Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Cud na skraju rzeczywistości - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 stycznia 2026
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Cud na skraju rzeczywistości - ebook

To nie jest książka o cudach medycyny. To opowieść o człowieku, który przez dwanaście lat próbował zostać ojcem – i w tej walce stracił, a potem na nowo odnalazł siebie. To historia o niepłodności, ale tak naprawdę o czymś więcej: o nadziei, która nie chce umrzeć, o miłości, która musi przetrwać próbę, i o godności, którą tak łatwo zgubić w świecie wyników, badań i diagnoz. Autor z brutalną szczerością i czułością pokazuje, jak wygląda życie, gdy każdy dzień staje się testem – z wynikiem negatywnym. I jak w tym wszystkim można wciąż wierzyć, że mimo bólu i rozczarowań sens wciąż istnieje – czasem w spojrzeniu, czasem w dotyku, a czasem w cichym „zostajemy razem”. To książka o niepłodności. Ale przede wszystkim – o człowieczeństwie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397899001
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Ta książka jest bardzo osobista. Nie wymyśliłem jej przy biurku, nie zainspirowało mnie żadne hasło z reklamy ani przypadkowa rozmowa. Ona po prostu musiała powstać. To historia, która przez dwanaście lat kształtowała każdy dzień mojego życia, a potem – jakby z potrzeby domknięcia losu – zamieniła się w opowieść. To książka o niepłodności, ale tak naprawdę o czymś znacznie więcej: o wyczerpaniu, o nadziei, o godności. O tym, jak człowiek, który chciał tylko zostać ojcem, staje się kimś, kto musi codziennie walczyć o własne człowieczeństwo. Bo bezpłodność nie dotyczy wyłącznie ciała. To historia o tym, jak marzenie potrafi stać się ciężarem, jak nadzieja potrafi ranić i jak miłość musi być silniejsza niż rozczarowanie. Wszystko, co tutaj opisałem, wydarzyło się naprawdę.

Napisałem tę książkę, bo chciałem w końcu nazwać poimieniu coś, o czym wciąż mówi się półgębkiem. W Polsce problem niepłodności dotyczy dziś niemal półtora miliona par. To liczba, za którą kryją się tysiące historii podobnych do mojej – dramatów, które nie mieszczą się w statystykach. Czasem pojawiają się w mediach krótkie materiały o klinikach, in vitro, refundacjach. Ale to tylko wierzchołek. Za tym wszystkim kryje się codzienna walka o sens, o siebie, o nadzieję. Chciałem, żeby ta książka pokazała, co naprawdę znaczy żyć z diagnozą, która odbiera człowiekowi coś tak pierwotnego jak wiara, że jest pełnowartościowy. Że może dać życie. Chciałem, żebyście zobaczyli, jak w tej walce każdy dzień jest jak test – z wynikiem negatywnym, z niepewnością, z koniecznością wstania i pójścia dalej, chociaż już nie ma siły.

Niepłodność nie jest tylko medycznym problemem. To zmaganie psychiczne, emocjonalne, duchowe. To historia o nadziei, która rodzi się na nowo po każdym upadku. O ludziach, którzy uczą się na pamięć nazw hormonów, skrótów badań, dat cykli i terminów wizyt, tylko po to, żeby mieć choćby cień kontroli nad czymś, co tak naprawdę wymyka się wszelkiemu planowaniu. I w tym wszystkim jest jeszcze jedno – miłość. Bo paradoksalnie, właśnie w tej walce o dziecko, w tym upokarzającym, wieloletnim procesie leczenia, najłatwiej tę miłość zgubić. Łatwo zapomnieć, że partner to nie tylko współuczestnik projektu, ale człowiek, który też się boi, cierpi, czuje się bezsilny. Dlatego ta książka jest także o relacji. O tym, jak związek wystawiony na taką próbę, może przetrwać albo się rozsypać.

Chciałem pokazać coś jeszcze. Że nawet wtedy, gdy po latach udaje się zajść w ciążę, nie zawsze przychodzi to szczęście, którego się oczekiwało. Bo czasem to, co miało być końcem walki, okazuje się jej kolejnym etapem. Ta książka nie jest historią cudu, który wszystko naprawia. To raczej opowieść o tym, że nawet cud wymaga siły, odwagi i... ironii. Że szczęście nie przychodzi w białych rękawiczkach, tylko w bałaganie, w zmęczeniu, we łzach i w milczeniu. Chciałem pokazać, jak trudno nie zgubić siebie w świecie, który sprowadza człowieka do roli pacjenta, numeru statystycznego, wyniku w tabeli. I jak mimo wszystko można odnaleźć sens w drobiazgach: w spojrzeniu, w dotyku, w cichym „zostajemy razem”, które czasem znaczy więcej niż jakiekolwiek przysięgi.

Niepłodność jest tematem, który wielu ludzi woli omijać, bo wiąże się ze wstydem, z lękiem, z poczuciem porażki. A przecież to nie wstyd być chorym, nie wstyd walczyć, nie wstyd upadać. Wstydem jest milczeć. Dlatego zdecydowałem się napisać tę książkę. Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać, ale żeby dać głos tym, którzy wciąż siedzą na szpitalnych korytarzach, wpatrując się w numerki na ekranie i udając, że nie boli. Aby pokazać, że za każdym badaniem, za każdą próbą, za każdą fiolką nadziei stoją prawdziwi ludzie. Z ich emocjami, złością, żalem i humorem. Tak, z humorem, bo bez niego nie można przetrwać. Mam nadzieję, że ta książka stanie się dla was czymś więcej niż opowieścią o bezpłodności. Że będzie spotkaniem. Może z moją historią, może z własną, a może z kimś, kto od dawna czeka na to, by ktoś nazwał jego lęki po imieniu. Chciałem, żeby była literacką, ale i ludzką podróżą w głąb doświadczenia, o którym trudno się mówi. Chciałem, żebyście – czytając – mogli czasem się uśmiechnąć, czasem wzruszyć, a czasem po prostu pomilczeć razem ze mną. Bo milczenie też bywa formą zrozumienia.

Czy udało mi się połączyć to, co intymne, z tym, co uniwersalne? Nie wiem. Jednak wiem, że napisałem tę książkę najuczciwiej, jak potrafiłem – z największym zaangażowaniem, z ironią, ale też z ogromnym szacunkiem dla wszystkich, którzy walczą o swój cud. Zapraszam was, żebyście weszli do tego świata. Niech to będzie nie tylko lekcja o niepłodności, ale też o miłości, o cierpliwości i o sile, która czasem przychodzi dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje się jej spodziewać. I o tym, że niekiedy jest po prostu za późno.

Marek KątnyPROLOG

Niektóre miejsca mają swój zapach. Tutaj śmierdziało strachem, zmęczeniem i tanim płynem do mycia podłóg. Takim z dyskontu, co na etykiecie udaje cytrynę, a w nozdrzach zostawia coś pomiędzy przetrawionym stresem a pokładem taniej beznadziei. Śmierdziało, jakby ktoś próbował zamazać złe decyzje, naiwne myśli i śmiech losu, który, tak czy owak, zawsze okazywał się bezdusznym rechotem. Siedziałem na ławce tak twardej, jakby zaprojektowano ją w instytucie cierpienia ludzkiego. Coś pomiędzy siedziskiem pokutnym a instalacją z katalogu IKEA z serii „Czy naprawdę chcesz tu być?”. Drewno imitowane, lakier odpryśnięty, a metalowe nogi drżały przy każdym głębszym westchnieniu, jakby same czuły, że nie uniosą więcej. Miałem jeszcze chwilę. A może godzinę. Tutaj czas płynął wbrew zegarkom – pękał, zawracał, skrzypiał jak drzwi w pustym mieszkaniu. Nie patrzyłem na telefon. W takich miejscach człowiek instynktownie nie chce wiedzieć, ile czeka. Albo nie chce wiedzieć, jak bardzo wciąż ma nadzieję, że to jednak pomyłka. Po mojej prawej stronie siedziała kobieta z dzieckiem. Chłopiec wyglądał na około pięć lat i miał nieskończone pokłady energii, którą postanowił zużyć, demolując ścianę naprzeciwko serią precyzyjnych kopnięć. Raz, dwa, trzy! Jakby ćwiczył do jakiegoś przedszkolnego turnieju sztuk walki. Kobieta – matka, ciotka, opiekunka, nie wiem – trzymała plastikową torbę z dyskontu. Wzrok wbiła w podłogę. Nie mówiła nic. Miała spojrzenie osoby, która wypowiedziała już w życiu wszystkie możliwe słowa i nie przyniosło to żadnych rezultatów. Nie dziwię się, że w tej sytuacji wolała milczenie. W pewnym momencie chłopiec przerwał swój trening i zapytał:

– Mamo, a co to jest za miejsce?

Kobieta zareagowała po dłuższej chwili, jakby musiała najpierw wrócić z jakiegoś bardzo dalekiego miejsca:

– To takie miejsce, gdzie ludzie muszą się kłócić przy świadkach – wyjaśniła.

– A po co? – nie dawał za wygraną malec.

– Żeby ktoś inny mógł podjąć za nich decyzję.

– A dlaczego?

Kobieta zignorowała pytanie, zatapiając się znowu w swój wewnętrzny świat. Pozostałe pytania także rozwiały się w powietrzu. Uśmiechnąłem się krzywo. Gorzko. Prawdziwie. Dzieci i szaleńcy – jak to mówią – zawsze mówią prawdę. Nieco dalej siedziała para w wieku „jeszcze nie starzy, a już nie młodzi”, w ubraniach, które krzyczały „mamy to poukładane”, chociaż ich ciała zdradzały, że ostatnio nic dobrze na nich nie leżało. On był w granatowej marynarce, która była modna ładnych kilka lat temu. Ona kryła się w beżowym płaszczu, którego guziki nie chciały się domknąć – jakby i one się wstydziły obecności na tym korytarzu. Siedzieli z takim dystansem do siebie, jakby każdy milimetr ławki między nimi był aktem oskarżenia. Ona trzymała dokumenty, zbyt mocno, jakby mogły się wyrwać. On patrzył w podłogę, jakby szukał w niej ratunku. Chłopie, od razu ci powiem, na pewno tam go nie znajdziesz. Z ich ust nie padło ani jedno słowo, ale ciała mówiły wszystko. Siedzieli obok siebie, a jednak tak osobno, że powietrze między nimi wydawało się gęstsze niż gdziekolwiek indziej. Zauważyłem, że każde ich westchnienie było zsynchronizowane z ledwo słyszalnym skrzypnięciem ławki – jakby mebel próbował wyrazić za nich to, czego nie umieli już wypowiedzieć. Po drugiej stronie korytarza siedziała królowa przestrzeni: kobieta w legginsach w panterkę, z petem za uchem (tak, mimo zakazu palenia), która właśnie relacjonowała przez telefon detale jakiejś dramatycznej sprawy:

– No i jak się, kurwa nie pojawi, to go wykończę. Powiedz mu, że mam zdjęcia! Niech se nie myśli, że jak tatuś, to święty!

Jej głos był donośny, zdecydowany, jakby sama była sądem, prokuratorem i egzekutorem w jednym. Trzymała w ręku akt urodzenia i długopis z pomponem. Na jej kolanach leżała różowa nerka, z której wystawała butelka po syropie i coś, co mogło być opakowaniem na prezerwatywy. Rzeczywistość w pigułce. Tam nie potrzeba było metafor. Pomyślałem, że przynajmniej wie kto jest ojcem. Patrzyłem na tych ludzi i zastanawiałem się, czy ktokolwiek z nich przed laty podejrzewał, że los ich zaciągnie właśnie tutaj. Ilu z nich myślało, że wszystko będzie „normalnie”? Że wystarczy kochać, chcieć, pracować? Że jeśli będzie się dobrym człowiekiem, to życie się odwdzięczy? Naiwność to jednak potężne paliwo! Spala się pięknie, tylko że na końcu zostaje smród. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę tu siedział, na tym korytarzu z papierami w torbie i myślami w rozsypce, roześmiałbym się. Tym śmiechem ludzi, którzy wierzą, że są mądrzy, bo mają plan. Miałem plan. Całkiem niezły. Stabilny. Spokojny. Przewidywalny jak kolejność świąt w kalendarzu. Dom, dziecko, wakacje na Bali. Nawet miałem wymyśloną nazwę dla Wi-Fi w rodzinnym mieszkaniu: „RodzinkaNET”. Zawiesiłem wzrok na tablicy ogłoszeń. Ktoś przypiął do niej dziecięcy rysunek – klasyka: domek, słońce, trawa jak kolce na głowie punkowca. A w budynku – rodzina. Mama, tata, dziecko. Trzymali się za ręce, wszyscy mieli po trzy palce i uśmiech rozciągnięty na pół twarzy. Słońce lśniło żółtymi kreskami dookoła – dzieci nie wiedzą, że światło nie świeci tak symetrycznie. Ale dzieci też nie wiedzą, że rodziny mogą przestać się trzymać za ręce. A może wiedzą to lepiej niż dorośli? Widywałem podobne rysunki już wcześniej. Setki razy. W szkołach, przedszkolach, reklamach. Zawsze myślałem, że to jakiś uniwersalny wzorzec szczęścia. Tymczasem życie, które zaprowadziło mnie aż tutaj, przypominało bardziej szkic wykonany drżącą ręką – bez konturów, bez proporcji, za to z zaskakującą ilością skreśleń i śladów po gumie do wycierania. Wstałem na moment, żeby rozprostować nogi. W kolanie mi strzeliło – metaforycznie i dosłownie. Przeszedłem kilka kroków w stronę okna. Na zewnątrz ludzie szli do pracy, dzieci do szkoły, ktoś jadł bułkę z piekarni, a ktoś inny całował się przy kiosku. Świat toczył się jak zwykle, z zupełną obojętnością wobec dramatów, które przeżywał każdy z nas, kto tu siedzi. Oparłem się o ścianę i zamknąłem oczy. Na chwilę. Dla siebie. Może po to, żeby usłyszeć, co sądzę. I pomyśleć, że wszystko, czego chciałem, to zostać ojcem. Po prostu. A los wytarł mną wszystkie zakamarki zapuszczonej rudery i zaciągnął aż tutaj.ROZDZIAŁ 1

