Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Czarownica z Ciemnego Lasu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 czerwca 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Czarownica z Ciemnego Lasu - ebook

Arielle ucieka przed przeszłością, której nie potrafi zrozumieć. Towarzyszy jej tylko Ami — wierny pies — oraz niepokojąca więź z rzeką, która zdaje się znać jej imię. Gdy na jej drodze staje Thorne, bezwzględny wojownik związany z tajemniczą Spaloną Gałęzią, ich spotkanie szybko zmienia się w niebezpieczną podróż przez stary las. Las pełen goblinów, trolli, wilkołaków, pradawnej magii i sekretów, które powinny pozostać pogrzebane. Początkowo Arielle i Thorne nie ufają sobie. Z czasem jednak rodzi się między nimi więź silniejsza niż strach, rozkazy i dawne krzywdy. Aby przetrwać, będą musieli zmierzyć się nie tylko z potworami ukrytymi w lesie, lecz także z własną przeszłością. „Czarownica z Ciemnego Lasu” to mroczna powieść fantasy łącząca romans, magię, przygodę, humor i odważne sceny dla dorosłych czytelników. Pierwszy tom cyklu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 68 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1. DZIEWCZYNA, AMI I WĄŻ Z RZEKI

Arielle nie planowała tego ranka drażnić hydry.

Pies zrobił to za nią.

Tak naprawdę nazywał się Ami, choć Arielle czasem była przekonana, że w psim języku to imię znaczyło: „zrób dokładnie odwrotnie i udawaj niewinnego”.

Szła brzegiem rzeki z płaszczem zarzuconym na ramiona, włosami schowanymi pod kapturem i spodniami tak za dużymi, że musiała co chwilę poprawiać pas. W tych ubraniach wyglądała bardziej jak zbiegły chłopak ze stajni albo czyjaś uciekinierka niż kobieta. I właśnie o to chodziło.

Nie rzucać się w oczy.

Nie wyglądać jak ktoś, za kim warto się oglądać.

Nie wyglądać jak ktoś, kogo warto zatrzymać.

Nie wyglądać jak ktoś, kto coś ukrywa.

A zwłaszcza nie wyglądać jak ktoś, kto ma za sobą przeszłość.

Nie była już młódką, choć wielu mężczyzn, patrząc na jej oczy, ruch i usta, traciło rozsądek szybciej, niż zdążyli pomyśleć. Miała około stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, była szczupła, kobieca i pełna tej dojrzałej miękkości, której nie mają już dziewczęta, tylko kobiety znające własne ciało, własny gniew i własne pragnienia.

Jej włosy, teraz schowane pod kapturem i miejscami wilgotne, były czarne, ale w świetle słońca wpadały w głęboki brąz. Długie, niesforne, zbyt piękne jak na kogoś, kto próbował wyglądać jak brudny parobek z traktu.

Ale tego dnia nikt nie miał tego zobaczyć.

Brud na twarzy, za duży płaszcz, męskie spodnie, luźna koszula, kaptur i postrzępiony pas robiły swoje. Kobiece kształty ginęły pod warstwami materiału i błota. Arielle wyglądała jak ktoś, kogo można minąć bez drugiego spojrzenia.

Taki był plan.

Ami szedł przy jej nodze, większy od zwykłego kundla, kudłaty i mocno zbudowany, biały z czarnymi łatami na pysku i uszach. Miał szerokie łapy, miękką sierść i ten szczególny wyraz pyska, który sprawiał, że wyglądał jednocześnie pociesznie i niepokojąco mądrze. Ogon nosił wysoko, pewien, że cały świat należał do niego.

— Ami, nie wchodź tam — powiedziała Arielle.

Ami oczywiście wszedł.

— Naprawdę? — syknęła. — Jedno zdanie. Jedno proste zdanie.

Ami zatrzymał się przy trzcinach i nastroszył kark. Potem warknął.

Arielle zwolniła.

Woda była zbyt spokojna.

To był pierwszy zły znak.

Drugim było to, że trzciny poruszały się w przeciwną stronę niż wiatr.

Trzecim — że pies zaszczekał tak, jakby właśnie postanowił wyzwać na pojedynek coś dużo większego od siebie.

— Nie — powiedziała cicho Arielle. — Nie rób tego.

Ami zrobił to natychmiast.

Wyskoczył naprzód i zaszczekał prosto w ciemną wodę.

Rzeka odpowiedziała bulgotem.

Arielle stanęła jak wryta.

Z wody wynurzyła się pierwsza głowa.

Potem druga.

Hydra.

Nie była tak wielka jak w pijackich opowieściach snutych nocą przy ogniu, ale na tyle duża, by człowiek natychmiast pożałował wszystkich swoich życiowych wyborów. Miała dwa długie, łuskowate karki wyrastające z jednego ciężkiego, mokrego cielska. Z pysków kapała woda zmieszana z mułem. Oczy miała małe, żółte i wredne.

Jedna głowa patrzyła na psa.

Druga na Arielle.

— Świetnie — mruknęła. — Wspaniale. Znakomicie. Dokładnie tego nam brakowało.

Ami zaszczekał jeszcze raz.

Hydra syknęła.

— Nie pomagaj — warknęła Arielle.

Potwór ruszył.

Arielle nie czekała, aż bestia zdecyduje, kogo zeżre pierwszego. Chwyciła psa za obrożę i rzuciła się do biegu. Błoto chlupnęło pod butami. Korzenie ślizgały się pod stopami. Gałęzie smagały ją po twarzy i rękach.

Za plecami usłyszała syk, plusk i łomot czegoś, co nie powinno poruszać się tak szybko.

— Mówiłam, żebyś nie szczekał! Wredne kundlisko!

Ami obejrzał się, głęboko urażony.

— Tak, do ciebie mówię! — krzyknęła, ciągnąc go za obrożę. — Bohater z mokrym nosem! Obrońca wszystkiego, co ma zęby większe od twojej głowy!

Jedna z głów hydry kłapnęła zębami tuż za jej plecami. Druga prawie dosięgnęła jej płaszcza. Materiał rozdarł się z trzaskiem.

— To był mój jedyny porządny płaszcz!

Ami wyrwał do przodu. Arielle skręciła gwałtownie między stare korzenie, ale hydra tylko przyspieszyła. Jedna głowa sunęła nisko przy ziemi, druga uniosła się wyżej, gotowa do uderzenia.

Arielle odruchowo uniosła rękę, zasłaniając twarz.

I wtedy rzeka oszalała.

To znowu się stało.

Samo.

Bez jej zgody.

Nie było burzy.

Nie było wiatru.

Nie było powodu, by spokojny nurt nagle poderwał się jak rozwścieczone zwierzę.

A jednak woda wyrwała się z koryta szeroką falą. Nie rozlała się przypadkowo. Nie spłynęła bezładnie. Skręciła w powietrzu w nienaturalny sposób i uderzyła prosto w obie szyje hydry. Oplotła je zimnym, ciężkim wirem i przycisnęła bestię do błotnistego brzegu.

Hydra zawyła.

Jedna głowa szarpnęła się w lewo.

Druga w prawo.

Woda trzymała.

Przez kilka uderzeń serca potwór był unieruchomiony, jakby sama rzeka zacisnęła na jego szyjach niewidzialne dłonie.

Arielle patrzyła na to szeroko otwartymi oczami.

Pobladła.

Ami zapiszczał.

To ją otrzeźwiło.

— Biegnij — syknęła.

I pobiegła.

Nie oglądała się na rzekę. Nie chciała wiedzieć, jak długo to potrwa. Nie chciała też myśleć, dlaczego w ogóle się wydarzyło.

Za plecami hydra ryknęła jeszcze raz. Woda puściła ją nagle — straciła siłę albo od początku nie zamierzała trzymać jej długo.

Arielle dopadła szerokiego zakola rzeki. Tutaj nurt był głębszy, ciemniejszy, prawie czarny. Jeśli zdołałaby dostać się do skał po drugiej stronie, mogłaby zgubić potwora między drzewami.

Prawie jej się udało.

Hydra została z tyłu. Albo raczej — zatrzymała się przed granicą czegoś, czego nawet ona nie chciała przekroczyć.

Wtedy coś poruszyło wodę przed nią.

Nie fala.

Nie nurt.

Coś pod powierzchnią.

Ami zaskomlał.

Arielle zatrzymała się tak gwałtownie, że prawie upadła.

— Nie — powiedziała cicho. — Już wystarczy.

Czarna woda wybrzuszyła się.

Z głębi wynurzył się wąż.

Ogromny.

Jego ciało było tak grube, że przypominało zatopiony pień drzewa, a łuski lśniły jak mokry kamień. Głowa uniosła się wysoko nad wodą. Wyżej niż Arielle. Wyżej niż koń. Paszcza otworzyła się powoli, ukazując długie, zakrzywione kły.

Hydra za jej plecami syknęła.

Wąż odpowiedział niskim, mokrym dźwiękiem.

— Nie, nie, nie — wymamrotała Arielle. — Ja nie jestem żadną nagrodą w waszej sprzeczce.

Ami zaszczekał na węża.

— Przestań wyzywać wszystko, co ma zęby!

Wąż rzucił się pierwszy.

Arielle odskoczyła, ciągnąc psa za sobą. Wielkie szczęki zamknęły się tam, gdzie przed chwilą stała. Woda rozbryzgnęła się wysoko, zimna i ciężka. Arielle poślizgnęła się na mokrym kamieniu, ale zdołała utrzymać równowagę.

— Biegnij! — krzyknęła.

Tym razem nie do psa.

Do siebie.

Ruszyła wzdłuż brzegu, szukając miejsca, gdzie mogłaby wspiąć się między skały. Pies biegł obok niej, raz po raz oglądając się za siebie. Wąż sunął za nimi przez wodę szybciej, niż coś tak wielkiego miało prawo się poruszać. Jego ciało rozcinało nurt, a łeb co chwilę wynurzał się nad powierzchnię, coraz bliżej.

Arielle uniosła rękę.

Czekała.

Nic.

Tylko zwykła rzeka.

Ciemna.

Zimna.

Obojętna.

— No dalej — wyszeptała.

Woda nie odpowiedziała.

Nie poderwała się.

Nie uderzyła.

Nie pomogła.

Arielle poczuła, jak żołądek zaciska jej się boleśnie.

Nie teraz.

Ale nie teraz.

Gdy hydra była za nimi, rzeka zachowała się jak żywe stworzenie. Teraz, gdy ogromny wąż wodny sunął prosto na nią i psa, nurt płynął spokojnie, jakby nigdy wcześniej nie zrobił nic dziwnego.

— Świetnie — wydyszała. — Magiczna rzeka ma humory. Cudownie.

Ami szczeknął.

— Nie komentuj!

Wąż uderzył ogonem o wodę. Fala przewróciła Arielle na kolana. Błoto chlupnęło pod nią. Pies warknął i stanął przed nią, choć cały drżał.

— Nie! Do mnie!

Nie zdążył się cofnąć.

Wąż otworzył paszczę.

I wtedy ktoś wpadł na potwora z boku.

Przez pierwszą sekundę Arielle pomyślała, że to nie może być człowiek.

Bo człowiek nie rzuca się na coś tak wielkiego z takim impetem.

A jednak był to człowiek.

Nie był olbrzymem — miał może sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu — ale poruszał się tak, jakby każdy mięsień w jego ciele wykuto z ciemnej stali. Łysy, z lekkim, siwiejącym zarostem na szczęce, w ciemnej skórzanej zbroi i futrze narzuconym na barki, wyglądał bardziej jak samotny podróżny niż ktoś, kogo należałoby się bać.

Może najemnik.

Może wędrowiec.

Może ktoś, kto dawno przestał odpowiadać na pytania.

Ale ruszał się inaczej.

Nie jak zwykły człowiek z mieczem.

Jak ktoś, kto od dawna żył po to, by walczyć.

Wpadł na węża jak taran. Ostrze błysnęło. Cięło raz, drugi, trzeci. Za każdym razem trafiało w łuskę, zgrzytało po niej i ześlizgiwało się w bok. Wąż zasyczał i obrócił się ku niemu.

Arielle patrzyła z ziemi, z błotem na policzku i włosami przyklejonymi do twarzy.

Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał.

Jakby była tylko czymś, co przypadkiem leży przy rzece.

To ją natychmiast obraziło.

— Hej! — krzyknęła. — Ja tu prawie umarłam!

Obcy wbił miecz między łuski na szyi potwora.

— To wstawaj.

Miał głos niski, ale zaskakująco czysty. Nie pasował do zakrwawionej skroni, zwartej sylwetki i ciężkiego miecza w dłoni. Mówił spokojnie, prawie oszczędnie, jak człowiek, który trzyma słowa na krótkiej smyczy.

Później miała się przekonać, że kiedy coś naprawdę go poruszało, ta smycz pękała — wtedy mówił szybko, rwanym, chaotycznym rytmem, jakby myśli wypadały z niego szybciej, niż zdążył je uporządkować.

Na razie powiedział tylko dwa słowa.

I oczywiście były irytujące.

Arielle otworzyła usta.

Nie znalazła odpowiedzi.

Co samo w sobie było zjawiskiem rzadkim.

Wąż uderzył ogonem.

Mężczyzna przyjął cios na ramię i pierś. Poleciał w bok, przetoczył się po kamieniach i z hukiem uderzył plecami o skałę. Pies szczeknął. Arielle zaklęła.

Przez chwilę się nie ruszał.

Wąż sunął ku niemu.

Arielle uniosła rękę.

Potem natychmiast ją opuściła.

Nie.

Nie przy obcym.

Nie mogła.

A może już nie potrafiła.

— Wstań — wyszeptała. — No wstawaj, wielki głazie.

Mężczyzna otworzył oczy.

Wąż otworzył paszczę.

Obcy wbił ramię pod górną szczękę bestii, drugą dłonią zaparł się o dolną i całym ciałem wszedł w zwarcie, zanim paszcza zdążyła się zamknąć.

Arielle zamarła.

To było niemożliwe.

A jednak robił to.

Nie był górą mięsa ani olbrzymem z legend. Był człowiekiem średniego wzrostu, twardo zbudowanym, zwartym, osadzonym w ziemi jak wbity klin. A mimo to siła bijąca z jego ramion, barków i pleców była nieludzka.

Mięśnie napięły się pod skórą jak grube powrozy. Zaparł stopy o kamienie. Wąż parł naprzód, próbując zmiażdżyć go ciężarem łba, ale mężczyzna nie puścił.

Warcząc nisko, prawie zwierzęco, skręcił całe ciało i szarpnął łbem potwora w bok.

Wąż uderzył o skałę.

Raz.

Drugi.

Mężczyzna puścił jedną ręką, chwycił miecz i wbił ostrze w miękkie miejsce pod dolną szczęką.

Bestia zawyła.

Nie padła martwa.

Ale zrozumiała.

Ten człowiek nie był łatwym mięsem.

Wąż cofnął się, sycząc, z raną ciemniejącą pod paszczą. Przez chwilę patrzył na obcego jednym czarnym okiem, jakby zapamiętywał jego twarz.

Potem zsunął się do wody.

Zniknął.

Po hydrze zostały tylko rozdeptane trzciny i szeroki ślad mułu prowadzący z powrotem do rzeki.

Las ucichł.

Zostały tylko ich oddechy i szelest rzeki, jakby nic się nie wydarzyło.

Arielle siedziała w błocie, z rozdartym rękawem, brudną twarzą i ciemnymi włosami przyklejonymi do policzka. Pies podbiegł do niej, polizał ją po brodzie, a potem odwrócił się w stronę obcego i zaczął merdać ogonem.

To zauważyła od razu.

Ami nie warczał.

Nie pokazywał zębów.

Nie szczekał ostrzegawczo.

Patrzył na obcego jak na kogoś, kogo można — przynajmniej tymczasowo — zaakceptować.

Arielle zmrużyła oczy.

— Zdrajca — mruknęła do psa.

Ami szturchnął ją nosem w ramię.

Arielle natychmiast złagodniała.

— Ej… nic ci nie jest?

Ami zamachał ogonem.

Arielle chwyciła jego pysk w obie dłonie i obejrzała go z niepokojem.

— Pokaż się. Łapy całe? Uszy całe? Ogon masz? Masz. Oczywiście, że masz, bo musisz nim machać jak idiota po tym, jak prawie nas zabiłeś.

Ami polizał ją po nosie.

— Nie przekupuj mnie — mruknęła. — Jestem na ciebie wściekła.

Ami usiadł i przechylił głowę.

Arielle westchnęła ciężko.

— No dobra. Trochę jestem.

Obcy podniósł miecz z ziemi i otrzepał go o trawę.

— Twój?

Arielle spojrzała na niego z ziemi.

— Pies?

— Nie. Wąż.

— Bardzo śmieszne.

— Nie próbowałem.

Krótko jej się przyjrzał.

Za krótko.

Jakby uznał ją za brudnego włóczęgę w cudzych ubraniach.

Było to rozsądne.

I denerwujące.

Arielle wstała, poprawiając za duże spodnie.

Ruch odsłonił na chwilę zarys jej talii pod luźną koszulą. Płaszcz zsunął się z jednego ramienia, a mokry materiał przylgnął mocniej do jej ciała, zdradzając kobiecą sylwetkę, którą dotąd skutecznie ukrywała.

Mężczyzna spojrzał raz.

Niedługo.

Ale wystarczająco uważnie.

Zmarszczył brwi.

— Jesteś kobietą — powiedział, wyraźnie zdziwiony.

Arielle zesztywniała.

— Genialna obserwacja.

Przez sekundę patrzył na nią poważnie.

Potem roześmiał się krótko, prawie złośliwie, jakby ta sytuacja w końcu wydała mu się odrobinę zabawna.

— Myślałem, że parobek ze wsi. Niedożywiony taki.

Arielle otworzyła usta.

Potem zamknęła.

Potem znów otworzyła.

— Niedożywiony?

— Brudny. W za dużych spodniach. Z psem większym od rozsądku.

— Ty jesteś zakrwawiony, mokry i właśnie siłowałeś się z wężem wodnym, więc może nie zaczynajmy konkursu elegancji.

Kącik jego ust drgnął.

— Słusznie.

— I nie jestem parobkiem.

— Już wiem.

— Ani niedożywiona.

Tym razem jego wzrok przesunął się po niej odrobinę wolniej, ale zaraz wrócił do jej twarzy.

— To też zaczynam podejrzewać.

Arielle poczuła ciepło na policzkach.

Z powodu gniewu, oczywiście.

Wyłącznie gniewu.

— Dziękuję — powiedziała twardo.

Słowo ledwo przeszło jej przez gardło.

Obcy skinął głową.

— Nie łaź sama przy wodzie.

— Nie jestem sama.

Wskazała psa.

Ami usiadł i wystawił język z miną stworzenia bardzo zadowolonego z siebie.

Obcy spojrzał na niego.

— Widzę. Potężna ochrona.

— Bardzo potężna. Głównie emocjonalnie.

Kącik jego ust drgnął znowu.

Prawie uśmiech.

Prawie.

— Mieszkasz gdzieś blisko? — zapytał.

Arielle zawahała się tylko przez ułamek sekundy.

— Tak.

Kłamstwo przyszło zbyt łatwo.

— W wiosce za wzgórzem.

Obcy spojrzał w stronę wzgórza.

Potem na jej buty.

Potem na płaszcz.

Potem na dłonie.

Arielle poczuła, że zauważył więcej, niż powinien.

Za duże ubrania.

Brak kosza.

Brak noża czy worka, które pasowałyby do zwykłej wiejskiej dziewczyny.

Brak śladów pracy w polu.

Zbyt szybki język.

Zbyt uważne spojrzenie.

Zbyt spokojny pies.

— Wioska za wzgórzem spłonęła trzy zimy temu — powiedział.

Arielle zamarła.

Ami szczeknął raz, jakby chciał zaznaczyć, że nie było to jej najlepsze kłamstwo.

— Ty się nie odzywaj — syknęła do psa. — Już wystarczająco dziś pomogłeś.

Ami zamachał ogonem.

Obcy patrzył na nią spokojnie.

Bez złości.

Bez triumfu.

Jak człowiek, który nie ma czasu na cudze tajemnice, ale potrafi je rozpoznać.

Arielle uniosła brodę.

— Mówiłam o innej wiosce.

— Za innym wzgórzem?

— Dokładnie.

— Daleko tych wzgórz?

— Zależy, jak szybko chodzisz.

Tym razem kącik jego ust uniósł się wyraźniej.

Prawie się uśmiechnął.

— Kłamiesz słabo.

— A ty rozmawiasz nieuprzejmie.

— Tak.

— To nie była skarga. Tylko obserwacja.

— Przyjąłem.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie: ona brudna, zadyszana, w męskich ubraniach, z policzkiem usmarowanym błotem i oczami zbyt czujnymi jak na zwykłą dziewczynę z drogi; on łysy, zakrwawiony, mokry od rzeki, z siwiejącym zarostem i mieczem w dłoni.

Nie wyglądał już jak zwykły podróżny.

Nie po tym, co zrobił z wężem.

Ale nadal było w nim coś dziwnie zamkniętego. Jakby jego siła była widoczna od razu, a wszystko inne zamknięte za ciężką bramą.

— Jak masz na imię? — zapytała.

— Thorne.

— To imię czy ostrzeżenie?

— Zależy, kto pyta.

Arielle zawahała się.

Nie powinna była podawać prawdziwego imienia.

A jednak powiedziała:

— Arielle.

Zbyt szybko.

I od razu pożałowała.

Thorne powtórzył cicho:

— Arielle.

W jego ustach jej imię zabrzmiało ciężej. Poważniej. Jakby zostało zapamiętane, a nie tylko usłyszane.

Ami podszedł do niego i obwąchał jego but.

Thorne spojrzał w dół.

— On zawsze tak ufa obcym?

Arielle skrzyżowała ramiona.

— Nie.

To była prawda.

Pierwsza od dłuższej chwili.

Thorne spojrzał na psa, potem na nią.

— Mądry pies.

— Bardziej niż niektórzy ludzie.

— Pewnie dlatego nie mówi.

Arielle parsknęła śmiechem.

Nie chciała.

Wyrwało się samo.

Thorne spojrzał na nią, jakby zaskoczył go ten dźwięk.

Arielle odwróciła wzrok.

— Muszę iść.

— Do wioski za innym wzgórzem?

— Właśnie tam.

— Sama?

— Z psem.

— I z hydrami, wężami wodnymi oraz talentem do pakowania się w kłopoty.

— To bardzo dobra kompania.

Thorne przez chwilę patrzył na rzekę.

Potem powiedział:

— Odprowadzę cię kawałek.

— Nie trzeba.

— Wiem.

— Więc po co?

Spojrzał na psa.

— Bo pies nie warczy.

Arielle zamilkła.

To była głupia odpowiedź.

I dobra.

Zbyt dobra.

Poprawiła płaszcz, próbując ukryć nagłe zmieszanie.

— Kawałek — powiedziała w końcu.

— Kawałek.

Ruszyli ścieżką wzdłuż rzeki.

Ami pobiegł przodem, jakby to wszystko było jego zasługą od samego początku.

Arielle zerknęła ukradkiem na Thorne’a.

— Zawsze rzucasz się na potwory większe od siebie?

— Nie.

— Nie?

— Czasem są mniejsze.

— To miało być zabawne?

— Nie wiem. Rzadko próbuję.

Arielle uśmiechnęła się mimo woli.

Thorne zauważył.

Nic nie powiedział.

I właśnie to było najbardziej niepokojące.

Bo większość mężczyzn, których spotykała, próbowała natychmiast coś wziąć: uwagę, wdzięczność, wyjaśnienie, obietnicę, spojrzenie.

Ten po prostu szedł obok.

Nie olbrzym.

Nie legenda.

Nie rycerz z pieśni.

Człowiek średniego wzrostu, łysy, z siwiejącym zarostem, stalowymi mięśniami i siłą, która nie miała prawa mieścić się w ludzkim ciele.

Ciężki.

Milczący.

Niebezpieczny.

A jednocześnie dziwnie spokojny.

I z jakiegoś powodu pies nadal nie warczał.

Arielle nie wiedziała jeszcze, czy to dobry znak.

Ale wiedziała, że zapamięta jego imię.

Thorne.

Jak cierń.

Jak ostrzeżenie.

Jak coś, czego lepiej nie dotykać.

Więc oczywiście pomyślała, że pewnie i tak kiedyś dotknie.

ROZDZIAŁ 2. GROTA GOBLINÓW

Thorne nie lubił goblinów.

Nie dlatego, że były brzydkie.

Świat był pełen brzydkich rzeczy. Widział żołnierzy po trzech tygodniach marszu, karczmarzy po północy i własną twarz w zimnej wodzie po bitwie. Brzydota sama w sobie nie była przestępstwem.

Gobliny były gorsze.

Były hałaśliwe.

Śmierdzące.

Chciwe.

I miały paskudny zwyczaj śmiać się, zanim człowiek jeszcze zdążył zdecydować, czy chce je zabić.

Leżał na brzuchu między mokrymi korzeniami, z mieczem przy boku i policzkiem przyciśniętym do zimnego kamienia. Przed nim otwierała się jaskinia. Z jej wnętrza sączyło się pomarańczowe światło ognia, a wraz z nim smród pieczonego mięsa i kwaśnego trunku. Dochodziły stamtąd także głosy.

Wiele głosów.

Za wiele.

To nie były małe, piszczące paskudy z opowieści dla dzieci. Te gobliny sięgały niemal wzrostem Arielle, były krępe, szerokie w barkach, o grubych ramionach i karkach jak u bijaków z portowych karczm. Miały zielonkawą, szorstką skórę, wielkie dłonie, krótkie nogi i twarze pełne zębów, blizn i złośliwości.

Siedziały wokół ogniska.

Jedne jadły.

Drugie grały w kości.

Trzecie przeglądały skradzione rzeczy: pasy, sakiewki, noże, garnki, dziecięcą zabawkę, srebrną sprzączkę, damski szal.

Kilka chwiało się na nogach.

Jeden goblin próbował napić się z glinianego dzbana, ale trafił płynem głównie w brodę. Drugi śpiewał coś o martwej kozie i bogatym kupcu. Trzeci zasnął z głową opartą o beczkę, a mimo to nadal trzymał w dłoni topór.

Pijane.

To pomagało.

Trochę.

Pijany goblin nadal był goblinem. Tylko śmierdział mocniej, myślał wolniej i częściej przewracał się o własne nogi.

Thorne naliczył dziewięciu.

Potem dziesiątego.

Potem jeszcze dwa cienie głębiej.

Nie podobało mu się to.

Nie chodziło o kradzieże.

Gobliny zawsze kradły.

Nie podobało mu się, że łupy były zbyt różne, zbyt świeże i zbyt dobrze poukładane.

Ktoś nimi kierował.

Albo płacił im za coś więcej niż zwykły rabunek.

Thorne zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

Honor kazałby mu wejść do środka, stanąć w świetle ognia i wyzwać je do walki.

Rozsądek, który nieczęsto bywał jego przyjacielem, tym razem odezwał się wyjątkowo wyraźnie:

nie bądź idiotą.

Było ich za wielu.

Nawet dla niego.

Pijane czy nie, gdyby zamknęły go w środku, mogłyby go zasypać masą ciał, sieciami, młotami i toporami. A jeśli w jaskini była jeszcze druga droga, mogłyby obejść go od tyłu.

Wtedy usłyszał cichy szelest po drugiej stronie wejścia.

Nie goblin.

Za lekki krok.

Za szybki oddech.

Za dużo kłopotów w jednym ruchu.

Thorne spojrzał w cień.

I zobaczył ją.

Arielle.

Przez chwilę po prostu patrzył.

Nie chciał.

Po prostu nie potrafił jeszcze pojąć, jak idiotyczny był ten widok.

Ona.

Tutaj.

Pod jaskinią goblinów.

W miejscu, gdzie rozsądny człowiek nie wszedłby nawet z kuszą, tarczą i trzema braćmi za plecami.

Arielle przemykała wzdłuż ściany jaskini, z kapturem naciągniętym na głowę i twarzą nadal trochę brudną po porannej ucieczce.

Jej wzrok nie szukał goblinów. Szukał czegoś na ścianach, przy łupach, wśród pasów i worków.

Nie trzymała noża ani sztyletu. Żadnej broni, którą naprawdę można było zatrzymać goblina.

Trzymała kij.

Drugą dłonią odruchowo dotykała czegoś przy pasie. Małego woreczka, którego nie powinno się wrzucać w ogień, jeśli człowiek lubił oddychać bez kaszlu.

Kij miał sens, jeśli chciała ogłuszyć człowieka. Nie miał sensu, jeśli chciała przeżyć spotkanie z bandą goblinów.

Porządny, ciężki, wybrany z głową — ale jednak kij.

Thorne poczuł cierpki smak pod językiem.

Kij.

Przeciw goblinom.

Przeciw istotom, które biły dla zabawy, kradły dla śmiechu, a samotnych wędrowców potrafiły zostawić w rowie bez butów, zębów i połowy godności.

Albo gorzej.

Dużo gorzej.

Nie była głupia. To widział już wcześniej. Miała szybki język, szybkie oczy i ten rodzaj czujności, którego nie uczy się przy spokojnym życiu za płotem wioski.

Więc czemu, do cholery, tu była?

Za nią szedł pies.

Z miną kompletnie niewinnego zdrajcy.

Thorne bardzo powoli przyłożył palec do ust.

Ami zamachał ogonem.

Arielle odwróciła głowę.

Zobaczyła Thorne’a.

Zamarła.

Przez jedno uderzenie serca patrzyli na siebie w milczeniu.

Thorne spojrzał na nią tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie wszedł boso do gniazda os, a potem jeszcze zapytał, czy osy mają coś przeciwko.

Arielle bezgłośnie poruszyła ustami:

— Co ty tu robisz?

Thorne odpowiedział równie bezgłośnie:

— Ja?

A potem wskazał spojrzeniem na jaskinię, gobliny, jej kij i psa.

Arielle zmarszczyła brwi, najwyraźniej urażona jego argumentem.

Thorne poczuł, że zaczyna go boleć głowa.

Nie od rany.

Od niej.

Dziewczyna z wioski.

Akurat.

Wiejska dziewczyna nie podchodzi sama do jaskini goblinów. Nie śledzi bandy po lesie. Nie trzyma kija tak, jakby wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało, ale nie zabiło. Nie patrzy na zagrożenie z takim strachem i takim uporem naraz.

Była zbyt odważna.

Albo zbyt zdesperowana.

A czasem to było to samo.

Ami szczeknął.

Cicho.

Ale w jaskini cisza umarła natychmiast.

Kilka goblińskich głów odwróciło się w ich stronę.

Potem kolejne.

I kolejne.

Thorne westchnął.

— Wredne kundlisko — mruknął.

Arielle syknęła:

— Nie obrażaj mojego psa.

— On właśnie obraził naszą szansę przeżycia.

Pierwszy goblin podniósł się z ziemi.

Sięgał Arielle niemal do czubka głowy i był dwa razy szerszy. W jednej dłoni trzymał kość z mięsem, w drugiej krótki, zardzewiały topór. Chwiał się lekko, a winą za krzywą postawę zdawał się obarczać grunt.

Uśmiechnął się.

— Patrzcie. Dziewka.

Drugi goblin wstał za nim i czknął.

— I łysy.

Trzeci zachichotał.

— Łysy ma miecz.

Czwarty splunął w ogień, ale nie trafił. Ślina wylądowała mu na własnym kolanie.

— Zabierzemy miecz.

Piąty spojrzał na psa.

— I psa.

Arielle natychmiast zrobiła krok przed zwierzęciem.

— Spróbuj, zielona pokrako.

Thorne spojrzał na nią z ukosa.

— Miałaś plan?

— Miałam.

— Nadal go masz?

— W tej chwili go przerabiam.

— Na co?

— Na coś bardziej widowiskowego.

— Czyli nie masz.

— Mam talent do improwizacji.

Gobliny ruszyły.

Nie wszystkie naraz.

I to było gorsze.

Mimo pijaństwa nie zachowywały się całkiem jak chaotyczna banda. Rozchodziły się szerokim łukiem, powoli odcinając drogę do wyjścia. Dwa zostały przy ogniu. Trzy poszły bokiem, choć jeden po drodze potknął się o beczkę i zaklął tak soczyście, że Arielle aż uniosła brwi. Jeden zniknął w ciemnym przejściu po lewej.

Thorne zobaczył to i poczuł znajome zimno pod skórą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij