Czas ognistych kwiatów - ebook
Czas ognistych kwiatów - ebook
„Wspaniała, barwna opowieść dla miłośników dawnych czasów” Glück
Porywająca historia młodych kobiet zdanych tylko na siebie w zupełnie obcym świecie.
Meklemburgia, rok 1842. Grupa chłopskich rodzin postanawia wyjechać z małej wioski, wiedziona obietnicami lepszego życia i otrzymania własnego kawałka ziemi w odległej Nowej Zelandii. Wśród nich podróżuje siedemnastoletnia Ida Lange i jej ojciec, surowy luteranin. Na statek zaciąga się także Karl, od dawna zakochany w dziewczynie.
Gdy okręt Sankt Pauli wreszcie dociera do wybrzeży Wyspy Południowej, osadników czeka niemiła niespodzianka. Obiecana im ziemia została już przydzielona innym…
Przybysze decydują się założyć osadę w dolinie rzeki. Ida czuje, że jej życie zaczyna wymykać jej się spod kontroli, a bliski jej sercu Karl odpływa na Wyspę Północną, by tam szukać szczęścia. Jedynym wsparciem jest dla niej egzotyczna przyjaciółka, Cat, zwana Jasnowłosą Maoryską. Którejś nocy nadchodzi ogromna powódź…
„Kolorowa, pełna emocji powieść”. Buch-Magazin
„Miłość, cierpienie, straty, nadzieja, po raz kolejny zaczynanie wszystkiego od nowa... a wszystko na tle barwnych krajobrazów Nowej Zelandii. Być może najlepsza powieść Sarah Lark”. Bremen Magazin
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8110-823-2 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Także tym razem wielu przyjaciół oraz czytelników pomogło mi zebrać fakty potrzebne do mojej książki. Dziękuję Klarze za tłumaczenia z języka francuskiego i za informacje o technice dotyczącej broni, dziękuję także Fatimie za pomoc przy tłumaczeniu z języka portugalskiego. Mojej lektorce Melanie Blank-Schröder książka zawdzięcza wiele ważnych sugestii, redaktorka tekstu Margit von Cossart pracowała zaś nie tylko jak zwykle bardzo starannie, ale też z szybkością zapierającą dech w piersiach. W zasadzie nic by się również nie udało bez wsparcia Joan Puzcas i Anny Kozy, moim zaś bohaterem jest nadal Bastian Schlück, najlepszy agent wszech czasów!
Oczywiście dziękuję też pozostałym pracownikom wydawnictwa Lübbe i agencji Schlück, dzięki którym ta książka znalazła się na rynku. Szczególnie chciałabym tu podkreślić zasługi Christiana Stüwe z Działu Licencji, któremu zawdzięczam to, że pół świata zna Sarah Lark! Wiele radości sprawiło mi poznanie także moich hiszpańskich czytelników w czasie wielu akcji tamtejszego wydawnictwa.
Dziękuję również księgarzom, którzy moje książki umieszczają przeważnie w tak doskonałych miejscach, że mogę je od razu znaleźć w niemal każdej księgarni – i cieszyć się z tego! Chciałabym też podziękować wszystkim czytelnikom – wielu z nich pisze do mnie, że zawitali do wymienionych w książce miejscowości Nowej Zelandii. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę Państwu pomóc w odkrywaniu tego pięknego kraju!
Sarah LarkRozdział 1
– Dzień dobry, panie profesorze!
Trzydziestu pięciu uczniów w wieku od sześciu do czternastu lat podniosło się grzecznie z prostych drewnianych ławek i zgodnym chórem powitało wchodzącego nauczyciela, pana Brakela. Ten zerknął na ich twarze. W ostatnim tygodniu zajęć w szkole nie było, ale wiele dzieci nie sprawiało wrażenia wypoczętych, lecz raczej przemęczonych, strapionych i wręcz wyczerpanych. Nic dziwnego, bo przynajmniej dzieci robotników dniówkowych i chłopów spędziły jesienne wakacje przy zbiorze ziemniaków. Brakel wiedział, że dzieci musiały od wschodu do zachodu słońca pełznąć na kolanach wzdłuż bruzd na polach, aby do ostatniego wygrzebać z ziemi nawet jej najmniejsze owoce. Synom i córkom chałupników powodziło się nieco lepiej. Także rzemieślnicy mieli swoje pola, były one jednak mniejsze i tam ziemniaki zebrano szybciej niż u chłopów.
– Dzień dobry, dzieci! – powitał uczniów Brakel i pozwolił im usiąść. Zdziwił się, kiedy Karl Jensch, wysoki, ale wątły trzynastolatek, stał mimo to przy swojej ławce.
– Co takiego, Karl? – spytał surowo nauczyciel. – Chcesz stać przez całą lekcję?
Chłopiec zaprzeczył z nieszczęśliwą miną.
– Nie – odpowiedział. – Tylko… jestem tu dziś po to, aby powiedzieć… Ja nie będę chodził na lekcje, panie profesorze. Nie mogę, jest tyle pracy na naszym polu, a potem jeszcze u junkra. A mój ojciec jest chory i potrzebujemy pieniędzy. Dlatego nie mogę… nie mogę już chodzić do szkoły…
Głos chłopca chwilami się załamywał. Prawdopodobnie ojciec zabronił mu chodzić do szkoły, używając o wiele ostrzejszych słów, i ten ostatni dzień na lekcjach z pewnością był dla chłopca trudny.
Także nauczyciel odczuł żal z tego powodu. Co prawda spodziewał się tego – dzieci robotników dniówkowych nigdy nie chodziły do szkoły dłużej niż parę lat – ale Karla było mu szczególnie żal. Chłopiec był bystry, uczył się szybko i Brakel myślał nawet o tym, aby porozmawiać na jego temat z pastorem. Może byłyby jakieś możliwości, aby wysłać chłopca na dalszą naukę do seminarium duchownego. Choć na razie Karl był jeszcze za młody, a jego ojciec chybaby się na to nie zgodził. Chłopak miał rację, ta rodzina potrzebowała pieniędzy, które on mógł zarobić. A junkier…
Majątek Raben Steinfeld należał do księstwa. To z księciem i jego junkrem Brakel mógłby porozmawiać na temat jakiegoś wsparcia dla zdolnego syna robotnika dniówkowego Jenscha. Gdyby tylko ów Jensch nie był takim uparciuchem! Gdyby nie był ciągle tak krnąbrny wobec księcia, ale okazywał posłuszeństwo, jak większość wieśniaków z majątku! Junkier był zwolennikiem kościoła reformowanego, podobnie jak król i większość szlachty. Ale w Raben Steinfeld większość mieszkańców twardo obstawała przy naukach dawnego Kościoła luterańskiego i gmina nie przepuszczała żadnej okazji do prowokowania swojego pana. On na szczęście nie karał ani też nie ścigał za to swoich podwładnych, tak jak do niedawna czynił to król Prus. Jednak ciągłe utarczki z ludnością i jej pastorami nie nastrajały junkra zbyt przyjaźnie. I z pewnością nie byłby on skłonny sfinansować studiów jednemu z synów robotników, aby mieć tuż obok kolejnego opornego pastora.
Brakel westchnął.
– To szkoda, Karl – powiedział. – Ale to bardzo grzecznie z twojej strony, że przynajmniej mi o tym mówisz.
Większość dzieci robotników dniówkowych po ukończeniu trzynastego roku życia po prostu któregoś dnia przestawała się zjawiać w szkole.
– Idź więc z Bogiem, chłopcze.
Podczas kiedy Karl chował swoje ołówki oraz tabliczkę, nauczyciel zwrócił się do Idy Lange – drugiej w kolejności najlepszej uczennicy w swojej klasie. Jego zdaniem dziewczynka była czymś w rodzaju osobliwego wybryku natury. Brakel ciągle zadawał sobie pytanie, dlaczego Bóg pokarał syna Langego kompletnym brakiem zdolności, podczas kiedy jego najstarsza córka Ida chłonęła materiał wszystkich lekcji jak gąbka. A przecież wystarczyłoby już to, że Stwórca obdarzył ją wyjątkową urodą i wdziękiem – bo także te cechy, obok zdolności, wyróżniały Idę. Dwunastolatka miała ciemnobrązowe błyszczące włosy, porcelanowoniebieskie oczy i bardzo regularne rysy twarzy o kształcie serduszka, na której aż nadto wyraźnie odzwierciedlały się dwie zasadnicze cechy: potulność i oddanie. Z pewnością był to wynik jej starannego wychowania przez ojca. Jakob Lange był kowalem, już nie chałupnikiem, i utrzymywał w rodzinie surową dyscyplinę. I w przeciwieństwie do rodziny Karla mógłby sobie pozwolić na to, aby córka dłużej uczęszczała do szkoły, ale to oczywiście nie wchodziło w grę, skoro była dziewczyną. Bez wątpienia najpóźniej za rok Ida miała opuścić klasę. Na razie jednak mogła korzystać z lekcji – i wnosić nieco blasku w codzienne nudne życie nauczyciela. Brakel, nauczyciel z prawdziwego zdarzenia, był szczęśliwy, mając w klasie takich uczniów jak Karl i Ida, natomiast praca z chłopskimi dziećmi, zwykle ograniczonymi i niezbyt zainteresowanymi czytaniem, nie sprawiała mu zbytniej satysfakcji. Czasami miał wręcz wrażenie, że jego jedynym sukcesem jest już sam fakt, że uczniowie nie zasypiali na lekcji.
– Masz nową książkę, Ida… to znaczy Anton?
Na pulpicie najstarszego syna Langego leżała cienka książeczka. Były to Podróże kapitana Cooka. Chłopiec nie sprawiał wrażenia, że jest nią zainteresowany, jednak Ida już dzień wcześniej w drodze do kościoła z podekscytowaniem opowiadała nauczycielowi, że ojciec przywiózł ze Schwerina nową książkę, co od czasu do czasu rzeczywiście się zdarzało. Jakob Lange interesował się egzotycznymi krajami i próbował nieco przybliżyć je swoim synom. Taka postawa była dość niezwykła jak na rzemieślnika i ortodoksyjnego luteranina, ale Brakel zakładał, że Lange zastanawiał się nad emigracją. Kowal i ceniony znawca koni był z pewnością niezadowolony z tego, że nie może kupić w swojej wsi ziemi, lecz jedynie ją dzierżawić. Dlatego też Lange był w ciągłym konflikcie z junkrem, który prędzej czy później będzie chciał wyrzucić ze swojego majątku krnąbrnego kowala, bez względu na to, jak bardzo cenił jego pracę. W ostatnich latach wielu luteranów starego obrządku wyjechało do Ameryki i było całkiem możliwe, że Lange planował coś podobnego.
Anton, jego syn, skinął z wyraźnym znudzeniem głową i podsunął książkę Idzie. Ale dziewczynka nie wzięła jej do ręki, aby pokazać ją klasie, czego właściwie można było oczekiwać od jej brata, lecz patrzyła na Karla, który nie bardzo był skłonny rozstać się ze swoją ławką. Wzmianka o książce zwróciła jego uwagę, jego osoba zaś najwyraźniej stała się obiektem współczucia Idy.
– Ida! – zganił ją Brakel.
Dziewczynka oderwała się od swoich myśli i popatrzyła na nauczyciela.
– To bardzo osobliwa książka! – powiedziała łagodnym, miękkim głosem, który przykuwał uwagę nawet największych śpiochów w trakcie głośnego czytania. – Jest tam mowa o kapitanie, który płynie przez morza i odkrywa obce kraje! I proszę sobie wyobrazić, panie profesorze, że ta książka została napisana w obcym języku! Abyśmy więc mogli ją przeczytać, trzeba ją było najpierw… przetłumaczyć! – Przy tych słowach Ida wskazała na nazwisko autora, mężczyzny, który nazywał się John Hawkesworth.
– Z greckiego? – rozległ się głos Karla, który nie mógł się powstrzymać przed zadaniem tego pytania. Właściwie powinien był już opuścić klasę, ale nowa książka przypomniała mu inne historie o żeglarzach, które Brakel opowiadał swoim uczniom. Była w nich mowa o człowieku zwanym Odyseuszem, który w starożytnej Grecji przeżył niesłychane wręcz przygody.
Brakel w odpowiedzi potrząsnął głową.
– Nie, Karl. John Hawkesworth napisał książkę o kapitanie Cooku po angielsku. I nie jest to legenda, tak jak Odyseja, lecz prawdziwa opowieść. Ale teraz, Karl, zdecyduj się. Jeśli chcesz zostać, to usiądź. Jeśli nie…
Karl ruszył w stronę drzwi. Popatrzył po raz ostatni na klasę, a w jego spojrzeniu można było dostrzec żal i zazdrość – i niemal tkliwość, kiedy zerknął na Idę. Lubił tę dziewczynkę. Czasami, kiedy pracował w polu, pozwalał sobie na coś w rodzaju snu na jawie. Widział w nim siebie jako młodego mężczyznę starającego się o rękę Idy Lange, a potem zakładającego z nią rodzinę. Miał przed oczami każdy wieczór, w którym dzięki bożej łasce wracał do domu, gdzie czekała na niego ona, Ida. Każdego dnia dane mu było słyszeć jej łagodny głos, każdego ranka jego pierwsze spojrzenie padało na jej gładkie, miękkie włosy i piękną, delikatną twarz. I chcąc nie chcąc budziło to w nim różne grzeszne myśli, których Karl zabraniał sobie z całą surowością. Właściwie powinien był zabronić sobie snucia nawet tych niewinnych marzeń o wspólnej przyszłości z dziewczyną, bo przecież nie mogły się one nigdy spełnić. Nawet gdyby Ida miała odwzajemniać jego uczucia wobec niej – a nie było podstaw, aby przypuszczać, że tak będzie – to jej ojciec nigdy nie zgodziłby się na małżeństwo z synem dniówkowego robotnika. Co było tym bardziej zrozumiałe, że chłopiec nie krył swojej niechęci i urazy wobec Jakoba Langego, choć sam Karl nie chciałby, aby życie Idy wyglądało tak, jak życie jego własnej matki.
Rodzina Jenschów z trudem wiązała koniec z końcem. Ojciec i matka Karla pracowali całymi dniami na polach junkra lub imali się wszelkich możliwych zajęć, a teraz to samo miał robić także Karl. Zarobek wynosił jednego feniga za godzinę dla mężczyzn – a pracodawcy wynagradzali dziennych robotników często tylko w naturze. Karl dziś także nie miał nadziei na otrzymanie pieniędzy, kiedy przez dziesięć godzin wygrzebywał z ziemi ostatnie ziemniaki. Prawdopodobnie właściciel pola, który tego dnia zwerbował go do pracy, odeśle go do domu jedynie z workiem ziemniaków…
Umysł Karla opanowały ponure myśli, kiedy teraz zabierał się do pracy na polu chałupnika. Peter Brandmann, cieśla, miał tyle pracy, że nie starczyło mu już chyba czasu, aby samodzielnie zebrać plony ze swojego pola, a jego synowie Ottfried i Erich najwyraźniej także nie dali rady tego zrobić podczas jesiennych ferii. Co chyba nie mogło być prawdą, bo chałupnicy mogli mieć tylko jedną morgę ziemi, gdzie na jednej części uprawiali ziemniaki, na drugiej zaś zakładano ogród warzywny, którym tu zajmowała się, przeważnie sama, rezolutna żona Brandmanna. Zbiory nie powinny więc zająć Karlowi więcej niż jeden lub dwa dni. Erich był jednak jeszcze mały, a Ottfried nie należał do najpilniejszych uczniów w szkole. Czyli najprawdopodobniej obaj po prostu nie zadali sobie zbyt wiele trudu.
Wobec tego Karl zaczął energicznie machać motyką, co pozwoliło mu nieco opanować wściekłość, która go ogarnęła. Ciągle jednak czuł gniew na myśl o tym, że poprzedniego dnia ojciec kazał mu opuścić szkołę. A Karl nie miał przecież nic przeciwko temu, aby jednocześnie pracować. Wiedział aż za dobrze, jak bardzo jego rodzina potrzebowała pieniędzy. Ale przecież te kilka porannych godzin, które spędzał w szkole, nie przeszkodziłoby mu w pracy. Mógł wszystko nadrobić po południu i wieczorem, w każdym razie na pewno znalazłoby się jakieś rozwiązanie! Chłopak na myśl o tym ciskał z wściekłością jeden ziemniak za drugim do swojego kosza.
Uspokoił się mniej więcej po upływie pół godziny. Nie, nie miał prawa gniewać się na ojca. Uczciwie mówiąc, musiał mu wręcz przyznać rację: w czasie chłodniejszych miesięcy i tak trudno było znaleźć za dnia jakieś zajęcie. A kiedy słońce znikało za horyzontem, w gospodarstwach i zakładach rzemieślniczych praca zamierała. W tych ostatnich i tak prawie nie było nic do roboty dla robotników dniówkowych, bo w warsztatach chałupnicy pracowali sami albo z jednym czeladnikiem, po szkole zaś pomagały im własne dzieci, które dzięki temu uczyły się rzemiosła. Za to Karl nigdy nie miał się czegokolwiek nauczyć…
Zniechęcony tą myślą, chłopak znów zaczął kopać motyką czarną ziemię. Jedyną nadzieją było dla niego seminarium duchowne, o którym kiedyś wspomniał Brakel. Ale w tej sytuacji także to było zamkniętą sprawą. Karl daremnie próbował walczyć ze łzami napływającymi do oczu. Wytarł je niecierpliwym gestem. Chłopak przecież nie płacze. A dobry chrześcijanin przyjmuje swój los w pokorze…
Słońce było już wysoko na niebie, a pierwsi uczniowie biegli już do domu tuż obok pola Brandmanna. Były to głównie dzieci chłopskie, których domostwa leżały między wsią a pałacem junkra. Chałupy, warsztaty i niewielkie posiadłości rzemieślników znajdowały się w centrum wsi, wokół kościoła i szkoły. Kuźnia Jakoba Langego stała na samym końcu wsi. Karl przyłapał się na tym, że cały czas wypatrywał Idy. Jeśli nie szła gdzieś, aby załatwić jakieś sprawunki, to musiała w drodze do domu przechodzić koło pola Brandmanna.
Karl po chwili dostrzegł jej rodzeństwo – podskakującą wesoło Elsbeth i Antona, który z markotną miną dreptał powoli ścieżką. Jego z pewnością tego popołudnia także czekała praca w polu, albo w najlepszym wypadku w kuźni. Lange nie uznawał nieróbstwa, a jego dzieci harowały prawie tak ciężko jak dniówkowi robotnicy. Ale one przynajmniej miały przed sobą jakąś przyszłość…
Karl, rozczarowany tym, że Ida się nie pojawiła, odwrócił wzrok i znów zaczął wymachiwać motyką – i przeraził się, kiedy po chwili ktoś nagle zawołał go po imieniu. Ktoś o czystym, łagodnym głosie.
– Ida! – Chłopak odwrócił się gwałtownie i omal się nie uśmiechnął, ale zaraz jego twarz przybrała nic niemówiący, ponury wyraz, czego także oczekiwano od dniówkowych robotników przy pracy. – Czego… czego chcesz?
Miał nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt nieuprzejmie, bo właściwie chętnie porozmawiałby z Idą. Ale wówczas mogłaby zauważyć… mogłaby zauważyć, że on miał łzy w oczach…
Dziewczyna wyciągnęła w jego stronę rękę, w której coś trzymała.
– Masz – powiedziała. – Zapomniałeś zeszytu.
Karl nie próbował się do niej zbliżyć, by odebrać zeszyt. Bo tak naprawdę wcale go nie zapomniał, był to jeden z zeszytów z zadaniem domowym, które Brakel zebrał od uczniów jeszcze przed feriami jesiennymi. Zeszyt leżał na pulpicie wśród pozostałych, ale Karl nie odważył się zapytać o niego nauczyciela. Traktował swój zeszyt jak coś bardzo cennego, bo nigdy nie miał własnego, zanim Brakel ostatniego roku nie podarował mu tego właśnie.
– Dostałeś szóstkę – mówiła dalej Ida. – I była to najlepsza praca…
Teraz Karl nie mógł się oprzeć pragnieniu, aby choć raz jeszcze zobaczyć napisane czerwonym atramentem wyraźnym charakterem pisma słowa: „bardzo dobrze”… Podszedł więc bliżej, zdjął czapkę i mimowolnie przygładził ręką jasną czuprynę. Przed szkołą zmoczył gęste kręcone włosy, aby nie sterczały na wszystkie strony, ale teraz w dodatku rozwiał je wiatr. Chłopak miał na sobie strój, w którym zwykle nie stawało się przed dziewczyną swoich sennych marzeń – i wstydził się znoszonej koszuli oraz obszernych roboczych spodni.
Ida podała mu zeszyt. Dziewczyna wyglądała prześlicznie w swojej ciemnej sukience i białym fartuszku, choć był to także bardzo prosty strój. Jednak wszystko było czyste i nie tak znoszone. Ida, która nie miała starszych sióstr i nie musiała nosić po nich ubrań, dostawała także nawet całkiem nowe sukienki.
– Powiedziałam profesorowi, że ci go przyniosę – odezwała się, kiedy Karl otworzył zeszyt. – Ja…
Chciała dodać coś jeszcze, ale przecież nie mogła wyznać Karlowi, że po szkole umyślnie zwlekała i czekała, aż pozostali uczniowie pójdą do domu. I dopiero potem odważyła się zapytać nauczyciela o zeszyt Karla.
– Ale ja go już przecież nie potrzebuję – powiedział chłopak zduszonym głosem. – Mogłaś go tam zostawić.
Ida bawiła się swoim długim warkoczem, sięgającym niemal bioder.
– Ale chciałam go wziąć – oświadczyła z nieszczęśliwym wyrazem twarzy.
Karl uświadomił sobie natychmiast, że dziewczynka doskonale go rozumiała. Ona także lubiła chodzić do szkoły i także dla niej nie było żadnej nadziei, że będzie jej wolno uczyć się po ukończeniu trzynastego roku życia.
Chłopak chcąc nie chcąc uśmiechnął się.
– Nie to miałem na myśli – wymamrotał. – Ja… dziękuję, ja… właściwie też chciałem go mieć.
Ida spuściła oczy.
– Przykro mi – powiedziała.
Karl w odpowiedzi wzruszył ramionami.
– Nic się nie da zmienić – odparł. – Ale ta opowieść o kapitanie Cooku… Chciałbym ją jeszcze kiedyś usłyszeć.
Twarz Idy się rozjaśniła, a jej oczy rozbłysły.
– O tak, to przecież taka wspaniała opowieść! – zaczęła, natychmiast oczarowując Karla swoim melodyjnym głosem. – Wyobraź sobie, że w Anglii było takie towarzystwo, towarzystwo gromadzące uczonych, które wynajęło i wyposażyło statek, aby popłynąć nim na południowy Pacyfik i obserwować gwiazdy! Gwiazdy, możesz sobie to wyobrazić? I oni wydali na to tak dużo pieniędzy!
– Gwiazdy można przecież zobaczyć także stąd – zauważył Karl. – To po co jechać aż na południowy Pacyfik?
– Ale one są tam chyba o wiele jaśniejsze – stwierdziła Ida. – I pewnie widać stamtąd inne gwiazdy, bo to przecież na drugiej półkuli… Ale to nie wszystko! Kapitan otrzymał pewne zadanie, tajną misję! Otóż założono, że na drugim końcu świata istnieje jakiś inny, zupełnie nieznany ląd, i kapitan miał go zbadać. Dlatego razem z nim popłynęli badacze zwierząt i roślin… Och, to wprost nie do wiary, jakie zupełnie nieznane gatunki zwierząt i roślin odkryli! I jak niebezpieczna była taka podróż…
Ida opowiadała z ożywieniem, a jej szczupłe, stwardniałe od pracy w ogrodzie ręce kreśliły w powietrzu wszystkie opisywane przez nią cuda. Karl patrzył zafascynowany, śmiał się i dziwił wraz z nią, podczas kiedy ona opisywała dziwne olbrzymie zające, zwane przez tubylców kangurami, oraz kolorowe ryby pływające w wodach przepięknej, ale bardzo niebezpiecznej rafy koralowej.
Oboje zapomnieli zupełnie o upływającym czasie i nie dostrzegali pozbawionej wszelkiego powabu wsi, nudnej i bezbarwnej nawet w złotym jesiennym słońcu, ani ziemi, na której oboje stali. Ida opowiadała o plażach z białym jak śnieg piaskiem i o chwiejących się na wietrze palmach…
Nagły turkot zbliżającego się wozu ciągniętego przez zimnokrwistego konia przywrócił oboje do rzeczywistości. Odskoczyli od siebie, kiedy rozległ się głośny, przyzwyczajony do wydawania rozkazów głos Jakoba Langego.
– Ida! Na miłość boską, co ty tutaj robisz? A ja właśnie zrugałem Antona za to, że ośmielił się wygłosić co do ciebie takie obrzydliwe podejrzenie! Powiedziałem, że moja córka nie włóczy się nigdzie po szkole, a już na pewno nie razem z jakimś chłopakiem, który…
– Ona tylko przyniosła mi mój zeszyt! – Karl ośmielił się wziąć dziewczynę w obronę, bo sama Ida nie podjęła żadnej takiej próby. Spuściła tylko wzrok i zagryzła ze skruchą dolną wargę. – Na… na polecenie nauczyciela – dodał Karl.
Ida sama mogła to wytłumaczyć, ale na widok ojca ta zwykle tak pełna życia dziewczyna stała jak sparaliżowana.
– Nauczyciel polecił jej przynieść ci zeszyt? – zakpił Lange. – Mojej córce? Jensch, sam w to nie wierzysz! I zgodnie z tym, co powiedział mój syn, twój czas uczęszczania do szkoły dziś się skończył. To po co ci twój zeszyt?
Lange zatrzymał swój wóz tuż koło obojga i spojrzał niechętnie na otwarty zeszyt, który leżał w koszu wypełnionym do połowy ziemniakami. Karl odłożył go tam, aby móc pogawędzić z Idą. Jakob Lange siedział na koźle, bez trudu odczytał więc uwagę nauczyciela i wykrzywił pogardliwie usta.
– Kłamca i do tego jeszcze zarozumialec! – stwierdził. – Pokazujesz wszystkim swój stopień, jak gdyby to mogło zmienić coś w przeznaczonym ci przez Boga miejscu! Wstydź się, Jensch!
Karl wiedział, że po tych słowach powinien był z pokorą spuścić wzrok. Jakob Lange był przecież pracodawcą wielu robotników dniówkowych i nie należało go irytować. Ale chłopak jednak nie był w stanie tego zrobić i spojrzał na kowala z wściekłością.
– A skąd wy możecie wiedzieć, co przeznaczył mi Bóg? – spytał.
Ida, słysząc te słowa, drgnęła wystraszona, a Karl stwierdził, że dziewczynę przerażało już samo to, że ktoś ośmielił się sprzeciwić jej ojcu. I zrobiło mu się jej żal, choć pozycja społeczna Idy była o wiele lepsza niż jego.
Jakob Lange nie zaszczycił odpowiedzią syna dniówkowego robotnika. Zamiast tego zwrócił się ponownie do córki.
– A ty, Ida, po południu, pracując w ogrodzie, będziesz musiała pomyśleć o wielu grzechach – powiedział surowo. – Bo stoisz tu bezczynnie i kradniesz dany ci przez Boga czas, a Brandmannom kradniesz siłę roboczą tego chłopca, który z twojego powodu gapi się tylko, zamiast wykopywać ziemniaki. A ja oczywiście dam o tym znać Peterowi Brandmannowi. Twój zarobek, chłopcze, będzie też odpowiednio niższy. Chodź, Ida!
Ida nie śmiała już spojrzeć na Karla. Z opuszczoną głową wdrapała się na wóz, po czym usiadła na deskach, zwiesiwszy nogi. Była to dość osobliwa pozycja dla dziewczyny siedzącej na drabiniastym wozie… Ale Karl dostrzegł po chwili, jaki był tego cel. Kiedy Jakob Lange ruszył, z kieszeni sukienki Idy jakby przypadkowo wypadła niewielka książeczka – Podróże kapitana Cooka. Karl musiał ją jedynie podnieść z ziemi. Wahał się przez chwilę, czy ma pobiec za odjeżdżającym wozem, bo może dziewczyna rzeczywiście zgubiła książkę. Ale ona podniosła głowę i mrugnęła do niego porozumiewawczo.Rozdział 3
Dopiero po upływie tygodnia w Piraki Bay pojawił się wieloryb – i było to ostatnie odroczenie wyroku Kitten. Przy budowie statku mężczyźni nie zarabiali tyle, aby móc sobie pozwolić na dodatkowy wydatek, czyli na dziwkę, więc ani Priscilla, ani też Noni i Suzanne nie miały zbyt wiele pracy. W tym tygodniu przynajmniej Noni miała jakieś zajęcie, bo misjonarz jak na razie nie czynił żadnych przygotowań do wyjazdu do „dzikich”. Zamiast tego każdego dnia spędzał wiele godzin u Lindy Hempelmann, z którą zgodnie z życzeniem jej męża modlił się i którą podtrzymywał na duchu. Wieczorem pojawiał się w pubie i wyszukiwał sobie którąś z dziwek, przy czym zawsze preferował Noni. I najwyraźniej roił o Kitten, bo wprost pochłaniał ją wzrokiem, kiedy dziewczynka w czasie jego obecności pomagała Lindzie Hempelmann. Kitten najchętniej poszłaby sobie, ale nie potrafiła zostawić chorej przyjaciółki samej z wielebnym. Linda coraz częściej potrzebowała jej pomocy przy najprostszych czynnościach – i oczywiście nie można było oczekiwać od wielebnego, że ten pomoże jej usiąść czy też będzie trzymał przy jej ustach kubek z napojem, aby mogła się napić. Poza tym duchowny był anglikaninem i nie mówił po niemiecku, a angielski Frau Hempelmann był kiepski. Linda cieszyła się, kiedy Kitten tłumaczyła rozmowy z duchownym – a ten był wręcz zachwycony i stale domagał się od Kitten, aby siadała obok niego na łóżku chorej. Chciał być koniecznie blisko niej i nawet obejmował Kitten ramieniem, udając ojcowskie wzruszenie i dumę, kiedy ona szybko odnajdywała cytat z Biblii angielskiej w niemieckim odpowiedniku i głośno go odczytywała. A przecież nie czytała zbyt dobrze, Frau Hempelmann zaczęła ją uczyć dopiero wtedy, kiedy jej choroba była już bardzo zaawansowana.
– On też będzie chciał wziąć udział w tej licytacji – powiedziała Kitten ze zniechęceniem do Noni, która na polecenie Barkera przerabiała dla niej jedną z sukienek jej matki. Właściciel pubu kupił nawet cekiny, aby dodatkowo ozdobić sukienkę. Rankiem zawitał do pubu Tom Carpenter, domokrążca, który handlował zarówno z białymi na odległych farmach, jak i z różnymi szczepami Maorysów. Tubylcy lubili kolorową tandetę, a osadnicy woleli uzupełniać swoje zapasy żywności, takie jak mąka i fasola. I oczywiście Carpenter sprzedawał też whiskey – i to znacznie taniej niż Barker, który sam dbał o swoje zapasy. Kapitan Clayton przywoził mu pełne beczki prosto z Irlandii.
Noni westchnęła.
– I całkiem możliwe, że ma nawet dość pieniędzy. Jego ojczysta gmina zbierała fundusze dla jego misji. Gdyby ludzie wiedzieli, co się dzieje z tymi datkami!
– Ale ja go nie chcę! – zirytowała się Kitten.
Noni popchnęła ją w kierunku starego lustra, które dziwki dzieliły między siebie, ale Kitten demonstracyjnie odwróciła głowę. Nie chciała patrzeć na siebie w nowym stroju. Już przelotne spojrzenie wystarczyło, aby zrozumieć, że widok jej delikatnego ciała w obcisłej czerwonej sukni doprowadzi mężczyzn do szaleństwa. A kiedy jeszcze Barker zmusi ją, aby rozpuściła włosy, które dziewczyna zwykle splatała w ciasny warkocz, i jej złote loki opadną falą na plecy…
– Najlepiej przyzwyczaj się do tego od razu – stwierdziła Noni obojętnie i zmarszczyła materiał przy dekolcie. Teraz w efekcie wyglądało to niemal tak, jak gdyby Kitten miała już piersi. – Nie możemy sobie wyszukiwać facetów. A ten klecha przynajmniej nie śmierdzi tranem, nie jest też skłonny do przemocy i zawsze szybko kończy, więc patrząc na sprawę od tej strony, muszę powiedzieć, że mogłoby być gorzej. Niedobrze jest, kiedy ten pierwszy jest młody i ma wielki temperament, i całkiem możliwe, że w dodatku zawróci ci w głowie! Wtedy będziesz miała niewłaściwy obraz tego, co cię czeka.
Kitten nie odpowiedziała. Nie pragnęła młodego, pełnego temperamentu mężczyzny, w ogóle nie chciała żadnego! A już na pewno nie takiego, który będzie płacił za korzystanie z jej ciała! Rozmyślała intensywnie o jakimś wyjściu z tej sytuacji i ogarniała ją coraz większa rozpacz. Od kiedy Barker ogłosił, że licytacja odbędzie się po najbliższym połowie wieloryba, prześladowały ją pożądliwe spojrzenia prawie wszystkich mężczyzn. Dziewczyna niemal nie ważyła się wychodzić.
I któregoś słonecznego poranka, który Kitten powitała przed domem Hemplemanów po nocy spędzonej koło walczącej o każdy haust powietrza Lindy Hempelmann, zabrzmiał głośny okrzyk:
– Wieloryb w zatoce! Wszyscy ludzie do łodzi!
Kitten nie mogła widzieć stąd pośpiesznych przygotowań w zatoce, ale słyszała głosy mężczyzn i niemal czuła napiętą atmosferę. Wielorybnicy spuszczali na wodę łodzie, w których zasiadało po dwunastu wioślarzy i jeden harpunnik. I choć były to rzeczywiście duże łodzie, to wobec olbrzymiego stworzenia, z którym mężczyźni mieli walczyć na morzu, sprawiały wrażenie drobnych i kruchych. Każdą z nich wieloryb mógł przewrócić jednym uderzeniem swej płetwy ogonowej, ale nie zdarzało się to nigdy. Te zwierzęta były zaskakująco ufne, i nawet kiedy mężczyźni strzelali do nich, wolały raczej uciekać, niż się bronić. I zawsze pozwalały, aby łodzie zbliżyły się na tyle, że one same były w zasięgu strzałów – a przecież bez trudu mogły odpłynąć bądź się zanurzyć, kiedy tylko dostrzegały ludzi. I dopiero wtedy, kiedy haki ciężkiego harpuna tkwiły już głęboko w ich mięśniach, zaczynały rozpaczliwie walczyć, szarpiąc przywiązaną do haków linę, za pomocą której mężczyźni ciągnęli zwierzęta na ląd. Wtedy było już jednak z reguły za późno. Ból i utrata krwi odbierały wielorybom siłę i w którymś momencie przestawały się bronić – często jednak po wielu godzinach uporczywej walki. W końcu także siedzący na łodziach ludzie byli śmiertelnie wyczerpani. A przecież dopiero wtedy, kiedy wieloryb leżał już na plaży, zaczynała się właściwa praca. Mężczyźni wyrąbywali ogromne kawały mięsa często z jeszcze żywego zwierzęcia i gotowali je, aby uzyskać tran… Kitten otrząsnęła się z obrzydzeniem na samą myśl. Smród z kotłów unosił się długo potem nad całą zatoką.
Tego wieczoru jednak mężczyźni będą zbyt zmęczeni, aby licytować dziewczynę, i prawdopodobnie Barker przesunie jej wielki dzień o dwadzieścia cztery godziny. Kitten ciągle jeszcze nie miała sprecyzowanego planu – mogła jedynie próbować zasłonić się koniecznością pomocy Frau Hempelmann. Barker chyba raczej nie próbowałby jej odciągnąć od łóżka ciężko chorej kobiety, on…
– Kotku!
Cichy głos Frau Hempelmann oderwał dziewczynę od okna. Chora była przytomna – Kitten uznała, że to dobry znak, i zmusiła się do uśmiechu, kiedy odwróciła się do Lindy.
– Wielebny… zaraz przyjdzie. Możesz mnie trochę przygotować?
Także w tych słowach była jakaś nadzieja i obietnica, bo po tak ciężkiej nocy Kitten nie spodziewała się takiej woli życia u Lindy. Jeszcze kiedy myła i czesała kobietę, pojawił się Mr Hempleman.
– Linda, moja kochana! Jak się czujesz?
Pocałował przelotnie blady policzek żony, ale cofnął się szybko, mimo że skóra Frau Hempelmann pięknie pachniała różanym mydłem, którym właśnie umyła ją Kitten. Jednak Linda uśmiechnęła się do niego.
– Dobrze… – wyszeptała. Od wielu dni brakowało jej tchu, aby wypowiedzieć dłuższe słowa. – Ja… proszę… Proszę, usiądź na chwilę przy mnie, ja… – Linda wyciągnęła rękę w stronę męża i nawet po tak nieznacznym ruchu zakaszlała. – Muszę ci coś powiedzieć, ja…
Ale George Hempleman przerwał jej z wyraźną niecierpliwością.
– Kochana, teraz to niemożliwe, ludzie właśnie wypatrzyli wieloryba. Muszę szybko iść na plażę i przypilnować, żeby ich to bydlę nie zmasakrowało… – George Hempleman miał zwyczaj obserwowania połowu wieloryba z większej łodzi i koordynowania całej akcji. Robił to w ten sposób, że wydawał odpowiednie rozkazy przez tubę. – I popatrz, wielebny już idzie…
Duchowny pojawił się właśnie na korytarzu prowadzącym do pokoju, a Hempleman zostawił szeroko otwarte drzwi.
– Zobaczymy się wieczorem… – Hempleman wyraźnie się śpieszył.
– Jeśli Bóg pozwoli… – wyszeptała jego żona. Była bardzo blada, a Kitten miała wrażenie, że w czasie ostatniej nocy wręcz się skurczyła. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że pozostało jej już niewiele czasu.
– Wielebny, nie wiem doprawdy, jak mam wam dziękować za to, co robicie dla mojej żony – powiedział Hempleman i z uznaniem poklepał pastora po ramieniu.
George Hempleman wyszedł tak szybko, aby wielebny nie zdążył poruszyć tematu darowizny. Duchowny ciągle próbował namówić Lindę Hempelmann do przekazania części spadku jego misji, ale kobieta nigdy na to nie reagowała. Kitten zakładała, że ona po prostu nie miała pieniędzy, które ktoś mógłby odziedziczyć. Utrzymanie zapewniał jej przecież wyłącznie mąż. A nawet gdyby był bardziej szczodry, to gdzie Linda Hempelmann miałaby wydawać te pieniądze?
Kitten wyniosła wszystkie sprzęty potrzebne do mycia, po czym z niechęcią posłuchała wezwania wielebnego, aby usiadła koło niego na łóżku i razem z nim i z Lindą Hempelmann modliła się, czytała Biblię i słuchała umierającej, która ciągle prosiła o spowiedź. Chcąc nie chcąc wysłuchiwała jej lekkich grzechów. Frau Hempelmann zawsze wydawała jej się kimś w rodzaju świętej, ale Bóg najwyraźniej każdemu miał za złe nawet choćby jedną jedyną pyszną myśl. Linda mogła żałować tylko takich drobnostek – a wielebny rozgrzeszał ją każdego dnia.
Chora zasnęła około południa i Kitten szybko wyszła z dusznego domu. Schroniła się przed wielebnym w cienistym lesie powyżej plaży. Ludzie na morzu ciągle walczyli z wielorybem, ale byli już blisko brzegu i najdalej za godzinę lub dwie zwierzę miało się znaleźć na plaży. Kitten miała nadzieję, że Mr Hempleman znajdzie czas na odwiedziny u swojej małżonki, zanim zacznie nadzorować patroszenie wielkiego ssaka. Dzisiejszy stan Lindy Hempelmann niepokoił ją, bo z jednej strony chora była bardziej przytomna niż poprzednio, ale z drugiej zatrważająco słaba. Wielebny, który co rusz sprawdzał jej puls, z wyraźnym niepokojem kręcił głową. Jeśli więc Linda Hempelmann chciała coś powiedzieć swojemu mężowi, to lepiej, aby zrobiła to niedługo.
Kitten znów nazrywała wielki bukiet kwiatów rata o intensywnie czerwonym kolorze, aby ozdobić nimi pokój. I kiedy tylko je przyniosła, chora właśnie się obudziła i popatrzyła na dziewczynę zmęczonymi oczami.
– Mój mąż… – wyszeptała – i… i duchowny… Ja… to już czas, mała, ja… ja słyszę anioły… Słyszysz… czy też je słyszysz?
Jedyne, co w tym momencie usłyszała Kitten, to dobiegające z daleka triumfalne wrzaski. Prawdopodobnie mężczyznom udało się zaciągnąć wieloryba na ląd.
– A ty, kotku… ja… myślałam o tobie i o tym, że dam… – Linda walczyła o każdy haust powietrza, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, do pokoju znów wszedł wielebny. Zapewne wyszedł na krótko, aby coś zjeść czy też uwolnić się od tchnienia śmierci, bo tak Noni określiła atmosferę panującą w pokoju Lindy Hempelmann. Pociechy wielebny szukał zwykle w ramionach dziwki i chętnie to robił nawet w porze obiadowej. Kitten robiło się niedobrze już na samą myśl o tym, że jego chude, cienkie palce dopiero co ściskały piersi Noni, a zaledwie kilka minut potem obejmowały ręce umierającej. Już nie mówiąc o tych wszystkich innych rzeczach, które robił z Noni.
Duchowny spojrzał krótko na kobietę w łóżku i wyraźnie zaalarmowany zwrócił się do Kitten.
– Dziecko, to się zaraz stanie! Leć szybko na dół i poszukaj jej męża, powinien już być na lądzie. Ja będę się z nią modlił. Jeśli Bóg pozwoli, to Mr Hempleman będzie mógł się z nią jeszcze pożegnać…
– Ale… kotku…
Linda Hempelmann próbowała zawołać Kitten, bo najwyraźniej koniecznie chciała jej coś powiedzieć. Dziewczyna jednak nie ważyła się sprzeciwić wielebnemu, wybiegła więc z domu i popędziła w dół na plażę. Pomiędzy pubem a morzem leżało już drgające ciało wieloryba, otoczone przez podekscytowanych mężczyzn trzymających w rękach noże i haki. Piasek zaczynał już przybierać czerwoną barwę od krwi, płonęły też pierwsze ogniska… Kitten starała się nie patrzeć na wieloryba. Kiedyś popatrzyła w oczy umierającego zwierzęcia i wiedziała, że tego widoku nie zapomni do końca życia. Ale na szczęście był tam już George Hempleman, a Kitten nie musiała niczego wyjaśniać. Mężczyzna podszedł do niej natychmiast, kiedy tylko ją zobaczył.
– Dziewczyno… – George Hempleman nigdy nie zwracał się do niej po imieniu, czasami Kitten zastanawiała się, czy on w ogóle je zna. – Czy to coś z…?
Skinęła głową.
– Ona pana woła – powiedziała i z trudem mogła nadążyć za biegnącym w stronę domu George’em. Oboje wpadli zdyszani do pokoju chorej, skąd dobiegał głośny falset modlącego się wielebnego. Frau Hempelmann żyła więc jeszcze.
Kitten dane było zobaczyć ją tylko przez chwilę. Teraz, kiedy miała przed sobą tylko parę chwil życia, George Hempleman chciał być z nią sam.
– Proszę poczekać na zewnątrz, wielebny! – rozkazał, siadając na łóżku. – A ty, dziewczyno… dziękuję bardzo… W ostatnich dniach byłaś wielką pomocą dla mojej żony i pomyślimy o jakimś małym wynagrodzeniu…
– Kotku… – wyszeptała znów chora, ale jej małżonek nie zamierzał pozwolić, aby Kitten do niej podeszła.
– Idź teraz, proszę. Będziesz miała trochę roboty na plaży… czy też gdzieś indziej… Zdaje mi się, że Barker o ciebie pytał. Proszę więc… – Wykonał ręką taki ruch, jak gdyby chciał ją przepędzić.
– Przyjdę potem, Frau Hempelmann! – zawoła Kitten do chorej.
Jej zdaniem nic nie wskazywało na to, że Linda Hempelmann umrze za kilka minut. Całkiem możliwe było, że wielebny przesadzał i chora wezwie jeszcze dziewczynę do siebie wieczorem. Kitten nabrała więc odwagi i poczuła otuchę, kiedy wychodziła z domu. Ale ciągle słyszała ostatnie wołanie swej starszej przyjaciółki: „kotku…”.
Nie miała ochoty iść na plażę, wolała ukryć się w lesie i mieć dom Hemplemanów na oku. Może Linda czuła jej obecność… Ta bliskość stanowiła jakąś pociechę dla Kitten. W którymś momencie przyszło jej też do głowy, że może umierająca ucieszyłaby się, gdyby ona się za nią modliła. Kitten spróbowała więc to zrobić, ale nie wydało jej się, że ktokolwiek ją słyszy. Milczały nawet drzewa, w których zawsze odczuwała jakąś pozaziemską obecność. Wiatr także nie szeleścił w ich gałęziach.
W domu całymi godzinami nie działo się nic, dopiero znacznie później, kiedy zaczęło się ściemniać, a buki rzucały upiorne długie cienie, Kitten usłyszała sapanie i wołający ją rozgniewany głos. Kobiecy głos! Wbrew wszelkiemu rozsądkowi pomyślała o Frau Hempelmann, ale za chwilę rozpoznała głos Noni. Pulchna dziwka, sapiąc głośno, szła szybko stromą ścieżką.
– Kitten! – sapnęła na wpół z ulgą, a na wpół z irytacją. – Tu jesteś! Chodź szybko, bo Barker zedrze z nas skórę! Godzinę temu wysłał Suzanne, aby cię przyprowadziła. Ona oczywiście zapomniała, o ile w ogóle zrozumiała, co miała zrobić. Cały dzień jest dziś jak nieobecna. A ja miałam cię pięknie ubrać i zaprowadzić do pubu, no ale ciebie nie było, a Barker…
– Mam się przebrać? – spytała Kitten. – Włożyć tę nową suknię? Ale… ale on przecież nie ma zamiaru mnie dziś…
Noni potrząsnęła głową.
– Ależ skąd, dziś chłopy są wykończone po tej robocie przy wielorybie. On chce tylko narobić im apetytu. Kiedy to bydlę będzie jutro poćwiartowane, to oni dostaną zapłatę i wtedy będą chcieli się zabawić. A jeśli dziś zobaczą cię w tak pięknym stroju, to będą śnić o tobie przez całą noc. Chodź więc teraz, Kitten, już czas. Nie chcesz chyba, żeby Barker sam tu przyszedł i zawlókł cię do pubu za włosy!
Tego można się było spodziewać po tłustym sutenerze. A gdyby on jeszcze zaczął tutaj hałasować, to można byłoby go usłyszeć w domu Hemplemana. Kitten westchnęła, po czym popatrzyła z żalem i troską na dom, zanim poszła za Noni na plażę. Chciała mieć już za sobą dzisiejszy „występ” i potem wrócić do Lindy Hempelmann.
– No popatrz choć raz do lustra! – zawołała z wyrzutem Noni. Pomogła Kitten włożyć czerwoną suknię, rozpuściła jej włosy i wyszczotkowała je, po czym trochę umalowała jej twarz. Rzeczywiście tylko trochę, i twarz Kitten nie przypominała ostro umalowanych twarzy dziwek, bo dziewczyna nie mogła przecież wyglądać frywolnie, skoro była dziewicą.
Miała więc lekko pomalowane usta, a kredka podkreślała jej duże, orzechowobrązowe oczy. Dziś błyszczały one wręcz nienaturalnie i można było w nich dostrzec wewnętrzne wahanie dziewczyny między buntem a rezygnacją.
– Jesteś taka piękna! Chłopy będą skłonne zaoferować za ciebie majątek! Pomyśl o tych pieniądzach! – próbowała dodać jej otuchy Noni. – Dziesięć procent z naszego zarobku dostajemy my…
– Powinno być odwrotnie! – oświadczyła rozzłoszczona Kitten. – Wy powinnyście dostawać lwią część, bo wy przecież wykonujecie tę pracę, a on…
– My, skarbie! – poprawiła ją Noni z uśmiechem. – Ty przecież też do nas należysz. Ja w każdym razie nie prosiłabym Barkera o więcej pieniędzy. Spróbowałyśmy już tego wszystkie – no, oprócz Suzanne oczywiście, ona żyje we własnym świecie… Ale dobrze pamiętam, jak mnie potem bolał tyłek.
Kitten zastanawiała się, czy Barker zbił także Priscillę. Prawdopodobnie nie. Wysoka, silnie zbudowana kobieta z pewnością się broniła i teraz potajemnie miała większy udział w zyskach. O ile nie ulegała wobec miłosnych zaklęć Barkera…
– No chodź wreszcie, mała!
Noni wyciągnęła Kitten z przeznaczonej dla dziwek „przebieralni” znajdującej za prymitywnymi zasłonami, które oddzielały ją od szynku. W pubie panowały ożywiony ruch i hałas – a także potworny smród, mimo podniesionych bocznych ścian pomieszczenia. Ale woń tranu oraz krwi unosiła się nie tylko nad plażą, nasiąkły nią też ubrania bawiących się mężczyzn, ich włosy i pewnie nawet skóra. Większość miała już przed sobą wielkie kufle piwa, bo po ciężkiej pracy przy patroszeniu zwierzęcia wszyscy wręcz umierali z pragnienia.
Kitten obawiała się, że zwymiotuje, tak intensywna była mieszanina woni tranu i wyziewów piwa, ale przecież i tak nie miała nic w żołądku. Pośród głośnych okrzyków Barker zaciągnął ją przed stół i ustawione przed nim krzesło, stojące na specjalnie przygotowanej pustej części podłogi.
– Na krzesło i potem na stół, mała! – rozkazał, a jego głos zabrzmiał tak groźnie, że Kitten nie ważyła się zaprotestować. Posłusznie weszła na zaimprowizowaną „scenę”, ale nie odważyła się podnieść wzroku.
– Oto ona, chłopcy! Kocię od Suzanne – młodsza, piękniejsza i nie tak zakręcona jak jej matka. I nie kosztuje też dodatkowej whiskey, w końcu to jeszcze prawie dziecko… – Barker uśmiechnął się szeroko. – Ale od jutra będzie tu pracować tak jak wszystkie pozostałe baby. Jednak jeden z was musi ją do tego przygotować. Chłopcy, nie wiem, czy wam się coś takiego w ogóle przytrafiło, bo ona jest prawdziwą dziewicą! Jeden z was będzie tym pierwszym, który jej dotknie – i nie tylko dotknie!
Rozległy się gromkie śmiechy, a Kitten słysząc je, próbowała nie patrzeć na dół. Jednak jej onieśmielenie podniecało mężczyzn tak samo jak niechętne spojrzenia, którymi obrzucała ich, kiedy stawali się zbyt natrętni. Bo bez względu na to, co robiła, jej widok zawsze podniecał mężczyzn.
– To oczywiście trochę kosztuje – mówił dalej Barker, oblizując wargi. – Wyznaczenie ceny za nią stanowiłoby duży problem, dlatego wybrałem iście salomonowe rozwiązanie: kto jej najbardziej pragnie, to najwięcej zapłaci! Jutro przed zamknięciem pubu możecie licytować pierwszą noc z nią. I to będzie cała noc, chłopcy! Gwarantuję – prawdziwa noc poślubna! Kto ją jutro kupi, będzie ją miał tylko dla siebie aż do wschodu słońca!
Barker pozwolił, aby mężczyźni wymienili uwagi na temat takiej perspektywy i zamówili u Noni i Priscilli kolejne kufle piwa. Tymczasem kazał też Kitten okręcić się kilka razy i nieco podnieść dół sukni. Ona zrobiła to bez odrobiny kokieterii i zastanawiała się, dlaczego ten widok tak podniecał mężczyzn. Jej stara sukienka dawno już była za krótka. Kiedy szła przez osadę, każdego dnia można było zobaczyć o wiele więcej z jej nóg niż teraz na zaimprowizowanej scenie.
– A więc, chłopcy! – krzyknął Barker. – Jutro! Jutro po pracy czekam tutaj na was wszystkich w pubie…
– Nie!
Kitten odwróciła się, słysząc rozkazujący głos mężczyzny, który przerwał Barkerowi, stojąc w wejściu do pubu. Nie mógł to być żaden zbawca, taki ktoś pojawiał się tylko w kiczowatych opowieściach o księżniczkach i książętach. I rzeczywiście dziewczyna dostrzegła Mr Hemplemana, który wszedł do środka i stanął przed mężczyznami.
– Ludzie, jutro pub będzie zamknięty. Linda, moja ukochana małżonka, oby Bóg miał ją w swojej opiece, przed godziną odeszła do Pana. Jutro po pracy spełnię smutny obowiązek i zaniosę trumnę z jej zwłokami do grobu. I oczekuję, że będziecie wszyscy obecni!
Mr Hempleman, mówiąc to, popatrzył groźnie na wszystkich zgromadzonych w pubie – i dostrzegł także Kitten, która niemal skuliła się ze strachu. Miała nadzieję, że jej nie rozpoznał, umalowanej i w tej sukni, w której wyglądała jak dorosła kobieta. Oby tak było… Ale oczywiście było to nieprawdopodobne…
– Także ty, bezwstydna mała dziwko! – powiedział pogardliwie Hempleman, obrzuciwszy wzrokiem dziewczynę. – Moja żona zawsze się o ciebie troszczyła. A teraz, w chwili jej śmierci, stoisz na stole i prezentujesz swoje wdzięki przed klientami! Obrzydliwe! Ty… ty nic nie dostaniesz… – Urwał i przetarł sobie oczy. – A więc, ludzie! – Hempleman odwrócił się w stronę drzwi. – Dziś także koniec! Zamykamy. Nie życzę sobie, żeby mi przeszkadzały pijackie odgłosy, kiedy będę w nocy czuwał przy zmarłej!
Kitten czuła się okropnie, ale z drugiej strony cieszyło ją kolejne odroczenie, które pojawiło się wraz z zamknięciem pubu. Drżąc, zeszła ze stołu. Barker zostawił ją w spokoju, bo skakał koło Hemplemana, zapewniając go o swoim współczuciu i zrozumieniu wobec faktu zamknięcia pubu.
Kitten wykorzystała okazję, aby wymknąć się na zewnątrz. Choć właśnie zaczęło padać, ukryła się w lesie i skuliła pod liśćmi palmy nikau. Trochę chroniły ją od deszczu, ale Kitten i tak nic nie czuła. Jej policzki były już mokre od łez.