Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część 1 - ebook
Czarna Orchidea. Miecz Odważnego Rycerza. Część 1 - ebook
Przed Wami emocjonujące zakończenie walki o dominację i potęgę.
Czy to już koniec? Nadszedł czas, aby się poddać, porzucić marzenia i zaprzepaścić wszystko, o co walczyliśmy?
Zdradzona przez Edwarda Morgiana wyrusza ku Twierdzy na Nanthis, gdzie musi zmierzyć się z tragicznym przeznaczeniem. Sanela, zostawiając Steve’a na pastwę losu, z drżeniem serca czeka wraz z innymi magami na rozwój wydarzeń. Stawiusa już tylko krok dzieli od spełnienia imperialnych pragnień i pokonania Afiryna. Zdeterminowany przywódca rebelii gotów jest walczyć do ostatniego oddechu, aby przejąć władzę nad Galaktyką, lecz okazuje się, że największe zagrożenie od zawsze patrzyło mu w oczy. Kto przetrwa, a kto zapłaci najwyższą cenę, tocząc pojedynek o tron?
@zaczytana_m: Cała historia, choć nie jest zbyt obszerna, ma wiele wątków, które ciekawie ze sobą współgrają. Tutaj nic nie jest przypadkowe. Autorka bardzo dokładnie przemyślała, co z czym i gdzie połączyć. Wszystko tworzy historię pełną tajemniczości, której towarzyszy ogrom emocji.
@vanishingbooks: Jeśli złączylibyście „Gwiezdne wojny” z „Władcą pierścieni” i „Igrzyskami śmierci”, dodali do tego szczyptę magii, złożone portrety psychologiczne bohaterów i szokujące zwroty akcji, otrzymacie wybuchową mieszankę w postaci „Czarnej Orchidei”. To zupełna rewolucja na rynku powieści fantasy dla młodzieży! W tym tomie nie będziecie wędrowali między planetami. Przemierzycie natomiast skomplikowane przestrzenie umysłów i wsłuchacie się w wewnętrzne głosy postaci, których autorka w tej serii nie oszczędza.
Pod patronatem @vanishingbooks
Marcysia Koćwin – urodzona w 2005 roku polska pisarka i poetka, która zadebiutowała czterotomową sagą fantasy pt. „Czarna Orchidea”. Autorka zbioru opowiadań „Leśny Zamachowiec” oraz czterech tomików poetyckich. Na co dzień tonąca w książkach studentka filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poza literaturą fascynuje się muzyką. Śpiewa, gra na gitarze, układa i publikuje w Internecie covery oraz polskie przekłady utworów głównie z gatunku symfoniczny metal.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68466-36-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dlaczego mama zawsze jest smutna? To pytanie zadawał sobie kilkuletni Edward, przyczaiwszy się za rozsuniętymi drzwiami pokoju Kingi. Gdy się z nim bawiła czy do niego mówiła, nieustannie się uśmiechała, poświęcając mu całą uwagę. Niemniej kiedy myślała, że jest sama, stawała się zupełnie inną osobą, i on zauważył to już jako małe dziecko. Pamiętał doskonale tego jasnowłosego pana, który z nimi mieszkał, oraz nagłe przybycie ojca. Był za mały, aby wszystko zrozumieć. Widział jednak, że tata i mama się nie lubią, i cierpiał z tego powodu. Dzieci wbrew pozorom wcale nie są takie głupie, jak myślą dorośli. To, że nie pojmują jeszcze wszystkiego, nie oznacza, że nie dostrzegają, co się dzieje w relacji najbliższych im osób, że tego nie przeżywają. Tylko jego babcia zdawała się to rozumieć.
– Zostaw wreszcie tę rudą małpę! – fuknęła kiedyś na syna, gdy myślała, że wnuka nie ma w pobliżu. – Zwiąż się z inną kobietą, z którą nie będzie tylu problemów! Od początku nie podobało mi się to małżeństwo. Szkoda, że twój ojciec był taki naiwny.
– Chcesz zabrać Edwardowi matkę? – zapytał wtedy Stawius, marszcząc brwi. Nie lubił tych rozmów.
– Chcę, aby mój wnuk dorastał w spokoju i był szczęśliwym dzieckiem! Gdybyś podmienił matkę wcześniej, może nawet by się nie zorientował. W każdym razie łatwiej by się przyzwyczaił do nowej. Im jest starszy, tym będzie mu trudniej!
– Nie chcę rozwodzić się z Kingą – oświadczył ojciec.
– Z Kalisą, chciałeś powiedzieć! – mruknęła babcia, poprawiając rękaw.
– Nie chcę jej zostawiać – powtórzył dobitnie.
– To dojdźcie wreszcie ze sobą do porozumienia. Mam dosyć wysłuchiwania tych wrzasków z waszego pokoju, a potem jej płaczu. To dziecko także. Co będzie, gdy kiedyś zobaczy, jak bijesz jego matkę? Całkiem go stracisz.
– Gdyby nie ten sukinsyn… – warknął.
– A gdyby nie uciekł, to co by było! – stwierdziła z wyrzutem, łypiąc na niego znacząco.
– Strażników kazałem zabić! – zawołał Stawius, wyraźnie zirytowany tym, że matka mu to wypomina.
– Ale elfa nie ma – skwitowała. – Było go zabić od razu, jak mówiłam, to go więziłeś, męczyłeś, bawiłeś się z nim, aż w końcu uciekł z celi.
– Jego śmierć tylko podburzyłaby ludzi na Calie! Już i tak ledwie dałem sobie radę z tamtymi protestami – próbował się usprawiedliwić.
– Też mi coś! Z garstką nieuzbrojonych cywilów sobie nie umiesz poradzić! – prychnęła lekceważąco. – Gdy twój ojciec żył, wszystko chodziło jak w zegarku, a ty niczego nie potrafisz dopilnować!
– Nie mogę wymordować wszystkich, do cholery! – krzyknął wściekle.
– Nikt o tym nie wspomniał, synu – odrzekła spokojnie. – Afiryna można było załatwić po cichu, jak jeszcze siedział w celi. Podać truciznę, spowodować nagłe zarwanie stropu, puścić trochę gazu… Do mediów podałbyś jakąś bzdurę i kto by ci udowodnił, że było inaczej? Ja się zastanawiam, czy rozmawiam z dorosłym mężczyzną, czy z przedszkolakiem.
– Mamo, proszę cię!
– Tak, proszę! Ja też prosiłam! Ale nie, ty byłeś zaślepiony nienawiścią do tego pięknego elfa, że ci żonę zbałamucił, i musiałeś się najpierw na nim wyżyć, zemścić się i zdominować go, zanim kazałbyś go wreszcie zabić. Mężczyźni to jednak nie potrafią przedkładać dobra ogółu nad własne. Czemu kobieta taka jak ja, z wiedzą i doświadczeniem, nie może sprawować rządów? – zapytała z westchnieniem.
– Żeby zapobiec regularnemu ludobójstwu – mruknął pod nosem Stawius.
Mając w pamięci tę bardzo trudną rozmowę, którą podsłuchał, Edward patrzył na swoją mamę dużymi dziecięcymi oczami. Przyglądał się jej niezwykle uważnie. Był bardzo cichym dzieckiem, zwłaszcza odkąd znalazł się w Twierdzy. Przeżył szok, gdy ogarnął go po raz pierwszy chłód tej niegościnnej planety. Urodził się na Euforii i tam spędził pierwsze lata swojego życia. Przyzwyczajenie się do zimna zajęło mu sporo czasu.
Od spotkania z ojcem i zabrania przez Rycerzy pana z białymi włosami mama mocno się zmieniła. Wcześniej tak radosna, ciepła, roześmiana i pełna życia, teraz była apatyczna i przygnębiona. Wobec niego co prawda zachowała dawną serdeczność, ale dla innych stała się oziębła i wyniosła. Przesiadywała w swojej komnacie, czytając bądź czesząc beznamiętnie swoje długie rude włosy i patrząc w lusterko, nucąc przy tym jakąś elficką piosenkę, albo leżała godzinami bezczynnie na łóżku. Była bardzo smutna i jej mały synek niezmiernie to przeżywał. Zwłaszcza że nie rozumiał do końca, dlaczego mama się tak zachowuje. Zaczynał myśleć, że to przez niego, i coraz bardziej odczuwać narastające w nim poczucie winy.
– Mamo? – zapytał, wchodząc do pomieszczenia.
Gdy tylko usłyszała jego głos, zmusiła się do uśmiechu, uniosła z pościeli i wyciągnęła do niego ręce.
– Cześć, skarbie! Co się stało, czego chciałeś? – spytała miękko i łagodnie.
Chłopiec wtulił się w jej białą sukienkę, czując kojące ciepło matczynego ciała. Uniósł wzrok, by spojrzeć jej w twarz, a ona pogłaskała go czule po głowie.
– Pani nauczycielka powiedziała mi, że bardzo dobrze czytam – pochwalił się.
– To wspaniale, jestem z ciebie dumna – odrzekła szczerze i pocałowała go w czoło. – Inni nauczyciele też cię chwalą?
– Tak. Mówią, że jestem zdolny.
– Bardzo się cieszę. Nie zmarnuj tego – poradziła cicho. – To Imperium potrzebuje dobrego władcy, który nie będzie nikogo poniżał z powodu jego odmiennego wyglądu. Który będzie bronił słabszych, a nie siał terror i zniszczenie.
– Wybacz, że ci przerwę tę indoktrynację, ale to właśnie rebeliantom przypisuje się sianie zamętu i terroryzm – usłyszeli nagle za plecami niski, głęboki głos Stawiusa.
Kalisa wzdrygnęła się i podniosła głowę, mocniej przyciskając synka do piersi. Milczała, ale jej wyzywająco chłodny wzrok dawał do zrozumienia, że teraz ona chce pobyć z dzieckiem i że nikt nie ma prawa jej przeszkadzać, a jeśli nawet spróbuje, to ona będzie walczyć. Stawius nie przejął się tym zbytnio i kontynuował jakby nigdy nic:
– Czy zastanowiłaś się już nad moją propozycją?
– Nie musiałam – odrzekła sucho, marszcząc brwi. – Nie będę ci przyklaskiwać, gdy niszczysz ten świat!
– Już ci mówiłem, że nie zależy mi na bezrozumnej destrukcji. Moim celem jest zjednoczenie i rozwój, a że niektórzy tego nie rozumieją i stawiają opór, nie godząc się na moją wizję… w dodatku stanowią zagrożenie dla tego, co już stworzyłem…
– To zagrożenie jest fikcją! Fikcją, która usprawiedliwia przemoc! Terror! – wypomniała mu gorzko.
– Niebywałe, mówisz to w taki sposób, jakby to wcale nie klan rebeliantów przemocą wtargnął na teren mojej bazy na Euforii, przemocą ją zniszczył, wystrzelał moich ludzi i cię uprowadził – ton Stawiusa stał się drwiący.
– Rebelianci walczą, aby powstrzymać wasze szaleństwo! Wszystko chcielibyście mieć, wszystko zagarnąć i nie liczycie się z tym, jakie to niesie koszty!
– Dość! – przerwał jej, uniósłszy otwartą dłoń. – Nasłuchałem się już filozofii twojego ojca. Pytam, czy zgadzasz się na moje warunki.
– Nie będę cię popierać! – prychnęła wzgardliwie.
– Edwardzie, wyjdź! – Stawius zwrócił się do syna, marszcząc brwi.
Chłopiec czuł, że zaczyna się bać. Wtulony w ciało matki i obejmowany przez nią kurczowo, nie mógł się ruszyć. Nie wiedział nawet, czy powinien.
– Nie, on nigdzie nie idzie! – zawołała Kinga.
– Kto by pomyślał, że wybierzesz siedmioletnie dziecko na swojego ochroniarza – wycedził pogardliwie. – Niech ci będzie – rzekł, po czym wyszedł.
Kinga zaczęła cicho płakać, tuląc Edwarda jeszcze mocniej i przepraszając za to, że musiał uczestniczyć w tej scenie. Głaskała go i całowała, a on zachodził w głowę, co to wszystko ma znaczyć.
Późnym wieczorem, gdy chłopiec już spał, w komnacie matki Stawiusa odbyło się spotkanie, w którym wzięli udział oprócz władcy i jego rodzicielki Natan i Richard. Wszyscy czworo siedzieli na obitych naturalną skórą fotelach przy niskim stoliku i popijali ciepły, słodki napój.
– Zgodziła się? – spytał czarodziej bez ogródek. – Będzie grzeczną, uległą dziewczynką i przestanie nam przeszkadzać?
– Oby! – prychnęła starsza kobieta. Ubrana była w długą, czarną, rozkloszowaną u dołu suknię i ciemne futerko. Mimo słusznego wieku wciąż cieszyła się końskim zdrowiem. Była dumna, silna i często wtrącała się do prowadzonej przez syna polityki. Teraz też miała wiele do powiedzenia: – Wszyscy mamy dosyć jej uszczypliwości, knowań i złośliwości. To nic wielkiego, ale jak dobrze powiedziałeś, Richardzie, przeszkadza nam w wielu sprawach.
– Chciałaś powiedzieć, przeszkadza „wam” – poprawił ją zirytowany syn.
– Wiem, co chciałam powiedzieć! – ofuknęła go. – Znasz wolę ojca! Póki chodzę o własnych siłach, mam prawo ci doradzać i pomagać w rządzeniu.
Bądź tak uprzejma, mamusiu, i spadnij w końcu ze schodów, pomyślał Stawius, ale na głos się nie odezwał. Westchnął tylko i podjął temat:
– Niestety, nie udało mi się jej przekonać ani teraz, ani wcześniej – przyznał zrezygnowany.
– Zna ultimatum? – upewnił się Richard.
Stawius kiwnął głową.
– Niepojęte. Jak można być aż tak zatwardziałym? – dziwił się w zamyśleniu Natan. – Z całym szacunkiem do twojej małżonki, panie, jednak macie dziecko. Czy dla jego dobra nie wolałaby raczej pozostać przy życiu?
– Najwidoczniej przywiązanie do ojca i jego wartości jest w niej silniejsze niż miłość do dziecka, które spłodziła z porywaczem i gwałcicielem – prychnęła kobieta w czarnej sukni.
– Matko, mogłabyś się czasem powstrzymać!
– Nic nie poradzę, synu. Jestem kobietą i doskonale rozumiem, jak to wasze poronione małżeństwo wygląda z jej perspektywy. Odradzałam je od początku, ale oczywiście ty byłeś mądrzejszy.
– Może skupmy się na tym, co trzeba zrobić, zamiast rozpamiętywać dawne błędy – zaproponował, niezadowolony z jej słów.
– W takim razie nie ma co dyskutować – stwierdził Richard. – Lecicie jutro, wracacie za kilka dni… ale nie wszyscy. – Czarodziej uśmiechnął się okrutnie.
– Czy frachtowiec gotowy? – Kobieta zwróciła się do Natana.
– Tak jest, pani. Osobiście go sprawdziłem. Wszystko przyszykowane. Żadnych problemów – oznajmił.
– Znakomicie. – Odetchnęła i rozsiadła się wygodniej.
– Czy to absolutnie konieczne? – zapytał nagle Stawius.
Wszyscy spojrzeli na niego w osłupieniu.
– Ależ panie, ona naraża także ciebie i twoją reputację! – zawołał zdumiony Richard. – Zagraża twojej pozycji, robi ci wrogów, nastawia ludzi przeciwko tobie, potajemnie wspiera rebelię! To zdrada! Trzeba się jej pozbyć. A co, jeśli pewnego dnia obudzisz się, panie, z lufą blastera przy skroni i zobaczysz, jak ona śmieje ci się w twarz razem z młodym chojrakiem z błyskawicą na kurtce? A jeśli zacznie buntować syna i nastawiać go przeciwko tobie? Jeśli Edward pewnego dnia cię zdradzi i przystanie do rebeliantów, a potem oboje wbiją ci nóż w plecy? Co wtedy?
Mężczyzna przytaknął lekko głową i odchylił się na oparciu. Argumenty czarodzieja były rozsądne i miały pokrycie w rzeczywistości. Nawet nie próbował z nimi polemizować i usprawiedliwiać swojej żony. Mimo to czuł ból na samą myśl o tym, co musi się stać. Tyle razy jej tłumaczył, przekonywał ją, prosił… Gdy to zawiodło i jego gniew przybierał na sile, uciekał się czasem do gróźb i przemocy. Mimo to była nieugięta. Nienawidziła go i mściła się na nim za to, że odebrał jej ojca, dziewictwo, młodość, a w końcu także Afiryna i zmarnował jej życie.
Po spotkaniu Stawius wrócił do swojej komnaty. Zamknął się na cztery spusty, zrzucił pelerynę, zdjął zbroję i dopiero wtedy pozwolił sobie na samotną łzę, która spłynęła po jego surowej twarzy o ostrych rysach. Zapatrzony w śnieżycę za oknem Twierdzy, przepraszał w myślach Edwarda. Kalisa była problemem, i to niemałym, ale była też jednocześnie matką jego syna.
***
Frachtowiec leciał wolno i spokojnie w towarzystwie kilku mniejszych promów. Edward nudził się strasznie, patrząc apatycznie przez wąskie okno. Wszystko wokół zalewała nieprzenikniona czerń na podobieństwo oleistego smaru, w którym lśniły tylko odległe gwiazdy. Zastanawiał się, czemu nie przyspieszają do nadświetlnej prędkości, którą tak uwielbiał. Co prawda trzeba było wtedy siedzieć przypiętym do fotela, ale chłopcu to nie przeszkadzało.
Od tamtej ostatniej rozmowy, do której wtrącił się Stawius, matka nie odstępowała go na krok i Edward bardzo się z tego cieszył, zwłaszcza że wciąż czuł niepokój na wspomnienie wymiany zdań między rodzicami. Był jak na swój wiek niezwykle pamiętliwy i wrażliwy na tak angażujące emocjonalnie wydarzenia. Rodzice wypowiedzieli wtedy tyle słów, których nie zrozumiał. Niemniej ich emocje były dla niego czytelne. Dlatego dręczył go podświadomie jakiś dziwny lęk.
Wizyta na Veris była koniecznością dla całej rodziny. Chłopiec musiał siedzieć prosto przy stole obok matki, nie mógł rozlać napoju ani ubrudzić się jedzeniem. Kazano mu też długie minuty stać w miejscu lub odpowiadać ukłonem obcym ludziom. Było to niezwykle męczące dla siedmiolatka, ale starał się być posłuszny woli rodziców. Wielokrotnie zauważył, że atmosfera przy stole gęstniała, gdy głos zabierała jego matka. Mówiła spokojnie i swobodnie, aczkolwiek niezrozumiałe dla Edwarda słowa, które padały z jej ust, wprawiały innych gości w konsternację, budziły wrogość lub wręcz przeciwnie – żywe zaciekawienie. Stawius sprawiał wtedy wrażenie, jakby chciał natychmiast dopaść żonę i udusić ją gołymi rękami. Nie podnosił jednak głosu i jeśli przerywał Kindze lub negował to, co mówiła, starał się to robić cicho i łagodnie, ale stanowczo. Nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek przejawy agresji w towarzystwie.
Teraz wracali wreszcie do Twierdzy na Nanthis, gdzie Edward znów będzie mógł uczęszczać na lekcje. Bardzo to lubił. Rozmaite zajęcia stanowiły przyjemną odskocznię od przeważnie samotnego i jałowego życia, które prowadził. Ojciec, nieustannie zajęty polityką, zapraszał go czasem do sali tronowej lub gabinetu, aby przysłuchiwał się toczonym tam rozmowom i uczył, jak je prowadzić, ale wciąż nie stanowiło to jego codzienności. Matka natomiast, zatopiona w swoim żalu i melancholii, nie spędzała z nim zbyt wiele czasu. W ciągu dnia zatem, po skończonych lekcjach, mały Edward włóczył się bez celu po Twierdzy, niepozbawiony jednak czujnego wzroku kilku opiekunek. Lubił też bawić się samotnie w swoim pokoju, odpędziwszy od siebie wszystkie nianie, jakby na złość tej całej sytuacji, albo czytał lub szedł do babci w odwiedziny. Ta, odkąd przybył do Twierdzy, była najbliższą mu osobą.
Westchnął ciężko i odszedł od okna, nie mogąc znieść tej smolistej czerni rozlewającej się nieprzerwanie wokół frachtowca. Matka nie spuszczała go z oka. Zimna, uważna i uparta, uśmiechnęła się natychmiast, gdy tylko syn podniósł na nią wzrok.
– Kiedy dolecimy? – zapytał znużony.
– Już niedługo, kochanie – zapewniła, głaszcząc go po głowie.
– Mamo?
– Tak, skarbie?
– A dlaczego ja nie mam siostrzyczki? – zapytał całkowicie nieoczekiwanie, wytrącając Kalisę ze skupienia.
– Siostrzyczki? – zdumiała się.
Wyglądała tak, jakby nigdy nie przyszło jej do głowy, że chłopiec może zapytać o coś takiego. Na samą myśl o Stawiusie skóra jej cierpła, a żołądek podchodził do gardła. Od samego początku nie miała najmniejszej ochoty na kontakty cielesne z mężczyzną, który zmusił ją do małżeństwa. Od poczęcia Edwarda nie zbliżali się do siebie i nie zanosiło się na to, aby kiedykolwiek się to zmieniło. Chyba że Imperator zażyczy sobie drugiego dziecka. Zadrżała z odrazy i wściekłości na tę myśl. Mimo że nie żywiła nienawiści do ich synka, nie mogła myśleć o nim inaczej jak o owocu gwałtu. Był tak podobny do Stawiusa. Twarz, oczy, włosy… Nie mogła udawać, że tego nie zauważa. Czuła dotkliwy ból, mając świadomość, jakie Edward pobiera lekcje i że jest powoli indoktrynowany przez ojca. Nie mogła znieść myśli o tym, że jej mąż wychowuje go sobie na przyszłego następcę, wciągając w tę spiralę intryg, spisków i przemocy. Przeszkadzała mu w tym, jak mogła, ale wiedziała, że na dłuższą metę jest po prostu bezsilna.
– Chcę siostrzyczkę! I żeby miała takie włosy, jak ty! – zawołał władczo, tupiąc nóżką.
– Skarbie, z dziećmi sprawa jest troszkę bardziej skomplikowana – tłumaczyła mu łagodnie, starając się opanować drżenie głosu. – Nie do końca od nas zależy, kiedy będziemy mieć dziecko i ile ich będziemy mieć. A już na pewno nie wybieramy sobie płci czy wyglądu.
– A kto wybiera? – zaciekawił się.
Matka wzruszyła ramionami.
– Los? Bóg? Przypadek? Nasze ciała? Różnie mówią.
– Nie rozumiem – przyznał od razu.
– Nie musisz. – Uśmiechnęła się łagodnie i przytuliła go.
Wtedy do pomieszczenia wszedł Stawius. Gdy Edward go zobaczył, wyrwał się z ramion matki, nim zdążyła wzmocnić uścisk, i popędził do ojca, wołając w uniesieniu:
– Tato, tato! Chcę siostrzyczkę!
Słowa Edwarda zmroziły Kalisę. To nie jego wina, on nie wie, co to znaczy. Jest samotny, to wszystko. Pragnie towarzystwa, dlatego prosi o rodzeństwo. Nie ma pojęcia, jakie może to mieć dla niej konsekwencje, przez co będzie musiała przechodzić. Usprawiedliwiała go w myślach. Mimo to czuła złość i gorzkie poczucie zdrady przez własne dziecko. Nawet nie chciała sięgać myślami do chwil, które staną się na powrót rzeczywistością, gdy Stawius przychyli się do próśb syna. On jednak wyglądał na roztargnionego i czymś mocno strapionego, a do tego grymas irytacji wykrzywiał mu twarz. Idąc w kierunku żony, patrzył tylko na nią.
– Tato, słyszysz!? Chcę siostrzyczkę!
Dopiero teraz mężczyzna zatrzymał się, spojrzał przelotem na chłopca i wzgardliwie odszczeknął:
– A ja chcę mieć znowu siedemnaście lat!
Kalisa mimowolnie odetchnęła z ulgą. Najwidoczniej jej mąż ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż spełnianie zachcianek swojego syna. Zaczęło ją jednak niepokoić jego nagłe najście i to, że odwiedził ją w towarzystwie nieco pulchnej, ciemnowłosej służącej, która podążała za nim ze spuszczonym pokornie wzrokiem.
– Chodź! – zwrócił się już nieco spokojniej do syna. – Inga zaprowadzi cię na pokład promu.
– Gdzie go zabierasz?! – zawołała zlękniona Kalisa.
– Ale ja nie chcę! Chcę zostać z mamą! Po co mam tam iść? – protestował Edward.
Kalisa podbiegła do dziecka, chcąc je złapać i przytrzymać, ale Stawius uniemożliwił to, chwytając ją mocno za rękę i brutalnie odciągając od chłopca. Kobieta zaczęła się szamotać, próbując uzyskać dostęp do syna, ale mąż odsunął go w stronę Ingi, która pouczona, co robić, wzięła go delikatnie za rączkę. Złapana wpół Kalisa w swojej ekspresyjnej rozpaczy była bezsilna. Jej syn, widząc tę scenę, zrozumiał w lot, że mama nie chce, aby poszedł ze służącą, i poczuł nagły strach przed eskortującym frachtowiec promem, na który mieli się udać. Powodowany nagłym impulsem, obrócił się i ugryzł dziewczynę w rękę. Ona krzyknęła głucho i puściła chłopca.
– Co ty wyprawiasz!? – skarcił go ojciec. – Idź natychmiast z Ingą, nie rób scen jak ta histeryczka!
– Po co? – bąknął Edward, zaniepokojony szorstkim tonem Stawiusa.
– Musimy wylądować wcześniej. Zanim frachtowiec tych rozmiarów zbierze się do tego, zejdzie przynajmniej pół godziny, a niedługo zaczyna się posiedzenie. Nie zdążę na nie, będąc na pokładzie. Chcę cię wziąć ze sobą, żebyś poznał kilku wpływowych ludzi i zrobił na nich dobre wrażenie, więc nie możemy się spóźnić – wyjaśnił szybko i ozięble. – Jeszcze jakieś pytania?
Chłopiec milczał, zwiesiwszy głowę.
– Wspaniale. W takim razie idź z Ingą do promu, a ja niedługo do was dołączę. I zastanów się lepiej, czy jesteś dorastającym mężczyzną, czy raczej pyskatym, zasmarkanym bachorem – uciął sucho.
Edward, pokonany i upokorzony, wziął służącą za rękę i razem spiesznie opuścili pomieszczenie. Stawius wypuścił Kalisę z objęć. Ona odsunęła się od niego momentalnie, oddychając ciężko i łypiąc na niego groźnie roziskrzonymi oczami. Zacisnęła dłonie w pięści, gotowa do walki, tymczasem jej mąż wyjął komunikator i przystawił do ust.
– Wyłączone?
– Tak, panie. – Z urządzenia popłynął głos Natana. – Kamery zawieszone, podsłuch także. Kolejne ogniwa powoli się psują, jak planowaliśmy. Za kilka minut nastąpi pierwszy wybuch.
– Wy… wybuch… – wyjąkała kobieta, która wreszcie zrozumiała, co to wszystko znaczy.
– Ostrzegałem cię nie raz, że nie będę tolerował takiego zachowania z twojej strony. Miałaś wiele okazji, aby się uspokoić – wycedził przez zęby.
Jego twarz była surowa i ściągnięta, dłonie i dolna warga lekko drżały, lecz nie z gniewu. W ciemnych i gniewnych oczach męża grały rozmaite, często sprzeczne emocje, którym Kalisa zaczynała się dziwić, zdawszy sobie sprawę z ich istnienia.
– Jeszcze nie jest za późno – wycharczał. – Jeśli teraz ulegniesz, zabiorę cię na prom i odlecisz stąd bezpiecznie. Ale musisz mi przysiąc, że nie będziesz więcej robiła scen i buntowała mi dziecka.
– To jest także moje dziecko! I nie mogę patrzeć bezczynnie, jak robisz z niego tyrana i ciemiężyciela, takiego samego jak ty! – zawołała butnie ze łzami w oczach.
– Więc wolisz zostawić go ze mną samego? – prychnął drwiąco. – Nie przemawia za tobą troska o dziecko, raczej wierność ideałom ojca. Naprawdę lojalność wobec zmarłego jest dla ciebie ważniejsza niż poświęcenie dla żyjących?
– Żyjących? – Nie zrozumiała, dlaczego użył liczby mnogiej.
– Dobrze byłoby dać Imperium drugiego dziedzica. Zabezpieczenie – oznajmił, mając w pamięci swojego zmarłego młodo w niespodziewanym wypadku brata.
Kalisa czuła, że osłabła na tę propozycję. Jej nogi dygotały i uginały się pod nią. Zachwiała się lekko. Jej szybko bijące serce zachowywało się tak, jakby próbowało wyrwać się z piersi. Każde jego uderzenie powodowało nieznośny ból i rozchodziło się echem wewnątrz ciała. Zapiszczało jej w uszach. Słyszała świst własnego ciężkiego oddechu.
– Nigdy – wyszeptała jadowicie. – Mam dość. Mam dość ciebie, twojej paskudnej rodziny i popleczników.
– Przedkładasz stronnictwo polityczne nad własne dziecko?
– Nie próbuj grać na moich emocjach – odrzekła rozeźlona. – Nie rozumiem, dlaczego wciąż tu stoisz i ze mną rozmawiasz, chociaż powinieneś uciekać. Aż tak cię podnieca ta szopka?
Nie odpowiedział.
– Myśl sobie i rób, co chcesz – dodała po chwili. – Nic mnie już nie obchodzi. Dziecko też. I tak zrobiłbyś z nim, co byś chciał, czy bym żyła, czy nie. To nie ideały ojca motywowały mnie do sprzeciwu.
– Więc co takiego?
– Nienawiść! – wysyczała, drżąc na całym ciele. Oczy jej się zwęziły, oddech stał się głębszy. – Nienawidzę cię, jesteś ucieleśnieniem moich koszmarów. Od dziecka pragnęłam zguby twojej i twojego ojca, a triumfu przywódców rebelii. Tymczasem ostatecznie musiałam cię poślubić. Mam dosyć.
– Wolisz zostać męczennicą w tym piekle, jakie się tu za chwilę rozpęta, niż żyć spokojnie jeszcze kilkadziesiąt lat i to ponad stan?! – podniósł głos.
– Ptaszki w klatce nie są szczęśliwe, nawet jeśli klatka jest zrobiona ze złotych prętów – odpowiedziała mu spokojnie.
Wtem rozległ się huk. Całym statkiem zatrzęsło. Zachwiali się na nogach. Lampy zakołysały się niebezpiecznie, mrugając raz po raz. Czujka zapikała alarmowo. Wszędzie rozchodził się swąd przypalonej blachy. Rozejrzeli się odruchowo, a następnie znów spojrzeli na siebie.
– Masz ostatnią szansę – wysapał, z trudem powstrzymując wściekłość i rozgoryczenie.
W odpowiedzi splunęła mu pod nogi. Rozwścieczyło go to jeszcze bardziej. Wiedząc, że następna eksplozja może nastąpić w każdej chwili i że już dawno powinien być na małym statku, gdzie czekał jego synek, rzucił się na kobietę. Przycisnął ją do ziemi i przygotowanymi wcześniej kajdankami przykuł ją do nóżki ciężkiego fotela, znajdującego się w pomieszczeniu. Jej pierś pracowała energicznie, a ciało dygotało. Bała się. W jej oczach szkliły się łzy. Wybrała jednak tę drogę i Stawius nie mógł już nic na to poradzić. Nie mógł pozwolić na to, aby przez złośliwość Kalisy stracił swoją pozycję.
– Zdechnij parszywie, tak jak żyłeś! – warknęła na pożegnanie.
Stawius nie zastanawiał się dłużej, tylko zerwał się do ucieczki. Lecz gdy tylko drzwi prowadzące do głównego korytarza otworzyły się ze świstem, w pomieszczeniu nastąpił wybuch. Huk sprawił, że mężczyźnie zapiszczało w uszach, a ognista siła odrzuciła go brutalnie do tyłu i cisnęła nim o najbliższą ścianę, od której odbił się z łoskotem. Wydawało mu się, że słyszy potępieńczy wrzask Kalisy, na sekundę przed tym, jak eksplozja rozerwała ją na strzępy. Upadł zamroczony. Obraz mętniał i wirował mu przed oczami. Po chwili doszły do niego wołania, piski, krzyki i odgłosy setek nóg uciekających w popłochu pasażerów frachtowca. Syreny alarmowe wyły nieznośnie.
Wtem, gdzieś bardzo blisko półprzytomnego Imperatora, wybuchł kolejny ładunek. Ogłuszający huk przyćmił Stawiusa na powrót, lecz następujący chwilę później łoskot i przejmujący ból w nodze, na którą spadły kawałki ciężkiej instalacji ukrytej w stropie, orzeźwiły go i wróciły mu zmysły. Wrzasnął potępieńczo, co uratowało mu życie.
Zwrócił bowiem na siebie uwagę kilku młodych Posępnych Rycerzy. Zaniepokojeni tym zwierzęcym wrzaskiem zaczęli szukać jego źródła i znaleźli Imperatora, przygniecionego stertą blach, rur i innych przedmiotów oderwanych ze stropu. Podnieśli wielki raban i z pomocą innych, którzy pospieszyli na ratunek w nadziei na późniejszy awans, usunęli ostrożnie fragmenty statku z nogi Stawiusa, a następnie pomogli mu wstać. Ten, próbując poruszyć zmiażdżoną, krwawiącą wściekle kończyną, ryknął z bólu, aż mroczki zatańczyły mu przed oczami.
Gdy Rycerze go podnieśli, poczuł ciepło buchające z sąsiedniej kajuty, z której zdążył w ostatniej chwili wybiec. Całe pomieszczenie płonęło. Dochodził stamtąd ponadto swąd spalonego ciała i przypieczonych włosów. Stawiusowi zrobiło się niedobrze. Okropny ból zawładnął nim niepodzielnie. W obliczu niebezpieczeństwa kolejnego wybuchu strażnicy postanowili położyć Imperatora na noszach i zanieść na pokład promu.
W wielkim pośpiechu podnieśli nosze i niemalże pobiegli jedynym wolnym korytarzem, nieopanowanym jeszcze przez ogień, wrzeszcząc na całe gardło:
– Przejście! Przejście dla Imperatora! Imperator poszkodowany! Lekarza! Odsunąć się!
Na drugim zakręcie, gdy zmiażdżona kończyna przechyliła się nienaturalnie, zalewając Stawiusa falą nieznośnego bólu, od którego wył jak zwierzę, udało mu się zemdleć. Zgiełk, krzyki ludzi, tupot nóg, panika, wybuchy, ogień, pikające czujki, wycie syren, ryk silników, swąd ogarniętych płomieniami ciał tych, którzy nie zdążyli uciec… To wszystko dochodziło do niego z daleka poprzez słodką mgłę nieświadomości.
Ocknął się dopiero na Nanthis, gdy leżał już na stole operacyjnym, czekając na zabieg. Lekarze uwijali się przy nim, uspokajali go i przygotowywali w pośpiechu narzędzia chirurgiczne. Niemal od razu został uśpiony, a obudził się wiele godzin później we własnym łóżku, podpięty do kroplówki, czując okropny ból w nodze. Zacisnął zęby i przekręcił głowę na bok.
Ku swojemu zdziwieniu dostrzegł zatroskanego Richarda, który czuwał przy nim w towarzystwie matki. Gdy ich zobaczył, zakręciło mu się w głowie. Zamknął oczy. Po co tu przyszli? Czego tu szukają? Czego oni jeszcze od niego chcą? Myślał, walcząc z przejmującym bólem. Byli ostatnimi osobami, które chciał teraz widzieć. Pot spłynął mu po twarzy.
– To bardzo szlachetne z twojej strony, mój panie, że poświęciłeś się dla sprawy – przyznał cicho i z podziwem Richard. – Teraz nikt nie będzie miał najmniejszych wątpliwości, że to, co się stało na frachtowcu, było nieszczęśliwym wypadkiem, spowodowanym przez wadliwą konstrukcję.
– Otóż to – zgodziła się z czarodziejem matka. – A ta małpa nie będzie nam już więcej wchodzić w drogę. Za jakiś czas będziesz mógł się powtórnie ożenić, a wtedy…
– Nigdy więcej się nie ożenię! – warknął, przerywając jej, po czym zagryzł wargi z bólu i wykrzywił twarz.
– Ależ synu! – zaniepokoiła się. – Imperium potrzebuje pierwszej damy, ciągłości dynastii, zabezpieczenia w postaci drugiego dziecka i… – tłumaczyła mu łagodnie, przestraszona jego gwałtowną reakcją.
– Z żadną, nigdy, nigdzie! – ryknął ochryple.
– Panie… – zaczął delikatnie Richard.
– Bądźcie cicho, do cholery, i zostawcie mnie! Lekarza! Gdzie jest lekarz? Dajcie mi jakieś znieczulenie! – zawołał władczo, krzywiąc się z bólu.
Matka wzdrygnęła się i zaczęła gorliwie wzywać pielęgniarkę, dyżurującą za drzwiami, a następnie kazała jej podać Stawiusowi środek znieczulający. Średniego wzrostu trzydziestokilkuletnia kobieta oznajmiła przepraszająco, że Imperator będzie mógł przyjąć lekarstwo dopiero za kilkanaście minut, w innym razie istnieje ryzyko, że serce Stawiusa nie wytrzyma takiej dawki. Obiecała, że poda je najszybciej, jak to będzie możliwe. Zafrasowana matka poprawiła jeszcze synowi poduszkę, ułożyła zmiętą kołdrę, podała mu wody z elektrolitami, a następnie odgarnęła delikatnie z jego spoconego czoła włosy. Po chwili wyszła wraz z Richardem, szepcząc do niego:
– Zostawmy go, niech odpocznie. Porozmawiamy z nim o tym później, jak już dojdzie do siebie. Teraz jest zmęczony i cierpi, drażni go to, jest rozgoryczony i dlatego gada takie bzdury. Na najbliższych spotkaniach to ja go zastąpię. Mam tylko nadzieję, że to nie odbije się źle na jego zdrowiu – rzekła przejęta i zmartwiona zarazem.O AUTORCE
MARCYSIA KOĆWIN - urodzona w 2005 roku polska pisarka i poetka, która zadebiutowała czterotomową sagą fantasy pt. _Czarna Orchidea_. Autorka zbioru opowiadań _Leśny zamachowiec_ oraz czterech tomików poetyckich. Na co dzień tonąca w książkach studentka filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poza literaturą fascynuje się muzyką. Śpiewa, gra na gitarze, układa i publikuje w Internecie covery oraz polskie przekłady utworów głównie z gatunku symfoniczny metal.
fot. Judyta Krasińska-Damowska