Gdy chodziliśmy ze sobą, a trwało to aż 6 lat, Asia panicznie bała się zajść w ciążę. U niej to była fobia z metryką – osadzona głęboko, sięgająca jej matki i ojca. Kiedy poznaliśmy się w 2005 roku, była jak skrzyżowanie zakochanej studentki z agentem do spraw prewencji genetycznej. Gdyby mogła, pewnie zainstalowałaby sobie wewnętrzny system alarmowy, który wyłby przy każdej owulacji. Wszystko zaczęło się od jej rodziców. „Wpadli” jako nastolatkowie – klasyczny zestaw: zbyt młodzi, zbyt biedni, zbyt niedojrzali, a jednak z pełnym pakietem zobowiązań rodzinnych. Jej brat, Dariusz urodził się jako efekt tej pomyłki, która potem, jak wiele pomyłek w życiu, musiała zostać nazwana „przeznaczeniem”. Nie lubiła o tym mówić, ale wystarczyło popatrzeć, jak zastygała przy scenach ciążowych w filmach albo jak teatralnie chowała oczy, gdy reklama testu ciążowego przerywała film. Na początku myślałem, że po prostu nie lubi dzieci. Albo niemowląt. Albo mokrych chusteczek. Ale nie – ona bała się samego faktu istnienia ciąży. Zawsze miała precyzyjnie ułożone blistry z tabletkami. Nigdy nie zapomniała. Nawet na wakacjach. Nawet podczas grypy. Pamiętam jedną sytuację, gdy w środku nocy obudziła mnie z przerażeniem w oczach.

– Wzięłam dzisiaj tabletkę? – zapytała, jakby ode mnie zależało jej życie.

– Skąd mam wiedzieć? – mruknąłem zaspany, jak każdy facet obudzony bezsensownie (czyli nie w celu uprawiania seksu) w środku nocy.

– Bo... bo chyba nie pamiętam. Albo wzięłam, albo nie.

– No to jutro weź dwie – ziewnąłem i próbowałem odkręcić się na drugi bok.

– To tak nie działa!

– A jak działa?

– Jak zegarek atomowy.

W tamtej chwili nawet się zaśmiałem. Nie z niej, z całej tej obsesji. Ale jej nie było do śmiechu. Wstała, zapaliła światło, przeszukała torebkę, potem szufladę, potem jeszcze raz torebkę. Znalazła blister. Zobaczyła, że tabletka na dziś zniknęła. Spojrzała na mnie, jakby to był cud. Albo dowód zbrodni. Potem zgasiła światło i poszła spać, nie mówiąc już ani słowa. Dla mnie seks był wtedy przyjemnością. Dla niej – ryzykiem zawodowym. Każdy akt był obwarowany precyzją i kontrolą. Prezerwatywy były obowiązkowe – mimo tabletek. Dodatkowo kalendarz, aplikacja, a raz nawet... wahadełko. Poważnie. Wzięła jakieś kursy internetowe z „naturalnych metod planowania rodziny” i przez chwilę chciała testować reakcje swojego ciała na wahadło z igłą. Gdybyśmy wtedy mieli kota, pewnie też wciągnęłaby go w ten system. Czasem, próbując rozładować napięcie, żartowałem:

– Może ten strach to po prostu wewnętrzny program antyrodzinny?

– Nie – odpowiadała. – To rozsądek.

Rozsądek Asi był jak żelazna zasada. Nic nie zostawiała przypadkowi. I w tym, paradoksalnie, była cała jej niepewność. Chciała mieć kontrolę, bo znała smak chaosu. Dorastała w rodzinie, która przypominała ciągły dźwięk alarmu – wieczne spięcia, brak pieniędzy, nieplanowane dzieci, krzyki przez ścianę.

– Nie chcę powtórzyć ich błędów – mówiła kiedyś szeptem, leżąc obok mnie, z głową na moim ramieniu.

Ja wtedy bardziej myślałem o tym, co działoby się między jej nogami, gdybym zmienił pozycje, ale odparłem:

– Nie musisz, nie jesteś nimi.

– Ale jestem z nich.

Wtedy jeszcze nie rozumiałem, co to znaczy. Myślałem, że przeszłość to coś, co zostawia się w szafie. Ewentualnie pokazuje się ją raz w roku przy okazji rodzinnych obiadów. Jednak Asia nosiła swoją przeszłość w kieszeni – jak kamień-obciążenie, który miał ją uchronić przed lataniem. Była zorganizowana, odpowiedzialna, dokładna. A jednak co miesiąc, kiedy spóźniała się miesiączka, zamieniała się w jedną wielką falę paniki. Nie mówiła, ale widziałem. Siedziała dłużej w łazience. Sprawdzała kalendarz pięć razy dziennie. Raz znalazłem test ciążowy ukryty za papierem toaletowym. Negatywny, jak zwykle. Ale to, że w ogóle go kupiła, oznaczało, że dopuściła do siebie myśl, której tak panicznie unikała. Dobrze nam było ze sobą – stabilnie, rutynowo, bez dramatów. I może właśnie dlatego Asia tak bardzo pilnowała, żeby nic nie zmieniło tego stanu. Żebyśmy nie wpadli w coś, co rozbije tę misterną konstrukcję. Z perspektywy czasu widzę, że to był rodzaj przedwczesnej traumy. Ciąża jawiła się jej nie jako spełnienie, ale jako koniec: wolności, spokoju, możliwości wyboru. Jakby dziecko miało być nie nowym życiem, ale wyrokiem. A ja? Patrzyłem na to wszystko z boku. Jak przez szybę. Nie rozumiałem, nie dopytywałem. Czasem miałem poczucie, że jej panika to taka gra – trochę histeria, trochę teatr. Dziś wiem, że to było realne. Że ona naprawdę wierzyła, że jeden błąd wystarczy, by całe nasze życie zawaliło się jak domek z kart. Nie obwiniałem jej. Po prostu nie umiałem się w to wczuć. Miałem inne rzeczy na głowie: praca, studia, zmęczenie, świat. Dziecko? Okej. Kiedyś. Ale nie teraz. I nie w atmosferze min przeciwpiechotnych, rozłożonych po łóżku w formie blistra tabletek. A potem się pobraliśmy. I coś się zmieniło. A właściwie nie zmieniło się nic, tylko przestało być zakazane. I nagle to, czego się panicznie bała, stało się czymś, czego zaczęła pragnąć.

Ślub wzięliśmy 11 czerwca 2011 roku. Nie dlatego, że to jakaś magiczna data. Po prostu – sobota. A w czerwcu statystycznie nie pada. Chociaż oczywiście padało. Nie jakoś dramatycznie – takie ceremonialne kropienie od losu. Jakby sam Bóg chciał nam przypomnieć, że jeszcze nie jest za późno na ucieczkę. Nie uciekliśmy. Stanęliśmy jak należy. Ona – w bieli, ja – w czerni. Uroczystość odbyła się w kościele, a potem przyjęcie z muzyką, z rosołem i z ciotkami, które przekrzykiwały się w pytaniach: „A kiedy dzieci?!” Asia wyglądała wtedy pięknie. Miała w sobie coś z lekkości, którą zazwyczaj dusiła w sobie na co dzień pod warstwą kontroli. Uśmiechała się dużo. Ale jak teraz myślę, to był uśmiech z gatunku tych, które ćwiczy się przed lustrem, żeby nikt nie zapytał, czy wszystko w porządku. Zagrała dobrze. Jak zawsze. Ja też zagrałem. Męża z przekonaniem. Mężczyznę gotowego na przyszłość. Przysięgaliśmy sobie różne rzeczy – że będziemy razem w zdrowiu i chorobie, w dostatku i biedzie, że nie zostawimy się, że nie zdradzimy, że nie zapomnimy wyrzucać śmieci i podlewać wspólnych roślin. Tak naprawdę nikt nie wie, co dokładnie się przysięga. Wszyscy tylko próbują nie zemdleć ze wzruszenia lub ze stresu. Dlatego przed uroczystością, profilaktycznie wypiłem sobie dwa głębsze, no może osiem, nie pamiętam. Pod kościołem czatowali przyjaciele, znajomi, członkowie rodziny. Ktoś rzucił ryżem, ktoś pomylił moje imię. Asia poprawiała welon, który wiecznie przekrzywiał się w bok, jakby nie mógł się zdecydować, czy pasuje do niej, czy jednak nie. Dwa razy nadepnąłem na niego, wtedy wzrok Asi miał mnie zabić! Trzymałem ją za rękę. Mocno. Tak mocno, że czułem jej puls. To był dobry znak, prawda? Wesele odbyło się w domu weselnym o dziwnej nazwie, której nikt nie pamiętał albo – co bardziej możliwe – nikogo ta nazwa nie obchodziła. Z każdego kąta wyłaził kolor ecru, wyprasowane obrusy i dekoracje z balonów. Wódka lała się z umiarem. Przynajmniej na początku. Potem już nie. Taka jest jednak logika wesela. W tamtym czasie wszystko wydawało się możliwe. Bo przecież to była miłość. Bo przecież to był początek. Początek, który sam w sobie niósł obietnicę dalszego ciągu. Patrzyłem wtedy na Asię. Tańczyliśmy. Miała lekko zmierzwione włosy, rumieńce i spojrzenie, którego nie widziałem nigdy wcześniej. Coś pomiędzy błyskiem triumfu a prośbą o łagodność. I w tym spojrzeniu było wszystko – cała nadzieja, którą dopiero później zadeptaliśmy. Gdy usiedliśmy na chwilę z boku, z kieliszkami w dłoniach, zapytałem półżartem:

– No i co teraz? Po ślubie?

Spojrzała na mnie z przymrużeniem oka, przełknęła wino i powiedziała:

– Teraz? Teraz wszyscy będą pytać, kiedy dziecko.

Nie pomyliła się. Temat naszego potomka wracał jak bumerang, jakby czaił się za każdym rogiem. Były więc pytania rzucane żartem i te zupełnie poważne. Słyszeliśmy, że „porządna rodzina to z dzieckiem”, że „najwyższy czas”, żeby „nie czekać, bo potem gorzej”. Siedzieliśmy przy stole, próbując zajeść i zapić emocje, a wokół krążyły teksty, które tylko z pozoru były niewinne, ale wbijały się pod skórę jak mikroskopijne igły. Asia jeszcze się uśmiechała. Ja jeszcze mówiłem, że „na wszystko przyjdzie czas”. Ale coś już się zaczęło. Coś nieuchwytnego. Rysa na szkle.

Rok po ślubie, dokładnie gdzieś między drugą ratą kredytu a trzecim wspólnym zakupem pościeli w Ikei, padło to zdanie. Wypowiedziane niby mimochodem, niby półżartem, ale jakoś tak dziwnie mocno utkwiło mi w głowie.

– No to może dziecko? – rzuciła Asia, mieszając zupę. – Skoro już wszystko mamy.

Zawiesiłem się wtedy na moment. Bo rzeczywiście mieliśmy wszystko: dom z tarasem i widokiem na inne domy, wścibskich sąsiadów, stabilizację finansową, pracę w kopalni (to ja) i w sklepie odzieżowym (to Asia), a także studia (to znowu ja). I niedziele wolne (jeśli nie byłem akurat na uczelni, a większość niedziel byłem) – wspólne, święte, z leniwym śniadaniem i leniuchowaniem przed telewizorem. Byliśmy jak zestaw startowy klasy średniej. Tylko bez dodatku w postaci potomstwa. Pomyślałem wtedy: „No dobra. Może to ten moment”. Nie było fanfar, nie było wzniosłości. Ot, kolejny punkt na liście życia. Po ślubie przychodzi dziecko, tak jak po kawie przychodzi ciastko – nie zawsze się go chce, ale jakoś głupio nie wziąć.

– A chcesz? – zapytałem ostrożnie, jakby to była propozycja kupna psa.

– Jasne, że tak! – odpowiedziała z entuzjazmem. – Chyba – dodała już ciszej.

Postanowiliśmy więc się rozmnożyć. Tak po prostu. Bo czemu nie? Mieliśmy czas, zdrowie, pieniądze i łóżko. Zresztą – nie oszukujmy się – nie był to akt głębokiej duchowej decyzji, ale raczej efekt społecznego ciśnienia i wewnętrznego przekonania, że trzeba iść do przodu. A poza tym, zaczęliśmy dostrzegać, że nasi znajomi z roku na rok robili się dziwnie cisi. Albo ich zniknięcie z imprez miało coś wspólnego z pieluchami. Świat wokół nas rozmnażał się w zastraszającym tempie. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że tamten moment – decyzja o dziecku – był czymś w rodzaju ruchu w grze planszowej, którą zna się tylko pobieżnie. Wiesz, że trzeba wykonać jakiś ruch, żeby nie wypaść z kolejki, ale nie masz pojęcia, dokąd cię to zaprowadzi.

Asia nagle zaproponowała:

– Może po prostu przestaniemy uważać.

– Co znaczy „uważać”?

– No... nie przesadzać z antykoncepcją.

– Czyli?

– Czyli normalnie. Jak wyjdzie, to wyjdzie.

Brzmiało niewinnie. Żadnych testów owulacyjnych, żadnych harmonogramów, żadnych aplikacji. Jeszcze wtedy. I tak zaczęliśmy naszą małą rewolucję. Początkowo wszystko wyglądało tak samo. Ten sam seks, tylko z nową świadomością, że to może być ten raz. Że może właśnie teraz, właśnie dziś, właśnie to. Ale miesiące mijały. I nie działo się nic. Pierwszy miesiąc – pełen ekscytacji. Drugi – pełen oczekiwania. Trzeci – zaczęło się pojawiać pytanie „dlaczego nie?”. Czwarty – jeszcze nie panika, ale już dziwna cisza. Taka, która wypełnia mieszkanie między wersami rozmowy. A życie toczyło się dalej. Ja wydobywałem węgiel i uczyłem się do egzaminów. Asia składała bluzki w sklepie, pomagała klientkom w szukaniu „czegoś na chrzest” i znosiła komentarze szefowej, że „klientka ma zawsze rację, nawet jak twierdzi, że ta sukienka ją obraża”. Wracaliśmy do siebie zmęczeni, trochę otarci o cudze światy. I jeszcze nie wiedzieliśmy, że nasz świat właśnie zaczyna się rozchodzić w szwach. Jeszcze wtedy śmialiśmy się z tekstów w stylu: „Wszystko w swoim czasie”. Jeszcze wtedy potrafiliśmy rzucić do siebie: „Zobaczysz, jak przestaniemy się starać, to zaskoczy!” Jeszcze wtedy mieliśmy poczucie, że jesteśmy zdrowi, młodzi i że wszystko można. Któregoś dnia Asia wyciągnęła kalendarzyk. Nie był to zwykły kalendarz. Nie taki z marketu, z pieskami albo z piersiastymi blondynkami. To był specjalistyczny, zawierający kratki, kolory i legendę, której nie ogarnąłby nawet zawodowy kartograf. Dostała go w prezencie od znajomej, której dziecko właśnie nauczyło się siadać. Dowód skuteczności na papierze.

– Zobacz – powiedziała, rozkładając go przede mną jak nogi przed... nieważne... – Tu są dni płodne. A tu – niepłodne. A te z kółeczkiem to „superpłodne”.

– Czyli... co? – zapytałem, patrząc na różowy zakreślacz, który zamienił połowę miesiąca w pole minowe.

– Czyli seks planujemy tutaj, tutaj i tutaj – powiedziała, stukając palcem w kartki z miną, jakby rezerwowała terminy u dentysty. – Najlepiej rano. Organizm jest bardziej wyspany.

– Rano? – uniosłem brwi. – Wiesz, że czasami o szóstej jestem na kopalni?

– To o piątej!

– O piątej przed pracą, przecież to się trzeba naje..., namęczyć!

– To może wieczorem. Ale nie za późno. Żeby nie było stresu.

– Żeby nie było stresu, to może po prostu... – urwałem.

Spojrzała na mnie tak, że uznałem, iż milczenie będzie najrozsądniejszą opcją. Tak rozpoczęła się era seksu projektowego. Seksu z funkcją, celem i deadlinem. Seksu, który miał przynieść efekt, a nie tylko przyjemność. Seksu, który wchodził do kalendarza obok przeglądu samochodu i zebrania koła gospodyń wiejskich. Na początku próbowałem żartować.

– Ciekawe, czy jak przesuniemy to na środę, to dziecko będzie miało talent do matematyki? – paplałem bzdury, żeby nie zwariować.

Asia zwykle nie reagowała. Podejrzewam, że często nawet nie zauważała, iż coś tam sobie bełkoczę. Może i lepiej. Zamiast tego notowała coś w swoim kalendarzyku. Było coś dziwnego w tym wszystkim. Coś między śmiesznością a grozą. Jakbyśmy grali w grę, której zasady zna tylko jedno z nas, a drugie udaje, że rozumie.

– Masz ochotę? – zapytała któregoś dnia.

– A mam wybór? – odpowiedziałem półgębkiem.

– Nie dziś. Dziś nie ma owulacji – rzuciła innym razem i poszła do łazienki.

I tak to trwało. Tygodnie zamieniły się w miesiące. A miesiące w czekanie. Każdy cykl był jak nowy sezon serialu: nadzieja, napięcie, rozczarowanie. Tylko że budżet emocjonalny malał z każdym odcinkiem. Asia coraz częściej zaglądała na fora internetowe. Jej ulubione to „Starania 30+” i „Niepłodni, ale zakochani”. Pseudonimy użytkowniczek brzmiały jak postaci z jakieś gry komputerowej pod tytułem – plemniki atakują: Nadzieja123, CiążaCzyNie, Mama2020. Była też Elżunia82, która pisała w caps locku i co miesiąc żegnała się z forum, by po tygodniu wrócić z nową teorią. Asia czytała te wpisy jak wyrocznię. Wprowadzała nowe zasady: poduszka pod biodra po stosunku, zakaz wstawania przez 20 minut, brak kofeiny. W lodówce pojawiły się dziwne rzeczy: siemię lniane, sok z buraka, olej z czarnuszki. Ja w tym czasie kończyłem pracę, siadałem do książek, zasypiałem nad skryptami z uczelni. Czułem, że coś się przesuwa. Nie gwałtownie. Płynnie, prawie niezauważalnie. Jak krzesło, które niby stoi prosto, ale z czasem zaczyna się chwiać. Asia robiła się spięta. Jakby bardziej skryta. Miała w sobie ładunek emocjonalny, który bałem się poruszyć. Udawałem, że tego nie widzę. Miałem wygodne alibi: praca, studia, zmęczenie.

– Dajmy czasowi czas – mówiłem.

Brzmiało rozsądnie, prawda?

W weekendy oglądaliśmy seriale. Najchętniej takie, gdzie wszyscy umierają – „Prison Break”, „Gra o Tron”, jakieś skandynawskie dramaty o ludziach, którym wszystko się spierdoliło w życiu. Asia mówiła, że wreszcie coś realistycznego. W czasie spotkań ze znajomymi też zaczęły się znaczące rozmowy. To było coś w stylu:

– A wy jeszcze się nie chwalicie? – z uśmiechem.

– A co u was słychać? – z sugestywnym spojrzeniem na brzuch Asi.

– No wiecie, dzieci to największa przygoda! – rzucała z entuzjazmem koleżanka z dzieckiem, które właśnie wbijało jej widelec w kolano. Asia tylko się uśmiechała. Tymczasem ja zmieniałem temat. Ale potem, w domu, widziałem, jak długo siedzi w łazience. Jak patrzy w lustro. Jak zaczyna przeliczać coś w kalendarzu. I w końcu słyszałem to, czego najbardziej bałem się usłyszeć:

– Może coś ze mną nie tak…

I wtedy już wiedziałem, że coś się zmienia. Nie nasze życie. Jeszcze nie. Coś pod spodem. Coś, co miało wybuchnąć. Nie dziś, nie jutro. Kiedyś. Bo już było w powietrzu.

To była jedna z tych cichych nocy, gdy dom wydaje się większy, a świat za oknem – dalszy niż zwykle. Siedzieliśmy w kuchni. Nie dlatego, że było nam tam szczególnie dobrze. Po prostu nikt nie chciał jeszcze spać. Asia grzebała łyżeczką w kubku po herbacie. Ja siedziałem przy stole z łokciami na blacie, zmęczony, ale nie tak, żeby zasnąć. Kuchenne światło, jak zawsze, nadawało wszystkiemu żółtawy filtr. Jakbyśmy byli sceną z filmu o ludziach, którzy udają, że są szczęśliwi.

– A jeśli coś jest nie tak? – zapytała nagle, nie patrząc na mnie.

W pierwszej chwili myślałem, że chodzi o herbatę. O to, że ostygła, że za dużo cytryny, że to przez ten nowy miód, który smakuje, jakby ktoś go wyprodukował z zużytej pieluchy. W końcu się zreflektowałem,

– Co masz na myśli? – zapytałem, chociaż doskonale wiedziałem.

– No... ze mną. Z nami. Z tobą. Z czymkolwiek. Może coś jest nie tak – powiedziała, a jej głos brzmiał, jakby właśnie porzucała nadzieję. Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem w ścianę, na kafelki, które układały się w mozaikę wątpliwych decyzji remontowych.

– Spokojnie – powiedziałem w końcu. – Jeszcze nic się nie dzieje.

Asia milczała. Potem spojrzała na mnie. Nie ze złością, nie z wyrzutem. Po prostu spojrzała, jakby chciała zobaczyć, czy wierzę w to, co mówię. A ja nie wierzyłem. W tamtej chwili byłem jak aktor, który zapomniał tekstu i improwizuje w nadziei, że publiczność nie zauważy.

– Tak mówisz – odparła cicho – ale przecież mija już ósmy miesiąc.

Przytaknąłem, nie patrząc w jej stronę. Czułem, że jeśli spojrzę, to pęknie coś we mnie. A tego wieczoru naprawdę nie miałem ochoty niczego zbierać z podłogi.

– Może po prostu trzeba więcej czasu – stwierdziłem po chwili. – Czasem tak jest. Czasem ludzie się starają i nic, a potem nagle... pach.

„Pach”? Naprawdę powiedziałem „pach”? Jakbyśmy mówili o wymianie samochodu, a nie o dziecku!

– Pach? – powtórzyła z lekkim uśmiechem.

Ale to był ten uśmiech, który nie wyrażał radości. Zrobiło się cicho. Słychać było tylko ciche kapanie z kranu. Od zawsze kapał. I od zawsze obiecywałem, że się nim zajmę. Myśli krążyły jak muchy wokół światła. Rozpraszały, brzęczały, wpadały w ściany i znów się odbijały. Może to ze mną było coś nie tak? Może ja byłem powodem? Ale nie mówiłem tego głośno. Bo mężczyźni nie mówią takich rzeczy. Mężczyźni mówią: „Wszystko się ułoży”, „Daj spokój!”.

– Jutro... może pójdziemy gdzieś na spacer – rzuciłem, zmieniając temat. – Dawno nigdzie nie byliśmy. Może kino?

– Może – odparła.

Zamieszała łyżeczką ostatni raz i zostawiła ją w kubku. Zawsze tak robiła, jak nie miała siły kończyć. Czegokolwiek. Wstała i poczłapała do sypialni. Zostałem sam. Siedziałem jeszcze chwilę i powtarzałem w głowie: „Jeszcze nic się nie dzieje. Jeszcze nic. Jeszcze”. Dni wyglądały podobnie. Rano pobudka – raz ja wcześniej, raz Asia, bo wszystko zależało od tego, na którą zmianę wychodziłem. Śniadanie w ciszy. Kawa w kubkach, które dostaliśmy od kogoś z okazji ślubu: „Dla niego” i „Dla niej”. Potem rozchodziliśmy się w swoje światy. Ona – do sklepu, między regały z dżinsami i klientki, które uważały, że ściąganie spodni z półki upoważnia je do bycia złośliwymi. Ja – do kopalni, gdzie czekał tylko pył i pot, a potem jeszcze więcej pyłu i jeszcze więcej potu. Gdzie mężczyźni z przybrudzonymi twarzami, zlani potem i potwornie zmęczeni dyskutowali jedynie o wynikach meczów i pogodzie. Po pracy – powrót. Zmęczony. Niewyspany. Siadałem z książkami, bo studia – kolokwia, egzaminy. Ona kręciła się po domu, robiąc herbatę i notując coś w kalendarzu. Czasem rozmawialiśmy. Czasem tylko wymienialiśmy zdania o tym, że chleb się kończy, że znów nie odebraliśmy poleconego, że ktoś z rodziny dzwonił, ale później oddzwonimy. Z perspektywy widzę, że to był moment, w którym zacząłem się wycofywać. Nie z relacji, ale z emocji. Nie miałem siły przeżywać z nią jej lęków. Mój świat był zatłoczony pyłem, stresem, notatkami z wykładów. Nawał zajęć był moją wymówką. A może raczej tarczą? Zamiast z nią rozmawiać, zamykałem się w sobie. Mówiłem, że jestem zmęczony, że muszę coś doczytać, że boli mnie głowa. Może naprawdę bolała. Może to była tylko psychosomatyczna reakcja na napięcie, które wisiało w powietrzu jak brudna firanka. Byłem zmęczony. Ona była zrozpaczona. Ktoś musiał być normalny.

Któregoś dnia wróciła z pracy później niż zwykle. Rzuciła torebkę na krzesło i opadła na kanapę z miną, która nie zapowiadała niczego dobrego. Wpadła w szarą strefę emocji, którą trudno nazwać, ale łatwo rozpoznać.

– Wiesz, że Kasia z działu zaszła w ciążę? – rzuciła niby od niechcenia.

– Ta w okularach? – zapytałem, żeby coś powiedzieć.

– Ta w okularach. Starała się dwa miesiące. Dwa! – powtórzyła wściekła, jakby ta w okularach popełniła jakąś okropną zbrodnię.

– No widzisz, niektórzy mają szczęście – próbowałem się uśmiechnąć, ale wyszło mi coś między grymasem a skurczem mięśni twarzy.

– Albo po prostu są normalni! – rzuciła, podnosząc się z kanapy.

Poszła do kuchni. Poczłapałem za nią, jakby coś mnie tam przyciągało.

– Może mamy kalendarz nie z tego roku? – zażartowałem. – Wszystko się przesuwa, jak z czasem letnim.

Spojrzała na mnie. Przez chwilę myślałem, że się uśmiechnie. Ale nie. Pokiwała głową i wyjęła z szafki kubek. Zrobiła herbatę i znów wyszła z kuchni, jakby ta rozmowa się nie wydarzyła. W nocy nie mogłem zasnąć. Leżałem obok niej i słyszałem, jak wstaje. Cicho, ostrożnie, jakby próbowała wymknąć się w tajemnicy przed całym światem. Poszła do łazienki. Drzwi się zamknęły. Po chwili usłyszałem ten dźwięk. Cichy, tłumiony, ale rozpoznawalny. Łzy. Płakała. Nie wstałem. Nie poszedłem za nią. Nie przytuliłem. Leżałem w ciszy z otwartymi oczyma. I pierwszy raz zobaczyłem, że coś w niej naprawdę pękło. W naszej kuchni kalendarz leżał teraz stałe pomiędzy cukiernicą a pojemnikiem na chleb. Jak relikwia codzienności. Kolorowy, oznaczony symbolami, strzałkami, serduszkami w kółkach. Uświęcony papier, który mówił nam, kiedy wolno się dotykać, a kiedy trzeba tylko zmywać naczynia. Nie komentowałem tego. Tak, jak nie komentuje się obecności teściowej – po prostu wiadomo, że jest... przecież jej nie zamorduje, nie zakopie w ogrodzie i nie zasypie wapnem, żeby rozpuścić kości... nie jestem taki! Ale pokusa czasem się pojawiała... Z czasem staliśmy się jak zespół do zadań specjalnych – działający w ciszy, sprawnie, bez zbędnych emocji. Seks stał się zadaniem. Coś jak szczepienie – szybkie, precyzyjne, najlepiej w godzinach zgodnych z instrukcją. Byliśmy jak para aktorów grających w sztuce o płodności. Problem w tym, że nie było publiczności, która mogłaby to docenić. Asia sprawdzała daty, mierzyła temperaturę, notowała konsystencję czegoś, o czym wolałbym nigdy się nie dowiadywać. Ja robiłem, co do mnie należało. Przynajmniej tak to wtedy widziałem. Po stosunku często zapadała cisza pełna oczekiwania, że może teraz. Może tym razem. Leżeliśmy obok siebie i każde z nas milczało, zatopione w swoim własnym lęku. Patrzyłem w sufit, liczyłem oddechy, czekałem, aż znów będziemy mogli porozmawiać o czymś, co nie dotyczy temperatury ciała. Nerwowość między nami nie była wybuchowa. Nie kłóciliśmy się. To był bardziej rodzaj mrowienia pod skórą – coś się zbierało, coś drgało, ale jeszcze nie miało odwagi się ujawnić. Zaczęliśmy unikać wieczorów. Niektóre dni były „na pewno nie”, inne – „może”, ale już nie było „pragnę cię”. Fizyczny pociąg zamienił się w procedurę, czułość – w instrukcję. Pamiętam jedną z takich nocy. Leżeliśmy w łóżku. Ja – po swojej stronie, ona – po swojej. Pomiędzy nami tkwiła pościel – chłodna, nieprzyjazna, złożona z obowiązku. Zgasiłem światło. W ciemności usłyszałem jej głos.

– Może coś robimy źle.

Nie odpowiedziałem od razu. Wydawało mi się, że jeśli powiem „nie”, to znów ją okłamię. A jeśli powiem „tak”, to wszystko się posypie.

– Może – mruknąłem w końcu albo przytaknąłem. Sam już nie pamiętam.

W mojej głowie brzmiało tylko jedno zdanie: Jeszcze nic. Ale mamy czas. To zdanie powtarzaliśmy sobie przez kolejne miesiące. A potem – przez lata.ROZDZIAŁ 2

Minął rok. Może trochę więcej. W kalendarzu wiszącym w kuchni zapełniły się wszystkie kratki. Kolory wyblakły, zakreślenia stały się chaotyczne. A jednak Asia wciąż każdego miesiąca zaznaczała kolejne dni płodne – jakby wierzyła, że tym razem, ten cykl, ta szansa, ten dzień będzie inny. A ja... przestałem już liczyć. Czas się zlewał. Pora roku zmieniała się w tle jak scenografia w sztuce, której fabuła nie rusza z miejsca. Zima, wiosna, lato, znowu jesień. A my – jakbyśmy ciągle tkwili w tej samej scenie. W tej samej roli. Z tą samą miną. Asia rano siadała przy stole z herbatą i patrzyła w kalendarz tak, jak niektórzy patrzą w plan nieznanego miasta. Szukała czegoś, co mogło jej umknąć. Drobnego błędu. Może źle policzyła? Może zła godzina? Może zły dzień? Może złe słowo? A ja coraz częściej uciekałem wzrokiem. Udawałem, że nie widzę. Nie chciałem widzieć. Bo ile razy można powiedzieć „następnym razem”? Powoli zaczynałem nienawidzić tego kalendarza. Był wszędzie. Na stole. Na lodówce. W głowie. Zamiast dat były wyroki. Zamiast dni – przypomnienia o tym, że coś nie działa tak, jak powinno. A może ktoś? Asia wciąż wierzyła. Wciąż próbowała. Ale ja traciłem zapał. Wieczorami siadaliśmy obok siebie na kanapie. Serial w tle. Koc. Ciepła herbata. Wyglądało normalnie. Nawet cicho i spokojnie. Ale to była ta cisza, która ma ciężar. Taka, która nie powstaje z komfortu, tylko z braku siły. Nie rozmawialiśmy o tym, że mija trzynasty miesiąc. Że znów nic. Że znów test negatywny. Że znów jej twarz zastyga, kiedy wraca z łazienki. Rozmawialiśmy o wszystkim innym. Że w pracy głośno. Że autobus się spóźnił. Że makaron był rozgotowany. Z czasem nauczyliśmy się tej gry. Jakbyśmy byli aktorami w sztuce o małżeństwie bez dziecka. I tylko my wiedzieliśmy, że kurtyna nigdy nie opadnie. Asia nie rezygnowała. Nadal zakreślała daty. Nadal sprawdzała. Nadal wyciągała z torebki test ciążowy, kupiony „tak na wszelki wypadek”. Ale coraz rzadziej czekała z nim do rana. Zaczęła robić testy dopiero popołudniami, jakby wiedziała, że i tak nic nie pokażą. Przestałem pytać. Bo już znałem odpowiedź. A ona przestała o tym mówić. Bo wiedziała, że nie potrafię jej pocieszyć. Wiedziałem jedno: że z każdym miesiącem jesteśmy coraz dalej. Chociaż siedzimy przy tym samym stole. Chociaż śpimy w tym samym łóżku. I oddychamy tym samym powietrzem. Ale w środku było już inaczej. Coś się przesunęło. Nie gwałtownie. Po cichu. Kalendarz mówił: jeszcze jeden cykl. Ale my już wiedzieliśmy, że nie chodzi tylko o cykl. Że tu chodzi o nas. Zaczęło się powoli. Jak zazwyczaj zaczynają się najgorsze rzeczy – bez fanfar, bez dymu, bez wyraźnej daty do zapamiętania. Po prostu – coraz trudniej było się śmiać. Jeszcze nie było dramatu. Nie rzucaliśmy w siebie słowami, nie trzaskaliśmy drzwiami, nie spaliśmy osobno. Ale coś w powietrzu się zmieniło. Gęstość. Ciężar. Dźwięk, z jakim filiżanka trafiała o spodek. Codzienne rytuały, które kiedyś były naszym wspólnym kodem – kolacja, serial, komentarze do wiadomości – teraz wyglądały jak próby rekonstrukcji czegoś, co już się rozpadło, ale jeszcze nikt nie miał odwagi o tym powiedzieć. Zupę nadal gotowaliśmy na zmianę. Herbatę – zawsze mocną, zawsze z cytryną – podawaliśmy sobie bez słowa. Wciąż patrzyliśmy na siebie przez stół. Ale coraz częściej miałem wrażenie, że każde z nas czeka, aż to drugie zacznie mówić. Asia opowiadała mi o pracy, o klientce, która nie chciała zapłacić za poplamioną sukienkę. Kiwałem głową. Dodawałem „Serio?” i „Niesamowite!”, jakby to były zaklęcia chroniące przed milczeniem. Ale słowa nie układały się już w rozmowę. To były raczej serie monologów. To były wypowiedzi, które nie trafiały do odbiorcy, ocierały się tylko o jego uwagę i ulatywały gdzieś w dal na zatracenie w czasie przeszłym. W telewizji leciały te same programy co zawsze. Seriale, w których ludzie rozwiązywali problemy w 40 minut z przerwą na reklamy. Wiadomości, w których świat co dzień walił się bardziej, ale jakoś mniej nas to obchodziło. Siedzieliśmy obok siebie, noga przy nodze, ale każde osobno. Czasem nawet nie zauważałem, że Asia zasypia, oparta o podłokietnik kanapy. Zresztą... może udawała, że śpi. Ja czasem też udawałem. Byliśmy jak para aktorów, którzy znają swoje kwestie, ale zapomnieli intonacji. Wchodziliśmy w scenę, mówiliśmy zdania, śmialiśmy się w miejscach, gdzie kiedyś śmiech był naturalny. Ale to był teatr. A maski zaczynały uwierać. Nie było w nas złości. Jeszcze nie. Raczej coś w rodzaju przewlekłego zmęczenia. Takiego, którego się nie leczy snem. Takiego, które zagnieżdża się w ciele i w języku. Zdałem sobie sprawę, że coraz rzadziej żartuję. A jeśli już, to nie patrzę jej wtedy w oczy. Bo nie jestem pewien, czy zrozumie, że to żart. Albo – co gorsza – że go zrozumie i nie odpowie. Kiedyś potrafiliśmy się śmiać godzinami. Głupio, bez powodu, z absurdów, z siebie nawzajem. Teraz śmiech stawał się ryzykowny. Jakby każdy żart był rzuconą kostką – nigdy nie wiadomo, co wypadnie. To właśnie wtedy poczułem, że coś się w nas rozjeżdża. Nie gwałtownie. Nie z krzykiem, ale cicho, metodycznie. Kawałek po kawałku. Tamtego dnia zupa była za słona. Nawet jak na gust Asi, która miała wyjątkową tolerancję na przyprawy. Pomyślałem, że może się zamyśliła, może ręka jej drgnęła. A może zrobiła to specjalnie – chciała, żeby coś wreszcie miało smak. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, oboje pochylając się nad talerzami z miną ludzi, którzy właśnie dowiedzieli się, że ten właśnie obiad to ostatni posiłek przed długim milczeniem. Asia mieszała zupę łyżką, ale nie jadła. Próbowałem coś przełknąć, ale każdy łyk smakował jak woda morska. Jadłem to dla zasady. Dla formy. Dla uniknięcia rozmowy o soli. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Może cisza była zbyt gęsta. Może próbowałem sprawdzić, czy jeszcze mamy poczucie humoru. A może chciałem się sam ocalić.

– Wiesz – rzuciłem. – Może nasze dziecko po prostu ma błędny GPS. Krąży gdzieś nad nami, ale nie może znaleźć właściwego adresu. Zerknąłem na nią. Nic. Żadnego drgnięcia kącika ust, żadnego przewrócenia oczyma, żadnego „Boże, jaki ty jesteś głupi!”. Tylko łyżka przesuwająca się po dnie talerza, jakby chciała znaleźć tam coś lepszego niż to, co zostało na powierzchni.

– Albo Google Maps go zwiodło – próbowałem dalej, słysząc już, że brzmię jak pajac, który się śmieje sam z siebie. Spojrzała na mnie. Powoli. Bez gniewu. Bez uśmiechu. Bez niczego. A potem rzuciła tylko:

– Naprawdę myślisz, że to śmieszne?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij