Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Czas wojny, czas miłości - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 listopada 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Czas wojny, czas miłości - ebook

Tęsknota za prawdziwą miłością jest zawsze taka sama, niezależnie od czasów.

Poruszająca saga rodzinna, w której niezwykłe historie miłosne rozgrywają się na tle prawdziwych wydarzeń z przełomu wieków.

Historia rodu, którego seniorką jest Róża von Goch. Razem z synem Henrykiem i wnuczkami – Leną i Norą – mierzy się z trudnymi wyborami i uczuciami, które powiązane są ze zdarzeniami piszącej się historii. W trudnych czasach wojny rodzina nieustannie szuka swojego miejsca. Dokąd poprowadzą ich drogi z ukochanego rodzinnego Nieczujowa?

Poczuj cudowny zapach przepysznych cytrynowych ciasteczek, stań twarzą w twarz z Marią Skłodowską-Curie, daj się porwać niezwykłym historiom miłosnym, które nie pozwolą ci odłożyć książki ani na chwilę. Ten wzruszający romans pełen zaskakujących zwrotów akcji to cudowna podróż w czasie: od ostatnich lat dziewiętnastego wieku i pierwszych dekad dwudziestego aż do wybuchu II wojny światowej.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66436-87-9
Rozmiar pliku: 940 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis bohaterów

Postaci fikcyjne

Adam Lurker – kierowca na dworze w Nieczujowie

Adam Kolender – przyjaciel Henryka von Gocha z czasów studenckich

Agata – akuszerka

Aleksandra von Arnin – córka Svena

Aleksandra von Goch z domu Świerczyńska – żona Henryka von Gocha, matka Leny i Nory

Bernard Brune – kolega Tristana Borchardta z Uniwersytetu w Berlinie

bezimienny żołnierz – mieszkaniec wioski nieopodal Coole Park

Bonifacy Kotsis – przyjaciel Henryka von Gocha z czasów studenckich

doktor Ulliel – ordynator szpitala w Ypres

Halinka – koleżanka Leny

Henryk von Arnin – syn Svena

Henryk von Goch – właściciel Nieczujowa, syn Róży, ojciec Leny i Nory

Jadwinia – pomoc kuchenna na dworze w Nieczujowie

Kiara – pracownica dziekanatu na Uniwersytecie w Berlinie

ksiądz, z którym rozmawiała Lena – proboszcz kościoła w Nieczujowie

Leopold von Goch – mąż Róży, ojciec Henryka, dziadek Leny i Nory

Mateusz – kucharz na dworze w Nieczujowie

Mateusz Jr. – kucharz na dworze w Nieczujowie

Michael von Arnin – przyjaciel Henryka von Gocha z czasów studenckich, ojciec Svena

Mikołaj – nauczyciel Leny na dworze w Nieczujowie

Pani Weston – właścicielka pensjonatu w Westfield Cottages

Roan Jr. – syn Roana O’Neilla

Roan O’Neill – wnuk lady Gregory, syn Thomasa O’Neilla i Robin z Gregorych

Robin Gregory – córka Williama H. Gregory’ego z pierwszego małżeństwa

Róża von Goch z Sekułów – matka Henryka, babka Leny i Nory

Ruth von Arnin – żona Michaela i matka Svena

Sara – przyjaciółka Leny z Nowego Jorku

Stefan Wielowiejski – przyjaciel Henryka z czasów studenckich

Sven von Arnin – syn Michaela, przyjaciel Leny i Nory

Thomas O’Neill – ojciec Roana, mąż Robin

Tristan Borchardt – syn Ludwiga Borchardta

Zoja – uczennica w gimnazjum, do którego uczęszczała Lena

Postaci historyczne

Adolf Engler – niemiecki botanik, fitogeograf i systematyk

Alfred Lucas – egiptolog, członek ekspedycji, która odkryła grobowiec Tutanchamona

Arthur Callender – angielski inżynier i architekt; wieloletni przyjaciel Howarda Cartera; świadek odkrycia grobu Tutanchamona w 1922 roku

Arthur Griffith – irlandzki przywódca narodowy i polityk, przewodniczący Rady Wykonawczej w 1922 roku

sir Charles Alexander Holcombe Longcroft – pilot i dowódca w Royal Flying Corps

Edward Martyn – irlandzki aktywista społeczny, dramaturg

Evelyn Herbert – córka lorda Carnarvona, wierna towarzyszka jego wypraw

Feliks Perl – polski działacz socjalistyczny i publicysta żydowskiego pochodzenia

George Edward Stanhope Molyneux Herbert, lord Carnarvon – angielski arystokrata, wicehrabia Porchester, pochodzący z niezwykle majętnej, ziemiańskiej rodziny

Helena Okrzeja z Cieślińskich – matka Stefana Okrzei

Howard Carter – angielski archeolog i egiptolog; początkowo akwarelista, później archeologiczny kopista, kolorysta i rysownik, w końcu uznany egiptolog i odkrywca grobowca Tutanchamona

Irène Joliot-Curie – francuska fizykochemiczka, laureatka Nagrody Nobla, Oficer Legii Honorowej, córka Marii Skłodowskiej-Curie i Pierre’a Curie

Isabella Augusta Gregory – znana jako lady Gregory, irlandzka dramatopisarka i specjalistka od folkloru, współzałożycielka Abbey Theatre

James Gordon Bennett Jr. – amerykański dziennikarz i wydawca prasowy, entuzjasta sportu, syn wydawcy i publicysty, założyciela pisma „New York Herald”

Josef Göbel – właściciel firmy, która podjęła się renowacji organów w Katedrze Oliwskiej w Gdańsku

Katarzyna Romerowa – właścicielka hotelu w Krakowie, który w 1862 roku został przemianowany na Hotel Narodowy (obecnie Hotel Wawel)

Ludwig Borchardt – niemiecki egiptolog żydowskiego pochodzenia

Maria Skłodowska-Curie – fizyczka, chemiczka, dwukrotna laureatka Nagrody Nobla

Michael Collins – irlandzki przywódca rewolucyjny, założyciel i przywódca IRA

Stefan Okrzeja – robotnik, członek PPS i Organizacji Bojowej PPS, działacz niepodległościowy i socjalistyczny; schwytany przez policję w trakcie zamachu na cyrkuł policyjny na Pradze

Teresa Perl z Reznikowskich – działaczka społeczna, socjalistka żydowskiego pochodzenia

Walenty Okrzeja – ojciec Stefana Okrzei

sir William Henry Gregory – brytyjsko-irlandzki pisarz i polityk, czternasty Gubernator Cejlonu, mąż lady Gregory

William Barker – kanadyjski pilot, jeden z najlepszych kanadyjskich asów myśliwskich podczas I wojny światowej, zwycięzca pięćdziesięciu pojedynków powietrznych

William Butler Yeats – poeta, dramaturg i filozof irlandzki

William Robert Gregory – syn sir Williama H. Gregory’ego i IsabelliCzłowiek bez honoru to gorsze niż śmierć.

Miguel de Cervantes

Styczeń 1891 roku, Nieczujów

Było zbyt wcześnie, aby ktoś z państwa był już na nogach, a jednak w części domu, w której o tej porze – kiedy na zewnątrz panowała jeszcze nieprzenikniona ciemność styczniowego mroźnego poranka – powinna być cisza, dało się słyszeć miarowe stąpanie, któremu towarzyszył nieznośny odgłos laski stawianej co jakiś czas na podłodze. Charakterystycznemu dźwiękowi wtórowało równomierne tykanie zegara, od ponad stulecia wiszącego w bibliotece.

Henryk z całych sił starał się nie myśleć o tych wdzierających się do jego bolącej głowy dźwiękach. Zamknął oczy. Zaczął liczyć. Najpierw do dziesięciu, potem do stu, ale nawet tysiąc nie odgonił jego myśli od miarowego stukotu. Czasami liczenie pomagało, ale nie w sytuacjach silnego wzburzenia, gdy jego nerwy były napięte jak postronki. Nie chciał reagować, dlatego zaczął wsłuchiwać się w cichutki trzask polan, które kończyły swoje krótkie życie w kominku. Ogień powoli dogorywał. Ostatni płomień rozpalił się jasnym światłem, aby po chwili zgasnąć. W sypialni zrobiło się cicho. Nic już nie było w stanie skupić na sobie jego uwagi.

Tymczasem odgłos nie osłabł ani na chwilę. Stuk, stuk, stuk.

Każde kolejne zetknięcie laski z drewnianą posadzką rozsadzało mu głowę. Kiedy wieczorem opróżniał butelkę Chivas Regal, zdawał sobie sprawę, że ten dzień będzie trudny. Wczorajsze wydarzenia w stu procentach usprawiedliwiały jego postawę, którą można by nazwać lekkomyślną albo po prostu nieodpowiedzialną i szczeniacką.

Inna rzecz, że trunek ten należał do jego ulubionych. Rozsmakował się w nim podczas wizyty u przyjaciela. Dobrze pamiętał moment, w którym jego usta po raz pierwszy zetknęły się z tą niezwykłą cieczą. Pomyślał wówczas, że to nie alkohol, a czysta ambrozja. Patrzył na głęboką miedzianozłotą barwę i wiedział, że to nie byle jaki trunek. Michael von Arnin, który zaprosił go do swojego domu w Heidelbergu na krótkie wakacje między kolejnymi semestrami nauki, którą podjęli na Uniwersytecie Ruprechta-Karola, napełniał właśnie drugą szklankę o grubym dnie.

Zanim podał mu whisky, przyjaciel podniósł ją do nosa i uczynił charakterystyczny ruch ręką, dając Henrykowi do zrozumienia, że najpierw należy delektować się zapachem, a dopiero potem smakiem alkoholu.

– To raczej gest na pokaz – dodał, podając Henrykowi drinka. – Miałem kiedyś przyjemność zwiedzić jedną z większych destylarni. Może słyszałeś o Springbank? – Nie czekając na odpowiedź, Michael von Arnin ciągnął dalej: – To właśnie tam dowiedziałem się, że prawdziwa degustacja odbywa się w szklankach o kształcie tulipana. Aromaty zawarte w alkoholu nie mają w zwyczaju „wspinać się” po prostych ściankach. Potrzebują gór i dolin. To, co trzymasz w ręce, to szklanka typu old-fashioned. Oczywiście, nikt nie może zabronić ci wąchania. Nawet powinieneś to robić. Może nie wyczujesz wszystkich aromatów, ale te główne z pewnością.

Henryk odczekał chwilę, jakby dając sobie czas do namysłu, czy warto podążyć za radą kolegi. Zamknął oczy i wciągnął powietrze. Do jego nosa doleciały wspaniałe owocowe nuty. Delikatnie pokręcił głową. Dało się wyczuć świeżą pomarańczę i brzoskwinię, a wszystko to w obłoku nut marcepanowych i orzechowych. Ciągle nie otwierając oczu, uniósł szklankę do ust. Smak wykwintnej czekolady. To było pierwsze wrażenie. Potem poczuł wyraźną pomarańczę. Smak był głęboki, chciałoby się rzec: krągły. Roztarł ostatnie krople na języku.

Otworzył oczy i spojrzał w stronę przyglądającego mu się Michaela.

– Ambrozja – skwitował jednym słowem.

Od tego czasu minęło sporo lat, a on ciągle był wierny Chivas Regal. Wspomnienia odciągnęły go od tego, co działo się w domu, jednak nie na długo.

Stuk, stuk, stuk.

Zerknął na zegarek. Nagły ruch głową sprawił, że zaklął siarczyście. Przycisnął palce do skroni, uciskając je delikatnie i prosząc w duchu, żeby ten krótki masaż sprawił mu niewielką ulgę.

Z tego wszystkiego zapomniał, która była godzina. Jeszcze raz odwrócił się w stronę czasomierza stojącego na komodzie po prawej stronie łóżka. Musiał wytężyć wzrok. W pokoju paliła się niewielka lampa naftowa, której rozedrgane światło nie rozpraszało panującego mroku. Nic z tego, pomyślał. Od wpatrywania się w majaczące wskazówki zegara jeszcze bardziej rozbolała go głowa. Koniec końców Henryk musiał wstać, aby sprawdzić, która jest godzina.

– Matko Boska – powiedział na głos, stojąc koło komody. – Toż to dopiero piąta piętnaście.

Domyślał się, że jest wcześnie, ale nie przypuszczał, że aż tak. To była niemiłosiernie wczesna pora. Dla niego środek nocy. Kiedy jednak stukanie nie ustawało, zrozumiał, że powstrzyma je tylko wtedy, kiedy się z nim zmierzy. Westchnął ciężko. Skulił ramiona, jakby spadło na niego nieszczęście całego świata. Powłócząc nogami, skierował się w stronę fotela, na którym od wczoraj leżał ciepły szlafrok. Rzucił go tam niedbale po powrocie do pokoju. Z całą pewnością gdyby przyszedł tu o zwyczajowej porze, Antoni pomógłby mu w wieczornej toalecie, ale ponieważ Henryk wiedział, że posiedzi w gabinecie dość długo, za kompana mając opróżnioną w dwóch trzecich butelkę, odesłał służącego.

Półprzytomnie z niewyspania i bólu głowy, który rytmicznie pulsował mu w skroniach, rozejrzał się za kapciami. Tak, chodził po domu w kapciach, co doprowadzało jego matkę do szału. Ileż to już razy nasłuchał się, jak należy się ubierać.

– Toż to nie przystoi arystokracie – mawiała, załamując ręce.

Szczerze mówiąc, miał w nosie, co przystoi, a co nie przystoi arystokratom. Zawsze stawiał na wygodę. Liczył się głównie z własnym zdaniem. Nigdy nie zrobiłby czegoś tylko dlatego, że tak należało, albo w obawie, że zostanie wyśmiany czy wzięty na języki. Wielu postawiło na nim krzyżyk, twierdząc, że jest wywrotowcem nieszanującym tradycji. Może mieli trochę racji, ale nie we wszystkim. Nigdy nie zrobiłby czegoś, co uwłaczałoby jego poczuciu sprawiedliwości, honoru i pamięci przodków. Chociaż biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, matka z pewnością prychnęłaby z wściekłością.

I tak Henryk, rozmyślając o wszystkim i zasadniczo o niczym, doszedł do sedna sprawy, czyli konieczności stawienia czoła nieustającemu stukotowi laski. Spojrzał w stronę łóżka. Są, pomyślał i wsunął bose stopy w zimne pantofle. Przeszył go dreszcz. Zastanowił się, czy był on wynikiem zetknięcia ciepłego ciała z zimną skórą pantofli, czy może jego organizm podświadomie zaczął reagować na to, co miało zapewne nastąpić za kilka chwil.

Zrezygnowany nacisnął na klamkę, cicho zamknął drzwi sypialni i ruszył w stronę biblioteki. Był niezbicie przekonany, że to właśnie stamtąd dochodzi owa kakofonia. Drogę oświetlał mu słaby blask, który wydobywał się z lampki naftowej. Wziął ją odruchowo, chociaż znał swój dom na pamięć. Mógłby z zamkniętymi oczami trafić do każdego z kilkunastu znajdujących się tu pomieszczeń.

Przystanął na chwilę przed uchylonymi drzwiami biblioteki. W kominku wesoło buzował ogień. Do nozdrzy dolatywał zapach świeżo zaparzonej kawy. To zapewne zasługa służby będącej już od dłuższego czasu na nogach. Na stojącym pod oknem biurku, przy którym lubił siadywać każdego wieczoru z kieliszkiem Chivas Regal w jednej ręce i książką w drugiej, stała zapalona lampa. Pokój tonął w przyjemnej pomarańczowej poświacie. Aż chciałoby się w nią zanurzyć, gdyby nie miarowe, nieustające stukanie. Doszedł do tego jeszcze odgłos nerwowych kroków, które stały się dobrze słyszalne dopiero pod drzwiami biblioteki. Zanim Henryk położył rękę na klamce, powstrzymał się przed odruchem przeżegnania się. Nie żeby się panicznie bał. Już od wielu lat nie obawiał się stawiać czoła ludziom. Gest ten miał raczej pomóc mu w zachowaniu cierpliwości. Zaczął w nim narastać strach, że w końcu poniosą go nerwy i powie lub zrobi coś, czego później będzie żałować.

– Nie śpisz?

Nie trać cierpliwości, upomniał się w duchu, bo już pierwsze pytanie, które zadała mu matka, wzburzyło jego krew. Na usta cisnął mu się stek przekleństw oraz wymówek, ale przełknął je zgrabnie i nawet zdobył się na lekki uśmiech. A nie było to łatwe.

– A więc też nie możesz spać? – kontynuowała niewinnie matka. Nie czekając, aż się odezwie, ciągnęła dalej: – Wcale mnie to nie dziwi. Mam nadzieję, że nasza wczorajsza rozmowa jednak zasiała w tobie ziarno wątpliwości. I ta bezsenna noc jest wynikiem tego, że zacząłeś się zastanawiać, jak w sposób godny dżentelmena uniknąć tego pochopnego kroku. – Henryk już chciał odpowiedzieć, ale matka nie dała mu dojść do słowa: – Gdybyś nie miał stosownego rozwiązania, myślę, że znalazłam je dla ciebie.

Teraz, kiedy w bibliotece wreszcie zapanowała cisza, przerywana tylko miarowym stukotem, postanowił się nie odzywać. Był ciekawy, co to za cudowne rozwiązanie. Matka odwróciła się do niego plecami i energicznie podeszła do biurka. Sięgnęła po rozłożoną na blacie gazetę.

Henryk spojrzał na stronę, a potem na rodzicielkę z pytaniem wymalowanym na twarzy.

– Nie bardzo rozumiem. Czy aby na pewno przeglądam właściwy artykuł?

Kobieta podeszła do syna, zerknęła mu przez ramię i potwierdziła skinieniem głowy.

– Masakra pod Wounded Knee – odczytał tytuł i znowu na nią spojrzał, czekając na wyjaśnienia.

– Czytaj! – ponagliła go. – Możesz po cichu. Czytałam to już dwa razy.

– W dniu 29 grudnia ubiegłego roku doszło do straszliwych wydarzeń. – Nie zamierzał spełnić jej prośby. Zmusił ją, aby wysłuchała tekstu raz jeszcze, jakby ponowne przeczytanie miało być dla niej swoistą karą. – W tym straszliwym dniu, o świcie, amerykańscy żołnierze otoczywszy Indian, wezwali ich na naradę. Zażądali zawieszenia broni. – Mężczyzna przeskakiwał niektóre akapity, ponieważ nie zamierzał zagłębiać się w problem wojny, którą rząd Stanów Zjednoczonych prowadził z Indianami z Wielkich Równin. – Najprawdopodobniej w efekcie tragicznego nieporozumienia doszło do strasznych wydarzeń. Jak relacjonują świadkowie, którym udało się przeżyć, w wyniku niezamierzonego strzału jednego z Indian Amerykanie otworzyli ogień krzyżowy. Nad obozowiskiem unosiła się wówczas mgła, co pogorszyło i tak złe warunki pogodowe. Brak dobrej widoczności sprawił, że żołnierze strzelali nie tylko do indiańskich wojowników, lecz także do zebranych na placu spotkania kobiet i dzieci, a nawet do swoich towarzyszy broni. W rezultacie zabito ponad stu pięćdziesięciu Indian, chociaż dane te mogą się zmienić. Jak podają niektóre źródła, zabitych Indian może być nawet trzystu pięćdziesięciu. Wśród ofiar śmiertelnych oraz ciężko rannych są także amerykańscy żołnierze. – Zawiesił głos i złożył trzymaną w ręku gazetę. – Dowiem się wreszcie, dlaczego z samego rana, o nieprzyzwoicie wczesnej porze, uraczyłaś mnie tym czymś? – Dla podkreślenia zdenerwowania zaczął potrząsać czasopismem.

– Och, kochany Henryku, zawsze uważałam cię za bystrego. Czasami twój rzutki umysł trochę mnie przerażał, ale okazuje się, że kiedy faktycznie należy go wysilić, ty spoczywasz na laurach. Czy naprawdę nie rozumiesz, czy tylko udajesz? – mówiąc to, matka znowu zaczęła chodzić tam i z powrotem, a każdemu krokowi towarzyszył stuk laski, który wydobywał się zawsze wtedy, gdy metalowa końcówka stykała się z posadzką.

– Na Boga, mamo! – wykrzyknął, bo nie mógł znieść hałasu ani chwili dłużej. – Usiądź albo pozbądź się tego diabelskiego przedmiotu. I dlaczego w ogóle podpierasz się na tej ohydnej lasce? Jesteś młoda, masz dopiero 49 lat.

– Nie odbiegaj od tematu. – Skierowała się w stronę wygodnej sofy i usiadła na niej jak królowa na tronie.

W bibliotece zaległa cisza, którą przerywało trzaskanie polan w kominku oraz miarowe tykanie zegara, którego wskazówki powoli zaczęły zbliżać się do godziny szóstej. Ta krótka, ale intensywna wymiana zdań i czytanie artykułu sprawiły, że Henryk zapomniał o bólu głowy. Jednakże wystarczyła mała chwila odprężenia, aby nieprzyjemne pulsowanie dało o sobie znać z pełną mocą. Złapał się za skronie i zamknął oczy.

– Jak zwykle melodramatyzujesz. Mam nadzieję, że wiesz, że nie daję się tak łatwo złapać na takie gierki. Chociaż jestem młoda, jak sam przed chwilą stwierdziłeś, to jednak znacznie dłużej chodzę po tym świecie i mogę przejrzeć twoje zamiary. Sama nie raz i nie dwa uciekałam się do tego typu wykrętów. Ból głowy to bardzo dobry pretekst, aby wymigać się od wielu nieprzyjemnych rzeczy, jakie przychodzi nam robić w życiu. – Potok słów, który płynął z ust matki, zalewał go niczym wody wezbranej rzeki.

Policzył w myślach do dziesięciu, wziął głęboki oddech i nie komentując jej dywagacji, zadał rzeczowe pytanie:

– Czy dowiem się wreszcie, dlaczego stoję w tym miejscu o szóstej nad ranem i dlaczego zostałem zmuszony do przeczytania nic niewnoszącego do mojego życia artykułu?

– Kochanie! – Róża von Goch lubiła egzaltowany ton, w którym się wręcz rozsmakowywała. – To przecież oczywiste. Ta tragedia poruszyła wielu ludzi na świecie. Oczywiście nie można porównywać Indian do nas, ale to przecież też, jak by na to nie patrzeć, ludzie. Kiedy zdarzają się takie rzeczy, należy się wyciszyć, zamyślić i zatrzymać nad grobami poległych. Zabawa i radosna ekscytacja jest dalece nie na miejscu w tej chwili.

Henryk nagle doznał olśnienia. Gdyby nie powaga sytuacji, roześmiałby się na głos.

– Myślałem, że już wczoraj wyraziłem się jasno – cyzelował każde wypowiadane słowo. – Ale najwyraźniej nie słuchałaś albo nie przywiązywałaś wagi do tego, co do ciebie mówiłem. Ślub się odbędzie, czy tego chcesz, czy nie. Mam nadzieję, że otrzymam twoje błogosławieństwo, ale i bez niego świat się nie zawali. Aleksandra zostanie moją żoną. Za kilka dni staniemy przed obliczem naszego proboszcza i ten w imię Boga udzieli nam sakramentu małżeństwa. Nie zamierzam odwoływać ślubu i posługiwać się w tym celu tanim chwytem, jakim byłoby powoływanie się na głęboki żal z powodu tego, co stało się tysiące kilometrów od naszego domu i co de facto nie jest w żaden sposób związane ze mną, tobą, Aleksandrą czy nawet tym domem. A teraz, kiedy, mam nadzieję, wyjaśniliśmy całe to nieporozumienie, udam się na spoczynek, bo wbrew temu, co sugerowałaś, pęka mi głowa. Nie, nie przez ciebie, chociaż pewnie też się do tego przyczyniłaś, ale z powodu niemiłosiernego kaca.

– Piłeś?

– Jakbyś nie wiedziała. Tylko nie zadawaj pytania „dlaczego?” – uprzedził jej kolejne słowa.

– Poczekaj – odezwała się już mniej hardo. – Pomyśl nad tym. Proszę cię.

– Powiedz mi, mamo, dlaczego tak bardzo starasz się zapobiec temu związkowi? Bo przecież nie z powodu jej pochodzenia. Aleksandra ma znakomite nazwisko, jest majętna, a poza tym to urocza kobieta. Nie tylko ładna, lecz także inteligentna, co jest rzadkością w naszych kręgach. I nie zaprzeczaj. Większość panien nie potrafi nawet porządnie liczyć do stu. Nie winię ich za to. Tak zostały wychowane. Od najmłodszych lat wpajano im, że to mąż będzie dbał o nie, ich dzieci i domostwo. Kiedy więc przychodzi pora, aby zająć się sprawunkami i pod nieobecność męża dać służącym pieniądze na zakupy, panny te nie wiedzą, co ile kosztuje. I albo są okradane przez służbę, albo same oskarżają Bogu ducha winnych ludzi o kradzież. Więc zapytam raz jeszcze: dlaczego masz awersję do mądrej, ładnej i łagodnej kobiety?

– Mój doktor twierdzi, że jest wielkie prawdopodobieństwo, że upadek z konia, którego doznała, kiedy była młodą panienką, spowodował poważny uszczerbek na jej zdrowiu.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć, gdy na nią patrzę – powiedział Henryk przez zaciśnięte zęby. Cała ta konwersacja wyprowadzała go z równowagi.

– Bo to nie chodzi o jakieś widoczne kalectwo.

– Więc o jakie? Bo jej umysł jest ostry jak brzytwa i raczej nie szwankuje – próbował żartować.

– Ona nie może mieć dzieci. – Matka wypluła te słowa z szybkością pocisku.

Zaniemówił. Patrzył na nią i pierwszy raz od bardzo dawna nie wiedział, jak się zachować i co powiedzieć. Wreszcie postanowił, że nie będzie udzielał matce reprymendy za to, że plotkuje, ani nie będzie silił się na oburzenie. Po prostu powie jej prawdę.

– Mamo – mówiąc to, podszedł do niej i złapał ją za ręce. – Aleksandra jakiś czas temu powiedziała mi o wypadku. Dała mi także do zrozumienia, jakie mogą być tego konsekwencje. Mam nadzieję, że wiesz, jak wychowałaś swojego syna i że nigdy nie byłbym zdolny do dezercji w obliczu takiego wyznania. Mam nadzieję, że teraz, gdy ci o tym powiedziałem, zmienisz zdanie i przestaniesz nalegać, abym stchórzył i zawiódł kobietę, którą kocham.

– Kochany synku – odpowiedziała Róża. – Jestem z ciebie dumna, ale będziesz musiał mi wybaczyć. Nie dam ci mojego błogosławieństwa. Jesteś jedynym spadkobiercą. Jeżeli nie będziesz mieć potomstwa, kto odziedziczy to wszystko? Nie martw się, przyjdę na ślub, ale nie mam zamiaru dalej mieszkać w Nieczujowie, chociaż to mój dom rodzinny. W tej sytuacji jednak wolę wyjechać do domu, który twój ojciec przezornie zachował. W końcu Xanten też ma swój urok.

Po tych słowach sięgnęła po swoją laskę opartą o fotel, na którym siedziała jeszcze przed chwilą. Wychodząc z biblioteki, odwróciła się w stronę syna i powiedziała:

– Wracaj do siebie. Połóż się. Może sen sprawi, że głowa przestanie cię boleć.

Henryk pokiwał tylko ze zrozumieniem. Nie miał siły, aby dalej wykłócać się z matką ani przemawiać jej do rozumu. Znał ją na tyle dobrze, aby wiedzieć, że jeżeli Róża von Goch coś sobie ubzdura, trudno będzie wyperswadować jej ową niedorzeczność. Mieli jeszcze czas na poważną rozmowę. Może kiedy matka wyjedzie, to na własnej skórze przekona się, co to znaczy mieszkać z dala od domu i bliskich. Zatęskni i wróci do Nieczujowa z radością.

Róża von Goch z Sekułów herbu Nieczuja przechadzała się po parku otaczającym jej rodzinny dom. Stanęła w cieniu rozłożystego dębu. Uwielbiała to miejsce. Siadała tu z matką, kiedy była dzieckiem. Lubiła jej ciepły głos. Wspomnienie czytanych przez matkę Baśni opowiedzianych dla dzieci Hansa Christiana Andersena napawało ją wewnętrzną energią.

Z zamyślenia wyrwał ją rwetes panujący przy budynku inwentarskim. Westchnęła głośno, wciągając do płuc zimne styczniowe powietrze. Zima była mroźna i wyjątkowo śnieżna. Wszystko dookoła przykrywała gruba warstwa białego puchu. Kobieta lubiła taką pogodę. Od dziecka z utęsknieniem czekała na zimę. Kiedy wszyscy tęsknili za latem, ona rozkoszowała się mroźnym powietrzem, które owiewało roześmianą twarz, gdy sunęła na łyżwach po zamarzniętej tafli stawu, albo czerwieniło jej nos, kiedy przykryta grubym kocem, siedząc w saniach, mknęła kuligiem przez las.

Kiedy to było? To pytanie nawiedzało ją coraz częściej. Lata biegły nieubłaganie. Życie przemijało zbyt szybko. Ruszyła dalej. Rozglądała się to tu, to tam. Spojrzała przed siebie. Pośród drzew majaczył budynek męskiej szkoły rolniczej, którą założył jej pradziad. Przystanęła na chwilę. Nie wiedziała, w którą stronę się udać. Nie chciała jeszcze wracać do domu. Wręcz przeciwnie, pragnęła kontynuować pożegnalny spacer.

Za dwa dni w małym drewnianym kościółku w Nieczujowie miał się odbyć ślub, któremu się sprzeciwiała. Jej wysiłki poszły na marne. Mogła się tego spodziewać. Henryk od dziecka był uparty, konsekwentny i kiedy zapalał się do jakiegoś projektu, nigdy go nie porzucał. Jego system wartości był prosty. Liczyło się to, co dobre. Z całych sił starał się tępić niegodziwość. Nie lubił niczego, co miało odcień szarości. Świat według Henryka był albo biały, albo czarny. Była z niego dumna. Opowiadała o synu każdemu, kto okazywał chociaż odrobinę zainteresowania. W końcu w tych okropnych czasach było na świecie tak niewielu ludzi, którzy kierowali się kodeksem honorowym. Dla których słowo i uścisk dłoni miały większe znaczenie niż umowy i kontrakty podpisywane z pompą oraz opatrywane ważnymi, a w rzeczywistości nic niewartymi pieczęciami.

Dlaczego w takim razie myślała, że tym razem będzie inaczej? Dlaczego wydawało jej się, że argumenty, które przedstawiała, coś zmienią? Powinna wiedzieć, że Henryk nie zgodzi się zerwać zaręczyn i odwołać ślubu. Nie zrobiłby tego, nawet gdyby małżeństwo było aranżowane, a więc tym bardziej teraz. Jej syn kochał Aleksandrę Świerczyńską. Nie było mowy o zerwaniu zaręczyn.

Róża odwróciła się w stronę, z której dochodziło ujadanie psów. Osłoniła twarz dłonią, ponieważ zimowe, stojące nisko na niebie słońce świeciło prosto w oczy. Wytężyła wzrok i przymknęła powieki. To Henryk z grupką przyjaciół, którzy zjawili się w Nieczujowie przedwczoraj, wracali z konnej przejażdżki. Uśmiechnęła się na wspomnienie gorącego powitania, kiedy we wtorkowy wieczór z impetem zastukali do drzwi.

Siedziała wtedy z Henrykiem w bibliotece. Każde z nich było pogrążone we własnych myślach. Udawała, że czyta, ale tak naprawdę analizowała, czy powinna pozostać w Nieczujowie, czy wyjechać do Xanten. Ostatecznie zdecydowała, że wyjedzie. Przynajmniej na jakiś czas. Może kiedy oswoi się ze świadomością, że nie zostanie babcią, wróci do rodzinnego domu. Za nic w świecie nie opuściłaby Nieczujowa na dobre. Tu pragnęła umrzeć.

Tymczasem Henryk siedział przy biurku i przeglądał dokumenty. Mogłaby przysiąc, że był to tylko pretekst, żeby spokojnie podumać. Dałaby wiele, aby dowiedzieć się, o czym syn myślał tak intensywnie. I wtedy ciszę, którą przerywało tylko miarowe tykanie zegara, zakłócili intruzi dobijający się z impetem do drzwi, niezwracający uwagi na późną porę.

Nie czekając, aż służba otworzy, Henryk zerwał się z miejsca. Róża siedziała dalej w fotelu, ale ciekawość paliła ją ogromnie, a ponieważ nie przystoi, aby szanowana dama wystawała u drzwi jak zwykła gospodyni, poprawiła jedynie idealnie ułożoną suknię i zerknęła do trzymanej na kolanach książki. Kiedy jednak w sieni rozległy się głośnie okrzyki, którym towarzyszyły rubaszne wybuchy śmiechu, nie wytrzymała. Zerwała się na równe nogi, upuszczając ciężkie tomisko na posadzkę. Rozejrzała się po bibliotece, aby upewnić się, że nikt nie widział jej niegodnego zachowania. Odetchnęła, by uspokoić emocje. Policzyła do dziesięciu, jak zawsze kiedy zaczynała się denerwować. Uniosła głowę wysoko, wyprostowała plecy i sięgnęła po laskę. Zrobiła już nawet pierwszy krok, gdy drzwi do biblioteki otwarły się z trzaskiem. Do środka wpadł rozentuzjazmowany Henryk.

– Mamo, mamo! – krzyczał. – Chodź szybko. Nie uwierzysz! – Po tych słowach ponownie zniknął w korytarzu i pobiegł w stronę sieni, gdzie ciągle panował niesamowity rozgardiasz.

Cóż, na Boga, pomyślała Róża, pali się? Ktoś został ranny, a może zabity? Odłożyła laskę i żwawym krokiem ruszyła za synem. W takich chwilach nie było czasu na dystynkcję i otaczanie się zbędnymi przedmiotami, które stanowiły tylko dodatek do ubioru, a nie – na szczęście – konieczność.

W sieni, którą oświetlało parę lampek, kłębiło się kilkoro ludzi. Henryk, dwójka służących przykrytych wierzchnimi okryciami oraz czwórka młodych mężczyzn.

– Mamo – odezwał się Henryk, gdy wreszcie ją zauważył. – Pozwól, że ci przedstawię… Mam nadzieję, że pamiętasz Michaela, ale gdybyś jednak o nim zapomniała…

– Och, to jest niemożliwe – wtrącił się Michael i z uśmiechem na ustach podszedł do Róży, ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek. – Proszę mi wierzyć, że gdybym nie wiedział, że jest pani matką tego nicponia, nikt by mnie nie przekonał, że debiut już za panią.

– Oczywiście, że pamiętam Michaela – odezwała się rozbawiona Róża. – Czy można zapomnieć o takim pochlebcy? Witam cię serdecznie. Bardzo się cieszę, że mogę ugościć cię w mych skromnych progach i w ten sposób odwdzięczyć się za gościnę twojej rodziny udzieloną Henrykowi podczas studiów.

Michael von Arnin już chciał oponować i dalej czarować matkę przyjaciela, niestety Henryk mu nie pozwolił i zwrócił się nagle do Róży:

– Mamo, zostaw go. Chciałbym ci przedstawić pozostałych przyjaciół, którzy tak jak ja i Michael studiowali w Heidelbergu. Poznaj Adama Kolendrę, Stefana Wielowiejskiego i Bonifacego Kotsisa. – Trzymając ją za łokieć, prowadził od jednego kawalera do drugiego.

Młodzi mężczyźni kłaniali się nisko i idąc za przykładem Michaela, po kolei składali pocałunki na dłoni gospodyni.

– To ci dopiero niespodzianka! – huknął Henryk radośnie, kiedy wreszcie zostali z matką sami. Goście udali się na spoczynek. Po sutej kolacji służba zaprowadziła ich do przygotowanych pokoi. Henryk cały czas był podekscytowany. – Napisałem Michaelowi jeszcze przed świętami, w zasadzie na początku grudnia, że postanowiłem zmienić stan cywilny. Że znalazłem kobietę, z którą chcę spędzić resztę życia. Kiedy nie dostałem odpowiedzi, pomyślałem, że może wyjechał gdzieś z rodziną albo że list najzwyczajniej w świecie zaginął po drodze. Nigdy, przenigdy nie przypuszczałbym, że ten ladaco przygotuje mi taką niespodziankę.

A teraz młodzieńcy wracali z porannej przejażdżki w towarzystwie ujadających psów. Po chwili Róża ruszyła powoli przed siebie. W końcu dotarła do domu. Przystanęła, aby przyjrzeć mu się dokładnie. Kto wie, pomyślała, kiedy znowu przyjdzie mi zawitać w te progi?

Dwór wybudowano w taki sposób, żeby zimą przedpołudniowe słońce świeciło na frontową fasadę i ocieplało znajdujące się po tej stronie pomieszczenia.

Domostwo podzielono na dwie prawie równe części, które oddzielone były sienią. Wchodziło się do niej z ocienionego ganku. Pełniła tak samo ważną funkcję jak sala stołowa. Jej rozmiary były pokaźne, a mimo to kiedy pojawili się przyjaciele Henryka, zrobiło się w niej tłoczno i ciasno.

Za dwa dni w sieni znowu zaroi się od ludzi. Zjadą się goście weselni, którzy po zabawie ułożą się na rozmieszczonych tu siennikach i zasną snem sprawiedliwego. Już wielokrotnie Róża miała okazję widzieć śpiących tu gości. Gdy była dzieckiem, sąsiedzi często zjeżdżali do dworu, chociażby z okazji wyprawy łowieckiej, którą ojciec przygotowywał z wielkim pietyzmem. Kilka razy zdarzyło się, że zostawali w domu po pogrzebach, tak jak wtedy, kiedy po ciężkiej chorobie odeszła babka albo kiedy pochowali stryja śmiertelnie rannego w powstaniu. Goście zostawali też na noc z błahszych powodów. Najczęściej po festynach, które organizowano w Nieczujowie. Zmęczeni zabawą i alkoholem woleli niewygodny siennik niż podróż z bolącą głową.

Psy ciągle szczekały, co przywoływało wspomnienie polowań, na które od czasu do czasu Róża jeździła z ojcem. Ileż to już lat minęło, odkąd ojciec zmarł, pomyślała ze smutkiem. O tym, że panowie tego domu, przynajmniej w przeszłości, mieli zamiłowanie do łowiectwa, świadczyła broń wywieszona na ścianach w sieni, tuż przy wielkim murowanym kominie.

Kobieta ciągle stała na zewnątrz, intensywnie wpatrując się w gmach. Z sieni korytarze rozwidlały się w trzech kierunkach. Naprzeciw głównego wejścia znajdował się wąski korytarz prowadzący do ogrodu, za którym zaczynał się sad, a dalej ścieżka wiodła do niewielkiego stawu. Po prawej i lewej stronie mieściły się drzwi, którymi przechodziło się do kolejnych pokoi. Na lewo była część przeznaczona dla państwa, prawa strona zaś należała do służby.

Idąc w lewo, najpierw wchodziło się do obszernej, ogrzewanej otwartym kominkiem jadalni. Dalej znajdowała się świetlica, którą z czasem przemieniono w salon służący w karnawale za salę balową. Następna była biblioteka, a potem kilka sypialni, gabinet pana domu i schody prowadzące na poddasze, gdzie mieściło się kilka pomniejszych izb. Z tyłu domu kilkadziesiąt lat temu wzniesiono przybudówkę, w której urządzono lokum ekonoma, pisarza oraz pokoje dla gości zajmowane w czasie rodzinnych zjazdów. W prawej części domu znajdowały się: kuchnia, piekarnia, ogromna spiżarnia, oficyna oraz pokoje zajmowane przez większość służby. Czeladź, która nie mieszkała w dworze, zajmowała pomieszczenia w oddzielnym budynku stojącym bliżej parku. Tam też mieściły się pozostałe zabudowania. Kiedy Róża była dzieckiem, lubiła chować się w magazynach i przyglądać pracy w budynkach przetwórczych. Z chęcią zaglądała do wozowni i dotykała z namaszczeniem eleganckich powozów. Pewnego dnia ciekawość zawiodła ją do stodoły. Nie zwracała uwagi na nieprzyjemny zapach ani na muczenie krów i zaczęła zaglądać tam regularnie. Po pewnym czasie zaprzyjaźniła się nawet z jednym z cieląt. Zdarzało jej się spędzać czas w wędzarni, a niekiedy nawet w browarze i gorzelni. Oprócz aromatycznych likierów i piwa przygotowywano tam także nalewki na wszelakie dolegliwości. Były więc bursztynowe alkohole na przeziębienie, cebulowe na kamienie nerkowe, waleriany na uspokojenie, melisy na bóle głowy, winka na niestrawność, kobiece dolegliwości, reumatyzm oraz wątrobę, która bolała zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia, a także nalewki na piękną cerę, anemię żelazową, grzybicę i gronkowca złocistego. „Do wyboru, do koloru”, jak mawiał jej ojciec, kosztując po troszku, żeby ocenić smak i wydać opinię na temat każdego z wyrobów, co zazwyczaj kończyło się bólem głowy następnego dnia. Na samo wspomnienie łapiącego się za skronie ojca Róża uśmiechnęła się szeroko.

– Nic, moja duszko – zwracał się wówczas do matki, przybierając niewinny wyraz twarzy. – Czas otworzyć nalewkę na migrenę. Pozwolisz, kochana?

– Radzę ci dobrze, mój drogi, zamiast nalewki na ból głowy, sięgnij lepiej po tę twojej babki. Tę zmniejszającą pociąg do alkoholu. – Wtedy matka wstawała i z wysoko uniesioną głową, obrażona z powodu pijaństwa ojca, wychodziła z salonu.

Takie sceny powtarzały się dość często, więc trudno było o nich zapomnieć. Nie sposób wymazać z pamięci także leciwej, zgarbionej prababki, która stojąc w kuchni przy stole, mieszała składniki do swojej sławetnej mikstury.

– Siadaj dziecko i ucz się – mówiła do Róży, która wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami. – Dość często w tej rodzinie, niech Bóg ma ją w opiece, zdarza się przypadłość nadmiernego zaglądania do kieliszeczka. Można ją jednak nieco ograniczyć, kiedy zamiast tradycyjnej nalewki wleje się do kieliszka nieco tej sporządzonej według mojego pomysłu.

Na stole czekały świeże liście laurowe, korzeń lubczyku i czysta wódka. Trzęsącymi się rękami starowinka ścierała korzeń lubczyku, który wraz z liśćmi laurowymi wkładała do przygotowanego wcześniej słoja. Następnie oba składniki zalewała gorzałką.

– Widzisz, kochanie – zwracała się do Róży. – Teraz musimy odczekać dwa tygodnie. Później przelejemy lekarstwo do flaszek, a w razie potrzeby zaserwujemy ojcu porządną „pięćdziesiątkę”. – Z grymasem na twarzy, który swego czasu był przeuroczym uśmiechem, stawiała słój w ciepłym i ciemnym miejscu. I chociaż prababka dawno temu pożegnała się ze światem, jej przepis wciąż był w użyciu.

Tak, nasz dom rodzinny jest samowystarczalny, pomyślała Róża z dumą. Obróciła się, żeby raz jeszcze spojrzeć na otaczający go krajobraz. Drzewa przysypane śniegiem nadawały temu miejscu bajkowy wygląd. Gdzieś tam, za starymi drzewami i gęsto rosnącymi krzewami, stał stary wysoki płot, który otaczał cały teren. Dzięki niemu zawsze czuła się tu bezpiecznie.

Czy równie bezpiecznie i wygodnie będzie czuć się w Xanten?

– Czas pokaże – szepnęła i weszła do ciepłej sieni.

To prawda, że Róża von Goch była przeciwna małżeństwu syna, jednak za nic w świecie nie pozwoliłaby, żeby licznie zaproszeni goście opowiadali później, iż na przyjęciu weselnym stoły świeciły pustkami, a kieliszki były suche niczym Sahara. Nikt nie mógł odjechać z Nieczujowa głodny i spragniony.

Przygotowania do uczty weselnej rozpoczęto zatem na długo przed tym wydarzeniem. W obecności kucharza, który w określonych sytuacjach pełnił także funkcję doradcy, Róża skwapliwie przygotowywała jadłospis. Co jakiś czas zerkała na Mateusza i studiując jego wyraz twarzy, dodawała lub wykreślała z listy kolejne potrawy. W końcu, po długich dysputach okraszonych niekiedy żywą gestykulacją i nieco podniesionym głosem, udało się zamknąć menu.

Zgodnie z jadłospisem na stole miały pojawić się półgęski. Aby były wyśmienite, gęsi należało wcześniej utuczyć, co też pomocnicy kucharza czynili, karmiąc je gotowanym grochem, gryką, owsem, a nawet kukurydzą czy bobem, za którym nikt na dworze nie przepadał. A ponieważ czas naglił, zaczęto je dokarmiać również kluskami z makiem gotowanymi na mleku. W końcu przyszedł czas na przygotowanie potrawy. Pomocnicy Mateusza od rana zabijali i skubali wylęknione, przeczuwające swój los ptaki. Później zgodnie ze wskazówkami oddzielono podroby od grzbietów, udek i piersi, które następnie natarto dużą ilością soli z saletrą. Tak przygotowane półgęski układano w drewnianym naczyniu, posypując obficie jałowcem, pieprzem czarnym, zielem angielskim oraz rozmarynem. Po upływie pięciu dni kucharz każdy półgęsek owinął starannie papierem i wstawił do wędzarni na kolejne dwie doby.

Półgęski ułożono na kwiecistej porcelanie Rosenthala, którą Henryk przywiózł z wojaży po Niemczech. Róża nie przepadała za nią, ale syn uparcie twierdził, że rosenthalowska fabryka porcelany już w najbliższym czasie podbije arystokratyczne salony na całym świecie.

– Skoro tak twierdzisz. – Wzruszyła ramionami, niezainteresowana tematem. – Zgadzam się, żeby ułożyć na niej potrawy, tylko potrawy – dodała z naciskiem. – Nie ma mowy, żeby goście jedli z innej zastawy niż moja. – Henryk pokiwał głową. Nie było sensu się sprzeczać. Matka uwielbiała miśnieński serwis, który przekazywano w rodzinie z pokolenia na pokolenie.

Tuż obok pachnącego drobiu w wielkich wazach parował rosół, ugotowany na wołowinie z dodatkiem delikatnej cielęciny oraz mięsa z kuropatwy i gołębi. Do odcedzonego wywaru mięsnego dodano korzenie pietruszki i marchwi, masło, koperek, przypieczoną na złoto cebulę oraz czosnek i startą gałkę muszkatołową. Już sam zapach zachęcał do skosztowania. Nieco dalej stała misa wypełniona uszkami z grzybami, które zbierano jesienią. Gdy się suszyły, roznosiły leśny aromat po całej kuchni. Do drobno posiekanych grzybów kucharz dodał cebulkę, a wszystko to udusił na maśle z dodatkiem soli i pieprzu. Malutkie kwadraciki z ciasta wypełniono obficie farszem.

– Nie żałuj niczego – komenderowała Róża. – Jeszcze tego mi trzeba, żeby za plecami ludzie mówili, że pożałowaliśmy grzybów do farszu.

W czasie przygotowań Róża co jakiś czas zaglądała do kuchni. Kosztowała potraw, sprawdzała, jak idą przygotowania, czasem coś dodała, doradziła, uspokoiła roztrzęsione pomocnice i pochwaliła kucharza. Wszystko szło zadziwiająco sprawnie.

Stała teraz w drugim końcu jadalni i zerkała na stół, aby sprawdzić, czy wszystkie potrawy, które zaplanowano podać przed wieczorem, zostały wyłożone. Nie zabrakło więc flaków po polsku, pulpetów oraz bigosu.

Kiedy nadeszła pora kolacji i goście usiedli do stołu, podano zająca na szaro, którego tak bardzo lubiła. Jego smak przywodził jej na myśl czasy dzieciństwa, kiedy chodziła z ojcem na polowania.

– Mateuszu – zwróciła się kilka dni wcześniej do kucharza, który zajęty był akurat szatkowaniem kapusty na bigos. – Chciałabym na kilka chwil oderwać cię od pracy. – Kiedy mężczyzna odłożył nóż, wytarł ręce i podszedł do niej, Róża podała mu niewielką karteczkę. – Wiem, że jesteś wyśmienitym kucharzem i doceniam twój kunszt, jednak pragnęłabym, aby zając został przygotowany wedle tego przepisu – wytłumaczyła.

Mateusz wziął kartkę, na której drobnym druczkiem spisano sposób przyrządzenia zająca na szaro. Była to receptura kucharki, która wiodła prym w dworskiej kuchni jeszcze za czasów dziadka Róży.

Zatem kiedy przyszedł czas na zajęcze mięso, Mateusz położył przepis na stole tak, aby nie poplamić go niepotrzebnie, i zerkając na niego co jakiś czas, przystąpił do pracy. Sięgnął po masło, które najpierw przyrumienił z mąką. Następnie położył na patelnię kilka małych cebulek i lekko je przysmażył. Potem w ich miejsce roztopił na tłuszczu kilka pasków słoniny, po czym dodał kawałki zająca. Wszystko to zalał czerwonym winem i wywarem z warzyw. Przyprószył pieprzem, posolił i na koniec wrzucił kilka ususzonych grzybków. Kiedy dwie trzecie wina i rosołu odparowało, dodał do potrawy wcześniej usmażone cebulki. Pół godziny później wlał na patelnię zajęczą krew i mieszając, połączył ją z gęstym sosem.

A teraz oprócz zająca na stole pojawiła się również pieczeń huzarska, zrazy z pieca oraz karp po polsku. Na deser zaserwowano ciasteczka pomarańczowe, ciasto karmelowe z kremem czekoladowym, herbatniki z dżemem śliwkowym oraz placek cytrynowy.

Ponadto goście mogli wedle uznania raczyć się czerwonym i białym winem, mocno wytrawnym winem rodzynkowym, ponczem herbacianym oraz kawą i czarną herbatą z mlekiem. Jeżeli któryś z gości miał ochotę, mógł poprosić o nalewkę. Tegoż wieczoru do wyboru były: aromatyczna nalewka pigwowa, koniak domowy, miodówka żołądkowa, nalewka aroniowa oraz wiśniak.

Po północy wzniesiono toast białym winem musującym, sprowadzonym specjalnie z regionu Szampanii z domu Billecart-Salmon, który zawsze gościł na stole w Nieczujowie podczas specjalnych okazji. Zdecydowano się na romantyczny Brut Rose o delikatnie różowym kolorze. Smak czerwonych owoców przełamano nutą cytrusów. Ostatecznie dominował jednak smak malin.

Kiedy zegar wybił drugą, zmęczeni i niejednokrotnie mocno zamroczeni alkoholem goście zaczęli rozchodzić się do pokoi oraz zajmować przygotowane specjalnie na tę okazję miejsca do spania.

Uroczystość weselna okazała się sukcesem i przynajmniej z tego Róża mogła być zadowolona.

Kiedy ucichły odgłosy zabawy, a ich miejsce zajęły dźwięki pochrapywania, kobieta na krótką chwilę zaszyła się w bibliotece. Potrzebowała samotności.

– Mamo?

– Henryk? A co ty tu, na Boga, robisz? Gdzie Aleksandra? – Odwróciła się do stojącego w drzwiach syna.

– Chciałem ci podziękować. Nie, pozwól mi – dodał, widząc, że chce mu przerwać. – Aleksandra chciała zejść tu ze mną, ale przekonałem ją, żeby już się położyła. Jutro też będzie czas na podziękowania, prawda? – Patrzył na nią niepewnie.

– Jutro? – zapytała Róża, a po chwili dodała: – Jutro owszem. Jutro jeszcze będzie czas.

– Mamo, czy to konieczne? Czy musisz wyjeżdżać? Przecież nikt cię stąd nie wyrzuca. To twój dom.

– Kochanie, długo się nad tym zastanawiałam. Nawet dziś, w kościele, kiedy proboszcz wygłaszał tak piękne kazanie. Uważam, że miał doskonały pomysł, aby zakończyć je Pierwszym Listem św. Pawła do Koryntian, nie sądzisz?

Henryk nie odpowiedział na to pytanie. Uznał, że nie musi tego robić i że matka wcale tego od niego nie oczekuje. Czekał cierpliwie na to, co powie.

– Pragnę, żebyś wiedział, że jestem z ciebie dumna, że nie ugiąłeś się pomimo moich próśb i nalegań. Ojciec też byłby z ciebie dumny. Marzył, żebyś został człowiekiem, który nie łamie raz danego słowa. Chcę też, żebyś wiedział, że wyjeżdżam nie dlatego, że dąsam się na ciebie i nie potrafiłabym żyć z Aleksandrą pod jednym dachem, ale dlatego, że potrzebuję trochę czasu. Samotność mi nie zaszkodzi. Może perspektywa wielu kilometrów pozwoli mi na wszystko spojrzeć z dystansem, którego potrzebuję. I wtedy będę miała szansę zatęsknić. – Przerwała na dłuższą chwilę. Wreszcie odezwała się ponownie: – A teraz idź już. Idź! – ponagliła go. – W końcu to wasza noc poślubna. Nie każ pannie młodej czekać.

Podszedł do matki i bez słowa objął ją mocno. Kiedy to ostatni raz się do niej tulił? Nie pamiętał. Chyba jako mały chłopiec. Gdy zaczął dorastać, uznał to za rzecz wielce niestosowną. Poczuł na ramieniu jej dłoń. Ścisnęła go lekko, tak jakby chciała dodać mu otuchy.

– Dobranoc, mamo.

– Dobranoc, kochanie, i ucałuj ode mnie Aleksandrę. Byłam z niej dziś taka dumna, kiedy stanęła przed tymi wszystkimi ludźmi. Taka piękna. Taka szczęśliwa.

Henryk uśmiechnął się do matki raz jeszcze. Gdy był już przy drzwiach, odwrócił się do niej, skinął głową i dopiero wtedy ruszył w kierunku sypialni.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij