wcale nie uważa słów proroków za obowiązkowy nakaz; i nagle wykazuje solidarność z psem przeciwko prorokom, z psem, którego dopiero co, z politycznego tchórzostwa, już się nieledwie zaparł. Odczuwa solidarność z psem… A ponieważ udało mu się to tak sformułować, robi głęboki wydech w zawilgotniałe powietrze, z ulgą, a mimo wszystko w stanie rozdrażnienia, bo ciężko mu na sercu, rusza w kierunku psa i czuje to dziwne podenerwowanie, jak przed egzaminem, to pomieszane z bólem brzucha pobudzenie, które niekiedy zauważa każdy pisarz, jeśli się zdecyduje, żeby iść na zderzenie z życiem, i chce, i ma odwagę dowiedzieć się o nim czegoś bezpośrednio oraz w sposób wolny od polityki. Ewentualnie poprzez psa… To pobudzenie pomieszane z bólem brzucha, które pisarz odczuwa przed pracą, to jest natchnienie. Ale o tym chyba w ogóle nie wypada mówić.

Teraz już wie, że u spodu tego postanowienia tkwi coś hańbiącego, ale wie i o tym, że nie może się przed nim uchylić, a nadto ma świadomość, że fascynuje go nie tylko sam pomysł – jego zamiar podgrzewany jest przez podniecenie i ciekawość; to ta ciekawość, która pojawia się u niego zawsze wtedy, gdy widzi możliwość, aby zajrzeć w pogmatwany chaos tamtego drugiego obszaru życia – w zamęt ciemniejącej za dniem nocy. Nie, pozostać jedynie przy przekazaniu informacji na temat idylli psa i człowieka to rzeczywiście mało ekscytujące zadanie… Ale być może, jeśli bardzo skupi uwagę na zwierzęciu, dowie się czegoś również o człowieku. A prorocy wytłumaczą później, co w tym jest drobnomieszczańskiego, jeśli w pewnym historycznym momencie, kiedy człowieka spotyka psi los, ktoś ma nadzieję, że poprzez psa dowie się czegoś o chwilowej sytuacji człowieka w świecie.

Pisarz podnosi rękę i macha na psa, zdecydowanym gestem, jak ktoś, kto podjął decyzję. Ten osobliwy przymus i ta szczególna siła, które w krótkich chwilach wolności przemieniły czworonożne zwierzę domowe w fizyczną masę poruszającą się ruchem przyśpieszonym, na skutek owego ruchu ręką zaczynają ustawać, prędkość poruszania się wirującej materii spada i owa masa, poddając się niemożliwemu do odparcia przyciąganiu, z trudem i w kontrze oporem, ale jednak ulega temu tajemniczemu, magicznemu rozkazowi. Pies, ubłocony i zdyszany, ruchem takim, jakby każdy pokonany metr wymagał przezwyciężenia dotkliwego oporu, zbliża się i zatrzymuje, sapiąc z rozemocjonowania, o dwa kroki od pisarza. Przybliża się na chwiejnych nogach, odurzony wcześniejszym biegiem. Pisarz wkłada mu na szyję obrożę i wzrusza ramionami. Tak, będzie z tego psia powieść.

Przez kilka dni obserwują siebie nawzajem. Ich relację cechuje teraz już złe nastawienie, pisarz stara się skończyć z modelem jakiejkolwiek osobistej więzi, a pies jest podejrzliwy i bez humoru. Tak muszę go opisać, myśli pisarz, bez współczucia i emocji, jak wszystko, co widziałem w świecie, jak sędziego, kobietę, księdza czy żołnierza. A tymczasem z zaskoczeniem zauważa, że przez lata zgromadził już dostateczny materiał kliniczny o psach w ogólności. Tak więc nic a nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pewnego dnia podniósł słuchawkę telefoniczną i zaproponował psią powieść wydawcy, który uprzejmie przytaknie do telefonu. Prorocy będą mieli radość, myśli pisarz, odkładając słuchawkę na miejsce, przygotowuje papier i pióro i podczas gdy pies kładzie się u jego nóg, on zapisuje tytuł: _Cave canem!_. Z rzetelności dodaje jeszcze: „Ostrożnie, czytelniku! Teraz nastąpi psia historia”.PADA ŚNIEG

Ale skoro już się zabrał do pracy, to w ogóle nie rozmyśla dalej, i jest zdecydowany, żeby całe to przedsięwzięcie przetrwać, jak to zresztą wypada, zgodnie z wszelkimi regułami tej profesji, z epicką wygodą, ba, nadać mu postać powieści i użyć podtytułów. Tak więc pada śnieg, jest Boże Narodzenie dziesięć lat po wielkiej wojnie, a w domu nie ma pieniędzy.

Pani i pan, którzy mieszkają tu w domu, po obiedzie, opuszczają jadalnię i przechodzą do sąsiedniego pokoju, gdzie biurko, przy którym pracuje pan, zajęła już chuda, zmierzwiona choinka, mająca za zadanie swymi niewyszukanymi ozdobami i ledwie wyczuwalnym zapachem lasu rozprzestrzeniać w mieszkaniu świąteczny nastrój. Wymiary drzewka są tak skromne, a ozdoby, które nagromadziły się przez lata, tak podniszczone, że temu swojemu zadaniu może ono sprostać jedynie z udręką. Pan staje przed nim i przygląda mu się z ubolewaniem. W pokoju robi się ciemno, bo od rana pogoda złagodniała i pada śnieg. W półmroku cnotliwie lśnią dekoracje rachitycznego drzewka, a na dodatek całość stoi nieco też krzywo, pochyla się do przodu, jak każde takie drzewko bożonarodzeniowe, które niezdarnie i w złej wierze ustawiają – dla samych siebie – bezdzietne pary małżeńskie. Mieszkanie swoją drogą zostało ubezpieczone od ognia.

Ale tę ostatnią ewentualność, jako szansę niemoralną, pan natychmiast zresztą przegania z myśli. Obchodzi choinkę, wzruszając ramionami. Wystrojona na galowo, wzbudza w nim śmiech – przywołuje wspomnienie ciotki Gizelli, która miała połyskującą suknię, prawdopodobnie uplecioną z anielskiego włosa i naszpikowaną cekinami, i w tej sukni nieodzownie pojawiała się na dużych rodzinnych uroczystościach, anemiczna, podobnie rachityczna, ale ufryzowana, błyszcząca i obwieszona niczym drzewko bożonarodzeniowe. Wypisz wymaluj ciotka Gizella, myśli pan, robiąc kwaśną minę. Z niemiłym uczuciem spogląda na ozdobione drzewko, a zarazem wie, że to lekceważenie należy się nie tyle choince i naiwnym świątecznym akcesoriom, ile raczej jego własnemu brakowi odwagi, który nie pozwala, by się poddał świątecznemu nastrojowi. Czegoś brakuje tej choince, myśli jeszcze. Ale nie ma odwagi przyznać tego na głos. Podobnie jak, już od lat, nie ośmiela się głośno zaproponować, żeby w ten łaskawy wieczór zamiast błyskotek i rozjarzonych świeczek, obfitej kolacji i skromnych prezentów poszli raczej do jednej z nielicznych kawiarni, które z profanacyjną celowością są otwarte również w to rodzinne święto. Nie ośmiela się tego zaproponować ani nie waży się podnieść sprzeciwu wobec drzewka i błyskotek, gdyż panią, ba, nawet i służącą, która właśnie wniosła czarną kawę, całkowicie przenika ekscytacja, radość wzbudzona przez to święto; teraz też omawiają ostatnie szczegóły wieczornego programu, uroczysty obiad, tradycyjne dodatki z orzechami i makiem oraz sos do ryby. To jest całkiem takie, jakby szło na poważnie, myśli pan ze szczerym zadziwieniem. Podchodzi do okna, patrzy, jak pada śnieg, i słucha prowadzonej szeptem narady pani i służącej. To też jest częścią wspomnień, że przed Bożym Narodzeniem wszystko szykowane jest jako niespodzianka, jeden drugiemu przedstawia sprawy jakoś bardziej sekretnie, nawet i to, ile jajek dziewczyna ma podać do majonezu – bo trwa oczekiwanie, aby powróciły cud i tajemnica, które przeminęły. Jakby na poważnie było Boże Narodzenie, myśli pan z dogłębnym zdumieniem, jakby to tutaj było poważne mieszkanie, poważna rodzina, poważne Boże Narodzenie, ze świąteczną tajemnicą, z pachnącym choinką podekscytowaniem i misterium… Coś takiego zawsze go zadziwia.

Patrzy na śnieg, ale nie słyszy nic z dawnego podzwaniania i pobrzękiwania. Nie ma tu już żadnego rodzaju tajemnicy. Całe to święto jest raczej krepujące, jak gdyby ktoś w cywilizowanym towarzystwie nietaktownie wypowiedział rozczulone słowa. Mówić o tym oczywiście nie wolno. Mieszkanie już od wielu dni napełnia się drobnymi sekretami, szuflady w sekreterze zamknięto na klucz, a poprzedniego dnia w południe jakiś człowiek mówiący przez nos przyniósł większy pakunek, wzbudzając dyskretne zamieszanie w domu, ponieważ, mówiąc przez nos i pomimo uciszania przez dziewczynę, wielokrotnie podkreślał w przedpokoju, że odbiór wyłącznie po uregulowaniu rachunku. Pani, która już we wczesnych godzinach porannych opuściła mieszkanie i od tamtego momentu nic, tylko biegała po mieście, a powróciła stamtąd do jadalni poirytowana i zmęczona, nie jest skłonna przystać na wyjaśnienie historyczne, mianowicie że gdy przestarzały ład produkcyjny jest zastępowany przez jakiś nowy i odmienny, wówczas tym, którzy uczestniczą w tego rodzaju historycznym procesie, brakuje warunków, aby wykazywać się usposobieniem pasującym do tego przenikniętego łaską święta. Pan odnosi wrażenie, że on nie ma z czego robić święta, i myśli przy tym nie tylko o własnej kieszeni, która jest pusta. Co innego też jest puste. Ale gdzie jest ten kat, co odważy się powiedzieć to pani, która chce święta – z drzewkiem i z anielskim włosem, i z zapachem płonącego wosku i świeżej choinki, naładowanego drobnymi ofiarami i sekretami, kompletnego i stuprocentowego święta! Kto się odważy powiedzieć jej, że za tym świętem nie stoi tajemnica, jeśli ona sama, pani, też nie ma odwagi, aby to sobie wyznać? Pan nie czuje, by miał na to siłę.

– Pada śnieg – mówi raczej. I dodaje, podobnie jak słyszał to już tysiąc razy, mechanicznie: – Będziemy mieli białe Boże Narodzenie.

Wypijają kawę i ponownie, po raz dziesiąty, obiecują na słowo honoru, że w tym roku nie będzie prezentów. W ubiegłym roku też tak zrobili, a także przed dwoma laty i również przed ośmioma, dziewięcioma, nie ma więc żadnego powodu, żeby nie uczynić tego samego w tym roku. Dają sobie zatem nawzajem słowo honoru, którego jednak nie złamać byłoby nikczemnością. Pan wie, że pani, która w minionych tygodniach, pierwszy raz po dziewięciu latach, z zaskakującym zainteresowaniem informowała się na temat zmian w zasobach krawatów pana, przedpołudnia spędza w Śródmieściu, niekiedy telefonuje także po południu, przyciszonym głosem, i dopytuje się o krój koszul szytych dla jakiejś zupełnie obcej osoby. Pani wie, że pan nie ma pieniędzy, a zatem narobi długów, bo nie mógł tak bez powodu zapytać, pierwszy raz od dziewięciu lat, jakich to perfum używa pani ostatnimi czasy. Jak co roku, tak i teraz uzgadniają, że „to byłoby komiczne, gdyby człowiek naraził się na zbędne koszty”. Pan, który wcale nie tak dawno, w łatwiejszych i mniej odpowiedzialnych czasach, chętnie podkreślał, że warto się narażać jedynie na zbędne koszty, w ostatnich miesiącach jest mniej skłonny do aforyzmów, milczy z aprobatą. Przyrzeczenie „nikomu niczego”, które teraz naprawdę łatwo byłoby podeprzeć ważkimi argumentami, i tak już złamali, bo w ostatniej chwili wydaje się jednak niemożliwością, żeby ten zacny i purytański József, który altruistycznie i z powodzeniem przeprowadził proces przeciwko pewnemu niechlujnemu tygodnikowi, nie otrzymał tamtej skórzanej cygarniczki ze srebrnym monogramem, która nie tyle jest honorarium, ile raczej tylko skromną oznaką uważności. A pewien elegancki pan i czytelnik z prowincji, prawdziwy _literary gentleman_ z ginącego gatunku, przysłał dzisiaj przed południem w paczce pocztowej sześć butelek starego tokaju: szczęście, że lekarz domowy, ten intymny przyjaciel, który wprawdzie z większym zapałem i z większą ciekawością leczy duchowe przeziębienia rodziny niż te cielesne, pija tylko słodkie wino, i dlatego wspomniana przesyłka, przyozdobiona kilkoma gałązkami choiny, od razu może powędrować do niego. Pozostaje kilka _cousines_ – im prawdopodobnie sprawi przyjemność, jeśli każda otrzyma flakonik francuskich perfum, które, chwała przewidującej troskliwości pani, domownicy przywieźli jeszcze ze swojego ostatniego wyjazdu do Paryża; i Teréz, służąca. Ale Teréz dostanie pieniądze, bo ona jest materialistką.

– A zatem nikomu niczego – mówi pani i zapala tego jedynego papierosa, którego zwykła palić w ciągu dnia. – Słowo honoru. Żebym nie musiała stać tu wieczorem i się wstydzić.

Pan daje na to rękę.

– A wymów jakieś pragnienie – ciągnie pani, bez żadnego przejścia. To zawsze idzie w taki sposób.

Pan zastanawia się i ze zdumieniem zauważa, że jest całkowicie wyzuty z pragnień. Nie pożąda srebrnej zapalniczki, jedwabnego krawata, ba, nawet auta ani riwiery, nie pragnie szesnastu tomów _Kunstgeschichte_, których jeszcze kilka miesięcy temu tak namiętnie pożądał – szybko zresztą porzuca to wyliczanie metodą wykluczania, bo ono nie prowadzi do celu. Prawda jest taka, że nie ma pragnień. To też wyznaje. Wyznaje bez satysfakcji i buty, nie życzy sobie, by kogokolwiek karać, ale taka jest prawda, że on kompletnie nie ma pragnień. I jest tym zresztą zdumiony.

– To zły znak – mówi bez nacisku, niemniej na głos.

Jeszcze wcale nie tak dawno potrafił pragnąć z gniewem i zgrzytaniem zębami, i wcale nie detali zresztą, lecz raczej całego świata. Jedyne pragnienie, które zauważa w tym momencie, to to, że chciałby mieć już za sobą również to Boże Narodzenie, jak pozostałe, bez szczególniejszego nieszczęśliwego wypadku – to teraz jedyne jego pragnienie, ale jest ono silne i zachłanne.

Gdy tak myśli, odzywa się dzwonek, sygnał alarmowy nowego nieszczęśliwego wypadku, bo jakiś uważny pan przysłał pani kwiaty, które szybko wypada odwzajemnić kolejnym przejawem uważności, i to w ciągu paru minut, tak żeby ów gest nie wyglądał na rewanż, lecz zachowywał pozór równoległego zainteresowania. Dlatego, a i dlatego, że swoją drogą robi się już ciemno, za godzinę, dwie zamkną sklepy, pan pośpiesznie gasi papierosa i wyrusza w trudną drogę. Z progu rzuca wstecz prośbę:

– Wypowiedz jakieś pragnienie.

– Och – odpowiada pani i ruchem, który pozwala przypuszczać, że ona też jest pozbawiona pragnień, macha ręką w powietrzu. Rozgania dłonią dym i z tą łagodną pogardą w głosie, którą tak naprawdę tylko kobieta może odczuwać w stosunku do rzeczy świata, odnotowuje: – Jeśli to za wszelką cenę konieczne… Jakąś sznorrkę.

„Sznorrka” pochodzi z rodzinnego języka dla wtajemniczonych i jest nie tak bardzo eleganckim, lecz jednym z powszechnie używanych zdrobnień rzeczownika pochodzącego od czasownika _schnorren_. Oznacza błahy prezent, którego mógłby się wstydzić ten, kto go daje, i byłby nieledwie obraźliwy dla osoby obdarowanej. Tego sobie życzy na Boże Narodzenie, dziesięć lat po wielkiej wojnie, pani od pana. Ale, nauczony doświadczeniami właśnie tych dziesięciu lat, pan patrzy przed siebie skonsternowany, bo zna symboliczną głębię słownictwa pani, i jedynie jakiś analityk potrafiłby tak z nagła stwierdzić, czy pod określeniem „sznorrka” rozumiała rodzinną willę z tarasem na dachu, większą kwotę gotówki w obcej walucie, łańcuszek na szyję, francuski model sukni czy nowy samochód z dwoma siedzeniami. Wie, że bezcelowe byłoby to drążyć, tak więc w milczeniu rusza w swoją drogę. Z progu jeszcze słyszy, jak pani, która teraz podeszła do okna i patrzy na padający śnieg, mówi z uroczystym rozczuleniem, cicho:

– Pada śnieg. To dobrze dla biednych ludzi.SZNORRKA

„To znakomicie dla biednych ludzi” – pan zabiera ze sobą w uchu tę frazę i powoli idzie w śniegu do miasta. Biedni ludzie będą mieli co zgarniać w wigilijny wieczór, to dla nich znakomite. Pieszo przechodzi przez most. Miasto jest o tej godzinie podniośle uroczyste. Pan mija oświetlone witryny, czując przestrach i znajome osłupienie, jak zawsze przed zakupami i zawarciem transakcji. Kupować to dla niego jednoznaczne ze zgodą na coś: trzeba przystać na cały system, przede wszystkim na handel pośredni, a także na tę nieprzyjemną walkę toczoną osobiście, jaka następuje w sposób nie do uniknięcia, gdy otwiera drzwi i wchodzi do sklepu, a w następnej chwili, podczas gdy cicho rozmawia z handlowcem, który uprzejmie poleca, a on uprzejmie wybiera, ukazuje mu się wizja, że oto dwie bestie chwytają się wzajem strasznymi łapami za gardło i w tej wybetonowanej dżungli, w tej oświetlonej elektrycznie puszczy, na śmierć i życie kłócą się i żrą o ochłapy. Wie, że w tej walce bezwzględnie musi przegrać, bo handlowiec wkłada w to zmaganie całą swą istotę i egzystencję, a on – tylko swoje pieniądze, których stale jest tak mało, że nie warto nawet bronić ich na poważnie. Oskarżając samego siebie, myśli o tym, że znów, jak co roku, świąteczne zakupy odłożył na ostatni dzień, ba, na ostatnią chwilę: zawsze w tym samym czasie, z tym samym pośpiechem i z psującą dobry humor nerwowością przechodzi męki kupowania prezentu i przy każdej takiej okazji postanawia, że następnym razem już wiele miesięcy wcześniej, z zachowaniem staranności i uważności, przeznaczy na to wybieranie jedno popołudnie – a teraz znów w ostatniej chwili stoi tu przed wystawami, odczuwając skrępowanie i lekki wstręt, bo jest tchórzem i nie ma chęci do tego przedsięwzięcia. Dawać to największa sprawa, ale dawać mało i z poczuciem bezradności jest czymś poniżającym i świadczącym o złym nastawieniu. Wie, że ta setka, którą przed południem był w stanie zdobyć już tylko z wysiłkiem, stopnieje mu w rękach bez śladu, ledwie przekroczy próg któregoś sklepu, i nawet w najlepszym wypadku pozostanie po niej na pamiątkę jakiś całkiem mały i nieużyteczny pakunek, którego zawartość trzeba będzie pośpiesznie wymienić po świętach. Są ludzie, w których rękach pieniądze mają moc magnesu, którzy potrafią nawet molekułami najmniejszej kwoty przyciągać do siebie znaczące przedmioty oraz pokaźne ekwiwalenty; ze stu pengő umieją oni wyczarować obfite święta dla czteroosobowej rodziny, pod choinką wyciągają z niewidzialnego cylindra upominki, pożyteczne, wesołe i zbędne, wydają biesiadę dla przyjaciół i w końcu z tej setki jeszcze też zaoszczędzą dwadzieścia sześć pengő, które zaniosą do kasy oszczędnościowej. Pan nie należy do tych szczęśliwych ludzi. Czuje, że za kilka chwil ta setka odfrunie, a zamiast niej pozostanie jakaś torebka, którą trzeba będzie potem wymienić na zegarek na rękę, albo jakiś flakon perfum, który trzeba będzie potem wymienić na kobiecy kapelusz. Wszystko to jest nudne, monotonne i krępujące.

Ale wszystko to dzieje się regularnie od dekady przed małymi i dużymi, urzędowymi i rodzinnymi świętami; dlatego z rękoma w kieszeniach i ze zgodą w sercu pan rusza i teraz pomiędzy lustrzanymi ścianami wystaw, gotowy na to, żeby bez zastrzeżeń poddać się pierwszemu silniejszemu przyciąganiu, które go usidli z okna witryny jakiegoś utalentowanego handlowca.

Pęta się wzdłuż tej wąskiej trasy, po tej ciasnej śródmiejskiej promenadzie o znaczeniu geograficznym, która ostro i zdecydowanie oddziela Wschód od Zachodu. To granica – zawsze ma takie poczucie, gdy wędruje tą modną i wdzięczną ulicą, idzie ostrożnie, żeby choć o krok nie zbłądzić z jej skraju, i także teraz wydaje mu się, że o centymetry bardziej na lewo zaczyna się już Wschód, podczas gdy kilka kroków bardziej na prawo wciąż niezmiennie znajduje się Zachód. Ta wąska droga jest ostatnim jeszcze, bezwzględnie zachodnim milimetrem na tym kontynencie; to jedna z ostatnich promenad zachodniego imperium, nad którym zapada zmierzch, z witrynami w stylu Bauhausu i z tym wszystkim za szybami, bez czego – w zakresie artykułów, które właśnie wyszły z mody – może się obejść zachodnia cywilizacja. Śnieg pada gęsto, a przechodnie, tłocząc się w tłumie, podążają naprzód powolnym krokiem, ze wzruszeniem ciągną w profanacyjnym przedświątecznym korowodzie. Zaśnieżone i konkurujące ze sobą pod względem blasku wystawy oferują babiloński zamęt i babilońską masę wszystkiego, co chwilę temu było jeszcze modne na Zachodzie: ostatnią książkę Valéry’ego, ten wykwintny delikates i wyborną nowość, o której minionej wiosny w Paryżu szlachetne i znające się na rzeczy koła wspominały z uznaniem, perfumę o nazwie „Sekret lata”, która w lecie tego roku napełniała zdrojowe promenady w wielkoświatowych kurortach Europy zapachem osobliwie zdławionej erotyki, i słynny album z rysunkami George’a Grosza, który to album, uwieńczony reklamowaniem go jako bluźnierstwa, trafił w Boże Narodzenie ubiegłego roku do prokuratora w Berlinie, po wyroku uniewinniającym zaś jako starzyzna dotarł i tutaj, gdzie miejscowy prokurator jeszcze go nie zauważył. Urocze damskie fatałaszki, zachwycające artykuły toaletowe: wszystkie są „całkiem nowoczesne” albo, jak się tutaj mówi na ulicach, „_up to date_”, bo publika, która tu kupuje, za istotne uważa w pierwszym rzędzie to, żeby dotrzymywać kroku wydarzeniom na Zachodzie; na każdym przedmiocie daje się wyczuć akurat tylko jednogodzinną różnicę czasu, która chyba nie jest zresztą niczym innym, jak różnicą pomiędzy czasem środkowoeuropejskim a zachodnioeuropejskim.

Oto jeszcze bezwzględnie Europa, ta zaśnieżona i elegancka ulica, a rekwizyty i pomysły zachodniej cywilizacji prezentują się tu na pokazie europejskiej mody po raz ostatni, nim trafią do rupieciarni i na Bałkany. Pan zatrzymuje się przed księgarnią i bierze pod lupę literaturę europejską. Tak na oko, sądząc po przepełnieniu wystawy, nie ma żadnego problemu, widać, że literatura europejska kwitnie. Pan sylabizuje szereg dobrze znanych, ulubionych nazwisk na okładkach książek w ozdobnej oprawie, z powątpiewaniem zauważa podejrzanie okazjonalną, związaną ze świętami płodność niektórych kolegów cieszących się sławą w Europie, z pożądaniem przygląda się bezbłędnej serii _Encyclopædia Britannica_, ale nie odważy się choćby i pomyśleć, żeby postawić stopę w tym sklepie: pani mogłaby powitać z uprawnioną podejrzliwością wszelki prezent książkowy ze strony pana, nawet taki jak _Encyclopædia Britannica_, a i nie całkiem bezpodstawnie mogłaby zakładać, że pan chciał obdarować raczej samego siebie. O tym w ogóle nie może być mowy. Muszę kupić coś wyraźnie dla kobiet, myśli pan, natomiast _Encyclopædia Britannica_ może być uznana za rzecz kobiecą jedynie w przypadku okazania przez panią wyrozumiałości za błąd popełniony przez nieuwagę. Tego rodzaju prezent i tak potem wymieni albo przefarbuje… Coś, co jest trochę też użyteczne, ale jednocześnie także nieco zbędne, co jest zarazem luksusem, jednakże da się również sfatygować, a ponadto niech będzie ciepłe lub ze skóry, lub niech będzie wielokolorowe, lub bardzo proste, niemniej niech się prezentuje bogato; krótko mówiąc, jakąś sznorrkę. Coś, z czego się ucieszy. Mimo wszystko to jest najważniejsze. Coś, czym będzie się bawić albo co będzie nosić. Chyba mądrzej byłoby kupić jakąś dużą zabawkę, lalkę z włosami, która zamyka oczy i mówi „mama” – albo jakąś kolejkę z szynami i semaforem… Ale nie, pociąg to ja sam bym chciał, przyznaje ze świadomością winy. Mimo wszystko coś, co nie trafi od razu do lamusa życia, lecz będzie żyło dłużej, niż trwa moment obdarowywania, nawet jeśli ledwie tylko o jedną chwilę. Coś, co do czego będzie miała poczucie, że to właśnie dla niej powstało w warsztacie świata… Wiele i tak nigdy nie dostała, myśli pan i dopada go zły humor.

Przystaje na środku ulicy, w otoczeniu wyrobów skórzanych, modeli kapeluszy, nieosiągalnej biżuterii i nienadających się do noszenia podróbek klejnotów, i rozgląda się wokoło ze świadomością grzechu ubóstwa. Wszystko, co może tu kupić, jest tylko podkreśleniem i przyznaniem się do biedy: w ostatecznym rezultacie jest więc porażką, potwierdzeniem przypuszczenia, że nie był dostatecznie zręczny, szybki, przebiegły i utalentowany w interesach życia.

– Jakąś sznorrkę – mruczy i kiwa ręką na taksówkę. – Do Ogrodu Zoologicznego! – woła z naciskiem i wsiada do środka. Kierowca zerka nań ze zdziwieniem.

Auto ślizga się na śniegu, Lasek Miejski³ rozmywa się we mgle, w okienku kasy ZOO wita go, nie wierząc własnym oczom, samotna pani, która czyta powieść, strażnik spogląda za nim z powątpiewaniem. To nieprawdopodobne, żeby również w Wigilię po południu ktoś był ciekaw hipopotamów. Tylko bizon stoi pod gołym niebem, zaśnieżony, a kilka sztuk drobnej zwierzyny i stado kaczek drży z zimna u podnóża jednej ze skał. Przed pawilonem dla słoni nachodzi pana chętka, żeby wstąpić tam z krótką wizytą kurtuazyjną; ale teraz już trzeba się śpieszyć, bo zapada zmierzch. Po zasypanych śniegiem trasach nie chodzą ludzie ani zwierzęta. W szarówce, za betonowymi ścianami swego zimowego lokum ryczą bestie. Niewidzialnie i bezcelowo skrzypi w ciemności muzyką radiową jakiś megafon. Pan zdecydowanie okrąża górę wzniesioną z dekoracji, śpieszy się jakby w obawie, że się po drodze przestraszy i rozmyśli. Niedźwiedź brunatny żebrze na dworze, naprzeciwko klatek dla psów, nigdzie tu ani śladu człowieka, jak gdyby zwierzęta żyły swoim więziennym życiem, pozostawione tego wieczoru same sobie. Od strony klatki dla psów wita pana ujadanie.

Ujadają dwa komondory, do kraty pędzi z głupią wściekłością kilka kuwaszów. Pan przystaje i przemawia do nich cicho. Jego postępowanie spotyka się z reakcją w postaci ciszy przepełnionej nieufnością. Kuwasze chyłkiem wracają do bud. Ale z dalszej odległości zaczynają swoje wyżły węgierskie, a potem ostro warcząc – pumi. Pan głośno gwiżdże. Był tu już dawniej i wie, że na ten znak rozpocznie się rozpaczliwy koncert. Pumi nadają ton, wyją sopranem, nawet tenor komondorów nie dławi ich wycia, a głęboki bas kuwaszów zapewnia podkład dla tamtego duetu. Mija wiele minut, nim na te grzmoty pojawia się również człowiek. Chóralny śpiew psów niesie się rykiem z półmroku, zza ściany padającego śniegu, a z budki, z której okna sączy się na zewnątrz światło, powoli wychodzi dozorca, huczy komendami i klnie. Ma na sobie kożuch i czapkę oficerską. Z rękoma schowanymi w kieszeniach zatrzymuje się pośrodku tego wybuchu złości i przekrzykując hałas, pyta z zaskakującym rozeznaniem:

– Życzy pan sobie psa?

– Pudla – odpowiada równie głośno pan.

– Tu byłby jeden – odkrzykuje mu tamten i ułożywszy dłoń w lejek przy ustach, dodaje: – bardzo dobry pudelek.WCHODZI BOHATER

Jeszcze kilka chwil i pojawi się jedyny bohater tej historii. Weźmy głęboki oddech, odsapnijmy. Pan jest podekscytowany, on też tak czyni. Podąża w ślad za strażnikiem, poprzez kłębowisko uciszonych psich stad, po czym obaj wchodzą do budki, gdzie rozpalono w piecu naftowym i gościa witają żrące, irytujące wonie: smród nafty, cuchnący, piekący psi odór i zatęchła woń człowieka. Tu na kanapie spał dozorca, a na nieoheblowanym stole jełczeją teraz w misce resztki jedzenia, obok stoi pół butelki wina, i w tej mgle i parze roznosi się atmosfera życia ludzkiego – to też jest życie, myśli pan, wśród psów, naprzeciwko klatki dla niedźwiedzi, pośród baranich skór, rok za rokiem, samotnie, z prawem do emerytury. Coś takiego zawsze go zaskakuje. Jego _idée fixe_ jest to, że wszędzie węszy tajemnicę. Dozorca zaś jest mężczyzną w średnim wieku, człowiekiem, który węszy interes.

– Dzisiaj już tu byli z miasta – opowiada rozwlekle, salutem dziękuje za papieros zaproponowany mu przez pana i wkłada sobie ten papieros za ucho. – Wzięli jednego pumi i jednego szczeniaka komondora, tego ostatniego zabrał pewien wielmożny pan z ministerstwa.

W ten sposób dozorca chce tylko dowieść, że hodowla psów na terenie Ogrodu Zoologicznego ma dobrą reputację; ale pan ze skrępowaniem stwierdza, że ta wiadomość nie przynosi mu uczucia komfortu… Podczas gdy dozorca zachwala swój dziwny towar, pan bezzwłocznie i karnie bierze pod lupę to swoje zniechęcenie, jako że ma dużą praktykę w autoanalizie: innym też przyszedł do głowy taki pomysł, inni też nie mają pieniędzy, inni też wstydzą się kupować sznorrkę, inni też są zdania, że pies jest zarówno trochę pożyteczny, jak i trochę zbędny, jest czymś, co jednocześnie stanowi luksus, jak i daje się sfatygować, i wyraźnie czymś kobiecym, ponadto jest też ze skóry i ma futro, jest ciepły, a nade wszystko oryginalny, w tym, kto go dostanie, wzbudzi silne uczucia, no i także cenowo pozostaje przystępny. Stwierdza to w mgnieniu oka, z tym samym okrucieństwem, z jakim stara się rejestrować wszelkie własne sprawy i postępki.

– Czyli innym też przyszło to na myśl w samą Wigilię?… – pyta dozorcę.

– No oczywiście – odpowiada tamten hardo. – W okolicy Bożego Narodzenia tu zawsze jest duży psi targ, w tym tygodniu poszły już cztery dopiero co urodzone szczeniaki, w ogóle żaden już nie został. Ale byłby jeden pumi, ledwie roczna suka, mogłaby być rozpłodowa. I każdy pies, który stąd wychodzi w świat, otrzymuje od dyrekcji dokumenty, drzewo rodowe i dyplom potwierdzający rasę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij