Czarna Stal - ebook
Wielka Jatka przetoczyła się przez Kontynent, depcząc kruchą równowagę panującą pomiędzy nacjami. Ostatni prawowity król likantropów został zamordowany. Nad Syene władzę przejął żądny złota uzurpator, wiodąc poddanych ku nieuchronnej zagładzie. Z dala od spowitego w mrok królestwa, pośród żyznych dolin Attyki, schronienie odnalazło czarne szczenię. Przygarnięty przez dwoje dobrych ludzi, chował się uczony życzliwości i miłosierdzia. Jednak dusza Attikusa nie była kompletna. Jako likantrop o ludzkim sercu trwał uwięziony pomiędzy człowieczeństwem a swoją pierwotną naturą. Ileż to nocy spędził śniąc na jawie o swoich pobratymcach i marząc skrycie o powrocie do korzeni? Nie wiedział, jak bardzo bogowie są przewrotni w spełnianiu próśb śmiertelnych. Był obcym pośród ludzi. Własna nacja, z jego dobrocią i łagodnością, uznała go za wynaturzeńca. Lecz to w nim jest cała nadzieja na ocalenie Syene przed zniszczeniem. Czy przyjmie na swoje barki brzemię obowiązku?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398026604 |
| Rozmiar pliku: | 577 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wojenna pożoga dogorywała pod falami przelanej krwi. Ziemię Kontynentu usłano żałobnymi stosami, zaś święta gleba Attyki niezmiennie dowodziła swojej płodności. Niewzruszona wobec tragedii rozgrywającej się u swoich granic, chroniona przez samą Matkę Gaję, zapewniła swoim mieszkańcom obfite plony i łagodną jesień.
W polu jęczmienia pracowało małżeństwo, mąż imieniem Pio wraz ze swoją żoną, Io. Byli to prości ludzie o wielkich sercach i krystalicznych duszach. Wśród sąsiadów cieszyli się szczerą sympatią za swój przyjacielski charakter. Mieszkali w skromnej, acz solidnej chacie z drewna, której stromy dach pokrywała gęsto spleciona słoma. Ich życie toczyło się zgodnie z rytmem natury, wokół wypasu owiec i pracy na roli. Dzięki hojności attyckiej ziemi, której składali każdego dnia dziękczynienie, nigdy nie zaznali głodu. Obojgu dopisywało znakomite zdrowie i pogoda ducha – przymioty właściwe mieszkańcom łaskawej Attyki.
I tylko jednego im brakowało w tej krainie płodności. Pomimo szczerego uczucia, jakim się darzyli, przez dwadzieścia lat wiernego pożycia nie doczekali się wymarzonego potomka.
Starzejący się Pio tracił nadzieję i szukał pociechy w codziennej pracy. Uśmiechał się szeroko, choć jego ciemne oczy matowiały czasem ze smutku.
Io nie wypominała tego mężowi, sama cierpiała po cichu. Każdej nocy modliła się do bogów i do ducha Attyki, prosząc tylko o jedno, o dziecko, które mogłaby otoczyć troską i miłością. Bogowie nie ofiarowali odpowiedzi na pokorne prośby kobiety. Io, prostoduszna i łagodna, nikogo nie obwiniała i nie uskarżała się na swój los. Usilnie wierzyła, że spowite tajemnicą boskie plany, pewnego dnia złożą na jej ręce upragnionego potomka.
Tego ciepłego, jesiennego dnia wraz z mężem ścinała sierpem uginające się pod własnym ciężarem źdźbła jęczmienia, kiedy nagle dotarł do niej cichutki głosik. W pierwszej chwili pomyślała, że to zmysły ją zawodzą, rozgrzane mocnym, południowym słońcem. Jednak dźwięk narastał i stawał się wyraźnym kwileniem niemowlęcia.
Podążając za tym głosem, Io podeszła do zaplecionego w supeł, pęku jęczmienia, który delikatnie, źdźbło po ździebełku ścięła. Jej oczom ukazało się otulone pieluszkami zawiniątko, niecierpliwie wiercące się na ziemi.
Io westchnęła, jej oczy zaszkliły się od napierających łez.
– O Attyko! Święta Attyko!
Odłożyła sierp i delikatnie ujęła zawiniątko w obie dłonie. Przytuliła je do piersi, nie powstrzymując wzruszenia, łzy spłynęły swobodnie po jej drżącym policzku.
Powoli odwijając pieluszki, nie zwróciła uwagi, kiedy Pio, zaalarmowany jej zachowaniem, podszedł do niej od tyłu i zajrzał przez ramię.
Przyglądał się zawiniątku wtulonemu w pierś żony ze zmarszczonym czołem.
– Co to jest?
Drżące usta Io wypełniła radosna ekstaza.
– Och Pio, w końcu, w końcu moje modlitwy zostały wysłuchane! Tyle lat czekaliśmy. A ja nie mogłam… Choć tak bardzo tego pragnęłam… Modliłam się dzień i noc, noc, i dzień. I spójrz! Bogowie mnie wysłuchali! Moje łono nie mogło wydać na świat dziecka, ale Attyka jest płodna! Attyka ofiarowała nam syna!
Pio wpatrywał się oniemiały w odsłonięte oblicze niemowlęcia.
Długo patrzył na czarny nosek utkwiony w małej mordce, bystre szafirowe oczka, maleńkie uszy wyrastające z czubka głowy pokrytej czarnym jak smoła futrem. Uwolnione z krępujących ruchy pieluszek szczenię przestało kwilić i wygodnie umościło się w ciepłej piersi Io.
Głos mężczyzny przeszedł w lękliwy szept.
– Io, to jest…
Io zaprotestowała gwałtownie, rzucając mężowi wyzywające spojrzenie.
– To nasz syn! Tak długo wyczekiwany. Bogini złożyła go w nasze ręce. Nie odmówimy jej łasce! To teraz mój mały chłopiec. Mój mały Attikus.
Desperacki upór żony ukrócił wszelkie argumenty, jakie cisnęły się Pio na usta.
Stali pośród szemrzącego łagodnie jęczmienia i wpatrywali się w drzemiące szczenię, którego widok napawał ich oboje rosnącą radością.
Pio odrzucił niepokojące myśli i z największą delikatnością pogładził palcem aksamitne czoło małego Attikusa.
Szczenię, wyczuwając pieszczotę, wyciągnęło rączki i malutkimi dłońmi chwyciło za palec.
Pio zaśmiał się w głębi piersi wzruszony.
– Silny jest. Nasz syn.
Nie dokończyli pracy tego dnia.
Wrócili do domu z najcenniejszym skarbem, jaki dotąd otrzymali do Attyki. Ponieważ od dawna oczekiwali na pojawienie się upragnionego potomka, w rogu izby stała już kołyska wystrugana w jesionie, gotowa przyjąć do siebie niemowlę. Dziecięce, wydziergane z wełny koszule zajmowały część miejsca w skrzyni z resztą odzienia.
Pio dyskretnie, aby nie urazić żony, przeszukał pieluszki, ale nie znalazł w nich niczego, co wskazałoby na pochodzenie szczenięcia. Głowił się nad tą zagadką. _Likantrop tutaj? Nigdy tak daleko się nie zapuszczali. Czy to przez wojnę? Czy przybędzie ich więcej?,_ ostatnia myśl przeszyła go dreszczem.
Znał tę starożytną nację jedynie z plotek, które łączyły w sobie mrożące krew w żyłach opowieści o brutalności, sekretnych rytuałach i ludożerczych aktach popełnianych na jeńcach. Poczuł, jak na jego pokryte zmarszczkami czoło występują krople zimnego potu.
Odwrócił się do Io z zamiarem podzielenia się swoimi obawami. Lecz zobaczył, z jaką radością i czułością Io ubiera małego Attikusa w wełnianą koszulę, jak przemawia do niego słodko, a on, śmieje się po swojemu i wyciągniętymi rączkami bada ciekawie twarz kobiety. Na ten widok Pio westchnął zrezygnowany. Odebranie żonie szczęścia, na które czekała od tylu lat, widział, jako okrutne i barbarzyńskie. Złożył swój los w boskie ręce, pocieszany miłością, jaką darzył swoją żonę.
Przekonał Io, aby utrzymali obecność Attikusa w sekrecie przed swoimi sąsiadami z doliny. Obawiał się ich reakcji na żyjącego pośród nich likantropa. Io przystała na pomysł męża. Nie kierowała nią obawa, lecz zazdrosna miłość matki wobec swojego pierworodnego.
Kolejne trzy lata życie syna utrzymywali w tajemnicy przed światem. Przestali zapraszać do siebie sąsiadów, a na ich uporczywe pytania odpowiadali zmyślonymi naprędce wymówkami: _Myszy nam się zalęgły, wstyd was zapraszać! Sowy wydziobały nam dziurę w dachu, na głowę by się wam lało!_
Sąsiedzi przyjmowali te historie z pomrukiem i zmarszczonym czołem, lecz, darząc małżeństwo szacunkiem, zgodnie postanowili zaufać ich dobrej woli.
Jednak ciekawość rosła z każdym kolejnym miesiącem aż czwartego roku eksplodowała w niezapowiedzianej wizycie.
Krewny Pio, znany w całej okolicy winiarz Eron wraz ze swoją żoną Irmą oraz sąsiadem, Mikosem, pojawili się pod drzwiami ich domu. Nie dali się zwieść i Irma, zwinnie wymijając torującego przejście Pio, weszła do chaty. Przywitał ją paraliżujący widok. W kącie izby stała Io, blada i spięta, a za jej spódnicą kryło się czarne szczenię likantropa.
Irma zakryła usta dłonią.
Pio wskoczył między nią a żonę, osłaniając rodzinę własną piersią.
Gdy dwaj mężczyźni również weszli do izby, zrozumieli, jaki to sekret skrywało małżeństwo.
Ton Erona wiał grobowym chłodem, niepodobnym do radosnego mężczyzny.
– Co to ma znaczyć? Skąd on się tu wziął?
– Eronie, proszę!
– To nasz syn! – Io broniła Attikusa.
– To likantrop! Tam, gdzie jeden, tam i więcej.
– Sama Attyka, Łono Gai, nam go ofiarowała! – upierała się kobieta.
Mały Attikus kulił się pod falami krzyku.
Wczepiony w spódnicę Io, obserwował rozgrywającą się przed nim scenę bez zrozumienia.
W szczenięciu rósł lęk.
– Mamo, co się dzieje?
Io przyklęknęła i wzięła go w ramiona.
– Och moje kochanie!
Irma szukała odpowiednich słów, lecz jej własna matczyna natura okazała zrozumienie dla postawy przyjaciółki, godnej lwicy.
Jej mąż nie był równie wyrozumiały.
Wymienił się spojrzeniem z Mikosem i zgromił Pio.
– Czy wiesz, na co nas narażasz?
Pio oponował.
– Przecież to jeszcze dziecko.
– Słyszałeś, co działo się na Kontynencie? Co jego nacja zrobiła?
– Nie, nie słyszałem. – skłamał bez wahania. – To nie ma nic wspólnego z naszym synem.
Uderzony absurdem sytuacji Mikos, uniósł się gniewem.
– To nie jest wasz syn!
– Właśnie, że jest. – Pio niewzruszenie obstawał przy swoim. – Attyka oddała nam to dziecko pod opiekę i choćbym miał poświęcić życie, będę go kochał i wychowam na dobrą istotę.
– Pio, ty naprawdę w to wierzysz? – Eron załamał ręce.
– Całą duszą, kuzynie. A jeśli nie w smak ci rasa mojego syna, to nie masz tu czego szukać. Mam jednak nadzieję, że twoje serce zagłuszy ten krzyk, którym straszysz moje dziecko. Że odnajdziesz w sobie miłosierdzie, jakim obdarzył nas Wszechojciec. To z jego woli i za sprawą Matki Gai, ten chłopiec trafił między nas, aby miał tu swój dom i rodzinę. Nie sprzeciwimy się bogom i nie odrzucimy daru, jaki złożyli w nasze ręce.
Eron słuchał, błądząc oczami po poważnym, zaciętym obliczu Pio.
W uszach dzwoniły mu echa plotek, które podsłuchał na targu w Emporii, opowiadające o likantropach palących wsie, wyżynających mężczyzn, kobiety i dzieci, pijących krew swoich wrogów.
Myślał o własnych dzieciach i przeszył go dreszcz.
– On sprowadzi na nas nieszczęście. – mruknął, marszcząc czoło.
– Mylisz się! – zaprzeczyła żywo Io, nie wypuszczając Attikusa z uścisku.
– Io… – Irma siliła się na pojednawczy ton, – ten… ten chłopiec na pewno ma gdzieś tam matkę, która go szuka.
– Ja jestem jego matką! – wrzasnęła kobieta.
Pio odwrócił się do żony i objął ją ramieniem.
Mały Attikus splótł palce z dłonią ojca i przycisnął pyszczek do piersi matki, szukając bezpieczeństwa. Stanowili abstrakcję wymykającą się odwiecznemu prawu kosmosu.
Widzieli to ich sąsiedzi, czuli w kościach, jak bardzo ten likantrop nie pasował do ludzkiej społeczności w Attyce.
Jednak każde ich racjonalne słowo rozbijało się o niemożliwy do sforsowania mur rodzicielskiej miłości, którą Pio oraz Io obdarzyli Attikusa. Nie łączyła ich krew ani nacja, byli od siebie różni jak słońce i księżyc. A mimo to krystaliczna, rodzinna więź wrosła w nich i zakorzeniła się w głębi duszy.
Pio spojrzał kuzynowi w oczy. Pogłaskał kudłatą głowę szczenięcia, wkładając w ten gest naturalną, ojcowską czułość, jak gdyby pieścił rodzonego syna.
Eronowi odjęło mowę. Każdą cząsteczką ciała czuł sprzeciw wobec małego znajdy, a prosty, ludzki lęk mocniej i mocniej zakleszczał jego umysł.
Lecz kochał Pio. Kochał go równie mocno, jak lękał się likantropów. Nie znalazł w sobie dostatecznych pokładów nienawiści, aby stłumiła przepełniającą go miłość.
_Z woli bogów to szczenię znalazło drogę do łaskawej Attyki. Wszechojciec uchronił je od rozlewu krwi, Matka Gaja zaś złożyła w najczulsze ręce pod niebem. Kim jestem, aby negować boskie wyroki? A skoro ukochany kuzyn obdarzył ojcowskim uczuciem to porzucone szczenię, to muszę kochać go jeszcze bardziej, żebym mógł znieść ciężar jego decyzji,_ postanowił.
Westchnął ciężko i pokręcił głową zrezygnowany.
– Nie wiem, jak wy to sobie wyobrażacie. Ale wiem, że żadne słowa nie zmienią tego, co już postanowione. Niech się dzieje wola boska. Jak go nazwaliście?
– Attikus.
Mikos z niedowierzaniem przyglądał się, jak Eron podchodzi do rodziny, wyciąga rękę i zgodnie z przyjętym zwyczajem, wita małego Attikusa jako nowego członka ich społeczności.
– Attikusie, niech ziemia Attyki wykarmi twoje ciało, a błogosławieństwo Wszechojca wypełni twoją duszę miłością.
Małżeństwo posłało mężczyźnie zgodny, pełen ulgi uśmiech.
Przestraszony dotąd malec rozpromienił się i obejrzał nieznajomego z ciekawością właściwą dziecku, badając jego wyciągniętą dłoń małym, pulsującym nosem.
Widok czarnego, wilczego pyska wzbudzał w Eronie wątpliwości, lecz w imię miłości do swoich przyjaciół zdusił je w sobie i złożył ufnie los w ręce Wszechojca.ROZDZIAŁ II: OWCA W SKÓRZE WILKA
Drzwi domu Pio ponownie otworzyły się zapraszająco. Jednak mieszkańcy doliny długo powstrzymywali się przed składaniem wizyt. Niepewni, jak reagować na likantropa, unikali małego odmieńca.
Sprawiało to przykrość małżeństwu. Wzajemnie pocieszali się wierząc, że potrzeba czasu, aby obalić mury lęku i zabobonów. Zachęcali syna, by z odwagą eksplorował otaczający go świat.
Dla Attikusa jego niemowlęctwo, spędzone w błogiej nieświadomości, dobiegło końca. Nastąpiły lata rosnących wątpliwości, wypełnione setkami pytań, na które nie znajdował odpowiedzi. Coraz wyraźniej uderzały w niego różnice dzielące go i jego rodziców, lecz nie pojmował ich znaczenia.
_Dlaczego ich twarze są takie gładkie i płaskie? Gdzie podziały się ich ogony? Czy cokolwiek mogą słyszeć z tak małymi uszami? Dlaczego moje ciało pokrywa futro, a oni są nadzy pod ubraniem?,_ te same pytania krążyły uparcie pod kopułą jego czaszki za każdym razem, gdy patrzył na ludzi. Tak bardzo niepodobnych do niego.
Poczucie wyobcowania wzmagały żyjące w sąsiedzkich zagrodach psy. Ich fizjonomia przejmowała go dojmującą grozą, podjudzaną agresją zwierząt, które ujadały na niego ze wściekłością, odsłaniając ostre zęby. Odbicie kłów wypełniających jego własny pysk.
Podczas wieczerzy siedział z łokciami opartymi o stół, palcami uparcie badając swoją wilczą kufę, trójkątne uszy wystające z czubka pociągłej czaszki, czarny, mokry nos, odbierający wonne dźwięki, jakich nie był w stanie pojąć.
Widząc niepokojące zmieszanie syna Pio, chrząknął, by zwrócić jego uwagę i zagaił.
– Dobry chleb wyszedł dziś mamie, prawda?
Attikus zamrugał i spojrzał obco na Pio jak zbudzony ze snu.
Mężczyzna zbladł.
Zrozumiał, że po sześciu latach nadszedł moment wyjawienia prawdy. Z ciężkim sercem zebrał się w sobie i zdradził synowi, jak zwie się nacja, która zamiast twarzy ma wilcze pyski, a ich ogromne ciała porasta futro.
Słysząc po raz pierwszy w życiu słowo “likantrop”, Attikus zmarszczył nos na zafałszowaną nutę zawartą w jego brzmieniu.
– I ja jestem lik-an-tro-pem? A wy? Dlaczego wy nie jesteście?
– Synu, posłuchaj. – uspokajał go Pio szukając delikatnych, ocierających się o kłamstwo wyjaśnień.
Uderzony cierpkawą, drażniącą wonią, szczeniak zakrył dłonią nos i pokręcił głową, chcąc otrząsnąć się z elektryzującego wrażenia, którego nie pojmował.
Rodzice odebrali po swojemu zachowanie syna. Współdzielili obawę, przed którą tak długo uciekali myślami. Attikus, ich ukochany syn, czuł się obco pośród ludzi i domagał się zwrócenia mu jego prawdziwej tożsamości. Chwycili się za ręce. Io przełknęła łzy, starając się zapanować nad emocjami. Pio westchnął cicho i spojrzał na syna z mieszanką tkliwości i powagi.
Jego postawa uspokoiła Attikusa. Pozwolił, aby Pio położył palce na jego zaciśniętej na stole dłoni, i słuchał z uwagą, jak ojciec wyznaje mu całą prawdę.
Opowiedział o pewnym jesiennym dniu, pięknym i ciepłym, w którym znaleźli w polu jęczmienia kwilące zawiniątko. Z każdym kolejnym słowem czuł, jak zalewa go orzeźwiająca fala sensu dla otaczającej go rzeczywistości.
Jednocześnie jego serce skurczyło się boleśnie. Ogarnęła go tęsknota za niezachowaną w pamięci istotą. Jego szafirowe oczy spowił cień smutku.
Przygnębienie syna wprawiło Io w rozpacz. Wierzyła, że jej syna zrodziła płodna ziemia Attyki w odpowiedzi na jej modlitwy. Nie chciała przyznać, że gdzieś tam, w szerokim świecie, istniała istota, która najpierw nosiła Attikusa pod sercem, a potem zostawiła go na jęczmiennym polu.
Otarła mokre od łez rzęsy, wstała i podeszła do syna.
Ogarnęła go ramionami w czułym uścisku, szepcząc kojąco.
– Moje maleństwo, mój mały synek. Tak bardzo cię kochamy. Jesteś błogosławieństwem o jakie prosiłam przez tyle lat. Łaskawa Attyka uchroniła cię i oddała pod naszą opiekę. Jesteśmy twoją rodziną. Nasz dom jest twoim domem. I to się nigdy nie zmieni, rozumiesz?
Powodowany niejasnym wstydem, wcisnął nos pod ramię Io.
– Ale nie jestem taki jak wy.
– Och moje kochanie. – pocieszała żarliwie. – Jesteś taki, jakim stworzyła cię Matka Gaja i Wszechojciec. Nasze ciała mogą się różnić, ale wszyscy nosimy w sobie iskrę Wszechojca. I tylko to się liczy.
– Inni tak nie myślą. – żalił się. – Nie chcą mnie.
– Skąd taki pomysł?
Samemu nie rozumiejąc źródła swojej pewności, wiedziony przeczuciem zagnieżdżonym w jego mokrym nosie, mruknął wymijająco.
– Po prostu wiem.
Io, wojownicza w swojej matczynej opiekuńczości, była gotowa wymaszerować z domu i nagadać każdemu, kto ośmielił się urazić jej syna.
Pio, o spokojniejszej naturze, zacisnął mocniej palce na dłoni Attikusa.
– My cię chcemy, synu. Innym trudno jest zrozumieć i dostrzec, to co widzimy my. Oni są uwięzieni w kajdanach strachu przed tym, czego nie znają. Ale nie trać ducha, chłopczę. Bądź uprzejmy, mów prawdę i nieś pomoc potrzebującym. Z czasem ludzie przestaną widzieć twoją powierzchowność, a wejrzą w twoje serce. Musisz im je tylko pokazać. Ręczę ci, synu, że swoją dobrocią zaskarbisz sobie przyjaźń każdego, kogo życie postawi na twojej drodze.
Attikus pokiwał powoli głową.
Uważał ojca za najmądrzejszego człowieka na świecie, który nie rzuca słów na wiatr. Zrozumiał, że czeka go żmudna i długa droga, mimo to uśmiechnął się z nadzieją.
Rozpogodzone oblicze syna przyniosło obojgu rodzicom wielką ulgę. Uściskali go czule, a Io odcisnęła tuzin pocałunków na czubku jego kudłatej głowy.
Wkrótce słowa Pio okazały się samospełniającą się przepowiednią. Przez lata osłaniający się tarczą sceptycyzmu ludzie Attyki ze zdumieniem odkryli w likantropim intruzie czułą i cywilizowaną istotę. Ich przyrodzona gościnność tylko ułatwiła im przyjęcie Attikusa do swojej małej społeczności.
Z nieporadnego szczenięcia o nieproporcjonalnie długich członkach, przeistoczył się w prawdziwego olbrzyma. Piął się w górę, smukły jak topola. W wieku trzynastu lat przerósł wszystkich mężczyzn w dolinie, a jego ręce nosiły w sobie siłę dziesięciu ludzi. I właśnie ta siła stała się atutem, którym stopniowo zaskarbił sobie przychylność mieszkańców. Niósł pomoc każdemu i wykonywał pracę z dużą pieczołowitością. Dźwigał ciężkie beczki, podnosił tonące w błocie, wyładowane wozy, pętał największe byki, nie roniąc choćby kropli potu. Przylgnęła do niego sława łagodnego wielkoluda, który nie okazywał gniewu, nie szczerzył w złości zębów i nie wypowiedział wobec nikogo złego słowa. Ludzie przestali przed nim uciekać.
Jego towarzystwo ze złego omenu, stało się mile widzianą codziennością. Ceniono szczególną łagodność Attikusa, z jaką odnosił się do sąsiadów. Starszym okazywał głęboki szacunek i uprzejmość. Wobec swoich równolatków był przyjacielski, często nieśmiały w uśmiechu, skromnie spuszczając szafirowe oczy. Niebawem mieszkańcy doliny zdołali zapomnieć, że “dobroduszny Attikus” kiedykolwiek budził w nich lęk.
On jeden wiedział, ile wysiłku włożył w zdobycie przychylności sąsiadów z doliny. Z tym większą radością i wdzięcznością przyjmował do swojego życia kolejne przyjaźnie. Swoich ludzkich rodziców kochał nad życie. W ich domu czuł się bezpieczny i akceptowany pomimo swojej likantropiej powierzchowności.
Lecz jego dusza nie była kompletna.
Dni wypełnione ciężką pracą i attyckim słońcem przechodziły w ciche, naznaczone trudnymi refleksjami noce. Gdy słońce zachodziło za horyzontem, a niebo ścieliła kobaltowa płachta nocy, wymykał się z domu na pola. Kładł się na plecach i bezbłędnie odnajdywał gwiazdę Siriusa mieniącą się daleko na północy, przyciągany jej tajemniczą, magnetyczną siłą. Wpatrywał się w nią, śniąc na jawie o nieznanym, odległym kraju swoich przodków. Niewiele o nich wiedział i bał się pytać. Wmawiał sobie, że żyjąc wśród ludzi, musi być człowiekiem. Wzbudzało to w nim poczucie skrywania wstydliwej tajemnicy, którą nie śmiał się dzielić. Sam nie pojmował swojego zachowania.
W ciągu dnia pracował na polu lub z owcami, czasem chodził z Pio na nieodległy targ Meteory, rozmawiał z ludźmi, bawił się ze swoimi rówieśnikami. I wkładał w to absolutną szczerość, jego likantropia natura zaś nie wychynęła na powierzchnię jego świadomości.
Dopiero wraz z nadejściem nocy, kiedy biały blask księżyca wypełniał dno jego oka, czuł, jak budzi się w nim inny Attikus. Nie ten rolnik i pasterz, który dowcipkuje wesoło z ludźmi, lecz skryty, przepełniony nienazwaną wiedzą likantrop, widzący świat wyraźniej przez pryzmat swojego mokrego nosa i sterczących uszu.
Wracając o brzasku do domu, skrzętnie skrywał swoje wątpliwości w obawie, że mógłby urazić rodzinę tą narastającą ciekawością, odkrycia swojej drugiej natury.
Myśli o wyruszeniu do Syene, kraju swoich przodków, nawet do siebie nie dopuszczał. Nie chciał odchodzić z domu, który uważał za swój własny. Nie zamierzał opuszczać znanej i dobrej społeczności ani ukochanych rodziców. Jednak w miarę jak dorastał, docierało do niego, że wymusza na sobie z bolesną determinacją obojętność okazywaną potomkom Siriusa. W głębi serca zastanawiał się nad istotą ich natury. Nigdy się tymi pomysłami nie dzielił, zawstydzony i skruszony wobec zapewnień, jakie składał rodzinie.
W stanie tego wewnętrznego konfliktu i duchowej izolacji przeżył osiemnaście lat. Momentem, w którym pojął sens tej samotności, było wesele jego dobrego przyjaciela, Jonasza.
W dniu letniego przesilenia, Jonasz, syn Erona, i piękna Isolde połączyli się małżeńskim węzłem. Ich rodziny urządziły wspólnie piękną ceremonię, która odbyła się na szerokim podwórzu Erona. Młodzi stanęli przy ołtarzyku Matki Gai wzniesionym z orzechowego drewna, on przystrojony w wieniec z wawrzynu, ona w koronie z polnych kwiatów. Wpatrzeni w swoje oczy jak zaklęci, powtarzali za Eronem słowa wiekuistej przysięgi.
Goście wiwatowali na cześć młodych i obsypali oboje płatkami róż na znak słodkiej miłości oraz okruchami chleba, symbolizującymi dostatek. Na trzech rusztach pieczono oskórowane barany, długie ławy uginały się pod półmiskami pełnymi gotowanych jarzyn, świeżych owoców i orzechów. Z bezdennej amfory czerpano słodkie, czerwone wino, chlubę eronowej winnicy.
Do celebrowania zaślubin zaproszono wszystkich mieszkańców doliny, również rodzinę Attikusa. Złożył przyjaciołom szczere gratulacje i, za zgodą Jonasza, musnął nosem policzek Isolde w geście pocałunku. Widok ubranych w białe szaty, przystrojonych wieńcami nowożeńców rozpierał jego pierś w szczęściu i dumie. Znał Jonasza jako beztroskiego wesołka. To on jako pierwszy wyciągnął do likantropa dłoń, oferując przyjaźń. Tego wieczora dostrzegł, jak oblicze młodzieńca zmienia się, przyozdobione tkliwością i czułością. W podobnym blasku promieniała twarz Pio, gdy patrzył na swoją umiłowaną żonę.
I wtedy serce Attikusa ścisnął spazm. Usiadł przy ławie zastawionej pysznościami, z nietkniętym kubkiem wina i rosnącym poczuciem tęsknoty.
Wesele trwało w najlepsze. Tańczono w rytm tamburynów i piszczałek. Rozpalono ognisko, liżące płomieniami nocne niebo, w którym spalono welon młodej małżonki jako ofiarę dla Wszechojca. Powietrze wypełniał aromat jadła i słodki, jedwabisty zapach euforii oraz niezmąconego niczym szczęścia.
Ta woń wdarła się w nozdrza Attikusa, pogłębiając przepaść dzielącą go od bawiących się doskonale gości. Zrozumiał, że w ceremonii mógł uczestniczyć wyłącznie jako gość, nigdy jako pan młody. Patrzył na wirujące w tańcu panny na wydaniu – młode, śliczne, rumiane dziewczęta – i nie dostrzegał ich płci. Nie mógłby wziąć za żonę ludzkiej dziewczyny. Sama myśl była dla niego tak barbarzyńsko ohydna, że strząsnął ją gwałtownym ruchem głowy.
Wypił wino, zmywając resztki niesmaku z pyska. Zastanawiał się, czy gdzieś tam, w tym wielkim świecie, czeka istota, z którą stworzy pewnego dnia rodzinę. Taka jak on, ale jednak inna. Wyobraźnia go zawodziła i po spędzeniu życia pośród ludzi obraz wymarzonej towarzyszki rozmywał się w jego umyśle.
Dręczące pytanie pozostało bez odpowiedzi i przez kolejne dni po weselu Attikus chodził markotny.
Nie uszło to uwadze jego rodziców. Io zamartwiała się, że jej syn tęsknił do swoich, a ludzkie obyczaje i życie były mu wstrętne.
Pio uspokajał ją.
– Przecież tyle razy nam mówił, że on woli z nami zostać.
– Mówił to jako dziecko! – ucięła ostro. – Wiadomo, że dziecko nie widzi siebie w świecie z dala od rodziny. Ale on dorasta, Pio. Nie jest już dzieckiem, a młodym mężczyzną. Nie potrzebuje matki ani ojca. On potrzebuje towarzyszki. Na weselu Jonasza nie tknął jedzenia, widziałeś? Przez całą ceremonię zaciskał zęby i jestem pewna, że widziałam, jak szkliły mu się oczy.
– To ze wzruszenia pewnie.
– Och Pio, nie zgrywaj się. Przecież ty byłeś niewiele starszy, kiedy wziąłeś mnie za żonę. Nie pamiętasz już?
– Pamiętam, pamiętam. Ale to co innego przecież.
– A niby jak? – podparła się pod biodra.
– A niby tak, że ciebie najpierw zobaczyłem, a potem straciłem dla ciebie głowę i prosiłem twojego ojca o zgodę. W kim miałby się zadurzyć nasz Attikus?
– Pewno w nikim i o to chodzi. Nie ma tu…– szukała przez moment odpowiedniego słowa. – dziewczyny, dla której mógłby stracić głowę i on to czuje. Może jeszcze nie do końca rozumie, bo wciąż jest młody. Ale przecież z czasem dotrze do niego, że jego życie będzie spełnione dopiero wtedy, gdy założy własną rodzinę.
Pio przyznał żonie rację. Postanowił pomówić z synem i wybadać stan jego ducha.
Zastał go przy obejściu, dokarmiającego wiecznie głodnego kozła.
Nie wiedząc, jak zacząć, zagaił niewinnie.
– To była piękna ceremonia. Eron nie szczędził wina. Jonasz i Isolde wyglądali na szczęśliwych.
– Chyba tak. – odparł bezmyślnie, uciekając palcami przed zębami kozła.
Pio podrapał się po głowie i brnął, niepewny swoich słów.
– Isolde to ładna dziewczyna, prawda?
Attikus skwitował tym samym tonem.
– Jonaszowi się podoba.
– A tobie?
Na to pytanie Attikus odwrócił do ojca pysk i zmierzył go, marszcząc czoło.
– Co mi?
– Czy tobie się podoba?
– Przecież to żona Jonasza.
– No tak, no tak. – zgodził się prędko i dodał podniesionym głosem. – A może jakaś inna ci się podoba?
Likantrop przerwał dokarmianie zachłannej bestii.
Wyprostował się, stawiając sztywno uszy, niedowierzając, czy dobrze usłyszał.
– Co masz na myśli? Dziwnie się zachowujesz.
Pio wykonał rękami w powietrzu gest bezradności, próbując sensownie usprawiedliwić swoje pytania.
– Ja tylko się zastanawiam, czy mój syn się przypadkiem w kimś nie zakochał. Cały dzień milczysz, głowę masz jakby w chmurach. Może spodobała ci się jakaś dziewczyna z okolicy? Ot tak sobie pytam.
Ten pomysł był dla obydwu równie absurdalny, co wstydliwy.
Prostoduszny Pio rozumował po swojemu: skoro jego syn wychował się wśród ludzi, to jego zainteresowanie zapewne wzbudzały ludzkie kobiety.
Attikus pokręcił głową.
– Ojciec to ma czasem dziwne pomysły.
Instynktownie poczuł naruszenie tabu, którego należało strzec.
Nie chciał wdawać się w dyskusję o estetyce ludzkich dziewcząt, ponieważ dla niego nie istniała. Każda kobieta w jego oczach stanowiła odbicie Io, którą kochał z całego serca jako matkę. I przez myśl mu nie przeszło, aby oceniać ją w kategoriach piękna. Uznał pomysł ojca za kompletną bzdurę, choć nie potrafił w pełni wyjaśnić jej sedna.
Pio zrozumiał, co Attikus miał na myśli, i nie naciskał go więcej. Zamiast tego udał się po radę do swojego doświadczonego w ojcostwie kuzyna, który odchował dwóch synów i trzy córki.
Siedzieli w przestronnej izbie domu Erona, przy stole zastawionym serem i winem.
Gdy Pio wyłuszczył pokrętnie, co go gryzie, Eron uniósł swoje krzaczaste brwi na środek wysokiego czoła.
Zarechotał.
– Synowej ci się zachciało? Daruj kuzynie, nie zrozum mnie źle. Attikus to porządny chłop i kocham go jak rodzinę. Ale córki mu pod żadnym pozorem nie oddam.
– Nie, nie, to wcale nie o to chodzi. On nie … Sam rozumiesz, jemu się nasze dziewczyny nie podobają.
– To czego właściwie oczekujesz?
– Bywasz w świecie, nawet do Emporii zdarza ci się pojechać. Na pewno w życiu już widziałeś to i owo. To może wiesz o jakimś likantropie, który ma córkę na wydaniu?
Eron złapał się za brzuch i roześmiał głośno.
– Więc to tak! Ha ha! Chcesz ożenić Attikusa z jakąś uroczą likainą?
– Ciszej, ciszej! – mruknął Pio. – Nie każdy musi wiedzieć. Jeszcze ktoś chlapnie ozorem przy Attikusie i on się wszystkiego dowie.
– No, w końcu i tak będzie musiał się dowiedzieć, nie?
– Ale to później.
– Co, może jak mu wieniec ślubny na głowę nałożą? – dowcipkował Eron.
Pio nie docenił żartu.
Rzucił kuzynowi zagniewane spojrzenie, w którym było tyle desperacji i dobrej woli, że Eronowi zrobiło się wstyd za naigrywanie się z kuzyna.
Wydął swoje mięsiste wargi w geście skruchy.
Poklepał Pio pocieszająco po ramieniu.
– No nie gniewaj się już, kuzynie. Chcesz dobrze dla swojego syna, jak każdy porządny ojciec. To piękne z twojej strony. I wcale nie takie głupie. Ale sam wiesz, jak to jest z likantropami. Kto ma trochę oleju w głowie, ten im w drogę nie wchodzi. Niczego nie mogę obiecać. Ale pomówię z kim trzeba i w świat pójdzie wieść, że masz syna na wydaniu. Prędzej czy później znajdzie się jakaś chętna na takiego włochatego narzeczonego.
– On jest czasem taki przygnębiony. – żalił się Pio. – Nawet sobie nie wyobrażasz. Błądzi gdzieś myślami, słowem się nie odezwie przez cały dzień. A w nocy słyszę, jak wymyka się z domu i błąka się do rana nie wiadomo gdzie ani po co. Żal mi go strasznie.
– Rozumiem twoje zmartwienie. Kiedy go znaleźliście, pewnie nie myślałeś, że będziesz mu szukał narzeczonej. Ale natury nie oszukamy. A twój pomysł jest wcale niezły. Chłopak się ożeni i humorki mu miną. Zobaczysz. No, to wypijmy za zdrowie przyszłego pana młodego.
Mężczyźni wznieśli toast i wypili na raz słodkie wino.
Powspominali jeszcze czasy młodości, pożartowali z nadchodzącej starości. Gdy późnym wieczorem Pio opuszczał dom Erona, jego serce było lekkie, a głowa przyjemnie ciężka od wypitego wina.
Eron, bywalec odległych targów, zgodnie z obietnicą podczas swojej kolejnej podróży puścił w świat słowo o młodym likantropie zamieszkującym Attykę.
Nie mógł przewidzieć, jaka katastrofa podąży za jego plotką.ROZDZIAŁ III: POTOMKOWIE SIRIUSA
U progu zimy w przysypiającą dolinę Attyki z zachodu nadeszło trzech zakapturzonych jeźdźców, poruszających się na niespotykanych w tej części Kontynentu silvaryjskich koniach.
Ten niezwykły obraz wzbudził grozę w mieszkańcach, którzy zamknęli się w swoich domach i pogrążyli w modlitwie, błagając Wszechojca o ochronę przed przybyszami.
Oni minęli opustoszałe podwórza, nie poświęcając im najmniejszej uwagi. Prowadzeni zmysłami, odnaleźli dom Pio.
Mężczyzna rąbał drewno na podwórzu, gdy zobaczył zbliżające się ku niemu postaci. Targnięty złym przeczuciem, zacisnął mocniej palce na trzonku siekiery.
Jeden z jeźdźców wysunął się do przodu.
Pio powitał go, siląc się na spokój.
– Witaj, niech Attyka będzie dla ciebie łaskawa, a Wszechojciec ześle ci swoje błogosławieństwo. Skąd przybywasz?
– Gdzie likantrop? – głos nieznajomego był głęboki i szorstki.
– O jakim likantropie mowa?
– Czuję smród twojego kłamstwa, człowieku.
Pio zbladł.
W surowym tonie jeźdźca, w jego potężnej sylwetce, było coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
– A czemu go szukasz?
– Nie twoja rzecz. Gdzie on jest?
Dwaj pozostali jeźdźcy zbliżyli się, wypełniając sobą przestrzeń podwórza.
_Są ogromni, nie mogą być ludźmi_, pomyślał przerażony mężczyzna.
Mierzył się wzrokiem z tym, który pytał, lecz nie mogąc wymyślić dość dobrego kłamstwa, rzucił uczciwie.
– Tu go nie ma.
– A gdzie jest?
Z domu wyszła Io ciekawa czyje głosy dobiegają z podwórza.
Na widok potężnych jeźdźców w czarnych płaszczach, sapnęła cicho, otwierając szeroko oczy.
Jeździec zauważył struchlałą kobietę.
Zsiadł z konia i zbliżył się do Io, wyrastając przed nią jak góra.
– Kobieto, gdzie jest szczenię?
– Jakie szczenię?
– Czuję jego zapach. Niesie się po całej dolinie. – zaciągnął się haustem powietrza dla pewności. – Jest gdzieś tutaj. Lepiej, żeby poszedł z nami po dobroci.
Io wykrzesała z siebie swój matczyny upór.
– Tu nikogo takiego nie ma.
– Dość tego!
Jeździec wyciągnął rękę ku Io.
W tej chwili zza rogu domu wyłonił się Attikus, wracający z pola. Widząc, że jego matka jest w niebezpieczeństwie, w dwóch susach znalazł się tuż przy niej.
Na jego widok oczy jeźdźca otworzyły się szerzej.
Attikus trzymał w jednej ręce sierp, niepewny jak go użyć i wpatrywał się w jeźdźców, otoczonych znajomą aura.
Jego serce zabiło jak oszalałe.
– Czego ode mnie chcecie?
Pozostali dwaj jeźdźcy zsiedli z wierzchowców.
Spod ciężkich płaszczy błysnął gotowy do użycia oręż. Pio sparaliżowany ze strachu, stał na miękkich nogach, oblany zimnym potem.
Ten, który przemawiał, wyciągnął ku Attikusowi dłoń porośniętą futrem.
Jego głos zadudnił spod kaptura.
– Pójdź z nami po dobroci, a nic ci się nie stanie.
– Dokąd mam z wami pójść? Kim jesteście?
– Król Basilius wzywa swoich poddanych do Syene.
Słysząc tę nazwę, Attikus wzdrygnął się i naprężył.
– Pokaż się, pokaż kim jesteś! – zażądał drżącym tonem.
Jeździec sięgnął do kaptura i wysoko postawionego kołnierza.
Zsunął materiał na kark, odsłaniając swoje sterczące uszy i siwy, wilczy pysk. Młody likantrop zassał głośno powietrze.
Spędziwszy całe swoje życie wśród ludzi, nie mógł oderwać wzroku od pobratymca, a jego ogon mimowolnie drgnął w trudnej do okiełznania mieszance lęku i ekscytacji.
Siwy wyraźnie tracił cierpliwość.
– Czas na nas.
Na to odezwał się zza jego pleców Pio.
– Odejdźcie w pokoju! Nic tu po was. Mój syn nigdzie nie pójdzie! – niczego bardziej na świecie nie pragnął, jak przegonić jeźdźców ze swojego podwórza.
– Uciszcie go.
Zanim Pio zdążył zareagować, jeździec stojący najbliżej, wyjął zza pasa buławę na długim trzonie i jednym uderzeniem roztrzaskał nią czaszkę mężczyzny.
Martwe ciało Pio osunęło się na stertę drewna, krwawiąc obficie.
Io wrzasnęła przerażona.
Attikus rozdziawił pysk, z trudem pojmując bieg zdarzeń.
Spojrzał na Io, która krzyknęła do niego.
– Uciekaj, Attikusie! Uciekaj!
Nagle ostrze miecza przeszyło jej kark odłączając głowę od korpusu.
Młody likantrop patrzył oniemiały, jak głowa Io upada na ziemię i toczy się ku niemu. Z ogołoconej szyi trysnęła krew, ciało zadrżało i runęło w tył.
Siwy schował zakrwawiony miecz krocząc ku Attikusowi. Jego pysk był splamiony krwią Io.
W przypływie oślepiającego szału, młody likantrop z wrzaskiem rzucił się na siwego, wymachując sierpem. Likantrop chwycił w locie rękę Attikusa, miażdżąc ją w żelaznym uścisku. Wolną pięścią trzasnął go po pysku. Rąbnął nim o ziemię i trzepnął trzonkiem wyrwanego sierpa w potylicę.
Attikusa zamroczyło. W ciemność odprowadziły go martwe oczy Io, szeroko otwarte w wyrazie wiecznego przerażenia.