Cywilny Pies Obronny - ebook
Marcin „Lewy” Wyszyński: Ta książka to szczera, pełna pasji i odwagi w mówieniu prawdy, osobista opowieść przewodnika, który wszedł w świat pracy z owczarkiem belgijskim. Autor wyznaczył sobie cel i przez kilka lat, krok po kroku, uczył się szkolenia, odpowiedzialności i samego siebie. To zapis drogi, pełnej wątpliwości, błędów, rozwoju i pasji. Cieszę się, że taka pozycja pojawiła się na rynku, napisana nie przez „eksperta”, lecz przez przewodnika psa, który odważył się położyć kawę na ławę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-856-8 |
| Rozmiar pliku: | 5,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Marcin Wyszyński, trener psów użytkowych, były operator JW GROM, współtwórca grupy K9.
Od kilkunastu lat zajmuję się szkoleniem psów użytkowych. Swoje pierwsze kroki stawiałem w jednostce wojskowej GROM, gdzie współtworzyłem grupę przewodników psów bojowych K9. Przez lata pracy widziałem wiele metod, dróg i historii — dlatego rzadko sięgam po książki o szkoleniu psów z pełnym przekonaniem, że znajdę w nich coś nowego. Ta książka jest wyjątkiem. Na początku nie ze wszystkimi tezami autora się zgadzałem. Z czasem zrozumiałem jednak, że moje spojrzenie jest już mocno „przefiltrowane” przez lata pracy trenerskiej, doświadczenie i branżowe schematy. Tym większą wartość ma ta pozycja — bo nie jest to książka sprzedażowa ani instruktorski poradnik pisany z pozycji eksperta. To szczera, osobista opowieść przewodnika, który wszedł w świat pracy z owczarkiem belgijskim, wyznaczył sobie cel i przez kilka lat, krok po kroku, uczył się szkolenia, odpowiedzialności i samego siebie. To zapis drogi — pełnej wątpliwości, błędów, rozwoju i pasji. Dla przyszłych przewodników, obecnych handlerów, trenerów i pozorantów jest to wartościowy drogowskaz. Dla osób planujących psa obronnego — bardzo potrzebne spojrzenie „od środka”, bez marketingu i uproszczeń. Dla mnie osobiście ta książka ma jeszcze jeden, szczególny wymiar. Od kilku lat współpracuję z Michałem i miałem realny wpływ na jego edukację oraz rozwój pracy z psem. Czytając tę książkę, mogłem zobaczyć, jak moje działania zostały odebrane oczami przewodnika. To dla trenera coś bezcennego — i jednocześnie pewnego rodzaju egzamin. Uważam, że każdy trener i każdy pozorant powinien sięgnąć po tę pozycję i przeczytać ją uważnie. Naszą wizytówką nie są certyfikaty ani marketing — są nią nasi podopieczni i to, co z naszej pracy realnie wynoszą. Ta książka jest szczera, pełna pasji i odwagi w mówieniu prawdy. Cieszę się, że taka pozycja pojawiła się na rynku — napisana nie przez „eksperta”, lecz przez przewodnika psa, który odważył się położyć kawę na ławę.Wstęp
Niniejsze kompendium wiedzy to uporządkowany zapis moich subiektywnych doświadczeń szkoleniowych, które zebrałem w jedną spójną całość na podstawie zgromadzonych przez lata notatek.
Na początku ustalmy, co kryje się pod pojęciem „cywilny pies obronny”. Na potrzeby idei, którą wraz z kolegami propagujemy, wymyśliłem skrót C-K9. Określenie K9 przyjęło się jako skrót słowa “canine”, w tłumaczeniu z angielskiego “pies”, „psowaty”. Odnosi się ono głównie do psów służbowych K9 (K9 Unit). Zgodnie z moją definicją cywilny-K9, czyli C-K9, to osobisty pies obronny, i w tym celu go szkolimy. Jego umiejętności są dla nas użyteczne i wpisują się w styl naszego życia. Nie będę tutaj pisał o użytkowych przeznaczeniach innych psów niż obronne; jak: psy do myślistwa, terapii, ratownictwa, tylko skupię się na opisaniu pracy jaką wykonałem, żeby osiągnąć dobre rezultaty w szkoleniu obronnym i zawodach K9. Zgodnie z moim pomysłem C-K9 przede wszystkim musi być psem socjalnym, co najmniej tolerującym domowników oraz gości, rozumiejącym konteksty poszczególnych sytuacji w domu i poza nim. Wymagane jest posłuszeństwo bez względu na miejsce i okoliczności oraz szeroko pojęta obrona, tj. gryzienie. W sytuacji zagrożenia pies musi być samodzielny w podejmowaniu decyzji, ale bezwzględnie odwoływalny i nastawiony na współpracę. Ważne, aby potrafił realizować różne aktywności zgodne z upodobaniami właściciela: jogging, górskie wędrówki, biwaki, wycieczki rowerowe, wizyty u znajomych i weterynarza w sposób przyjemny i nieuciążliwy dla obu stron.
Niedopuszczalna jest nieuzasadniona agresja do innych zwierząt, ludzi, a zwłaszcza do dzieci. Pies, który posiada wymienione wyżej umiejętności stanie się doskonałym przyjacielem rodziny i nieustraszonym obrońcą. Dodatkowo droga szkoleniowa, przez którą musimy wspólnie przejść, cementuje układ człowieka z psem i tworzy silne więzi. Zyskujemy pewność wzajemnych zachowań, potrafimy się komunikować. Pies nam ufa, przyjmuje nasze przywództwo, przez co jest bezpieczny dla nas i otoczenia.Założenia i cele
Gdy zaczynałem pracę z pięciomiesięcznym Benkiem, miałem proste założenia, zgodne z tym co pisałem na wstępie. Nie miałem wtedy ambicji startów w zawodach K9, tym bardziej nie brałem pod uwagę trenowania inny psich sportów. Chodziło o posiadanie fajnego psa, z którym będę mógł aktywnie spędzać czas, ale który będzie również posiadał duży potencjał obronny. Wszystkie umiejętności jakie pierwotnie sobie założyłem, Benek opanował w wieku ok. 30 miesięcy. Oczywiście chodzi o komendy posłuszeństwa, rewiry, gryzienie na pełny kostium i bajery widziane w internecie. Skakał, gryzł, robił sztuczki.
Przyznam, że wtedy skończyły mi się pomysły i utknęliśmy ze szkoleniem w martwym punkcie. Pomimo, zadawalającego poziomu wyszkolenia Benka, cały czas miałem poczucie, że czegoś nam brakuje, a jego umiejętności tak naprawdę nie są sprawdzone w realnych warunkach. Nowym impulsem do działania okazał się film, który zobaczyłem w internecie. Była to relacja z zawodów psów użytkowych zorganizowanych przez K9 THORN w 2021 r. Od razu wiedziałem, że chcę wziąć w nich udział i skonfrontować teorię z praktyką. Na placu treningowym wszystko wyglądało dobrze, więc przyszedł czas na realną weryfikację. Zaczęliśmy trenować typowo pod zawody, co dało nam nową energię do działania.
W zawodach K9 THORN w Toruniu wystartowaliśmy w 2022 r. Celem było zorientowanie się, w którym punkcie szkolenia jesteśmy, i czy wszystko co robię z psem ma w ogóle jakiś sens. Pojechaliśmy bez żadnych oczekiwań. Ku mojemu zaskoczeniu zawody te wygraliśmy. Pisze o tym dlatego, że z kilku powodów był to dla mnie punkt zwrotny. W Toruniu wyznaczyły się dla nas nowe kierunki szkolenia, wiedziałem już, że zawody psów użytkowych będą stanowiły integralny element weryfikacji naszego szkolenia. Na Thornie poznaliśmy wielu wartościowych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. Głównym sędzią tych zawodów był Marcin „Lewy” Wyszyński, były dowódca sekcji psów bojowych w elitarnej jednostce wojskowej GROM, z którym nawiązałem później ciekawą współpracę.
Od tamtego czasu, brałem udział w zawodach psów użytkowych w kraju i za granicą, rywalizując z psami cywilnymi, służbowymi policji, wojska, straży granicznej, służby więziennej i straży miejskiej. Stawaliśmy w nich z Benkiem na najwyższych stopniach podium, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto szkolić psa nieszablonowo, o czym będę pisał później.
— teraz będzie banalnie-
Fot. 1 Mój syn z moim psem stróżującym, 2006r.
Psy od zawsze są nieodłączną częścią mojego życia. Wychowywałem się z psami, moje dzieci wychowały się z psami i nie wyobrażam sobie życia bez nich.
Urodziłem się w latach, w których spędzanie czasu poza domem było kwintesencją życia. Na podwórku, na trzepaku, na wsi, w lesie, blokowych piwnicach, na placach budowy — uczyliśmy się życia, nierzadko płacąc za tą naukę własną krwią. Rozbite kolana, śliwy pod okiem, krew z nosa, siniaki były absolutną normą. Wszystkie ferie i wakacje spędzałem u babci na wsi, gdzie mogłem poznawać świat zwierząt gospodarskich. Obserwowałem jak układają się relacje w poszczególnych stadach. Jako dziecko miałem dostęp do wszystkiego. Widziałem jak suki się szczenią i dyscyplinują szczeniaki, jakich metod używają do wymuszania pożądanych zachowań. Widziałem jak wykluwają się pisklaki, cielą krowy i kozy. Z czego jest rosół, a z czego salceson. Z wszystkich wiejskich ciekawostek najbardziej interesowały mnie psy. Przesiadywałem w psiej budzie i z ciekawością przyglądałem się wszystkiemu, co tam się dzieje. Byłem świadkiem narodzin i śmierci, radości i smutków wynikających z psiego życia, co miało na mnie ogromny wpływ i trwa do dzisiaj.
— ważna jest wyobraźnia-
Obronne „właściwości” psów zawsze mnie interesowały. Fascynacja ta podsycana była opowieściami mojego Ojca Chrzestnego, który opowiadał mi o pierwotnych rasach od zawsze towarzyszących człowiekowi. Historie o rzymskich legionach, które wykorzystywały psy do pracy również do walki z wrogiem, rozbudzały moją wyobraźnię. Poszukiwałem informacji na ten temat i marzyłem o własnym psie obronnym.
Moje doświadczenia z obroną użytkową zaczęły się bardzo wcześnie. Podczas wakacji u babci potężny kogut sąsiada, zaczął terroryzować mnie i moje rodzeństwo. Wcześniej prowokowaliśmy go dla zabawy, udając pianie co doprowadzało go do szału. Wiedzieliśmy, że te zwierzęta są terytorialne, że kogut będzie szukał rywala by złoić mu skórę. Kogut się irytował, ganiał w kółko, czasami orientował się, że to my wydajemy nieznośne dźwięki i wtedy zaczynał nas gonić. Była zabawa, adrenalina i kupa śmiechu. Wszystko skończyło się, gdy ptaszysko wyrosło na prawdziwego potwora (6—7 kg). Role się odwróciły i drań gonił nas bez litości. Atakował całym ciałem, trzepotał skrzydłami, próbował łapać pazurami i dziobać. Zapanował terror. W obawie przed atakiem zacząłem się bać wychodzić z domu. Staliśmy się zaciekłymi wrogami, a nienawiść była obustronna. W apogeum naszej wojny kogut nie potrzebował prowokacji, atakował jak tylko nas widział. Miałem wrażenie, że nas obserwował, rozpracowywał nasze zwyczaje, by znienacka atakować nie dając szans na ucieczkę. W pewnym momencie był za duży, za silny i wyjątkowo agresywny. Walka nie wchodziła już w grę, jedynym rozwiązaniem była ewakuacja. Kogut nigdy nie odpuszczał, ścigał nas do upadłego i był w tym bardzo konsekwentny. Nawet jak udało nam się uciec do domu lub innego pomieszczenia, to i tak trzeba było odczekać długą chwilę zanim sobie poszedł. Często jednak odcinał nam drogę ucieczki i jedynym pewnym ratunkiem była strefa, gdzie sięgał łańcuch psa.
— wiejska obrona terytorialna-
Buksik był małym psem łańcuchowym, pilnującym gospodarstwa moich dziadków. Jak na „rasowego” wielorasowca przystało, był bardzo przyjazny i lubił jak do niego przychodziliśmy. Odpinaliśmy go z łańcucha, żeby się z nami bawił. Wszędzie za nami podążał i we wszystkim brał udział. To był świetny pies, zawsze można było na niego liczyć. W jego towarzystwie czuliśmy się pewnie, bo wiedzieliśmy, że w momencie ataku koguta, bez wahania podejmie walkę w naszej obronie. Kogut po kilkukrotnej przegranej konfrontacji z Buksikiem, zmienił podejście i już tak chętnie na nas nie napadał. Fascynowałem się lojalnością i nieustępliwością tego pieska. Buksik był zbyt mały, żeby zabić koguta, ale na tyle agresywny i nieustępliwy, że skutecznie stawiał mu czoła i przepędzał. Już w tamtym czasie kiełkowała we mnie myśl: co mógłby zdziałać dużo większy pies, np. wilczur.
— wnioski z wioski-
Sytuacja z kogutem nauczyła mnie kilku ważnych rzeczy. Dotarło do mnie, że zwierzęta wszystko co robią traktują poważnie, nie znają się na żartach, a walkę mają wpisaną w DNA. Świat zwierząt to świat brutalny, bez taryf ulgowych, walka jest gwałtowna i na serio. Zrozumiałem, że gdyby kogut był silniejszy, prawdopodobnie walczyłby z psem do całkowitego zwycięstwa i odwrotnie. Uświadomiłem sobie, że kogut nie znał się na naszych głupich żartach, a pies bronił nas na śmierć i życie co mogło doprowadzić do zgonu któregoś z nich. Oczywiście były to czasy, gdzie z zabitego koguta zrobiono by rosół, a pies zostałby zakopany w ogródku i zastąpiony kolejnym.
Dobrze wiedziałem, dlaczego kogut atakował później już bez ostrzeżenia. Drażniony od młodości, wytworzył schemat i niezależnie od tego czy był prowokowany, widział w nas już tylko cel. Działał z automatu, bez kalkulacji. Nasza ucieczka budowała w nim przekonanie o własnych możliwościach, dlatego pod koniec naszego konfliktu był bardzo zuchwały wręcz bezczelny. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia o szkoleniu psów, ale doskonale wiedziałem jak powtarzalność może wypracować nawyk, a ciągłe wygrane zbudować mentalność zwycięzcy. Paradoksalnie nauczył mnie tego kogut, nie pies.
— dusza, serce i instynkt-
Zgodnie z opiniami naukowymi, pies był pierwszym, udomowionym przez człowieka zwierzęciem. Co zatem sprawiło, że człowiek jako pierwsze zwierzę udomowił właśnie psa — w dodatku drapieżnika? W całym świecie zwierząt, tylko pies potrafi cały swój potencjał ofiarować człowiekowi. Żyć z nim pod jednym dachem, spać w jednym łóżku, jeździć na wakacje, brać czynny udział w życiu rodzinnym, dostosowując się do warunków jakie stwarza mu człowiek. Relacja człowiek-pies niesie obopólne korzyści, ale nigdy nie powinniśmy zapominać, że psy to przede wszystkim zwierzęta i drapieżniki. Pomimo, że chcielibyśmy myśleć o nich inaczej, to nie można im ufać w stu procentach. Psy są bardzo lojalne, ale są też oportunistami i wiedzione instynktem mogą reagować gwałtownie. Lubią też korzystać z okazji, co często budzi nasze zdziwienie.Pierwszy pies użytkowy
— wilczur bez ogona-
Moim pierwszym psem użytkowym był rottweiler kupiony na giełdzie w Krakowie w 2001r. Była to suczka o imieniu Nasza. Pies został kupiony przez przypadek, imię nadane również przez przypadek. Pracowałem wtedy we własnym gospodarstwie rolnym i potrzebowałem psa do pilnowania domu i posesji. Nie planowałem rottweilera, bo miałem zakaz sprowadzania do domu ras powszechnie uznanych za niebezpieczne. Nasza, przez długi czas funkcjonowała w naszym domu jako „wilczur bez ogona” i zanim sprawa się wydała, pies zdążył już na dobre zaskarbić sobie względy domowników. Zakup tego psa był przypadkowy, ale nieprzypadkowa rola jaką miał spełniać. Od samego początku planowałem zakup psa obronnego z potencjałem do pracy na zewnątrz. W tamtym czasie zajmowałem się hodowlą drobiu i w naszym gospodarstwie zdarzały się kradzieże, dewastacje, mieliśmy również podpalenie. Dosyć powszechne było niepłacenie za towar, co rodziło różnego rodzaju konflikty. Zdarzały się sytuacje, w którychś „ktoś kogoś” szukał i sądził, że ja będę wiedział, gdzie go znaleźć. Nie wchodząc w szczegóły, mój pies wielokrotnie udowodnił swoją przydatność — głównie była to rola odstraszająca. Mieszkaliśmy na odludziu i moja żona często zostawała sama. Chciałem, żeby pies pełnił funkcję towarzysza ochroniarza.
Fot. 2 NASZKA, w tle moje gospodarstwo, 2003r.
— poważna rasa, niepoważny właściciel-
Wiedziałem, że mam do czynienia z poważną rasą, więc pierwszą decyzją jaką podjąłem to zakup dużej ilości literatury w zakresie szkolenia i ogólnych relacji człowieka z psem. Byłem młody i niedoświadczony, ulegałem głosom, że groźnego psa należy trzymać „krótko”. W teorii wszystko wyglądało dobrze, było krótkie trzymanie, zapał do szkolenia, ale moje działanie nie dawało oczekiwanych rezultatów i widziałem, że coś jest nie tak.
— jak ślepej kurze ziarno-
Zrządzeniem losu w promieniu 5 km ode mnie znajdowały się trzy ośrodki szkolenia psów, do których mogłem się udać. Wybrałem Psią Eskadrę, która odróżniała się nazwą, a właściciel Pan Marek Szczepański już przy pierwszym kontakcie telefonicznym dał się poznać jako osoba wyjątkowa, nie owijająca w bawełnę. Umówiłem się na spotkanie, ale usłyszałem, że wcale nie jest pewne czy zostanę przyjęty na szkolenie. Wcześniej muszę przejść odpowiedni test. Zaintrygowało mnie to, bo nikt w innej szkółce, z którą się wcześniej kontaktowałem nie postawił takiego warunku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka.
— dzień, który zmienił wszystko-
Dzień, w którym przyjechałem do Psiej Eskadry po raz pierwszy, na zawsze zapadł w mojej pamięci. Było ciepłe, letnie, późne popołudnie. Przyjechałem swoim polonezem truckiem dużo wcześniej, żeby się nie spóźnić. Zaparkowałem przed bramą i czekałem na szefa. Byłem trochę zmieszany, bo w posesji Psiej Eskadry biegało luzem ok. 10—15 psów, wszystkie ujadały i kotłowały się za ogrodzeniem, stwarzając obraz totalnego chaosu. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia w jaki sposób można opanować, to dzikie stado i ile czasu to zajmie. Zacząłem myśleć, że może umówiłem się w złym miejscu. Chwilę przed czasem podjechał samochód, wysiadł z niego wysoki szpakowaty facet, spokojnym krokiem podszedł do bramy posesji. Wysiadłem z samochodu, żeby się przywitać, ale facet mnie zignorował. Na widok właściciela wszystkie psy z posesji przybiegły do niego. Pomyślałem, że albo będę musiał tam wejść razem z nim, albo uspokajanie tych psów potrwa godzinę. Jedna i druga opcja nie była mi na rękę.
Pan Marek spokojnym głosem zaczął wołać :
— _Chłopaki. Do kojców_.
Pomyślałem, że zwariował, bo w jaki niby sposób całe to stado ma zareagować na tak cichy i spokojny głos. Powtórzył troszkę głośniej :
_— Chłoooopaki._
Psy zaczęły się uspokajać, a ich ekscytacja opadać. Mowa ich ciała się zmieniła, Pan Marek powolnym krokiem prowadził stado w kierunku kojców i spokojnym głosem motywował, żeby w tej wędrówce się nie pogubiły. Wykonywał wskazujące gesty, a psy spokojnie zajmowały miejsca w swoich klatkach, czekając na zamknięcie. W ciągu jednej minuty totalny chaos zamienił się w uporządkowany odwrót do klatek. W momencie, gdy większość psów siedziała spokojnie w kojcach, na placu zostało kilku kombinatorów. Jeden przyczaił się w krzakach, a drugi schował za winklem budynku. Wygląd, temperament tych psów od razu zwróciły moją uwagę. Płowe umaszczenie, czarne maski, szczupłe muskularne sylwetki. Cwaniaki pierwszego sortu — owczarki belgijskie malinois — pierwsze jakie w życiu widziałem.
Pan Marek z politowaniem, zwrócił się do psa schowanego za rogiem budynku :
— _Majka, proszę cię._
Mała suka od razu zrozumiała, że nie będzie taryfy ulgowej i z położonymi uszami, oglądając się na Marka poszła do kojca. Do psa schowanego w krzakach padły słowa :
_— Biesiu, widzę cię._
Biesiu również zrozumiał, że wszystkie jego starania są daremne i musi udać się do kojca. Spektakl, którego byłem świadkiem trwał może trzy minuty, a ja nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Pomyślałem, że jestem we właściwym miejscu. Już wtedy wiedziałem, że na pewno się zaprzyjaźnimy, a oczyma wyobraźni widziałem siebie jak spokojnym głosem wydaję komendy swojemu rottweilerowi. Ogarnęło mnie uczucie jakie ogarnia człowieka, gdy wyrusza na wielką wyprawę w nieznane, podnieta z rozpoczynającej się wspaniałej przygody, która dostarczy wielu niezapomnianych wrażeń. Tak właśnie się stało, tyle że wyglądało to zupełnie inaczej niż to sobie w tamtym momencie wyobraziłem.
— debil, który bije psa-
Facet pozamykał kojce i powiedział, żebym przyprowadził psa. Nasza miała ok. 8—9 miesięcy. Czułem się pewnie, bo tydzień wcześniej na mojej posesji złapała złodzieja z czego byłem bardzo dumny. Wydawało mi się, że od razu o tym opowiem i znajdziemy wspólny język.
Z tym złodziejem, to była dosyć śmieszna historia. Jak co wieczór wypuściłem psy na siku, wtedy miałem jeszcze pięciomiesięcznego mieszańca o imieniu Picia. Gdy przez dłuższy czas nie wracały, poszedłem sprawdzić co się dzieje. Letni wieczór po zmroku, pełna cisza. Moje gospodarstwo rozciągało się na 11 ha, więc teren był bardzo duży. Chodziłem z latarką i wołałem, w pewnym momencie usłyszałem z oddali ciche piskliwe szczeknięcia. To była Picia. Poszedłem w kierunku tego głosu i z daleka zobaczyłem stojącą postać. Gdy podszedłem bliżej okazało się, że naprzeciwko postaci siedzi spokojnie mój rottweiler i poszczekujący szczeniak. Facet stał bez ruchu, dłonie miał zaciśnięte w pięści i trzymał je przy szczęce, chroniąc szyję.
Od razu krzyknąłem: — C_o pan tu robi?_
Rozpoznałem w nim faceta, którego już wcześniej podejrzewałem o kradzież spawarki, więc wiedziałem, że jego obecność nie jest przypadkowa. Facet odparł, że wraca z pociągu i chciał sobie skrócić drogę. Pomimo tego, że był to potężny chłop, widziałem że był śmiertelnie przerażony, dlatego postanowiłem to wykorzystać. Powiedziałem, że ma ogromne szczęście, że moje psy są szkolone, bo w innym przypadku mógłby zginąć. Facet cały rozdygotany zrozumiał przesłanie. W tamtym dniu skończyły się u mnie wszelkie kradzieże. Fama rozeszła się po okolicznych wioskach i nawet w ośrodku zdrowia jak żona podawała adres, to słyszała: _aaa, to tam gdzie są te groźne psy…?_ Nigdy nie próbowałem tego prostować.
Byliśmy już na placu treningowym, więc przystąpiliśmy do działania.
_— Proszę pokazać jakie komendy zna pies —_ powiedział Pan Marek.
Zrobiliśmy siad, waruj, stój, noga.
_— Proszę pokazać jak bawi się Pan z psem._
Pan Marek wręczył mi zabawkę, bo swojej nie miałem. Próbowałem zachęcić psa do jakiejś akcji. Szło ciężko, pies był bierny, wycofany, niepewny. Troszkę zacząłem wątpić w siebie. Facet z kamienną miną przyglądał się temu wszystkiemu, nie wyrażał żadnych emocji. Coś tam próbowałem zagadywać, ale on mnie ignorował; cały czas skupiony był na psie.
_— Proszę stanąć z psem przy nodze._
Facet wziął szmatę i zaczął machać prowokacyjnie w naszym kierunku. Pies od razu schował się za mną.
_— Proszę stanąć z psem przy nodze._
Zrobiłem co kazał i ponownie to samo. Wizja wspaniałej przygody zaczęła pomału zamieniać się w koszmar kompromitacji i wstydu. Zauważyłem, że facet mniej uwagi poświęca psu i bacznie zaczął mi się przyglądać.
_— Proszę dać mi psa._
Zarobiłem co kazał. Zaczął rozbawiać psa i już po chwili Nasza brykała ze szmatą w pysku zadowolona. Facet mówił do niej w specyficzny sposób, a ona na wszystko reagowała właściwie. Już wtedy wiedziałem co to oznacza. Pan Marek skończył, oddał mi Naszkę i powiedział:
_— Dlaczego bijesz psa debilu!_
_— Słucham?_
To było jak strzał w pysk znienacka mokrą szmatą. Sposób i ton w jaki to wypowiedział zbił mnie z tropu. Zanim zdołałem zebrać myśli padł kolejny strzał.
_— Nie słyszysz? Dlaczego bijesz psa?_
Mój mózg przestał działać, ale wiedziałem jedno: nigdy psa nie uderzyłem. Sytuacja była krytyczna, a szansa na szkolenie zaczęła wisieć na włosku. Byłem tak zaskoczony, że nie wiedziałem co mam robić…
_— Ale o co Panu chodzi?_
_— Bijesz psa. Przecież to widać, a ja z takimi nie pracuję._
Nigdy nie miałem wyglądu intelektualisty zwłaszcza w tamtym czasie: 107 kg wagi, łysa głowa, złamany nos + inne pamiątki sportowe + rottweiler. Wiedziałem jak to wygląda. Były dwie opcje: albo się jakoś wybronię, albo zostanę wyrzucony na zbity pysk. Nie wiedziałem czy warto się dalej kompromitować, czy może od razu odpuścić. W akcie desperacji postawiłem na stuprocentową szczerość. Opowiedziałem o „krótkim trzymaniu”, o książkach, które przeczytałem, podając tytuły i autorów. Przy jednej z wymienianych pozycji Pan Marek, burknął coś w stylu :
_— Hmmm. Ten debil też…?_
Nie wiem co Pan Marek miał na myśli, ale chyba znał tego autora. Wiedziałem już, że facet oprócz wyjątkowych umiejętności behawioralnych posiada dużą wiedzę nt. psiej literatury. Opowiadałem, co robiłem, jak robiłem, co siedziało mi w głowie, że podświadomie wiem, że coś jest nie tak. W końcu zapadł werdykt :
_— Przez trzy miesiące masz pozwalać psu na wszystko, ma się bawić, niszczyć meble, gryźć buty, a ty razem z nim. Za trzy miesiące ponownie do kontroli i zobaczymy co dalej._
Wyjeżdżając stamtąd miałem taki kisiel w głowie, że przez kolejnych kilka dni nie mogłem się na niczym skupić. Mój mózg musiał przerobić wszystko co się wtedy wydarzyło. Zrozumiałem, że wiedza książkowa, o ile jest pożyteczna i wartościowa, to już nasza interpretacja tej wiedzy i wdrażanie jej w życie niekoniecznie. Słuchanie porad „wujków dobra rada”, którzy kiedyś znali kogoś, kto prawdopodobnie miał wilczura z milicji, to prosta droga do katastrofy.
— wielki powrót-
Finalnie zrobiłem dokładnie to, co Pan Marek kazał. Po trzech miesiącach umówiłem się na spotkanie. Scenariusz ten sam: podjeżdżam pod Psią Eskadrę przed czasem, żeby się nie spóźnić. Na placu totalny chaos, milion ujadających psów, przyjazd Pana Marka, pacyfikacja stada. Ja, serce ściśnięte, kulka w gardle. Wysiadam z auta, idę w jego kierunku najbardziej uniżonym krokiem jakim się da. Już z daleka widzę u niego lekki ironiczny uśmieszek. Pomyślałem, że pewnie przygotował dla mnie kolejną diabelską niespodziankę i w głębi duszy już się ze mnie śmieje. Myśl o tym, co się może wydarzyć paraliżowała mnie. Nie chciałem ponownej kompromitacji. Nie chciałem wyjść na debila, bijącego psa.
Ku mojemu zaskoczeniu, Pan Marek dosyć serdecznie się ze mną przywitał, zaprosił na plac, zrobiliśmy wszystko dokładnie to samo, co za pierwszym razem. Tym razem pies ładnie wykonywał komendy, chętnie się bawił. Jak Pan Marek wyciągnął szmatę i zaczął machać, Naszka wyrywała się do przodu, chcąc ugryźć. Widziałem z jaką pasją oddawał się temu zajęciu, wyraźnie był zadowolony, odniosłem wrażenie, że ten facet ma dwie osobowości. Podczas interakcji z psami zamienia się w mistyczną postać, która potrafi czarować. Jest delikatny i miły. Wszystko co robi i mówi jest spokojne, płynne i wyważone. Komunikacja odbywa się na zupełnie innym poziomie niż z ludźmi. Od razu uświadomiłem sobie, że to jest coś więcej niż tylko wydawanie komend, to niewerbalny przekaz, który psy bezbłędnie odczytują i rozumieją. Natomiast w stosunku do ludzi jest zupełnie inaczej. Mimo że tym razem wszystko poszło dobrze, byłem mocno zdenerwowany. Czekałem na werdykt. Chodziło przecież o mojego psa. Uświadomiłem sobie, że tym „krótkim trzymaniem” wyrządziłem mojemu rottweilerowi wielką krzywdę. Pies, pomimo bardzo dobrego potencjału, był wycofany i bierny, co mogło prowadzić w przyszłości do wielu problemów. Pan Marek przyjął nas na szkolenie i widziałem, że wyraźnie był zadowolony z odrobionej przez nas pracy domowej. Nie omieszkał oczywiście wspomnieć, że nie wierzył, że wrócę i był przekonany, że po pierwszym spotkaniu, nigdy więcej się nie zobaczymy.
— moje pierwsze trzy lata-
Podczas trzyletniego szkolenia, przeżyłem całą masę świetnych przygód związanych z kynologią. Nauczyłem się właściwej komunikacji z psem, zrozumiałem jak ważna jest mowa ciała i samo zrozumienie potrzeb psa. W tamtym czasie wszystkie metody treningowe w Psiej Eskadrze, ukierunkowane były głównie pod IPO (dzisiaj IGP), ale Pan Marek jako były pilot samolotów myśliwskich, ratownik górski był bardzo wszechstronnym szkoleniowcem. Oczywiście należy wspomnieć, że był on również wielokrotnym uczestnikiem Mistrzostw Polski i Świata w IPO, nierzadko stawał na najwyższych stopniach podium. Jestem przekonany, że jako jeden z pierwszych w Polsce startował z owczarkami belgijskimi malinois.
Wielokrotnie byłem świadkiem, jak na zajęcia przychodzili ludzie z wielkimi agresywnymi psami w kagańcach, kolczatkach, dławikach, na kilku smyczach. Psy, które rzekomo nie słuchały i niczego nie umiały, już po chwili w rękach Pana Marka robiły wszystko, co tylko chciał. Na wstępie zdejmował niepotrzebny sprzęt, zostawiając tylko obrożę i smycz. Ludzie panikowali, mówili, żeby nie zdejmował kagańca, bo pies go pogryzie, ale nigdy nic takiego się nie wydarzyło. Widziałem wyraźnie, że dla tych psów zmiana „szefa” była wielką ulgą, niemalże oczekiwały, że ktoś kompetentny będzie nimi kierował. Gdy orientowały się, że Pan Marek jest taką właśnie osobą, od razu uznawały jego przywództwo i dawały się bezproblemowo prowadzić. Zrozumiałem, że psy tego bardzo potrzebują, że to jest kluczowe dla bezkonfliktowego współistnienia i układania relacji. To jest tak jak w wojsku. Dobry dowódca, będąc kompetentnym fachowcem jest w stanie zarządzać dużą ilością wyszkolonych ludzi, wydając im nierzadko niebezpieczne rozkazy. Wszystko opiera się na autorytecie i zaufaniu. W przypadku psów jest tak samo, jeżeli będą widziały w nas dobrych dowódców, chętnie będą wykonywać nasze polecenia. Jeżeli będą nam ufać, a my w ich oczach będziemy kompetentni, wykonają każdy rozkaz i nawet poświęcą dla nas swoje życie. Niepewny siebie i niekompetentny dowódca nigdy nie będzie cieszył się szacunkiem podwładnych.
— kilka kluczowych rzeczy-
Było kilka kluczowych rzeczy jakie wyniosłem z tego 3-letniego szkolenia, najważniejsze jednak było to, co Pan Marek zawsze powtarzał: _musisz_ _dać_ _psu_ _dokładnie_ _to_, _czego_ _on_ _potrzebuje_, _wtedy_ _zrobi_ _dla_ _ciebie_ _wszystko_.
— polowanie, jedzenie, odpoczynek-
1. Polowanie. Żyjąc z człowiekiem, pies musi otrzymać jego substytut. Mogą to być różnego rodzaju aktywności, w których pies zaspokoi swój instynkt łowiecki/łupowy. Zaczynając od najprostszych rzeczy, takich jak: pogoń i aport piłeczki, poprzez zabawy z szarpakiem, skończywszy na zadaniach z pełnym gryzieniem na kostium u psów zaawansowanych. Jest cała masa aktywności, których psy potrzebują, ale u użytków ma to wyjątkowo duże znaczenie. Włączając w aktywność fizyczną pracę intelektualną, którą pies musi wykonać, dajemy mu kompletny substytut polowania.
2. Posiłek. Ważną rzeczą jest ustalenie posiłku po aktywności/treningu (polowaniu), oczywiście nigdy zaraz „po”, tylko po co najmniej godzinie. Pies w sposób naturalny przechodzi z trybu polowania do kolejnego etapu: spożywanie upolowanego. Nigdy nie przeszkadzam psu podczas posiłku. Mam takie wewnętrzne przekonanie, że za dobrze wykonaną pracę pies powinien móc zjeść w spokoju. Pomimo że w naturze nierzadko dochodzi na tym tle do konfliktów, tutaj wprowadzamy czynnik ludzki, który pomaga porządkować pewne sprawy. Po pierwsze pośpiech w spożywaniu może generować problemy trawienne. Po drugie, mając więcej niż jednego psa, nie chcemy ciągłej walki o zasoby przy misce. Płyną z tego kolejne korzyści, moje psy nie walczą ze sobą i nie są konfliktowe, jeżeli chodzi o żarcie i obce psy. Pokarm nie stanowi dla nich zasobów nietykalnych, o które będą krwawo walczyć. Takie podejście może nas uchronić przed wieloma niepotrzebnymi incydentami. Nie chcemy żeby, np. na spacerze psy poszarpały się o leżącego czipsa. Spokój przy posiłku jest również wstępem do kolejnego, trzeciego etapu jakim jest wypoczynek. Dlatego stwarzamy warunki, w których pies może spokojnie zjeść i zrelaksowany przejść do „trójki”.
Nie wiem dlaczego, ale często ludzie pytają mnie: czy jak chciałbym zabrać Benkowi jedzenie, czy by mnie ugryzł. Wiem, że jest to ciekawe zagadnienie, ale o tym właśnie pisałem wcześniej. Pies, który nigdy nie musiał walczyć o miskę, nie postrzega mojej obecności jako zagrożenia, jest to dla niego normalna rzecz, więc odpowiadając na pytanie: tak, mógłbym Benkowi wyjadać z miski i on nic by mi nie zrobił. Pytanie: tylko po co miałbym to robić?
Do wszystkiego co napisałem powyżej dodam jeszcze inną bardzo ważną zasadę: trzymając psa użytkowego w domu, musimy dbać o bezpieczeństwo domowników i gości, dlatego zawsze komunikujemy psu swój zamiar. Jeżeli musiałbym wsadzić ręce do miski, z której pies je posiłek, najpierw uprzedziłbym go o tym. Wychodzę z założenia, że zaskoczony pies ma prawo do reakcji, dlatego żeby uniknąć niechcianego zachowania zawsze próbuję psu zakomunikować swoją obecność i zamiar. Prosty przykład: śpiący pies leży w korytarzu i zagradza przejście. Nigdy nie przekraczam psa bez powiadomienia go o tym. Używam prostej komendy: HEJ i pies od razu orientuje się, że czegoś od niego oczekuję, odcinam element zaskoczenia. Oczywiście niekoniecznie zaskoczony pies od razu ugryzie, ale może zareagować w sposób nieprzewidywalny, co miało miejsce u mnie w domu. Benek leżał w korytarzu, zagradzając całe przejście. W przejściu ustawione było wiadro z mopem i komoda z kluczami. Moja żona bez ostrzeżenia przekraczała psa. Gdy była nad nim, ten zorientował się, gwałtownie podskoczył. Wywołało to łańcuch niechcianych zdarzeń… Przewraca się mop i wiadro, moja żona nie chcąc nadepnąć psa robi susa, pies obrywa mopem, przewraca komodę z kluczami, co nadaje mu jeszcze większego przyspieszenia i wali mnie całym pędem w kolano. Całe zajście trwa 2 sekundy, a w efekcie mamy: sprzątanie, niepotrzebne zamieszanie i ból w kolanie. Wystarczyła krótka komenda HEJ, by uprzedzić psa o swoim zamiarze. (Więcej o stosowaniu komend: str. 145)
3. Odpoczynek. Mając w swoim życiu różne psy nigdy nie sądziłem, że będę musiał uczyć psa odpoczynku. Po prostu zawsze po jedzeniu psy znajdowały sobie spokojne miejsce, w którym ucinały drzemkę i tyle. Mając Benka przekonałem się, że maliniaki muszą się tego wszystkiego nauczyć. To co dla innych ras jest dosyć naturalne, dla OBM niekoniecznie. Ustaliłem, że karmienie jest już wstępem do TRÓJKI (odpoczynku), więc zatrzymanie kręcących się w głowie śrubek maliniaka jest priorytetem. Nigdy nie karmię psów na pobudzeniu, jeżeli podniesienie miski wywołuje ekscytacje, czekam aż ona minie, często wymuszam spokój. Ważne jest, żeby zająć psa komendą i wymuszać, np. utrzymanie siadu. Nie pozwalam psom samodzielnie decydować o momencie podjęcia pokarmu. Wyczekuję chwilę, wymuszając totalny spokój. Jak widzę, że psy czekają w komendzie SIAD, wydaję komendę LUZ.
Dom ma być miejscem spokoju i odpoczynku ludzi i psów. Dlatego nie robię z Benkiem treningów w domu. Oczywiście odstępstwem od tej zasady było sprawdzenie reakcji w warunkach domowych oraz czas Covidu, gdzie nie było innego wyjścia. Starałem się mimo wszystko przeprowadzać treningi na małym pobudzeniu i raczej były to zadania umysłowe o niskiej intensywności fizycznej.
— pies to tylko pies. Nigdy nie możesz mu ufać-
Kolejna kluczowa sprawa, to ograniczone zaufanie. Niestety, nawet jeżeli wydaje nam się, że w stu procentach panujemy nad psem, mimo wszystko nie możemy mu w stu procentach ufać. Obrazuje to pewna sytuacja, której byłem uczestnikiem w Psiej Eskadrze. Gdy byłem już bardziej doświadczony i pies wykonywał większość komend, Pan Marek prosił mnie o zademonstrowanie naszych umiejętności innym kursantom. Tym razem chodziło o policjantów, którzy wraz ze swoimi psami odwiedzili Psią Eskadrę. Nie wiem dokładnie jaki był cel ich wizyty, ale zostałem poproszony, żeby zademonstrować chodzenie przy nodze bez smyczy wraz ze zmianami kierunków i innymi komendami. Szkopuł polegał na tym, że wszystko miałem wykonać przed szpalerem dwudziestu policjantów i ich psów służbowych. Pan Marek w odróżnieniu ode mnie, był dosyć pewny tego pokazu. Gdy wszystko było gotowe, policjanci czekali ustawieni w szeregu, Marek zapowiedział co będziemy pokazywać i dał znać żebyśmy zaczęli. Odpiąłem rottweilera ze smyczy, ustawiłem w komendzie NOGA i na luźno ruszyliśmy przed siebie. Robiliśmy to wielokrotnie w gronie innych kursantów i ich psów, nigdy nie było problemów. Gdy byliśmy w połowie szeregu z nieznanych powodów, moja suka wystrzeliła w kierunku obserwujących nas policjantów i zaatakowała ich psy. W ułamku sekundy rozpętało się piekło. Rozdzielenie nie zajęło dużo czasu, ale wszystko wyglądało bardzo groźnie. Ręce mi się trzęsły, a w głowie zagnieździła myśl: Marek mnie zabije. Pokaz się nie udał i tak naprawdę niewiele pamiętam z tego, co działo się później. Czekałem tylko aż wszyscy się rozjadą i i wiedziałem, że będzie „rozmowa”. Zawiodłem i bałem się, że zostanę wyrzucony z kursu. Kolejny raz się zdziwiłem. Pan Marek był trochę zirytowany, ale wyraźnie było mu głupio. Powiedział słowa, które bardzo dokładnie zapamiętałem :
_— Widzisz Michał… Pies to tylko pies. Nigdy nie możesz mu ufać._
Wydaje mi się, że w tych słowach zawarty jest klucz do zrozumienia tematu. Możemy myśleć o swoich pupilach jako najlepszych przyjaciołach, przytulasach, wiernych towarzyszach, ale zawsze bezwzględnie musimy brać pod uwagę ich zwierzęcą naturę. Gdy ludzie pytają mnie czy jestem na 100% pewny swojego psa, odpowiadam, że nie. Ktoś kto twierdzi inaczej albo nie wie co mówi, albo celowo wprowadza w błąd. Pewni możemy być wyszkolenia i możliwości z tego wynikających. Jednak zachowanie psa nigdy nie będzie w stu procentach przewidywalne, co paradoksalnie według mnie jest atutem.
— no strzelaj! O f*ck, pies-
Oglądam w internecie dużo materiałów z wykorzystania psów w akcji, głównie filmów amerykańskiej policji. Bardzo często powtarza się pewien schemat, mówią też o tym sami policjanci: przestępcy nie boją się postrzelenia z broni palnej, ale boją się konfrontacji z psem. Zdarza się, że funkcjonariusze zanim podejmą działania, czekają na zespół K9. Bardzo często sama obecność psa powoduje, że bandyci rezygnują ze stawiania dalszego oporu. Gotowy wcześniej do wymiany ognia przestępca rezygnuje z dalszego oporu, bojąc się pogryzienia. Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest prosta. W grę wchodzi właśnie czynnik nieprzewidywalności i braku kalkulacji ze strony psa. Ludzie nie boją się konfrontacji z policją, bo wiedzą, że człowiek musi działać według określonych zasad, ale boją się konfrontacji z nieprzewidywalną dziką naturą, która działa wg własnych zasad. Wydaje mi się, że właśnie to jest największą wartością psów obronnych.
Na zawodach K9, tam gdzie mój pies spotyka się z nieznanymi wcześniej sytuacjami, zadania wykonuje według własnego pomysłu, a nie zgodnie z moimi wyobrażeniami. Nie powiem, że zawsze jest to dobre dla punktacji i oceny zadania, ale ta właśnie kreatywność budzi we mnie największy szacunek i w szkoleniu zawsze biorę ten czynnik pod uwagę.
Lubię myśleć, że ta właśnie nie do końca okiełznana przez nas dzikość, jest prawdziwym łącznikiem człowieka z naturą. Jednak warunkiem harmonijnego współistnienia jest zrozumienie, że pies to nie człowiek. Dlatego wszelka bambinizacja jest szkodliwa dla obu stron, zwłaszcza jeżeli chodzi o psy obronne. Nie pamiętam gdzie, ale przeczytałem kiedyś: jeżeli traktujesz psa jak człowieka, to pies potraktuje cię jak sukę…
Podsumowując. Jeżeli chcesz, aby pies współpracował z tobą na wysokim poziomie, to przede wszystkim musisz traktować go jak PSA. Spełniać jego wszystkie naturalne potrzeby: POLOWANIE > JEDZENIE > ODPOCZYNEK.
Musisz być dla niego kompetentnym dowódcą, który razem z nim będzie brał udział w ciekawych misjach, budując wzajemne zaufanie i hierarchię.
— epilog z rottweilerem-
Szkolenie z Naszką w Psiej Eskadrze zakończyłem nagle w 2004r. z powodu jej choroby. Niestety pokonał ją rak ślinianek, co było dla mnie wielkim ciosem. Przez cały okres szkolenia miałem okazję nauczyć się wielu przydatnych rzeczy, ale najcenniejsza była dla mnie możliwość obserwowania pracy Pana Marka Szczepańskiego. Wydaje mi się, że dzięki niemu zrozumiałem o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Jak pogodzić świat zwierząt z naszymi ludzkimi potrzebami. Jak sprawić, by pies mnie rozumiał i w jaki sposób dać mu szczęście.
— kiedy zobaczyłem ciebie…-
To w Psiej Eskadrze zobaczyłem po raz pierwszy owczarki belgijskie malinois przy pracy. Rzeczy jakie potrafiły robić te psy spowodowały, że zwariowałem na ich punkcie. Podpytywałem Pana Marka co i jak, ale on zawsze mi odpowiadał :
_— Michał, to nie jest rasa dla ciebie. Musiałbyś sporo w życiu zmienić, żeby mieć malinosa. Myślę, że nie jesteś gotowy._
Doskonale zdawałem sobie sprawę z jaką odpowiedzialnością wiąże się posiadanie OBM. Biorąc pod uwagę autorytet Pana Marka Szczepańskiego miałem zakodowane w głowie, że to rasa nie dla mnie. Może ostatnią lekcją jaką udzielił mi Pan Marek było to, żeby decyzję naprawdę dobrze przemyśleć i dobrze się do niej przygotować. Wyzwań przy OBM jest dużo więcej niż przy rottweilerze i nie będzie miejsca na głupie błędy. Od tamtego czasu OBM stały się moją obsesją, oglądałem i czytałem wszystko, co tylko było na ich temat dostępne. Rasa ta stała się dla mnie wyznacznikiem cech jakie powinien posiadać pies użytkowy, dlatego przez 18 lat zastanawiałem się czy dam radę.Wybór psa
— rzucałem kostką i zawsze wychodził maliniak-
W 2019r. dużo czasu spędzałem w górach. Szykowałem się wtedy do maratonu MTB, więc prawie codziennie jeździłem na rowerze lub biegałem po górach. Mieszkam u podnóża Beskidu Małego, więc wypady na szlaki to kwestia wyjścia z domu. Wielokrotnie zdarzało mi się wracać po zmroku, wtedy góry mają inne oblicze niż za dnia. Nie jestem zbyt strachliwy, ale brak towarzystwa często mi doskwierał, a nocne odgłosy lasu nieraz wywoływały dreszczyk emocji. Momentem przełomowym było spotkanie w schronisku na Leskowcu innego rowerzysty, który przyjechał tam ze swoim husky. Był wieczór i wiedziałem, że będę wracał po zmroku, więc szybko zagadałem do faceta. Interesowało mnie zachowanie psa, sposób w jaki biega przy rowerze, sprzęt itd. Facet którego imienia już nie pamiętam (pozdrawiam cię kolego), okazał się bardzo sympatyczny i rozmowny. Powiedział, że miał podobne dylematy, dlatego postanowił kupić psa. Husky zawsze jest gotowy do wyprawy, nie trzeba go prosić, chętnie podąża ze swoim przewodnikiem bez względu na porę roku, godzinę czy miejsce. Facet powiedział wyraźnie, że dzięki psu częściej wsiada na rower, nawet gdy wie, że zastanie go zmrok. Pomyślałem, że też chciałbym takiego towarzysza. Wytrzymałego, posłusznego, zawsze gotowego do działania i z potencjałem odstraszania. Robiłem wiele kalkulacji, brałem pod uwagę różne rasy, ponownie rottweilera, ale za każdym razem wychodził mi malinois… Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale podświadomie decyzja już zapadła.
— powrót na stare śmieci-
Pierwszą myślą na jaką wpadłem, to odświeżenie kontaktów w Psiej Eskadrze. Liczyłem, że tym razem Pan Marek Szczepański trochę łaskawiej będzie odnosił się do mojego pomysłu. Ze względu na to, że upłynęło sporo czasu. Postanowiłem odszukać stronę Eskadry w internecie i niestety, pierwsza informacja jaką znalazłem, to była wzmianka o śmierci Pana Marka Szczepańskiego. Niewiele jest rzeczy, których w życiu żałuję, ale przez wiele lat nosiłem się z zamiarem odwiedzenia go. Nigdy tego nie zrobiłem, nigdy nie było czasu i sposobności, bardzo tego żałuję. Na moje szczęście szkolenia w Psiej Eskadrze prowadzi syn Marka: Lech Szczepański. Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, ale przez 3 lata w Psiej Eskadrze ani razu nie spotkałem się z Leszkiem i nie miałem okazji się z nim poznać. Wyjaśniłem przez telefon, że noszę się z zamiarem zakupu OBM i czy poświęciłby mi chwilę na rozmowę, bo mam kilka pytań. Leszek zaprosił mnie na plac do Psiej Eskadry. Powrót do tego miejsca był dla mnie wyjątkowym przeżyciem, sporo rzeczy się tam pozmieniało, ale miejsce było to samo. Pojechałem z żoną, żeby również miała okazję posłuchać opinii fachowca i jak się później okazało obejrzeć OBM. Leszek był właścicielem dwóch malinosów, więc miałem okazję przekonać się z bliska jakie są w obyciu. Moją główną wątpliwością było, czy rasa ta będzie wpisywała się w życie rodziny i moje plany górskich wędrówek jako psa towarzyszącego. Oczywiście wiedziałem, że jak już się zdecyduję, to treningi obrony będą obowiązkowe, bo chciałem w stu procentach wykorzystać potencjał rasy. Chciałem mieć psa dobrze gryzącego, ale zarazem socjalnego. Nie znaliśmy się z Leszkiem, więc wizyta była kurtuazyjna, ale bardzo owocna. Poznałem dorosłego samca Bebeto i przekonałem się z bliska, że OBM pomimo średniego gabarytu, to bardzo silne, eksplozywne i wytrzymałe psy. Bardzo zaangażowane w to co robią. Dokładnie o to mi chodziło. Umówiłem się z Leszkiem, że będziemy w kontakcie.
— po co ci mentor-
Wybór mentora/szkoleniowca/instruktora do rozpoczęcia szkolenia psa obronnego jest kluczowy. Gdy zdecydujemy się na rasę i chcemy zacząć, najlepiej udać się do fachowca, który specjalizuje się w tej właśnie dziedzinie i poprowadzi nas za „rączkę”. Wiedza książkowa jest fajnym uzupełnieniem, ale nie może być podstawą. Tym bardziej, że prędzej czy później pojawi się potrzeba pomocy innej osoby lub nawet całego sztabu. Kluczowa jest umiejętność zbudowania psychiki psa oraz adekwatne prowadzenie go przez wszystkie etapy rozwoju. Do tego potrzeba ogromnego doświadczenia. Dobry szkoleniowiec będzie wiedział, w którym momencie włączać nowe elementy i podnosić poprzeczkę. Znajomość rasy i jej potencjału na każdym etapie szkolenia jest bardzo ważna, ponieważ każdy błąd będzie w przyszłości potęgował problemy. Oczywiście szkółki, bez podziału na rasę i przeznaczenie, dla wielu użytkowników są doskonałym rozwiązaniem, bo panowanie nad maltańczykiem nie wymaga specjalistycznych umiejętności i nie jest obarczone dużym ryzykiem. Tutaj wybór szkoleniowców jest bardzo duży. Jednak skomplikowane szkolenie cywilnych psów użytkowych trzeba powierzyć fachowcom. Zwykłego psa można szkolić gdziekolwiek, tym bardziej u fachowca ogarniającego tematy K-9. Absolutnie jednak nie wolno szkolić psa obronnego w szkółce, która się w tym nie specjalizuje.
— behawioryści, tiktokerzy, celebryci-
W województwie, w którym mieszkam, jest sporo ośrodków szkoleniowych, więc laikowi trudno wybrać ten właściwy. W mojej okolicy, gdyby zapytać 20 przechodniów, czy znają kogoś od szkolenia psów, jestem przekonany, że jeżeli ktoś będzie znał, to wymieni jedno nazwisko. Mamy w okolicy celebrytę, który jest najlepiej rozreklamowanym psim instruktorem w powiecie. Na potrzeby tego opisu nazwę go Panem „X.” Pan „X” w świadomości miejscowej ludności funkcjonuje jako najlepszy szkoleniowiec i wszyscy bez namysłu podają właśnie jego. Nie wiem na czym polega jego fenomen, ale wiem jedno, jego metody są niebezpieczne dla psów, kursantów i niego samego. Jestem przekonany, że gdybym zadzwonił i zapytał o treningi obrony, bez wahania powiedziałby, że tym właśnie się zajmuje. Pan „X” przyjeżdża do klientów i u nich prowadzi zajęcia. Moja znajoma dostała w prezencie owczarka kaukaskiego, z którym sobie nie radziła. Oczywiście ktoś polecił Pana „X” jako specjalistę. Pan „X” przyjeżdżał i szkolił kaukaza bez większych efektów. Pewnego razu przyjechał z osobą towarzyszącą. Dziewczyna Pana „X” bez wahania weszła na posesję, gdzie biegał kaukaz i na przywitanie postanowiła go przytulić. Skończyło się pogryzieniem. Kilkanaście szwów na twarzy. Pan „X” za sytuację obwinił właścicielkę i groził jej pozwem sądowym. Zmierzam do tego, że pomimo, że ktoś jest super rozreklamowany i ma całą masę swoich wyznawców, powinniśmy zachowywać daleko idącą ostrożność.
— jak znaleźć dobrego szkoleniowca-
Najlepszym sposobem na wybór szkoleniowca jest rekomendacja kogoś, kto posiada dobrze wyszkolonego psa i regularnie z nim trenuje. Trenerzy K9 często mają za sobą doświadczenie w szkoleniu psów służbowych, są czynnymi lub emerytowanymi policjantami, wojskowymi lub strażnikami więziennymi. Posiadają uprawnienia Związku Kynologicznego w Polsce. Praca z psami obronnymi nie jest dla nich nowością i posiadają dużą wiedzę i praktykę tym zakresie. Jest to bardzo ważne, bo szkolenie psa obronnego zawiera wiele niuansów, które decydują o wszystkim. Koledzy sportowcy pewnie się na mnie obrażą, ale uważam, że szkolenie psów użytkowych jest czymś innym niż szkolenie psów sportowych. Oczywiście na początku jest cała masa wspólnych mianowników jak: posłuszeństwo, nauka dobrego chwytu, socjal. Sport może dać dobre podstawy, ale kolejne etapy szkolenia znacząco się różnią. Kluczowa dla szkolenia K9 jest znajomość przez trenera technik użycia psa w realnych warunkach.
Trochę z zazdrością patrzę na naszych południowych sąsiadów Czechów i Słowaków, gdzie kluby kynologiczne istnieją praktycznie w każdym większym mieście. Tam służby nadają ton całej kynologii użytkowej i doświadczeni przewodnicy dzielą się ze swoimi cywilnymi kolegami bezcennym doświadczeniem pozyskanym w służbie. Szkolenie odbywa się tam według rozwiniętych programów, co daje psom i ich przewodnikom bardzo dużą wszechstronność. Do tego dochodzi bogata baza w postaci torów przeszkód, budynków, sal do detekcji, terenów otwartych itd. Można powiedzieć, że w jednym miejscu mają wszystko, co potrzeba do szkolenia psa użytkowego. Przekonałem się o tym na zawodach, gdzie różnica poziomów wyszkolenia psów czeskich i słowackich w porównaniu do naszych jest bardzo widoczna. Brakuje u nas ośrodków, gdzie kompleksy treningowe wraz ze wyspecjalizowaną kadrą trenerską i pozorantami oferują cywilom gotowe programy szkolenia. W Polsce możemy liczyć jedynie na prywatne inicjatywy, gdzie własnymi siłami właściciele tworzą miejsca do treningu, bez wsparcia zewnątrz tj. budżetów gminy czy miast, o służbach mundurowych nie wspominając.
— inne opcje-
Jeżeli nie mamy możliwości trenowania pod okiem specjalistów od K9, musimy szukać szkoleniowców sportowych, tj. mondioring, ring francuski, IGP najlepiej z doświadczeniem rangi Mistrzostw Polski. Sport może dać psu dobre podstawy, jednak na późniejszym etapie drogi cywilnego K9 i sportu znacząco się rozchodzą. Osobiście znam kilka dobrych psów, które tak właśnie zaczynały, ale dopiero u sprawdzonych specjalistów w pełni zaczęły rozwijać swój potencjał użytkowy.