Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Czarna Wstęga - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
17 kwietnia 2026
45,00
4500 pkt
punktów Virtualo

Czarna Wstęga - ebook

Troje bohaterów. Jedno zadanie.

Christian, dawny gwardzista królewski, Dardan de Brandt, szlachcic na wygnaniu oraz jego towarzyszka, wojownicza Kaia stają naprzeciw mrocznych sił budzących się w Vorenau. Porwania, brutalne morderstwa i pradawne zło okazują się zaledwie zapowiedzią tajemniczej grozy niepowstrzymanie zalewającej królestwo. Wciągnięci w bezlitosną walkę, w której każdy błąd może kosztować życie, muszą zmierzyć się z jednym wyzwaniem: powstrzymać Czarną Wstęgę i ocalić królestwo, zanim zapadnie mrok zdolny pochłonąć wszystko.

Czym naprawdę jest Czarna Wstęga i kto stoi na jej czele? Czy odwaga i przyjaźń wystarczą, by przeciwstawić się sile zdolnej pogrążyć całe państwo?

Ostrzeżenie: Wejście do tego świata fantasy może skutkować zarwaną nocą!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: brak
ISBN: 978-83-68498-40-0
Rozmiar pliku: 6,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

Na szczyt naj­wyż­szej z klasz­tor­nych baszt pro­wa­dzi­ły krę­te scho­dy. Po­ko­na­nie ich wy­wo­ły­wa­ło za­dysz­kę na­wet u mło­de­go, mo­gą­ce­go po­chwa­lić się so­lid­ną tę­ży­zną fi­zycz­ną, męż­czy­zny. Sześć­set stro­mych stop­ni, pną­cych się wo­kół gru­be­go, ka­mien­ne­go mu­ru, mia­ło sta­no­wić prze­szko­dę dla po­ten­cjal­nych na­jeźdź­ców na ty­le zde­cy­do­wa­nych, by splą­dro­wać klasz­tor. Być mo­że tech­ni­ka bu­do­wy scho­dów by­ła rów­nież sym­bo­lem opo­ru, ja­ki na­le­ża­ło prze­ła­mać, by osią­gnąć naj­wyż­sze ce­le. Lu­dzie o sła­bej wo­li re­zy­gno­wa­li z po­ko­na­nia tej jak­że trud­nej ścież­ki. Śmiał­ko­wie, któ­rzy wy­obra­ża­li so­bie zbyt wie­le, mu­sie­li wresz­cie uko­rzyć się przed zmę­cze­niem, ci na­zbyt le­ni­wi zaś w ogó­le nie po­dej­mo­wa­li się prób. Gdy czło­wiek wspi­nał się po tej wy­ma­ga­ją­cej spi­ra­li, na­cho­dzi­ły go roz­ma­ite my­śli. Chwy­tał się wszyst­kie­go, choć­by i naj­bar­dziej za­wi­łej fi­lo­zo­fii, by­le­by nie my­śleć o tym, z ja­kie­go po­wo­du wła­ści­wie się tam uda­je.

Dla­cze­go wy­zna­czo­no mu spo­tka­nie z naj­wyż­szym ka­pła­nem? Co go tam cze­ka? Ja­kiej tre­ści roz­mo­wę przyj­dzie mu prze- pro­wa­dzić? Czy spo­tkał go naj­więk­szy z moż­li­wych za­szczy­tów, czy mo­że naj­wyż­sza z do­stęp­nych kar? Ja­kim uczyn­kiem za­słu­żył so­bie na jed­no lub dru­gie?

Chri­stian mu­siał przy­sta­nąć w po­ło­wie, by zła­pać od­dech. Pra­wą dłoń oparł na zim­nej, ka­mien­nej ścia­nie, le­wą zaś po­ło­żył na ko­la­nie, gdyż scho­dy nie po­sia­da­ły żad­nej ba­rier­ki, któ­rej mógł­by się chwy­cić. Po­wstrzy­my­wał się, by nie spoj­rzeć w bok, w prze­paść. Ko­lej­ny ele­ment utrud­nia­ją­cy śmiał­kom wej­ście na sa­mą gó­rę – brak ja­kich­kol­wiek za­bez­pie­czeń. Wy­star­czy­ło­by prze­cież ja­kieś drew­nia­ne rusz­to­wa­nie al­bo me­ta­lo­we wspor­ni­ki roz­sta­wio­ne co kil­ka­na­ście stop­ni. Nie­ste­ty, bu­dow­la mia­ła bu­dzić gro­zę i nie­wąt­pli­wie speł­nia­ła to za­da­nie. Za­sta­no­wił się, ilu po­dróż­nych spa­dło i stra­ci­ło ży­cie tyl­ko dla­te­go, że spo­glą­da­jąc w dół, za­krę­ci­ło się im w gło­wie. Ode­pchnął od sie­bie te my­śli. Po­pro­sił Moc Stwo­rze­nia, by do­da­ła mu si­łę, jak uczo­no go na wie­czor­nych za­ję­ciach na no­wi­cja­cie, i ru­szył da­lej.

Zna­la­zł­szy się u szczy­tu, ode­tchnął z ulgą. W ka­mien­nym przed­sion­ku pod­ło­ga pod sto­pa­mi i brak prze­raź­li­wej prze­pa­ści da­wa­ły wresz­cie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Po­sta­no­wił od­cze­kać chwi­lę, by od­po­cząć i wy­rów­nać od­dech.

Gdy je­go ser­ce nie­co się uspo­ko­iło, otarł pot z czo­ła i po­pra­wił ha­bit. Czuł, że wy­glą­da źle i nie po­wi­nien w ta­kim sta­nie po­ka­zy­wać się prze­oro­wi. Ale mo­że wła­śnie o to cho­dzi­ło? Kto­kol­wiek przy­cho­dził zło­żyć mu wi­zy­tę, miał wy­glą­dać jak po ca­łym dniu pra­cy?

Swo­ją dro­gą, Chri­stian sły­szał, że ten, któ­ry go we­zwał, był już w po­de­szłym wie­ku. Jak za­tem zdo­łał się tu­taj do­stać? Czy ktoś po­mógł mu po­ko­nać scho­dy? A mo­że wdra­pał się na basz­tę jesz­cze za mło­du i od lat nie scho­dził? Nie, to ab­surd. Naj­wyż­szy ka­płan Mo­cy Stwo­rze­nia po­ja­wiał się prze­cież nie­raz we wspól­nej czę­ści za­bu­do­wań, udzie­lał wy­kła­dów, brał udział w spo­tka­niach ra­dy Try­bu­na­łu, a tak­że skła­dał wi­zy­ty kró­lo­wej, zwłasz­cza przy oka­zji pań­stwo­wych uro­czy­sto­ści. Kto wie, mo­że Moc Stwo­rze­nia do­da­wa­ła mu sił, by mi­mo za­awan­so­wa­ne­go wie­ku zdo­łał bez prze­szkód po­ko­ny­wać tę mor­der­czą dro­gę?

Chri­stian usły­szał ruch w po­miesz­cze­niu za drzwia­mi, więc na­tych­miast ode­pchnął od sie­bie ja­ło­we roz­wa­ża­nia pod­su­wa­ne przez grzesz­ny umysł. Zbli­żył się do wrót i, po­pra­wiw­szy ostat­ni raz po­ły ha­bi­tu, się­gnął w kie­run­ku mo­sięż­nej ko­łat­ki. Za­stu­ka­ła głu­cho w dę­bo­we de­ski.

– Wejdź – usły­szał przy­tłu­mio­ny głos z dru­giej stro­ny.

Uchy­lił drzwi i nie­śmia­ło wszedł do po­miesz­cze­nia. Pa­no­wa­ła tu ciem­ność. Mro­ki no­cy roz­świe­tlał je­dy­nie cięż­ki świecz­nik usta­wio­ny na dę­bo­wym sto­le. Sa­ma ce­la oka­za­ła się su­ro­wa i pra­wie po­zba­wio­na me­bli, co nie dzi­wi­ło Chri­stia­na. Re­gu­ła klasz­to­ru na­ka­zy­wa­ła skrom­ność i wy­zby­cie się do­cze­snych uciech. Oprócz sto­łu znaj­do­wa­ły się w niej je­dy­nie pro­ste łóż­ko, ku­fer na ubra­nia i re­gał z książ­ka­mi. Za sto­łem sie­dział star­szy męż­czy­zna, któ­re­go twarz zło­wro­go oświe­tlał blask świe­cy. Na tle okna za je­go ple­ca­mi, skąd do­cho­dzi­ło wą­tłe świa­tło księ­ży­ca, wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co. Chri­stia­no­wi na­tych­miast sko­ja­rzył się ze straż­ni­kiem miej­skim, pro­wa­dzą­cym prze­słu­cha­nie.

– Sia­daj. – Sta­rzec wska­zał przy­by­szo­wi ma­lut­ki sto­łek.

Mnich za­jął po­słusz­nie miej­sce na­prze­ciw­ko go­spo­da­rza. Ten chy­ba od­czy­tał z twa­rzy Chri­stia­na nie­po­kój, gdyż ode­zwał się ła­god­niej­szym to­nem:

– Nie oba­wiaj się. Nic złe­go się nie wy­da­rzy.

Za­kon­nik po­ki­wał gło­wą, choć mię­śnie na­dal miał spię­te. Uło­żył rę­ce na udach i cze­kał cier­pli­wie na to, co męż­czy­zna ma mu do prze­ka­za­nia.

Naj­wyż­szy ka­płan Ram­mas, sto­ją­cy na cze­le Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, a za­ra­zem prze­or klasz­to­ru Mo­cy Stwo­rze­nia, omiótł go wzro­kiem, jak­by pró­bu­jąc oce­nić, czy jest czło­wie­kiem god­nym za­ufa­nia.

Ci­sza prze­dłu­ża­ła się nie­zno­śnie i Chri­stian za­czął mi­mo­wol­nie wier­cić się na zbyt ma­łym sie­dze­niu. Prze­or wresz­cie prze­mó­wił:

– Opo­wiedz mi o so­bie, Chri­stia­nie.

Te­go mnich się nie spo­dzie­wał, cze­mu dał wy­raz, uno­sząc brwi ze zdzi­wie­nia. Ocze­ki­wał ra­czej ka­ry lub na­gro­dy, być mo­że ja­kie­goś po­le­ce­nia, ale to? Dla­cze­go je­go los in­te­re­so­wał tak zna­czą­cą oso­bę?

– Ja… – za­czął nie­śmia­ło.

– Uj­mę to ina­czej – prze­rwał mu Ram­mas. – In­te­re­su­je mnie, co ro­bi­łeś przed wstą­pie­niem do za­ko­nu. Czy to praw­da, że słu­ży­łeś w kró­lew­skiej gwar­dii?

– Tak jest. – Chri­stian kiw­nął gło­wą.

– W ran­dze?

– Dzie­sięt­ni­ka. Wcze­śniej peł­ni­łem funk­cję straż­ni­ka miej­skie­go.

Ka­płan się za­my­ślił, po czym w je­go oczach za­lśni­ło za­in­te­re­so­wa­nie.

– Tu­taj, w sto­li­cy?

– Tak. Choć przez pe­wien czas słu­ży­łem tak­że w Fan­ne­as.

– Mia­sto por­to­we – stwier­dził Ram­mas. – Sły­sza­łem, że przed in­wa­zją stró­że pra­wa mie­li tam cięż­ko.

– To praw­da. Do­ki za­wsze przy­cią­ga­ły roz­ma­itych rze­zi­miesz­ków.

– Ro­zu­miem… – Ka­płan zro­bił pau­zę, jak­by za­sta­na­wia­jąc się nad czymś. – A po­wiedz mi, dla­cze­go od­sze­dłeś z gwar­dii?

Chri­stian znów uniósł brwi. Był prze­ko­na­ny, że to po­wszech­na wie­dza. Za­nim do­łą­czył do klasz­to­ru, mu­siał udzie­lić szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji o swo­im po­przed­nim ży­ciu. Tak po­waż­na in­sty­tu­cja jak Try­bu­nał Stwo­rze­nia z pew­no­ścią mia­ła świa­do­mość te­go fak­tu.

– Okry­łem się hań­bą.

– Roz­wiń, pro­szę, te­mat. – Mnich wes­tchnął. Nie miał szcze­gól­nej ocho­ty wra­cać do wspo­mnień z prze­szło­ści.

– Peł­niąc służ­bę w gwar­dii kró­lew­skiej, nie zdo­ła­łem za­wcza­su roz­po­znać za­gro­że­nia ze stro­ny na­jeźdź­cy. Nie obro­ni­li­śmy sto­li­cy, król zaś mu­siał udać się na wy­gna­nie.

Ka­płan od­po­wie­dział od ra­zu. Nie uda­wał za­sko­cze­nia. Mu­siał prze­cież do­sko­na­le znać prze­szłe wy­da­rze­nia.

– Chy­ba je­steś dla sie­bie zbyt su­ro­wy. Nie ty je­den po­no­sisz od­po­wie­dzial­ność za po­raż­kę. Sam król uległ opę­ta­niu przez si­ły zła, na­to­miast ar­mia, gwar­dia i nie­mal wszy­scy pod­da­ni nie po­tra­fi­li prze­ciw­sta­wić się na­jaz­do­wi.

– Jed­nak mo­je za­nie­cha­nia do­pro­wa­dzi­ły do śmier­ci wie­lu osób.

Ram­mas wzniósł roz­ło­żo­ne rę­ce.

– Wo­la Mo­cy Stwo­rze­nia – oznaj­mił i za­milkł na chwi­lę, uda­jąc, że od­ma­wia mo­dli­twę. Po chwi­li wzno­wił roz­mo­wę: – Uwa­żam, że nie po­wi­nie­neś obar­czać się tym, co nas spo­tka­ło. Wszy­scy oka­za­li­śmy się śle­pi na si­ły, któ­re do­pro­wa­dzi­ły Vo­re­nau na skraj upad­ku. Dla­te­go też kró­lo­wa Va­dien­ne po­sta­no­wi­ła utwo­rzyć Try­bu­nał Stwo­rze­nia. Je­go nad­rzęd­nym za­da­niem jest za­pew­nić kra­jo­wi bez­pie­czeń­stwo i nie do­pu­ścić do te­go, by hi­sto­ria się po­wtó­rzy­ła. Za­gro­że­nie oka­za­ło się tak sil­ne, po­nie­waż ktoś skru­pu­lat­nie przy­go­to­wy­wał się od lat do za­da­nia nam osta­tecz­ne­go cio­su. Uda­ło się to od­wró­cić je­dy­nie dzię­ki bo­ha­ter­skim czy­nom kró­lo­wej, ale to nie ozna­cza, że zło zo­sta­ło cał­ko­wi­cie po­ko­na­ne.

Prze­or po­chy­lił się w stro­nę Chri­stia­na, a ten mi­mo­wol­nie nie­co się od­su­nął. Sta­rzec spoj­rzał mu w oczy.

– Wróg nie śpi. Mam po­waż­ne pod­sta­wy, by są­dzić, że przy­go­to­wu­je się do ko­lej­nej woj­ny, znacz­nie groź­niej­szej niż po­przed­nia. Tym ra­zem za­gro­że­nie nie czai się po­za gra­ni­ca­mi kra­ju.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć, naj­wyż­szy ka­pła­nie? – za­py­tał Chri­stian.

Ram­mas wy­pro­sto­wał się na swo­im krze­śle i wes­tchnął cięż­ko.

– Czy sły­sza­łeś kie­dyś o Czar­nej Wstę­dze?

Chri­stian prze­chy­lił lek­ko gło­wę. Gdzieś już sły­szał to okre­śle- nie, lecz nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, w ja­kich oko­licz­no­ściach.

– Wie­lu uwa­ża­ło, że to tyl­ko le­gen­da. Coś, czym stra­szy­ło się dzie­ci. Ja jed­nak wiem, że jest ina­czej.

– Czym jest ta Czar­na Wstę­ga?

– Or­ga­ni­za­cją. Gru­pą lu­dzi, tfu, po­gań­skich po­mio­tów, któ­rzy dą­żą do znisz­cze­nia na­sze­go pięk­ne­go kró­le­stwa. Kwe­stio­nu­ją wszyst­ko, co nam dro­gie i pięk­ne. Od­rzu­ca­ją wła­dzę pa­nu­ją­cej dy­na­stii, a na­de wszyst­ko prze­ciw­sta­wia­ją się Mo­cy Stwo­rze­nia. Na­sza re­li­gia jest im wro­ga i ją rów­nież pra­gną uni­ce­stwić.

Naj­wyż­szy ka­płan za­milkł i wpa­try­wał się przez chwi­lę w mni­cha, jak­by ocze­ku­jąc je­go od­po­wie­dzi.

– Wy­bacz śmia­łość, naj­wyż­szy ka­pła­nie… Skąd o tym wie­my?

Ram­mas wy­jął coś spod sto­łu i prze­su­nął po bla­cie w stro­nę Chri­stia­na.

Męż­czy­zna do­strzegł nie­wiel­ką kart­kę. Przyj­rzał się jej. Był tam tyl­ko je­den sym­bol. Dwie ciem­ne, fa­lu­ją­ce kre­ski, spla­ta­ją­ce się ni­czym…

– Czar­na Wstę­ga…

– Nie ina­czej.

– Ale… Czy to…

Ram­mas uniósł rę­kę, prze­ry­wa­jąc je­go wy­po­wiedź.

– Ta­kich sym­bo­li zna­leź­li­śmy już po­nad tu­zin. W róż­nych miej­scach. Na pa­pie­rze w ku­piec­kich sa­kwach, na ścia­nach ka­mie­nic, a na­wet w za­mtu­zach. Są do­brze ukry­te, ni­g­dy na wi­do­ku. Zwy­kle na­po­tkać je moż­na w ciem­nych za­ka­mar­kach, w szem­ra­nych dziel­ni­cach. Lu­dzie, przy któ­rych znaj­du­je­my ów sym­bol, opie­ra­ją się tor­tu­rom i wo­lą zgi­nąć, niż po­dzie­lić się ja­ką­kol­wiek in­for­ma­cją. Są nie­złom­ni.

Chri­stian słu­chał z prze­ję­ciem. Moż­li­we, że kró­le­stwo znów mia­ło sta­nąć u pro­gu woj­ny… tym ra­zem do­mo­wej?

– Co wię­cej, spły­wa­ją do nas ra­por­ty z in­nych miast. W ostat­nich mie­sią­cach sym­bol za­czął po­ja­wiać się nie­mal w każ­dym za­kąt­ku Vo­re­nau.

– Czy po­za sym­bo­lem za­uwa­żo­no ja­kieś in­ne dzia­ła­nia?

Ram­mas po­krę­cił gło­wą.

– Nic po­nad nor­mę. Drob­ne kra­dzie­że, prze­krę­ty nie­uczci­wych kup­ców, grzesz­ne wy­stęp­ki, ale nic, cze­go w kró­le­stwie nie by­ło­by od za­wsze. I to wła­śnie naj­bar­dziej mnie nie­po­koi.

– Dla­cze­go, naj­wyż­szy ka­pła­nie?

– Wy­glą­da na to, że Czar­na Wstę­ga jest do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­na. Je­stem pe­wien, że do cze­goś się szy­ku­ją, ale nie- sły­cha­nie trud­no nam od­gad­nąć do cze­go. Nie uda­ło nam się, jak do­tąd, usta­lić ni­cze­go kon­kret­ne­go. Jed­nak ich sym­bol po­ja­wia się w każ­dym z miast i je­stem pe­wien, że na­le­ży się spo­dzie­wać naj­gor­sze­go.

Sta­rzec umilkł i przez chwi­lę sie­dzie­li w ci­szy.

Chri­stian wpa­try­wał się w okno za ple­ca­mi Ram­ma­sa. Spo­dzie­wał się już, cze­go prze­or mo­że od nie­go chcieć, choć myśl ta wy­da­ła mu się ab­sur­dal­na.

– Po­wiedz mi, Chri­stia­nie, do­brze znasz na­sze kró­le­stwo? – Mnich wy­rwał się z za­my­śle­nia.

– Tak. Po­cho­dzę z ro­dzi­ny ku­piec­kiej. Za mło­du zjeź­dzi­łem kraj wzdłuż i wszerz.

– Do­sko­na­le. Tak się bo­wiem skła­da, że mam dla cie­bie spe­cjal­ne za­da­nie.

Chri­stian wy­pro­sto­wał się na stoł­ku i spoj­rzał w oczy prze­ło­żo­ne­go.

– Chciał­bym, że­byś zde­ma­sko­wał or­ga­ni­za­cję Czar­nej Wstę­gi. Od­na­lazł ich sie­dzi­bę, do­tarł do pro­wo­dy­rów i za­mel­do­wał o tym Try­bu­na­ło­wi.

Męż­czy­zna prze­łknął śli­nę. On…? No­wi­cjusz? Był wpraw­dzie woj­sko­wym i straż­ni­kiem. Cza­sem pro­wa­dził śledz­twa prze­ciw po­mniej­szym ban­dy­tom, ale to…

– Naj­wyż­szy ka­pła­nie… Dla­cze­go ja?

– Bo je­steś czło­wie­kiem po­boż­nym i uczci­wym. Znam do­brze two­ją hi­sto­rię. Przyj­rza­łem się jej. Wy­py­ty­wa­łem cię, gdyż chcia­łem usły­szeć ją od cie­bie, po­znać re­ak­cję. Nie­mniej Try­bu­nał prze­świe­tlił cię na wy­lot. Na­da­jesz się do te­go za­da­nia jak ma­ło kto.

Chri­stia­no­wi nie chcia­ło się w to wie­rzyć. Nie ucho­dził wszak za ni­ko­go szcze­gól­ne­go. Nie otrzy­mał szko­le­nia, ja­kie prze­wi­dzia­no choć­by dla kró­lew­skich szpie­gów.

Dla­cze­go on? Bo po­świę­cił się spra­wie? Ce­cho­wa­ła go po­boż­ność i lo­jal­ność, jak po­wie­dział Ram­mas. Czy na pew­no cho­dzi­ło tyl­ko o to, czy kry­ło się za tym coś jesz­cze?

Chri­stian przy­pusz­czał, że Try­bu­nał miał zde­cy­do­wa­nie wię­cej wy­znaw­ców, któ­rym po­wie­rzo­no po­dob­ne za­da­nie.

– Masz moż­li­wość zma­zać hań­bę, ja­ką, jak sam twier­dzisz, okry­łeś się w prze­szło­ści. – Prze­or wy­rwał go z roz­my­ślań.

Chri­stian przy­tak­nął. Po­sta­no­wił, że po­dzie­li się swy­mi roz­ter­ka­mi. Na­wet je­śli za­da­wa­nie zbyt wie­lu py­tań nie bę­dzie zbyt do­brze ode­bra­ne przez ka­pła­na.

– Naj­wyż­szy ka­pła­nie, na­dal nie po­tra­fię uwie­rzyć, że to wła­śnie mnie wy­zna­czo­no do te­go za­da­nia. Śmiem twier­dzić, że nie je­stem je­dy­ny. – Ram­mas się uśmiech­nął.

– No i wi­dzisz, Chri­stia­nie. Już udo­wod­ni­łeś, że do­ko­na­łem słusz­ne­go wy­bo­ru. Bły­sko­tli­wość… Klu­czo­wa ce­cha, któ­rą po­win­ni od­zna­czać się na­si wy­słan­ni­cy.

– A więc bę­dzie nas wię­cej?

– Nie mo­gę po­twier­dzić.

– Ro­zu­miem. – Tym ra­zem na twa­rzy Chri­stia­na za­go­ścił lek­ki uśmiech. – Ro­zu­miem, że nie bę­dzie­my mie­li ze so­bą kon­tak­tu? To roz­sąd­ne, praw­da? Je­śli ma­my wy­tro­pić taj­ną or­ga­ni­za­cję, sa­mi mu­si­my dzia­łać w po­dob­ny spo­sób.

Ram­mas nie­znacz­nie kiw­nął gło­wą, nie od­po­wia­da­jąc jed­nak wprost – po­zwa­lał Chri­stia­no­wi sa­me­mu do­cho­dzić do wnio­sków.

– W ja­ki spo­sób bę­dę ra­por­to­wał po­stę­py swych prac?

– Po­do­basz mi się. – Prze­or spoj­rzał na nie­go z apro­ba­tą. – Szyb­ko prze­cho­dzisz do rze­czy. Na po­czą­tek udaj się do świą­ty­ni w To­rian-syd. Od tam­tej­sze­go ka­pła­na otrzy­masz dal­sze wska­zów- ki. Wie tyl­ko ty­le, ile po­wi­nien, bądź więc ostroż­ny.

– O czym nie wol­no mi mó­wić?

– Że pra­cu­jesz bez­po­śred­nio dla mnie i że je­steś na tro­pie Czar­nej Wstę­gi. Ka­płan w To­rian-syd zo­stał po­in­for­mo­wa­ny je­dy­nie, że ktoś z Try­bu­na­łu ma ode­brać od nie­go ra­port.

– Dla­cze­go aku­rat to mia­sto?

– Od­na­leź­li­śmy tam naj­wię­cej sym­bo­li Wstę­gi.

– Ro­zu­miem.

– Do­brze. Wie­rzę, że przy­słu­żysz się Try­bu­na­ło­wi i kró­le­stwu. Te­raz idź już.

Chri­stian ski­nął gło­wą i wstał od sto­łu. Gdy zmie­rzał ku drzwiom, Ram­mas ode­zwał się po raz ostat­ni. Je­go głos brzmiał po­waż­niej niż do­tych­czas – po­brzmie­wa­ła w nim gro­za.

– Nie za­wiedź nas.

***

Roz­ma­ite my­śli kłę­bi­ły się w gło­wie Chri­stia­na. Wra­ca­jąc do klasz­tor­nej ce­li, roz­my­ślał o tym, co usły­szał od sta­re­go za­kon­ni­ka.

Z jed­nej stro­ny du­mą na­pa­wał go fakt, że wy­zna­czo­no go do trud­ne­go za­da­nia, z dru­giej zaś od­czu­wał ogrom­ny nie­po­kój.

Po­wie­rzo­na mu mi­sja ja­wi­ła się nie tyl­ko ja­ko nie­zwy­kle wy­ma­ga­ją­ca, ale i nie­ja­sna. Otrzy­mał szcząt­ko­we in­for­ma­cje, a do te­go ostrze­że­nie, że nie bę­dzie mógł z ni­kim dzie­lić się ani zdo­by­ty­mi wia­do­mo­ścia­mi, ani ce­lem swo­jej służ­by – wca­le nie na­pa­wa­ło go opty­mi­zmem.

Wie­dział przy tym, że Try­bu­nał po­wie­rzył roz­pra­co­wa­nie ta­jem­ni­czej or­ga­ni­za­cji wię­cej niż jed­ne­mu ze swo­ich lu­dzi. By­ło to oczy­wi­ście lo­gicz­ne. Sieć dzia­ła­ją­cych w ukry­ciu agen­tów, nie­po­wią­za­nych ze so­bą bez­po­śred­nio, zwięk­sza­ła szan­se po­wo­dze­nia ca­łe­go przed­się­wzię­cia. Nie­ste­ty, w ra­zie po­ja­wie­nia się oko­licz­no­ści nie­wy­god­nych dla Try­bu­na­łu, po­je­dyn­czy wy­słan­nik mógł zo­stać po­świę­co­ny bez więk­szych kon­se­kwen­cji.

Chri­stian za­sta­na­wiał się, czy ja­ko pio­nek w nie­bez­piecz­nej grze miał w ogó­le szan­sę od­nieść suk­ces.

Pręd­ko skar­cił się za te my­śli. Wy­zna­czo­no mu za­da­nie i na­le­ża­ło się na nim sku­pić. Miał szan­sę przy­nieść chlu­bę nie tyl­ko wła­sne­mu za­ko­no­wi, ale i kró­le­stwu. Do­stał moż­li­wość od­ku­pie­nia swo­ich win – naj­pew­niej ostat­nią. Po­sta­no­wił więc, że cał­ko­wi­cie od­da się służ­bie, choć­by miał przez to zgi­nąć.

Drzwi do ce­li po­zo­sta­wa­ły otwar­te, co w klasz­to­rze ni­ko­go nie dzi­wi­ło. Mi­mo to Chri­stian, nie­gdyś śled­czy, szyb­ko zo­rien­to­wał się, że ktoś był tu przed nim. Ostroż­nie wszedł do po­miesz­cze­nia i się ro­zej­rzał. Na je­go pry­czy le­ża­ła skó­rza­na tor­ba, a obok niej po­chwa z mie­czem. Z cie­ka­wo­ścią zaj­rzał do sa­kwy. Zna­lazł cięż­ki mie­szek, wy­peł­nio­ny spo­rą ilo­ścią kró­lew­skich mo­net. Prze­li­czył je szyb­ko i zmarsz­czył czo­ło ze zdu­mie­nia.

Za ta­ką su­mę mógł żyć wy­god­nie, po­dró­żu­jąc po ca­łym Vo­re­nau przez bli­sko rok. Roz­rzut­ność sta­ła w sprzecz­no­ści z re­gu­łą za­ko­nu i mnich wzdry­gnął się na myśl o tym, co mógł­by so­bie ku­pić za ta­ką kwo­tę.

Oprócz sa­kiew­ki zna­lazł w tor­bie list do ka­pła­na In­de­na w To­rian-syd, opa­trzo­ny pie­czę­cią Try­bu­na­łu, a tak­że kró­lew­ski glejt przy­zna­ją­cy mu pra­wo do swo­bod­ne­go po­ru­sza­nia się po kró­les- twie. Za­kon­nik aż za­gwiz­dał z wra­że­nia.

Od chwi­li wstą­pie­nia kró­lo­wej Va­dien­ne I na tron w Vo­re­nau wie­le się zmie­ni­ło. Wszy­scy oby­wa­te­le po­dró­żu­ją­cy mię­dzy mia­sta­mi mu­sie­li po­sia­dać sto­sow­ną zgo­dę, któ­rą w ra­zie za­trzy­ma­nia na­le­ża­ło oka­zać kró­lew­skie­mu żoł­nie­rzo­wi. Glej­ty naj­czę­ściej wy­da­wa­no na okre­ślo­nych tra­sach, na­to­miast te umoż­li­wia­ją­ce swo­bod­ne prze­miesz­cza­nie się po ca­łym kró­le­stwie sta­no­wi­ły rzad­kość i re­zer­wo­wa­no je wy­łącz­nie dla waż­nych urzęd­ni­ków lub wy­so­ko po­sta­wio­nych przed­sta­wi­cie­li Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia.

Na sa­mym koń­cu Chri­stian wziął w rę­ce miecz. Nie są­dził, że jesz­cze kie­dyś bę­dzie mu da­ne do­być bro­ni. Wpraw­dzie wca­le te­go nie pra­gnął, jed­nak chwy­ta­jąc rę­ko­jeść i wy­su­wa­jąc klin­gę z po­chwy, po­czuł przy­jem­ne cie­pło wy­peł­nia­ją­ce cia­ło. Broń do­sko­na­le le­ża­ła w dło­ni, a ostrze by­ło lśnią­ce i ide­al­nie na­ostrzo­ne. Nie miał w rę­ku tak wspa­nia­łe­go orę­ża na­wet wte­dy, gdy słu­żył w gwar­dii kró­lew­skiej.

– Tym ostrzem bę­dę wy­ko­ny­wał wy­ro­ki Try­bu­na­łu – po­wie­dział pod no­sem. – Mo­cy Stwo­rze­nia, pro­wadź mą rę­kę, by za­wsze do­się­ga­ła twych wro­gów.

Już daw­no za­pa­dła noc, więc Chri­stian, mi­mo ogól­ne­go pod­nie­ce­nia, po­sta­no­wił, że naj­wyż­szy czas udać się na spo­czy­nek. Tor­bę i miecz scho­wał pod łóż­kiem i za­sta­wił szaf­ką, jak­by w oba­wie, że gdy bę­dzie spał, ktoś od­wa­ży się po nie się­gnąć. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su i zmę­czo­ne oczy za­kon­ni­ka za­mknę­ły się i za­padł w bło­gi sen.

***

Ly­na kro­czy­ła bo­so przez za­tło­czo­ny plac, a jej drob­ne sto­py nie­przy­jem­nie za­pa­da­ły się we wszech­obec­nym bło­cie.

Mia­ła na so­bie po­szar­pa­ną, brud­ną tka­ni­nę, za­ło­żo­ną spe­cjal­nie po to, by nie od­róż­niać się od miej­sco­wej bie­do­ty. Po­tar­ga­ła słom­ko­we wło­sy i dla nie­po­zna­ki wtar­ła w twarz tro­chę bło­ta, krzy­wiąc się przy tym okrut­nie. By­ło to nie­ste­ty ko­niecz­ne. Te­go chciał­by Oj­ciec. Choć nie­dłu­go mia­ła wkro­czyć w do­ro­słość, jej ni­ski wzrost upo­dab­niał ją do miej­sco­wych dzie­ci. Upew­niw­szy się, że nikt nie zwra­ca na nią uwa­gi – ani na nią, ani na szty­let ukry­ty w fał­dach ma­te­ria­łu – ru­szy­ła w stro­nę ryn­ku.

Spo­dzie­wa­ła się za­stać tam swo­ją przy­szłą ofia­rę. W dzień tar­go­wy w mie­ście pa­no­wał nie­sa­mo­wi­ty tłok. Ly­na ce­lo­wo wy­bra­ła wła­śnie ten mo­ment na wy­ko­na­nie za­da­nia. Li­czy­ła na to, że w ści­sku ła­twiej bę­dzie jej znik­nąć, nim kto­kol­wiek zo­rien­tu­je się, co się sta­ło.

Wszyst­ko do­brze prze­my­śla­ła. Prze­ci­śnie się jak naj­bli­żej try­bu­ny, na któ­rej za­zwy­czaj stał he­rold i ob­wiesz­czał miesz­kań­com roz­ma­ite ko­mu­ni­ka­ty. W po­bli­żu he­rol­da prze­by­wał naj­czę­ściej przed­sta­wi­ciel Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, czu­wa­jąc nad tym, by w ogło­sze­niach nie po­ja­wi­ły się przy­pad­kiem wi­chrzy­ciel­skie lub he­re­tyc­kie tre­ści. Ly­na nie do koń­ca ro­zu­mia­ła, co zna­czą te sło­wa, lecz do­kład­nie tak po­wie­dział Oj­ciec.

Oj­ciec wie­dział, co mó­wi.

Oj­ciec był dla niej do­bry.

Gdy tyl­ko znaj­dzie się do­sta­tecz­nie bli­sko ka­pła­na, wy­ko­rzy­sta oka­zję i zro­bi to, do cze­go zo­sta­ła po­wo­ła­na.

Speł­ni wo­lę Oj­ca.

Mu­sia­ła się sku­pić. Mi­mo mło­de­go wie­ku Ly­na wy­ka­zy­wa­ła się du­żą by­stro­ścią i spo­strze­gaw­czo­ścią. Nie mo­gła po­zwo­lić, by pod­czas ogło­szeń tłum ode­pchnął ją z da­la od po­de­stu. Prze­ci­ska­ła się mię­dzy ludź­mi, nie zwa­ża­jąc na to, że ktoś rzu­cał w jej stro­nę prze­kleń­stwem lub na­wet za­ma­chi­wał się, by ją od­pę­dzić. W ści­sku lu­dzie szyb­ko o ta­kich drob­nost­kach za­po­mi­na­li.

Opra­co­wa­ła też plan uciecz­ki. Wie­dzia­ła do­kład­nie, w któ­rą stro­nę po­bie­gnie. Po wszyst­kim za­mie­rza­ła udać się czym prę­dzej do dziel­ni­cy rze­mieśl­ni­czej, w dzień tar­go­wy opu­sto­sza­łej. Cia­sne ulicz­ki i sto­ją­ce przy nich wy­so­kie ka­mie­ni­ce za­pew­nią jej schro­nie­nie.

Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie. Miesz­kań­cy wciąż prze­cha­dza­li się mię­dzy stra­ga­na­mi, tar­gu­jąc się i prze­krzy­ku­jąc, jed­nak co­raz wię­cej z nich gro­ma­dzi­ło się już w cen­tral­nej czę­ści ryn­ku. Wresz­cie na drew­nia­ne pod­wyż­sze­nie wkro­czy­ła de­le­ga­cja na cze­le z kró­lew­skim he­rol­dem. To­wa­rzy­szy­ło mu dwóch uzbro­jo­nych straż­ni­ków oraz ka­płan Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, idą­cy nie­co z ty­łu.

Ly­na po­czu­ła, jak wło­sy sta­ją jej dę­ba. By­ła tak bli­sko. Mu­sia­ła za­cho­wać peł­ne sku­pie­nie i nie dać się po­nieść emo­cjom – na­le­ża­ło po­cze­kać na wła­ści­wy mo­ment, gdy wszy­scy bę­dą mie­li oczy utkwio­ne w po­de­ście.

He­rold wy­cią­gnął trąb­kę ze skó­rza­ne­go po­krow­ca i ode­grał krót­ką me­lo­dię. Na ryn­ku zro­bi­ło się ci­szej, a lu­dzie za­czę­li zbie­rać się wo­kół try­bu­ny. Wkrót­ce he­rold roz­po­czął prze­mo­wę swo­im tu­bal­nym gło­sem.

– Po­słu­chaj­cie, do­brzy lu­dzie! W imię Mo­cy Stwo­rze­nia prze­ka­zu­ję wam, miesz­kań­com To­rian-syd, na­stę­pu­ją­ce sło­wa. Ucie­szy was za­pew­ne wia­do­mość, że w przy­szłym mie­sią­cu w wa­szym mie­ście od­bę­dzie się fe­sti­wal ku czci kró­lo­wej, or­ga­ni­zo­wa­ny przez miej­sco­we­go za­rząd­cę. Ze sto­li­cy przy­bę­dzie spe­cjal­na tru­pa te­atral­na, pla­no­wa­ny jest tak­że tur­niej ry­cer­ski.

Z tłu­mu da­ły się sły­szeć po­je­dyn­cze od­gło­sy za­do­wo­le­nia.

– Pra­gnę was rów­nież po­in­for­mo­wać, że przy­go­to­wa­nia do co­rocz­ne­go wiel­kie­go tar­gu w sto­li­cy ru­szy­ły peł­ną pa­rą. Wszy­scy chęt­ni za­pro­sze­ni są do od­wie­dze­nia Vo­re­nau. Opła­ta za han­del zo­sta­nie na czas tar­gu ob­ni­żo­na o po­ło­wę!

Tym ra­zem tłum wy­ka­zał nie­co wię­cej en­tu­zja­zmu. Wkrót­ce jed­nak umilkł.

Po do­brych wia­do­mo­ściach zwy­kle przy­cho­dzi­ły złe. He­rold od­chrząk­nął i wziął głę­bo­ki wdech, po czym mó­wił da­lej. Je­go głos nie­co się ła­mał, jak­by oba­wiał się re­ak­cji ze­bra­nych na to, co miał im do prze­ka­za­nia.

– Z roz­ka­zu kró­lo­wej Va­dien­ne Pierw­szej rocz­ny po­da­tek zo­sta­nie pod­nie­sio­ny o trzy srebr­ne mo­ne­ty od go­spo­dar­stwa…

Prze­rwa­ły mu bu­cze­nie i gwiz­dy. He­rold naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się in­nej re­ak­cji – czy­tał więc da­lej, co ja­kiś czas ner­wo­wo zer­ka­jąc na tłum, by w ra­zie po­trze­by uchy­lić się przed le­cą­cy­mi w je­go stro­nę po­mi­do­ra­mi lub jaj­ka­mi.

– Jest to uza­sad­nio­ne ko­niecz­no­ścią zwięk­sze­nia na­kła­dów na wal­kę z he­re­zją, któ­ra roz­pa­no­szy­ła się w kró­le­stwie. – Sto­ją­cy nie­opo­dal ka­płan Try­bu­na­łu wy­pro­sto­wał się dum­nie i za­plótł rę­ce na pier­si. Tłum był co­raz bar­dziej nie­spo­koj­ny.

– Hań­ba! – krzy­cze­li lu­dzie.

– Zło­dziej­stwo!

– Do­pie­ro co pod­no­si­li!

– Co ja ba­cho­rom do gę­by wło­żę?

W stro­nę he­rol­da za­czę­ły rze­czy­wi­ście le­cieć roz­ma­ite wa­rzy­wa i drob­ne przed­mio­ty.

Ly­na uzna­ła, że lep­szej oka­zji nie bę­dzie. Wy­ję­ła szty­let i wy- ce­lo­waw­szy spo­koj­nie, ci­snę­ła nim pro­sto w sto­ją­ce­go za he­rol­dem ka­pła­na.

Nóż prze­ci­nał po­wie­trze z ci­chym świ­stem, by osta­tecz­nie wbić się w krtań męż­czy­zny. Nim kto­kol­wiek zo­rien­to­wał się, co się sta­ło, ka­płan osu­nął się na ko­la­na i, char­cząc, pró­bo­wał ta­mo­wać try­ska­ją­cą z gar­dła krew. Nikt nie zdą­żył mu po­móc.

Na ryn­ku za­pa­no­wał po­tęż­ny cha­os. Straż­ni­cy he­rol­da sta­li w osłu­pie­niu, nie wie­dząc, co ro­bić, sam he­rold zaś z pi­skiem ze­sko­czył z po­de­stu i za­czął prze­dzie­rać się przez tłum. Ze­bra­ni wrzesz­cze­li i roz­bie­ga­li się w róż­ne stro­ny, po­trą­ca­jąc się na­wza­jem i prze­wra­ca­jąc roz­sta­wio­ne kra­my. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło do tra­ge­dii – ogar­nię­ci pa­ni­ką lu­dzie mo­gli za­cząć tra­to­wać słab­szych.

W tym za­mie­sza­niu Ly­na zwin­nie prze­mknę­ła przez tłum i nie­po­strze­że­nie znik­nę­ła wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Ja­kiś czas póź­niej opie­ra­ła się o ścia­nę jed­nej z ka­mie­nic w dziel­ni­cy rze­mieśl­ni­czej, wy­rów­nu­jąc od­dech. W mie­ście na­dal roz­le­ga­ły się krzy­ki, lecz ona by­ła bez­piecz­na.

Zro­bi­ła to.

Wy­ko­na­ła za­da­nie.

Oj­ciec bę­dzie za­do­wo­lo­ny.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij