-
nowość
-
promocja
Czarujący pensjonat panny Swan dla magicznych gości - ebook
Czarujący pensjonat panny Swan dla magicznych gości - ebook
Sera Swan była niegdyś jedną z najpotężniejszych czarownic w Wielkiej Brytanii. Kiedy rzuciła supermocne i supernielegalne zaklęcie, by ocalić ukochaną ciotkę Jasmine, utraciła większość magii i została wygnana z magicznej Gildii. Nie pozostało jej nic innego, jak skupić się na prowadzeniu pensjonatu w Lancashire. Zapupie to nie jest miejsce, gdzie można po prostu przenocować. To zaklęty przez Serę w jej poprzednim życiu magiczny dom, który czasem zachowuje się w sposób całkiem nieposkromiony, ale za to przyciąga tych, którzy naprawdę potrzebują zaopiekowania. I zawsze wyjeżdżają wdzięczni.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-473-8 |
| Rozmiar pliku: | 5,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie była to idealna pogoda na wskrzeszanie ciotki, ale magiczna moc Sery Swan, choć imponująca, nie miała najmniejszego wpływu na nieznośnie błękitne niebo. Jesień dopiero co zawitała do północno-zachodniej Anglii, niosąc ze sobą nietypowo promienną aurę, liście w kolorze płonącego złota i przypieczonego pomarańczu oraz – co najbardziej niepokojące – truposzkę w ogrodzie za domem.
– Najpierw przydałaby ci się herbata – zauważyła Clemmie. – Jesteś w rozsypce. Nie możesz wskrzeszać ludzi cała zapłakana i zasmarkana.
Sera postanowiła zignorować tę zniewagę, a także jej wątpliwą logikę.
– Jesteś pewna, że to zadziała?
– Czy ja bym cię okłamała?
– Okłamałaś mnie godzinę temu, kiedy powiedziałaś, że Wróżka Zębuszka zjadła resztkę masła orzechowego. Wróżka Zębuszka! Ile twoim zdaniem mam lat?
– Okej, okej, w porządku – ucięła pospiesznie Clemmie. – Może w przeszłości zdarzyło mi się coś zmyślić, ale dojrzałam.
Sera była przekonana, że zerwana truskawka dojrzałaby prędzej niż Clemmie, ale zachowała to dla siebie.
Clemmie machnęła puszystym rudym ogonem, obróciła się i podreptała do domu.
– No, idziesz? Jasmine nie żyje, a ja nie mam przeciwstawnych kciuków. Herbata sama się nie zrobi.
Dobrze się złożyło, że w ten weekend pensjonat stał pusty i nikt nie był świadkiem tej sytuacji, bo była to sytuacja zdecydowanie osobliwa. Przypominała początek kiepskiego dowcipu. „Truposzka, czarownica i lisica wchodzą do baru…”
(Właściwie to raczej truposzka i dwie czarownice, z których jedna była uwięziona w postaci małej pulchnej rudej lisicy. Sera nie wiedziała, czy to wyjaśnienie ulepszyłoby dowcip).
Sera, która miała piętnaście lat i – szczerze mówiąc – nie miała pojęcia, co robić, zawahała się nad ciałem ciotki. Naprawdę zamierzała rzucić zaklęcie, opierając się wyłącznie na słowach Clemmie? Clemmie, która pojawiła się znikąd kilka tygodni temu i jeszcze nie udzieliła żadnych konkretnych odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę jest i jak została uwięziona w postaci lisicy. Była całkowitym przeciwieństwem osoby godnej zaufania, ale Sera musiała jej zaufać, bo inaczej straciłaby ciotkę Jasmine na zawsze.
Doszły do wniosku, że Sera ma mnóstwo mocy, ale za mało wiedzy, Clemmie zaś ma mnóstwo wiedzy, ale za mało mocy. Teraz tylko to się liczyło. A poza tym – nawet jeśli Clemmie ją okłamywała, co by to zmieniło? Jasmine była martwa. Nieudane zaklęcie wskrzeszające nie mogło uczynić jej bardziej martwą.
Błękitne niebo rozpościerało się nad nimi, wciąż niedopuszczalnie radosne. Nie do wiary, że minęło zaledwie kilka minut, odkąd Clemmie przyszła do kuchni, oznajmiła: „Jest problem, którym musisz się zająć na zewnątrz, ale wiedz, że nie cierpię łez i histerii”, i poprowadziła ją do ogrodu, gdzie Jasmine padła trupem. Sera nie pamiętała zbyt wiele z tego, co wydarzyło się potem, choć podrażnione oczy podpowiadały jej, że było dużo łez i jedna albo dwie histerie.
Pamiętała za to, że poszła szukać telefonu. Uznała, że rozsądnie będzie zadzwonić na numer alarmowy i pozwolić komuś dorosłemu zająć się tą sprawą.
Clemmie na to cmoknęła i powiedziała coś, od czego Serę zamurowało.
– To strasznie nużące. Spodziewałam się, że Jasmine ma dość zdrowego rozsądku i dobrych manier, żeby nie umierać w ogrodzie. W taki ciepły dzień szybko zgnije. Musimy działać od razu.
– O czym ty mówisz?
Wtedy Clemmie wyjawiła, że wie, jak wskrzeszać zmarłych. Jako kolekcjonerka rzadkich, potężnych zaklęć o wątpliwej legalności i jeszcze bardziej wątpliwej moralności znała wszelkiego rodzaju magiczne formuły, których nie znali inni. Sera już to wiedziała, ponieważ Clemmie wspominała o tym przy każdej możliwej okazji. Nigdy nie miała mocy, by rzucać większość z nich, przyznała nieco rozdrażniona, ale to nie osłabiło jej zamiłowania do bycia bardziej obeznaną od wszystkich.
Sera nie wiedziała jednak, że to konkretne zaklęcie też znajdowało się w skarbcu Clemmie. Legalność zaklęcia wskrzeszającego nie budziła żadnych wątpliwości. Było ono całkowicie nielegalne.
– To prawo z czasów, kiedy czarownice faktycznie dysponowały magią niezbędną do rzucania zaklęć tego kalibru – wyjaśniła Clemmie. – Żadna z nas nie miała takiej mocy od wieków. – Przechyliła swoją lisią głowę i badawczo przyjrzała się Serze. – Chociaż ty możesz mieć. Jesteś najbardziej utalentowaną czarownicą, jaką Gildia widziała, odkąd pojawił się Albert Grey. Może naprawdę uda ci się sprowadzić Jasmine z powrotem.
– Powiedz mi, co mam robić – poprosiła natychmiast Sera.
– Nie chcesz chwilę pomyśleć?
– Nie. – Właśnie tego Sera chciała uniknąć.
Gdyby zaczęła myśleć, serce pękłoby jej na myśl o stracie kobiety, która była dla niej bardziej jak rodzic niż jej prawdziwi rodzice. Nie, myślenie nie wchodziło w grę.
– Takie zaklęcie będzie wymagało od ciebie ogromnej ilości magii – ostrzegła Clemmie.
– Mam jej aż nadto.
– A co z Gildią? Co się stanie, jeśli się dowie?
Wybór między miłością do Jasmine a lojalnością wobec Brytyjskiej Gildii Magii nie sprawiał Serze zbytniej trudności. Gildia była surowa, sztywna i za bardzo lubiła patrzeć z góry na prawie wszystkich. Snobizm (i obowiązująca przez pokolenia wynikająca z niego endogamia) prowadził do tego, że spośród wszystkich czarownic i czarowników rodzących się w kraju każdego roku zdecydowana większość przychodziła na świat w jakichś piętnastu rodzinach, które mogły prześledzić swoją magiczną historię aż do założenia Gildii w siedemnastym wieku. Ledwie te cenne skarby nauczyły się stawiać pierwsze kroki, zaczynały edukację o magii i swojej wrodzonej wyższości w okazałej rezydencji Gildii w hrabstwie Northumberland.
Prawda, że do tej samej nauki zapraszano również młode osoby urodzone poza tymi dostojnymi kręgami, warto jednak wspomnieć, że te, które przyjmowały zaproszenie, z pewnością traktowano inaczej, kiedy już tam dotarły. (Na szczęście po ustaleniu, że magia istnieje i – co więcej – że potrafią nią władać, większość rozsądnych osób z zewnątrz stwierdzała, że tajemnicze i nieznane dotychczas gildie nie są godne zaufania, i postanawiała uczyć się w domu z książek, które Gildia im przysłała).
Matka Sery nie miała nawet jednego magicznego mieszka włosowego. Poza tym była Islandką, ergo – była obca. Ojciec Sery zaś miał ograniczoną moc i był pierwszym znanym czarownikiem w historii swojej rodziny. Poza tym był Indusem, ergo – był bardzo obcy. Wobec braku uznanego przez Gildię rodowodu Sery nikt ze znamienitego towarzystwa nie zadał sobie trudu, by zbadać sprawę, kiedy ciotka Jasmine – która zaopiekowała się maleńką, psotną, sprawiającą kłopoty dwuletnią Serą, gdy jej rodzice wyruszyli na jedną ze swoich licznych przygód – odrzuciła kurtuazyjną ofertę kształcenia dziewczynki w rezydencji.
Minęło osiem lat. Sera nauczyła się każdej książki wysłanej przez Gildię praktycznie na pamięć, zanim Albert Grey, najpotężniejszy czarownik w kraju, zauważył, że w jednym z comiesięcznych listów z postępami dziewczynki wspomniano o skutecznym rzuceniu zaklęcia znacznie wykraczającego poza umiejętności większości dorosłych czarownic, a co dopiero dziesięciolatek. Razem z kanclerzem Gildii przybyli do pensjonatu i uparli się, całkowicie ignorując protesty Jasmine, żeby Sera natychmiast wyruszyła do rezydencji i zaczęła zdobywać odpowiednie wykształcenie jako uczennica Alberta.
To wydarzyło się pięć lat temu. Tyle czasu spokojnie wystarczyło, żeby odkryć dokładnie, czym Gildia jest, a czym nie.
Wszystko to sprowadzało się do jednego: nikt się Serą nie przejmował, dopóki nie okazała się zbyt utalentowana, żeby ją ignorować. Więc jeśli o nią chodziło, Jasmine, która kochała ją bezwarunkowo, odkąd tylko się spotkały, była dla niej najważniejsza.
Teraz Sera otarła ostatnie łzy z twarzy, odwróciła się od truposzki leżącej u jej stóp i poszła za Clemmie do domu.
Idąc przez kuchnię, by nastawić czajnik, poczuła słodki zapach chleba sodowego, który upiekły razem z Jasmine tego ranka, i znajomą woń kremu Nivea ciotki. W jej gardle uformowała się i zadomowiła gruda. A jeśli zaklęcie nie zadziała?
To było strasznie niesprawiedliwe. Jasmine liczyła sobie tylko pięćdziesiąt sześć lat. Miała stopę końsko-szpotawą i chodziła o lasce, ale Sera nie pamiętała, kiedy jej ciotka ostatni raz choćby się przeziębiła! Dlaczego nie dano jej żyć jeszcze kolejne trzydzieści lat?
Filiżanka przesłodzonej herbaty nieco uspokoiła jej nerwy, choć przez niecierpliwe cmokanie Clemmie prawie ugotowała sobie język, gdy próbowała za szybko wypić gorący płyn.
– Skończyłaś? – zapytała Clemmie. – Chodźmy. Wystarczająco długo się ociągałyśmy. A jeśli ktoś przyjdzie wynająć pokój? Nie potrzebujemy świadków.
Zadzwonił telefon i Sera podskoczyła.
– Zignoruj to – rzuciła Clemmie.
Sera zignorowała Clemmie. Na jej telefon dzwonili tylko rodzice (rzadko) i jej najlepsza przyjaciółka (co najmniej dwa razy dziennie). Doskonale wiedziała, że niezależnie od tego, kto dzwoni, będzie dzwonić, dopóki Sera nie odbierze, a to nie pomoże jej skoncentrować się na najtrudniejszym zaklęciu, jakie kiedykolwiek miała rzucić, więc sięgnęła po telefon i odebrała.
– Halo? – Głos ochrypł jej od płaczu, ale była pewna, że brzmi prawie normalnie.
– Mam wspaniałą wiadomość! – pisnęła Francesca na linii. Jej zwykle rześki głos i nienaganna wymowa zgubiły się w ewidentnie wielkim podekscytowaniu. – Nigdy nie zgadniesz!
– Francesco, nie mogę…
– Ojciec chce, żebyś pojechała z nami na narty w te święta!
Sera potrzebowała chwili, żeby zrozumieć sens tych słów. Trapiona myślami o śmierci i nielegalnych zaklęciach uznała „narty” za koncept z innego wszechświata.
– Hmm, to bardzo miło – odpowiedziała uprzejmie i skrzywiła się, gdy usłyszała brak entuzjazmu w swoim głosie.
Z Albertem Greyem, który był nie tylko jej nauczycielem, ale także ojcem Franceski, Serę łączyła skomplikowana relacja. Kiedy przyjął ją na uczennicę i wprowadził do surowego, acz oszałamiająco magicznego świata Gildii, miała dziecinną, naiwną nadzieję, że stanie się dla niej kimś w rodzaju ojca. W końcu ona i Albert byli dwojgiem najpotężniejszych czarowników w kraju, co wiązało się z ogromnymi przywilejami, ale również z wielką samotnością. Nie było nikogo takiego jak oni.
Każdemu, kto patrzył z zewnątrz, Albert prawdopodobnie wydawał się serdeczny i ojcowski, ale Sera nigdy nie mogła pozbyć się wrażenia, że gra. Że w rzeczywistości chowa do niej urazę za wtargnięcie w przestrzeń, którą lubił rządzić sam.
Na szczęście Francesca była zbyt podekscytowana, żeby zauważyć ton Sery.
– Proszę, powiedz, że pojedziesz, Sero! Wiem, że nie chcesz zostawiać ciotki Jasmine samej na święta, więc przekonałam ojca, żeby ją też zaprosił. Pojedziecie, prawda?
Sera była wzruszona tym gestem, ale Clemmie dreptała przed nią w tę i z powrotem i wskazywała łapą na zegar, więc czarownica miała trudność ze sformułowaniem odpowiedzi, na jaką jej przyjaciółka zasługiwała. Z poczuciem winy spróbowała zakończyć rozmowę.
– Przepraszam, czy możemy porozmawiać o tym później?
– Co się dzieje?
– Trochę źle się czuję. Zadzwonię wieczorem, dobrze?
– Słyszę, że mnie nie zaprosili – zauważyła Clemmie, gdy tylko Sera się rozłączyła.
– Nie wiedzą o twoim istnieniu – zwróciła jej uwagę Sera. – Zapomniałaś, że z osiemnaście razy ostrzegałaś mnie, żebym nikomu o tobie nie mówiła?
Clemmie fuknęła niezadowolona.
– Chodź. Dość czasu już zmarnowałyśmy.
Ogród, zielony, letni i zarośnięty, dość gwałtownie opadał w dół. Był skąpany w słońcu oraz różach, żółciach i bieli polnych kwiatów. Na dole, za małym sadem owocowym, ulem i niewielkim kopcem trawy, pod którym pochowały ukochanego koguta Jasmine, niski kamienny mur i ażurowy łuk ustępowały miejsca wąskiej ścieżce i falistym zielonym wzgórzom.
Gdy Clemmie okrążała milczące ciało ciotki Jasmine, mamrocząc pod nosem coś o kierunkach kompasu i grobowej magii, Sera uklękła na trawie w cieniu drzew cytrusowych i ścisnęła zimną dłoń ciotki.
– Będzie dobrze – szepnęła. – Obiecuję.
Clemmie zatrzymała się obok Sery i usiadła na tylnych łapach.
– Gotowa? Powtarzaj za mną.
Magia to zabawna sprawa. Człowiek albo się z nią rodzi, albo nie, ale to, ile jej posiada i jak się ona objawia, jest dla czarownicy tak unikatowe jak odcisk palca. W przypadku Sery był to dziki, radosny prąd, który posyłał ją w nocne niebo oświetlone tysiącami migoczących gwiazdek, a każda świeciła jasno jak słońce. (W przypadku Clemmie, zanim straciła zdolność jej używania, były to zęby i pazury, co do niej pasowało, jako że teraz miała jedno i drugie).
Rzucanie zaklęć nie było tak kameleonowe jak sama magia, ale dało się to robić na tuzin różnych sposobów. Niektóre na przykład rzucano samą myślą, inne – ruchem palców, skrupulatnym wiązaniem schludnych węzłów albo z pomocą listy składników. Do tego dochodziły rzadkie zaklęcia, czary, które umiała przywołać tylko garstka czarownic. Te trzeba było wypowiadać na głos – ukształtowane i zawarte w upiornym muzycznym dialekcie czarnoksięstwa, inaczej mogły pójść bardzo źle.
Sera rzucała już podobne zaklęcia, ale gra nigdy nie toczyła się o tak wysoką stawkę. Czuła ucisk w gardle, serce biło jej szybko, kręciło się jej w głowie, mimo to wypowiedziała stosowne słowa bez wahania.
Gdy tylko skończyła wymawiać zaklęcie, jej magia odpowiedziała. Całe galaktyki gwiazd eksplodowały za jej zamkniętymi powiekami i od razu zrobiło jej się lepiej – poczuła się uskrzydlona, smutek stracił swoją ostrość, a opuszki palców zamrowiły z radości.
To właśnie dlatego tak bardzo kochała magię.
Otworzyła oczy.
Jej dłonie były oplecione nićmi ciepłego, delikatnego światła, niby stworzonymi z łatwo rozpuszczalnej substancji snów. Zaklęcie nabrało kształtu i było gotowe do rzucenia.
Sera zebrała nici, położyła dłonie na sercu Jasmine i nacisnęła. Lśniące pasma tańczyły między jej palcami, jakby była Rumpelsztykiem przy krośnie.
Światło popłynęło z palców Sery do serca Jasmine, wypełniając zimną skórę ciepłem i magią.
„Bij – rozkazała Sera cichemu sercu pod swoimi dłońmi. – Bij”.
Cudowna, oszałamiająca radość ustąpiła miejsca igiełkom bólu. Uczucie było tak niepokojące i nieznane, że Serę na moment ogarnęły wątpliwości. Zaklęcie czerpało z niej więcej mocy, niż kiedykolwiek wcześniej musiała z siebie dać.
Miała jeszcze czas, żeby się cofnąć, żeby zerwać połączenie i zabrać magię, ale nie mogła tego zrobić. Musiała kontynuować dla Jasmine.
Świat się przechylił. Sera oparła dłoń o trawę, by utrzymać równowagę, i nie zauważyła, że odrobina zaklęcia wniknęła w ziemię.
Nagle w cudowny sposób sztywne kończyny Jasmine zmiękły. Jej szarzejąca skóra nabrała nowego koloru – zdrowego, różowego odcienia, który zadomowił się na ciepłym brązie jej policzków. Jej serce zabiło z wigorem.
Otworzyła oczy i natychmiast spojrzała na Serę. Bardzo delikatnie ją zganiła:
– Ależ kochanie, jak mogłaś pozwolić mi zasnąć w takim miejscu? Słońce okropnie wpływa na skórę!
Sera zwiesiła ramiona wyczerpana. Szloch szczęścia i oszołomienia utknął jej w gardle, ale stłumiła go, wytarła dłonią mokre oczy i uśmiechnęła się niepewnie.
– Nie spałaś – wyznała, sięgając po leżącą na ziemi laskę Jasmine. – Byłaś martwa, więc Clemmie i ja przywróciłyśmy cię do życia.
Jasmine, która nigdy nie lubiła robić zamieszania i ceniła sobie zdrowy rozsądek, przyjęła tę nowinę spokojnie.
– To bardzo mądrze z twojej strony, kochana – powiedziała. – Jesteś za młoda, żeby radzić sobie sama, a twoi rodzice są fatalnymi kucharzami.
– I fatalnymi rodzicami – zauważyła Sera.
Jasmine cmoknęła.
Z laską w jednej ręce, drugą oparta o ramię Sery, Jasmine powoli podniosła się z ziemi. Była delikatną, szczupłą kobietą, która wyglądała tak, jakby mógł przewrócić ją silny podmuch wiatru (i rzeczywiście silnym podmuchom wiatru w Lancashire się to zdarzało), ale nawet po swojej przedwczesnej śmierci była nienagannie poukładana. Jej włosy, bujne i czarne dzięki sumiennemu stosowaniu henny, nadal tkwiły w schludnym koku, jej burgundowa pomadka ani odrobinę się nie rozmazała, długa, elegancka, obszyta koronką koszula nocna jakimś cudem pozostała niepognieciona i żaden z jej specjalnie wykonanych butów nie zsunął się ze stopy w całym tym chaosie.
Sera mocno przytuliła ciotkę.
– Nigdy więcej mi tego nie rób.
– Och, kochanie – odpowiedziała czule Jasmine.
Właśnie w tym momencie w dole ogrodu coś się wydarzyło. Pszczoły w ulu, zazwyczaj spokojne i łagodne, bzyczały, potwornie czymś urażone.
Ze wzburzonej kępy trawy obok ula dobiegło piskliwe i radosne gdakanie każące Clemmie cofnąć się z oburzeniem. Za gdakaniem podążyła energiczna plątanina kości, która poczłapała prosto do Jasmine.
– Gdak – powiedział szkielet, po ponownym przyjrzeniu się uderzająco podobny do koguta.
Sera rozdziawiła usta. Jasmine krzyknęła z czystej radości.
– Koko!
– Brawo – mruknęła Clemmie do Sery. – Właśnie dziś rano pomyślałam, że nie potrzebujemy nowego kominka albo fajnego auta, tylko pieprzonego wskrzeszonego koguta.ROZDZIAŁ DRUGI
To powinno być całkowicie szczęśliwe zakończenie, ale niestety los miał inne plany. Ledwie dwa dni później Sera, wciąż wstrząśnięta śmiercią i późniejszym wskrzeszeniem Jasmine, dokonała bardzo niepokojącego odkrycia.
– Clemmie – szepnęła, żeby Jasmine nie usłyszała. – Clemmie, gwiazdy prawie całkiem zniknęły.
Clemmie stała po drugiej stronie pokoju i podejrzliwie obserwowała koguta, którego Sera nieumyślnie wskrzesiła, ale na te słowa nadstawiła lisich uszu i przydreptała do Sery siedzącej na kanapie i tulącej poduszkę do piersi.
– Co masz na myśli? Jakie gwiazdy?
– Te we mnie. – Sera przełknęła ślinę, starając się nie wpaść w panikę. Jedynym, na co zawsze mogła liczyć bez względu na wszystko, były gwiazdy. – Te, które widziałam za każdym razem, gdy zamykałam oczy. Kiedyś były ich całe galaktyki, ale teraz widzę tylko kilka konstelacji.
Clemmie spojrzała na Serę skonsternowana.
– Bzdury, bzdury i jeszcze raz bzdury! Byłam przekonana, że to się nie stanie!
Nie na taką odpowiedź liczyła Sera.
– Że co się nie stanie?
– Przesadziłaś – oznajmiła Clemmie tonem sugerującym, że to ona jest najbardziej poszkodowaną osobą w tej sytuacji. – Z magią jest jak ze wszystkim innym. Wyczerpuje się, kiedy jej używasz, i potrzeba czasu, odpoczynku i herbatki, żeby ją uzupełnić.
– To znaczy, że muszę po prostu jeszcze trochę poczekać? – spytała z nadzieją Sera. – Bo zaklęcie wskrzeszające było tak potężne?
– Cholera, mam taką nadzieję – odparła Clemmie. – Ale sytuacja nie napawa mnie optymizmem. Powinnaś była przestać, kiedy zaczęło boleć. Myślę, że przesadziłaś tak bardzo, że nie tylko wyczerpałaś gwiazdy. Myślę, że złamałaś niebo. Nie może pomieścić wszystkich gwiazd, które miałaś. Te konstelacje, które widzisz, to wszystko, co ci zostało.
Sera wpiła paznokcie w miękką tkaninę poduszki. Wszystko się w niej buntowało na słowa Clemmie, ale czuła, że kryje się w nich prawda. Czuła w ciele ciężar, którego wcześniej nie było. Czuła, że tam, gdzie kiedyś nieskończone niebo otulało jej magię i ją ochraniało, niezliczone rany cicho i nieprzerwanie krwawiły gwiezdnym pyłem.
– Może po prostu potrzebuję więcej czasu – powiedziała zdesperowana. – Moja magia wróci. Musi.
– Oby – mruknęła Clemmie. – Bo bez niej utknę tak na zawsze.
Sera zamrugała, chwilowo rozproszona.
– Miałaś nadzieję, że złamię klątwę, która zamieniła cię w lisicę? Dlatego przyszłaś do pensjonatu? Czemu nie poprosiłaś wcześniej?
– Zmierzałam do tego! – zawołała oburzona Clemmie. – Znasz mnie dopiero kilka tygodni. Gdybym zaczęła naciskać za prędko, mogłabyś odmówić! Uwierz mi, żałuję, że po prostu nie poprosiłam!
– Moja magia wróci – powtórzyła wściekle Sera.
Udała, że powaliła ją grypa, i odłożyła powrót do rezydencji Gildii z nadzieją, że jej magia potrzebuje kilku dni. Z nadzieją, że galaktyki wrócą na swoje niebo.
Nie udało się. Rozległe ciemne przestrzenie za jej powiekami pozostawały niezmienione, przerywane jedynie przez garstkę upartych gwiazd, które przetrwały. Codzienne zaklęcia, które przychodziły jej łatwo niczym oddychanie, takie jak łagodzenie bólu w stopie Jasmine czy przemienianie lepkiej masy w pyszne ciasto w cztery sekundy, teraz były niemożliwe. Jej magia nie wróciła.
Panika ustąpiła osłupieniu, a osłupienie – złamanemu sercu. Sera zamykała się w swoim pokoju i płakała. Magia, którą tak bardzo kochała i traktowała jak coś oczywistego, ją opuściła. Sera nie wiedziała, kim jest bez niej.
Jeśli ostatnie pięć lat w Gildii czegoś ją nauczyły, to tego, że jej moc jest wszystkim. Od chwili, w której przybyła do wysokiego, ozdobionego gargulcami zamku w Northumberland, jej nauczyciele, w tym Albert Grey, poddawali ją kolejnym testom, by dowiedzieć się, jak wielką moc posiada. Otoczona błyszczącymi pracowniami, nieskończonymi bibliotekami i magią, naprawiała złamane kości. Przemieniała złom w złoto. Zaczarowywała bele jedwabiu tak, by nawet kula nie mogła ich przebić.
„Jesteś przyszłością magii, Sero Swan – mawiał stary, rozedrgany kanclerz Bennet, nieświadomy tężejącej miny Alberta. – Nie sądzisz, Albercie? Toż to twoja następczyni!”
Wszyscy zgadzali się, że Serę czeka świetlana przyszłość.
A teraz ta przyszłość przepadła.
Dni mijały, mieszając się w burzy żalu, aż w końcu nieuchronnie pojawił się również strach. Sera nie czuła się gotowa stawić czoła przyszłości bez magii, ale nie miała wyboru. Nie mogła w nieskończoność odkładać powrotu do Gildii.
– Muszę wracać – powiedziała do Clemmie.
– Oczywiście, że musisz. Jeśli istnieje jakiś sposób na odzyskanie twojej magii, nie znajdziesz go tutaj. Potrzebujesz biblioteki Gildii.
– A to? – Sera wskazała na swoją niemal bezmagiczną postać. – Jak mam wyjaśnić to?
– Oczywiście kłamiąc w żywe oczy – odparła natychmiast Clemmie. – Powiedz im, że obudziłaś się któregoś ranka, a twoja magia po prostu zniknęła. Absolutnie nie mogą się dowiedzieć, że rzuciłaś stanowczo zakazane zaklęcie wskrzeszające, bo zorientują się, że to ja cię go nauczyłam.
Zanim Sera zdążyła zapytać, dlaczego mieliby dojść do takiego wniosku i co więcej, dlaczego Clemmie bała się przyciągać uwagę Gildii, Jasmine wetknęła głowę do kuchni.
– Kochanie, czy mogłabyś zaprowadzić panią Cooper i jej córeczkę do ich pokoju?
Sera się zgodziła. Jasmine bolała stopa, jeśli zbyt często chodziła po licznych schodach pensjonatu, więc kiedy ponownie otworzyła przybytek, zatrudniła małomówną kobietę z wioski, żeby codziennie rano przychodziła na godzinę sprzątać cztery pokoje gościnne. Zdolność Bryony do czyszczenia zlewów na błysk i prasowania pościeli w kant była godna pozazdroszczenia, ale pracownica unikała wszystkich prócz Jasmine i z tego powodu nie nadawała się do zajmowania się gośćmi.
– Cieszę się, że miałyście wolny pokój – powiedziała pani Cooper do Sery cichym, zmęczonym głosem, gdy wchodziły po schodach w skrzydle dla gości. – Jechałam tak długo, że dosłownie zasypiałam za kierownicą, ale skręciłam w boczną drogę i zobaczyłam wasz pensjonat. To była magia.
– Magia nie istnieje, mamusiu – zachichotała jej córeczka, a Sera uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu dni.
Pensjonat był bardziej magiczny, niż jego goście zdawali sobie z tego sprawę. Sam dom miał prawie dwieście lat i należał do pewnego nieudolnego wicehrabiego, zanim entuzjastyczny oberżysta nabył go i nazwał Zapupiem z powodów, których Sera nigdy nie pojęła. Od tamtej pory przybytek kilkukrotnie zmieniał właścicieli – był domem dla samotnych matek, szpitalem podczas pierwszej wojny światowej, a potem znów pensjonatem, aż wreszcie skończył jako niechciany i zaniedbany element czyjegoś spadku.
Tu wkroczyli rodzice Sery. Zauroczeni nazwą, historią i przeciekającą, rozsypującą się ruiną kupili pensjonat. Postanowili, że przywrócenie go do dawnej świetności będzie ich kolejną wielką przygodą.
Z magią ojca i pieniędzmi matki doprowadzili stary dom do stanu niemal mieszkalnego. Nie pozwolili również na zmianę nazwy, Sera przez całe życie mieszkała zatem pod nieznośnie absurdalnym adresem: Sera Swan, Zapupie, Briercliffe, Lancashire.
Jak to mieli w zwyczaju, rodzice szybko znudzili się domem, a także rodzicielstwem, więc kiedy Sera miała dwa latka, zaprosili Jasmine, ulubioną ciotkę jej ojca, żeby przeniosła się z południa Indii do tej uroczej, ale odludnej prowincji w północno-zachodniej Anglii. Jasmine ledwie rozpakowała walizki, a rodzice Sery wyjechali, skłonni do odwiedzania córki tylko kilka razy w roku przez resztę jej dzieciństwa.
Z perspektywy czasu wszyscy wyszli na tym dobrze. Oni dostali swoje przygody, Jasmine dostała Serę, a Sera dostała Jasmine.
Zdawszy sobie sprawę, że pieniądze, które rodzice Sery wysyłali na ich utrzymanie, pokrywały niewiele więcej niż hipotekę, z natury bardzo gościnna Jasmine stwierdziła rozsądnie, że najlepszym rozwiązaniem będzie ożywić stary pensjonat. Tryskająca magiczną energią Sera chętnie pomagała jej dzięki swoim sprytnym zaklęciom.
A potem, krótko po dziesiątych urodzinach Sery, trafiło im się kilka niełatwych miesięcy. Przeżyły epidemię trudnych gości, z gatunku takich, co to pojawiają się i oczekują poszewek z jedwabiu morwowego, po czym robią aferę, odkrywszy, że pensjonat typu bed and breakfast w rzeczywistości nie serwuje śniadania do łóżka. Kiedy szczególnie krzykliwa parka doprowadziła Jasmine do łez, drżąca z wściekłości Sera rzuciła zaklęcie.
Jakie zaklęcie – tego nie potrafiła powiedzieć. Właśnie to było w nim tak niezwykłe. Płynęło z głębi serca, było potężne i niewytłumaczalne.
Trudni goście przestali przyjeżdżać. Zaczęli pojawiać się tacy o łagodnym usposobieniu, często sponiewierani fatalną pogodą i zawsze wdzięczni. Pensjonat stał się przystanią podczas burzy. Czy to zmęczony rodzic potrzebujący jednego dnia spokoju, czy to pani Cooper próbująca ukryć siniaka na policzku, czy chłopak, który opuścił dom i ukradziono mu portfel pod Preston, wszyscy przybywali po coś, co pensjonat mógł im dać.
Sera opisałaby swoje zaklęcie tak: jeśli nie potrzebujesz pensjonatu, pojedziesz dalej. (A jeśli jesteś dupkiem, zdecydowanie jedziesz dalej).
Właśnie to zaklęcie ściągnęło Gildię do jej drzwi. Kilka tygodni później opisała jego skutki w jednym ze swoich listów, czym wzbudziła zainteresowanie Alberta Greya. Kiedy Grey i kanclerz Bennet przybyli się z nią zobaczyć, rzucili zaklęcie ujawniające obecność innych zaklęć, a Sera nigdy nie zapomniała wyrazu ich twarzy, kiedy odkryli, że cały pensjonat świeci ciepłym, oszałamiającym światłem niczym samotne jasne okno w ciemną noc.
– Marnujesz się tutaj, Sero – powiedział kanclerz Bennet, a ona mu uwierzyła.
Co miała teraz zrobić?
Dzwonek do drzwi uratował Serę od coraz posępniejszych myśli. Prędko zbiegła po skrzypiących schodach, wołając do Jasmine:
– Ja otworzę!
Otworzyła drzwi.
I zamarła.
– Francesca? – To nie wróżyło nic dobrego.
– Co się dzieje? – zapytała Francesca, gestykulując z przesadną dramaturgią. – Nie odbierasz telefonów, nie wróciłaś do rezydencji, nie… Co to jest?!
Sera zamknęła oczy zrozpaczona. Oczywiście wiedziała, że Gildia prędzej czy później dowie się o utraceniu przez nią magii, ale utrata magii to nie przestępstwo. Natomiast wskrzeszanie zmarłych to już przestępstwo i tę część pewnie mogłaby utrzymać w tajemnicy.
Gdyby nie kogut.
Jasmine nie żyła tylko kilka minut, kiedy Sera ją wskrzesiła, ale Koko nie żył pełny rok. Zdążył, delikatnie mówiąc, się rozłożyć. Nie był żywy tak, jak Jasmine była żywa. W sumie to był zombie.
Przyczłapał do stóp Sery i dziobnął ją, by go podniosła. Sera to zrobiła, ale tylko po to, żeby nie czmychnął przez drzwi.
Nie miała wyjścia – musiała powiedzieć prawdę.
– Ćśś – rzuciła ostro. – Mamy gości na górze! Wszystko wyjaśnię, ale musisz obiecać, że nikomu nie powiesz. Zwłaszcza swojemu ojcu.
– Obiecuję – odparła natychmiast Francesca, wybałuszonymi oczami patrząc na Koko, jakby nie mogła oderwać od niego wzroku.
– Jasmine zmarła dwa tygodnie temu. Przywróciłam ją do życia.
Francesca przeniosła wzrok na Serę.
– W jakim sensie przywróciłaś ją do życia? Przez resuscytację?
– Nie, była totalnie martwa, a na taką martwość resuscytacja nie działa. Rzuciłam zaklęcie wskrzeszające. Przywróciło ją do życia, ale odebrało mi większość magii.
Nastąpiła długa, pełna niedowierzania cisza. Sera nerwowo patrzyła na Francescę. W końcu Francesca się odezwała:
– Dobra, po pierwsze: mogę skorzystać z toalety?
Sera z ulgą wypuściła powietrze. Może i straciła większość swojej magii, ale przynajmniej nie straciła przyjaciółki. Postanowiła, że wróci do Gildii i przeczyta każdą książkę, jaką tam mają, aż znajdzie sposób, by odzyskać magię.
Była pewna, że wszystko będzie dobrze.
Trzy godziny później Albert Grey wtargnął do pensjonatu, a Sera musiała pogodzić się z tym, że zdecydowanie nie będzie dobrze.
Zamknięta w salonie na czas, gdy Albert na zewnątrz badał szkielet koguta, wściekła i zdradzona Sera nie mogła patrzeć na Francescę. Niemal poczuła ulgę, kiedy Albert wparadował z powrotem do pomieszczenia.
– Zaklęcie wskrzeszające – powiedział chłodno i zamknął drzwi zaklęciem, żeby Jasmine nie mogła wejść za nim i interweniować w imieniu Sery. – Tyle mocy, a ty ją zmarnowałaś. Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiliśmy.
Sera spodziewała się tych słów albo jakichś podobnych, a jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ton Alberta nie pasuje do sytuacji.
Nagle zrozumiała. On tylko udaje wściekłego. Ilekroć wątpiła w szczerość Alberta jako swojego mentora, ilekroć wyłapywała jego ostre spojrzenie, gdy ktoś ją chwalił, dostrzegała prawdziwego Alberta Greya. Cokolwiek myślał o jej zaklęciu wskrzeszenia, bardziej cieszył się z faktu, że została jej tylko odrobina tej magii, którą dysponowała kiedyś. Po raz kolejny nie miał sobie równych. Tron znów należał wyłącznie do niego.
Duma, małostkowość i zazdrość Alberta jej nie szokowały, ale nadal bolały. Była jego uczennicą przez pięć lat. Czy w ogóle go nie obchodziła?
– Sero. – Jego głos zabrzmiał łagodniej i bardziej wabiąco, co nigdy nie wróżyło dobrze. – Skąd znałaś to zaklęcie?
Sera bawiła się postrzępionym brzegiem paznokcia.
– Znalazłam je w jednej z książek w swojej bibliotece.
Zmrużył oczy.
– Nie okłamuj mnie. Po pierwsze, nie jesteś w tym dobra. Po drugie, Francesca już mi powiedziała o lisicy, która przemknęła po schodach krótko po jej przybyciu. Ciekawe zachowanie jak na lisicę, nie sądzisz? – Ujął podbródek Sery i przechylił jej twarz do góry tak, żeby nie mogła patrzeć nigdzie indziej, tylko na niego. – Clementine tu była, prawda? To ona nauczyła cię zaklęcia?
Sera wyrwała się z jego uścisku, zacisnęła zęby i milczała.
Albert, przyzwyczajony do tego, że wszystko idzie po jego myśli, wyglądał na zaskoczonego i zirytowanego. Kiedyś Sera zapytała go, czy jego magia jest jak nocne niebo, tak jak jej, a on odpowiedział, że nie, że jego magia jest jak błyskawica. Wtedy nie rozumiała, co to znaczy, ale teraz już wiedziała. Jego magia była gniewna, bezlitosna, skłonna do ataku i niszcząca bez skrupułów.
– Zapomniałaś, z kim rozmawiasz, Sero – rzekł ostro Albert. – Pochodzę z rodu Greyów, długiej, nieprzerwanej linii czarowników i czarownic, i nadal mam tyle samo mocy, ile miałem tydzień temu. Ty natomiast nie masz żadnej. Jesteś tylko łabędzicą, która podcięła własne skrzydła. Więc kiedy zadaję ci pytanie, ty odpowiadasz.
Niestety dla Alberta ta przemowa tylko jeszcze bardziej rozwścieczyła Serę. Chyba zapomniał, że jego spuścizną była władza, ale spuścizną Sery był opór. Nie żeby dramatyzować, ale przodkowie Sery nie przeciwstawiali się tyranom i nie wyzwalali z imperiów po to, żeby ona teraz ustąpiła temu mężczyźnie choćby w najmniejszym stopniu.
– Powiedziałam, że znalazłam je w książce.
Ku jej zaskoczeniu Albert nie stracił panowania nad sobą, tylko przechylił głowę z nagłym zainteresowaniem.
– Polubiłaś ją, tak? Na litość boską, Sero, miałem cię za inteligentniejszą. – Widząc wyraz jej twarzy, wybuchnął śmiechem. – Nie powiedziała ci, co zrobiła, prawda?
Później Clemmie opowiedziała Serze całą historię. W skrócie: kiedyś była czarownicą o umiarkowanym talencie i wielkich ambicjach, a do tego żywiła urazę do Alberta, który przez lata ich znajomości był nie do zniesienia, więc postanowiła (jak to ujęła) zadać cios za wszystkich niedocenianych i rzucić na niego klątwę.
W sensie: dosłownie magiczną klątwę.
(To, że ktokolwiek mógłby wymyślić coś tak niebotycznie niedorzecznego i spróbować rzucić klątwę na najpotężniejszego czarownika od pokoleń, było – szczerze mówiąc – absurdalne, a jednak Sera z łatwością uwierzyła, że Clemmie właśnie coś takiego by zrobiła).
Klątwa – rzadkie zaklęcie, które zmieniało nieszczęsny cel w zwierzę – miała być tymczasowa, ale jak to zwykle w jej przypadku, Clemmie nie przemyślała tego dokładnie. Nie wzięła pod uwagę, że po rzuceniu klątwy może nie mieć dość mocy, by ją złamać. Nie wzięła nawet pod uwagę, że może nie mieć dość mocy, żeby w ogóle ją rzucić.
Zwrot akcji: nie miała dość mocy, żeby ją rzucić. A przynajmniej nie prawidłowo. Jej zaklęcie odbiło się rykoszetem i uwięziło ją w postaci lisicy.
Złamanie klątwy nie było rzeczą łatwą, a nieliczni, którzy dysponowali wystarczającą mocą, by to zrobić, nie chcieli ryzykować gniewu Alberta. Na tym etapie Gildia uznała, że uwięzienie w ciele lisicy to wystarczająca kara, jednak Albertowi absolutnie nie wystarczała. Chciał zamknąć Clemmie w zamku Gildii.
Clemmie nie zgodziła się na więzienie, wyciągnęła pazury, ugryzła Alberta w kostkę i uciekła.
Lecz tego popołudnia w pensjonacie Albert powiedział tylko:
– Próbowała rzucić na mnie klątwę, ale rzuciła ją na siebie. Przez lata żyła w ukryciu, a ja powinienem był się domyślić, że przyjdzie do ciebie, jak tylko dowie się o twoim istnieniu. Z pewnością myślała, że podstępem przekona młodą, potężną i nieopisanie naiwną czarownicę do złamania jej klątwy.
Sera milczała jak grób, odmawiając mu satysfakcji.
– Na szczęście dla ciebie – ciągnął Albert – postanowiłem być łagodny. Straciłaś moc, może na zawsze, ale nie musisz tracić miejsca wśród nas. Zaklęcie wskrzeszające to niemała rzecz, a Gildia nie ma w zwyczaju przymykać oka na jawne łamanie prawa, ale jeśli pomożesz nam schwytać Clementine, na pewno uda mi się przekonać kanclerza, by wybaczył ci to wykroczenie.
Sera wiedziała, że oferuje jej koło ratunkowe, i bardzo, bardzo chciała je przyjąć. Jedynym sposobem na odzyskanie magii – o ile w ogóle jakiś istniał – była pomoc Gildii. Bez jej zasobów, bibliotek i uczonych nie miała żadnych szans.
Wystarczyło tylko zdradzić Clemmie.
Wystarczyło tylko ustąpić.
Nie mogła tego zrobić. Clemmie ukrywała przed nią tajemnice, włącznie z tą, że to ona sama zaklęła siebie w lisicę, ale bez niej Sera nie uratowałaby Jasmine.
Spojrzała swojemu dawnemu mentorowi w oczy i oznajmiła:
– Nie mogę ci pomóc. Znalazłam zaklęcie w jednej z moich książek.
Gdy tylko to powiedziała, zdała sobie sprawę, że popełniła błąd. Właśnie tego chciał Albert. Nie obchodziło go schwytanie Clemmie. Pewnie nawet nie myślał o niej od lat. Jednak gdy tylko zorientował się, że Serze na niej zależy, Clemmie stała się bronią, którą mógł wykorzystać przeciwko niej. Albert dbał tylko o własną dumę, a teraz, kiedy magia Sery nie stanowiła już zagrożenia dla jego magii, absolutnie nie chciał, żeby dziewczyna wróciła do Gildii i dostała drugą szansę.
– W takim razie w imieniu kanclerza Benneta i Gildii – zaczął, nie kryjąc satysfakcji – pozostawiam cię z konsekwencjami twoich wyborów. Od dziś jesteś wygnana z Gildii. Dla bezpieczeństwa wszystkich czarowników i czarownic nadal będziesz podlegać prawom Gildii, ale nie otrzymasz od nas dalszej edukacji ani żadnej pomocy. Nie będziesz miała wstępu na teren Gildii ani dostępu do książek z biblioteki oraz materiałów do rzucania zaklęć. Żaden czarownik ani żadna czarownica w kraju nie wyciągną do ciebie przyjaznej dłoni.
Serze nie pozostało nic innego jak dać się porwać dramatyzmowi sytuacji, wyciągnąć przed siebie palec niczym stara wiedźma i powiedzieć:
– Pożałujesz tego, kolego.
I, co wspaniałe, nawet się rymowało.ROZDZIAŁ TRZECI
Ten kogut – oznajmiła Sera piętnaście lat później – jest utrapieniem. Dlaczego nie może piać o rozsądnej porze? Dlaczego upiera się, żeby piać o trzeciej, czwartej, piątej, szóstej i siódmej nad ranem?
– Sero – powiedziała Jasmine z mieszanką współczucia i wyrzutu, tuląc koguta w ramionach i zakrywając mu uszy, jakby słowa Sery mogły go zranić – wiesz, że Koko nie potrafi określić godziny. Bywa skołowany, jako że jest – tu ściszyła głos do szeptu – nieumarły. I to twoja sprawka, kochanie.
– Wskrzesiłam go przez przypadek! Zgodziłam się na wiele rzeczy, kiedy rzucałam tamto zaklęcie, ale życie z kogutem zombie na pewno nie było jedną z nich.
W ciemnobrązowych oczach Jasmine, tak podobnych do oczu Sery, zalśniły łzy, gdy patrzyła na szkieletowe paskudztwo w swoich ramionach.
– Ale on cię tak lubi – zagruchała. – Zobacz, jak próbuje skubać twój rękaw. Jeśli to nie jest miłość, to ja nie wiem co.
Sera wyciągnęła rękaw luźnego swetra z kościstego dziobu i pomaszerowała przez kuchnię, żeby wzmocnić się najbardziej zakrapianą kawą w historii zakrapianych kaw. Czy wybiła dopiero dziesiąta trzydzieści rano i ściśle rzecz biorąc, było za wcześnie na spożywanie czegokolwiek mocniejszego niż potrójne espresso? Tak, ale tylko wizja chlustu Baileysa w kawie powstrzymywała ją przed natychmiastowym powrotem do łóżka i pozostawieniem wszystkich samym sobie.
Obecnie do „wszystkich” zaliczali się Jasmine (przelotnie zmarła ciotka), Clemmie (zbytnio zawzięta czarownica skazana na życie pod postacią lisicy), Theo, młody kuzyn Sery (też czarownik, ale na szczęście nieskazany na życie pod postacią leśnego stworzenia), Matilda (geriatryczna dziwaczka i aspirująca hobbitka) oraz najnowszy przybysz, Nicholas (rycerz).
Chaos jak w ulu, a jednak, jakimś cudem, tak wyglądało życie Sery. Osiągnęła coś niebywałego. Niewiele osób przeszło od tego, kim była kiedyś (najpotężniejszą czarownicą pokolenia, złotym dzieckiem Gildii o świetlanej przyszłości), do tego, kim była teraz (trzydziestolatką praktycznie bez magii, prowadzącą pensjonat pełen ludzi, którzy – należało to przyznać – nie grzeszyli normalnością, ale ona tak).
Sera nigdy nie miała w planach prowadzenia pensjonatu. Skrzypiał, przeciekał, a co najgorsze, mieszkali w nim ludzie. Jednak ponieważ Jasmine robiła się coraz starsza, a Sera zdawała sobie sprawę, że to jej zaklęcie uczyniło pensjonat latarnią morską dla zagubionych i błądzących, zauważyła, że pracuje coraz więcej i więcej.
Jasmine odstawiła Koko na podłogę i ułożyła miski śniadaniowe w równy stos.
– Ryzykując, że przeleję czarę goryczy…
– Sugerujesz, że jestem zgorzkniała? – zapytała Sera.