Czarna Toń - ebook
Rzucony przez morze na pokład zingarskiej karaki Conan, wygnaniec z pirackich Wysp Barachańskich, szybko zdobywa posłuch u załogi i spojrzenia pięknej Sanchy, branki posępnego kapitana Zaporava. Ten, opętany wizjami ze starożytnych ksiąg, wiedzie okręt coraz dalej na zachód, na morza, z których nikt nie powrócił. U kresu żeglugi leży zielona wyspa ze snu. Wśród jej łagodnych wzgórz stoi nefrytowy zamek, a jego nieludzcy władcy strzegą sadzawki, w której ciała zmieniają się w kamienne figurki. Mroczna, brutalna opowieść o pirackiej przygodzie, która obraca się w czysty koszmar. To klasyka „miecza i magii” w nowym przekładzie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914771 |
| Rozmiar pliku: | 490 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Na zachód, w dal, której nikt z ludzi nie sięgnął,
Żeglują okręty, odkąd świat się począł.
Czytaj, jeśliś śmiały, co Skelos spisał,
Gdy martwymi dłońmi jedwabną szatę ściskał;
I podążaj za okrętami, gdzie wichry chmur strzępy rzucą –
Podążaj za okrętami, które nigdy nie wrócą.
Sancha, niegdyś z Kordavy, ziewnęła wdzięcznie, przeciągnęła z rozkoszą gibkie ciało i ułożyła się wygodniej na obszytym gronostajami jedwabiu, rozpostartym na rufówce karaki. Leniwie świadoma była tego, że załoga śledzi ją z palącym zainteresowaniem ze śródokręcia i z dziobówki, tak jak świadoma była i tego, że krótka jedwabna tunika niewiele skrywa jej ponętnych kształtów przed chciwymi spojrzeniami. Uśmiechnęła się przeto zuchwale i zamierzała uszczknąć jeszcze kilka chwil drzemki, nim słońce, które właśnie wynurzało złotą tarczę ponad ocean, zacznie razić ją w oczy.
Lecz w tejże chwili doszedł jej uszu dźwięk niepodobny do skrzypienia belek, brzęczenia lin i plusku fal. Usiadła, wpatrzona w burtę, przez którą – ku jej zdumieniu – gramoliła się ociekająca wodą postać. Ciemne oczy dziewczyny rozszerzyły się, czerwone wargi rozchyliły w „O” zaskoczenia. Przybysz był jej obcy. Woda spływała strużkami z jego potężnych ramion i ciężkich rąk. Jedyny jego przyodziewek – para jaskrawoszkarłatnych jedwabnych pludrów – był przemoczony na wskroś, podobnie jak szeroki pas ze złotą sprzączką i miecz w pochwie, który ów pas podtrzymywał. Gdy stanął przy burcie, wschodzące słońce wyrzeźbiło go niczym wielki posąg z brązu. Przeczesał palcami ociekającą wodą czarną grzywę, a jego błękitne oczy rozbłysły, gdy spoczęły na dziewczynie.
– Ktoś ty? – zapytała ostro. – Skąd się tu wziąłeś?
Uczynił ku morzu gest, który ogarnął całą ćwiartkę widnokręgu, nie odrywając przy tym oczu od jej gibkiej sylwetki.
– Czyś ty wodnik, że wynurzasz się z morza? – spytała, zmieszana szczerością jego spojrzenia, choć nawykła była do podziwu.
Nim zdążył odpowiedzieć, na deskach zadudniły szybkie kroki i kapitan karaki utkwił w nieznajomym gniewne spojrzenie, a palce drgały mu na rękojeści miecza.
– Coś ty za jeden, u diabła, mospanie? – zapytał tonem bynajmniej nie przyjaznym.
– Jestem Conan – odparł tamten niewzruszenie. Sancha na nowo nadstawiła uszu; nigdy jeszcze nie słyszała, by ktoś mówił po zingarsku z takim akcentem, z jakim mówił ten nieznajomy.
– A jakżeś się dostał na mój okręt? – W głosie zgrzytała podejrzliwość.
– Przypłynąłem wpław.
– Wpław! – wykrzyknął gniewnie kapitan. – Psie, drwić sobie ze mnie zamierzasz? Lądu stąd nie dojrzysz. Skądeś przybył?
Conan wskazał muskularnym, brązowym ramieniem na wschód, przepasany oślepiającym złotem wznoszącego się słońca.
– Przybyłem z Wysp.
– Och! – Tamten przyjrzał mu się z większym zainteresowaniem. Czarne brwi ściągnęły się nad złowrogimi oczami, a cienka warga uniosła się nieprzyjemnie.
– A więc jesteś jednym z tych barachańskich psów.
Nikły uśmiech dotknął warg Conana.
– A wiesz ty, kim ja jestem? – zapytał pytający.
– Ten okręt to „Wastrel”, musisz więc być Zaporavo.
– Tak jest! – Ponurą próżność kapitana połechtało, że ów człowiek go zna. Był to mężczyzna wysoki, wzrostu Conana, choć szczuplejszej budowy. Twarz w obramowaniu stalowego morionu miał ciemną, posępną i jastrzębią, przeto zwano go Jastrzębiem. Zbroja i odzienie jego były bogate i zdobne, na modłę zingarskiego granda. Ręka nigdy nie oddalała mu się od rękojeści miecza.
Niewiele było życzliwości w spojrzeniu, jakim obrzucił Conana. Nie kochali się nawzajem zingarscy renegaci i banici, od których roiło się na Wyspach Barachańskich u południowych wybrzeży Zingary. Byli to przeważnie żeglarze z Argos, z domieszką innych nacji. Napadali na statki i łupili zingarskie miasta nadbrzeżne, zupełnie jak bukanierzy z Zingary, ci jednak uświetniali swój proceder, zwąc siebie Flibustierami, Barachańczyków zaś mianowali piratami. Nie byli ani pierwszymi, ani ostatnimi, którzy starali się przydać złodziejskiemu rzemiosłu blasku.
Część tych myśli przemknęła przez głowę Zaporava, gdy bawił się rękojeścią miecza i patrzył spode łba na nieproszonego gościa. Conan niczym nie zdradzał, co sam mógł myśleć. Stał z założonymi rękami tak spokojnie, jakby był na własnym pokładzie; wargi mu się uśmiechały, a oczy były pogodne.
– Co tu robisz? – zapytał nagle Flibustier.
– Musiałem opuścić przystań w Tortage wczoraj wieczorem, przed wschodem księżyca – odparł Conan. – Odpłynąłem w dziurawej łodzi i całą noc wiosłowałem i wylewałem wodę. O świcie ujrzałem wasze marsle i zostawiłem to nędzne koryto, by sobie tonęło, sam zaś ruszyłem szybciej wpław.
– W tych wodach są rekiny – warknął Zaporavo i poczuł niejasną irytację, gdy potężne ramiona wzruszyły się w odpowiedzi. Rzut oka na śródokręcie ukazał mu ścianę chciwych twarzy, zadartych ku górze. Jedno słowo – a wskoczyliby na rufówkę w nawałnicy mieczy, która zmiotłaby nawet takiego wojownika, na jakiego wyglądał nieznajomy.
– Czemuż miałbym obarczać się każdym bezimiennym włóczęgą, którego wyrzuci morze? – warknął Zaporavo, a jego spojrzenie i sposób bycia obrażały bardziej niż słowa.
– Na okręcie zawsze przyda się jeszcze jeden dobry żeglarz – odparł tamten bez urazy. Zaporavo zmarszczył czoło, znając prawdziwość tych słów. Zawahał się, a wahając się, stracił okręt, dowództwo, dziewczynę i życie. Lecz oczywiście nie potrafił zajrzeć w przyszłość i dla niego Conan był jedynie jeszcze jednym włóczęgą, którego – jak sam to ujął – wyrzuciło morze. Nie lubił tego człowieka, tamten jednak nie dał mu żadnego powodu do zwady. Zachowanie jego nie było zuchwałe, choć nieco bardziej pewne siebie, niż Zaporavo rad był widzieć.
– Będziesz pracował za swój wikt – warknął Jastrząb. – Zejdź z rufówki. I pamiętaj: jedynym prawem jest tu moja wola.
Uśmiech na cienkich wargach Conana zdawał się poszerzyć. Bez wahania, lecz i bez pośpiechu odwrócił się i zszedł na śródokręcie. Nie spojrzał już na Sanchę, która podczas tej krótkiej rozmowy przyglądała się chciwie, cała zamieniona w oczy i uszy.