Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Czas Olivii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 stycznia 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Czas Olivii - ebook

Szkocja, 1816 rok. Na Zamku Caly dochodzi do samobójstwa lady Catriony MacCalister. Ale czy na pewno było to samobójstwo? Wśród ponurych krajobrazów szkockiej północy kryją się sekrety przekazywane z pokolenia na pokolenie. Czy uda się je rozwikłać?
Podejmują się tego William, odważny i ambitny młodzieniec, który przybywa do Caly, by pomóc przyjacielowi, i Olivia, córka zmarłej lady Catriony, a zarazem dziedziczka Caly. Podczas wspólnych przygód i niebezpieczeństw między dwojgiem młodych ludzi pojawia się wzajemna fascynacja i coraz gorętsze uczucie…
Czy uda im się rozwiązać zagadkę rzekomego samobójstwa?
Jakie tajemnice skrywa stary zamek?
I czy dadzą szansę rozkwitnąć swojej miłości?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368684179
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Droga Inverness – Foyers wzdłuż wschodniego brzegu jeziora Loch Ness, Scottish Highlands, październik 1816 roku

Powóz podskoczył na wyboistej drodze i głowa Williama po raz kolejny uderzyła o twardy zagłówek. Tym razem nawet nie pisnął, jedynie zerknął w stronę współpasażera. Ciekawość, ekscytacja, zmęczenie i zagubienie powoli zaczynały przechodzić w rosnący strach. Choć nie miał powodów do obaw, bo cel podróży nie był związany bezpośrednio z nim samym, to wewnętrzny głos podpowiadał mu, że wkrótce sytuacja ta może ulec zmianie.

Zdarza się, że jedna, pozornie nic nieznacząca decyzja wywróci czyjeś życie do góry nogami, zdecydowanie je polepszy, pogorszy, a nawet przedwcześnie zakończy. Czy ta o wyjeździe do Szkocji, podjęta pod wpływem impulsu, a ściślej mówiąc pod wpływem zamroczenia alkoholowego, do takich należała? O tym William miał się dopiero przekonać...

Wicehrabia, który zdążył po drodze wytrzeźwieć i kolejny raz upić się do nieprzytomności – z jego niewielką pomocą – teraz z napięciem wpatrywał się w przestrzeń, układając w myślach plan działania. Nie chciał tracić chwili, jakby się bał, że sytuacja wymknie mu się z rąk. Ludzie tacy jak on lubili mieć wszystko pod kontrolą. Mimo że droga z Londynu do położonego w szkockich górach Foyers stanowiła nie lada wyzwanie, zdołali ją pokonać w nieco ponad dwie doby. Najpierw udali się barką do Dover, skąd statkiem pasażerskim przepłynęli do portu Rosyth. Tam wsiedli do dyliżansu i – z kolejnymi kilkoma przesiadkami – popędzili na północ w stronę oddalonego o jakieś sto sześćdziesiąt mil Inverness, gdzie wicehrabia, płacąc podwójną stawkę, wynajął masywną karocę z woźnicą i kazał wieść się jak najszybciej do zamku MacCalisterów nad jeziorem Loch Ness.

William studiował twarz mężczyzny siedzącego naprzeciwko. Jego współtowarzysz do perfekcji opanował dobrze znaną arystokracji sztukę ukrywania się za maską obojętności. Jego jednak nie zdołał nabrać. William zauważył, że Arthur Higham nerwowo zaciskał pięść na złotej główce laski w kształcie głowy barana. Wszystkie mięśnie miał napięte go granic wytrzymałości, na pytania odpowiadał pojedynczymi słowami, a wzrok utkwił gdzieś w zupełnie innej rzeczywistości.

Powóz aż trzeszczał, a konie pędziły ostatkiem sił, jakby przeczuwały, że muszą zdążyć na czas. Nawet woźnica nie musiał ich specjalnie poganiać. W powietrzu dało się wyczuć napięcie, które coraz bardziej przyprawiało go o gęsią skórkę.

William do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że drobna przysługa, którą pochopnie zgodził się wyświadczyć nowemu przyjacielowi, może okazać się o wiele ciekawsza i niebezpieczniejsza niż bezużyteczne mitrężenie czasu na londyńskich salonach czy w innych miejscach o mniej pochlebnej opinii.

Zachodził w głowę, cóż takiego kobieta, o której nasłuchał się ostatnimi czasy, może chcieć od wicehrabiego i dlaczego wyprawa do Szkocji wymagała zabrania ze sobą świadka. Posiadał wprawdzie niewielkie zdolności detektywistyczne, jednak wszelkie potrzebne informacje otrzymał, będąc pod wpływem alkoholu, i za nic nie mógł ich sobie przypomnieć. Podejrzewał, że tajemnicza dama była kochanką Arthura i wykorzystywała ten fakt lub inne niewygodne informacje do szantażowania go, wiedząc, jak wiele ten ma do stracenia.

Przed kilkoma dniami Arthur wpadł do jego kawalerskiego mieszkania i oświadczył, iż ma ochotę udusić gołymi rękoma harpię dręczącą go listami przez ostatnie kilka miesięcy. Wychudł przez nią i zaczynał tracić kontakt z rodziną. Najmłodszego dziecka w zasadzie nie widywał, a sypialnię żony omijał szerokim łukiem w obawie, że ta odkryje prawdę.

– Nie! Nie mogę narazić jej ani dzieci na skandal, na ból, na cierpienie! – krzyczał. – Pojadę tam i wyjaśnię z nią wszystko raz na zawsze. Choć z drugiej strony... – Zapatrzył się w przestrzeń za oknem. – Boże, dlaczego to było takie trudne?

William nie zamierzał mu przerywać, w nadziei, że tym sposobem dowie się wreszcie czegoś konkretnego, dlatego pozwolił mu na ten pozornie niekontrolowany wybuch emocji.

– Sam widzisz, ja, dorosły mężczyzna po czterdziestce, głowa rodziny, szanowany powszechnie członek Parlamentu, nie potrafię sobie poradzić z taką błahostką. A może powinienem stawić czoła prawdzie? Może powinienem... – Uśmiechnął się nagle, jakby znalazł odpowiedź na dręczące go od dawna koszmary. – Chcę mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. Pojedziesz tam ze mną, Spencer?

– Dlaczego nie – odparł William z myślą o czekającej go przygodzie.

Nigdy nie był w Szkocji i nie miał pewności, co powinien myśleć na temat jej mieszkańców. Kojarzyli mu się raczej z nieokrzesanymi barbarzyńcami. Nie miał jednak nic lepszego do roboty, a chętnie poznałby jakąś młodą, dziką góralkę i przekonał się na własnej skórze, czy różni się czymś od sztywnych, skrępowanych konwenansami Angielek.

Krajobraz za oknami kolejnych powozów się zmieniał, przechodząc stopniowo od delikatnie pofalowanych rozłożystych łąk i pól uprawnych poprzecinanych kamiennymi murkami przez sosnowe lasy do zajmujących wielkie przestrzenie wrzosowisk. Pośród nich wystawały nagie skały gdzieniegdzie pokryte ościałem i czerwonymi paprociami, a droga stawała się coraz bardziej stroma i niebezpieczna, co w połączeniu z surowością klimatu wywoływało w obserwującym poczucie małości w obliczu bezmiaru sił rządzących naturą.

Wreszcie karoca wtoczyła się na podjazd wielkiej posiadłości MacCalisterów. A właściwie wjechała przez monumentalną bramę na dziedziniec starego, imponującego w swych rozmiarach i kształcie zamczyska położonego na wzniesieniu łagodnym z jednej i poszarpanym z drugiej strony, częściowo na litej skale. Na dziedzińcu w kształcie kwadratu panował harmider, służące biegały tam i z powrotem, a stajenni pilnowali kilku koni i podniszczonych powozów. William słyszał wiele o szkockim skąpstwie i ograniczeniach w liczbie służby, dlatego zdziwił go zastany widok. Sam zamek również wprawił go w zdumienie. Nie spodziewał się ujrzeć potężnej twierdzy z czterema wieżami górującymi nad każdym rogiem murów. W innych okolicznościach chętnie by się tu rozejrzał, teraz jednak nie było na to czasu ani sposobności.

– Co się tutaj dzieje? – Pytanie rzucone przez Arthura pozostało bez odpowiedzi.

Wyskoczyli jeden po drugim z karocy i wbiegli po marmurowych schodach prowadzących do ciężkich, rzeźbionych drzwi. Kamerdyner nawet nie zdążył zadać pytania, kiedy wyminęli go niczym zjawy i pognali na górę – wicehrabia wiedziony dziwnym przeczuciem, a William ciekawością – do sypialni pani domu.

– Nie może pan tam wejść! – Idącego przodem Highama zatrzymał gruby policjant z notatnikiem w ręku.

– Mogę i wejdę – odparł niewzruszony wicehrabia tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Kim pan jest? – Stróż prawa usiłował go jeszcze zatrzymać w przejściu.

– Wicehrabia Arthur Higham, zajmuję pewną część tego zamku. – Posłużył się drobnym kłamstwem.

– Proszę wybaczyć, wasza lordowska mość, ale to chyba nie jest najlepszy widok dla bliskiego denatki.

– Denatki? – Wicehrabia zajrzał do pomieszczenia ponad głową policjanta, próbując dojrzeć, nad czym pochylali się inni zebrani w pokoju.

William, trzymający się pół kroku za nim, podążył za jego wzrokiem.

Lekarz, dwóch innych policjantów, lokaj i dwie rozhisteryzowane kobiety pocieszające siebie nawzajem kłębili się w przejściu, zasłaniając coś, co leżało na podłodze sypialni.

Higham laską odepchnął policjanta i nie czekając na kolejne próby zatrzymania, dostojnie, z uniesioną głową wszedł do środka. William wykorzystał zamieszanie, by wślizgnąć się za nim.

– Czy jest pan bliskim zmarłej? – Padło pytanie z ust kolejnego policjanta, chyba przełożonego tego z korytarza, sądząc po mundurze i sposobie wysławiania się. Williama jakby nie zauważył.

– Jestem kuzynem jej zmarłego męża, wicehrabia Arthur Higham – przedstawił się Higham, zerkając na podłogę, a następnie podszedł do płaczących kobiet i poklepał jedną z nich po ramieniu.

Policjant mówił mu coś o podejrzeniu włamania i napadu, ale wicehrabia nie słuchał go, tylko przyglądał się zmasakrowanej czaszce kobiety, którą jeszcze przed chwilą sam chciał udusić.

Nie jemu jednemu zalazła za skórę, pomyślał William z ironią.

Ciało spoczywało w nienaturalnej pozie na dywanie, w który wsiąkła bordowa krew. Wyglądało na bardzo zadbane. Smukła talia, długie nogi, odkryte teraz do połowy, wąskie ramiona, jasne, przyprószone siwizną, elegancko upięte włosy i arystokratyczny długi nos z przyschniętymi strużkami krwi. Zmarła musiała być niezwykle urodziwą kobietą, choć na niewiele się to zdało w obliczu ostateczności. W pomieszczeniu nie było wyraźnych śladów walki, choć szyba w oknie była wybita, a parapet porysowany, tak jakby ktoś się przedzierał do środka. Ciało zwrócone było w stronę łóżka, ale przodem do drzwi, a nie do okna. Obok stała przechylona drabina, a w sypialni panował wyraźny nieporządek.

Zdaniem Williama nie wyglądało to na włamanie i zabicie w celu rabunkowym, choć policjant wymieniał całkiem logiczne argumenty, zupełnie inne jednak niż te, które jemu przychodziły do głowy.

Obszedł zgromadzonych i wychylił się przez okno, starając się dostrzec, którędy mógł zbiec ewentualny sprawca, jeśli to jednak nie był nieszczęśliwy wypadek. Obok parapetu zauważył drabinkę do pięcia się winorośli, po której łatwo można było dostać się do pokoju lub z niego wydostać. Młodzieniec przyjrzał się też chodnikowi pod oknem i zauważył na nim kawałki rozbitego szkła, co potwierdziło jego pierwsze przypuszczenie.

– Wątpię, aby ktoś wybił szybę od zewnątrz. – Usłyszał swój własny głos i zdał sobie sprawę z tego, że inni odwracają się w jego kierunku. – Na podłodze leży tylko mały fragment szyby, co sugeruje, że reszta musiała wylecieć na zewnątrz. Zobaczą to panowie, kiedy się wychylą przez okno.

– Słuszna uwaga, panie... – Wąsaty szef policji spojrzał na niego z uwagą.

– William Spencer. – Wyprostował się. – I uprzedzę pytanie, nie jestem spokrewniony z ofiarą. Widzę ją po raz pierwszy. Przyszedłem tu z wicehrabią.

– Rozumiem – mruknął mężczyzna. – Mógłbym się z panem zgodzić, choć sam pan wie, jak to w starych domach bywa.

– Jak?

– Szyby mogą zachowywać się nieco inaczej, a okno mogło być uchylone i dlatego szkło wypadło na zewnątrz.

– Być może, jednak rama, jak pan widzi, otwiera się do środka.

– Hm. Rzeczywiście. – Policjant dotknął pomalowanego drewna dłonią w rękawiczce. – Ma pan prawdziwy talent – dodał nieco ironicznie.

– Czytuję kryminały, ale proszę tego nie rozpowiadać – szepnął William, nie dając się zlekceważyć. Zdawał sobie przecież sprawę, że nie jest śledczym, jednak nie lubił, gdy ktoś naigrawał się z niego z tego czy innego powodu. Czasem świeże spojrzenie może okazać się lepsze od rutynowego działania. – Kiedy to się stało? – Wskazał dłonią na martwą kobietę, widząc poruszenie Highama.

– Prawdopodobnie z samego rana – odparł funkcjonariusz z miną profesjonalisty. – Krew zdążyła stężeć, lekarz powinien niedługo określić czas nieco dokładniej.

– Pojmuję.

– Zechcą mi panowie odpowiedzieć na kilka pytań? – Policjant zmarszczył brwi.

– Z jakiego powodu? – spytał William, przyglądając mu się uważnie.

– Być może z żadnego, ale sam pan przyzna, że to dziwny zbieg okoliczności, iż zjawili się panowie w tym miejscu akurat teraz.

– Oczywiście. – Spencer zerknął jeszcze raz na ciało i z ulgą wyszedł z tego cuchnącego śmiercią pomieszczenia.

Przynajmniej jedna sprawa wicehrabiego rozwiązała się sama. Szantażystka zniknęła, a z nią groźba wypłynięcia sekretów na światło dzienne. William przeczuwał jednak, że to dopiero początek problemów. Odpowiedział zdawkowo na pytania zadane przez funkcjonariusza, wysłuchał krótkiego zeznania wicehrabiego i przeszedł wraz z nim do salonu na parterze, który wskazała im jedna z kobiet.

– Ciocia?! – zawołał Higham, klękając przed starszą damą skuloną w fotelu przy kominku.

– Jeszcze żyję. Wiem, to zadziwiające – wymruczała z ironią, ujęła pomarszczonymi dłońmi głowę wicehrabiego i ucałowała go w czoło. – Drogi chłopcze, byłeś już w sypialni Catriony?

– Byłem – westchnął. – A ciocia?

– Wiesz, że nie dałabym się powstrzymać od wejścia tam, ale musiałam zgodzić się na czekanie tutaj, bo wszyscy uważają, że moje biedne nerwy nie wytrzymają takiego nieszczęścia. Jakbym w swoim życiu nie widziała gorszych rzeczy. Obchodzą się ze mną jak z jajkiem.

– Mają rację. To nie jest widok dla pięknej i wrażliwej damy – wtrącił się William.

– James? – zapytała staruszka, podrywając się nagle z fotela.

– William. – Spojrzał na nią zaskoczony. – William Spencer, milady.

– A już myślałam, że do reszty straciłam jasność umysłu. – Rzeczywiście nie wyglądała na specjalnie poruszoną wiadomością o śmierci pod jej dachem. – Wygląda pan, młody człowieku, zupełnie jak ktoś, kogo znałam przed laty.

– Może mówi pani o moim dziadku? Miał na imię James i zdaje się, że odwiedzał w młodości te strony. – William jakby nagle doznał olśnienia, przypominając sobie opowieści dziadka. Cóż za zrządzenie losu!

– Miał? – Nawet się nie upewniła, bo już potwierdził jej domysły.

– Nie żyje od pięciu lat.

– Tak czułam – odparła, ponownie zapadając się w fotel. – Panie świeć nad jego duszą. Wypytam cię o niego później, bo rozumiem, że chwilę tu u nas zabawisz. – Zmrużyła powieki. – Czy znikanie bez słowa, tak jak uroczy styl komplementowania, także po nim odziedziczyłeś?

William uważnie przyjrzał się kobiecie. Nie wyglądała wcale na istotę o słabych nerwach. W jasnoniebieskich oczach tej pozornie wątłej starszej damy z siwymi włosami wystającymi spod obszernego czepka kryło się tyle energii, że mogłaby obdzielić tuzin młodych kobiet. Potrafił to wyczuć. Jedynie kiedy powiedział o śmierci dziadka, po jej twarzy przebiegł krótki grymas bólu. Szybko ustąpił on jednak miejsca zatroskanej, lecz spokojnej minie. Nie sądził, by kolejna śmierć, nawet tak brutalna jak ta, do której doszło na piętrze, mogła złamać tę kobietę.

– Przedstawisz mnie wreszcie swojemu kompanowi, Arthurze? – upomniała Highama, nachylając się do przodu.

– Naturalnie. – Wicehrabia otrząsnął się z otumanienia. – Lady Abigail, moja ciocia, głowa rodu MacCalister.

– Miło mi. – William się ukłonił.

– Wiecie coś więcej na temat śmierci Catriony? – spytała konspiracyjnym tonem. – Zanim ktoś się do mnie pofatyguje, to zadręczę się domysłami.

– Policja podejrzewała włamanie.

– Bzdura! Nikt nie jest na tyle nierozsądny, by włamywać się do zamku Caly. Choć moja synowa potrafiła zaleźć za skórę świętemu, to nikt nie ryzykowałby wtargnięcia na teren od strony jej okna. – Spojrzała na nich uważnie. – Na dole pilnują cztery potężne psy. Nie słyszałam, by podnosiły alarm.

– A szybę wybito od środka. – William nie mógł się powstrzymać od pochwalenia się własnym odkryciem.

– Ci policjanci nic nie zdziałają bez naszej pomocy. Czy wejdzie pan ze mną na górę? – Lady Abigail zwróciła się do Williama.

Arthur skinął mu głową, wyrażając zgodę, i wszyscy wspięli się na piętro.

Catriona MacCalister nadal leżała twarzą do ziemi w kałuży własnej krwi. Obok niej William zauważył mosiężny świecznik, o który zapewne zawadziła, spadając z drabiny, i który trafił ją w skroń. Dlaczego wcześniej nie zwrócił uwagi na te szczegóły? Pewnie gdyby dokonać dokładnych oględzin chodnika znajdującego się pod oknem sypialni, to znalazłoby się na nim świecę lub jakiś fragment świecznika, który stłukł szybę od środka. Pytanie tylko, czy kobieta sama z tej drabiny spadła, czy też o nią zawadziła pchnięta przez drugą osobę. A jeśli założyć, że jednak ktoś pomógł jej w zejściu z tego świata, to warto byłoby się zastanowić, gdzie mógł teraz przebywać. Ktoś z pewnością zauważyłby osobę w pośpiechu opuszczającą zamek. Chyba że osoba ta jeszcze zamku nie opuściła...

Oficerowie zabezpieczyli sypialnię i zajęli się przesłuchiwaniem służby oraz mieszkanek. Ich podwładni poszli przeszukać teren wokół budowli i rozejrzeć się po pomieszczeniach przyległych do sypialni zmarłej.

– Och, ciociu! – wykrzyknęła młodsza i drobniejsza z kobiet, które William widział już wcześniej w sypialni lady Catriony.

– Proszę tam nie wchodzić, lady Abigail. To może zaszkodzić pani sercu. – Zatrzymała ją druga, znacznie bardziej opanowana.

– Nonsens! – fuknęła starsza dama. – Moje serce miewa się dzisiaj wyśmienicie, a Catriona była żoną mojego syna i chyba moją powinnością jest wejść tam i rozeznać się w sytuacji. – Przesunęła kobietę laską i ponownie wspierając się na ramieniu Williama, wkroczyła do sypialni.

Spencer zdążył jedynie zerknąć na schodzącą im z drogi damę. Współczułby jej, gdyby nie jej odpychający wyraz twarzy i oskarżające spojrzenie.

Nie było żadną tajemnicą, że Szkoci nie lubili Anglików. Miało to swoje uwarunkowania historyczne, bo przez ostatnie dziesięciolecia władza Londynu nad ich terenami, wysiedlenia i złe traktowanie lokalnych mieszkańców wydatnie wpłynęły na tę niechęć. On jednak nie przybył tu, żeby się wywyższać. Musiało zatem chodzić o coś zupełnie innego.

Zjawili się niespodziewanie dokładnie w dniu śmierci pani domu, kobiety, o której było wiadome – z tego co zapamiętał – że wybiera sobie młodych kochanków, jednak nie był to powód, aby od razu traktować go jak mordercę. Starał się zachować spokój i uśmiechnąć łagodnie, by zatrzeć złe wrażenie. Kobieta miała prawo żywić podejrzenia. Nie znała go, a kręcił się po zamku niemal jak po własnych włościach. Mylił się jednak, sądząc, że nieznajoma odpuści. Zadarła tylko podbródek i wyniośle prychnęła, odwracając głowę, dzięki czemu mógł się jej bezczelnie przyjrzeć. Była wysoka, smukła, elegancko ubrana i uczesana – spod niewielkiego czepeczka wystawał misternie ułożony kok z ciemnorudych włosów. Miała typowo arystokratyczne rysy, duży, ale prosty i wąski nos, potężnych rozmiarów biust i oczy ukryte za grubymi okularami. Nie potrafił pozbyć się jednak wrażenia, że coś z nią było nie tak. Odwrócił głowę i pozwolił starszej damie rozejrzeć się po sypialni.

Dostrzegł, jak lady Abigail przyglądała się sztukaterii, toaletce i wystającej ramie lustra, jednak robiła to mimochodem, udając, że odwraca twarz od denatki, by przygotować się na szok związany z widokiem śmierci. Może podejrzewała, że lady Catriona była pod wpływem alkoholu? W końcu na szafce stała opróżniona do połowy karafka, a obok niej przewrócony kieliszek do wina. Wreszcie starsza dama obejrzała zmarłą, wykonała nad jej ciałem znak krzyża i pomodliła się, a potem dała sygnał czekającemu na korytarzu lokajowi, by podszedł wysłuchać jej dyspozycji.

– Zapytaj, chłopcze, panów oficerów, czy można już zabrać zwłoki. Ona nie może tu tak leżeć z zadartą spódnicą, trzeba ją przebrać, jak najszybciej zawiadomić pastora i zamówić trumnę.

– Oczywiście, milady. – Chłopak skłonił się, spoglądając na pozostałe kobiety, jakby u nich szukał dodatkowego przyzwolenia.

– I nie zapomnij zakryć lustra.

– Lustra? – wyrwało się Williamowi.

– Żeby zmylić ducha. Okno jest wprawdzie otwarte, ale nigdy nic nie wiadomo.

Nie skomentował tego, tylko zerknął na pozostałe osoby, nikt jednak nie uśmiechał się pod nosem. Może to jakaś szkocka tradycja? Nie musiał przecież znać lokalnych obyczajów.

– Może przejdziemy do salonu, ciociu – zaproponował wicehrabia.

– Dobrze. – Lady Abigail znów wzięła Williama pod ramię i szturchnęła laską pozostałe panie, które nadal trwały w odrętwieniu.

W piątkę zeszli na dół, gdzie czekały już na nich gorące ciastka owsiane, herbata i ziółka na uspokojenie.

– Przepraszam za moje maniery – odezwała się chlipiąca drobna, na oko trzydziestopięcioletnia kobieta przedstawiona jako siostrzenica lady Abigail, panna Molly Balfour. – Czy ktoś życzy sobie herbaty?

– Nikt nie ma ci nic do zarzucenia, kuzynko – zapewnił ją wicehrabia.

– Och, Arthurze! – Przetarła oczy chustką. – Musimy zawiadomić o wszystkim Olivię. W jednym roku stracić ojca i matkę, biedactwo! – Znów zaniosła się płaczem.

„Olivię” – powtórzył w myślach William. Dźwięk tego imienia wywarł na nim niecodzienne wrażenie.

– Panno Weir – wicehrabia zwrócił się do drugiej z kobiet – czy mogłaby pani odprowadzić Molly do jej sypialni? Musisz się położyć, kuzynko, dla ciebie to również było trudne doświadczenie – wyjaśnił jej, gdy zaczęła kręcić głową na znak protestu. Wicehrabia wyraźnie odzyskał już równowagę i zaczął się zachowywać tak, jak wymagała od niego sytuacja. William zdążył zorientować się, że Higham jest jedynym męskim członkiem rodziny i to na jego barkach spoczywa teraz załatwianie formalności związane z pogrzebem i zapewnienie spokoju tej najwidoczniej jeszcze liczniejszej grupie bezbronnych kobiet. – Pomogę pani.

– Mam nadzieję, że nie wziął mnie pan za wyzutą z wszelkich uczuć dziwaczkę? – odezwała się lady Abigail, kiedy zostali sami.

– Nigdy bym nie śmiał wysnuć takich wniosków – powiedział z niewymuszoną elegancją.

– O wszystkim dowiedziałam się już kilka godzin temu i zdążyłam zarówno opłakać zmarłą, jak i przemyśleć wszystkie konsekwencje tego nagłego wydarzenia. Poza tym w moim wieku do śmierci podchodzi się już nieco inaczej. Pochowałam męża, troje dzieci, siostrę – zaczęła wyliczać staruszka – o rodzicach i dalszych krewnych nie wspomnę. Napatrzyłam się już i na śmierć, i na skutki, jakie wywiera ona na żywych. Dobrze wiem, że niedługo sama przejdę na drugą stronę, i wcale nie uważam tego za wielką tragedię. Życie, jakim je znamy, musi być tylko etapem jakiegoś większego planu, a może jednym z wielu żyć...

– Chyba ma pani rację – odparł ostrożnie.

– Ale nadal przygląda mi się pan, jakbym własnoręcznie udusiła synową.

– Skąd!

– Proszę nie zaprzeczać. Może i nie przepadałyśmy za sobą szczególnie, ale jakby nie patrzeć, była matką Olivii, i to wbrew powszechnej opinii dobrą matką. Może i prowadziła się, hm – odchrząknęła. – Niech mi pan wierzy, w tej rodzinie mieliśmy wielu mniej szlachetnych ludzi.

Nie wiedział, czy powinien to jakoś skomentować, dlatego pośpiesznie włożył do ust owsiane ciasteczko, uśmiechając się uprzejmie do starszej damy.

– Aż dziw bierze. – Lady Abigail podparła dłonią brodę i wyszukała w kieszeni sukni pudełko na okulary. – Muszę przyjrzeć się uważniej – wyjaśniła. – No, no. Gęsta czupryna ciemnych włosów, równie ciemne oczy i kwadratowa szczęka. Przystojny z pana młodzieniec. To dobrze. Może Olivia dzięki temu łatwiej przejdzie przez pogrzeb matki.

– Nie bardzo rozumiem.

– Mówię czasem sama do siebie. – Spojrzała na niego przenikliwie. – Rozumiem, że zostanie pan z Arthurem przez kilka tygodni w Caly. Należałoby także sprowadzić Beatrice z dziećmi, bo coś mi się wydaje, że nie tylko majątek MacCalisterów potrzebuje teraz szczególnej uwagi.

– Hm.

Wprawdzie nie ustalił jeszcze z wicehrabią, jak długo będzie trwał ich pobyt w Szkocji, ale wyglądało na to, że nie będzie to krótka wizyta.

– Arthur nigdy wcześniej nie przyjeżdżał tu bez swojej żony, a to już druga taka samotna wizyta. Gdybym go nie znała, może dałabym się zbyć jakąś wymówką, jednak swoje przeżyłam i wiem, że coś jest na rzeczy. – Nie mógł zaprzeczyć jej przenikliwym domysłom. – Olivia także będzie potrzebowała wsparcia – ciągnęła lady Abigail. – O ile się dobrze orientuję w tych prawniczych sprawach, to Arthur stał się jej opiekunem do czasu, aż znajdzie męża. A lepiej, by nie podejmowała pochopnych decyzji – westchnęła tajemniczo.

– Zdaje się, że to może potrwać. Żałoba, wprowadzenie do towarzystwa, okres narzeczeństwa, zapowiedzi – wyliczał – no i znalezienie odpowiedniego kandydata, którego zaakceptuje rodzina. Chyba że panna MacCalister skończyła dwadzieścia jeden lat, ale skoro przebywa w szkole dla panien, musi być znacznie młodsza.

– To Szkocja, młody człowieku – zaśmiała się starsza dama – tutaj nie obowiązują te angielskie sztywne zasady. Panna uzyskuje pełnoletność w dniu swoich szesnastych urodzin. Po cóż niby tyle par przybywa do Gretna Green, jeśli nie po to, by szybko i legalnie się pobrać? Tutaj nawet kowal może udzielić ślubu. Nie powiesz mi, że o tym nie wiedziałeś.

– Istotnie. Zapomniałem, że nie jesteśmy w Londynie.

– Obecny wystrój tej części zamku i mnie samą potrafi zmylić.

– Tej części? Czyli inne pozostały w stanie... nienaruszonym? – zainteresował się.

– To stara budowla. Wzniesiona w czternastym wieku i wielokrotnie przebudowywana przez kolejnych przedstawicieli klanu. Lata jej świetności przypadły na czasy jeszcze przed moimi narodzinami i niektóre pomieszczenia zachowały oryginalny wygląd, były tylko poddawane renowacji, do innych wolałbyś nie zaglądać. Obawiam się, że poza grubą warstwą kurzu i pajęczyn nie znalazłbyś tam niczego interesującego. Zresztą sporą część z nich dawno zamurowano.

– Mógłbym spytać, w jakim celu?

– Mógłbyś, ale nie uzyskałbyś jasnej odpowiedzi.

– Przepraszam. – Zarumienił się. – Nie chciałem być wścibski.

– Lubię bezpośrednich ludzi, nie uraził mnie pan. Po prostu wyjaśnienie powodów zajęłoby mi bardzo wiele czasu i z pewnością mogłabym coś poplątać. To skomplikowane sprawy rodzinne.

– Rozumiem.

– Od ponad stu lat używane pozostaje jedynie zachodnie skrzydło zamku. Wschodnie jest stale zamknięte i nie ma w nim nic ciekawego. Mury na pozostałych dwóch bokach dziedzińca kryją budynki gospodarcze, stajnie, wozownie, owczarnię i oczywiście bimbrownię. Wieże usytuowane we wszystkich czterech kątach omurowania służyły kiedyś za obserwatorium, ozdobę albo pokoje gościnne. Od lat nikt z nich jednak nie korzystał, bo i tutaj mamy wystarczająco dużo sypialni, zwłaszcza po adaptacji najwyższego piętra. – Wyprostowała się, sięgając po laskę, którą postawiła wcześniej obok fotela. – Naturalnie, jeśli chciałby pan obejrzeć tę część wschodniego skrzydła, która nie została kiedyś zamurowana, to nie mam nic przeciwko temu. O ile znajdzie pan klucz – dodała cicho.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij