-
nowość
-
promocja
Czerwona Dalia. Anna Travis. Tom 2 - ebook
Czerwona Dalia. Anna Travis. Tom 2 - ebook
Jak rozwiązać śledztwo, w którym brakuje podejrzanych i motywu?
Nad Tamizą zostaje znalezione zmasakrowane ciało młodej kobiety – okrucieństwo sprawcy szokuje nawet policję i wywołuje medialną burzę.
Anonim przysłany do jednego z dziennikarzy sugeruje, że zbrodnia może być powiązaną ze sprawą sprzed lat, kiedy ofiara była nazywana w prasie Czarną Dalią.
Czy te morderstwa rzeczywiście się ze sobą łączą? Anna Travis ma mało czasu, żeby dotrzeć do prawdy i odnaleźć sadystycznego mordercę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8425-858-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DZIEŃ PIERWSZY
Ten jasny, rześki styczniowy poranek był jednym z tych, w które mieszkańcy Richmond w hrabstwie Surrey cieszyli się, że nie mieszkają na zatłoczonym londyńskim West Endzie. Tamiza lśniła w porannym słońcu. Sklepy i główna ulica były puste i ciche: dochodziła szósta rano. Danny Fowler pedałował obok hotelu Richmond, by jak najszybciej dotrzeć do ulicy opadającej w dół i zjechać swobodnie z górki. Zostały mu już tylko trzy gazety. Ze zwykłą finezją przejechał zygzakiem na drugą stronę ulicy, wjechał na chodnik, przystanął, złożył „Timesa” i „Daily Mail”, po czym oparł rower o ścianę i pobiegł w stronę nadrzecznych domów. Jeszcze tylko „Daily Telegraph” i koniec na dziś; nie mógł się doczekać, kiedy będzie w domu i wreszcie zje śniadanie. Gdy wrócił do roweru, z żołądkiem burczącym z głodu, jego wzrok pochwycił biały kształt. Przejechał na drugą stronę ulicy, żeby zerknąć w dół opadającego nabrzeża.
To coś wyglądało jak manekin albo nadmuchiwana lalka. Leżała z nogami rozrzuconymi na boki i rękami wyciągniętymi nad głową, jakby machaniem chciała zwrócić czyjąś uwagę. W jej ułożeniu było coś dziwnego, więc Danny popedałował w dół wąskiej uliczki prowadzącej do rzeki, żeby przyjrzeć się bliżej.
To, co zobaczył, zapamięta do końca życia. Nagie ciało kobiety było w pasie przecięte na pół. Ciemne kasztanowe włosy rozsypały się po ziemi; skóra była biała, jakby pozbawiona krwi. Nabrzmiałe rysy i rozcięte kąciki ust nadawały twarzy grymas przypominający uśmiech klowna. Danny uciekł z krzykiem, porzucając rower.
Inspektor Anna Travis przyjechała do hotelu Richmond, aby dołączyć do rozlokowanej na parkingu grupy dochodzeniowej. Podeszła do nadinspektora Glena Morgana, który stał z kubkiem herbaty w ręce obok policyjnego wozu cateringowego Teapot One.
– Weź coś ciepłego do picia i pójdziemy do namiotu. Przygotuj się na niezbyt miły widok.
Gdy zamawiała kawę, wokół Morgana zgromadzili się pozostali członkowie grupy.
– Znalazł ją dziś rano chłopak rozwożący gazety – powiedział. – Przyszedł z matką i złożył zeznanie. Puściłem go do domu; był w szoku, to czternastolatek.
Zerknął na zatrzymującą się białą furgonetkę specjalistów medycyny sądowej, a potem znów popatrzył na swoich ludzi.
– Nigdy czegoś takiego nie widziałem – dodał.
– To świeży trup? – zapytał ktoś.
Morgan pokręcił głową.
– Trudno stwierdzić. Przypuszczam, że zgon nastąpił kilka dni temu, ale nie jestem pewien. Laboratorium określi dokładniejszy czas.
Morgan, przystojny mężczyzna o krótkich ciemnych włosach i ogorzałej twarzy, większość weekendów spędzał na lokalnym polu golfowym. Zgniótł pusty kubek i wrzucił do pojemnika.
– No dobra, idziemy.
– Pewnie śmierdzi jak diabli? – spytał młody detektyw z dochodzeniówki.
– Nie, ale widok wywróci wam żołądki na drugą stronę.
Ruszyli tą samą wąską uliczką, którą wcześniej Danny zjechał nad brzeg rzeki. Ustawiono tam biały namiot, wokół którego krzątali się eksperci kryminalistyczni w papierowych kombinezonach. Koło namiotu stało duże pudło z identycznymi kombinezonami, ochronnymi nakładkami na buty i gumowymi rękawiczkami.
Bill Smart, jeden z ekspertów, spojrzał na Morgana i z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Cholera – mruknął, ściągając gumowe rękawiczki. – W życiu czegoś takiego nie widziałem. Nie zabito jej tutaj. Morderca ją tu przetransportował i zorganizował ten chory pokaz. Nie znaleźliśmy żadnych śladów, ale może czegoś się dokopiemy po zabraniu ciała do laboratorium.
Kiedy ludzie Morgana wkładali papierowe kombinezony, Smart zdjął swój, zgniótł go w kulę i wyrzucił do kubła na śmieci. Schylił się, żeby ściągnąć nakładki na buty, wyprostował i głęboko zaczerpnął powietrza. Przez trzydzieści lat pracy nic nie wstrząsnęło nim bardziej niż ten groteskowy uśmiech zastygły na twarzy ofiary. Nimi też wstrząśnie.
Anna weszła do namiotu za Morganem. To było jej czwarte śledztwo w sprawie morderstwa i przebyła długą drogę od chwili, gdy na widok pierwszej ofiary, Alana Danielsa, natychmiast zwymiotowała. Po zakończeniu sprawy Danielsa nie spotkała więcej nadinspektora Langtona, z którym wtedy pracowała, ale od czasu do czasu słyszała o jego dokonaniach. Wątpiła, by on interesował się nią czy faktem, że awansowała ze stopnia sierżanta. Następne śledztwa Anny były raczej rutynowe, ale wielu kolegów zazdrościło jej, że ostrogi zdobywała, pracując nad sprawą seryjnego mordercy.
Członkowie grupy stanęli wokół żółtej taśmy otaczającej zwłoki.
– Została przecięta w pasie. Obie części ciała dzieli około trzydziestu centymetrów – powiedział Morgan. – Usta rozcięto z obu stron. Trudno określić, jak wyglądała, zanim to zrobiono. Ma rany na całym ciele.
Anna wolno podeszła do przodu i spojrzała na martwą kobietę. Kątem oka zauważyła, że młody detektyw odwrócił się i wypadł z namiotu. Doskonale wiedziała, jak się poczuł, ale nadal spokojnie wpatrywała się w okaleczone ciało.
– Przede wszystkim musimy ją zidentyfikować – ciągnął Morgan. Zamrugał, gdy mignęła lampa błyskowa; zwłoki obfotografowano ze wszystkich stron. Zerknął na lekarza, tęgiego mężczyznę w okularach z grubymi szkłami, i skinął głową.
– Czysta robota – powiedział lekarz. – Ktokolwiek dokonał tej dysekcji, znał się na tym. Z ciała odprowadzono całą krew: dlatego skóra jest taka biała. Czas zgonu określiłbym na jakieś dwa do trzech dni temu.
Ruszył do wyjścia z namiotu, omijając w pośpiechu dwóch ekspertów kryminalistycznych.
– Doktorze, może mi pan poświęcić kilka minut? – spytał Morgan.
– Na zewnątrz. Tu nie mogę rozmawiać.
Odeszli kawałek od namiotu.
– Jezu, co za potwór jej to zrobił? – lekarz z trudem panował nad emocjami.
– Może mi pan powiedzieć coś więcej?
– Niestety nie, wezwali mnie tylko po to, żebym stwierdził zgon. Muszę wracać do szpitala.
– Powiedział pan, że to robota zawodowca – drążył Morgan.
– Na to mi wygląda, ale więcej szczegółów poda panu patolog. Ciało przepołowiono bardzo starannie, brzegi cięcia są nieposzarpane, a jeśli chodzi o usta, użyto noża o cienkim ostrzu. Ma też rany cięte na twarzy, szyi, ramionach i nogach.
Morgan westchnął, rozczarowany brakiem konkretów. Popatrzył na swoich ludzi, którzy wychodzili z namiotu, wyraźnie zszokowani. Zdjęli papierowe kombinezony i ochraniacze na buty.
Anna wyszła ostatnia. Zanim pozbyła się ochronnego ubrania, pozostali byli już w drodze na parking. Zerknęła w górę nabrzeża i zobaczyła, że na drodze zebrała się spora grupka gapiów. Mieli stamtąd doskonały widok: najwyraźniej zabójca chciał, by ofiarę znaleziono szybko. Może teraz stał wśród gapiów i przyglądał się pracy śledczych. Na tę myśl przeszył ją dreszcz.
Komisariat w Richmond znajdował się zaledwie dziesięć minut drogi od miejsca znalezienia zwłok, więc to tam umieszczono centrum operacyjne. Spotkanie grupy dochodzeniowej wyznaczono na jedenastą trzydzieści. W pomieszczeniu przeznaczonym dla zespołu ustawiono dużą białą tablicę, biurka i stoły z komputerami. Gdy członkowie grupy organizowali sobie miejsca pracy, pojawił się Morgan.
– No dobra, zaczynajmy – powiedział. Beknął głośno, przeprosił i wyjął z kieszeni białą tabletkę. – Musimy się dowiedzieć, kim jest ofiara. Dopóki jej nie zidentyfikujemy i nie dostaniemy raportu z laboratorium, nie bardzo mamy od czego zacząć. Na razie wiemy tylko, że to, co zrobiono z jej ciałem, wygląda na robotę profesjonalisty, więc musimy szukać podejrzanego z doświadczeniem medycznym albo chirurgicznym.
Anna podniosła rękę.
– Czy porzucenie ciała tuż przy drodze, gdzie musiało zostać szybko znalezione, może sugerować, że zabójcą jest ktoś miejscowy?
– Owszem – odparł Morgan, krusząc tabletkę. Spojrzał przed siebie, jakby zastanawiał się, co powiedzieć dalej, a potem wzruszył ramionami. – Zaczniemy od przejrzenia listy zaginionych z tej okolicy.
O pierwszej piętnaście zwłoki włożono do plastikowego worka i przewieziono do laboratorium. Zespół policjantów, których wyznaczono do przeszukania terenu, miał trudne zadanie, bo po nocnym przymrozku na twardej ziemi nie mogło zostać wiele śladów.
Morgan poprosił mundurowych o obchód nadrzecznych domów. Morderstwo wyglądało na starannie zaplanowane, ale może ktoś dostrzegł w nocy albo o świcie kręcący się po okolicy samochód.
Na tablicy w centrum operacyjnym powieszono zdjęcia ofiary. Jeszcze parę lat temu zostałyby w aktach; uznano by, że taki widok raczej nie pomoże detektywom w pracy. Poza tym przypadkowo mógł zobaczyć fotografie krewny ofiary czy inny przesłuchiwany w sprawie i doznać wstrząsu. Jednak Morgan nalegał, aby były na widoku. Chciał, żeby wszyscy członkowie jego zespołu zrozumieli powagę sytuacji. Morderstwo na pewno wywoła wrzawę w mediach. Do czasu aresztowania zabójcy skasuje wolne weekendy.
O osiemnastej ich N.N. wciąż nie została zidentyfikowana.
DZIEŃ DRUGI
Lista osób zaginionych w rejonie Richmond w niczym nie pomogła, a żaden z mieszkańców nadrzecznych domów nie zauważył niczego podejrzanego. Okolica nie była dobrze oświetlona, więc zabójca mógł przyjechać i odjechać niepostrzeżenie. Udało się tylko ustalić, że jeden z mieszkańców, który o drugiej w nocy wyprowadzał psa, przechodził obok miejsca znalezienia ciała i nie dostrzegł w pobliżu zaparkowanego samochodu. Uznano zatem, że zabójca umieścił zwłoki na nabrzeżu między drugą a szóstą nad ranem.
DZIEŃ TRZECI
Morgan poprosił Annę i jeszcze jednego detektywa, by pojechali z nim do kostnicy wysłuchać wstępnego raportu patologa. Czas zgonu ustalono na trzy doby przed znalezieniem zwłok. Nie udało się zmierzyć temperatury w odbycie, gdyż tkwiła w nim jakaś blokada, ale po pełnej sekcji zwłok będą mieli więcej danych. Patolog potwierdził, że przepołowienie ciała zostało przeprowadzone profesjonalnie, z użyciem piły chirurgicznej, a przed dysekcją odciągnięto krew. Znalazł cztery potencjalne miejsca wkłucia drenów i zasugerował, że zabójca potrzebował na przeprowadzenie „operacji” jakiegoś pomieszczenia.
– Ofiara ma liczne obrażenia na plecach, pośladkach, ramionach i udach – relacjonował. – Zadano jej wiele uderzeń jakimś tępym narzędziem. Nacięcia po obu stronach ust zrobiono prawdopodobnie skalpelem. Są głębokie, czyste i precyzyjne.
Anna patrzyła na wskazywane miejsca. Na twarzy ofiary ziały głębokie, odsłaniające zęby rozcięcia.
– Potrzebuję więcej czasu – ciągnął patolog – ale rozumiem, że na tym etapie przyda się każdy szczegół. Jeszcze nigdy nie widziałem tak potwornych okaleczeń. Okolice łona i skórę wokół pochwy ponacinano wielokrotnie. Nacięcia tworzą niemal regularną kratkę i są około dziesięciocentymetrowej długości.
Kontynuował raport, a Anna, powstrzymując emocje, robiła szczegółowe notatki. Zaczynał ją drażnić nieustający odgłos chrupania wydawany przez żującego tabletki Morgana. W końcu patolog zdjął maskę i przetarł oczy.
– Umierała powoli w straszliwych mękach – powiedział. – Ma ślady na nadgarstkach, chyba od drutu. Zabójca związał ją, zanim zaczął się nad nią znęcać.
Patolog obszedł ciało ofiary i łagodnie odgarnął jej gęste kasztanowe włosy. Zamilkł na chwilę, a potem powiedział cicho:
– To nie wszystko.
W miarę, jak mówił dalej, Morgan przestał żuć tabletki, a Anna przestała notować. To, co opisywał, było tak porażające, że czuła się, jakby to z niej odpływała krew. Nie potrafiła pojąć, jak ktoś żywą kobietę mógł poddać tak straszliwym katuszom.
Anna siedziała z tyłu, Morgan obok kierowcy. Przez ostatnie dziesięć minut nie odezwał się ani słowem. Przerzuciła notatki i zaczęła je powoli uzupełniać.
– Z powrotem na komisariat? – zapytał kierowca.
Morgan skinął głową.
– Dobrze się czujesz? – zapytał Annę, gdy wytaczali się z parkingu przed kostnicą.
Przytaknęła, zamykając notatnik.
– Ale dzisiejszej nocy nie będę dobrze spała – powiedziała cicho.
Gdy wrócili do centrum operacyjnego, Morgan zrelacjonował, czego dowiedzieli się w kostnicy.
– Ofiarę torturowano, upodlono i w odrażający sposób wykorzystano seksualnie – powiedział. – Nie wiemy jeszcze wszystkiego, bo nadal ustalają rodzaj i przyczyny obrażeń.
Anna rozejrzała się ukradkiem po sali. Wyraz twarzy jej kolegów mówił sam za siebie – wszyscy byli w szoku.
DZIEŃ CZWARTY
Po czterech dniach ofiara nadal pozostawała niezidentyfikowana. Nie zgłosili się żadni świadkowie. Rozszerzono obszar poszukiwań, bo w bezpośrednim otoczeniu miejsca porzucenia ciała niczego nie znaleziono. Raport biegłych sądowych też przyniósł rozczarowanie: z dziewczyny zdjęto wszystkie ślady, ale nie znaleziono ani włókien, ani włosów; jej paznokcie wyszorowano tak dokładnie, że pozdzierano skórę na opuszkach palców. Udało się stwierdzić, że była ciemną blondynką ufarbowaną na kasztanowo, lecz ustalenie marki farby wymagało mnóstwa testów. Odciski palców ofiary nie pomogły w identyfikacji, bo nie figurowały w policyjnych kartotekach. Dość niedawno musiała odwiedzić dentystę: jej zęby zaatakowała próchnica, a wypełnienia były nieskazitelne. Mieli więc nadzieję, że uda się ją zidentyfikować za pomocą kartoteki dentystycznej. Potwierdzono też, że zginęła siedem dni temu: trzy dni przed znalezieniem zwłok.
Zdjęcia zwłok poddano obróbce, aby przed ich opublikowaniem w mediach usunąć rozcięcia nadające ofierze wygląd klowna. Gdy na tablicy powieszono wizerunek niezeszpeconej twarzy zamordowanej kobiety, Anna powiedziała:
– Była śliczna.
Morgan, który przeżuwał kolejną tabletkę, wzruszył ramionami.
– Miejmy nadzieję, że dokądś nas te zdjęcia zaprowadzą, bo na razie drepczemy w miejscu.
W popołudniowym wydaniu „Evening Standard” ukazała się fotografia ofiary oraz apel, żeby każdy, kto ma jakiekolwiek informacje o niej, dzwonił do centrum operacyjnego. Nie wspominano o przepołowieniu ciała, podano tylko miejsce jego znalezienia.
Wkrótce telefony zaczęły się urywać, a rozmowy z różnymi maniakami i wysłuchiwanie rozmaitych teorii angażowały czas wszystkich. O dwudziestej siedem Anna odebrała telefon od Sharon Bilkin, która z wahaniem podała swoje nazwisko i adres, po czym powiedziała, że jest prawie pewna, że zdjęcie przedstawia jej współlokatorkę Louise Pennel. Ostatni raz widziała Louise trzy dni przed morderstwem.
DZIEŃ PIĄTY
Sharon Bilkin przyszła na posterunek o dziewiątej. Miała dwadzieścia sześć lat i była blondynką o twarzy dziecka, stanowczo za mocno umalowanej. Przywiozła ze sobą plik zdjęć Louise, w której członkowie grupy od razu rozpoznali ofiarę. Powiedziała, że ostatni raz widziała Louise w nocnym klubie Stringfellow dziewiątego stycznia. Ona wyszła z klubu parę minut po północy, a Louise została i nie wróciła do domu. Spytana, dlaczego tego nie zgłosiła, Sharon odparła, że Louise często nocowała poza domem, nawet kilka nocy pod rząd.
Powiedziała też, że Louise pracowała jako recepcjonistka w gabinecie stomatologicznym. Nie pojawiła się tam – jak zeznali inni pracownicy – po dziewiątym stycznia, ale nie wszczęto alarmu, bo nieobecności Louise były częste i nikogo nie niepokoiły. Poza tym przed tygodniem wręczono jej wypowiedzenie.
Louise była sierotą; jej rodzice zmarli wkrótce po tym, gdy skończyła dziesięć lat. Nie miała bliskich krewnych, więc to Sharon poproszono o formalną identyfikację przyjaciółki.
Gdy patolog ściągnął zielone nakrycie, dziewczyna zadrżała i krzyknęła cicho.
– Co się stało z jej twarzą? Z ustami?
– Czy to Louise Pennel? – zapytała Anna.
– Tak, ale co się stało z jej ustami?
– Rozcięto je – odparła Anna i skinęła na pracownika kostnicy, żeby zakrył twarz zmarłej.
Sharon podała kilka nazwisk, ale twierdziła, że Louise nie miała stałego chłopaka. Chciała zostać modelką, stąd tyle zdjęć. Na jednym z nich Louise, ubrana w czerwoną połyskującą cekinami krótką sukienkę, trzymała w ręce lampkę szampana, a we włosy miała wpiętą czerwoną różę. Uśmiechała się słodko ustami w kolorze ciemnej śliwki. Miała mały, lekko zadarty nos i duże, ciemnobrązowe, mocno podkreślone oczy. Była bardzo ładną młodą kobietą.
W sali centrum operacyjnego szumiało, informacja o zidentyfikowaniu ofiary poruszyła wszystkich i dała im potężny zastrzyk adrenaliny. Niecierpliwie czekali na jakikolwiek przełom, a teraz, gdy wreszcie ustalono jej tożsamość, mogli rozpocząć polowanie.
DZIEŃ SZÓSTY
Następnego dnia Morgan usiadł przy biurku już o siódmej piętnaście. Musieli jak najszybciej przesłuchać dentystę, u którego pracowała Louise. Właśnie sporządzał listę osób, z którymi chciał się rano spotkać, gdy do sali weszła Anna z egzemplarzem „Daily „Mirror”.
– Widział pan to już? – spytała.
– Co takiego?
– Druga strona.
Morgan sięgnął po gazetę.
– Cholera – mruknął i opadł ciężko na krzesło. – Skąd to wytrzasnęli?
– Pewnie od Sharon; miała mnóstwo zdjęć. Nikt nie pomyślał, żeby ją poprosić, by nie szła z tym do prasy.
Morgan syknął wściekle. Artykuł zawierał niewiele informacji: że ofiara, którą chciała zidentyfikować policja, nazywa się Louise Pennel, i że rozpoznała ją współlokatorka. Natomiast pod tekstem umieszczono zdjęcie skąpo odzianej Sharon i fotografię Louise z czerwoną różą we włosach.
„Róże są czerwone, lampka jest już pusta.
Kto zabił Louise i rozciął jej usta?”
Jack Douglas, dziennikarz podpisany pod artykułem o Sharon, patrzył na zadrukowaną kartkę, którą anonimowo przesłano do działu kryminalnego.
– Cholerni popaprańcy – wymamrotał. Zmiął kartkę i wrzucił do kosza.
Nadinspektor Morgan uniósł gazetę.
– Teraz zaleje nas potok pierd… – urwał i zgiął się wpół, trzymając się kurczowo za żołądek. Wił się z bólu, gdy podwładni pomagali mu przejść do biura. Wezwano karetkę, która o dziesiątej piętnaście zabrała go do szpitala w Richmond. Przed południem okazało się, że sprawa jest poważna. Nadinspektor Morgan miał krwawiące wrzody, co na dłuższy czas wyłączało go z gry. Sprawę musiał, i to szybko, przejąć ktoś inny.
Wczesnym popołudniem ludzi Morgana poinformowano, że do akcji wkracza nadinspektor James Langton wraz z dwójką swoich ludzi.2
DZIEŃ SIÓDMY
Langton pojawił się w centrum operacyjnym tuż po dziesiątej. Anna obserwował jego przyjazd przez okno. Zaparkował nierówno i trzasnął drzwiami samochodu. Nadal jeździł zdezelowanym roverem, ale w granatowym garniturze w prążki, bladoniebieskiej koszuli z białym kołnierzykiem i rdzawoczerwonym krawacie wyglądał znacznie lepiej od poczciwego starego Morgana.
Na parkingu do Langtona dołączyli sierżant Jan Barolli i inspektor Mike Lewis, detektywi, z którymi Anna rozpracowywała sprawę Danielsa. Każdy niósł stertę akt. Przed wejściem na posterunek przystanęli i zamienili parę słów.
Gdy Langton, Lewis i Barolli weszli do sali centrum, Anna siedziała przy swoim biurku i udawała bardzo zajętą. Langton podszedł prosto do tablicy, obejrzał wywieszone materiały i dopiero potem przywitał się z zespołem. Przedstawił swoich ludzi, skinął głową Annie, wyraził żal, że ich szef się rozchorował, a po czym przeszedł do konkretów.
– Muszę się dokładnie zapoznać z zebranymi materiałami, ale wam nie wolno tracić czasu. Pominąwszy identyfikację ofiary, zdaje się, że nie bardzo macie punkt zaczepienia. Mieszkania dziewczyny nie wyeliminowano jako możliwego miejsca zbrodni, więc wyślijcie tam biegłych. Zróbcie listę przyjaciół i znajomych Louise Pennel i bierzcie się do przesłuchań. Dziewczyna zniknęła na trzy dni. Gdzie się w tym czasie podziewała? Kto ostatni widział ją żywą? Ustalcie to. Dajcie mi czas do jutrzejszej porannej odprawy, a potem ruszamy!
Zgarnął akta i zaczął rozglądać się za gabinetem Morgana. Młoda posterunkowa poprowadziła go obok biurka Anny. Langton przystanął na moment i spojrzał na nią.
– Witaj, Anno. Miło znów z tobą pracować.
Anna zarumieniła się i wbiła wzrok w ekran monitora. Do jej biurka podeszli Barolli i Lewis. Barolli zażartował, że to już prawie reguła. Spojrzała na niego zdezorientowana.
– Przy sprawie Danielsa dołączyłaś do zespołu Langtona, bo zachorował detektyw Hudson, a tym razem zaniemógł twój szef. Przyznaj się, dosypujesz coś do kawy?
Anna uśmiechnęła się, choć żart niespecjalnie ją rozbawił.
– Sprawa Danielsa przyczyniła się do twojego awansu. Gratulacje – dodał Lewis z nutką sarkazmu w głosie.
Obaj ruszyli za Langtonem do gabinetu, z którego po chwili wyszła młoda posterunkowa. Anna patrzyła, jak napełnia trzy kubki czarną kawą i kładzie na talerzu pączki.
– Przystojniak z niego, co? Fajny garnitur – powiedziała dziewczyna.
– Nie cierpi zimniej kawy – odparła Anna z uśmiechem. – Jeśli wystygła, lepiej poproś kantynę, żeby zaparzyli nową.
– Więc już z nim pracowałaś?
– Tak, jakiś czas temu.
– Jest żonaty?
– O ile mi wiadomo, nie. Jeszcze chwila, a kawa już na pewno będzie zimna.
Gdy posterunkowa odeszła, Anna spojrzała na kolegę przy sąsiednim biurku.
– Jak jej na imię, bo ciągle zapominam?
Nawet nie podniósł wzroku.
– Bridget; jak ta od dziennika.
Anna westchnęła. Młoda kobieta mimo lekkiej nadwagi była bardzo ładna; blondynka o jedwabistych włosach, nie taki marchewkowy rudzielec jak ona. Próbowała zapuścić włosy, ale nowa fryzura nie wyglądała najlepiej, więc znów obcięła się na krótko, żeby jakoś utrzymać w ryzach niesforne loki.
W centrum operacyjnym panowała kiepska atmosfera. Uwaga Langtona o braku wyników sprawiła, że ludzie poczuli się nieswojo. Anna spisywała pracowicie nazwiska i adresy znanych znajomych Louise i, tak jak pozostali członkowie zespołu, umawiała się na przesłuchania. Za priorytet uznała wizytę w mieszkaniu Louise i ponowne przesłuchanie Sharon.
Louise mieszkała na ostatnim piętrze wąskiego trzypiętrowego budynku przy Balcombe Street, niedaleko stacji metra Baker Street. Anna przystanęła, żeby złapać oddech, bo schody były strome, i skierowała się do mieszkania numer dziewięć. Zapukała i czekała.
– Wejść – usłyszała po chwili.
Pchnęła drzwi i weszła do małego przedpokoju. Był równie wąski jak schody i ozdobiony zdjęciami Sharon, prezentującej stroje dla nastolatek, niektóre bardzo skąpe. Anna nie zauważyła żadnych fotografii Louise.
– Jestem tutaj – zawołała Sharon z kuchni. – Nastawiłam czajnik. Woli pani kawę czy herbatę?
– Poproszę kawę. Czarną, bez cukru – odparła Anna, wchodząc do kuchni.
– Mam tylko rozpuszczalną – powiedziała Sharon, która w pośpiechu zmywała piętrzące się w zlewie naczynia.
– Może być.
Anna usiadła na składanym plastikowym stołku; pozostałą przestrzeń malutkiej kuchni zajmowały tanie szafki, lodówka i pralka.
– Nie sądzę, żebym mogła coś dodać do tego, co już powiedziałam – zastrzegła Sharon, nalewając wrzątek do kubków.
– Chcę po prostu trochę lepiej poznać Louise – wyjaśniła Anna. Wyjęła z torby notes i dyktafon. – Mogę nagrywać? To na wypadek, gdybym nie zanotowała czegoś, do czego później będę chciała wrócić.
Sharon skinęła głową i przyciągnęła sobie krzesło.
Anna włączyła dyktafon.
– Podałaś nam listę znajomych Louise, ale może kogoś pominęłaś?
– Wczoraj wieczorem jeszcze raz przejrzałam notes z adresami i nikt więcej nie przyszedł mi do głowy.
– Czy Louise prowadziła dziennik?
– Nie wiem.
– Może później byśmy się rozejrzały? Proszę, tu jest nakaz.
Sharon nawet nie zerknęła na pokazywany dokument, zajęta chrupaniem herbatnika w czekoladzie.
– Wspomniałaś nadinspektorowi Morganowi, że Louise z kimś się spotykała.
– Nie znam jego nazwiska i widziałam go tylko raz, gdy zadzwonił po nią z dołu. Nie wszedł na górę, ale właśnie wychodziłam, więc zobaczyłam, że zaczekał na nią w samochodzie. Przynajmniej tak mi się wydaje.
– W jakim samochodzie?
– Już mnie o to pytano. Był czarny i błyszczący, ale nie wiem, jakiej marki.
– Potrafiłabyś opisać tego mężczyznę?
– Już go opisywałam.
– Wiem, ale zrób to dla mnie.
Sharon skończyła herbatnik i otarła palcami kąciki ust.
– Wysoki, ponad metr osiemdziesiąt. Krótko ostrzyżony brunet w długim ciemnym płaszczu, bardzo szykowny. Twarzy właściwie nie widziałam. Pamiętam tylko haczykowaty nos.
– Jak myślisz, ile ma lat?
– Trudno powiedzieć; jakieś trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu. Nie był młody i nie był podobny do innych jej znajomych.
– Od dawna się z nim spotykała?
Sharon wzruszyła ramionami.
– Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że znała go jeszcze z czasów przed przeprowadzką tutaj. Nie spotykali się regularnie, ale zależało jej na nim.
– Dlaczego tak uważasz?
– Kiedy umawiała się z nim, pół dnia spędzała na przebierankach, czasem pożyczała nawet moje ciuchy. Mówiła, że dla niego chce wyglądać fantastycznie, kupiła nawet bardzo wysokie szpilki.
– Zginęły?
– Nie wiem, nie sprawdzałam.
– Sprawdzimy później. Chciałabym, żebyś przejrzała jej rzeczy i zobaczyła, czy czegoś nie brakuje.
– Mogę, ale wątpię, czy to się na coś przyda. Widzi pani, mieszkałyśmy razem, ale nie byłyśmy przyjaciółkami.
– Nie?
– Odpowiedziała na ogłoszenie, które umieściłam w „Time Out”, gdy wyprowadziła się moja poprzednia współlokatorka. Nie stać mnie na płacenie czynszu za całe mieszkanie, więc musiałam szybko kogoś znaleźć.
– Kiedy to było?
– Jakieś siedem miesięcy temu. Nie wiem, gdzie Louise mieszkała przedtem. Nie miała dużo bagaży, pieniędzy też nie miała wiele; zarabiała grosze.
– Mówiłaś, że pracowała w gabinecie dentystycznym?
– Tak, ale dostawała pensję minimalną. Zgodziła się, bo mieli za darmo zrobić jej koronki i kilka wypełnień. Potem pewnie rzuciłaby tę robotę. Wspominała czasem, że okropnie się tam nudzi i ciągle słyszy dentystyczne wiertło.
– A ty pracujesz jako modelka?
– Tak, głównie dla katalogów. Mam też pół etatu w pobliskiej kafejce.
Anna dalej zadawała proste pytania, nie chcąc spłoszyć Sharon, zanim spróbuje skierować rozmowę na bardziej osobiste tematy.
Langton, Barolli i Lewis spędzili całe przedpołudnie na zapoznawaniu się z aktami sprawy. Skończyli o czternastej.
– Nic nie mają – stwierdził nadinspektor.
– Dobrze, że przynajmniej ją zidentyfikowali – rzucił Lewis.
– Wieczorem mamy odprawę. Do tego czasu zdążę przesłuchać tę Sharon, współlokatorkę ofiary.
– Travis już tam jest – powiedział Barolli.
– Wiem – odparł Langton, wychodząc.
Barolli spojrzał na Lewisa z lekkim zdziwieniem.
– Mówił coś o niej? – spytał.
– O kim? O Travis?
– Tak. Kiedy zobaczył jej nazwisko na liście członków zespołu, najpierw go zatkało, a potem udawał, że niczego nie zauważył. Kumplują się, słyszałeś?
– Słyszałem, że trochę więcej, niż kumplują! Pamiętasz Jean, tę posterunkową o kamiennej twarzy? Mówiła, że widziała, jak się pokłócili.
– Bzdura! Po pierwsze, ona nie jest w jego typie, a po drugie Langton nie jest taki głupi, żeby posuwać babkę ze swojego zespołu. I tak wszystkie na niego lecą, nie musi się zabawiać na własnym podwórku.
– Powtarzam tylko to, co usłyszałem – odparł nieco zakłopotany Lewis.
Barolli otworzył teczkę z raportem patologa.
– Przeczytałeś to?
Lewis pokręcił głową. Langton nalegał, żeby jak najszybciej zapoznali się z aktami, więc podzielili się pracą.
– Dół strony – Barolli zaznaczył długopisem fragment dla Lewisa.
To nie był tekst, na który wystarczyło zerknąć. Lewis przewrócił stronę i czytał dalej, po czym powoli zamknął teczkę.
– Jezu Chryste! Już te wszystkie rany są koszmarne, nie wspominając o rozciętych ustach. To jest chore, kurwa! Po prostu chore.
Barolli przytaknął; od samej lektury zrobiło mu się niedobrze.
– Nie do wiary. A jeszcze nie skończyli sekcji. Co za bydlak tak ją urządził?
Lewis wziął głęboki oddech.
– Lepiej go złapmy, do cholery.
Anna siedziała w zagraconej sypialni Louise. Przykryte różową narzutą pojedyncze łóżko było niezasłane. Spytała, czy Louise zdarzało się zapraszać kogoś do mieszkania. Sharon pokręciła przecząco głową: zakaz zapraszania gości należał do regulaminu domowego i, o ile jej wiadomo, Louise nigdy go nie złamała.
– Właścicielka mieszka na parterze, dostałaby chyba ataku apopleksji.
– Ale często nocowała poza domem?
– Tak, ja zresztą też. Żadna z nas nie miała stałego chłopaka, więc nie bardzo nam przeszkadzało, że nie możemy tu nikogo sprowadzać.
Anna musiała odchylić kolana, żeby Sharon mogła otworzyć drzwi szafy.
– Nie wiem, czy czegoś brakuje. Jak już mówiłam, Louise nie mieszkała tu długo. Moment, zaraz wracam!
Gdy Sharon wyszła z pokoju, Anna wstała, żeby zerknąć na ubrania. W szafie panował idealny porządek – w jednej części wisiały ubrania do pracy (białe bluzki, proste ciemne spódnice i parę żakietów), a w drugiej ciuchy na wyjście, kilka eleganckich i znacznie więcej tanich efektownych szmatek.
Sharon wróciła do sypialni i zajrzała do szafy.
– Louise miała rdzawoczerwony płaszcz z czarnym aksamitnym kołnierzem i takimi samymi guzikami – powiedziała. – Nie ma go ani tu, ani w szafie w przedpokoju.
Anna kiwnęła głową i spojrzała na łóżko.
– Zawsze zostawiała je niezasłane?
– Prawie. Powiedziano mi, żebym go nie ruszała, na wypadek gdyby chcieli zabrać pościel i resztę.
Anna wskazała elegancką suknię na wieszaku: z głębokim dekoltem, wąskim stanem i kloszową spódnicę.
– Louise chciała być modelką – wyjaśniła Sharon. – Pytała mnie o agencje i jak się załapać do tej pracy. Miała świetną figurę, ale czasem za mocno się malowała. Postarzało ją to, zwłaszcza że zaczęła używać tej ciemnoczerwonej szminki.
Rozległ się dzwonek domofonu i Sharon poszła odebrać. Anna dokładniej przyjrzała się ubraniom. Sprawdziła metki na dwóch kaszmirowych swetrach, które znalazła w komodzie. Oba były bardzo drogie i jeszcze nienoszone: leżały zawinięte w sklepową folię.
Usłyszała, jak Sharon mówi do kogoś, żeby wszedł na górę. Wysunęła następną szufladę. Znalazła w niej bieliznę, zarówno drogą, koronkową, jak i znoszoną ze zwykłej bawełny. Na dźwięk głosu Langtona, pytającego Sharon o drogę do sypialni, zaczerwieniła się i zamknęła szufladę.
Po chwili stanął w drzwiach pokoju.
– Trochę tu ciasno – powiedziała.
Langton przywitał ją skinieniem głowy i zwrócił się do Sharon:
– Same prałyście swoje rzeczy? – spytał.
– Nie. Nasza pralka ciągle się psuje, więc korzystałyśmy z pobliskiej pralni samoobsługowej.
– Więc brudne rzeczy Louise jeszcze tu są?
– Tak, w tym koszu w kącie – odparła. – Nie wiem, co tam jest, nie sprawdzałam.
Langtona spojrzał na Annę, która wskazywała szafę.
– Sharon mówi, że brakuje płaszcza Louise.
Langton skinął głową, omiótł wzrokiem pokój i ponownie odwrócił się do Sharon.
– Możemy porozmawiać?
– Może w kuchni?
Powiedział Annie, że sypialnię zostawia jej, i ruszył za Sharon do kuchni.
Anna dokonała szczegółowego przeszukania. Na szczotce do włosów zauważyła wplątane między ząbki ciemnokasztanowe pasma. Na pewno już je wzięto do zbadania, pomyślała. Nie znalazła żadnego notesu, listów ani zdjęć; tylko parę bibelotów. Kosmetyczka Louise zawierała zbieraninę tanich kosmetyków. Głównie szminki w różnych odcieniach różu i czerwieni. Na toaletce stało kilka flakoników perfum, w tym dwa drogie i jeszcze nierozpakowane. Nacisnęła na rozpylacz w połowie zużytych, pospolicie wyglądających Tudor Rose i powąchała; zapach był ostry i ewidentnie syntetyczny.
Pod łóżkiem był tylko kurz. Zajrzała do kosza na brudne ubrania; wypełniały go białe bluzki, majtki i staniki. Zatrzasnęła przykrywkę i podeszła do komody. W dolnej szufladzie znalazła dwie puste torebki: jedną z dobrej skóry, ale niemodną, i małą tandetną kopertówkę. Żadna nie wyglądała na ostatnio używaną. Zanotowała sobie, żeby spytać Sharon, jaką torebkę nosiła Louise. Nigdzie nie znalazła książeczki czekowej, dziennika ani notesu z adresami.
Idąc do łazienki, usłyszała odgłosy dobiegające z kuchni. Wydawało jej się, że Sharon płacze, a Langton mówi coś bardzo cicho.
W maleńkiej łazience miejsca starczyło tylko na wannę i sedes. Wisząca apteczka zawierała aspirynę i jakieś leki na receptę. Były to wystawione na nazwisko Sharon środki na migrenę. Wróciła do przedpokoju i otworzyła ścienną szafę. Omiotła wzrokiem płaszcze przeciwdeszczowe i stare buty i podniosła wzrok. Na górnej półce dostrzegła sfatygowaną walizkę. Wspięła się na palce i przeczytała na naklejce: „Louise Pennel”. Ostrożnie ściągnęła walizkę i zaniosła do sypialni.
Znalazła w niej dwa albumy ze zdjęciami i notatnik z nazwiskami i adresami wpisanymi bez składu i ładu. Przejrzała pierwszy album. Zawierał kilka czarno-białych zdjęć jakiejś pary. Kobieta była bardzo podobna do Louise, na paru fotografiach miała nawet kwiat we włosach. Mężczyzna, choć bardzo przystojny, sprawiał wrażenie znudzonego i na żadnym zdjęciu się nie uśmiechał. Większość fotografii przedstawiała Louise z czasów wczesnego dzieciństwa, na kilkunastu była w szkolnym mundurku, a na paru ostatnich – nieśmiałą nastolatką. Drugi album zawierał zdjęcia bardziej aktualne. Kilka zrobiono na przyjęciach, inne w zoo przed klatką szympansa, było też parę niewinnych fotek, na których Louise, uwieszona ramienia różnych młodych mężczyzn, uśmiechała się radośnie.
W drzwiach stanął Langton.
– Muszę wracać – powiedział. – Podwieźć cię?
– Chętnie skorzystam – odparła Anna. – Chciałabym zabrać te albumy.
Skinął głową i wyszedł.
Milcząc, wsiedli do wozu patrolowego, Langton z przodu, Anna z tyłu. Kiedy odjeżdżali, na parking przed domem dotarła właśnie biała furgonetka ekspertów kryminalistycznych.
– Może Louise nie była dziwką, ale na to mi wygląda – powiedział Langton, jakby do siebie.
– Mnie też – odparła Anna. – Ma parę naprawdę bardzo drogich ciuchów. Co prawda ma też wiele tanich, ale te drogie to ciuchy od projektantów. No i nalazłam u niej bardzo drogie perfumy.
– Na moje oko Sharon również się w to bawi. Wszystkiemu zaprzecza, ale gdy ją spytałem, czy Louise się puszczała, rozbeczała się. Podrywały facetów w klubach, czasem razem, czasem w pojedynkę. Tego wieczoru, kiedy zaginęła Louise, Sharon poderwała piosenkarza rockowego i spędziła z nim noc w Dorchester. Louise często kilka nocy z rzędu spędzała poza domem. I nigdy, jak twierdzi Sharon, nie gotowała ani nie jadła w domu. Zdaje się, że te schadzki stanowiły coś w rodzaju bonów żywnościowych. Ale Louise była zamknięta i niewiele mówiła o swoim życiu poza domem.
Anna przygryzła wargę. Jej Sharon tego nie powiedziała.
– Musimy namierzyć tego wysokiego, starszego bruneta – oznajmił Langton.
– Sharon podejrzewa, że facet jest żonaty, skoro Louise była taka tajemnicza – powiedziała Anna.
Langton skinął głową.
– Musiał lubić jakieś perwersje. Po spotkaniach z nim Louise wracała z siniakami na twarzy i ramionach. Płakała potem w swoim pokoju, ale nigdy nie zdradziła żadnych szczegółów. Mówiła tylko, że nie lubi robić pewnych rzeczy, cokolwiek to oznaczało.
Anna wpatrywała się w szybę. Langton dowiedział się tylu rzeczy i to tak szybko.
– Sekcja zwłok wykazała brak narkotyków – ciągnął.
– Wiem – powiedziała.
– Ale Louise brała kokainę. Sharon twierdzi, że właśnie o to się pokłóciły. Po jednej z randek z tym starszym facetem Louise przyniosła trochę koki do domu i częstowała ją. Sharon uważa, że Louise i ten facet ostro się zabawiali. Louise znikała na parę dni, a po powrocie była wykończona.
– Miała drogą bieliznę – wtrąciła Anna.
Langton spojrzał na nią.
– Myślę, że nie chodziło tu o seksowne majtki.
– Och! – Anna oblała się rumieńcem.
Poczęstował ją krzywym uśmieszkiem.
– Gdy skończą sekcję, dowiemy się więcej. Ale już to, co nam przekazali, jest wystarczająco odrażające – zamilkł i dopiero po dłuższej chwili spytał: – Jak ci się wiodło?
– Dobrze, dziękuję.
– Znalazłaś jakiegoś miłego faceta?
– Nie, byłam zbyt zajęta pracą.
– Szkoda, że postępy śledztwa na to nie wskazują – odparł. – Do niczego właściwie nie doszliście. Żeby tyle czasu stracić na identyfikację ofiary, co za katastrofa. No, ale stary Morgan nigdy nie był zbyt bystry.
Zanim Anna zdążyła odpowiedzieć, wjechali na parking przy komisariacie. Langton wysiadł i nie czekając na nią, ruszył do wejścia, jakby w ogóle nie istniała. Pośpieszyła za nim i niewiele brakowało, a dostałaby w nos puszczonymi przez niego drzwiami. Zachowywał się tak samo jak wtedy, gdy pracowała z nim po raz pierwszy.
– Uwaga, idę za panem – powiedziała, ale on już biegł po schodach do centrum operacyjnego.
Langton zerknął na zegarek. Minęła osiemnasta trzydzieści. Poprosił o ciszę i rozpoczął odprawę. Uniósł albumy ze zdjęciami znalezione przez Annę.
– Musicie dokładnie je przejrzeć. Szukajcie chłopaków, przyjaciół, wszystkich, którzy mogą powiedzieć coś więcej o jej życiu. I druga ważna sprawa: odwiedźcie kluby, w których bywała. Wypytajcie wszystkich, którzy znali Louise, albo mogli ją widzieć tego wieczoru, gdy zniknęła. Wiemy, że zaginęła na trzy dni przed znalezieniem ciała. Gdzie była? Z kim? Wiodła dość swobodne życie seksualne, brała kokainę i ekstazy; śladów narkotyków nie znaleźliśmy, ponieważ jej ciało wydrenowano z krwi. To ważne, bo chyba żaden chłopak nie zdobyłby się na coś takiego, a potem na dodatek przeciął ją na pół. Może więcej powiedzą nam wyniki badań toksykologicznych, ale dostaniemy je dopiero za trzy, cztery tygodnie. Wstępny raport z sekcji zwłok zawiera mnóstwo niemiłych detali i podejrzewam, że to nie koniec. Ktokolwiek poćwiartował tę młodą kobietę, musi mieć dom albo mieszkanie, w którym mógł to zrobić. Musi też mieć samochód, skoro przetransportował ofiarę tam, gdzie ją znaleźliśmy.
– Samochód mógł pożyczyć albo wynająć – wtrącił Lewis.
Langton polecił mu, żeby natychmiast sprawdził wypożyczalnie, uwzględniając czas i miejsce zdarzenia.
Lewis skrzywił się; to długa i nudna robota. Mruknął do Barollego, że niepotrzebnie się wychylał.
– Nie znaleźliśmy odzieży ani żadnych innych rzeczy osobistych ofiary, więc przykro mi, jeśli już to słyszeliście, ale musimy sprawdzić kontenery i pojemniki na śmiecie. Niech ktoś ustali, kiedy ostatnio je opróżniano. Sprawdźcie też miejscowe wysypiska i przydomowe śmietniki.
Odwrócił się w stronę tablicy.
– Spójrzcie: ciało przepołowiono tą piłą i jest niemal pewne, że prowadził ją ktoś z doświadczeniem medycznym lub chirurgicznym. To zawęża krąg podejrzanych, więc eliminujcie, aż zacznie się wyłaniać zabójca. Musimy namierzyć wysokiego, ciemnowłosego mężczyznę jeżdżącego – machnął zirytowany ręką – drogim czarnym samochodem. Wiemy, że ten mężczyzna spotykał się z naszą ofiarą. Był bardzo dyskretny; używał narkotyków i zachęcał Louise do perwersyjnych seksualnych zabaw. Podejrzany prawie na pewno jest żonaty. Na początek szukajcie w okolicy. Lekarza albo chirurga pozbawionego prawa wykonywania zawodu za jakieś zaniedbania, lekarza lub chirurga z kartoteką policyjną. Kiedy przetrzepiemy okolicę, zarzucimy sieć dalej i w końcu dostaniemy drania!
Włożył ręce do kieszeni.
– Nikomu nie mówcie, co jej zrobiono, bo prasa uczepi się tego horroru i będziemy tu mieli powtórkę z Freda Westa, czego nie chcemy. I bez tego góra będzie mi siedzieć na karku, że nie wspomnę o pnących się po szczeblach kariery pracoholiczkach.
Anna zrozumiała, że to aluzja do jej awansu, chociaż Langton nawet nie zerknął w jej stronę.
Odprawa trwała jeszcze prawie godzinę. Nikt się nie odzywał, nawet kiedy nadinspektor ostro krytykował dotychczasowy sposób prowadzenia śledztwa. Nie zamierzał tracić już ani chwili; powiedział, że mają się wykazać, i to szybko. Niech zapomną o odpoczynku; jeśli zajdzie taka potrzeba, będą pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę. Gdy Langton skończył i poszedł do swojego biura, czuli się, jakby przez salę przeszedł tajfun.
Anna zapytała Lewisa, czego się dowiedział w miejscu pracy Louise. Dentysta powiedział, że była miłą dziewczyną, ale kiepskim pracownikiem: ciągle się spóźniała i była leniwa. Powiedział też, że dał jej wypowiedzenie, a także, że mało zarabiała, bo za darmo leczył jej zęby. Pozostałe dziewczyny pracujące w gabinecie nic do niej nie miały, chociaż trzymała się na uboczu i rzadko, jeśli w ogóle, z nimi rozmawiała. Dentysta miał żonę i czworo dzieci, a tę noc, kiedy Louise była w Stringfellow, spędził w domu z rodziną. Niewiele wiedział o jej życiu prywatnym; natomiast jedna z pielęgniarek przypomniała sobie, że któregoś dnia, jakiś miesiąc przed zniknięciem, Louise chciała wyjść wcześniej. Powiedziała, że ma ważną randkę. Pielęgniarka widziała czarny samochód, chyba rover, zaparkowany naprzeciwko gabinetu, ale nie umiała opisać kierowcy. Powiedziała też, że następnego dnia Louise bardzo się spóźniła i pokazała im perfumy oraz kaszmirowy sweter, które dostała od „przyjaciela”.
Pielęgniarka zapamiętała to zdarzenie, bo wczesnym popołudniem Louise poczuła się bardzo źle i ona musiała ją zastąpić. Wspomniała, że Louise często przychodziła do pracy na kacu. Parę razy wyglądała też, jakby się z kimś biła: miała posiniaczoną twarz, a raz nawet głębokie zadrapania na przedramieniu. Tłumaczyła, że upiła się i spadła ze schodów.
Langton bujał się na krześle, słuchając Barollego, który odczytywał oświadczenie dla prasy. Bardzo ostrożnie podchodził do tego, co mogą ujawnić: parę słów za dużo i zaleją ich telefony od rozmaitych czubków. Najważniejsza była informacja, że policja poszukuje wysokiego bruneta w średnim wieku, żeby wykluczyć go z kręgu podejrzanych, a także osób, które widziały Louise podczas tych trzech dni między zaginięciem a śmiercią. Langton zgodził się na publikację fotografii – tej z różą we włosach. Potem powiedział, że ma dosyć na dziś, i pojechał do domu.
Anna wróciła do domu późno. Była za bardzo zmęczona, żeby coś ugotować, więc po drodze kupiła pizzę. Wyjęła z lodówki otwartą butelkę wina i nalała sobie kieliszek. Otworzyła pudełko z zimną już pizzą i sięgnęła po jutrzejszy „Sun” kupiony na stacji metra. Oświadczenie dla prasy miało się ukazać pojutrze, więc zdziwiła się, zobaczywszy na drugiej stronie gazety znajome zdjęcie.
Tytuł nad fotografią głosił: _Policja szuka mordercy Czerwonej Dalii_. Anna zmarszczyła brwi; we włosach Louise tkwiła nie dalia, a róża. Autor artykułu wiązał ich sprawę z bardzo brutalnym, głośnym morderstwem, które popełniono w latach czterdziestych w Los Angeles. Zamordowaną wtedy Elizabeth Short, piękną brunetkę, nazwano Czarną Dalią od kwiatu, który wpinała we włosy.
Dziennikarz z działu kryminalnego „Sun” połączył obie sprawy, a naczelny to łyknął; określenia Czarna i Czerwona Dalia dobrze wyglądały w druku, podobnie jak kolorowe fotografie obu dziewcząt. Choć nie znał żadnych szczegółów sprawy Louise Pennel, reporter oparł się na tym, że nigdy nie znaleziono zabójcy Czarnej Dalii, a zabójca Louise Pennel po dziesięciu dniach nadal pozostawał na wolności.
Dziennikarz nie wspomniał, że dostał anonim, który zasugerował mu powiązanie obu historii. Drugi list wysłany przez zabójcę leżał zgnieciony w koszu na śmieci.