-
nowość
Czas zdrady. Dziedzictwo popiołów. Tom 1 - ebook
Czas zdrady. Dziedzictwo popiołów. Tom 1 - ebook
Jest druga połowa XIX wieku. Warszawa drży pod ciężarem carskiej władzy. Ulice tętnią niepokojem, a w sercach Polaków narasta napięcie, które wkrótce doprowadzi do powstania styczniowego.
Matylda i Eliza Lisieckie - siostry bliźniaczki - wchodzą w dorosłość w epoce, która nie zna litości. Matylda, odważna i porywcza, coraz bardziej poznaje środowisko konspiratorów i w końcu przyłącza się do powstańców. Eliza nie ma tyle odwagi i determinacji – ona marzy raczej o kochającym mężu i gromadce dzieci.
Na ich drodze pojawia się Piotr Sosnowski, hrabia rozdarty między obowiązkiem wobec rodziny a tym, co budzi się w jego sercu. Mężczyzna nie przeczuwa jeszcze, że spotkanie z siostrami postawi go przed wyborami, od których nie ma odwrotu. Ich obecność stanie się dla niego zarazem światłem, jak i cieniem.
„Czas zdrady” to pełna napięcia opowieść o miłości rodzącej się w chwili, gdy historia przyspiesza. O uczuciach, które potrafią być silniejsze niż strach i bardziej niebezpieczne niż jakikolwiek polityczny bunt.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68742-60-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Fragmenty manifestu powstańczego z 22 stycznia 1863 rokuProlog
Córki Marianny i Władysława Lisieckich urodziły się w letnie, parne popołudnie, kiedy ich ojciec w lepkiej od potu koszuli ocierał zroszone czoło, a pracujący na polach chłopi słaniali się na nogach. Władysław każdego roku czynnie uczestniczył w żniwach. Wychodził z założenia, że każda para rąk jest potrzebna do pracy i jego dłonie w niczym nie są lepsze od chłopskich. Z zapałem kosił zboże, czym dawał przykład parobkom utyskującym na nieznośne warunki. Nie narzekał, nie uchylał się od obowiązków. Z dumnie podniesionym czołem parł przed siebie i cieszył się z dorodnego plonu. Na tyle zapamiętał się w robocie, że nie zauważył niewielkiego skaleczenia na nodze.
Późnym wieczorem udał się do domu. Zaraz dopadła go ochmistrzyni i skierowała do pańskiej sypialni. Zmęczony mężczyzna wszedł do pomieszczenia bez większego entuzjazmu. Jedyne, czego pragnął to strawy, kąpieli i długiego odpoczynku. Tymczasem jego oczom ukazał się biblijny niemal widok. Oto matka przystawiała do nabrzmiałej piersi kwilące zawiniątko. Dostrzegłszy męża, Marianna uśmiechnęła się lekko, wciąż odczuwając skutki wielogodzinnego porodu. Władysław na chwiejnych nogach podszedł do łoża. Naraz jakby wstąpiły w niego nowe siły. Spoczął obok położnicy, roziskrzonym wzrokiem wpatrywał się w matkę swego dziecka, wylewnie dziękując za sprowadzenie maleństwa na świat. Wówczas Marianna resztkami sił głową wskazała na kołyskę. Zdumiony Władysław dojrzał leżące spokojnie dziecko. Przenosił więc wzrok z jednego maleństwa na drugie, jakby sprawdzał, czy nie doznał pomieszania zmysłów.
– Mamy dwie dziewczynki – powiedziała cicho Marianna. Niepewnie czekała na reakcję męża. Mężczyźni oczekiwali synów, córki, w dodatku dwie naraz, stanowiły kłopot. Wszak należało wyposażyć je w solidnej wielkości posag, a rodu nie przedłużą.
– Są idealne – powiedział wzruszony Władysław po długiej chwili milczenia. Z namaszczeniem przejął niemowlę z rąk żony, przyglądał się bezradnej istotce i już snuł plany na jej przyszłość. – Nasze córki będą piękne, charakterne i szczęśliwe.
Oddał dziecię rodzicielce. Sam upojony radością namiętnie pocałował Mariannę, po czym wyszedł i zarządził toast za zdrowie dziedziczek. O swojej doli nie wspomniał, choć i jemu przydałyby się szczere życzenia.
Następnego dnia nie wstał z posłania. Majaczył, złożony gorączką. Sprowadzony z miasta doktor orzekł zakażenie krwi. Rana zadana kosą jątrzyła się i ropiała. Upuszczanie krwi nie dawało rezultatów. Tydzień później Lisiecki wyzionął ducha.
Naznaczona tragedią Marianna nie interesowała się dziećmi. Ochmistrzyni najęła dwie mamki, sprowadziła lekarza do wdowy. Medyk stwierdził głęboką melancholię, czemu trudno się było dziwić, zważywszy na okoliczności. Nakazał parzenie ziół i obserwowanie biedaczki. Służki pilnowały zatem, by pani Marianna jadła, przynosiły córeczki do pokoju, lecz kobieta nie spoglądała w stronę dziewczynek. Podświadomie obwiniała je o śmierć Władysława. Wszak straciła go, gdy spotkał się z nimi po raz pierwszy. Odganiała się od Matyldy i Elizy niczym od natrętnych much. W końcu nieznoszącym sprzeciwu głosem poleciła trzymać maleństwa z dala od siebie.
Po złożeniu Władysława w rodzinnym grobowcu z trudem zniosła konsolację, podczas której z obojętnością przyjmowała liczne kondolencje. Pod przykryciem z czarnego woalu kryła się kredowobiała twarz naznaczona cierpieniem. Zgromadzeni współczuli jej w żałobie, litowali się nad sierotami, zastanawiali nad przyszłością rodu. Co oczywiste, brat zmarłego przejął kierowanie dworem, bo Marianna nie nadawała się do jego prowadzenia.
Tydzień później Lisiecka wyjechała do Warszawy, do matki i ojca. Z konieczności zabrała córki. Szwagier obiecał przekazywać jej procenty z zysków, lecz te malały w miarę upływu czasu, aż źródło dochodów całkiem wyschło.
Rodzinie Marianny nie wiodło się najlepiej. Utrzymanie córki oraz wnuczek sporo ich kosztowało, nieraz więc dawali jej do zrozumienia, że jest ciężarem. Jednakowo namawiali ją do powtórnego wyjścia za mąż, bez wybrzydzania na kandydata, bo kobietę z przychówkiem określano jako towar wybrakowany, nienadający się do powtórnego użytkowania. Zdesperowana Marianna przyjęła oświadczyny czterdziestoletniego fabrykanta, zatwardziałego kawalera o surowej fizjonomii i skostniałym spojrzeniu. Julian Koszecki zabrał żonę do siebie, na dziewczynki kręcił nosem, ale zaakceptował ich obecność w domu. Mimo wielokrotnie podejmowanych prób para nie doczekała się wspólnych dzieci. Marianna trzykrotnie zachodziła w ciążę. Pierwszą straciła zaledwie kilka dni po wizycie lekarza. Drugą poroniła na miesiąc przed rozwiązaniem. Najtragiczniejsza okazała się trzecia. Marianna, teraz Koszecka, urodziła wątłego chłopca, który przeżył niecałą dobę. Sąsiedzi i znajomi, jak również żądna sensacji śmietanka towarzyska powtarzała, że żona Juliana nigdy nie powije mu zdrowego potomka, bowiem w głębi duszy odeszła wraz z Władysławem i już nie powoła na świat zdrowego dziecka. Zresztą każdy widział, jak źle wyglądała. Przeraźliwie chuda, z zapadniętymi policzkami, zmatowiałymi włosami, całe dnie spędzała w fotelu ustawionym przed oknem wychodzącym na ulicę. Nie zajmowała się Elizą i Matyldą, nie zajmowała się domem ani mężem.
Julian nieraz jeszcze doprowadzał do zbliżenia, lecz po tym z obrzydzeniem wstawał z łóżka, uderzał Mariannę w twarz, chcąc pobudzić ją do życia, po czym rugał za bezużyteczność. Pastwił się nad biedaczką, nie dostrzegając, że znajdowała się w jego domu jedynie ciałem. Dzieciaczki traktował niczym dopust boży. Córki innego mężczyzny były ujmą na honorze, szczególnie jeśli nie posiadało się własnych. Gdyby nie dobre serce gospodyni, poczciwej Maciejowej, co odchowała własne dzieci i doglądała jaśnie pana w latach szczenięcych, bliźniaczki czekałby okrutny los. Dbała, żeby właściwie się chowały, karmiła, pielęgnowała w chorobie, ocierała łezki, gdy matka odtrącała spragnione miłości istotki. Ona też po śmierci pani Marianny nie zostawiła ich na pastwę losu.
Koszecka odeszła w styczniową, mroźną noc. Wyszła z kamienicy na Krakowskim Przedmieściu bez butów, w koszuli nocnej. Zmarznięta, ledwie żywa dotarła pod kościół Kapucynów, gdzie zległa przed zamkniętymi drzwiami. Rankiem zsiniałe ciało znalazł jeden z zakonników.
W cichym pogrzebie wzięło udział zaledwie kilka osób. Julian nie rozgłaszał wieści o nagłym wdowieństwie. Ogarniało go zażenowanie na myśl o tym, jak będzie potraktowany przez towarzystwo, kiedy plotkary dowiedzą się, co uczyniła Marianna. Już ksiądz kręcił nosem na pochówek w poświęconej ziemi. Uważał bowiem, że kobieta targnęła się na życie, a dla takich nie było miejsca na parafialnym cmentarzu, zwłaszcza w centralnej części, gdzie znajdował się rodzinny grób Koszeckich. Marudził, narzekał, zastanawiał się, co ludzie powiedzą, wskazywał doskonałą, jego zdaniem, lokalizację dla mogiły – pod płotem. Zmienił zdanie po przygarnięciu kiesy wypełnionej monetami. Zapewnił wówczas, że uroczystość odbędzie się zgodnie z ceremoniałem. Prosił jednocześnie, aby odbyła się bez tłumów, na co Julian przystał bez sprzeciwu.
W równie cichy sposób postanowił pozbyć się Matyldy i Elizy. Niespełna trzyletnie dziewczynki nigdy nie skradły jego serca. Nie żywił do nich żadnych uczuć poza zazdrością. One przecież żyły, a jego dzieci, poza synkiem, któremu po dziadku ze strony ojca nadano imię Edward, nie miały nawet swojego kawałka ziemi. Długo głowił się, co począć z córkami Marianny. O oddaniu do przytułku nie było mowy, Julian nie był wszak draniem skazującym dzieci na najgorszy los. O ile orientował się w sytuacji rodzinnej żony, przewidywał, że jej najbliżsi nie zechcą przygarnąć dziewczynek. Majątkiem Lisieckich zawiadywał natomiast brat Władysława i to na nim spoczywał moralny obowiązek zajęcia się krewniaczkami.
O swojej decyzji powiadomił starsze siostry, Paulinę Bagrowską oraz Justynę Wątebską. Pewny poparcia, wyklarował stanowisko i zaraz spotkał się z oburzeniem.
– Drogi bracie, nigdy nie mówiłam ci, co masz czynić, lecz tym razem jestem zmuszona się sprzeciwić – odezwała się stanowczo Justyna.
– Dlaczego? – Julian powiódł wzrokiem po kobietach. O ile na obliczu Pauliny malowała się obojętność, o tyle Justyna jawnie okazywała dezaprobatę wobec postanowienia brata. Lisiecki od lat nie interesował się bratanicami, uważał, że pora, aby wziął za nie odpowiedzialność.
– Powiedz, przemyślałeś zamiary? Chcesz spakować Elizę i Matyldę, oddać w obce ręce i zapomnieć o ich istnieniu?
– Lisieccy nie są obcy, to rodzina.
– Rodzina, która, jak sam wspomniałeś, w żaden sposób nie troszczyła się o dzieci zmarłego. Czyżbyś sądził, że nagle ulitują się nad sierotami?
– Nie moja to sprawa ani twoja. Więzy krwi są najważniejsze, ze mną nic je nie łączy.
– Oprócz wspólnie spędzonych lat. Eliza i Matylda znają tylko twój dom, ciebie, twoją służbę. Chcesz czy nie, tworzycie rodzinę. Nie zapominaj, że prawnie roztoczyłeś nad nimi opiekę.
– Na życzenie Marianny.
– Mimo że nie okazała się dobrą matką, w jednym postąpiła właściwie. Zabezpieczyła maleństwa na wypadek nieszczęścia.
– Ty też uważasz, że to było samobójstwo? – warknął Julian. – Może zaraz mi powiesz, jak bardzo Marianna była ze mną nieszczęśliwa.
– Ona nie była nieszczęśliwa z tobą, Julianie. Ona była nieszczęśliwa sama ze sobą. Nie przeżyła należycie żałoby po pierwszym mężu, nie pogodziła się z wyrokami przeznaczenia, dlatego nie mogła odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nikt na tym świecie nie pomógłby jej w uporaniu się z fatalizmem targającym duszę. Ona od dawna jedynie trwała zamiast żyć.
– I każesz mi każdego dnia przeżywać katusze, przypominać o tragizmie sytuacji, patrzeć na dziewczynki przeistaczające się w jej kopie? – Koszecki bezwiednie rwał włosy z głowy. Justyna zasiała ziarno wątpliwości, które powoli zaczynało kiełkować.
– Jeśli to cię nie przekonuje, zastanów się nad reakcją społeczeństwa. Ponoć liczysz się ze zdaniem otoczenia, zważ wobec tego, co powiedzą, gdy wyrzucisz maluchy za drzwi. Stare matrony nie dadzą ci żyć, a że mają wpływ na mężów, ci rozważą, czy wchodzić w interes z kimś, kto nie szanuje drugiego człowieka.
– Co mam zrobić? – Julian wydawał się pokonany przez konwenanse, zasady i ograniczenia współczesności. – Nie chcę ich tu, rozumiesz? – Jego klatka piersiowa poruszała się w przyspieszonym rytmie, ręce drżały niczym w febrze. – Nie mogę na nie patrzeć. O wszystkim mi przypominają. Nie chcę, nie chcę, nie chcę…
– Oddaj je mnie na wychowanie – zaproponowała Justyna.
Spojrzał na siostrę oniemiały. Z równym zdumieniem spoglądała na nią Paulina.
– Zaopiekuję się Matyldą i Elizą. Zabiorę do dworu w Wilanowie i zajmę się jak swoimi. Wiesz, że natura nie pobłogosławiła mnie potomstwem… – Justyna powstrzymała cisnące się do oczu łzy.
– Co na to Norbert? – Julian zapytał o szwagra. – On nie ma nic wspólnego z dziećmi Marianny.
– Zgodzi się. Zrobi, o co go poproszę. – Justyna dumnie uniosła głowę. – Bracie, nie skreślaj dziewczynek. Wycierpiały stanowczo zbyt dużo jak na ich wiek. Nie rujnuj im przyszłości.
Koszecki w końcu uległ. Jeszcze tego samego dnia służba spakowała rzeczy Matyldy i Elizy. Po wieczornym posiłku przed kamienicę zajechał powóz Norberta Wątebskiego. Kufry wylądowały na dachu, a Maciejowa, która wybłagała przeprowadzkę z maleństwami, usiadła na pokrytej czerwonym suknem kanapie, przytuliła pochlipujące nieboraki i ruszyła w drogę po nowe szanse dla pokaranych przez przeznaczenie córek Marianny i Władysława.
Następnego dnia do wilanowskiego dworu przyjechała Paulina. Bagrowska przywitała się z siostrą, obejrzała pokój bliźniaczek, popatrzyła na bawiące się w salonie trzylatki, po czym oświadczyła, że jeszcze dziś zabiera jedną z dziewczynek do siebie.
Skonsternowana Justyna zamarła w pół kroku.
– Jak to? – zająknęła się. – Co masz na myśli?
– To, co słyszałaś. – Paulina dumnie podniosła głowę. – Nie tylko ciebie los nie obdarzył potomstwem. Ja także pragnę dziecka.
– Ależ… – Justyna złapała się za głowę. – Nie godzi się rozdzielać rodzeństwa.
– Przecież nie będę broniła siostrom kontaktu – rzekła Paulina. – Zresztą nie uważasz, że to byłoby sprawiedliwe, gdyby jedna zamieszkała u mnie?
– Nie rozumiem…
– Och, doskonale rozumiesz – prychnęła Bagrowska. – Przypomnieć ci, droga siostro, wydarzenia sprzed lat?
Justyna spuściła wzrok. Minęło tyle czasu, lecz nadal wstydziła się zachowania, które doprowadziło do niewyobrażalnej dla rodziny tragedii. Niewiele wówczas brakowało, żeby stracili Paulinę. Wszystko zaś przez grzechy… Oto kilka miesięcy po ślubie starszej o dwa lata Pauliny, Justyna, niedoświadczona panienka, uległa urokowi przystojnego szwagra. Będąca wówczas w stanie błogosławionym żona odmawiała mu zbliżeń, dlatego zwrócił uwagę na podlotka, którego rodzice nieopatrznie przysłali do dworu, aby dotrzymywała siostrze towarzystwa. Nieodporna na pochlebstwa Justyna pozwoliła na spotkania sam na sam, podczas których szwagier co rusz skracał dzielący ich dystans. Przyłapani na gorącym pocałunku przez Paulinę, stali się świadkami tragedii. Kobieta straciła dziecko, a w wyniku komplikacji szansę na ponowne macierzyństwo.
Paulina dopiero po latach wybaczyła siostrze podły postępek. Przy wielu okazjach nie omieszkiwała mimo to wypominać jej swej niedoli.
– Jestem wspaniałomyślna i nie upomnę się o obie dziewczynki. Dwie sprawią zbyt dużo problemów – objaśniła protekcjonalnie. – Wezmę tę, co bawi się klockami. Wydaje się bardziej ułożona. – Wskazała na Matyldę. – Niech służba spakuje jej rzeczy. Za pół godziny ruszam do siebie.
Wątebska cichym głosem wydała ochmistrzyni dyspozycje. Jeśli uznała polecenie za barbarzyńskie i nieczułe, nie dała po sobie niczego poznać. Za to Maciejowa nie kryła rozpaczy. Kucharka pokochała oba maleństwa. Obdarzyła je równą miłością i nie była w stanie pojąć, czemu pani Justyna zgodziła się na absurdalne żądanie.
– Jakże mam wybierać między tymi aniołkami? – biadała rozżalona. – Toć i Matyldzia, i Elizka zasługują na najlepsze. Co mnie, nieszczęsnej, robić? Przecież jednej i drugiej oddałam serce!
Paulina rozsiadła się w powozie. O wyznaczonej porze Justyna wzięła Matyldę na ręce i z załzawionymi oczami wyszła z domu. Przekazała dziecko siostrze i bez pożegnania uciekła w głąb dworu. Miarowy stukot kół wyżłobił koleiny w jej porwanym na kawałki sercu.Rozdział pierwszy
Rok 1862
W październikową słotę ciepło salonu na Krakowskim Przedmieściu otulało kobiety reperujące ubranka dla najmłodszych wychowanków warszawskiej ochronki. Co tydzień w ramach komitetu niewiast spotykały się u Pauliny Bagrowskiej, zastanawiając się, jak jeszcze mogłyby wspomóc potrzebujących. Szyły pościel i bieliznę dla biedaków, sierot oraz syberyjskich zesłańców, przygotowywały bandaże i opatrunki przekazywane potem więźniom Cytadeli, organizowały zbiórki pieniędzy i żywności dla rodzin uwięzionych.
Paulina angażowała Matyldę, dziewiętnastoletnią podopieczną o silnie patriotycznych zapędach, w akcje charytatywne, zajmując jej tyle czasu, by nie znajdowała chwili na dołączenie do spiskowców. Zryw sprzed ponad trzech dekad dobitnie bowiem pokazał, że w przypadku podejrzeń o działalność wywrotową, dla Rosjan płeć konspiratora nie miała znaczenia. Niejedna niewiasta występująca przeciwko reżimowi trafiła za kratki, część zaś na katorgę, bez możliwości powrotu na ojczystą ziemię. Z tego też względu zakazywała Matyldzie czynnego wspierania rewolucyjnych ruchów. W Warszawie panowało jednak przekonanie, że kto nie jest z nami, ten sprzyja carowi, nie mogła zatem odwrócić się od aktualnej sytuacji społecznej i politycznej. Obojętność traktowano jak poparcie zaborcy i wyklinano rodaków, nazywając ich zdrajcami, chociaż od interesowania się bieżącą polityką woleli spokój i nie popierali żadnej ze stron. Bagrowska poniekąd czuła się usprawiedliwiona, bowiem nie siedziała z założonymi rękoma i nie uchylała się od obowiązków wobec ojczyzny. Przynajmniej w taki sposób mogła zamknąć usta tym, którzy mogliby zarzucić jej lekceważący stosunek do sprawy.
Jesienne popołudnie sprzyjało prowadzeniu rozmów o przyszłych losach stolicy. Panie wróciły pamięcią do lipcowego ataku na księcia Konstantego Mikołajewicza Romanowa, w którego efekcie doszło do licznych aresztowań wśród współpracowników zamachowca i osób związanych z organizacjami młodzieżowymi. Atmosfera napięcia i strachu rozlała się po mieście, szczególnie wśród czerwonych, niezważających dotąd na ostrożność.
– Mówię wam, moje drogie, gdyby spisek się powiódł, konsekwencje byłyby bardziej opłakane – powiedziała, wzdychając ciężko Maria Stempowska, kuzynka Pauliny. – Ten młody czeladnik krawiecki, jak mu było…
– Ludwik Jaroszyński – podpowiedziała Alina Banach, przyjaciółka gospodyni.
– Właśnie on – kontynuowała Maria. – Stanął przed Teatrem Wielkim, gdzie zasadził się na księcia. Kiedy orszak konny się zbliżył, oddał strzał z rewolweru, ale nie trafił w cel. Straż szybko go ujęła i przewiozła do Dziesiątego Pawilonu.
– Aktywiści poczynają sobie coraz śmielej – pochwaliła Ewa Kalińska, siedemdziesięcioletnia matrona o wciąż światłym umyśle i ostrym spojrzeniu na świat. – Jaka jednak szkoda, że biedak nie dokończył dzieła. Wściekli Moskale mszczą się teraz na zwykłych mieszkańcach stolicy. Zwiększyli patrole na ulicach, ilość rewizji, aresztowań czy konfiskat. Mnie, starą, dwóch chłystków w carskich mundurach zatrzymało podczas spaceru, podejrzewając o niecne zamiary.
– Nie boi się pani urządzać niepotrzebnych wyjść? – zapytała zdziwiona Maria. – Ja dziś po raz pierwszy od tygodni wyszłam z domu i przez całą drogę oglądałam się za siebie ze strachu.
– Właśnie o to im chodzi – stwierdziła Kalińska. – Trwoga rozlała się po mieście, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. Mamy się bać, wyklinać buntowników, namawiać młodzież do porzucenia marzeń o wolnej Polsce. Niedoczekanie! – fuknęła. – Dopóki żyję, nie ugnę się przed podłym Moskalem!
– Co też pani opowiada! – Paulina aż uniosła się na fotelu. – Nie możemy się tak narażać, to niebezpieczne.
– A czy poddawanie się dyktatowi nieprzyjaciela jest bezpieczne? – Kalińska nie ustępowała. – Jeśli nic nie zrobimy, nie odzyskamy niepodległości. Do nas należy kolejny ruch, świat nie upomni się o biedną Polskę, skoro ogranicza się jedynie do biernej obserwacji z perspektywy wygodnych granic i gazetowych doniesień.
– Właśnie tak ma wyglądać walka z zaborcą, jak pokazał przykład Jaroszyńskiego? – wtrąciła się Alina z dominującym w głosie sceptycyzmem. – Nie zdążyły zżółknąć liście na drzewach, a skazano go na najwyższy wymiar kary i stracono na stokach Cytadeli.
– Cóż miał uczynić? – odparła gorąco Kalińska. – Czekać, aż wróg sam odejdzie? Przynajmniej pokazał, że w Warszawie wciąż są ludzie, którym nie brak odwagi.
– Zgadzam się z panią Ewą – rzekła Stefania Filochowska, dawna guwernantka Matyldy. Przyszła jako ostatnia i z konieczności usiadła na twardym krześle. Niewygoda dawała jej się we znaki, ale się nie skarżyła, bo z racji wieku paniom należało się komfortowe miejsce. – Krew przelana za ojczyznę jest krokiem ku wolności. Jaroszyński nie zginął na darmo, jego śmierć obudzi niezdecydowanych. Może też wzbudzi reakcję zagranicy.
– Wątpię. – Paulina westchnęła. – Doskonale pamiętam, co działo się przed trzydziestoma laty. Nikt nie przyszedł nam z pomocą, nikt nie przyjdzie i teraz. Papież Grzegorz szesnasty w encyklice Cum primum jednoznacznie potępił wystąpienie Polaków przeciwko legalnej władzy. Stwierdził, że sprzeciwiając się carowi, sprzeciwiliśmy się woli Boga.
– Och, co to był za cios – przypomniała Kalińska. – Jego świętobliwość uznał nasz bunt za przewrót, wtedy zaś kościół ze wszech miar potępiał liberalne ruchy. Niestety rewolucja francuska zebrała żniwo. Papież bał się chaosu, jaki mogłyby spowodować podobne wystąpienia na zapalnych terenach Europy.
– Po upadku powstania odczytywano w kościołach list papieski. Ponoć był to głos Ojca Świętego, brzmiał jednak jak wyrok. Kto walczył za kraj, miał się modlić o przebaczenie. – Alina pokiwała głową. – Masz rację, Paulino, minęły dekady i nic się nie zmieniło. Dziś też zostaniemy sami, po co zatem rozpoczynać walkę, która jest z góry przegrana?
– Zważcie, że moralne wsparcie od Francji czy Wielkiej Brytanii to za mało do odniesienia zwycięstwa. – Maria ją poparła. Igła w jej dłoniach wprawnie tańczyła między materiałami, wywołując podziw uczestniczek spotkania. – W mrocznych dniach francuska opinia publiczna wypowiadała się z entuzjazmem i współczuciem dla walczących Polaków, lecz nie poszły za tym czyny. Król okazał się konserwatystą, który nie chciał drażnić Rosji. Rząd brytyjski zachował neutralność, mówiąc o zrywie jako o wewnętrznej sprawie wschodniego imperium.
– Francja ograniczyła się do wzniosłych słów, a Anglia do petycji – podsumowała gorzko Kalińska. – Nasza przyszłość, jak wtedy, tak i teraz stoi pod znakiem zapytania.
Ponure dywagacje przerwało wejście Danusi, służki, niosącej samowar z gorącą herbatą. Postawiła go na stoliku, pobiegła do kuchni po filiżanki i po chwili każda z pań raczyła się aromatyczną esencją. Chwilowo odłożyły na bok szycie oraz mogącą doprowadzić do wrzenia dysputę.
Stefania przeprosiła towarzystwo i odeszła na stronę, dyskretnie puszczając oczko do Matyldy. Panie nie zauważyły, że dziewczyna po odczekaniu stosownych minut opuściła salon, dołączając do nauczycielki w panieńskim pokoju. Ostrożnie zamknęła za sobą drzwi i konspiracyjnie uśmiechnęła do starszej o kilka lat kobiety.
– Dobrze wyglądasz, Stefanio – powiedziała ciepłym tonem.
– Nie żartuj sobie ze mnie. – Filochowska z jękiem oparła dłoń o plecy. Pękaty brzuch dawał się jej mocno we znaki. Z trudem opadła na miękką sofę, zdając sobie sprawę, że przy wstawaniu nie obejdzie się bez pomocy. – Ten, kto nazwał oczekiwanie na dziecko stanem błogosławionym, nigdy nie nosił przed sobą kilka dodatkowych kilogramów – mówiła bez zahamowań. W obecności gospodyni i jej gości nie pozwoliłaby sobie na bezpośredniość i niewybredne komentarze – wszak przyszłej matce nie wypadało narzekać na niedogodności – przy Matyldzie nie groziła jej surowa ocena.
– Właśnie dzięki temu promieniejesz.
Stefania pokręciła nosem.
– Odetchnę z ulgą, kiedy maleństwo wreszcie przyjdzie na świat.
Mimo zmęczenia, w oczach ciężarnej błyszczało szczęście. Wiele poświęciła, żeby założyć rodzinę z ukochanym. Po zakończeniu pracy z Matyldą, Bagrowska wystawiła Stefanii wspaniałe referencje. Nauczycielka z łatwością znalazła kolejną pracę. Państwo Filochowscy szukali guwernantki dla dwóch córek: dwunastoletniej Emilii i trzynastoletniej Katarzyny. Jej poprzedniczka zrezygnowała z posady w trakcie roku szkolnego, bez podania racjonalnego powodu. Filochowscy nie szczędzili cierpkich uwag pod adresem panny i już od pierwszego dnia ostrzegli Stefanię, że za niesubordynację surowo ją ukarzą. Guwernantka nie szukała kłopotów. Wywiązywała się z obowiązków, nie zwracała na siebie uwagi ani nie ściągała kłopotów. Do czasu powrotu do domu Mirosława, syna Filochowskich. Młodzi zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Mirosław nie baczył na skandal, jaki wywoła informacja, że pragnie prosić o rękę zwykłą nauczycielkę. Oznajmił ojcu, że albo Stefania, albo żadna. Zarzekał się, że bez względu na decyzję rodziny ożeni się z młodą kobietą, a jeśli papie zależy na kontynuowaniu tradycji dziedziczenia interesów przez pierworodnego syna, nie stanie parze na drodze do spełnienia marzeń. Postawił na swoim. Ślub był skromny, bo Filochowscy nie zamierzali organizować wystawnej ceremonii dla guwernantki. Stefania i Mirosław powiedzieli sobie „tak” w kościele parafialnym panny młodej w otoczeniu życzliwych sobie osób. Na uroczystości nie zabrakło Bagrowskiej z Matyldą. Dla młodej pary liczyło się przede wszystkim to, że mogą być razem, a ich uczucie nie podlegało już żadnym zakazom ani ograniczeniom. Pomimo skromnej oprawy, atmosfera była pełna ciepła i nadziei – przybyli goście składali życzenia szczęścia i pomyślności, a Stefania w swoim prostym stroju ślubnym promieniała radością. Mirosław trzymał ją delikatnie za rękę, świadomy, że pokonał nie tylko uprzedzenia rodziny, lecz i różnice społeczne, które mogły stanąć między nimi. Dwa lata później małżonkowie wciąż kochali się tak samo szczerze i namiętnie, choć codzienność wprowadzała do ich życia obowiązki i troski. Stefania zajmowała się domem, a Mirosław rozwijał rodzinne interesy, zachowując ostrożność wobec ciekawskich spojrzeń sąsiadów i stale obecnej kontroli rosyjskich urzędników.
– Niestety z niektórych aktywności jestem zmuszona zrezygnować. – Stefania nie kryła rozczarowania. – Mirosław oświadczył, że zamknie mnie jak w klatce, jeśli nie zaprzestanę dotychczasowej działalności.
Od jakiegoś czasu Filochowska pełniła funkcję kurierki w organizacji skupionej wokół studentów Szkoły Głównej oraz Warszawskiej Akademii Medyko-Chirurgicznej. Przenosiła listy lub odezwy między grupami konspiracyjnymi, pomagała przy druku i przepisywaniu ulotek, kilkukrotnie gościła w swoim domu członków ruchu.
– To zrozumiałe. Martwi się o ciebie.
Stefania machnęła niedbale ręką.
– Prawi mi morały, a sam naraża się po stokroć. Sądzi, że nie mam pojęcia, co porabia w fabryce późnym wieczorem.
– Jest mężczyzną…
– Dlatego wolno mu więcej? – Stefania się żachnęła. – Nam, kobietom, również zależy na kraju.
Matylda pogłaskała ją po dłoni.
– Owszem, nasza determinacja nie jest mniejsza – odpowiedziała cicho, lecz stanowczo. – Tylko sposoby są inne. My działamy w cieniu, subtelnie, a nasze gesty czasem znaczą więcej niż jawne wystąpienia.
– Dobrze mnie rozumiesz. – Stefania szczerze zaprzyjaźniła się z uczennicą. Nie dość, że Matylda chłonęła wiedzę niczym gąbka wodę, to doskonale pojmowała zasady rządzące światem i otwarcie buntowała się przeciwko despotycznym rządom Moskali. – Dlatego mam dla ciebie propozycję.
– Pomogę ci we wszystkim – zaoferowała się zaraz Lisiecka. – Rozwiązanie nastąpi za kilka miesięcy, lecz jeśli potrzebujesz…
– Wysłuchaj uważnie, zanim się zgodzisz – przerwała przyszła matka. Kątem oka zerknęła, czy drzwi są domknięte i nikt z ciekawością nie przysłuchuje się ich wymianie zdań. Dla pewności zniżyła głos do szeptu. – Nie sprzeciwię się mężowi, lecz przyzwoitość wymaga, abym na swoje miejsce w oddziale znalazła zastępstwo. – Zamilkła na moment, dając słowom wybrzmieć. – Matyldo, czy podjęłabyś się mojej roli? – dokończyła z napięciem. – Chodzi o przenoszenie wiadomości, rozprowadzanie ulotek. Nie ukrywam, że odpowiedzialność jest ogromna…
Matylda zamarła, serce uderzyło jej szybciej. Czuła, że oto przed nią otwiera się droga, o której tyle razy marzyła, lecz i taka, która może zaprowadzić ją na Sybir albo do lochu Cytadeli. Wiedziała, że przyjaciółka wypełniała niełatwe zadania i w głębi duszy zazdrościła jej bohaterskich czynów. Ciocia Paulina nie chciała słyszeć o uczestnictwie wychowanicy w wywrotowych akcjach, jak nazywała poczynania młodzieżowych aktywistów. Trudno więc było przypuszczać, by kiedykolwiek przystała na myśl, że Matylda miałaby zostać kurierką, dźwigającą na barkach ciężar tajemnic, mogących kosztować życie.
– Domyślam się, że zechcesz wszystko przemyśleć. Nie oczekuję od ciebie odpowiedzi natychmiast. To nie jest sprawa, do której można podejść lekkomyślnie.
Matylda skinęła głową, wciąż czując, jak w jej piersi mieszają się duma i strach.
– Wiem, że to ogromne ryzyko – dodała Stefania, kładąc dłoń na jej ramieniu. – Ale jesteś osobą, której ufam bezgranicznie. A tu potrzeba odwagi i dyskrecji bardziej niż kiedykolwiek. – Urwała na moment. – Przyjdź w piątek o dziewiętnastej na Długą. Jeśli się zdecydujesz, ktoś zaufany wprowadzi cię na spotkanie, które odmieni twoje życie.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Nazwa jednej z dwóch głównych frakcji politycznych w Królestwie Polskim w latach 1861–1863.