Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Czerwień królewskiej krwi - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 kwietnia 2026
2990 pkt
punktów Virtualo

Czerwień królewskiej krwi - ebook

Morderstwo.
Trzech książąt.
Jedna dziewczyna, która nie miała nosić korony.

Ruby zna pałac od podszewki. Wie, które drzwi skrzypią, kto kłamie, kto zdradza. W końcu przez lata była służącą. W dodatku jest świetna w rozwiązywaniu zagadek. Jednak nigdy nie przypuszczała, że tuż przed śmiercią król wskaże ją jako… swoją następczynię.

Wrzucona w samo serce gniazda żmij, musi zmierzyć się ze wściekłą wdową, trzema roszczeniowymi (i irytująco przystojnymi) książętami oraz dworem pogrążonym w kryzysie.

Jakby tego było mało, tuż po koronacji znajduje tajemniczą wiadomość: król został zamordowany, a ona może być następna.

Aby przetrwać, Ruby będzie musiała grać w grę, której zasad nie zna – zawierać sojusze i decydować, komu może zaufać. Bo na dworze każdy ma motyw. Każdy coś ukrywa. A jeden z książąt może być zarówno jej największym wrogiem, jak i jedyną szansą na ocalenie.

Bo korona to nie nagroda.
To wyrok.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592696
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku,

witajcie w dzikim, gorączkowym śnie, jakim jest ta książka! Cała historia zaczęła się od jednego prostego pytania: a gdyby tak ze służącej uczyniono królową? To pierwsze pytanie pociągnęło za sobą kolejne, jak to zwykle bywa z najlepszymi pomysłami: Dlaczego ją wybrano? I co się stało z poprzednim władcą? Czy znalazła się w niebezpieczeństwie? Czy się zakocha? A może jej dotychczasowe życie i doświadczenia z pracy jako służąca zrobią z niej zarąbistą władczynię?

Kiedy już wymyśliłam, kim jest ta dziewczyna, Ruby, i jak się zaczęła jej historia, chciałam jej ofiarować zabawne, pikantne i ekscytujące przygody. Dlatego postanowiłam zastosować wszystkie ulubione motywy: enemies to lovers, dziewczyna odkrywająca swoją sprawczość, najlepsi przyjaciele, tylko jedno łóżko, rody królewskie, i dorzuciłam do nich garść innych rzeczy dających mi frajdę, jak kotka o imieniu Księżniczka, skromna służąca o umyśle bystrzejszym niż u wszystkich dokoła oraz absolutnie ukochana scena typu „czy to walka, czy gra wstępna?”… a może i ze dwie takie sceny.

Pisanie tej książki okazało się niesamowitą zabawą. Mam nadzieję, że jej lektura będzie równie ekscytująca!

Jak większość pisarzy mam w głowie – i na twardym dysku – mnóstwo historii i postaci, które nigdy nie ujrzą światła dziennego. Jestem niezwykle wdzięczna, że ta książka powstała. Podczas pracy nad nią dowiedziałam się wiele o sobie jako pisarce, a także o całym procesie wydawniczym. Dzięki tym lekcjom czuję, że będę jeszcze lepiej potrafiła nadawać kształt pięknemu chaosowi w mojej głowie.

A teraz naciesz się tą cudownie romantyczną przygodą i pamiętaj, że w życiu, jak w szachach, warto być o trzy ruchy do przodu. No i mieć pod ręką kota, który zainterweniuje w decydującym momencie.

Niech żyje królowa!

ElizabethROZDZIAŁ
PIERWSZY

Akurat kiedy ogarek świecy zaczyna migotać i zanikać, przez szparę w drzwiach wsuwa się skrawek papieru.

Zamykam książkę i podbiegam do drzwi. Bose stopy marzną na zimnej kamiennej posadzce. Na kartce widnieje tylko jedno, niedbale nabazgrane i rozmazane słowo: „stajnie”. Ledwo zdążyłam je odczytać, a płomień ostatecznie gaśnie.

Z lekkim uśmieszkiem zamieniam długą wełnianą koszulę nocną na szary mundurek służącej, z tak rutynową wprawą, że bez trudu wiążę w ciemności tasiemki przy fartuchu. Po omacku wsuwam pod poduszkę książkę, którą… powiedzmy, że pożyczyłam z biblioteki królewskiej. W końcu wkładam robocze trzewiki i biegnę do stajni pod powoli jaśniejącym niebem, na którym jeszcze świecą ostatnie gwiazdy, wdzięczna za to, że wiatr znad rzeki zachował resztki ciepła późnego lata. Kiedy docieram do potężnych bielonych wrót, czyjaś ręka wysuwa się i wciąga mnie w gęsty cień za rogiem budynku.

Z cichym okrzykiem automatycznie sięgam do kieszeni, ale w tej samej chwili słyszę dobrze znajomy śmiech i nóż zostaje na miejscu.

– Rowan!

– Wybacz – rzuca, chociaż ton jego głosu wcale nie wyraża skruchy. – O mało nas nie wydałaś.

Odwracam się do niego, ale wtedy dodaje:

– Chodź! – I ciągnie mnie w stronę mniejszych drzwi na tyłach.

Pustą stajnię rozświetla pojedyncza świeca ustawiona na świeżo zamiecionej podłodze. Obok spoczywa szachownica z gładkiego połyskującego drewna.

Humor natychmiast mi się poprawia. Podchodzę bliżej i siadam po stronie czarnych bierek.

– Mam tylko godzinę, potem zaczynam pracę.

Nie pierwszy raz zarywam nockę przez książkę i spotkanie z Rowanem.

– Czyli mam mnóstwo czasu, żeby cię pokonać – odpowiada, siadając po stronie figur z kości słoniowej.

Jest już na tyle jasno, że teraz go widzę: potargane jasne włosy, cień zarostu na żuchwie, pełne wargi ułożone w zadziorny uśmieszek. No i oczywiście roziskrzone niebieskie oczy, pełne ‒ jak to nazywa Mellie ‒ „diabelskiego szelmostwa”, które mnie jednak zawsze wydawało się całkowicie nieszkodliwe. Członek królewskiego rodu, który chce się przyjaźnić ze zwykłą służką, nie może być całkiem zły.

Ubranie ma pomięte, koszulę rozpiętą przy szyi, powinien więc wyglądać raczej jak zwykły niechluj, a nie książę, ale ta nonszalancja tylko przydaje mu niedbałego uroku. Widać, że w ogóle się nie kładł albo przynajmniej miał mnóstwo wyczerpujących zajęć.

– A więc – zagajam, unosząc brew – kim… to znaczy, czym się tak strudziłeś? Bo od razu widać, że na pewno nie spałeś.

Rowan bez słowa skupia wzrok na szachownicy, niby rozważając pierwszy ruch. Ale zdradzają go różowiejące koniuszki uszu.

– Wstydź się.

Wzrusza ramionami.

– A co niby mam robić? Cedric przebywa we własnym świecie, Belle prawie ze mną nie rozmawia, Asher jest bardzo zajęty dowodzeniem gwardią czy innymi gównianymi zadaniami z rozkazu ojca, a Sorren…

Urywa. Ale wiem, jak brzmi ciąg dalszy.

A Sorren nie żyje.

Minęło sześć miesięcy od dnia, gdy książę Sorren spadł albo ‒ jeśli wierzyć pogłoskom ‒ skoczył ze Starej Wieży. Z całego serca współczuję Rowanowi. Może nie był blisko związany z najstarszym bratem – Sorren, jako następca tronu, musiał cały czas poświęcać nauce przygotowującej do sprawowania władzy – ale niewątpliwie go podziwiał.

Jak wszyscy.

Książę Sorren był złotym synem królestwa Lumarii: przystojnym, pewnym siebie, życzliwym. Jego śmierć wstrząsnęła krajem. A Rowanowi było przez to szczególnie ciężko. Musiał dźwigać ciężar nie tylko własnej rozpaczy, lecz także żalu wszystkich dokoła. I na pewno nie pomaga to, że są – byli – tak bardzo do siebie podobni. Przez pewien czas ledwo mógł znieść swoje odbicie w lustrze.

Wykonuję swój pierwszy ruch i pytam:

– Jak się miewa król?

Król Octavius rzadko się pokazuje od śmierci Sorrena. Nikt nie wie, co konkretnie mu dolega, ale niewątpliwie podupadł na zdrowiu wskutek straty syna.

– Nie widziałem się z nim od kilku dni. Nie życzył sobie odwiedzin. – Rowan przesuwa pionek. – Ale mam nadzieję, że odzyskuje siły, bo wczoraj odbył się kolejny protest. Musi zareagować.

– Myślałam, że książę Asher posłał wojsko…

Rowan przeciąga dłonią po jasnych włosach.

– Zgadza się, ale bez zgody ojca nie może nic więcej zrobić. Zresztą, kto powiedział, że wojsko to dobra odpowiedź? Nie chcemy stosować przemocy. Na razie protesty są pokojowe… Gdyby żołnierze zaatakowali, doszłoby do katastrofy. Sądzę… nie, moja opinia jest nieistotna. – Nagle wydaje się bardzo zmęczony. – Nikt nie pyta mnie o zdanie. Asher, rzecz jasna, pragnie pokazu sił.

– Ostatnio nieźle mu idzie – rzucam, nawet nie próbując ukryć odrazy. Po śmierci Sorrena Asher stał się wściekły, porywczy i przesadnie wymagający. Wyrzucił co najmniej trzech lokajów i dwie pokojowe swojej narzeczonej. Nieustannie wysyła oddziały na dodatkowe manewry bądź w celu postraszenia protestujących. Ale nie zawsze taki był. Nie mogę ścierpieć, że tak mnie obchodzi jego przemiana. Tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Rowan przewraca oczami. On za to chyba ani trochę się nie zmienił. Zawsze był ciepły, ujmujący i psotny. Płatał niani figle i po kryjomu uczył się od stajennych grać w karty.

– Ruby – mówi z wyrzutem – nie wyciągnąłem cię po kryjomu z pokoju, żeby rozmawiać o polityce. Nie przynudzaj jak reszta.

– Bardzo przepraszam, ale sama się wyciągnęłam.

Jego dłoń zawisa nad skoczkiem.

– Fakt. Wysoko cenię twój spryt. Ale ma on swoje granice.

– To była wina ptaka, nie moja, wiesz przecież.

Rowan się śmieje.

Pewnego wieczoru, pięć czy sześć lat temu, sowa wleciała w koronę drzewa na skraju zamkowych ogrodów – drzewa, na którym akurat się chowałam. Wrzasnęłam, wystraszona puściłam gałąź i spadłam na ziemię, prosto pod nogi Rowana, tym samym zdradzając, że go śledziłam. Postanowił nie karać mnie za to wykroczenie, tylko poprosił, żebym zwinęła dla niego kilka porcji sławnego ciasta brzoskwiniowego autorstwa Mellie.

Moja kariera przestępcza szybko dobiegła końca, za to nasza przyjaźń przetrwała.

– To przez jaką książkę tym razem nie spałaś? – pyta. – Jedno z romansideł mojej mamy?

Kręcę głową, żałując, że nie mam dłuższych włosów, które zakryłyby rumieniec. Niepotrzebnie wspomniałam kiedyś o książce, którą znalazłam wetkniętą w zakurzony kąt biblioteki obok starych dzienników królowej. Nazywanie tego dzieła romansem to spory eufemizm. Nigdy wcześniej ani później nie czytałam niczego równie… dosadnego. Oczywiście Rowan zażądał, żebym przyniosła książkę jemu, zamiast oddawać ją do biblioteki. Nie wątpię, że zrobił użytek ze wszystkich informacji, które zaczerpnął z jej stronic.

Nie czekam, aż zacznie dalej ze mnie szydzić, tylko opowiadam o książce, którą czytałam tuż przed naszym spotkaniem – o zaginionej księżniczce dążącej do powstrzymania złej władczyni, która odebrała jej królestwo. Jednocześnie z moją opowieścią toczy się nasza rozgrywka, aż w końcu do stajni wpada cienki snop przyjaznego blasku słońca, a ja przewracam króla z kości słoniowej.

– Dosyć tego – mówi Rowan. – Więcej z tobą nie gram. Jesteś za dobra.

Uśmiecham się szeroko.

– Tym razem przyznajesz się do porażki? Nie zamierzasz twierdzić, że „pozwoliłeś mi wygrać”? Albo że to duch Wielkiego Zdrajcy poruszał twoją ręką?

Wyciąga się na klepisku i zakłada ręce za głową.

– Noc się skończyła. Czemu to słońce tak jasno świeci? – jęczy.

Podnoszę się.

– Idź do łóżka. Niektórzy muszą pracować.

Kiedy go mijam, chwyta mnie za kostkę.

– Tylko nie daj się porwać złej królowej.

– W takim razie oby twoja matka nas nie przyłapała – odparowuję.

Rechocze.

– Twierdzisz, że moja matka jest zła? – Zanim zdążę się wytłumaczyć, dodaje ze śmiechem: – W sumie racja. Czy ty wiesz, że wczoraj kazała mi całować niemowlaki? Takie całkowicie prawdziwe, Ruby. Potomstwo jakiegoś dostojnika z zagranicy. Obrzydliwe stworzenia, całe w ślinie.

Niewiele ograniczeń obowiązuje władców Lumarii, ale królowa Narcissa od czasu do czasu skazuje Rowana na straszliwą karę, czyli królewskie obowiązki.

Koszmar.

Puszcza mnie z teatralnym wzdrygnięciem, niechcący trąca kolanem szachownicę i rozsypuje bierki.

– Pst – upominam go. – Nie tylko królową powinniśmy się przejmować. Koniuszy powiedział, że jeśli jeszcze raz mnie złapie, na koniec dnia pracy każe mi dodatkowo czyścić stajnie.

Na co nie mam najmniejszej ochoty po bezsennej nocy. Ani w ogóle.

Rowan poważnieje. Doskonale zdaje sobie sprawę, że to ja ryzykuję najwięcej. Owszem, królowa Narcissa może pacnąć go po ręku czy zmusić do cmokania osesków, ale jego źródło dochodu nie jest ani trochę zagrożone.

Żegnamy się po cichu, po czym podbiegam do drzwi i wychodzę na pierwsze wesołe promienie porannego słońca. Jest znacznie jaśniej – i później – niż myślałam. A niech to.

Najszybciej do wejścia dla służby dostanę się przez warzywnik i może nawet zdążę zjeść śniadanie przed rozpoczęciem pracy.

Podchodzę bliżej i ściska mnie w żołądku. Furtka jest uchylona. A to znaczy…

Wpadam do środka, lecz jest za późno.

Wszędzie krew.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij