Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Czarny Kolos - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 sierpnia 2026
E-book: EPUB, PDF
4,99 zł
Audiobook
4,99 zł
4,99
499 pkt
punktów Virtualo

Czarny Kolos - ebook

Z grobowca zasypanego piaskami pustyni budzi się Natohk – Zasłonięty, czarnoksiężnik, który trzy tysiące lat temu władał przeklętym miastem Kutchemes. Teraz, na czele dzikich hord pustyni, rusza na małe królestwo Khorai, a przed jego mroczną potęgą drżą trony i ołtarze. Zrozpaczona księżniczka Yasmela, posłuszna głosowi wyroczni boga Mitry, powierza dowództwo nad armią pierwszemu mężczyźnie, jakiego spotka na ulicach miasta. Losy królestwa spoczywają odtąd w rękach barbarzyńcy z Cymerii – najemnika imieniem Conan. Nadciąga bitwa, w której stal zetrze się z czarną magią, a odwaga jednego człowieka stanie naprzeciw grozy starszej niż ludzka pamięć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368914610
Rozmiar pliku: 585 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Noc Mocy, gdy Przeznaczenie kroczyło korytarzami świata niczym kolos, który właśnie powstał z odwiecznego granitowego tronu.”

– E. Hoffman Price, Dziewczyna z Samarkandy

ROZDZIAŁ I

Nad tajemniczymi ruinami Kuthchemes wisiała jedynie odwieczna cisza, lecz był tam także Strach; Strach drżał w umyśle złodzieja Shevatasa, wtłaczając mu oddech, szybki i urywany, między zaciśnięte zęby.

Stał tak – jedyna drobina życia pośród kolosalnych pomników spustoszenia i rozkładu. Nawet sęp nie zawisł czarnym punktem w bezkresnym błękicie nieba, rozżarzonego słonecznym skwarem. Zewsząd wznosiły się posępne relikty innej, zapomnianej epoki: ogromne, strzaskane kolumny, wbijające w niebo poszarpane iglice; długie, chwiejne linie kruszejących murów; zwalone cyklopowe bloki kamienia; roztrzaskane posągi, których przerażające oblicza na wpół zatarły żrące wiatry i burze piaskowe. Od horyzontu po horyzont żadnego śladu życia: tylko zapierająca dech w piersiach połać nagiej pustyni, przecięta wijącą się linią dawno wyschniętego koryta rzeki; a pośrodku tego bezmiaru – połyskujące kły ruin, kolumny sterczące niczym złamane maszty zatopionych okrętów. Nad wszystkim zaś górowała strzelista kopuła z kości słoniowej, przed którą Shevatas stał, drżąc na całym ciele.

Podstawę kopuły stanowił gigantyczny marmurowy cokół, wyrastający z tego, co niegdyś było tarasowym wzniesieniem na brzegu starożytnej rzeki. Szerokie stopnie wiodły ku wielkim spiżowym drzwiom w kopule, która spoczywała na swej podstawie niczym połowa tytanicznego jaja. Sama kopuła była z czystej kości słoniowej i lśniła tak, jakby nieznane dłonie wciąż utrzymywały ją w połysku. Podobnie lśniło zwieńczone iglicą złote nakrycie szczytu oraz inskrypcja, która wiła się wokół krzywizny kopuły złotymi hieroglifami długimi na całe łokcie. Żaden człowiek na ziemi nie potrafił odczytać tych znaków, lecz Shevatas wzdrygał się na myśl o mrocznych domysłach, jakie budziły. Pochodził bowiem z bardzo starej rasy, której mity sięgały wstecz ku kształtom, o jakich nie śniło się współczesnym plemionom.

Shevatas był żylasty i gibki, jak przystało na mistrza złodziejskiego fachu z Zamory. Jego małą, okrągłą głowę pokrywała gładko ogolona skóra, a jedynym odzieniem była przepaska biodrowa ze szkarłatnego jedwabiu. Jak wszyscy z jego rasy, miał ciemną karnację, a wąską, sępią twarz ożywiały przenikliwe, czarne oczy. Jego długie, smukłe, zwężające się ku końcom palce poruszały się szybko i niespokojnie niczym skrzydła ćmy. U pasa pokrytego złotymi łuskami wisiał krótki, wąski miecz o rękojeści wysadzanej klejnotami, spoczywający w zdobionej skórzanej pochwie. Shevatas obchodził się z tą bronią z przesadną, zdawałoby się, ostrożnością. Wzdragał się nawet, gdy pochwa dotykała jego nagiego uda. A jego ostrożność nie była bezpodstawna.

Oto Shevatas, złodziej pośród złodziei, którego imię wymawiano z nabożnym lękiem w spelunkach Maulu i w mrocznych, cienistych zakamarkach pod świątyniami Bela, i który miał żyć w pieśniach i legendach przez tysiąc lat. A jednak strach toczył serce Shevatasa, gdy stał przed kopułą z kości słoniowej w Kuthchemes. Nawet głupiec dostrzegłby, że jest w tej budowli coś nienaturalnego; wichry i słońce trzech tysiącleci smagały ją bezlitośnie, a mimo to jej złoto i kość słoniowa wznosiły się jasne i lśniące jak w dniu, gdy bezimienne ręce wzniosły ją nad brzegiem bezimiennej rzeki.

Ta nienaturalność współgrała z aurą tych nawiedzonych przez demony ruin. Pustynia ta była tajemniczym bezkresem rozciągającym się na południowy wschód od ziem Szemu. Kilka dni jazdy na wielbłądzie ku południowemu zachodowi – jak dobrze wiedział Shevatas – wystarczyło, by podróżny ujrzał wielką rzekę Styks w miejscu, gdzie skręcała pod kątem prostym od swego dotychczasowego biegu i płynęła na zachód, by w końcu wpaść do odległego morza. W punkcie owego zakola zaczynała się Stygia, mroczna władczyni południa, której włości, nawadniane wodami wielkiej rzeki, wyrastały stromo z otaczającej je pustyni.

Na wschodzie, jak wiedział Shevatas, pustynia przechodziła w stepy ciągnące się aż do hyrkańskiego królestwa Turanu, wznoszącego się w barbarzyńskim przepychu na brzegach wielkiego śródlądowego morza. Tydzień jazdy na północ pustynia gubiła się w plątaninie jałowych wzgórz, za którymi leżały żyzne wyżyny Kothu, najdalej na południe wysuniętego królestwa hyboryjskich ludów. Na zachodzie pustynia stapiała się z łąkami Szemu, sięgającymi aż po ocean.

Wszystko to Shevatas wiedział, nie zdając sobie nawet szczególnie sprawy z tej wiedzy – tak jak człowiek zna ulice rodzinnego miasta. Był podróżnikiem bywałym w świecie i ograbił już skarbce wielu królestw. Teraz jednak wahał się i drżał u progu największej przygody i najpotężniejszego skarbu ze wszystkich.

W tej kopule z kości słoniowej spoczywały szczątki Thugry Khotana, mrocznego czarnoksiężnika, który władał Kuthchemes trzy tysiące lat temu, gdy królestwa Stygii sięgały daleko na północ od wielkiej rzeki, poprzez łąki Szemu, aż po wyżyny. Wtedy to wielka fala Hyboryjczyków runęła na południe z kolebki ich rasy leżącej u północnego bieguna. Była to wędrówka iście tytaniczna, rozciągnięta na stulecia i epoki. Lecz za panowania Thugry Khotana, ostatniego maga Kuthchemes, szaroocy barbarzyńcy o płowych włosach, odziani w wilcze skóry i łuskowe pancerze, przybyli konno z północy na żyzne wyżyny, by żelaznymi mieczami wyrąbać sobie królestwo Koth. Przetoczyli się przez Kuthchemes niczym fala przypływu, obmywając marmurowe wieże krwią, a północna część królestwa Stygii legła w ogniu i ruinie.

Lecz gdy pustoszyli ulice jego miasta i ścinali jego ludzi jak dojrzałe zboże, Thugra Khotan zażył dziwną, straszliwą truciznę, a jego zamaskowani kapłani zamknęli go w grobowcu, który sam sobie przygotował. Jego wyznawcy zginęli wokół owego grobowca w krwawej rzezi, lecz barbarzyńcy nie zdołali wyważyć drzwi ani naruszyć budowli młotem czy ogniem. Odjechali więc, zostawiając wielkie miasto w gruzach, a w swym grobowcu o kopule z kości słoniowej wielki Thugra Khotan spał niczym nie niepokojony, podczas gdy pustynne jaszczurki gryzły kruszejące kolumny, a nawet rzeka, która niegdyś nawadniała jego ziemie, zapadła się w piaski i wyschła.

Niejeden złodziej próbował dobrać się do skarbu, który – jak głosiły baśnie – piętrzył się wokół butwiejących kości wewnątrz kopuły. I niejeden złodziej zginął u drzwi grobowca, a niejednego inne dręczyły potworne sny, aż w końcu umierał z pianą szaleństwa na ustach.

Toteż Shevatas zadrżał, stając przed grobowcem, a dreszcz ten nie brał się jedynie z legendy o wężu, który miał strzec kości czarnoksiężnika. Nad wszystkimi mitami o Thugrze Khotanie wisiały groza i śmierć niczym całun. Z miejsca, gdzie stał złodziej, widać było ruiny wielkiej sali, w której podczas świąt setki spętanych jeńców klękało, by kapłan-król ścinał im głowy na cześć Seta, Wężowego Boga Stygii. Gdzieś nieopodal znajdowała się otchłań, mroczna i straszliwa, do której wrzucano wrzeszczące ofiary na pożarcie bezimiennej, bezkształtnej poczwarze, wypełzającej z jeszcze głębszej, jeszcze bardziej piekielnej jaskini. Legenda czyniła z Thugry Khotana istotę więcej niż ludzką; jego kult tlił się jeszcze wśród zwyrodniałej, mieszanej sekty, której wyznawcy wybijali jego podobiznę na monetach mających opłacić zmarłym przeprawę przez wielką rzekę ciemności, której Styks był jedynie materialnym cieniem. Shevatas widywał tę podobiznę na monetach skradzionych spod języków umarłych, a jej obraz wrył mu się niezatarcie w pamięć.

Odsunął jednak od siebie lęki i wspiął się ku spiżowym drzwiom, których gładka powierzchnia nie zdradzała ani rygla, ani zatrzasku. Nie na darmo zdobywał wstęp do mrocznych sekt, nie na darmo słuchał upiornych szeptów wyznawców Skelosa pod drzewami o północy i czytał zakazane, okute żelazem księgi Vathelosa Ślepego.

Klęknąwszy przed portalem, przeszukał próg zwinnymi palcami; ich czułe opuszki odnalazły wypukłości zbyt drobne, by dostrzegło je oko lub wykryły mniej wprawne dłonie. Naciskał je ostrożnie, według osobliwego porządku, mrucząc przy tym dawno zapomniane zaklęcie. Nacisnąwszy ostatnią, poderwał się w gorączkowym pośpiechu i uderzył otwartą dłonią, szybko i mocno, w sam środek drzwi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij