Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Czas wyborów - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 lutego 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Czas wyborów - ebook

Jak przemówisz, kiedy odebrano ci prawo głosu?

Akcja powieści toczy się w niedalekiej, niesprecyzowanej przyszłości. Po wyjściu z Unii Europejskiej Wielka Brytania jest rządzona przez Partię – radykalnie prawicowe ugrupowanie, którego polityka opiera się na skrajnie nacjonalistycznych wartościach. Wszystkie osoby urodzone poza granicami kraju zostają zmuszone do natychmiastowego opuszczenia państwa. Niezastosowanie się do nakazu grozi aresztowaniem i przymusową deportacją, a ukrywanie nielegalnych imigrantów stanowi przestępstwo.

Nastoletnia Zara jest jedyną osobą, która wie, kto jest winny śmierci jej przyjaciółki Sophie. Przebywa jednak w kraju nielegalnie i nie może wyznać tej tajemnicy nikomu. Nawet Ashowi, chłopakowi, którego kocha. Chłopakowi, który musi poznać prawdę.

W czasie, gdy kraj przygotowuje się do następnych wyborów, Zara staje przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji, która zaważy nie tylko na jej życiu.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-280-6787-5
Rozmiar pliku: 2,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ustawa o imigracji i prawie pobytu

Z Wikipedii, wolnej encyklopedii

Projekt Ustawy o imigracji i prawie pobytu z 20(…) roku został skierowany do brytyjskiego parlamentu pod koniec 20(…) roku i stał się obowiązującym aktem prawnym w sierpniu roku następnego. Ustawa ta wprowadziła w życie politykę British Born, którą Partia zaproponowała w swoim programie wyborczym w trakcie kampanii z roku 20(…). Zasadniczo przepisy te stanowią, że każda osoba, która urodziła się poza granicami Wielkiej Brytanii i przebywała w tym kraju mniej niż 25 lat, nie posiada automatycznego prawa do pozostania na jego terytorium.

Po uchwaleniu ustawy wszystkie osoby spełniające te kryteria musiały obowiązkowo zgłosić się do nowo utworzonej Agencji Narodowej (AN) w celu poddania się procedurze oceny. System oceniania miał charakter punktowy. Pod uwagę brano między innymi historię zatrudnienia i poziom dochodów, historię pobieranych świadczeń, znajomość języka angielskiego, wyroki skazujące, kwalifikacje zawodowe, umiejętności techniczne itp. Około 20 procent osób poddanych ocenie zachowało prawo pobytu, natomiast pozostałe 80 procent w większości poddano repatriacji. Nieustalona liczba osób zbiegła i nielegalnie przebywa w Wielkiej Brytanii, narażając się na aresztowanie, konfiskatę środków finansowych i innego majątku oraz przymusową deportację. Obywatele Wielkiej Brytanii mają prawny obowiązek zgłaszania nielegalnych imigrantów do AN.Rozdział 1

Ash

Hej, Sophie!

Jest 12 grudnia, już prawie koniec semestru. Powinienem być w szkole, ale psorka D. jest na zwolnieniu i odwołali zajęcia z filozofii. Reszta klasy dekoruje świetlicę; podwieszają baloniki i łańcuchy świąteczne do sufitu. Mnie się nie chciało. Zwolniłem się, wyszedłem na spacer i wylądowałem w jakiejś kawiarni na South Bank. Napisałem rozprawkę i zrobiłem kilka zadań z matmy. Czy wiesz, że można udowodnić, że nieskończoność minus nieskończoność równa się pi?

W tym tygodniu miałem rozmowę wstępną. Uniwerek zacznie się za 292 dni. To trochę ponad 25 milionów sekund. Oczywiście, o ile otrzymam ofertę z uczelni. I o ile będę miał wystarczająco dobre oceny.

Jest już jarmark bożonarodzeniowy. Pamiętasz te stragany wzdłuż Tamizy z horrendalnie drogim towarem? Uwielbiałaś tam chodzić.

Muszę już iść.

A.

Skasował list, opróżnił kosz na pulpicie, spakował laptopa i dopił resztkę zimnej kawy. Filiżanka pozostawiła na blacie mokre, przecinające się kręgi, przypominające zbiory w diagramie Venna. Starł je dłonią do czysta. Wyszukał w telefonie wykład z filozofii, wcisnął słuchawki do uszu i wyszedł na zewnątrz. Zapadał zmrok, a na budynkach po drugiej stronie rzeki wyświetlano już ogromne projekcje przedstawiające na przemian flagę Anglii i godło Partii – pochodnię z wijącymi się płomieniami. Obrazy migotały, rozpraszały się, gasły i ponownie wracały do życia. Głos w słuchawkach zastanawiał się, czy można udowodnić, że cokolwiek istnieje poza jego umysłem. „Musi istnieć, do cholery” – pomyślał. A to wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 16 miesięcy (około 41 500 000 sekund)? Nie chciałby tego wymyślić; nie chciałby tkwić w umyśle, który był w stanie wymyślić coś takiego.

Stracił wątek wykładu, wyłączył go, po czym pospiesznie przeszedł przez most i zbiegł po schodach na stację metra. Kiedy dotarł na peron, kolejka właśnie odjeżdżała. Aby zabić czas, zaczął studiować plakaty po drugiej stronie torów (standardowe ogłoszenia rządowe i reklamy kolejnego filmu o drugiej wojnie światowej); rzucił okiem na nagłówek porzuconej na ławce gazety (Dla kogo pechowa data? Premier potwierdził datę wyborów: piątek, trzynastego lutego); przeszedł się na drugi koniec peronu. W końcu nadjechał pociąg. Ash wszedł do ostatniego wagonu i usiadł na trzecim siedzeniu po prawej. Ponownie włączył wykład z filozofii i starał się skoncentrować, utkwiwszy wzrok w podłogę. Pociąg, rwąc, ruszał i się zatrzymywał, ruszał i się zatrzymywał. Siedzący naprzeciw właściciel lśniących butów wysiadł.

Zastąpiły je buty do biegania, ale takie z prawdziwego zdarzenia, z amortyzowanymi, specjalnie zaprojektowanymi podeszwami. Były znoszone i zdarte – jakby miały za sobą setki przebytych mil. Podniósł na chwilę wzrok. Właścicielką butów okazała się dziewczyna o długich ciemnych włosach, które zakrywały jej twarz. Była pogrążona w lekturze. Miała na sobie szare, luźne spodnie dresowe ze ściągaczami przy kostkach i granatową kurtkę przeciwdeszczową, taką kompaktową, którą w razie potrzeby można zwinąć i schować do kieszeni. Lekka kurtka, mały plecak na podołku, dresy, adidasy: wyglądała na gotową do biegu.

Kolejka zwolniła przed stacją Camden Town. Dziewczyna wstała, zawahała się, po czym usiadła z powrotem, patrząc wprost na niego. Miała bladą, poważną twarz i ciemne oczy. Zatrzymała wzrok na Ashu, aż zaczerwienił się i spuścił głowę. Drzwi się zamknęły, pociąg zadrżał i ruszył dalej, nabierając prędkości. Dwie minuty do kolejnego przystanku. Ash odliczał w myśli 120 sekund. Przy 77. światła w kolejce zaczęły migotać i gasnąć. Pociąg najpierw zwolnił, a później całkiem się zatrzymał. Ash był pewny, że za minutę ruszy z powrotem i zaczął ponownie liczyć sekundy, tym razem do przodu. Doliczył do 200, ale nadal nic się nie działo. Pociąg stał pogrążony w mroku. Gdyby ludzie nie powyjmowali swoich telefonów, byłoby ciemno choć oko wykol. Ktoś zaczął głośno narzekać:

– Cholerny londyński zbiorkom. Ci idioci nie potrafiliby nawet zorganizować popijawy w pijalni wódki.

Kilka osób się zaśmiało. Jakieś dziecko zaczęło płakać. Kolejka nadal stała w miejscu. „To pewnie następna przerwa w dostawie prądu” – pomyślał. Spojrzał na dziewczynę. Mężczyzna siedzący obok niej patrzył w komórkę; migotliwe światło telefonu sąsiada rozjaśniało twarz dziewczyny, sprawiając jednocześnie, że jej oczy wyglądały jak dwie ciemne studnie. „Pewnie się boi” – stwierdził Ash. Włączył latarkę w telefonie i pochylił się w jej stronę.

– Wszystko w porządku? Nie przejmuj się, to pewnie tylko awaria zasilania.

– Wiem, ale… Po prostu jestem spóźniona.

Spojrzał wymownie na jej buty.

– Zapewne szybciej byś dobiegła.

Uśmiechnęła się przelotnie. Ich oczy spotkały się na moment.

– Pewnie masz rację.

Miał ochotę kontynuować rozmowę.

– Co czytasz?

Przechyliła książkę w jego stronę, żeby mógł odcyfrować tytuł. Cztery kwartety, T.S. Eliot. Poezja. Podarował kiedyś Sophie tomik poezji – Poems on the Underground.

– No, no, poezja w metrze. Teraz to się rzadko zdarza.

Żart był raczej słaby – nawiązywał do plakatów rządowych, które zastąpiły popularną kiedyś w wagonach i na stacjach londyńskiego metra poezję, ale dziewczyna uśmiechnęła się mimo to. Położyła dłoń na okładce książki.

– Czytałeś?

– Nie – odparł. – Mogłabyś przeczytać fragment…? To znaczy, jeśli chcesz…

Dobrze, że byli pogrążeni w ciemności, bo poczuł, jak cały czerwienieje z zażenowania. Dziewczyna popatrzyła na niego przez chwilę, po czym otworzyła książkę i pochyliła się do przodu, aby skorzystać ze światła, które rzucał jego telefon. W drugiej części wagonu dziecko nadal płakało, a gość od popijawy stracił w ciemności swoje poczucie humoru.

– Co się tu, do cholery, dzieje? Ile można czekać?! Poza tym mogłaby pani uciszyć dzieciaka!

Dziewczyna zaczęła czytać. Ash nie miał zielonego pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło. Wyłapywał tylko oderwane od siebie zwroty i wyrażenia, ale nie był w stanie poskładać ich w sensowną całość.

Zatracił się w niskim głosie dziewczyny; w klatce piersiowej poczuł, że zbiera mu się na łzy.

„Nie. Nie, nie, nie. Tylko nie to, nie teraz”.

Ale koniec końców nie zaczął płakać. Z początku wydawało mu się, że zacznie, ale nie. To był jakiś nowy stan, poczucie narastającego napięcia, czegoś, co trudno opanować – ale jednak nie płacz. Coś innego, lżejszego. Nie czuł się tak od dawna – na pewno nie przez ostatnie 41 500 000 sekund, a może jeszcze nigdy. Wiedział tylko jedno: że mógłby tak siedzieć w ciemności, słuchając jej głosu, i odczuwać, odczuwać… ten stan, czymkolwiek on był.

Nagły błysk silnej latarki sprawił, że przestała czytać. Dwóch pracowników metra w wysokich butach i kurtkach odblaskowych weszło do wagonu i przeszło przez niego, głośno tupiąc. Dziecko wciąż płakało, a facet maruda nadal marudził o cyberterroryzmie i potrzebie wzmocnienia bezpieczeństwa.

– No i chciałbym wiedzieć, gdzie jest policja, do jasnej cholery.

– To awaria zasilania, proszę pana – powiedział jeden z pracowników metra.

No jasne, awaria. Ash podniósł się, założył plecak na ramiona i starał się trzymać w pobliżu dziewczyny. Najpierw zeszli na chrzęszczący żwir w kamiennym tunelu, żeby przejść po nieczynnym torowisku do stacji Chalk Farm, a następnie wspiąć się po pięćdziesięciu czterech schodach awaryjnych na powierzchnię ziemi. Przy barierkach policja sprawdzała dokumenty tożsamości. Wygrzebał z kieszeni swój dowód, przeszedł kontrolę i wylądował na chodniku. Padał deszcz. Byłoby całkiem ciemno, gdyby nie światła radiowozu i karetki zaparkowanej przed stacją metra, rzucające niebieskie światło na mokrą jezdnię.

Znał już tę scenę, przeżył ją.

Wrażenie déjà vu to umysł płatający figla. Jego kumpel Jas, który zamierzał zdawać psychologię na poziomie rozszerzonym, wytłumaczył mu to w następujący sposób: déjà vu występuje wtedy, gdy jedna połowa mózgu zarejestruje coś wcześniej niż druga. Albo coś w ten deseń. Problem polegał jednak na tym, że… to nie było déjà vu. On już naprawdę to kiedyś widział: niebieskie światła, mokrą jezdnię…

– Wszystko w porządku? – zapytała dziewczyna.

Mrugnął kilka razy, żeby wrócić do rzeczywistości, i przetarł sobie czoło wierzchem dłoni.

– Tak – zdołał wykrztusić. – A co z tobą? Jak zamierzasz wrócić do domu?

– Przejdę się.

– W którą stronę?

– Pod górę… na wzgórze.

– Ja też tam idę.

Oświetlał drogę telefonem. Awaria zasilania nie oszczędziła niczego. Budynki mieszkalne, ulice – wszystko było pogrążone w ciemności. Przerwa w dostawie prądu musiała mieć ogromny zasięg, bo na niebie nie było widać łuny, która zwykle rozświetlała miasto. Sklepy i kawiarnie na wzgórzu były zamknięte. Tylko w pubie położonym w połowie drogi na wzgórze dostrzegł świece w oknach i usłyszał stłumiony śpiew brytyjskiej pieśni patriotycznej:

– La-a-and of Ho-o-ope and Glo-o-ry…

To musiała być lokalna komórka Partii, która bawiła się może nie najciszej, ale za to miała sobie za nic awarię zasilania. Teren obok pubu patrolowała straż sąsiedzka: pan Smith z mieszkania na parterze i pan Clyde z bloku naprzeciwko.

– Musicie wracać do domu – pouczył ich Smith. – I siedźcie tam, dopóki nie wróci zasilanie.

Ash kiwnął potakująco głową, a kiedy patrolujący oddalili się na tyle daleko, żeby go nie słyszeć, zapytał:

– Gdzie musisz się dostać?

– Na East Finchley.

– To naprawdę daleko, kilka mil.

– Pobiegnę na skróty przez park Heath.

Park Heath był ogromny. Gdy wyobraził ją sobie biegnącą przez cały ten teren, w ciemności… Mogło jej się przydarzyć dosłownie wszystko.

– Mogę cię zawieźć, jeśli chcesz.

– Naprawdę?

– Pewnie.

Wcale nie był tego taki pewien, bo egzamin na prawo jazdy zdał ledwo tydzień wcześniej, a jazda autem w trakcie awarii zasilania była średnim pomysłem. Jego mama byłaby bardzo zła, gdyby się o tym dowiedziała. Ale widział, że dziewczyna się bała. Nie mógł jej tak zostawić.

A przede wszystkim nie chciał jej zostawić. Weszli na wzgórze i skręcili na rogu. Zatrzymał się przy schodach i popatrzył na blok. W niektórych oknach widać było delikatne migotanie świeczek, ale na najwyższym piętrze panowała całkowita ciemność. Mama pewnie nadal była w pracy albo siedziała uwięziona w metrze. Odwrócił się do dziewczyny.

– Muszę pójść po kluczyki do auta. Chcesz wejść do środka razem ze mną?

– Słucham?

Wydawała się zaskoczona. Zaczął się jąkać:

– No bo… tu jest strasznie zimno.

– Ach, rozumiem. Czyli tutaj mieszkasz, tak?

Weszli razem po schodach i do środka budynku. Kiedy zatrzasnęły się drzwi wewnętrzne do klatki, Ash zerknął na dziewczynę. Oświetlenie awaryjne było bardzo słabe. Jej twarz ginęła w mroku, nie dawała się odczytać.

– A może mogłabyś chwilę zostać? Przeczekać brak prądu?

– Nie, niestety. Nie da rady.

Nie chciał, żeby sobie poszła.

– Pewnie, rozumiem. Zaraz wracam.

Pobiegł na górę. Kiedy otworzył drzwi, Lulu rzuciła się na niego jak jakiś diabelski pies na spidzie.

– Siad, siad. – Odepchnął ją i oświetlił sobie drogę do kuchni. Nadal nie potrafił poruszać się po tym mieszkaniu w ciemności. Zabrał kluczyki. Lulu skomlała i łasiła się do niego. Siedziała w zamknięciu cały dzień.

– Dobrze, dobrze – powiedział do psa. – Niech ci będzie… Lepiej, żebyś wyszła.

Suczka potruchtała po schodach, wyprzedzając go. Kiedy Ash zszedł na dół, skakała już na dziewczynę i lizała jej ręce.

– Siad, Lulu! Siad! Przepraszam. Potrzebuje porządnej tresury.

– Nic nie szkodzi. – Dziewczyna przykucnęła, żeby potargać uszy Lulu. – Nazywa się Lulu, tak?

– Tak. – Dopiero teraz zorientował się, że nie przedstawili się sobie. – Ja jestem Ash. A ty?

– Zara. Ash i co dalej?

– Hammond. Zara…?

– Jones. Przepraszam cię, Ash, ale naprawdę muszę już wracać do domu.

„Nie idź, proszę” – pomyślał. Wypuścił ją i Lulu w zimną ciemność, znalazł samochód, wepchnął suczkę na tylne siedzenie, a z przodu uprzątnął swoje adidasy, żeby zrobić miejsce dla Zary. Kiedy ruszył, przednie światła samochodu rozproszyły ciemność. Wprawdzie nie zaczął żałować, że zaoferował Zarze podwózkę, ale prowadząc, zrozumiał, dlaczego ludzie mówili, żeby nie jeździć w trakcie awarii prądu. W dole widział poświatę bijącą od szpitala, który pracował na zasilaniu awaryjnym, ale z każdej innej strony atakowała ich absolutna ciemność. Prowadził auto jak jego własna prababcia: pochylony do przodu, ręce zaciśnięte na kierownicy, wpatrując się przed siebie, z prędkością dwudziestu mil na godzinę. Tak było bezpiecznie: droga hamowania przy takiej prędkości wynosiła czterdzieści stóp, a reflektory oświetlały dystans cztery razy dłuższy.

Ale wcale nie czuł, żeby było bezpiecznie.

Miał wrażenie, że w każdym momencie coś może wyskoczyć z ciemności.

Powoli podjechali pod górkę na High Street, minęli zamkniętą stację metra i podążyli dalej – wąską, stromą drogą w stronę Heath. Zazwyczaj z tego miejsca można było podziwiać mieniące się w dole światła miasta. Ale nie tej nocy. Cały Londyn był odcięty od prądu. Droga biegnąca przez Heath była zupełnie ciemna, wyłączając światła jego samochodu, które odbiły się w oczach stojącego im na drodze lisa. Na widok zwierzęcia Lulu zaczęła wściekle szczekać. Kiedy się w końcu uspokoiła, dotarli do East Finchley. Przejeżdżali właśnie pod mostem kolejowym, kiedy Zara się odezwała:

– Możesz się tu zatrzymać.

– Ale możemy podjechać pod sam twój dom…

– Naprawdę nie trzeba. Mieszkam tuż za rogiem. Możesz mnie tu wysadzić.

Zatrzymał się na poboczu. Zara otworzyła drzwi, za kilka sekund rozpłynie się, zniknie z jego życia.

– Poczekaj. Dasz mi swój numer telefonu?

Nie odpowiedziała. Wpatrywała się wprost przed siebie, w ciemność.

– Zaro?

– Lepiej ty daj mi swój. – Rozpięła plecak i wyjęła z niego tomik poezji oraz długopis. Otworzyła książkę na ostatniej stronie, która była już pełna notatek. Napisała: „Ash Hammond”. Powoli, uważnie podyktował jej swój numer, obserwując, czy poprawnie go zapisuje. Na koniec narysowała wokół niego nieregularną obwódkę.

– Zadzwonisz, prawda? – zapytał, ale jej już nie było. Zamknęła drzwi, a ciemność natychmiast ją pochłonęła.

Zara

Panowała ciemność absolutna, która przypominała jej bezgwiezdne, bezksiężycowe noce z dzieciństwa, gdy mieszkała jeszcze na wsi. Chadzała wtedy ścieżką w stronę lasu i wyłączała latarkę, żeby spowiła ją czerń nocy – tak gęsta, że można było poczuć jej dotyk, zaczerpnąć jej w płuca. Teraz Zarze przydałaby się latarka, ale jej telefon został w domu, bo bezpieczniej było nie wynosić go na zewnątrz. Szła po omacku, kierując się dotykiem. Wymacywała dłonią murek ogrodu, ocierając się o wilgotne łodygi wonnej lawendy i rozmarynu i kalecząc skórę o kolce róży. Przeszła przez uliczkę, skręciła, po czym wdrapała się na niewielki pagórek. Przez niestarannie zasunięte zasłony w oknie dużego pokoju sączyła się delikatna strużka światła świec. W oknie na pewno stała mama, wpatrując się w ciemność i zachodząc w głowę, gdzie podziała się jej córka. Kiedy Zara weszła do przedpokoju, mama już na nią czekała, stanąwszy w drzwiach salonu. W rękach trzymała świecę. Mimo półmroku Zara zauważyła, że ma szeroko otwarte oczy.

– Zara! Gdzie byłaś?

– Săr’mâna, mamo. – Zara weszła do dużego pokoju, mijając stojącą w progu mamę. Świece rozstawione na kominku i stole rzucały ciepłe światło na porysowaną drewnianą podłogę i czerwony dywanik. Z ulgą usiadła na kanapie i odchyliła głowę do tyłu. Migotliwe światło świec sprawiało, że na suficie tańczyły chybotliwe cienie.

– Gdzieżeś ty była, dziewczyno? – zapytała ponownie mama. – Jest już wpół do siódmej.

– Wiem.

– No więc co się stało? Przecież ci mówiłyśmy, że masz tam pójść, a potem wracać prosto do domu. I jak, masz go?

Zara przytaknęła. Rozpięła suwak kieszeni, wyłuskała z niej białą plastikową plakietkę i rzuciła na blat stołu. Mama podniosła ją i zaczęła uważnie studiować wszystkie szczegóły: czcionkę, zdjęcie, czerwono-niebieskie logo, numer seryjny, odcisk palca na rewersie…

– Jest w porządku – zapewniła Zara. – Działa. Musiałam go użyć, żeby wydostać się ze stacji metra.

– Jakiego znowu metra?! Miałaś wziąć taksówkę!

– Wiem… ale ten facet wziął za plastik więcej, niż mówiłaś. Musiałam wyłożyć pieniądze przeznaczone na taryfę, żeby dopłacić. Na szczęście wystarczyło. Wszystko jest okej. – Ale głos jej drżał, gdy wypowiadała te słowa. Wzdrygnęła się, przywołując z pamięci obraz posępnego wieżowca w Camberwell. Okna mieszkań były albo osmolone, albo pozabijane dechami, a klatka schodowa cuchnęła tłuszczem, wilgocią i dymem. Przypomniała też sobie niskiego mężczyznę, który otworzył jej stalowe drzwi na ostatnim piętrze. Wnętrze mieszkania było jego małym królestwem, w którym rządził, otoczony komputerami, skanerami i drukarkami, a poświata z ekranów odbijała się w jego metalowych oprawkach i cienkich szkłach okularów. „Sorry, nie mogę tego zrobić za sto pięćdziesiąt funtów. Usługa podrożała. Ponoszę spore ryzyko, sama rozumiesz…” .

Mama usiadła obok i wzięła Zarę za rękę.

– Przepraszam. Powinnam była pojechać z tobą.

– Mamo, daj spokój. Bez ciebie jestem bezpieczniejsza. Nie masz angielskiego akcentu i doskonale o tym wiesz. Zresztą już po wszystkim. Wszystko poszło dobrze. – Wyrwała dłonie z uścisku mamy i podeszła do okna. Wyjrzała na zewnątrz przez szczelinę w zasłonach. Wpatrując się w wątłe światła z domu naprzeciwko, przyznała przed sobą, że przecież wszystko poszło fatalnie: w oczach mężczyzny pojawił się jakiś niezdrowy błysk i podszedł o krok bliżej. „Jeżeli nie masz pieniędzy… No wiesz… W końcu musisz mieć ten dowód, co nie?”. Zaczęła się jąkać. „Nie, nie. Mam. Mam pieniądze”. Wydobyła z torebki kasę na taksówkę, rzuciła mu ją prosto w twarz, chwyciła delikatną plastikową plakietkę, która była jeszcze ciepła, bo praktycznie wyjęta prosto z drukarki, i zaczęła biec. Z szybkością gazeli podążała w stronę rzeki, wzbijając w górę walające się po szarych ulicach śmiecie i stare liście. Mijała przystanki autobusowe oblepione plakatami, których treść dotarła do niej dopiero w metrze. Pełno jej było na ruchomych ekranach i na niewielkiej przestrzeni nad oknami, gdzie kiedyś umieszczano czasem fragmenty poezji.

ZNASZ NIELEGALNEGO IMIGRANTA?

MASZ OBOWIĄZEK GO ZGŁOSIĆ.

Przystanęła dopiero przy rzece, żeby złapać oddech. Stała oparta o barierkę kładki dla pieszych, wpatrując się w migotliwe odbicie miasta na powierzchni wody, ciemne kształty niedokończonych wieżowców i zastygłe w bezruchu dźwigi, którymi upstrzona była linia brzegowa. I właśnie wtedy, w dole, na tarasie sali koncertowej spostrzegła wysokiego jasnowłosego chłopca w drogim płaszczu. Wydawało jej się, że go rozpoznała.

– Powinnaś była do mnie zadzwonić – usłyszała głos mamy.

Zara zasłoniła szczelnie kotary i odwróciła się od okna. Zerknęła na telefon leżący na stole. Wyobraziła sobie, jak mama wpatrywała się w niego przez całe popołudnie, czekając, aż zadzwoni.

– Co byś mogła zrobić?

– Mogłabym ci powiedzieć, żebyś nie wchodziła do metra.

– Ale co miałam zrobić? Wziąć kolejną taksówkę? Ta cała operacja i tak kosztowała już kilkaset funtów.

– Trzeba dbać o swoje bezpieczeństwo – odparła mama. – To najważniejsze. I przez kolejne dwa miesiące tylko to się liczy.

– Do piątku trzynastego. Przecież wiem. – Zara założyła plecak, zabrała jedną ze świec stojących na kominku i oświetliła sobie drogę prowadzącą przez wąski korytarz, kuchnię i schody do piwnicy. Żółte światło świecy migotliwie omiotło jej pokój, te wszystkie znajome przedmioty, które stanowiły jej dom: bieżnię, zapchaną do granic możliwości biblioteczkę, dywanik w czerwonobeżowe wzory, poduszeczki. Zdjęła adidasy, rzuciła się na łóżko i przypomniała sobie, co było dalej…

Chłopak przeszedł przez taras. Na tle migoczących wzdłuż rzeki świateł widać było, że się waha. W końcu wszedł na górę po schodach prowadzących na kładkę. Minął ją ze wzrokiem utkwionym w ziemię i słuchawkami w uszach. Szedł szybko, ale jakoś tak ociężale, jak gdyby dźwigał więcej niż tylko torbę przewieszoną przez ramię. I to ją właśnie upewniło. Już wiedziała, kim był.

Szedł dalej przez most, mijając ciemną rzekę w dole, i dalej, w zapadającą nad miastem ciemność. Całkiem nieświadomie zaczęła go śledzić. Nie wiedziała dlaczego, i nawet się nad tym nie zastanawiała. Przepychała się przez tłum, na przemian tracąc go z oczu i ponownie odnajdując. Widziała, jak wchodzi na stację metra, przechodzi przez bramki i zjeżdża schodami w dół. Znowu zniknął jej z oczu.

Planowała przebiec całą drogę do domu, ale równie dobrze mogła w tym miejscu wsiąść do kolejki, to byłoby rozsądne rozwiązanie. Zrobiło się późno, zapadał zmrok. Mama na pewno będzie się martwić, a dalej miałaby pod górkę, biegłaby wolniej.

Poza tym nie chciała go jeszcze stracić z oczu.

Wygrzebała z kieszeni awaryjny banknot pięciofuntowy, ustawiła się w kolejce do biletomatu i kupiła swój pierwszy bilet na metro od dobrych kilku miesięcy. Zjeżdżając schodami, stwierdziła w myślach, że to było bardzo głupie i niepotrzebne. Metro stanowiło zagrożenie; gdyby pobiegła, byłaby bezpieczniejsza. Poza tym tak długo czekała przy biletomacie, że on najprawdopodobniej już odjechał.

A tak w ogóle – to po co go śledziła?

Chłopak znajdował się na samym końcu peronu i właśnie wsiadał do pociągu. Przyspieszyła kroku i wskoczyła do metra w ostatniej chwili, przez zamykające się drzwi. Na następnych dwóch stacjach zmieniała sukcesywnie wagony, aż w końcu znalazła się w tym samym co on. Usiadła naprzeciwko. Wyjęła książkę, ale zamiast czytać, obserwowała go ukradkiem przez zasłonę włosów. Siedział skupiony ze słuchawkami w uszach; swoje długie nogi wyciągnął w stronę przejścia. Wyglądał na nieszczęśliwego. No tak. A jak niby miał wyglądać, czego się spodziewała? Podniósł na chwilę wzrok, więc szybko spuściła oczy na otwarty tomik poezji, ale czytała bez zrozumienia.

Pociąg zwolnił na stacji Camden Town. Aby dotrzeć do domu, musiała się tutaj przesiąść. Wstała, zwróciła się w stronę wyjścia, ale zawahała się i stanęła w drzwiach. Policjanci stali na peronie, sprawdzając dowody. Wymacała nowy plastik w kieszeni spodni dresowych. „Przejdzie wszystkie kontrole, nie ma innej opcji” – powiedział jej facet w tamtym mieszkaniu. Nie mogła spojrzeć mu w oczy, bo blask z monitorów odbijał się w jego okularach. „Odciski palców, kody kreskowe, wszystko”. Był o tym przekonany. Ale czy na pewno? Obserwowała policjanta, który zeskanował kod kreskowy w czyimś dowodzie, sprawdził coś na swoim ekranie skanera, oddał dowód i zatrzymał kolejną osobę, która wyszła z wagonu.

Zmieniła zdanie i z powrotem usiadła. Na krótką chwilę znowu spotkała jego wzrok. Szybko uciekł spojrzeniem, a ona udała, że czyta, śledząc w kółko te same słowa bez jakiegokolwiek zrozumienia. Pociąg zwolnił, zgasły światła, a on pochylił się w ciemności i zagadał do niej.

Zara usiadła na łóżku i sięgnęła po plecak, z którego wyjęła Cztery kwartety. Otworzyła tomik poezji na ostatniej stronie, gdzie zapisała jego dane kontaktowe.

Ash Hammond: chłopak, którego rozpoznała, zanim nawet zauważył jej obecność.

Powinna natychmiast zamazać lub podrzeć jego numer komórkowy, bo nie mogła się z nim kontaktować. Powinna przestać o nim myśleć.

Przestać o nim myśleć, i tyle.Rozdział 2

Ash

Kochana Sophie!

Zara nie zadzwoniła. Jest już 23 grudnia, minęło 11 dni. Sama sobie policz, ile to sekund. Podsumowując, miała mnóstwo czasu, żeby się odezwać. Gdyby tylko chciała. A więc – to chyba logiczne – nie chciała.

Chciałem z nią jeszcze porozmawiać.

Oj tam, nieważne. Powinienem przestać o niej myśleć.

A.

Kliknął drukuj, usunął plik z komputera, opróżnił kosz na pulpicie, po czym wziął wydruk, otworzył okno i zmiął papier w doniczce na parapecie, na starym popiele. Ile listów spalił w ten sposób? Stracił rachubę. Wyjął zapalniczkę z szuflady biurka, podpalił papier i obserwował proces spalania: z C6H10O5 + 5O2 na 5CO + CO2+ 5H2O – dwutlenek węgla i para wodna rozpłynęły się w powietrzu. Kiedy płomienie zamarły, zamknął okno, nachuchał na szybę i napisał palcem:

Zara Jones

Powinien o niej zapomnieć. Najwyraźniej nie zamierzała do niego zadzwonić. Zmazał jej imię i poszedł do kuchni wzdłuż korytarza, w którym walały się nierozpakowane pudła po przeprowadzce. Mama siedziała przy stole przed otwartym laptopem, nad grubą teczką na dokumenty. Przy pustym kieliszku. Uśmiechnęła się do niego.

– Wychodzisz gdzieś dzisiaj?

– Nie wiem.

– Powinieneś. Dobrze by ci to zrobiło.

– Niby co? Kac po imprezie? – Popatrzył na kieliszek po winie, a potem na mamę. – Ciocia Kate przychodzi, tak jak planowałyście?

Mama pokiwała twierdząco głową, zamknęła teczkę i wstała, żeby otworzyć lodówkę.

– Chcesz coś wrzucić na ruszt przed wyjściem? Mamy pizzę. Powinieneś ją zjeść, zanim jej zakażą.

– Zakażą?

– No wiesz, w końcu nie jest z pochodzenia brytyjska.

Żart był raczej kiepski, no ale zawsze to żart. A to musiał być dobry znak, prawda? Uśmiechnął się do niej.

– Pizza to świetny pomysł. Dzięki.

Podgrzał jedzenie w mikrofali i usiadł naprzeciwko mamy przy stole. W jedną rękę wziął pizzę, a drugą przewijał telefon, przeglądając wszelkie istniejące media społecznościowe w poszukiwaniu Zary Jones, i to już po raz enty. Nigdzie jej nie było. Wszedł na stronę poświęconą poezji, na której zachował Cztery kwartety. Próbował odnaleźć fragment, który mu przeczytała, ale jego również nie mógł nigdzie znaleźć.

Zadzwonił domofon, więc wstał, żeby odebrać. Przecież Zara wiedziała, gdzie mieszkał.

Co za głupstwo. To na pewno nie ona. I rzeczywiście, miał rację. Przyszła ciocia Kate. Wpuścił ją na klatkę schodową, wyszedł na podest i wychylił się przez barierkę, żeby popatrzyć, jak szła po schodach w górę. Wyglądała jak mama, ale była w jakiś sposób pełniejsza i silniejsza. Teraz nie mógł sobie przypomnieć, czy mama wyglądała kiedyś tak jak ciocia – przed tym, co się stało…

– Cześć, kochany. – Ciocia Kate dotarła do podestu i rzuciła torby na ziemię, żeby go przytulić. – Jak poszła rozmowa kwalifikacyjna na uczelni?

– Chyba dobrze.

– Założę się, że się dostaniesz. Musieliby być kompletnymi idiotami, gdyby cię nie chcieli. – Uśmiechnęła się, ale potem zmarszczyła czoło. – Jak się czuje Julia?

– Nie wiem. Chyba tak samo.

– Hmm. – Ciocia weszła do kuchni, a on został w przedpokoju. – Julia? Jesteś tu? – zapytała, po czym nastąpiła długa rozmowa, zbyt cicha, aby mógł ją usłyszeć.

Stwierdził, że powinien wyjść na miasto. Znalazł swój płaszcz, portfel, dowód. Stojąc przy drzwiach wyjściowych, zawołał, że wychodzi, po czym zbiegł schodami w dół, a potem drogą prowadzącą do stacji metra. Po przeciwnej stronie wagonu zauważył dziewczynę o długich ciemnych włosach. Kilkakrotnie zmieniał miejsce, żeby bliżej jej się przyjrzeć.

To nie była Zara.

No do jasnej cholery.

Oczywiście, że to nie ona: prawdopodobieństwo spotkania jej ponownie było nieskończenie małe. Każdego dnia z londyńskiego metra korzystały średnio ponad cztery miliony ludzi. Ich spotkanie wtedy było jedynym w swoim rodzaju zbiegiem okoliczności, który już nigdy się nie powtórzy. Zara nie zadzwoni.

Powinien o tym wszystkim zapomnieć.

Włączył w telefonie nowe zadanie szachowe i rozwiązał je, a potem musiał już wyjść z pociągu. Na zewnątrz zaczął padać śnieg z deszczem. Przyspieszył kroku, mijając kogoś skulonego w drzwiach, potem nowy znak informujący o strefie „zero tolerancji dla narkotyków”, a po drugiej stronie chodnika – dzieciaka, który wywracał swoje kieszenie na polecenie patrolu. Kiedy skręcił w stronę pubu, zamajaczyła mu z przodu znajoma, wysoka i ciemnowłosa sylwetka.

– Lewis! – zawołał.

Lewis zatrzymał się, poczekał na Asha i przywitał go klepnięciem w ramię.

– Cześć, Ash. Jas mówił, że raczej nie przyjdziesz.

Ash wzruszył ramionami.

– Zmieniłem zdanie.

– No to fajnie.

Poszli dalej.

– Co u ciebie? Jak żyjesz? – spytał po chwili Lewis.

– Niewiele. Powtarzałem do egzaminów.

Nie dodał, że przede wszystkim czekał na jej telefon. E tam. Powinien o tym zapomnieć. Ona nie zadzwoni.

– Już? Do jasnej cholery, Ash. To tylko próbna matura.

Lewis uśmiechnął się i otworzył z rozmachem drzwi pubu. Uderzyły ich ciepło i hałas dochodzący z pomieszczenia. Grupka gości, którzy wyglądali, jakby spędzili w pubie co najmniej pół dnia, śpiewała, a raczej wywrzaskiwała, kolędy. Z sufitu zwisały dekoracje świąteczne i angielskie flagi świętego Jerzego. Reszta znajomych już tam była, siedząc przy narożnym stoliku obok choinki, która została bardzo hojnie przystrojona. Byli już Chris i Jas ze szkoły oraz Maya i Caitlin z zespołu muzycznego Jasa. Przez ułamek sekundy Ash poczuł się zdezorientowany, jakby już pijany. Wszystko się rozmazało i z powrotem wyostrzyło: pociągła twarz Chrisa w grubych oprawkach pod strzechą nieświeżych mysich włosów; Jas wystukujący niespokojnie rytm o poręcz krzesła, z ciemnymi włosami opadającymi na czoło; Caitlin nachylająca się w stronę Mai; kontrast pomiędzy jej bladością a ciemną karnacją rozmówczyni.

Zamrugał, żeby przywrócić ostrość spojrzeniu. Podążył za Lewisem przez zatłoczone pomieszczenie i przewiesił płaszcz przez oparcie pustego krzesła. Włożył telefon do kieszeni spodni, ale wcześniej sprawdził, czy na pewno był włączony. Oczywiście nie miał żadnej wiadomości od Zary.

No tak.

Po prostu powinien o niej zapomnieć.

– Dobry wieczór, szanowne panie. – Lewis ukłonił się teatralnie, witając Caitlin i Mayę.

– Hej, Lewis, widziałeś ostatnie sondaże? – zagadnął Chris.

– Widziałem. – Lewis zdjął płaszcz. Przypinka partyjna błyszczała w klapie jego marynarki, tak że płomienie w pochodni wyglądały na prawdziwe. Usiadł, odchylił się do tyłu i włożył ręce do kieszeni.

– Dwadzieścia punktów procentowych. Dwadzieścia – powiedział z naciskiem Chris.

– Ktoś chce coś do picia? – Jas wstał gwałtownie, potrącając niższe gałęzie choinki i obrywając czerwono-białą bombkę, która potoczyła się pod stół. – Ash? Co będziesz pił?

– Hmm… – Przez chwilę zastanawiał się, czy spędzić wieczór na trzeźwo, czy może raczej się upić. Wybrał tę drugą opcję. – Wódkę. Czekaj, pójdę z tobą.

Przecisnęli się do baru przez tłum chwiejących się kolędników. Jas oparł się o ladę, pomachał dowodem, żeby przywołać barmana, i uśmiechnął się do Asha.

– Jak myślisz, ile czasu zajmie Chrisowi i Lewisowi debata polityczna?

– Do zamknięcia?

– Co najmniej. – Jas wystukiwał szybki rytm na brudnej ladzie. Kolędnicy wyśpiewywali na cały głos coś o pasterzach i aniołach, ale nawet Ash był w stanie stwierdzić, że fałszowali. Jas złapał się za głowę i wydobył z siebie bezgłośny skowyt.

– Czy następnym razem nie możemy pójść do pubu, w którym zakazali śpiewania? – Wrócił do wystukiwania rytmu, zerkając przy tym na Asha. – No więc jak? Odezwała się?

– Nie.

Jas skrzywił się ze współczuciem.

– To może podwójny szocik?

– Czemu nie? – Ash obserwował barmana nalewającego drinki. – Pewnie nigdy nie zamierzała zadzwonić.

Zabrał z kontuaru kilka kieliszków i butelkę jasnego piwa, po czym wrócił zygzakiem do stolika, gdzie Chris kontynuował polityczną potyczkę z Lewisem.

– Poza tym jesteście skończeni. Przegracie wybory z kretesem. Ash, ile sekund nam zostało?

– Do wyborów? Trzynastego lutego, tak? – Ash podał Mai kieliszek wina, a Chrisowi butelkę piwa. – Około 4 493 000. A gdzie jest Priya?

Chris jęknął.

– Kiedy nie ma jej tak długo, to gdzie może być? Oczywiście w Indiach, pojechali tam na święta.

– Ash, jak ty to robisz? – spytała Maya.

Wzruszył ramionami i dopasował podkładkę pod piwo, aby była idealnie równoległa do krawędzi stołu.

– Po prostu liczę.

– Mamy taką hipotezę, że kiedyś został porwany przez obcych. – Jas zerknął na Caitlin, która liczyła coś na palcach i sprawdzała na kalkulatorze w telefonie. – Nawet nie zawracaj sobie głowy sprawdzaniem, na pewno ma rację. Postuluję, abyśmy darowali sobie politykę. Proszę. W końcu mamy święta.

Chris skrzywił się z niezadowoleniem; Lewis uśmiechnął się i uniósł kufel gorzkiego piwa. Ash podniósł swój kieliszek z wódką, przechylając go w dłoni i obserwując grę świateł w szkle. Światło. W wierszu, który przeczytała, było coś o świetle… Z roztargnieniem słuchał Jasa, który opowiadał o najbliższym koncercie swojego zespołu.

– To będzie zaraz po drugim dniu świąt. Ash, a ty się wybierasz?

– Nie mogę. Sorry. – Wypił łyk wódki i poczuł, jak wypala mu gardło. – Wyjeżdżam z tatą.

– O, to super – stwierdziła Caitlin.

– No niestety nie bardzo. To będzie coś w rodzaju obozu odosobnienia, żebym powtarzał do egzaminów.

– Dobry Boże – skomentował jego słowa Jas. – I ty się na to zgodziłeś?

– Będziemy słać ci wyrazy wsparcia – dodał Lewis.

– Możecie spróbować, ale pewnie nie będzie tam ani zasięgu, ani wi-fi. – A to oznaczało, że nie będzie mogła się do niego dodzwonić. No ale przecież nawet nie zamierzała. Wziął kolejny łyk wódki. Kolędnicy znowu zaczęli pijacko wyśpiewywać „Pokój na ziemi”.

Zara

Otworzyła Cztery kwartety i położyła je sobie na kolanach, ale jej oczy śledziły kolejne wiersze bez należytego zrozumienia tekstu. Była świadoma wyłącznie jego imienia i numeru telefonu zapisanych na ostatniej stronie książki, jakby przebiły się na otwartą stronę, zacierając wszystko inne. Ash Hammond. Ten chłopak mógł opowiedzieć jej o rzeczach, których po trosze chciała się dowiedzieć, a po trosze się bała, i których chciała się dowiedzieć przez ostatnie półtora roku. A może również ona mogłaby opowiedzieć coś, co on chciałby wiedzieć. Jej telefon leżał na biblioteczce. Wyciągnęła rękę…

Nie. Przestań. To zbyt skomplikowane i niemożliwe. Jedynym bezpiecznym działaniem w stosunku do Asha Hammonda było po prostu go nie znać.

Upuściła książkę na podłogę, włożyła buty do biegania i wskoczyła na bieżnię. Zaczęła wolno, ale systematycznie przyspieszała, osiągając w końcu zawrotne, wyczerpujące tempo. Chciała uzyskać stan, w którym jej umysł stałby się pusty. Zazwyczaj to działało. Bieganie było dla niej ucieczką od samej siebie, od wszystkich dręczących ją myśli, które krążyły w głowie: niespokojnych i głośnych jak spłoszone ptaki o zachodzie słońca. Jednak tym razem bieganie nie pomagało. Tupot stóp, intensywne pulsowanie krwi w uszach i miarowy warkot silnika w maszynie – wszystko przypominało jej jego imię.

Przestań. Zwolniła i wyłączyła bieżnię. W chłodzie jej pokoju położonego na poziomie piwnicy pot szybko stężał na skórze. Zadrżała, zwinęła w kłębek czyste ubrania z ręcznikiem i pognała na górę. W kuchni pachniało kawą i ostrym, kwaśnym zapachem drożdży. Mama zerknęła na nią znad książki, którą czytała, siedząc na stołku przy blacie kuchennym.

– Wyglądasz, jakbyś przebiegła maraton.

Czuła się, jakby przebiegła całą kulę ziemską, ale nadal nie udało jej się uciec.

– Mamy ciepłą wodę?

– Mamy. Ale zostaw trochę dla Max, żeby mogła wziąć prysznic, jak wróci.

W łazience zdjęła wszystkie przepocone ubrania i weszła do kabiny prysznicowej. Spadająca woda szeptała imię Asha. Ash, Ash, Ash. Kiedy zakręciła kurek, ostatnie krople kurczowo uchwyciły się słuchawki prysznica jak znaki zapytania, a potem opadły, rozbijając się o pordzewiałą emalię wokół odpływu.

Wytarła się, ubrała i weszła do kuchni. Mama wyrabiała wyrośnięte już ciasto: podzieliła je na trzy części, uformowała z nich kwadraty i dodała nadzienie z kakao, rodzynek i rachatłukumu. Tak powstawał wypiek, z którego smakiem kojarzyły się Zarze wszystkie święta Bożego Narodzenia. Nalała sobie wody do szklanki, dmuchnęła i obserwowała, jak zmieniają się wzory na powierzchni wody.

Trzasnęły drzwi wejściowe. Do kuchni weszła Max, która rzuciła na blat pocztę i wieczorną gazetę, a następnie objęła mamę ramionami i oparła się o nią.

– Ciężki dzień? – zapytała mama.

– Szalony. – Max zdjęła płaszcz; pod nim nadal miała na sobie fartuch, który nosiła w pracy w supermarkecie.

– Skończyła się nam brukselka. Ludzie byli tak wściekli, że myślałam, że grożą nam zamieszki. I proszę, tylko nie mówcie mi, że brukselka nie jest rdzennie brytyjska, słyszałam ten tekst przez cały dzień. – Jej oczy ukryte za oprawkami okularów były roześmiane. – Partia jest teraz skazana na porażkę. Awarie prądu, zamieszki w Liverpoolu oraz niedobory brukselki na dzień przed Wigilią. Poza tym wystarczy poczytać gazetę.

Zara podniosła gazetę. Obok nagłówka ODCHODZI NA DOBRE? umieszczono zdjęcie premiera wchodzącego do rządowej limuzyny przed siedzibą rządu na Downing Street, a pod spodem, mniejszymi literami podtytuł: PARTIA PRZEGRYWA W SONDAŻACH O 20 PROCENT.

– Jeszcze siedem tygodni. – Max wzięła kubek kawy, której nalała jej mama. Przeszły do salonu, a Zara zaczęła przeglądać pocztę: kilka spóźnionych kartek świątecznych dla Max; rządowe przypomnienie, że na podstawie Ustawy o imigracji i prawie pobytu przestępstwem jest zatrudnianie, dawanie schronienia i ukrywanie nielegalnych imigrantów; ulotka Koalicji obiecującej natychmiastowe zniesienie polityki British Born w przypadku wygranych wyborów. Max twierdziła, że Koalicja wygra. Jeszcze tylko siedem tygodni.

Wrzuciła ulotki do śmieci, a z kartkami świątecznymi poszła do dużego pokoju, gdzie mama rozplątywała Max warkoczyki i rozczesywała włosy, które tworzyły chmurę wokół jej głowy. Max siedziała na podłodze z poduszką pod pupą, opierając się o nogi mamy. Ogarniało je ciepłe światło lampki stołowej. Siedziały w ciszy przerywanej jedynie odległymi dźwiękami muzyki dobiegającymi z mieszkania na górze. Stanąwszy w drzwiach, Zara się zawahała. Max z uśmiechem podniosła na nią wzrok.

– Jak ci idzie rozprawka?

Zara wskazała na swoje niechlujne notatki porozrzucane na stole.

– Zaczęłam…

Ciągle tylko zaczynała, ale nic z tego nie wynikało. Ledwie otwierała książkę, a wyciekały z niej słowa, pozostawiając pusty ekran, na którym wyświetlał się w kółko jeden film. Przedstawiał on Asha wchodzącego po schodach na kładkę dla pieszych rozciągająca się nad ciemnymi wodami Tamizy.

– A jak brzmi tytuł? – Max odchyliła się od mamy i ściągnęła kartkę ze stołu. – „Przeprowadź analizę sposobu prezentacji przyczyn i konsekwencji poczucia winy i zawahania Tessy w powieści Hardy’ego”. To raczej proste, prawda?

Poczucie winy i zawahanie. Temat rozprawki był jej zbyt bliski, myślenie o nim sprawiało niemal fizyczny ból, jak wbijanie drzazgi pod skórę.

– Chyba tak – odrzekła. Max wstała niezgrabnie z podłogi i położyła Zarze ręce na ramionach.

– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Przegrają. A po wyborach zapiszesz się na najbliższy termin matury i zdasz z wyróżnieniem. Na pewno. Twoja ostatnia rozprawka była świetna. A nawet jeśli nie zdążysz dostać się na uczelnię we wrześniu, to pójdziesz za rok.

– Wiem. – Zara popatrzyła na swoje nieskładne notatki. „A co, jeżeli nie przegrają? A co, jeżeli znowu wygrają?”, pomyślała.

Wyobraziła sobie Max samą w tym pokoju, w ciszy, z muzyką dobiegającą z innego mieszkania, a siebie i mamę gdzieś indziej, w miejscu niewyobrażonym, nieznanym, daleko stąd.

– Wiem – powtórzyła. Zebrała ze stołu notatki i książkę, po czym zeszła do swojego pokoju. Na dole było wręcz lodowato; zimno sączyło się przez ściany, powietrze było krystalicznie czyste od zimna. Skuliła się na łóżku pod kołdrą i kocem, oparta o poduszkę.

Za siedem tygodni, o ile Partia przegra, ona przestanie być nielegalna. Będzie mogła zadzwonić do Asha. Z wrażenia wstrzymała oddech. Na pewno zadzwoni, była mu to winna.

A co, jeśli Partia wygra?

Być może ten okres siedmiu tygodni był jedynym czasem, kiedy jeszcze mogła nawiązać kontakt i zdobyć się na odwagę, żeby wyznać to, co chciała.

Wyprostowała się, pochyliła się i podniosła Cztery kwartety.

Ash

Kolędnicy skończyli swoją hałaśliwą wersję Land of Hope and Glory. Ash studiował nieostre światło przenikające przez trzeci kieliszek wódki. Jas sprawdził swój telefon i zaklął.

– Co jest? – spytała Maya. Jas podał jej komórkę, żeby przeczytała na głos wiadomość. – „Jamesie. Nie zapomnij o dzisiejszym wieczorze”. To pewnie od twojego taty? „Jamesie”, he, he. – Uśmiechnęła się do niego.

– Bardzo śmieszne, no doprawdy. – Jas znowu zaklął. – Chodzi o wieczór przy drinkach w Izbie Gmin. Tata dostał zaproszenie i chce, żebym też poszedł.

– Wieczór przy drinkach? – wtrącił się Chris. – Czyżby chodziło o imprezę świąteczną Partii?

– Na to wygląda.

– Twój tata wystąpi w roli Świętego Mikołaja? – Chris wyszczerzył zęby. – Wręczy im kolejny worek wypełniony gotówką?

– Całkiem możliwe. Ale pewnie zrobi to bez przebrania. – Jas jęknął, odchylił się gwałtownie do tyłu z rękami za głową i strącił kolejną bombkę z choinki. – Pewnie nie chcecie się ze mną wybrać? Tata powiedział, że jeżeli chciałbym kogoś ze sobą zabrać…

– Ta, jasne. – Maya odwróciła się do Caitlin. – Powinnam wracać do domu. Idziesz?

Lewis wypił duszkiem swoje piwo i odstawił pusty kufel.

– Ja z tobą pójdę, Jas.

– No tak, oczywiście. – Chris zaśmiał się szyderczo.

– Ash, a ty? – spytał Jas.

Nie, nie, nie, po prostu nie mógłby tego strawić.

– Sorry, nie dam rady. Też powinienem już wracać.

To było kłamstwo. Nie zamierzał wracać do domu, bo tego, co się tam działo, również nie byłby w stanie strawić. Wolał pojawić się dopiero wtedy, kiedy mama z ciocią Kate skończą już wszystkie butelki wina i chusteczki higieniczne i pójdą spać.

Kiedy reszta się rozeszła, zaczął włóczyć się po mieście z pochyloną głową, aby uchronić się przed siąpiącym deszczem. Skręcił w przypadkową, niemal całkiem ciemną uliczkę, z wyjątkiem kilku oświetlonych okien, które odbijały się na mokrym chodniku.

Zdał sobie sprawę, że zna to miejsce – niedaleko znajdowała się kawiarnia, w której Sophie załatwiła sobie kiedyś wakacyjną pracę na dwa tygodnie. Szedł dalej, dopóki jej nie znalazł. Była nadal otwarta i nic się nie zmieniła: te same niedopasowane do siebie meble, te same stare fotografie na ścianie, ten sam zapach kawy i smażonego jedzenia. Właściciel kawiarni, Marek, przecierał właśnie blaty stołów. Ash poprosił o kawę. Kiedy Marek przyniósł mu ją do stolika, zagadał:

– Już cię tu kiedyś widziałem, prawda? Przyszedłeś odwiedzić Sophie, zgadza się?

– Tak. – Ash nie chciał o niej rozmawiać. Spojrzał na płytę ze sklejki, która zasłaniała okno na lewo od drzwi wejściowych. – Jak to się stało?

– Aaa, szkoda gadać, głupie dzieciaki. – Marek potrząsnął głową i popatrzył na oprawione zdjęcie wiszące nad stołem, przedstawiające grupę lotników z drugiej wojny światowej przykucniętych przed starym samolotem. Wskazał na mężczyznę w pierwszym rzędzie. – To mój dziadek, walczył w bitwie o Anglię. Jeśli będziesz chciał dolewkę kawy, daj znać. – Uśmiechnął się i wrócił do sprzątania stolików.

Ash przyjrzał się fotografii. W jedenastej klasie mieli na historii pogadankę na temat bitwy o Anglię, o poświęceniu i heroizmie walczących, o rozpaczliwej obronie wolności, która była punktem zwrotnym w brytyjskiej walce przeciwko tyranii. Wyobraził sobie samoloty spadające na ziemię i nagłą, przedwczesną śmierć.

Wypił gorącą kawę jednym haustem i podszedł do baru, żeby zapłacić.

– Wesołych świąt – powiedział Marek. – Pozdrów ode mnie Sophie.

– Och… Jasne. Wesołych świąt. – Pospiesznie wyszedł na zewnątrz, gdzie zaatakował go śnieg z deszczem. Znowu zaczął się włóczyć. Na Trafalgar Square ustawiono olbrzymią choinkę. Każdego roku przychodzili tam z mamą, żeby popodziwiać przystrojone drzewo, a potem przejechać się autobusem i popatrzeć na świąteczne światełka na Regent Street i Oxford Street.

Mógłby to teraz zrobić.

Co za głupi pomysł.

Ale było jeszcze zbyt wcześnie na powrót do domu.

Wsiadł do autobusu i usiadł na ulubionym miejscu Sophie, na górze, na samym przedzie, po prawej stronie. Świąteczne lampki kołysały się szerokim łukiem wzdłuż Regent Street, ale zapomniał, jaki był tegoroczny motyw przewodni iluminacji, a niestety nie mógł tego sprawdzić, bo były oczywiście wyłączone. To krok powzięty w celu ograniczenia zużycia energii – przypomniał sobie, że poprzedniego dnia słyszał o tym w telewizji.

No świetnie, po prostu doskonale. Równie dobrze mógł wysiąść z autobusu.

Mimo to został na miejscu i dalej wpatrywał się przez okno w ciemną ulicę. Zadzwonił telefon. Nieznany numer. To mogła być ona. To na pewno nie ona. Odebrał.

– Ash, to ty? – zapytała. Po tych słowach, po usłyszeniu jej głosu, pomimo ciemności na Regent Street poczuł się, jakby ktoś włączył wszystkie świąteczne lampki. Ba, poczuł się wręcz, jakby sam został podłączony do światełek świątecznych: przeszedł go wstrząs, od którego zakręciło mu się w głowie.

– Cześć – odpowiedział i zaniemówił. Dobry Boże. Miał około 950 000 sekund, żeby zaplanować tę rozmowę, a teraz nie wiedział, co jej powiedzieć. – Wszystko u ciebie w porządku? – (No genialne).

– Tak. A u ciebie? Co robisz?

– Jadę autobusem po Regent Street. Chciałem popatrzeć na świąteczne światełka.

– Myślałam, że w tym roku je wyłączyli.

– Tak. To prawda.

– Czyli… Podziwiasz świąteczne iluminacje, które nie świecą?

– W zasadzie tak. Tak to właśnie wygląda.

Roześmiała się.

– Mam nadzieję, że reszta wieczoru była lepsza?

– Nie, to jest jego najlepsza część. Bo zadzwoniłaś. – (Zabrzmiało zbyt drętwo? Zbyt nachalnie? Kto wie? Sophie by wiedziała. Szybko, trzeba zmienić temat). – Co porabiasz?

– Piszę rozprawkę z angielskiego.

– Do matury?

– Tak. A ty co będziesz zdawać?

– Rozszerzoną matmę, filozofię i fizykę. Chyba z angielskim jest więcej zabawy.

– Przerabiam cholerną Tessę d’Urberville. W tej książce nie ma zbyt wielu powodów do śmiechu.

– Aha. – (Nie czytał tego. Nie miał absolutnie nic ciekawego do powiedzenia na temat tej książki). – Gdzie chodzisz do szkoły? – (Żałosne).

– Mam indywidualny tok nauczania w domu.

– Aha. To super. Słuchaj, możesz mi przypomnieć tytuł tego wiersza, który czytałaś w metrze? Próbowałem go znaleźć w Czterech kwartetach.

– To był fragment Little Gidding. Pod koniec utworu. Przepraszam, ale muszę już kończyć. Zaraz wyczerpią mi się minuty na karcie.

– Aha. Okej. Poczekaj… Może chciałabyś wspólnie pobiegać?

Kochana Sophie!

Zadzwoniła. Będziemy razem biegać, tak przynajmniej zrozumiałem. Niczego jeszcze nie ustaliliśmy, ale chyba chciała, żebym oddzwonił.

Sprawdziłem wiersz, który mi przeczytała. Pewnie by Cię nie zainteresował. Podarowałem Ci kiedyś tomik poezji. Pamiętasz? Poems on the Underground. Pewnie nigdy go nawet nie otworzyłaś, ale są w nim wersy, do których ciągle wracam, mówiące o powrocie do początku. O tym, że zawsze wracamy tam, skąd wyruszyliśmy.

Chciałbym, żeby tak było.

Ash
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij