Czarna dziura - ebook
Znika młoda kobieta z Gubina, która pracowała w Dreźnie. Aspirant Rita Lewandowska podejrzewa, że jej zaginięcie może mieć związek ze sprawą zmordowanej wcześniej Roksany Zawiały, którą policjantka zajmuje się nieoficjalnie. Rita razem z byłym głogowskim gangsterem Borutą szukają zaginionej. Czy kobieta jeszcze żyje? A jeśli tak, czy uda się trafić na jej ślad? Rita zdaje sobie sprawę, że aby mieć taką szansę, musi namierzyć kogokolwiek z tajemniczej organizacji przestępczej, nazywanej przez policjantkę Nieuchwytnymi. Zaczyna się niebezpieczna gra, w której wyniku Rita może stracić wszystko. Także życie...
Robert Ostaszewski – twórca między innymi bestsellerowej trylogii kryminalnej z podkomisarzem Konradem Rowickim („Zginę bez ciebie”, „Śmierć last minute", „Tysiąc ciętych róż”), kryminalnej serii śląskiej („Zabij ich wszystkich” i „Ukochaj na śmierć”) oraz bestsellerowej serii o komisarz Renacie Łukowskiej "Zemsta & Partnerzy" i opartego na autentycznych zdarzeniach thrillera ”Oskórowany”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-67978-85-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdzieś, kiedyś, ale na pewno wcześniej
Znowu było tak samo, jak od… Właściwie nie była pewna, ile dni spędziła w zamknięciu. Umieszczono ją w pokoju bez okien, upływ czasu szacowała po liczbie posiłków dostarczanych jej dwa razy dziennie. Chyba. Jedzenie i wodę w butelkach przynosił chudy typ, który zawsze miał kominiarkę na twarzy. Widziała jedynie jego bladoniebieskie, jakby wodniste oczy i cienkie kreski zawsze zaciśniętych warg. Zagadywała go po niemiecku, polsku, a nawet próbowała sklecić w miarę zrozumiałe zdanie po rusku. Nie odezwał się ani słowem, nawet nie mruknął. Ignorował ją, jakby była powietrzem. Chociaż nie – jakby miał ją za zwierzę, które wprawdzie się karmi, ale poza tym nie zwraca się na nie uwagi. Zareagował jedynie raz, kiedy niedługo po tym, jak trafiła do tego pokoju, złapała go za ramię i chciała zmusić do mówienia, powiedzenia czegokolwiek, co by wyjaśniło, jak znalazła się w czymś, co mogła nazwać więzieniem. Chwycił ją wtedy za nadgarstek, ścisnął tak mocno, aż wrzasnęła z bólu. Pchnął ją w stronę wąskiego łóżka i wyszedł bez słowa.
Nic nie zmieniło się i tego dnia. Przyniósł gorącą zupę błyskawiczną i małą butelkę wody niegazowanej. Nie odezwała się do niego, wiedząc, że nie ma to najmniejszego sensu. Powoli jadła zupę, zastanawiając się, co do jasnej cholery zrobiła takiego złego, że trafiła do pokoju bez okien, który znajdował się nie wiadomo gdzie. Nawet nie chodziło o to, że nie wiedziała, w jakim domu czy budynku. Nie miała pojęcia, w jakim jest kraju. Ani co ją w najbliższym czasie czeka. To dobijało ją najmocniej.
Wszystko zaczęło się niewinnie dawno temu. Zrobiła technika hotelarstwa w gubińskim Staszicu, zespole szkół licealnych i technicznych, bo na ogólniak ani nie miała głowy, ani ochoty. Poza tym chciała mieć konkretny fach w ręku. Tyle tylko że nie wszystko do końca przemyślała, skalkulowała. Okazało się, że w okolicy nie ma za wiele ofert w hotelarstwie, bo i hotele, i w ogóle nadgraniczne okolice Gubina nie obfitowały w turystów czy ludzi przyjeżdżających tu w interesach. Dalej nie mogła się ruszyć, bo musiała być blisko schorowanej matki, która mimo ledwie czterdziestu pięciu lat od dawna była na rencie. Do pewnego stopnia skazana na jej pomoc, bo była jedynaczką, a ojciec zostawił je lata temu. Łapała fuchy w sklepach, ale pieniądze były z tego niewielkie. A kiedy zaczął się kryzys, a inflacja zżarła im i tak niewielkie oszczędności, uradziły razem z matką, że czy chce, czy nie, musi rzucić sklepy i pojechać za robotą do Niemiec, jak wiele osób mieszkających przy zachodniej granicy. Zdawała sobie sprawę, że nie nadawała się do opieki nad staruszkami. Zwyczajnie by tego nie zniosła. I wtedy koleżanka podrzuciła jej ofertę pracy przy sprzątaniu w sieci restauracji znajdujących się we Frankfurcie nad Odrą, Chociebużu oraz Dreźnie. Nie była to praca jej marzeń, ale wzięła, co dawali, bo obiecana pensja jak dla niej była zacna. Już na początku zorientowała się, że coś jest mocno niehalo. Restauracja we Frankfurcie okazała się barem ze striptizem, do którego ściągali napaleni, obleśni faceci. Jej na szczęście nie zaczepiali, bo raz, faktycznie była tam tylko sprzątaczką, dwa, nie była ładna, z czego sobie zdawała sprawę, ani nawet zgrabna. Czasami kiedy czuła się gorzej, myślała, że z wałeczkami na brzuchu wygląda jak blady, niewędzony baleron. Jeździła na mopie, sprzątała kible i coraz bardziej czuła się samotna. Tylko kasa się zgadzała, co sprawiało, że nie rzuciła roboty. Zaczęła zagadywać koleżanki, które robiły karkołomne wygibasy na rurze. Były to Polki, Słowaczki, Rosjanki, a nawet jedna Niemka. Robiła tak, mimo że menadżer zapowiedział jej, że ma pracować, a nie gadać z kim popadnie. Zdziwiło ją, że dziewczyny były pod ścisłą kontrolą. Do klubu przyprowadzał je wszystkie w grupie niewyględny facecina o ponurej gębie, później odprowadzał tam, gdzie mieszkały. Gdzie? Tego nie wiedziała, nie miała też pojęcia, dlaczego dziewczyny są pod nadzorem. Tyle tylko że koleżanki, jak je nazywała, nie chciały z nią gadać. Kiedy menadżer dowiedział się, nie wiadomo od kogo, że szuka kontaktu z tancerkami, wściekł się bardziej, niż się tego spodziewała. Opieprzył ją z góry na dół, ale to nie był koniec. Zabrał jej dowód osobisty i z miejsca przeniósł do knajpy w Dreźnie, która nazywała się BarOcco. Knajpa, jak knajpa, przynajmniej nie było tam rur i wijących się na nich kobiet. Znowu wywijała mopem i czyściła kible. Zauważyła, że w tej knajpie też pojawiają się młode, czasami bardzo młode dziewczyny z różnych krajów. Trafiały do zamkniętej części knajpy. Ponoć dla VIP-ów. Nie miała pojęcia, co wyczynia się za zamkniętymi drzwiami, przy których zawsze warował milkliwy ochroniarz. Próbowała podpytywać barmanów, ale żaden nie puścił pary z ust. Głupia ani naiwna nie była, poza tym w Gubinie i okolicy od dawna szeptano o dziwnych interesach, w które wciągane są młode kobiety. Dziwnych, nie dziwnych, ona swoje wiedziała. Pewnie chodziło o zakamuflowane burdele. Coraz mniej podobała jej się robota i speluna BarOcco. Postanowiła, że spakuje się cichaczem i spyli do Polski. Nic to, że nie miała dowodu. Przecież szansa, że ktoś będzie ją sprawdzał na granicy, była praktycznie żadna. A już w domu zgłosi zgubienie dokumentu i wyrobi sobie nowy. Łatwizna.
Tyle tylko że przydybał ją kierownik baru i zrobiło się bardzo niemiło. Kazał ochroniarzowi ją wywieźć. Nie powiedział gdzie. Mięśniak zapakował ją do wielkiej, czarnej fury, w której czekał już inny ochroniarz. Zarzucił jej kaptur czy worek na głowę. Jechali dwie godziny, może dłużej. Nie była pewna. I trafiła do prawie pustego pokoju, w którym było łóżko, jedno krzesło oraz kibel i umywalka w kącie. Do prawie pustego pokoju, w którym siedziała nie wiadomo ile dni.
Zjadła do końca zupę, właściwie wmusiła w siebie, bo była paskudna. Wiedziała, że musi jeść, że nie może się poddać i popaść w apatię. Co nie zmieniało faktu, że była coraz bardziej przerażona. Nie miała pojęcia, co ją czeka, nie wiedziała, kto i czego od niej chce. Wpadła w czarną dziurę i nie miała pomysłu, jak się z niej wygrzebać. O ile w ogóle było to możliwe. Z każdym dniem spędzonym w niewoli coraz mocniej obawiała się, że z tej afery nie wyjdzie żywa.
A miała tylko sprzątać, by utrzymać siebie i matkę…Rozdział pierwszy
Nowe miasta
17 czerwca 2024 roku, poniedziałek, Głogów
Rita Lewandowska pomyślała z goryczą, że miło to już było, zaraz po tym, jak sekretarka komendanta się rozłączyła. Tak dawno temu, że zdążyła zapomnieć, jak wygląda życie bez trosk i piętrzących się problemów. Właściwie relatywnie dawno, bo przecież śledztwo w sprawie Roksany Zawiały zaczęło się ledwie kilka tygodni wcześniej. A z nim kłopoty Rity, które po części ściągnęła na siebie na własne życzenie. Inaczej postąpić nie mogła, była tego pewna. Od tego dochodzenia czas i wydarzenia zaczęły pędzić niczym bolid formuły pierwszej. Na razie nie chciała na ten temat myśleć. „Jedna sprawa, jeden problem do rozwiązania w jednym momencie. Nie więcej” – ktoś jej sprzedał kiedyś tę mądrość. Nie pamiętała, kto taki, ale coś w tej maksymie było na rzeczy. Teraz miała, razem z partnerem policyjnym, Jackiem Parzyszkiem, stawić się na dywaniku u nadkomisarza Joachima Smolorza. Wprawdzie w ostatnich dniach nie przeskrobała niczego, a przynajmniej, jak jej się wydawało, nic z tego, co robiła, niekoniecznie zgodnie z regulaminem, nie powinno dotrzeć do komendanta, ale rozmowy z Klątwą, jak go nazywali, nigdy nie należały do spokojnych ani tym bardziej miłych. Do tego nie miała pojęcia, czego może od niej czy Lewego chcieć. A to jedynie wzmagało niepokój.
Zapukała do drzwi gabinetu szefa. Kiedy tylko weszła do środka po jakże zachęcającym „wlazła!”, jej niepokój wystrzelił w górę niczym wskaźniki inflacji w zeszłym roku. Smolorz siedział za biurkiem jak zwykle z nieodgadnioną miną. Przed nim na krzesełkach tkwili Lewy, czego się spodziewała, i nadkomisarz Sylwester Bondaruk z komendy wojewódzkiej, co było dla niej niezwykle nieprzyjemną niespodzianką. Obecność wewnętrznego na spotkaniu nie zapowiadała niczego dobrego. Dla wszystkich pozostałych, lecz dla niej w szczególności, skoro Bondaruk ewidentnie miał ją na celowniku.
– Pani aspirant, kurwa mać, jak zwykle z tych, co się śpieszą powoli – Smolorz skomentował jej pojawienie się nawet bez zbytniej złości.
Darowała sobie tłumaczenia, bo miała świadomość, że komendant i tak puści je mimo uszu.
– Dobrze, do rzeczy, bo trzeba wreszcie ugasić ten jebucki pożar – rzucił Klątwa, ledwie dostawiła sobie krzesło z boku jego biurka. – Na początku dobre wieści. Łapiduchy połatały pana starszego aspiranta Romaniuka. Stan stabilny, więc żyć będzie.
– I świetnie – Lewy wyrwał się z komentarzem.
– Nie ma się tak za bardzo z czego cieszyć, bo, przypomnę, jeden nasz kolega funkcjonariusz nie żyje.
Parzyszek tylko spuścił wzrok.
– Ale życie toczy się dalej, a bieżące dochodzenia nie mogą tkwić w zawieszeniu. Przejmujecie od pana Romaniuka dochodzenie w sprawie zamachu na życie biznesmena z Ruszowic, Cezarego Ławniczaka. Co nie powinno…
Bondaruk chrząknął i wbił się komendantowi w zdanie:
– Biznesmena, który wcześniej, z tego co wiem, zgromadził niemałą fortunę niekoniecznie w legalny sposób.
Smolorz na moment skupił na wewnętrznym wzrok, w którym tańczyły ogniki narastającej złości.
– Natomiast z tego, co wiem ja, pan Ławniczak nie jest obecnie o nic oskarżony, nie toczy się żadne śledztwo, w którym miałby status podejrzanego, więc na dzisiaj jest dla mnie wyłącznie biznesmenem z Ruszowic. Kropka, koniec tematu.
Bondaruk tylko lekko się uśmiechnął i skinął głową.
– Wracając do tematu, mamy pod kluczem podejrzanego o ten zamach. – Smolorz przerwał i sięgnął po leżące na biurku kartki. – Jarosława Dziubę. Pociśnijcie go jeszcze.
Lewy spojrzał na Ritę. Ledwie zauważalnie pokręciła głową, chcąc mu dać znać, żeby trzymał język za zębami. Jej partner jednak nie zdzierżył:
– Z tego, co wiem o sprawie, Dziuba nie przyznaje się do winy i ma alibi.
– Pierdolę alibi, które daje mu jego dziunia. Pewnie się umówili i pachnie mi to zmową. Z mataczeniem na dokładkę. Tak więc niech pan podkomisarz z łaski swojej nie szuka dziury w całym, tylko zabiera się do roboty. Im szybciej zamkniemy tę sprawę, tym lepiej. Czy to jasne?
Rita pomyślała z rozbawieniem, że komendant powinien sobie wymalować na ścianie hasło motywacyjne, które by brzmiało: „Im szybciej, tym lepiej”.
– Tak jest! – tym razem Parzyszek odpowiedział tak, jak komendant lubił najbardziej, i podniósł się z krzesełka.
– Czy było mówione „rozejść się?” – Smolorz zadał pytanie retoryczne.
Lewy ciężko opadł na siedzisko.
– Pan nadkomisarz Bondaruk ma z państwem do pogadania – zapowiedział Smolorz.
Wewnętrzny nagle wstał i stanął przy oknie. Rita zdążyła już poznać nietypowe zachowania i zagrywki nadkomisarza, więc się nie zdziwiła. W odróżnieniu od Lewego, który szeroko otworzył oczy i gapił się na Bondaruka tak, jakby widział go po raz pierwszy.
– Zgodnie z moją wiedzą – zaczął wewnętrzny – to pani aspirant z panem podkomisarzem dokonali zatrzymania Zimniaka Huberta, który jest podejrzany o pobicie ze skutkiem śmiertelnym – zajrzał do trzymanego w dłoni sporego notesu w okładkach ze sztucznej skóry – Oczkowskiego Damiana. Jak wpadliście państwo na jego trop?
Parzyszek skrzyżował ramiona na piersi. Dla Rity był to aż nazbyt czytelny sygnał – ty tę aferę rozkręciłaś, więc radź sobie sama.
– Dostałam cynk od mojego informatora, który okazał się jak najbardziej użyteczny – wyjaśniła.
– Poproszę nazwisko tego informatora.
Westchnęła ciężko i powiedziała najspokojniej, jak tylko mogła:
– Pan nadkomisarz chyba pamięta, jakie są reguły pracy z informatorami. Nie ujawnię swojego źródła. Gdyby przypadkiem wypłynęło, że sprzedaję personalia ucholi na prawo i lewo, nigdy bym już w tym mieście nie zwerbowała informatora.
Niespodziewanie dostała wsparcie od komendanta, który rzucił ostrym tonem:
– To jest wiedza operacyjna, która moim zdaniem nie jest niezbędna panu nadkomisarzowi w dochodzeniu prowadzonym przez pana w mojej – ostatnie słowo zaakcentował – jednostce. Czegokolwiek ono dotyczy, bo z tego co pamiętam, nie raczył pan nadkomisarz wyjaśnić, czego właściwie szuka w Głogowie.
Bondaruk z trzaskiem zamknął notes, jednak nie dał wytrącić się z równowagi. Zapowiedział tylko:
– Skonsultuję tę kwestię z moimi przełożonymi.
– Ależ, proszę, kurwa, bardzo – łaskawie zgodził się Klątwa.
– Jeszcze jedna sprawa. – Okazało się, że to nie koniec rozpytania wewnętrznego. – Przetransportowaliście państwo – zwrócił się do Rity i Lewego – Zimniaka do Głogowa i umieściliście w areszcie. Może po drodze zatrzymany powiedział cokolwiek, co mogło sugerować, że jego życie jest zagrożone?
– W ogóle nie chciał współpracować – odpowiedziała od razu. – A na przesłuchaniu adwokat Zimniaka od razu oznajmił, że jego klient odmawia składania wyjaśnień.
– I tyle się dowiedzieliśmy – dorzucił Parzyszek.
– I nie macie państwo pojęcia, kto chciał Zimniaka odbić czy właściwie, jak się okazało, dobić?
– Absolutnie nie – odezwała się Rita.
– Mam jednak, panie komendancie, pewne wątpliwości. – Wewnętrzny odwrócił się w stronę Smolorza. – Dlaczego zatrzymany tak szybko miał zostać przetransportowany do Zielonej Góry?
Klątwa nerwowym ruchem poprawił okulary w złotych oprawkach i zaczął wyjaśniać:
– Nie za bardzo rozumiem, o co właściwie pan nadkomisarz pyta, ale powiem, jak było. Nie mam nic do ukrycia. Pewnie pan nadkomisarz wie, że wojewódzka z Zielonej już wcześniej wystawiła list gończy za Zimniakiem Hubertem, więc tak jakby mieli pierwszeństwo. Poza tym to przecież wojewódzka, a my jesteśmy tylko jednostką powiatową. Nadąża pan nadkomisarz? – zapytał z przekąsem.
– Daję radę – Bondaruk odpowiedział z kamienną twarzą. – Proszę kontynuować.
– Do tego po tym jak Zimniak odmówił składania wyjaśnień, na dobrą sprawę zakończyliśmy z nim czynności. Oczywiście, pozostały jeszcze do domknięcia sprawy techników. Między innymi badamy obecność śladów genetycznych Zimniaka na ciele Oczkowskiego. Takie tam. Do tych czynności zatrzymany nie był już nam potrzebny.
– Jasne. Kto wiedział o konwoju do Zielonej Góry? – dopytał Bondaruk.
– Ja pierdolę, coś pan nadkomisarz sugeruje? Że niby mam u siebie przeciek? – Komendant z miejsca się zapienił.
– Niczego nie sugeruję. Jedynie staram się zrozumieć, właściwie co i dlaczego się stało?
Smolorz pobębnił palcami o stół i chyba jako tako się opanował.
– Wiedziało o konwoju wielu moich funkcjonariuszy, ale też tych z Zielonej. Może to sobie pan nadkomisarz sprawdzić.
– Nie omieszkam.
Nagle Ricie wpadła do głowy myśl. Postanowiła rzucić komendantowi koło ratunkowe z nadzieją, że a nuż odrobi u niego trochę punktów.
– Mogło być też i tak, że ktoś zauważył, jak zawijaliśmy Zimniaka w Rawiczu. Zatrzymania dokonaliśmy w centrum miasta. Wprawdzie był środek nocy i praktycznie puste ulice, ale nie wykluczam, że ktoś widział naszą akcję. Albo któryś z jego kumpli się o niej dowiedział. A później mógł obserwować naszą komendę, więc w sumie nie musi w tym przypadku chodzić o przeciek od nas albo z innej jednostki.
Bondaruk bez słowa pokiwał głową, co mogło znaczyć cokolwiek.
– Coś jeszcze? – komendant zwrócił się do wewnętrznego. – Bo jeśli nie, to chcielibyśmy wrócić do prawdziwej policyjnej roboty. – Nie omieszkał wbić szpilki nadkomisarzowi z wojewódzkiej. – A mamy co robić.
Wewnętrzny nie skomentował tego, co powiedział komendant. Skinął wszystkim głową i wyszedł.
– Oby, kurwa mać, nie do widzenia się – rzucił Smolorz, kiedy za Bondarukiem zamknęły się drzwi. Zmarszczył brwi i powiódł groźnym wzrokiem po podwładnych. – Dobrze, a teraz, jak już jesteśmy w rodzinnym gronie, mówcie bez pierdolenia, kto wam nadał tego całego Zimniaka.
Lewy jedynie zacisnął usta. Rita wiedziała, że będzie musiała się wytłumaczyć. Błyskawicznie kalkulowała, ile może sprzedać szefowi, żeby nie wyprowadzić go z równowagi. I nie wysypać się w sprawie swojego prywatnego dochodzenia.
– Tylko jeszcze przez chwilę czekam cierpliwie – zapowiedział komendant. – Zaraz potem rozpęta się piekło, które was pochłonie. I raz na zawsze skończy się wasze rumakowanie w policji, bo wystawię wam takie kwity na pożegnanie, że…
Wzięła głęboki oddech i wyrzuciła z siebie jedno słowo:
– Boruta.
– Że co Boruta? – Smolorz był zdezorientowany. – No przecież mówiłem, że macie się zająć sprawą zamachu na niego. Nie o tym jednak teraz mowa.
– Boruta mi powiedział, co zrobił Zimniak i gdzie go szukać.
Nadkomisarzowi o mało nie opadła szczęka.
– Jest grubiej, niż myślałem – komendant mruknął pod nosem. – A w czasie naszej ostatniej rozmowy pani aspirant mówiła, że nie zna żadnych gangusów z mojego miasta.
Zaklęła w myślach wymyślnie i szpetnie. Miała nadzieję, że komendant akurat tego nie zapamiętał.
– No, ale Boruta teraz nie ma nic wspólnego z gangsterką, to i o nim nie wspomniałam.
– Grabi sobie pani aspirant coraz bardziej. – Smolorz spojrzał na nią srogo. – Wrócę do tego, jak ogarniemy pilniejsze tematy. Teraz interesuje mnie, skąd niby pani aspirant tak się zaprzyjaźniła z Borutą, skoro jest pani tu ledwie rok, a on jest, z tego co i ja wiem, mocno nieczynnym gangusem?
Uznała, że jeśli jej nieformalna umowa z Lewym o wzajemnym wspieraniu się przestała obowiązywać i działają teraz wedle zasady „ratuj się kto może”, nie będzie się czaić. Spojrzała wymownie na partnera. Udał, że na nią nie patrzy, więc pokazała ręką w jego kierunku.
– Pan podkomisarz ma coś do powiedzenia w tym temacie? – Klątwa zaraz popędził go pytaniem.
– To ja poznałem aspirant Lewandowską z Ławniczakiem. Nie jest moim informatorem, ale kiedy wypłynęły wątki narkotykowe w sprawach Oczkowskiego i Opary, postanowiłem się z Borutą skonsultować. Nie było raczej szans, żebym wycisnął cokolwiek z Mąki czy jego ludzi, więc uderzyłem do Ławniczaka.
– I dowiedział się pan aspirant czegoś konkretnego?
– Nie za bardzo. Boruta jedynie potwierdził to, co sami ustaliliśmy, że obaj ocierali się o światek Mąki.
– A co on taki nagle chętny do współpracy? – zdziwił się Smolorz.
– Chyba przeszedł na jasną stronę mocy i prawa. Chce uchodzić za wzorowego obywatela.
– Pierdolenie kotka za pomocą młotka – komendant podsumował w swoim stylu. – Zastanawia mnie w takim razie, dlaczego gangus sprzedał Zimniaka pani aspirant, a nie panu. – Pokazał palcem wskazującym na Parzyszka.
– Mówił, że woli rozmawiać z kobietą – wyjaśniła.
– On jest taki bardziej dziwny ostatnio – dorzucił Lewy.
– Ekscentryczny.
Smolorz sapnął. Zerwał się z fotela i podszedł do nich blisko, lekko się nachylił i cedził słowa:
– Do jasnego chuja, dowiaduję się, że o niektórych sprawach, które dzieją się w moim mieście, nie mam pojęcia. A to mi się bardzo nie podoba. Teraz jasno, prosto i szczerze jak na spowiedzi u biskupa czy tam innego papieża… Któreś z państwa widziało Borutę po zamachu na niego?
– Nie – Rita gładko skłamała.
Lewy tylko pokręcił głową.
– Macie mi go jak najszybciej znaleźć i przytargać na komendę. Sam sobie z nim pogadam.
– Tak jest! – tym razem potwierdziła Lewandowska.
– Jest jeszcze jeden temat, taki bardziej nieoficjalny – komendant zaczął enigmatycznie.
Rita od razu się spięła. Co jeszcze zwali jej się na głowę?
– Wprawdzie jest to mniej więcej uzgodnione, ale musicie działać ostrożnie. Otóż zrobicie tak…
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