Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Czekając na świt - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 marca 2026
4290 pkt
punktów Virtualo

Czekając na świt - ebook

Do Hazelwood nie trafia się przypadkiem. Tu przyjeżdżają ludzie, którzy nie mają już dokąd wracać.

Po śmierci przyjaciela, Rhodes coraz bardziej oddala się od ludzi i traci wiarę w siebie. Zostały wyrzuty sumienia, nocne koszmary i narkotyki kupowane od tych, których kiedyś wsadzał za kratki – jedyna ucieczka od bólu, którego nie potrafi uciszyć.

Hazelwood wydaje się senne, spokojne, wręcz martwe. Ale pod powierzchnią ciszy pulsują sekrety, a plotki krążą z ust do ust szybciej, niż ktokolwiek chciałby się do tego przyznać.

Policjantka Rhea Parker jest jego przeciwieństwem i jednocześnie największą zagadką. Twarda, zdystansowana, z reputacją nie do ruszenia. Jej spojrzenie rozbraja, a chłód, którym otacza świat, tylko potęguje magnetyzm. W ciszy kryje się coś więcej niż profesjonalizm – coś, co każe ludziom odwracać wzrok. Rhodes coraz bardziej pragnie odkryć, co skrywa się za pancerzem milczenia – nawet jeśli prawda może zniszczyć ich oboje.

Między strachem a gniewem, pośród brudu sekretów i niewypowiedzianych win rodzi się uczucie niechciane, niebezpieczne i absolutnie zakazane.

Bo w Hazelwood miłość nie ratuje. Miłość odsłania wszystko.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-54-8
Rozmiar pliku: 734 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE
DLA CZY­TEL­NI­KÓW

Ksi­ążka, któ­rą trzy­masz w rękach, jest prze­zna­czo­na wy­łącz­nie dla osób pe­łno­let­nich.

Za­wie­ra tre­ści mo­gące być trud­ne lub nie­od­po­wied­nie dla młod­szych czy­tel­ni­ków, w tym: sce­ny prze­mo­cy, mor­der­stwa, po­rwa­nia, śmier­ci, wąt­ki sil­ne­go po­czu­cia winy, znęca­nia się nad bo­ha­te­ra­mi, wpły­wu sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych i al­ko­ho­lu, sce­ny ero­tycz­ne.

Opi­sa­ne w ksi­ążce wy­da­rze­nia mogą wy­wo­ły­wać sil­ne emo­cje. Je­śli nie czu­jesz się go­to­wy(-wa) na tego ro­dza­ju tre­ści, roz­waż odło­że­nie lek­tu­ry.

War­to też pa­mi­ętać, że mia­sto, kraj oraz wszyst­kie lo­ka­li­za­cje po­ja­wia­jące się w tej ksi­ążce są ca­łko­wi­cie fik­cyj­ne. Wszel­kie po­do­bie­ństwo do rze­czy­wi­stych miejsc, osób lub wy­da­rzeń jest przy­pad­ko­we.

Je­śli zma­gasz się z uza­le­żnie­niem, wy­pa­le­niem lub kry­zy­sem psy­chicz­nym – wiedz, że po­moc jest mo­żli­wa. Nie je­steś w tym sam(-a).

- 800 70 2222 – Cen­trum Wspar­cia dla Osób w Sta­nie Kry­zy­su Psy­chicz­ne­go
- 116 123 – Te­le­fon za­ufa­nia dla osób do­ro­słych w kry­zy­sie emo­cjo­nal­nym

Ta ksi­ążka to fik­cja, ale Two­je ży­cie jest praw­dzi­we. I war­te tro­ski.PROLOG

To ja mia­łem zgi­nąć, nie on.

Tam­tej nocy to mnie po­win­ni byli za­bić.

Po­win­ni byli to zro­bić, bym nie mu­siał żyć z tą prze­klętą świa­do­mo­ścią, że naj­lep­szy czło­wiek, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek po­zna­łem, zgi­nął prze­ze mnie.

An­der­son.

Czło­wiek, któ­ry nie miał żad­nych wro­gów, wy­łącz­nie przy­ja­ciół. Oj­ciec trój­ki dzie­ci, któ­re nie za­sy­pia­ły, póki nie po­wie­dział im „do­bra­noc”. Mąż ko­bie­ty pa­trzącej na nie­go z mi­ło­ścią, ja­kiej nie wi­du­je się już często. Wie­rzył, że świat mo­żna jesz­cze na­pra­wić – cho­ćby frag­ment po frag­men­cie, ce­gła po ce­gle. Wspa­nia­ła oso­ba, świet­ny po­li­cjant.

Ostat­nie, co zo­ba­czy­łem przed strza­łem, to jego oczy. Pe­łne na­dziei, że je­śli co­kol­wiek pój­dzie nie tak, za­opie­ku­ję się jego ro­dzi­ną. Uła­mek se­kun­dy, a wy­gląda­ło to, jak­by czas zwol­nił, by dać nam tę ostat­nią, nie­mą roz­mo­wę.

I wte­dy… padł strzał.

A ci­sza, któ­ra na­stąpi­ła po nim, była gor­sza niż sam dźwi­ęk wy­strza­łu.

Świat na­gle prze­stał się kręcić.

Krew była wszędzie – na jego ubra­niu, na mo­ich dło­niach, na zim­nej, chro­po­wa­tej zie­mi. Zgi­nął na­tych­miast. Nie mia­łem na­wet chwi­li, żeby wy­rwać go śmier­ci.

Re­ani­ma­cja była de­spe­ra­cją. Krzy­ki – bez­rad­no­ścią.

Łzy mie­sza­ły się z po­tem, a głos rwał na strzępy, gdy bła­ga­łem go, by zo­stał. By nie od­cho­dził.

– Mu­sisz jesz­cze po­stra­szyć tych wszyst­kich chło­pa­ków, któ­rzy będą się kręcić wo­kół two­jej cór­ki – szep­ta­łem. – Mu­sisz sie­dzieć na tej ka­na­pie z ręką na splu­wie i pa­trzeć, jak się pocą ze stra­chu. Nie mo­żesz te­raz ode­jść. Nie te­raz…

Ta noc za­po­wia­da­ła się zu­pe­łnie ina­czej.

Ak­cja mia­ła się od­być szyb­ko, gład­ko i bez kom­pli­ka­cji, a po niej pla­no­wa­li­śmy wy­pad na pa­nie­ro­wa­ne­go kur­cza­ka. Śmia­li­śmy się wcze­śniej z na­szych za­mia­rów, jak­by to był naj­nor­mal­niej­szy wie­czór, jak­by­śmy byli nie­ty­kal­ni. Po­tem ka­żdy miał wró­cić do swo­je­go ży­cia – do ro­dzi­ny, do domu, a rano obu­dzić się z nową ener­gią, by sta­wić czo­ła ko­lej­ne­mu dniu.

Ale wszyst­ko się spier­do­li­ło. Tak szyb­ko, że na­wet nie zdąży­łem tego zro­zu­mieć.

Wszyst­ko… po pro­stu ru­nęło w jed­nej chwi­li.

Kie­dy resz­ta rzu­ci­ła się za strzel­cem, ja klęcza­łem przy An­der­so­nie. Roz­pacz­li­wie pra­gnąłem go oca­lić, choć wie­dzia­łem, że już go nie ma. Ra­tow­ni­cy pró­bo­wa­li mnie od­ci­ągnąć, ale ich od sie­bie od­py­cha­łem. Ręce trzęsły mi się z wy­si­łku i nie­do­wie­rza­nia, a gdy w ko­ńcu mnie ode­rwa­li, nogi się pode mną ugi­ęły. Upa­dłem na ko­la­na, obcy, sła­by, pu­sty.

Jego krew za­sty­ga­ła na mo­jej skó­rze jak wy­rok.

Opa­rłem się o zie­mię, za­ci­snąłem po­wie­ki, pró­bu­jąc nie wi­dzieć tych mi­ga­jących nie­bie­sko-czer­wo­nych świa­teł, któ­re od­bi­ja­ły się od wszyst­kie­go jak echo tra­ge­dii. Sy­re­ny. Krzy­ki. Gło­sy przez ra­dio. Wszyst­ko do­cho­dzi­ło do mnie jak zza szy­by.

Wie­dzia­łem, co mu­szę zro­bić. Za­nim me­dia do­rwą się do in­for­ma­cji, za­nim ktoś pu­ści prze­ciek, za­nim re­por­te­rzy wci­sną mi­kro­fo­ny pod nie­od­po­wied­nie twa­rze.

To ja mu­sia­łem po­wie­dzieć Aaliy­ah.

To ja mia­łem spoj­rzeć jej w oczy i po­in­for­mo­wać, że mężczy­zna, któ­re­go ko­cha­ła, nie wró­ci już do domu. Że dzie­ci nie usły­szą wi­ęcej jego gło­su. Że ży­cie, któ­re zna­li, za­ko­ńczy­ło się w jed­nej bez­li­to­snej chwi­li.

By­łem nie tyl­ko jego part­ne­rem w pra­cy. By­łem oj­cem chrzest­nym ich cór­ki. Przy­ja­cie­lem domu. By­li­śmy prak­tycz­nie ro­dzi­ną.

I to ja mu­sia­łem zła­mać jej ser­ce.

Myśl o tym była gor­sza niż ja­ki­kol­wiek zna­ny mi ból fi­zycz­ny.

Ale nie mia­łem wy­bo­ru.

Nie mo­głem do­pu­ścić, by ktoś inny wy­znał jej praw­dę – nie z taką obo­jęt­no­ścią, z jaką mówi się o ko­lej­nym na­zwi­sku na li­ście ofiar. Ona za­słu­gi­wa­ła na wi­ęcej.

An­der­son na to za­słu­gi­wał.

Wie­dzia­łem, że ta noc zmie­ni wszyst­ko i że nic nie będzie już ta­kie samo.ROZDZIAŁ 1

Rhodes

Rok później… Czerwiec

Ha­zel­wo­od. Miej­sce mo­je­go wy­gna­nia.

Kie­dy po raz pierw­szy szu­ka­łem in­for­ma­cji o tym mia­stecz­ku, od razu się do­wie­dzia­łem, że to za­po­mnia­na przez Boga dziu­ra za­bi­ta de­cha­mi, któ­rej nikt nie od­wie­dza z wła­snej woli. Przez to miej­sce ra­czej się prze­je­żdża i nie zwra­ca na nie szcze­gól­nej uwa­gi.

Wiem, że chcie­li mnie wy­słać jak naj­da­lej od mia­sta, abym tyl­ko usu­nął się w cień i znik­nął. By lu­dzie o mnie za­po­mnie­li. By wszy­scy za­po­mnie­li o tym, co się wy­da­rzy­ło.

By nikt mnie nie za­bił…

Ze­sła­li mnie do miej­sca, w któ­rym naj­wi­ęk­szym wy­kro­cze­niem jest to, że sta­rusz­ko­wie prze­cho­dzą poza pa­sa­mi. Spo­koj­na, ci­cha mie­ści­na, gdzie po­li­cyj­ny ra­dio­wóz częściej za­trzy­mu­je się na kawę niż na in­ter­wen­cję.

Ide­al­na dla ko­goś, kogo chcą się po­zbyć.

Ko­goś, kto ma pro­blem nie tyl­ko z oto­cze­niem, ale i z sa­mym sobą.

Ko­goś, kto już ni­ko­go nie in­te­re­su­je.

Wy­sła­li mnie tu, że­bym po pro­stu znik­nął. Za­szył się w ma­łym mie­ście i prze­stał spra­wiać pro­ble­my. Żeby nikt nie mu­siał się przej­mo­wać, że zro­bię coś głu­pie­go. Bo gdy­bym jed­nak zro­bił coś nie­od­po­wied­nie­go, wszyst­kie me­dia szyb­ko by to pod­chwy­ci­ły.

A to by­łby wstyd dla po­li­cji.

Wiem, że część winy leży po mo­jej stro­nie.

Może na­wet wi­ęk­szo­ść, choć wci­ąż nie je­stem go­tów wy­po­wie­dzieć tego na głos. Pew­nie dla­te­go, że przy­zna­nie się ozna­cza­ło­by, że mo­głem za­po­biec, a nie zro­bi­łem nic.

Już daw­no po­wi­nie­nem był się po­zbie­rać. Otrze­pać z ku­rzu, bólu, żalu i iść da­lej, krok po kro­ku. Ale nie po­tra­fię.

Nie mam w so­bie tej siły, któ­rej wszy­scy ode mnie ocze­ki­wa­li. Tego we­wnętrz­ne­go me­cha­ni­zmu spra­wia­jące­go, że czło­wiek się pod­no­si po upad­ku.

Bo za ka­żdym ra­zem, gdy pró­bu­ję wstać, lądu­ję jesz­cze głębiej.

Jak­by ka­żdy ruch tyl­ko po­gar­szał spra­wę.

Aaliy­ah nie owi­ja­ła w ba­we­łnę. Ni­g­dy tego nie ro­bi­ła. Pa­trzy­ła mi pro­sto w oczy i po­wta­rza­ła, że to wszyst­ko moja wina. Że mam się trzy­mać z da­le­ka – od niej, od dzie­ci, od ich ży­cia – jak­by mnie ni­g­dy nie było. Jak­bym uma­rł ra­zem z nim.

Te sło­wa roz­ora­ły mi wnętrz­no­ści. Nie mu­sia­ła do­da­wać nic wi­ęcej – już i tak wie­rzy­łem, że to prze­ze mnie. Że gdy­bym zro­bił co­kol­wiek ina­czej, po­wie­dział jed­no sło­wo wi­ęcej albo jed­no mniej, może… może on wci­ąż by żył.

Ta sce­na wra­ca do mnie jak klątwa. Wci­ąż wi­dzę tam­ten dzień, co do se­kun­dy. I sie­bie – bez­rad­ne­go, spó­źnio­ne­go, wście­kle bez­u­ży­tecz­ne­go.

Ale nie cof­nę cza­su. Nie na­pra­wię tego, co bez­pow­rot­nie się roz­pa­dło. An­der­son od­sze­dł. A ja zo­sta­łem – z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, któ­re zja­da­ją mnie od środ­ka. Często mam wra­że­nie, że ni­g­dy nie zdo­łam się ich w pe­łni po­zbyć. Że będą ze mną za­wsze. Do ko­ńca mo­ich dni. Może z cza­sem nie­co wy­blak­ną, ale nie znik­ną.

An­der­son cza­sem przy­cho­dził do mnie w snach. Stał przede mną tak wy­ra­źny, jak­by wca­le nie od­sze­dł. Pew­ny sie­bie, sil­ny, spo­koj­ny. Mó­wił: „Opie­kuj się nimi. Bądź twar­dy. Nie pod­da­waj się. To nie two­ja wina”. I przez chwi­lę w to wie­rzy­łem. Chcia­łem wie­rzyć.

Ale jego głos uci­chł.

Od­kąd za­cząłem brać, od­kąd co­raz częściej si­ęgam po co­kol­wiek, co po­zwa­la za­po­mnieć, prze­sta­łem go wi­dzieć. Nie ma już snów, nie ma jego słów. Jest tyl­ko ciem­no­ść.

Uwa­ża­łem, że to moja wina, więc ni­g­dy nie szu­ka­łem po­mo­cy. Ani razu. Nie chcia­łem, żeby ktoś pró­bo­wał mnie ra­to­wać. Bo jak mo­żna ra­to­wać ko­goś, kto nie za­słu­gu­je na oca­le­nie? Ko­goś, kto sam w so­bie wi­dzi je­dy­nie ru­inę. Po co ktoś mia­łby mar­no­wać na mnie swój czas i ener­gię? W tym cza­sie mo­żna prze­cież oca­lić ko­goś lep­sze­go. Ko­goś, kto na­praw­dę tego chce. Kto się jesz­cze nie pod­dał.

Ja na to nie za­słu­gi­wa­łem.

Za­miast tego wy­bra­łem prost­szą dro­gę – za­przy­ja­źni­łem się z di­le­ra­mi, któ­rzy mie­li wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­łem, a jed­no­cze­śnie nie za­da­wa­li zbęd­nych py­tań. Li­czy­ło się tyl­ko, czy mam przy so­bie go­tów­kę. I to mi od­po­wia­da­ło. Uczci­wy, pro­sty układ: ja pła­cę, oni do­star­cza­ją. Bez uda­wa­nej tro­ski i spoj­rzeń pe­łnych li­to­ści.

Bo nie po­trze­bo­wa­łem ko­goś, kto by się nade mną po­chy­lał. Pra­gnąłem tyl­ko, by prze­sta­ło bo­leć. Cho­ćby na kil­ka go­dzin.

Pięć mi­nut temu wje­cha­łem do Ha­zel­wo­od. Je­dy­ne, co zdąży­ło mnie tu przy­wi­tać, to miej­sco­wy pi­ja­czek za­ta­cza­jący się z ro­we­rem, któ­ry naj­wy­ra­źniej pro­wa­dził jego, a nie od­wrot­nie.

Mam ocho­tę za­wró­cić. Po pro­stu za­wró­cić ten cho­ler­ny sa­mo­chód i po­je­chać tam, skąd przy­je­cha­łem. Ale wiem, że już mnie tam nie chcą.

Do­sta­łem ul­ti­ma­tum: albo wy­ru­szam do tej za­py­zia­łej dziu­ry, albo pa­ku­ję kar­to­ny i że­gnam się ze swo­ją od­zna­ką.

I wci­ąż nie mogę uwie­rzyć, że wo­la­łem wy­brać tę dziu­rę.

Jed­nak myśl o tym, że mia­łbym na za­wsze od­dać bla­chę, była kosz­ma­rem. Nie wy­obra­ża­łem so­bie tego. Na­wet nie wiem, co in­ne­go mó­głbym ro­bić.

Nie mam po­jęcia, jak dłu­go tu wy­trzy­mam.

W głębi du­szy wci­ąż na­iw­nie li­czę, że może któ­re­goś dnia ktoś się zli­tu­je i po­zwo­li mi wró­cić. Nie na­da­ję się do ży­cia na ta­kim za­du­piu, na któ­rym na­wet kury nie gda­czą. Nie wiem, co ci miej­sco­wi po­li­cjan­ci mogą tu­taj pa­tro­lo­wać, bo na uli­cach ru­chu jest jak na le­kar­stwo.

Zda­ję so­bie jed­nak spra­wę, że na ta­kich wsiach nikt nie za­wra­ca so­bie gło­wy te­sta­mi na nar­ko­ty­ki. I pew­nie ła­twiej jest je omi­nąć, je­śli już się tra­fią. Za­wsze wy­ni­ki mogą się ma­gicz­nie zgu­bić… Wszyst­ko spro­wa­dza się do jed­ne­go: nie rzu­cać się w oczy. Nie kom­bi­no­wać. Nie da­wać po­wo­du, by ktoś się tobą za­in­te­re­so­wał.

Zmia­na miej­sca mo­gła­by dać mi chwi­lę wy­tchnie­nia, po­zwo­lić na za­po­mnie­nie, ale w głębi ser­ca nie je­stem pew­ny, czy co­kol­wiek może mi na­praw­dę po­móc. To jak­byś pró­bo­wał za­ma­zać ob­raz, któ­ry wci­ąż po­ja­wia się w two­jej gło­wie, na­wet kie­dy za­mkniesz oczy.

Na­wi­ga­cja wska­zu­je, że bu­dy­nek, któ­re­go szu­kam, jest po mo­jej pra­wej stro­nie, więc skręcam w otwar­tą bra­mę i kie­ru­ję się na za­ro­śni­ęty tra­wą pod­jazd. Cały ogród wy­ma­ga ręki ogrod­ni­ka, któ­re­go w tej wsi pew­nie i tak nie ma. Mój wzrok za­trzy­mu­je się na sta­rym, bia­łym bu­dyn­ku. Far­ba od­pa­da gdzie­nie­gdzie z po­wierzch­ni ścian, dach po­kry­ty jest w kil­ku miej­scach mchem, a czer­wo­ny ko­min dum­nie wzno­si się nad do­mem. Przede mną roz­ci­ąga się sze­ro­ka we­ran­da z drew­nia­ny­mi de­ska­mi, na któ­rej stoi bu­ja­ny fo­tel lek­ko ko­ły­sa­ny przez po­dmu­chy wia­tru. Albo może to miej­sce jest po pro­stu na­wie­dzo­ne.

Mój nowy dom.

Nie mia­łem zbyt du­że­go wy­bo­ru, bo gdy szu­ka­łem mie­si­ąc wcze­śniej cze­goś na wy­na­jem – ten był je­dy­ny. Na sprze­daż nie było żad­ne­go.

Par­ku­ję sa­mo­chód i wy­sia­dam, kie­dy drew­nia­ne drzwi się otwie­ra­ją, a w pro­gu sta­je pod­pie­ra­jąca się na la­sce sta­rusz­ka. Za­trzy­mu­je się na chwi­lę, spoj­rze­nie ma spo­koj­ne, ale pe­łne cze­goś, co trud­no uchwy­cić. Ma­cha ręką, po­ka­zu­jąc, że­bym pod­sze­dł bli­żej. Ru­szam w jej stro­nę.

– Dzień do­bry – wi­tam się z nią i wy­ci­ągam w jej stro­nę dłoń. – Rho­des Re­in­hart.

– Dzień do­bry, pa­nie Re­in­hart. Bar­ba­ra. Po pro­stu. Tak będzie ła­twiej za­pa­mi­ętać – od­po­wia­da po­wo­li, wy­ra­źnie, jak­by mó­wi­ła do ob­co­kra­jow­ca, któ­ry le­d­wo ją ro­zu­mie. Ręki nie po­da­je. Po pro­stu od­wra­ca się na pi­ęcie i wcho­dzi do środ­ka bez żad­ne­go ge­stu za­pro­sze­nia, jak­by było oczy­wi­ste, że mam za nią iść. – No, niech pan nie stoi – rzu­ca w ko­ńcu. – Drzwi się same nie za­mkną. Pla­nu­je pan zo­stać na dłu­żej?

– Tak. Mam być tu­taj no­wym po­li­cjan­tem.

Bar­ba­ra na­tych­miast się za­trzy­mu­je. Ob­ra­ca gło­wę z za­ska­ku­jącą szyb­ko­ścią, a jej wzrok wra­ca do mnie. Prze­szy­wa mnie jak rent­gen.

– Po­li­cjant? Do­praw­dy? – Marsz­czy brwi.

– Tak. – Sta­ram się uśmiech­nąć, choć czu­ję, jak jej spoj­rze­nie prze­ni­ka mnie na wy­lot. Tro­chę mnie prze­ra­ża. Przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka. Po­tra­fię so­bie wy­obra­zić, ile osób już po­czu­ło na so­bie ci­ężar tej la­ski. – Je­stem więc zde­cy­do­wa­ny, by wy­na­jąć pani dom – do­da­ję spo­koj­nie.

_Bo in­ne­go nie ma_, my­ślę, ale nie mam od­wa­gi, by po­wie­dzieć to na głos.

– Wszyst­kie ma­te­ra­ce są wy­mie­nio­ne. Nikt z nich jesz­cze nie ko­rzy­stał – kon­ty­nu­uje i uno­si la­skę, by pchnąć drzwi, za któ­ry­mi do­strze­gam pierw­szą sy­pial­nię. – Woda pod prysz­ni­cem cza­sem nie leci. Trze­ba od­cze­kać. Mi­nu­tę, dwie. W ko­ńcu ru­szy, jak się zmi­łu­je. Może pan coś z tym zro­bi, ja się nie znam na tych wszyst­kich ru­rach. Te­le­wi­zor jak za­cznie świ­ro­wać, to trze­ba mu przy­ło­żyć z boku. Nie za moc­no, ale zde­cy­do­wa­nie. Z wy­czu­ciem. Wte­dy za­ska­ku­je. No i ogród. Wiel­ki jak nie­szczęście. Może pan go ogar­nąć, je­śli ma pan wi­ęcej siły niż ja.

Dom jest par­te­ro­wy, więc nie mamy wie­le do zwie­dza­nia. Sy­pial­nia, po­kój go­ścin­ny, jed­na ła­zien­ka, kuch­nia po­łączo­na z sa­lo­nem. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Podło­ga skrzy­pi pod no­ga­mi, gdy po­wo­li prze­mie­rza­my cały bu­dy­nek.

– Strych? – Uno­szę pa­lec.

– Pu­sty – od­po­wia­da ko­bie­ta i przy­sia­da na krze­śle w kuch­ni. – Piw­ni­ca też. Żad­nych tru­pów ani szczu­rów. Nie stra­szy, więc pan się nie boi. W ra­zie cze­go pro­szę dzwo­nić na po­li­cję. Ko­le­dzy na pew­no po­mo­gą. A ra­czej ko­le­żan­ka, bo ten dru­gi to chy­ba mniej od­wa­żny.

– Zna ich pani?

– Pa­nie ko­cha­ny, tu się wszy­scy zna­ją. I wszy­scy o wszyst­kich wszyst­ko wie­dzą, na­wet je­śli uda­ją, że nie. – Si­ęga do szu­fla­dy, wy­ci­ąga tecz­kę i kła­dzie ją na sto­le. – No. Pod­pi­su­je pan?

Bio­rę umo­wę do ręki i spraw­dzam, czy zga­dza się z tą, któ­rą wcze­śniej do­sta­łem ma­ilem. Bar­ba­ra wpa­tru­je się we mnie spod zmru­żo­nych po­wiek, jak­by oce­nia­ła, czy wiem, co ro­bię, czy tyl­ko uda­ję do­ro­słe­go.

Wszyst­ko się zga­dza, więc bez wa­ha­nia wpi­su­ję swo­je dane, skła­dam pod­pis i si­ęgam do port­fe­la po go­tów­kę. Po­da­ję jej bank­no­ty, a ona bie­rze je ostro­żnie, chu­cha na nie, jak­by od­pra­wia­ła ja­kiś dziw­ny ry­tu­ał, po czym wci­ska je do kie­sze­ni swo­je­go roz­ci­ągni­ęte­go sza­re­go swe­tra.

Ob­ser­wu­ję to przez chwi­lę, ale nic nie mó­wię. Lu­dzie mają swo­je dzi­wac­twa, a ja na­uczy­łem się już, że nie­któ­rych rze­czy le­piej nie ko­men­to­wać.

– Nu­mer kon­ta ma pan w umo­wie. Do wi­dze­nia.

– Do wi­dze­nia. – Wzdy­cham ci­ężko i od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem.

Sam nie wiem, od cze­go za­cząć i za co się za­brać. Nie zro­bi­łem po dro­dze żad­nych za­ku­pów. Nie mam na­wet po­jęcia, czy mają tu­taj ja­kiś bar…

Po­sta­na­wiam naj­pierw wy­jąć rze­czy z sa­mo­cho­du i wszyst­ko wrzu­cić do po­ko­ju go­ścin­ne­go, by nie mu­sieć się na ra­zie roz­pa­ko­wy­wać. I tak nikt mnie nie od­wie­dzi, więc mogę spo­koj­nie za­wa­lić to po­miesz­cze­nie swo­imi gra­ta­mi.

Ro­dzi­ce miesz­ka­ją w in­nym kra­ju, z pew­no­ścią da­li­by mi wcze­śniej znać o swo­jej wi­zy­cie, w któ­rą szcze­rze wąt­pię. Nie byli u mnie przez ostat­nie dzie­si­ęć lat. Kon­takt te­le­fo­nicz­ny w zu­pe­łno­ści im wy­star­cza.

Nie ocze­ku­ję, że te­raz wsi­ądą w sa­mo­lot i się zja­wią.

Kie­dy wie­le lat temu po­wie­dzia­łem im, że idę do aka­de­mii po­li­cyj­nej, pa­trzy­li na to jak na chwi­lo­wą fa­na­be­rię. Jak na coś, co za­raz mi się znu­dzi. A pó­źniej sły­sza­łem tyl­ko w kó­łko – „to nie­bez­piecz­ne”, „po­my­śl o al­ter­na­ty­wie”, „czy to na pew­no dla cie­bie?”.

Obo­je mie­li swo­je praw­ni­cze ka­rie­ry. W za­sa­dzie to one były dla nich naj­wa­żniej­sze. Kie­dy by­łem mały, rzad­ko wi­dy­wa­łem ich w domu. Wra­ca­li pó­źno, zmęcze­ni… Wi­ęk­szo­ść mo­ich wspo­mnień wca­le nie za­wie­ra twa­rzy ro­dzi­ców, lecz opie­ku­nek. Cza­sem mam wra­że­nie, że to wła­śnie z nimi by­łem bar­dziej zwi­ąza­ny. To one uczy­ły mnie wszyst­kie­go, cze­go po­wi­nie­nem był do­wia­dy­wać się od ro­dzi­ców. Jaz­da na ro­we­rze, od­ra­bia­nie lek­cji, na­wet wi­ąza­nie bu­tów.

Dla­te­go nie czu­ję wi­ęzi z ro­dzi­ca­mi – ni­g­dy ich nie było obok.

Wrzu­cam wszyst­kie kar­to­ny do po­ko­ju i po opró­żnie­niu sa­mo­cho­du po­sta­na­wiam po­je­chać do cen­trum z na­dzie­ją, że mają tu ja­kiś lo­kal z cie­płym je­dze­niem.

Kie­ru­ję się po­wo­li w stro­nę bra­my i z nie­do­wie­rza­niem pa­trzę na za­ro­śni­ęty ogród, wie­dząc w głębi du­szy, że pew­nie i tak się nim zaj­mę. Mimo wszyst­ko lu­bię mieć w domu… ład­nie. Może nie za­wsze tak czy­sto, że mo­żna ro­bić test bia­łej ręka­wicz­ki, ale w mia­rę po­rząd­nie. Wte­dy mam wi­ęk­sze chęci, by w ogó­le wra­cać do domu.

A tu­taj… Same krza­ki by mnie znie­chęca­ły.

Cen­trum Ha­zel­wo­od.

Choć „cen­trum” to tro­chę na wy­rost.

Ot, mały ry­ne­czek wy­ło­żo­ny wy­pło­wia­łą sza­rą kost­ką, jak­by ktoś pró­bo­wał tu kie­dyś zro­bić coś ład­ne­go, ale sko­ńczy­ły się pie­ni­ądze albo chęci. Na środ­ku fon­tan­na – nie­czyn­na, z reszt­ka­mi li­ści i pu­stą pusz­ką po pi­wie w środ­ku. Wo­kół niej usta­wio­no kil­ka ła­wek, pew­nie po to, żeby sta­rusz­ko­wie mie­li gdzie plot­ko­wać o sąsia­dach.

Na jed­nym rogu ryn­ku stoi ko­ściół – skrom­ny, bia­ły. Da­lej: sklep spo­żyw­czy, mały za­kład fry­zjer­ski z szyl­dem jak z lat osiem­dzie­si­ątych, przy­chod­nia i szko­ła. Praw­dzi­we sza­le­ństwo. Roz­glądam się w po­szu­ki­wa­niu po­ste­run­ku po­li­cji albo cho­ciaż stra­ży, ale nie do­strze­gam żad­ne­go ta­kie­go bu­dyn­ku. Znaj­du­ję jed­nak na­prze­ciw­ko coś in­ne­go.

Knaj­pę.

Od razu się tam kie­ru­ję, czu­jąc bur­cze­nie w brzu­chu. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że ich kuch­nia nie sko­ńczy się dla mnie wi­zy­tą w tu­tej­szej przy­chod­ni. Albo w pro­sek­to­rium.

Z ze­wnątrz lo­kal nie za­chęca.

Wy­gląda, jak­by już daw­no padł ofia­rą ja­kie­goś za­po­mnia­ne­go hu­ra­ga­nu. Od­pa­da­jące ja­sne tyn­ki i ścia­ny po­kry­te bo­ho­ma­za­mi – nie tyle graf­fi­ti, co efek­tem nudy i bra­ku ta­len­tu u lo­kal­nych na­sto­lat­ków. „Jim­my tu był”, „Sa­rah to suka” i inne li­te­rac­kie pe­re­łki krzy­czące z mu­rów.

Ale kie­dy otwie­ram drzwi, tra­fiam do in­ne­go świa­ta.

Ude­rza we mnie cie­pło, jak­by ktoś pró­bo­wał zre­kom­pen­so­wać wszyst­ko to, co dzie­je się na ze­wnątrz. W środ­ku jest za­ska­ku­jąco przy­tul­nie. Podło­ga wy­ło­żo­na zo­sta­ła czar­no-bia­ły­mi ka­fel­ka­mi w sty­lu sza­chow­ni­cy, neo­no­we na­pi­sy zdo­bią ścia­ny, czer­wo­ne sofy usta­wio­no po dwóch stro­nach po­miesz­cze­nia, nad ka­żdym sto­li­kiem zwi­sa­ją lam­py… Pach­nie sma­żo­nym bocz­kiem, ce­bu­lą i czy­mś, co może być kawą, a rów­nie do­brze spa­lo­ną gumą – trud­no stwier­dzić.

Ko­bie­ta za ladą mie­rzy mnie wzro­kiem. Nie wro­go. Nie przy­ja­źnie. Po pro­stu z dy­stan­sem ko­goś, kto wi­dział już wszyst­ko – i nie­ko­niecz­nie był pod wra­że­niem. W jej spoj­rze­niu jest coś wy­cze­ku­jące­go, jak­by w my­ślach od­li­cza­ła czas do mo­men­tu, aż prze­sta­nę się ga­pić na wy­strój i przej­dę do rze­czy. Nie­cier­pli­wo­ść od­bi­ja się na jej twa­rzy tak wy­ra­źnie, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć: „Za­ma­wiaj albo spa­daj”.

Kie­dy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ją, jej usta wy­gi­na­ją się w coś na kszta­łt uśmie­chu – me­cha­nicz­ne­go, zmęczo­ne­go, wy­ćwi­czo­ne­go do per­fek­cji. Robi go pew­nie set­ki razy dzien­nie, bez wi­ęk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia. Po pro­stu ele­ment ob­słu­gi klien­ta. Jak wi­de­lec do ze­sta­wu.

Sta­wiam krok w jej kie­run­ku, wie­dząc, że czas naj­wy­ższy w ko­ńcu coś za­mó­wić.

– Dzień do­bry. – Opie­ram się przed­ra­mio­na­mi o ladę i dys­kret­nie roz­glądam po so­fach.

Nie ma w ba­rze zbyt wie­lu lu­dzi. Cała prze­strzeń wy­da­je się spo­koj­na, wręcz pu­sta. Na sa­mym ko­ńcu po­miesz­cze­nia do­strze­gam ko­bie­tę o ciem­nych wło­sach. Sie­dzi do mnie ty­łem, więc nie mogę zo­ba­czyć jej twa­rzy. Jest tu tyl­ko ona i ja­kaś ro­dzin­ka zaj­mu­jąca miej­sce przy sto­li­ku w rogu. Dzie­cia­ki ha­ła­su­ją, śmie­jąc się i bie­ga­jąc wo­kół, ale poza nimi – ci­sza.

– Co będzie dla pana?

– Na pew­no kawa. Czar­na, bez cu­kru. I coś, co bym mógł prze­gry­źć.

– Dzi­siaj mamy w ofer­cie że­ber­ka z mio­dem, za­pie­kan­kę ma­ka­ro­no­wą z cho­ri­zo i na­le­śni­ki – od­po­wia­da ko­bie­ta, uśmie­cha­jąc się lek­ko.

– We­zmę że­ber­ka.

– Zde­cy­do­wa­nie do­bry wy­bór. Po­da­je­my je z pie­czo­ny­mi ziem­nia­ka­mi i go­to­wa­ną ku­ku­ry­dzą. Płat­no­ść na ko­ńcu – in­for­mu­je, kie­dy od­ru­cho­wo wy­ci­ągam port­fel. – Pro­szę so­bie usi­ąść, za­raz przy­nio­sę kawę. I do ka­żdej mamy do­lew­kę gra­tis.

– Dzi­ęki.

Sia­dam bli­żej drzwi, tuż za ta­jem­ni­czą bru­net­ką. Ko­bie­ta znaj­du­je się przede mną i przez chwi­lę ob­ser­wu­ję ka­żdy jej ruch. Spo­koj­na, pra­wie nie­ru­cho­ma, jak­by ce­lo­wo nie chcia­ła przy­ci­ągać uwa­gi. Może wła­śnie dla­te­go za­jąłem miej­sce za nią – by zo­ba­czyć twarz, gdy wsta­nie i pój­dzie ku wy­jściu. Cie­ka­wi mnie, kim jest. Żeby nie ga­pić się na nią jak ja­kiś zbo­cze­niec, wy­ci­ągam te­le­fon i spraw­dzam, gdzie jest po­ste­ru­nek po­li­cji. Mapa po­ka­zu­je, że znaj­du­je się on kil­ka­set me­trów od miej­sca, w któ­rym ak­tu­al­nie je­stem. Je­śli się stoi przo­dem do knaj­py, trze­ba skie­ro­wać się w lewo.

Za­mie­rzam się tam prze­jść, ale nie wcho­dzić do środ­ka. To pla­nu­ję zro­bić do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia. Dzi­siaj jest dzień na roz­po­zna­nie te­re­nu.

Przez to, że do­pie­ro do­ta­rłem do mia­sta i na­wet nie za­cząłem pra­cy, nie mogę za­pa­lić jo­in­ta, choć bar­dzo bym chciał. Wszyst­ko jest jesz­cze zbyt obce, a ja nie mam po­jęcia, na co mogę so­bie po­zwo­lić. Sam nie wiem, jak prze­ży­ję noc. Chy­ba na­ły­kam się ja­ki­chś ta­ble­tek na sen, żeby tyl­ko za­snąć.

Od tam­te­go dnia noce są dla mnie ist­nym kosz­ma­rem. Wie­le z nich spędzi­łem w pu­stej wan­nie… W ubra­niu, za­ty­ka­jąc uszy, jak­by to mia­ło mi po­móc nie sły­szeć wła­snych my­śli, któ­re na­pie­ra­ły na mnie z ka­żdej stro­ny. Po pro­stu cze­ka­łem na świt, wie­rząc, że wschód sło­ńca będzie moim wy­baw­cą, a świa­tło przy­nie­sie ulgę. W ci­ągu dnia jest ła­twiej. Po­chła­nia mnie wie­le za­jęć, my­śli nie są aż tak gło­śne, da się je ła­two za­głu­szyć. Ale w nocy… W nocy je­stem sam ze sobą i swo­imi my­śla­mi. A te są bez­li­to­sne. Na­tręt­ne. Ci­ężkie. Pe­łne po­czu­cia winy. Bez ko­ńca wy­po­mi­na­ją to, cze­go nie zro­bi­łem, co zro­bi­łem, co po­wie­dzia­łem za pó­źno, kogo za­wio­dłem. Gło­sy zna­jące ka­żdą moją sła­bo­ść oraz tę ranę, któ­rą pró­bu­ję ukryć za dnia.

W nocy nie ma uciecz­ki. Nie ma ha­ła­su, by je za­głu­szył. Nie ma miej­sca, gdzie mogę się scho­wać.

Je­stem tyl­ko ja… i moje de­mo­ny.

– Kawa dla pana.

Pod­no­szę wzrok i wi­dzę sza­tyn­kę, któ­ra de­li­kat­nie sta­wia przede mną ku­bek.

– Mogę o coś za­py­tać? – py­tam ci­cho, a ona pro­stu­je się i kiwa gło­wą.

– Oczy­wi­ście.

– Ma­cie tu ja­kiś sklep ogrod­ni­czy?

– Ty­po­wo ogrod­ni­cze­go nie mamy, ale na­prze­ciw­ko jest miej­sce, gdzie wszyst­ko pan znaj­dzie. A jak cze­goś nie ma, to pan im po­wie, a oni to za­mó­wią. Dwa dni i będzie do od­bio­ru. Mo­żna też po­je­chać gdzieś da­lej. Ja­kieś pół go­dzi­ny dro­gi i znaj­dzie pan su­per­mar­ke­ty.

– Dzi­ęki – od­po­wia­dam, uno­sząc lek­ko kącik ust w uśmie­chu, i si­ęgam po na­pój. To do­kład­nie to, cze­go po­trze­bo­wa­łem – cie­pła kawa w dło­niach i chwi­la ci­szy.

Że­ber­ka sma­ku­ją na­praw­dę do­brze, są so­czy­ste, z kar­me­li­zo­wa­nym mio­dem i chru­pi­ącą skór­ką. Po pierw­szym kęsie je­stem pra­wie pe­wien, że będę tu za­glądał w trak­cie przerw obia­do­wych.

Ko­ńczę jeść, a dziew­czy­na przede mną wci­ąż się nie ru­sza więc, po­sta­na­wiam pó­jść do to­a­le­ty, któ­ra znaj­du­je się nie­da­le­ko niej. Myję szyb­ko ręce i wy­cie­ram je w spodnie. Wy­cho­dzę z po­miesz­cze­nia i od razu na nią pa­trzę. Ona też uno­si wzrok. Jej ciem­ne oczy wpa­tru­ją się we mnie, jak­by pró­bo­wa­ła coś ze mnie wy­czy­tać, choć twarz po­zo­sta­je bez wy­ra­zu. Ale mimo tej ma­ski obo­jęt­no­ści nie da się za­prze­czyć, że jest pi­ęk­na – ma de­li­kat­ne rysy i coś w spoj­rze­niu, co przy­ku­wa uwa­gę. Przed nią za­uwa­żam: te­le­fon, do któ­re­go ma podłączo­ne słu­chaw­ki, i ku­bek z kawą. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Mi­jam ją, nie za­trzy­mu­jąc się na­wet na se­kun­dę, i pod­cho­dzę do lady, żeby za­pła­cić.

Po wy­jściu od razu kie­ru­ję się w stro­nę skle­pu. Po­py­cham drzwi, a w po­wie­trzu roz­brzmie­wa dźwi­ęk dzwo­necz­ka, któ­ry zwia­stu­je moją obec­no­ść. Mło­dy chło­pak wy­cho­dzi z za­ple­cza i przez chwi­lę przy­gląda mi się uwa­żnie, jak­by się za­sta­na­wiał, kim je­stem. W jego spoj­rze­niu do­strze­gam pew­ną cie­ka­wo­ść, może też lek­kie za­sko­cze­nie. Do­my­ślam się, że zna wszyst­kich w tym ma­łym mia­stecz­ku i pew­nie rzad­ko ma do czy­nie­nia z klien­ta­mi spo­za oko­li­cy. Czuć, że to miej­sce jest jak­by od­izo­lo­wa­ne.

– Dzień do­bry – mó­wię ci­cho i chwy­tam ko­szyk, któ­ry leży obok.

Po­sta­na­wiam za­cząć od za­ku­pów spo­żyw­czych, żeby było ła­twiej. Tak na­praw­dę to nie wiem, cze­go mogę po­trze­bo­wać, by ogar­nąć ogród. Nie spraw­dzi­łem na­wet, czy gdzieś przy domu jest cho­ciaż ko­siar­ka. Albo ja­kie­kol­wiek na­rzędzia. Tro­chę dłu­żej za­trzy­mu­ję się więc przy re­ga­le z rze­cza­mi ogrod­ni­czy­mi i wpa­tru­ję w ka­żdą po ko­lei.

– W czy­mś po­móc? Do­ra­dzić? – Obok mnie po­ja­wia się na­gle pra­cow­nik.

– Sam nie wiem, cze­go po­trze­bu­ję. Na pew­no we­zmę ja­kieś ręka­wi­ce ogro­do­we i se­ka­tor. A ma­cie sie­kie­rę?

– Tak. Tam. – Wska­zu­je re­gał, któ­ry jest nie­co da­lej, i pa­trzy na mnie tro­chę jak na sza­le­ńca.

– Je­stem z po­li­cji, pan się nie boi. Wpro­wa­dzi­łem się do­pie­ro, a mój ogród wy­gląda jak sie­dem nie­szczęść.

– Och! Pan Re­in­hart, praw­da?

– Wi­dzę, że plot­ki szyb­ko się roz­cho­dzą – mru­czę pod no­sem, a na jego twa­rzy po­ja­wia się sze­ro­ki uśmiech. – Ro­zu­miem, że wie pan, gdzie się wpro­wa­dzi­łem. Chcę od­no­wić we­ran­dę, może pan mi do­ra­dzi, cze­go po­trze­bu­ję.

– Oczy­wi­ście! – Za­czy­na si­ęgać po ró­żne rze­czy i sta­wiać je na la­dzie. Szep­cze coś pod no­sem, ale nie je­stem w sta­nie go zro­zu­mieć.

– Śru­bo­kręt też we­zmę – mó­wię, kie­dy jego ręka się przy nim za­trzy­mu­je. – Na pew­no do cze­goś się przy­da. I mło­tek.

– Ja­sne. W ogó­le… to gdy­by pan po­trze­bo­wał ja­kie­jś po­mo­cy lub po­ra­dy, co­kol­wiek, tu jest na­sza wi­zy­tów­ka. Mo­że­my też za­mó­wić pro­duk­ty, je­śli cze­goś panu będzie bra­ko­wać. – Si­ęga po kar­to­nik kon­tak­to­wy z lady i mi go po­da­je. – Ja na­zy­wam się The­odo­re Mar­tin. Mo­żna o mnie py­tać, ale inni też na pew­no po­mo­gą.

– Dzi­ęki. Pew­nie się przy­da.ROZDZIAŁ 3

Rhodes

Od razu mnie roz­po­zna­je. Sta­je w miej­scu, uno­si brew i krzy­żu­je ręce na klat­ce pier­sio­wej. Wiem, co za­raz po­wie.

– Trze­ci raz – rzu­ca po chwi­li ci­szy, a w jej gło­sie po­brzmie­wa znu­żo­ny sar­kazm. – Czy­li jed­nak mnie stal­ku­jesz. Po­win­nam ci dać ja­kąś kar­tę lo­jal­no­ścio­wą i przy­bi­jać pie­cząt­ki za ka­żdym ra­zem, kie­dy się na mnie na­tkniesz.

Prze­chy­lam gło­wę w bok, uda­jąc, że roz­wa­żam pro­po­zy­cję. Jej ton spra­wia, że to, co po­win­no być iry­tu­jące, w rze­czy­wi­sto­ści mnie bawi.

– Zna­cie się? – wtrąca Lu­cas, roz­gląda­jąc się z za­cie­ka­wie­niem.

Nie od­po­wia­da­my.

– Do­sta­nę coś za dzie­si­ęć pie­czątek? – py­tam.

– Może się uśmiech­nę – od­pie­ra bez mru­gni­ęcia okiem.

– To już coś. Wy­so­ko za­wie­szo­na po­przecz­ka, ale chy­ba dam radę – mó­wię, od­kła­da­jąc ma­te­rac na podło­gę, i pro­stu­ję się, by spoj­rzeć jej pro­sto w oczy. – Sie­rżant Rho­des Re­in­hart. Sły­sza­łem, że będzie­my wspó­łpra­co­wać.

Nie od­po­wia­da od razu. Przez uła­mek se­kun­dy wy­gląda na za­sko­czo­ną, jak­by do­pie­ro te­raz do­ta­rło do niej, kim je­stem. Jej spoj­rze­nie prze­ska­ku­je na Lu­ca­sa, któ­ry stoi tuż za mną, po czym wra­ca do mnie – już bar­dziej ostro­żne, mniej za­czep­ne.

Wi­dzę to w jej oczach. Wie, że będzie­my wi­dy­wać się co­dzien­nie. Że będzie­my ra­zem pra­co­wać, je­ździć na pa­tro­le i dzie­lić prze­strzeń. Tu, w bu­dyn­ku, może jesz­cze uciec do in­ne­go po­ko­ju. W au­cie – już nie. Tam nie będzie mia­ła żad­nej mo­żli­wo­ści unik­ni­ęcia kon­tak­tu.

– Star­sza po­ste­run­ko­wa Rhea Par­ker, pa­nie sie­rżan­cie – mówi w ko­ńcu, po­da­jąc mi dłoń. Uścisk ma pew­ny, sil­ny, zu­pe­łnie nie­pa­su­jący do tego lek­ko drwi­ące­go tonu, któ­rym rzu­ca­ła wcze­śniej­sze ko­men­ta­rze. Za­ska­ku­je mnie to, ale nic nie mó­wię.

Od­wra­ca się z po­wro­tem do Lu­ca­sa.

– Cze­mu je­steś w mun­du­rze?

– Mam za­kwa­sy, Par­ker… Zli­tuj się nad bied­nym, zmęczo­nym czło­wie­kiem. Masz te­raz nowy wo­rek tre­nin­go­wy – do­da­je, pa­trząc na mnie z sze­ro­kim uśmie­chem. – I zo­bacz, o wie­le bar­dziej umi­ęśnio­ny niż ja. Na­wet nie po­czu­je.

Lu­cas prze­krzy­wia nie­co gło­wę.

– Umiesz się bić?

– Umiem – od­po­wia­dam spo­koj­nie. – Ale nie będę tego ro­bił z nią.

– Nie mu­sisz od­da­wać. Mo­żesz ro­bić uni­ki. Je­śli ci się uda, oczy­wi­ście – do­po­wia­da Lu­cas z uśmie­chem, a po­tem zer­ka na ko­bie­tę, któ­ra nie wy­gląda na za­chwy­co­ną jego po­my­słem. – A ty w mi­ędzy­cza­sie mi opo­wiesz, co się wy­da­rzy­ło.

– Tym się zaj­mu­je­cie, żeby się nie nu­dzić? – rzu­cam, pod­no­sząc brew.

– A co mamy ro­bić? Grać w kul­ki na te­le­fo­nie? – Chło­pak prze­wra­ca ocza­mi. – Musi być w for­mie. Wcze­śniej mia­ła lep­sze­go chłop­ca do bi­cia, ale od­sze­dł, więc te­raz ty masz go za­stąpić.

– Wy­star­czy – uci­na Par­ker, nie od­wra­ca­jąc gło­wy. – Jak się boi, to do ni­cze­go nie będzie­my go zmu­szać, praw­da?

Jej ton jest spo­koj­ny, ale wy­czu­wam w nim wy­zwa­nie. Od razu przy­po­mi­na mi się na­sza noc­na roz­mo­wa.

Ro­bię krok w jej stro­nę.

– Su­ge­ru­jesz, że się boję?

– Ni­cze­go nie su­ge­ru­ję – mówi chłod­no.

– Więc się zga­dzam.

Za­pa­da chwi­la ci­szy. Rhea spo­gląda mi pro­sto w oczy, jak­by oce­nia­ła, ile w tym pew­no­ści, a ile ble­fu. Nie spusz­czam z niej wzro­ku ani na se­kun­dę.

Chwy­tam ma­te­rac i wy­mi­jam Lu­ca­sa, kie­ru­jąc się do ogro­du za bu­dyn­kiem.

– Skąd się zna­cie?

Sły­szę za ple­ca­mi jego głos, ale się nie od­wra­cam. Cze­go niby mia­łbym się bać? Jej ręka jest trzy razy chud­sza od mo­jej. Prze­cież nie zro­bi mi krzyw­dy. Zwłasz­cza że tre­no­wa­łem kie­dyś sze­ść razy w ty­go­dniu.

No do­bra, przez ostat­nie mie­si­ące for­ma tro­chę mi sia­dła, ale prze­sze­dłem w ży­ciu wi­ęcej szko­leń niż nie­je­den in­struk­tor. I wi­ęcej razy upa­dłem na matę, niż chcę pa­mi­ętać.

Rzu­cam ma­te­rac na tra­wę, ale nie mogę ode­rwać wzro­ku od Par­ker, któ­ra wła­śnie zdej­mu­je swo­je ob­ca­sy. Si­ęga do spodni, a ja czu­ję, jak prze­ły­kam moc­niej śli­nę, choć sta­ram się to ukryć. Przez mo­ment ser­ce pod­ska­ku­je mi w pier­si. My­śla­łem, że pod spodem uj­rzę bie­li­znę, ale na szczęście ma na so­bie ob­ci­słe czar­ne spoden­ki. Sam też zdej­mu­ję buty, cie­sząc się, że po­sta­no­wi­łem tego dnia za­ło­żyć zwy­kły bia­ły T-shirt i gra­na­to­we szor­ty. Kie­dy wi­dzę, jak ści­ąga przez gło­wę ko­szul­kę i po­zo­sta­je je­dy­nie w spor­to­wym sta­ni­ku, od­wra­cam wzrok, czu­jąc cie­pło na kar­ku. Nie chcę, żeby my­śla­ła, że się ga­pię… choć tak wła­śnie było.

Spo­glądam na Lu­ca­sa, któ­ry sie­dzi na krze­śle z oku­la­ra­mi prze­ciw­sło­necz­ny­mi na no­sie i wy­gląda, jak­by tyl­ko cze­kał na ja­kieś przed­sta­wie­nie. Se­rio, po­pcor­nu mu tyl­ko bra­ku­je.

Za­nim się orien­tu­ję, je­ste­śmy już na ma­te­ra­cu, a Par­ker wal­czy, jak­by mia­ła za sobą całe lata tre­nin­gów. Uni­kam jej cio­sów, sta­ra­jąc się zna­le­źć mo­ment na kontr­atak, ale gdy pró­bu­ję ją po­wa­lić, ona bły­ska­wicz­nie się ob­ra­ca, a ja tra­cę rów­no­wa­gę. Na­tych­miast to wy­ko­rzy­stu­je, prze­wra­ca mnie na ma­te­rac i sia­da na mo­ich bio­drach. Nie trzy­ma mo­ich rąk, ale i tak czu­ję, że mam nie­wie­le do po­wie­dze­nia.

Wiem, jak mogę ją zrzu­cić z sie­bie, ale za­miast tego zo­sta­ję w tej po­zy­cji, ob­ser­wu­jąc jej szyb­ki od­dech i po­wo­li uno­szącą się brew.

– Co te­raz, sie­rżan­cie? Wiem, że stać cię na wi­ęcej. – Po­chy­la się, i kła­dzie dło­nie po dwóch stro­nach mo­jej gło­wy.

Wy­star­czy­łby je­den szyb­ki ob­rót, że­bym to ja zna­la­zł się nad nią. Mo­stek i prze­wrót – tech­ni­ki do­brze zna­ne z bra­zy­lij­skie­go jiu-jit­su czy za­pa­sów. Uno­szę gwa­łtow­nie bio­dra, wy­trąca­jąc ją lek­ko z rów­no­wa­gi. Gdy zbli­ża się do mnie, przy­ci­ągam ją i jed­nym płyn­nym ru­chem ob­ra­cam, dzi­ęki cze­mu za­mie­nia­my się miej­sca­mi. Tym ra­zem to ja mam kon­tro­lę – trzy­mam jej nad­garst­ki unie­sio­ne nad gło­wą, pew­ny swo­jej prze­wa­gi.

– My­ślisz, że mo­żesz mnie za­sko­czyć, Par­ker? – szep­czę, zbli­ża­jąc się do niej. – Jesz­cze o tym nie wiesz, ale uwiel­biam przej­mo­wać kon­tro­lę.

– Je­śli my­ślisz, że uda ci się mnie zdo­mi­no­wać, to je­steś w błędzie, sie­rżan­cie.

– Po­wi­nie­nem so­bie pó­jść? – Lu­cas od­zy­wa się, przy­po­mi­na­jąc nam o swo­jej obec­no­ści.

– Nie – od­po­wia­da ko­bie­ta, kie­dy pusz­czam jej nad­garst­ki i pod­no­szę się z miej­sca, wy­ci­ąga­jąc jed­nak rękę, by po­móc jej wstać.

Nie dzi­wi mnie, że ją igno­ru­je i sama z gra­cją się pod­no­si, po czym po­pra­wia lek­ko kręco­ne, ciem­ne wło­sy.

– Idę się prze­brać – rzu­ca, si­ęga­jąc po swo­je ubra­nia. – Cie­bie też wi­dzę za­raz w mun­du­rze. Do­my­ślam się, że to ja mam za­brać cię na pa­trol.

– Tak – od­po­wia­da za mnie Lu­cas. – A te­raz mi opo­wiedz, co ci się zno­wu ze­psu­ło w sa­mo­cho­dzie, Par­ker, to może go na­pra­wię, jak po­je­dzie­cie. Albo za­dzwo­nię do bra­ta, żeby tu przy­je­chał i zer­k­nął.

– Nie wiem, sta­ry… Już daw­no ci mó­wi­łam, że mu­szę zmie­nić auto, bo to na­da­je się je­dy­nie na złom.

Wcho­dzą do środ­ka, a ja po­sta­na­wiam sprząt­nąć ma­te­ra­ce, wci­ąż my­śląc o tym, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło. Je­stem w szo­ku z po­wo­du jej umie­jęt­no­ści. To też pew­nie wy­ja­śnia, dla­cze­go w nocy była taka pew­na sie­bie, kie­dy tam­ten fa­cet ją za­cze­pił.

Mam dziw­ne wra­że­nie, że ta ko­bie­ta jesz­cze nie­je­den raz mnie za­sko­czy.

Wcho­dzę po chwi­li do po­miesz­cze­nia z szaf­ka­mi, prysz­ni­ca­mi i umy­wal­ka­mi. Ści­ągam przez gło­wę ko­szul­kę, a Lu­cas sie­dzi na ław­ce, ga­da­jąc coś o sa­mo­cho­dzie. Par­ker z ko­lei nie kry­je, że jej wzrok błądzi po mo­jej klat­ce pier­sio­wej. Na­wet nie pró­bu­je ro­bić tego dys­kret­nie. Uno­szę lek­ko kącik ust i od­wra­cam się w stro­nę umy­wal­ki, żeby umyć ręce i opłu­kać twarz.

Sto­ję do ko­bie­ty ple­ca­mi, ale do­sko­na­le wi­dzę w lu­strze jej od­bi­cie. Wiem, że jej wzrok za­trzy­mał się na bli­źnie, któ­ra zdo­bi moje ple­cy. O nic jed­nak nie pyta. Ja też mil­czę. Nie je­stem wiel­kim fa­nem roz­mów o szra­mach, któ­re no­szę na cie­le. A kil­ka ich jest.

Nie wsty­dzę się ich, ka­żda to ka­wa­łek mo­jej prze­szło­ści. Do­wód na to, że prze­ży­łem wi­ęcej niż nie­je­den, że po­tra­fi­łem się pod­nie­ść po upad­ku. Choć cza­sem by­wa­ło nie­kom­for­to­wo. Zwłasz­cza gdy sy­tu­acja za­czy­na­ła się ro­bić in­tym­na, a ko­bie­ta na­gle krzy­wi­ła się na wi­dok któ­re­jś z blizn. Te chwi­le za­bi­ja­ły at­mos­fe­rę, od­bie­ra­ły mi pew­no­ść sie­bie, spra­wia­ły, że cały ten mo­ment tra­cił sens.

Na jej twa­rzy nie po­ja­wia się ża­den gry­mas obrzy­dze­nia. Bar­dziej wi­dać na niej cie­ka­wo­ść.

– Gra­na­to­wa ko­szu­la z krót­kim ręka­wem – prze­ry­wa Lu­ca­so­wi, ale mówi do mnie.

Ki­wam gło­wą i po chwi­li od­bie­ram od chło­pa­ka klu­czy­ki od szaf­ki i ubra­nia. Po­wo­li je wkła­dam, a Rhea wci­ąż nie od­wra­ca wzro­ku. Mu­szę przy­znać, że pa­su­je jej mun­dur. To imię też, choć czu­ję, że naj­częściej będę zwra­cał się do niej po na­zwi­sku.

Kie­dy zbli­ża się czas na­sze­go pa­tro­lu, Par­ker wy­ci­ąga klu­czy­ki i pa­trzy na mnie wzro­kiem mó­wi­ącym: „Na­wet nie myśl, że dam ci pro­wa­dzić”.

Nie kłó­cę się – zna mia­sto o wie­le le­piej – ale mam na­dzie­ję, że ju­tro to ja za­si­ądę za kie­row­ni­cą ra­dio­wo­zu. Nie­na­wi­dzę sie­dzieć na miej­scu pa­sa­że­ra.

– Pa­nie przo­dem – mówi, otwie­ra­jąc mi drzwi i prze­pusz­cza­jąc w nich.

– Dzi­ęki – od­po­wia­dam, wy­cho­dząc z bu­dyn­ku. – Lu­bię je­ździć w ci­szy – in­for­mu­ję, kie­dy wsia­da­my do środ­ka, a ona od­pa­la auto.

Pa­trzy na mnie, uno­si brew i włącza ra­dio.

Wiem, że chce mnie spro­wo­ko­wać i zro­bić mi na zło­ść, dla­te­go od­wra­cam gło­wę w stro­nę przed­niej szy­by, a ona dość spraw­nie wy­je­żdża z par­kin­gu.

– Cen­trum jest w dru­gą stro­nę – in­for­mu­ję, kie­dy wje­żdża na pu­stą uli­cę.

– Nie żar­tuj, se­rio?

– Par­ker… – od­po­wia­dam su­cho.

– Za­wsze za­czy­nam od obrze­ży, sie­rżan­cie. Gdy­by w cen­trum coś się dzia­ło, ktoś by do nas za­dzwo­nił – mówi bez zbęd­nych ce­re­gie­li. – Na przed­mie­ściach jest ci­cho, ale to nie zna­czy, że nic się nie dzie­je. Mamy tam kil­ku ty­pów, co urządza­ją so­bie wy­ści­gi ulicz­ne. Albo śmie­ci wy­wo­żą pod las, albo… naj­go­rzej: przy­wi­ązu­ją tam szcze­nia­ki czy ko­cia­ki do drzew. Lu­dzie bez ser­ca. Ta­kże miej oczy sze­ro­ko otwar­te. – Jej głos sta­je się tro­chę ostrzej­szy, po­wa­żniej­szy. – Zda­rza­ją się też te­le­fo­ny, że na przy­kład sąsiad bije swo­ją żonę. Przy­je­żdża­my na miej­sce, a ona twier­dzi, że to nie mąż, że sama się ude­rzy­ła. Tak tyl­ko uprze­dzam, że­byś się nie zdzi­wił. Nie chcą na­wet je­chać do szpi­ta­la, ni­g­dy nie ze­zna­ją prze­ciw­ko mężom. A w na­szej obec­no­ści żad­na nie do­sta­nie w twarz. Znam te hi­sto­rie na pa­mi­ęć. Mamy je na oku, ale nie mo­że­my ca­ły­mi dnia­mi cza­to­wać pod ich do­ma­mi. Więc jak szef będzie py­tał, to prze­ka­za­łam ci wszyst­kie in­for­ma­cje. Przy­naj­mniej te naj­wa­żniej­sze. Wy­star­czy na naj­bli­ższe ty­go­dnie. A resz­tę opo­wiem, jak do­je­dzie­my.

Przez po­zo­sta­łą dro­gę mil­czy. Sam nie pró­bu­ję jej za­ga­dy­wać. Za­miast tego wpa­tru­ję się w okno, żeby na pew­no ni­cze­go nie prze­ga­pić.

Kie­dy do­je­żdża­my pod las, par­ku­je na po­lnej dro­dze i gasi sil­nik. Kiwa gło­wą, że wy­sia­da­my, co od razu ro­bię. Wo­kół pa­nu­je mar­twa ci­sza prze­ry­wa­na je­dy­nie stu­ka­niem ja­kie­goś dzi­ęcio­ła.

Jed­nym spraw­nym ru­chem wy­łącza ka­me­rę.

– Wej­dź tu. – Wska­zu­je na las. – Ja pój­dę pro­sto i spo­tka­my się tam gdzieś.

Roz­dzie­la­my się więc i od­cho­dzi­my ka­wa­łek od sa­mo­cho­du. Sta­ram się roz­glądać, ale jed­no­cze­śnie mieć ją na oku, żeby się nie zgu­bić. Je­stem zdzi­wio­ny, kie­dy wcho­dzi do lasu, ale za­raz szyb­ko zmie­rza w moim kie­run­ku.

– Nie mu­si­my się lu­bić, sie­rżan­cie, ale pew­nie często wy­lądu­je­my ra­zem na pa­tro­lu. Szef nie­na­wi­dzi, kie­dy wtrącam się w prze­py­chan­ki tych ma­łże­ństw i pó­źniej kłó­cę z tymi głąba­mi, któ­rzy pod­no­szą rękę na żony. Za­zwy­czaj to on woli z nimi ga­dać, bo wte­dy tyl­ko mówi im, że to ma być ostat­ni raz i ni­g­dy wi­ęcej ma się to nie po­wtó­rzyć. Za dwa dni ro­bią to samo. Ta­kże jak kie­dyś z ja­ki­mś kre­ty­nem po­roz­ma­wiam, a szef pó­źniej cię o to za­py­ta, to nic nie wiesz. Albo mó­wisz mu, że za­cho­wa­łam spo­kój i to była zwy­kła roz­mo­wa, ro­zu­miesz?

– Ro­bisz im z ży­cia pie­kło, co? – Uśmie­cham się sze­ro­ko.

Par­ska śmie­chem i lek­ko kręci gło­wą.

– To ja je­stem ich pie­kłem.

Przez chwi­lę pa­trzę na nią z uko­sa, pró­bu­jąc od­czy­tać coś wi­ęcej z twar­dej fa­sa­dy, ale ona nie daje się roz­gry­źć. Twarz nie zdra­dza ani cie­nia emo­cji.

– Chy­ba nie je­steś lu­bia­na w tym mie­ście, praw­da? – py­tam, kie­dy za­wra­ca­my w stro­nę ra­dio­wo­zu.

Rzu­ca mi krót­kie, obo­jęt­ne spoj­rze­nie, jak­by to py­ta­nie w ogó­le jej nie ru­szy­ło.

– Nie ob­cho­dzi mnie to – mówi spo­koj­nie, ale w jej gło­sie czai się coś lo­do­wa­te­go, coś, co nie po­zo­sta­wia złu­dzeń. – Nie za­le­ży mi na tym, żeby ktoś mnie lu­bił, bo ja też wi­ęk­szo­ści nie da­rzę sym­pa­tią. Lu­bię tyl­ko tych, któ­rzy nie są pie­przo­ny­mi świ­ętosz­ka­mi uda­jący­mi, że nic złe­go się nie dzie­je. Lu­bię lu­dzi, któ­rzy nie gra­ją, a dzi­siaj wszyst­ko jest jed­ną wiel­ką, za­sra­ną grą. Ka­żdy uda­je. Ka­żdy kła­mie. I są tacy, któ­rzy kła­mią tak dłu­go, że za­czy­na­ją w te bred­nie wie­rzyć.

Wy­da­je się, jak­by w jej świe­cie wszyst­ko było albo czar­ne, albo bia­łe. To świat, gdzie albo je­steś sil­ny, albo ktoś cię znisz­czy. Albo je­steś dra­pie­żni­kiem, albo ofia­rą. Nic po­mi­ędzy.

A może ona też na­uczy­ła się kła­mać. Też gra w tę „za­sra­ną” grę.

Łże le­piej niż wszy­scy, któ­rych tak otwar­cie po­tępia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij