-
nowość
Czarnobrzeg: Ostatni trop - ebook
Czarnobrzeg: Ostatni trop - ebook
Mark Kaminsky po nocnym wypadku budzi się w opuszczonym mieście, nie pamiętając, jak wydostał się z tonącego samochodu. Ulice są puste, samochody porzucone, a w ciemności obserwują go czerwone oczy. Wkrótce odkrywa, że trafił do Czarnobrzegu — miejsca, które zdaje się znać jego przeszłość i nie zamierza pozwolić mu łatwo odejść. „Czarnobrzeg: Ostatni trop” to ilustrowany urban horror i mroczny thriller o winie, ucieczce i konsekwencjach własnych decyzji.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Czarnobrzeg: Ostatni trop” powstał w 2026 roku jako eksperyment łączący pomysł człowieka z możliwościami generatywnej sztucznej inteligencji.
Punktem wyjścia był mój sen. To z niego pochodziły pierwsze obrazy historii: mokre, opuszczone miasto, uciekający mężczyzna, czerwone oczy, niezwykłe psy oraz komisariat. Dalszy świat, postacie i wydarzenia rozwijałem w dialogu z ChatGPT, określając kierunek fabuły, wybierając proponowane rozwiązania, odrzucając inne i wielokrotnie redagując powstający materiał.
Nie napisałem samodzielnie każdego zdania tej książki. Znaczna część roboczych wersji scen, dialogów i tekstu została wygenerowana przez sztuczną inteligencję na podstawie moich instrukcji. Moja rola polegała na stworzeniu punktu wyjścia, prowadzeniu całego procesu, podejmowaniu decyzji, selekcjonowaniu materiału oraz nadaniu historii ostatecznego kształtu.
Podobną metodę wykorzystałem przy pracy nad warstwą wizualną. Okładka i ilustracje powstały przy użyciu generatywnej sztucznej inteligencji na podstawie moich koncepcji, opisów i kolejnych wytycznych. Określałem klimat, kompozycję, wygląd scen i postaci, wybierałem spośród kolejnych wersji oraz decydowałem o ich ostatecznym kształcie i wykorzystaniu w książce.
Publikuję tę książkę świadomie jako zapis wczesnego okresu tworzenia literatury przez człowieka z wykorzystaniem generatywnej sztucznej inteligencji. Czytelnik od początku wie, w jaki sposób powstała, i może sam zdecydować, jak ocenia taką formę twórczości.
SŁAWOMIR KAISER, 2026PROLOG — DROGA
Deszcz zaczął padać jeszcze przed zmrokiem i od kilku godzin nie słabł ani na chwilę. Wycieraczki przesuwały się po szybie w najszybszym możliwym tempie, lecz zaraz za nimi pojawiała się kolejna warstwa wody. Świat poza samochodem skurczył się do kilkudziesięciu metrów mokrego asfaltu, białej linii przy poboczu i metalowej bariery, która raz pojawiała się w świetle reflektorów, a raz znikała w ciemności.
Mark Kaminsky prowadził za szybko.
Wiedział o tym. Od dłuższego czasu wiedział też, że powinien zwolnić, zjechać na najbliższą stację, wypić kawę i przez kilka minut pomyśleć nad tym, co właściwie robi. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy.
Odkąd wyjechał z miasta, myślenie było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.
Telefon zadzwonił po raz trzeci.
Na ekranie pojawiło się imię Roberta.
Mark zacisnął usta. Dwa wcześniejsze połączenia odrzucił. Teraz przeciągnął kciukiem po ekranie i włączył zestaw głośnomówiący.
— Czego chcesz?
Po drugiej stronie przez moment słychać było tylko niewyraźny szum.
— Gdzie jesteś?
— W drodze.
— To zawróć.
Mark popatrzył w lusterko. Za nim nie było nikogo. Deszcz zacierał nawet czerwone odbicia tylnych świateł na jezdni.
— Co się stało?
— Policja weszła do biura.
Mark odruchowo odjął gaz.
— Kiedy?
— Pół godziny temu. Może trochę wcześniej. Zabrali komputery, dokumenty, dyski. Wszystko, co było na miejscu.
Samochód wpadł w głęboką kałużę. Mark poczuł gwałtowne szarpnięcie kierownicy, a przez szybę przelała się szeroka fala brudnej wody. Skorygował tor jazdy i dopiero wtedy odpowiedział:
— Kogo zastali?
— Dwóch ludzi ze sprzedaży i jednego z administracji.
— Kogoś zabrali?
Robert zawahał się.
— Tak.
Mark poczuł, jak napinają mu się palce na kierownicy.
— Oni nic nie wiedzą.
— Mają dostęp do skrzynek pocztowych.
— Dostęp do poczty nie znaczy, że wiedzą, czego szukać.
— Mark...
— Co?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Nie lubił takich przerw. Robert nie należał do ludzi, którzy długo zastanawiali się nad tym, co powiedzą. Jeśli milczał, zwykle oznaczało to, że informacja była gorsza od poprzedniej.
— Znaleźli umowy.
— Jakie?
— Te podpisane po wstrzymaniu budowy.
Mark zerknął na siedzenie pasażera.
Czarna torba leżała dokładnie tam, gdzie ją położył. Z zewnątrz wyglądała zwyczajnie, jak sportowy bagaż na weekend. W środku znajdowały się dwa telefony, kilka teczek, paszport, gotówka i rzeczy, których tego wieczoru zdecydowanie nie powinno być w samochodzie człowieka jadącego przypadkiem w stronę granicy.
— Budowa nie została zamknięta — powiedział. — Była wstrzymana.
— Nie było pieniędzy na jej dokończenie.
— Miały być.
— Ale nie było.
Mark ponownie dodał gazu.
— Mieliśmy rozmowy z bankiem.
— Mieliście.
— Był inwestor.
— Który się wycofał.
— To nie znaczy, że projekt był martwy.
Robert ciężko westchnął.
— Ludzie wpłacali pieniądze, kiedy od tygodni nie płaciliście głównemu wykonawcy.
— Podpisywali umowy dobrowolnie.
— Na mieszkania, Mark.
— W inwestycji w realizacji.
— W inwestycji, która stała.
Mark milczał przez chwilę.
— Nie twoja sprawa.
— Już nie.
Coś w tonie Roberta sprawiło, że Mark odsunął telefon nieco od siebie, jakby chciał przyjrzeć się twarzy rozmówcy, choć ekran pokazywał tylko nazwisko i czas połączenia.
— Co to znaczy?
— Nie dzwoń do mnie więcej.
— Robert.
— Powinieneś się zgłosić.
— Do kogo? Na komisariat? Żeby im oszczędzić roboty?
— Żebyś pierwszy raz od miesięcy zrobił coś, zanim będzie za późno.
Mark parsknął.
— Nie mów mi, co mam robić.
— W takim razie jedź dalej.
Robert się rozłączył.
— Robert?
Cisza.
Mark zadzwonił ponownie, ale połączenie od razu przeszło na pocztę głosową. Spróbował jeszcze raz. Ten sam efekt.
Rzucił telefon na siedzenie.
Przez chwilę słyszał tylko silnik, deszcz i monotonne uderzenia wycieraczek. Te trzy dźwięki zlały się w jednostajny szum, który miał w sobie coś uspokajającego. Dopóki jechał, nie musiał niczego rozstrzygać. Kilometry znikały pod kołami, miasto zostawało coraz dalej za nim, a problemy — przynajmniej na razie — przesuwały się w przeciwnym kierunku.
Przed nim wyrósł znak ostrzegający o moście.
Droga zaczęła skręcać łagodnie w lewo. Po prawej stronie, za barierą, ciągnęła się czarna powierzchnia zbiornika. W nocy nie było widać przeciwległego brzegu.
Mark spojrzał na zegarek na desce rozdzielczej.
Jeżeli utrzyma tempo, do granicy dotrze za niecałe cztery godziny.
Później znajdzie hotel. Rano zadzwoni do prawnika. Być może pojedzie dalej.
Nie zdecydował jeszcze, co zrobi dalej.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Odrzucił połączenie.
Kilka sekund później zadzwonił ponownie.
Tym razem wyciszył urządzenie i odłożył je ekranem do dołu. Prawie od razu pojawiło się powiadomienie o wiadomości głosowej.
Nie odsłuchał jej.
Od tygodni dzwonili ludzie.
Pytali, kiedy wznowią budowę.
Kiedy będą mogli odebrać klucze.
Co stało się z pieniędzmi.
Niektórzy byli wściekli. Inni jeszcze wierzyli w zapewnienia. Najgorsi byli ci, którzy mówili spokojnie, prosząc jedynie o konkretną datę, ponieważ musieli wypowiedzieć najem, sprzedać stare mieszkanie albo zapisać dziecko do szkoły w nowej dzielnicy.
Mark zawsze odpowiadał podobnie.
Bank finalizuje finansowanie.
Sytuacja jest przejściowa.
Umowy zachowują ważność.
Prosimy o jeszcze trochę cierpliwości.
Na początku wierzył w te zdania bardziej niż ludzie, którym je powtarzał. Potem coraz mniej. W pewnym momencie przestało mieć znaczenie, czy w nie wierzy.
Stały się narzędziem.
Deszcz uderzał o dach. W samochodzie było ciepło, ale Mark czuł wilgoć pod kołnierzykiem koszuli.
Spojrzał na czarną torbę.
Wystarczyło dotrzeć na drugą stronę granicy.
Zmienić samochód.
Przespać się.
Porozmawiać z prawnikiem.
Znaleźć sposób.
Przez całe życie znajdował sposoby.
Telefon ponownie zawibrował.
Tym razem nieznany numer nie dzwonił.
Przyszła wiadomość od Roberta.
ZNALEŹLI PRZELEWY.
Mark przeczytał ją dwa razy.
— Tchórz — powiedział pod nosem.
Nie był pewien, czy mówi o Robercie.
Droga zaczęła się wznosić. Bariera po prawej stronie była tu niższa, a za nią w świetle reflektorów widać było tylko wzburzoną deszczem powierzchnię wody.
Mark wjechał na most.
Wiatr uderzył w bok auta tak mocno, że samochód przesunął się nieznacznie na pasie. Odruchowo skorygował tor jazdy i po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę zwolnił.
Wtedy zobaczył coś przed sobą.
Najpierw był to tylko ciemny kształt przy poboczu.
Pomyślał, że na drogę spadła gałąź.
Kształt poruszył się.
Zwierzę wyszło na jezdnię.
Jeleń.
Duży samiec o szerokim porożu. Stanął na środku pasa, bokiem do samochodu, jakby zupełnie nie zauważał zbliżających się świateł.
Mark nacisnął klakson.
Jeleń nawet nie drgnął.
— No rusz się...
Kolejny sygnał.
Odległość malała.
Mark zdjął nogę z gazu.
Zwierzę powoli podniosło łeb.
I wtedy Mark zobaczył jego oczy.
Świeciły czerwienią.
Przez ułamek sekundy pomyślał, że to zwykłe odbicie reflektorów. Zdarzało się. Światło trafiało pod odpowiednim kątem, siatkówka zwierzęcia odbijała promień i oczy przybierały nienaturalny kolor.
Tylko że jeleń poruszył głową.
Czerwone punkty pozostały czerwone.
Mark wcisnął hamulec.
Koła straciły przyczepność niemal natychmiast.
Samochód obrócił się bokiem. Mark szarpnął kierownicę w przeciwną stronę, próbując wyprowadzić auto, ale tylne koła straciły przyczepność jeszcze bardziej. Po chwili bariera była już tuż przed szybą.
Uderzył w barierę, zanim zdążył się przygotować.
Pas wbił mu się w klatkę piersiową, poduszka powietrzna wystrzeliła prosto w twarz, a przez wnętrze auta przeszedł metaliczny huk.
Samochód zatrzymał się.
Mark przez kilka sekund nie wiedział, co się stało.
Wycieraczki nadal pracowały.
To właśnie ich regularny ruch przywrócił mu świadomość.
Odepchnął poduszkę powietrzną i podniósł głowę.
Jeleń stał w tym samym miejscu.
Patrzył na niego.
Mark wrzucił wsteczny i nacisnął gaz.
Silnik wszedł na wysokie obroty.
Auto nie ruszyło.
Dopiero wtedy zobaczył, że przednie koła wystają poza krawędź mostu. Zgnieciona bariera znajdowała się pod maską i powoli odginała się nad wodą.
Dodał gazu ponownie.
Koła obracały się bez oporu.
Rozległ się przeciągły trzask metalu.
Samochód przechylił się do przodu.
Torba z siedzenia pasażera zsunęła się pod deskę rozdzielczą.
Mark szarpnął klamkę.
Drzwi były zakleszczone.
Spróbował drugi raz.
— No dalej...
Zgnieciony fragment bariery załamał się pod ciężarem samochodu.
Przez przednią szybę zobaczył już tylko wodę.
Auto spadło.
Uderzenie o powierzchnię zbiornika odebrało mu oddech. Przód samochodu zanurzył się natychmiast. Reflektory przez kilka sekund oświetlały wodę pełną piany, pęcherzyków i długich roślin kołyszących się pod powierzchnią.
Potem samochód zaczął opadać.
Mark odpiął pas.
Woda napływała do wnętrza przez szczeliny przy drzwiach. Najpierw pokryła dywaniki, a po kilku sekundach sięgała mu do kostek.
Pociągnął klamkę.
Bez skutku.
Uderzył barkiem w drzwi.
Ból przeszył mu ramię.
Drzwi ani drgnęły.
Woda sięgała już kolan.
Mark nacisnął przycisk opuszczania szyby. Szkło zsunęło się o kilka centymetrów i zatrzymało. Natychmiast do środka wdarł się gruby strumień lodowatej wody.
Mark odsunął się od drzwi.
Spojrzał na torbę.
Chwycił ją.
Dopiero kiedy próbował przecisnąć się na tylne siedzenie, dotarło do niego, że trzyma kilkanaście kilogramów dokumentów i pieniędzy w samochodzie, który właśnie tonie.
Puścił.
Torba uniosła się pomiędzy fotelami.
Mark przecisnął się do tyłu i zaczął uderzać pięścią w boczną szybę.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Szkło wytrzymało.
Poziom wody podnosił się coraz szybciej.
Najpierw zgasły reflektory, potem radio i światła na desce rozdzielczej.
···
···