Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Czerwona woda - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
3499 pkt
punktów Virtualo

Czerwona woda - ebook

Opowieść o micie, który ożywa, i prawdzie, której nie da się zatopić.

Gdy milkną piły, woda w Szurpiłach barwi się na czerwono, a pszczelarz Antanas znajduje martwy rój nad brzegiem. Wyłowione z jeziora pocięte ludzkie ciało to dopiero początek makabrycznych odkryć. Aspirant Ruta Rosieńska rozpoczyna śledztwo, w którym tropy prowadzą od opuszczonego ula, przez skrytkę na suwalskim dworcu aż do przydrożnego krzyża w Widugierach.

Aby odkryć, dlaczego jezioro spłynęło krwią, Ruta musi się zmierzyć nie tylko z bezwzględnymi mordercami, ale również ze zmową milczenia i tajemnicą własnego pochodzenia.

Czerwona woda. Legenda, która przesiąkła krwią.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-795-8
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Żywiczny zapach sosny mie­szał się z cie­płymi nutami nagrza­nego sierp­nio­wego lasu.

Tak pach­niały oko­lice jego domu – drewno, zie­mia i rośliny. Póki świat wokół roz­ta­czał tę woń, był u sie­bie. Był spo­kojny. Bez­pieczny.

A teraz?

Wcią­gnął głę­biej powie­trze. Ter­pen­tyna i kala­fo­nia, ostrość i sło­dycz. Tylko natura potrafi stwo­rzyć taką mie­szankę. Poczuł jed­nak coś jesz­cze – niby słod­ka­wego, ale nie­przy­jem­nego, żela­zi­stego.

Prze­su­nął lewą rękę w bok. Palce natra­fiły na szorst­kie drew­niane wióry. Był na miej­scu. „Na miej­scu” ozna­czało zamkniętą prze­strzeń, która miała zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo.

„Bez­pie­czeń­stwo wię­zie­nia”, myślał ostat­nio.

„Nic ci się tu nie sta­nie”, sły­szał. Nic złego, co na pewno by się wyda­rzyło, gdyby opu­ścił ten budy­nek, tę pose­sję i ten las. Za nimi zaczy­nał się świat, który nie miał mu niczego dobrego do zaofe­ro­wa­nia. Tam był obcy.

A tu? Tu też był obcy.

Swój był tylko tam, dokąd nie mógł wró­cić.

Chciał się pod­nieść, ale nie miał siły. Dla­czego leżał? Zasnął tutaj? I co to był za dźwięk? Krótki, rwany, przy­po­mi­na­jący skro­ba­nie paznok­ciami o suchą deskę. Dopiero po chwili się zorien­to­wał, że to jego wła­sny oddech.

Przy­su­nął dłoń bli­żej ciała, żeby się pode­przeć i zmie­nić pozy­cję. Tym razem place natra­fiły na coś mokrego. Lep­kiego, ale już zasy­cha­ją­cego. Ciem­nego, choć i wszystko wokół spo­wi­jał lekki mrok. Tak było zawsze, gdy nie włą­czono oświe­tle­nia. Teraz lampy nie dzia­łały. Przez szpary w deskach prze­dzie­rały się ostat­nie jasne smugi, cho­ciaż wie­dział, że zbliża się wie­czór.

Wschód, połu­dnie, zachód, pół­noc. Cztery strony świata ogra­ni­czone czte­rema ścia­nami budynku. Dzień prze­ci­skał się przez pierw­szą, połu­dnie toczyło za drugą, kwa­drans odpo­czynku był wtedy, gdy prze­świty nieba prze­bi­jały przez trze­cią, a noc zaczy­nała się przy czwar­tej.

A on tu leżał. Pod­niósł dłoń i przy­bli­żył ją do oczu. Palce miał czymś ubru­dzone. Farba? Nie. Roz­po­znałby che­miczny zapach, który wyci­skał łzy z oczu i piekł w gar­dle. Ostat­nio czę­sto jej uży­wał. Źle się potem czuł, cza­sem musiał podejść do drzwi i pood­dy­chać świe­żym powie­trzem. Teraz też moc­niej wcią­gnął je nosem.

Metal, żelazo – to poczuł. Ale to nie były che­mi­ka­lia. Znał ten zapach. To była krew.

Jego ciało prze­szył dreszcz. Z powodu tej woni, ale i nie­za­leż­nie od niej. Trząsł się, drżał i nie potra­fił nad tym zapa­no­wać. Co się z nim stało? Ska­le­czył się? Był chory? Już raz się tak zda­rzyło, ale wtedy nie był tu sam. Przy­szli, dali mu jakieś leki, pozwo­lili odpo­cząć, co jakiś czas spraw­dzali, jak się czuje. Teraz ota­czała go pustka.

Chciał spraw­dzić, czy po dru­giej stro­nie jego ciała też jest krew. Poru­szył prawą ręką.

Jego dłoń niczego nie wyczuła – ani ziemi, ani tro­cin. Ani sucho­ści, ani wil­goci. A prze­cież coś tam musiało być, świat nie znik­nął.

– Och! – stęk­nął, a pomiesz­cze­nie odpo­wie­działo mu cichym echem.

Cza­sem, w nocy, wypusz­czał w świat poje­dyn­cze słowa, a one do niego wra­cały, odbite od ścian. Miał wtedy wra­że­nie, że ktoś mówi do niego w jego języku. To było co innego niż słu­cha­nie słów we wła­snej gło­wie. Głowa potrafi robić z czło­wie­kiem dziwne rze­czy, pod­suwa różne myśli. Cza­sem lepiej jej nie słu­chać, nie wie­rzyć. Można od tego zwa­rio­wać.

Teraz też jej nie wie­rzył. Prze­cież nie można czuć, że cze­goś nie ma, skoro to coś ist­nieje.

– Uch!

Teraz jęk był gło­śniej­szy. Udało mu się ode­pchnąć lewą dło­nią od pod­łoża i prze­to­czyć na prawy bok. Naj­pierw zoba­czył bark. Frag­ment czer­wo­nej fla­ne­lo­wej koszuli. Dalej – pod­wi­nięty rękaw, a pod nim łokieć.

Pra­wie zawsze cho­dził w koszuli, bo w środku było chłod­niej niż na zewnątrz. Zresztą nawet poza budyn­kiem rzadko bywało tutaj naprawdę cie­pło – jak wtedy, gdy sia­dał na ławce przed swoim domem rodzin­nym, opie­rał się o nagrzane drewno i przy­my­kał oczy. Patrzył pro­sto w słońce, ale zaci­ska­jąc powieki, żeby chro­niły jego wzrok przed ośle­pia­ją­cym bla­skiem. Nie cał­kiem zatrzy­my­wały to gorące świa­tło, bo gdy obra­cał głowę i zer­kał w bok, to przez kilka chwil świat nie miał kon­tu­rów, był świe­tli­stymi pla­mami. Dopiero póź­niej wszystko wra­cało na swoje miej­sce i odzy­ski­wało dawny kształt.

Teraz świat stra­cił kształt na stałe. Jego ręka koń­czyła się na łok­ciu. Man­kiet – a dalej nic. Zamknął oczy, zamru­gał, otwo­rzył je.

Pustka. Wciąż pustka.

Prze­krę­cił się jesz­cze tro­chę i…

Poczuł gwał­towne szarp­nię­cie w żołądku – impuls prze­pły­nął z trzewi do ust. Gorycz roz­warła szczęki. Zwy­mio­to­wał żół­cią.

W miej­scu, gdzie powi­nien być jego łokieć, a za nim dal­sza część pra­wej ręki, wid­niała poszar­pana czer­wień ciała. To dla­tego jego prawa dłoń niczego nie poczuła – bo jej nie było. Zakrę­ciło mu się w gło­wie, skroń opa­dła w wióry.

Usły­szał stu­kot – gło­śny, mia­rowy. Sta­lowe zęby maszyny obra­cały się bez ustanku. Była jak żar­łoczne zwie­rzę, cią­gle doma­ga­jące się poży­wie­nia. Dostar­czał je, prze­su­wa­jąc w jej stronę kolejne kawałki drewna. On też powoli zmie­niał się w maszynę. Włą­czyć, wyko­ny­wać ryt­miczne ruchy, wyłą­czyć. Tym razem jed­nak coś się popsuło. Rytm został prze­rwany. Maszyna na­dal pory­ki­wała, bły­skała meta­lem, ale on znie­ru­cho­miał. Wie­dział, że coś się stało, ale jesz­cze nie rozu­miał co. Cof­nął obraz w gło­wie, jak film pusz­czany z magne­to­widu w dzie­ciń­stwie. Kaseta była zużyta, sprzęt zresztą też, więc obraz czę­sto się zaci­nał. Teraz jed­nak wszystko było ostre. Sta­lowe zęby koła wgry­zły się w jego ciało z taką samą obo­jęt­no­ścią, z jaką roz­dzie­lały słoje jesionu czy sosny. To drewno było słabe. Chudy, oko­ro­wany pień. Skąd się tu w ogóle wziął? Pochło­nie go i rzuci na kupę odpad­ków. Chciał się­gnąć po niego, ale nie mógł. Cze­goś mu bra­ko­wało, nie rozu­miał czego.

Ręki.

Bra­ko­wało mu ręki.

Połowę na­dal miał – od barku do łok­cia. Druga część, którą wziął za lichy pień, leżała teraz na drew­nia­nych wió­rach.

Kiedy to do niego dotarło, kiedy zro­zu­miał, co się wyda­rzyło, świat nagle zawi­ro­wał, pociem­niał, a on zemdlał.

Na­dal tu leżał, na­dal bez jed­nej ręki. Jak długo? Chyba nie­zbyt, bo prze­cież wciąż oddy­chał. Dychał, czyli żył. Ktoś zaraz do niego przyj­dzie, zabie­rze do leka­rza. Może przy­szyją mu rękę? W szpi­ta­lach potra­fią teraz różne rze­czy. Ratują chło­pa­ków pokie­re­szo­wa­nych na woj­nie.

On nie wal­czył, a i tak odrą­bało mu rękę. Los potrafi podejść czło­wieka.

Musi zawo­łać o pomoc, choć nie powi­nien krzy­czeć, wie­dział o tym. Zresztą jak miałby przekrzy­czeć tę maszynę?

Maszyny jed­nak nie było sły­chać. Ktoś ją wyłą­czył. Nie zro­bił tego on, czyli…

Stali. Pod ścianą, tuż przy drzwiach. Ciemne, rosłe postaci. Gdyby nie pamię­tał tego obrazu z innych sytu­acji, mógłby pomy­śleć, że to dwa olbrzy­mie głazy, bo jak i ci na zewnątrz byli nie­ru­chomi.

Dla­czego nie pod­cho­dzą? Dla­czego mu nie poma­gają?

A jed­nak – głazy się poru­szyły i zaczęły prze­su­wać w jego kie­runku. Sta­nęły nad nim. Patrzyły bez słowa.

Otwo­rzył usta, ale nie potra­fił wymó­wić ani słowa. Coś jed­nak wydo­było się z jego ciała, wypły­nęło razem z różo­wymi bąbel­kami śliny.

Dusza. Wie­dział to, czuł. U nich się takie rze­czy znało, uczyło się ich od małego, bo w jego stro­nach naro­dziny i śmierć wyda­rzały się w domu. Tam był pierw­szy i ostatni oddech.

Prze­ra­ził się, pod­niósł, jakby nagle wstą­piła w niego nie­zwy­kła siła. To też znał. Ostatni skok ku życiu przed śmier­cią.

Opadł na tro­ciny. Pył wzbił się w powie­trze. Jesz­cze nie­dawno to drzewo żyło, wcze­pione korze­niami w zie­mię, kona­rami się­ga­jące nieba.

A teraz…

Coś go ośle­piło. Świat roz­bły­snął.

Jeden z przy­by­łych włą­czył latarkę i skie­ro­wał snop świa­tła na twarz umie­ra­ją­cego. Patrzyli obaj, jak blask w jego oczach męt­nieje, przy­gasa. Jak ucho­dzi z niego życie, które tu ist­niało, ale i jakby ni­gdy go nie było. Cze­kali na ostat­nie tchnie­nie.

Nabrał powie­trza i ujrzał swój dom. Daleko, za łąką, ale już dostrze­gał jego kon­tur. Wyszedł z lasu i teraz miał do przej­ścia tylko wyso­kie trawy. Ostatni kawa­łek, ostatni trud. I będzie u sie­bie. Zosta­nie tam już na zawsze, choćby nie wia­domo co. Dom jest w życiu naj­waż­niej­szy.

– Już? – zapy­tał jeden z nich.

– Chyba już.

Drugi nachy­lił się nad cia­łem.

Leżący patrzył na nich, ale już ich nie widział. Mar­twi niczego nie widzą.

Świa­tło latarki prze­su­nęło się w głąb sto­doły. Jeden z męż­czyzn pod­szedł do maszyny i się­gnął do włącz­nika. Pomiesz­cze­nie znowu wypeł­niło się ryt­micz­nym hała­sem. Męż­czy­zna wró­cił na poprzed­nie miej­sce i spoj­rzał na swo­jego towa­rzy­sza. Tam­ten kiw­nął głową. Schy­lili się, pod­nie­śli ciało i zanie­śli je do buczą­cej maszyny, któ­rej zębate koła cze­kały na kolejna par­tię mate­riału.

Nastała noc. W rogu budynku usta­wiono kilka wor­ków – gru­bych, juto­wych, wyło­żo­nych dla bez­pie­czeń­stwa folią. Pomiesz­cze­nie wypeł­niał silny, draż­niący nos zapach. Roz­pusz­czal­nik, farba, chlor mie­szały się, two­rząc tok­syczne opary, ale nikomu to nie prze­szka­dzało, bo nikogo tu nie było.

Maszyna mil­czała, zębate koło tkwiło nie­ru­chomo, metal był czy­sty. Czy­sta była też pod­łoga, którą wysy­pano suchymi tro­ci­nami. Ale głę­biej, pod nimi, zie­mia nasią­kła wodą, która zebrała wszystko, co się tutaj tego dnia roz­lało. I teraz te strużki prze­są­czały się w dół, do jeziora.

Krew mie­szała się ze środ­kami czysz­czą­cymi i che­mią, pły­nąc dalej w poszu­ki­wa­niu ujścia. Zna­la­zła je. Sys­tem rur odpro­wa­dza­ją­cych to, co miało znik­nąć bez śladu, wypeł­niła czer­wona mie­sza­nina.

Wody jeziora już na nią cze­kały.ROZDZIAŁ 1

– Gdzie, prze­pra­szam?

Aspi­rant Ruta Rosień­ska wpa­try­wała się w ekran komórki. Prze­su­wała mapę w lewo, w prawo, powięk­szała obraz, ale nie mogła zna­leźć loka­li­za­cji, o któ­rej mówił dzwo­niący.

– No prze­cież mówię, pani komen­dant. Nad Jezio­rem Bobro­wym. B-o-b-r-o-w-y-m – prze­li­te­ro­wał, i to tak gło­śno, że odsu­nęła tele­fon od ucha.

– To rozu­miem, panie… – zer­k­nęła na notes leżący na biurku, gdzie zapi­sała „Piotr Staś­kie­wicz” – …Pio­trze. To zna­czy sły­szę. Słuch mam dobry.

– O, to dzię­ko­wać Bogu, bo ja już nie bar­dzo. Bobrowe. – Ostatni wyraz podał sce­nicz­nym szep­tem.

Ruta raz jesz­cze prze­bie­gła wzro­kiem mapę. Nic, zupeł­nie nic.

– A, bo pani komen­dant może nie wie­dzieć. – Jej roz­mówca ucie­szył się, gdy pojął przy­czynę ich braku poro­zu­mie­nia. – No przeca, pani napły­wowa. To zabawne, ja w spra­wie jeziora, czyli wody dzwo­nię, a pani napły­wowa, czyli też się z wodą koja­rzy.

Ruta zasta­na­wiała się, ile Piotr Staś­kie­wicz może mieć lat. Po gło­sie dałaby mu sześć­dzie­siąt, ale nie potra­fiła oce­nić, czy ten głos jest trzeźwy. Niby tak, prze­cież by się zorien­to­wała, gdyby roz­ma­wiała z kimś zupeł­nie pija­nym, ale tak tro­chę… „Tak tro­chę” było tu pojemną kate­go­rią ozna­cza­jącą bli­ski i nie­dawny kon­takt z alko­ho­lem, i mie­ściły się w niej stany od lep­szego humoru po trud­no­ści z utrzy­ma­niem rów­no­wagi. Gdzie na tej skali znaj­do­wał się Piotr Staś­kie­wicz?

– To Jezioro Sudaw­skie.

Rucie wró­ciła nadzieja, że roz­ma­wia z kimś trzeź­wym, tylko ope­ru­ją­cym lokal­nym słow­nic­twem. Prze­ra­biała to już wiele razy, a i tak wciąż coś ją zaska­ki­wało.

– Mam! – Ucie­szyła się, patrząc na mapę. Mała nie­bie­ska łezka zlo­ka­li­zo­wana przy dro­dze pro­wa­dzą­cej na Litwę została ozna­czona w ten wła­śnie spo­sób.

– No, to dobrze. To przed soł­ty­sem będzie, mię­dzy dwo­rem a Gul­ber­kiem. Tylko że nie tak przy samej dro­dze, z asfaltu to nie widać. Ja będę stał tam, gdzie górka, to mnie pani zoba­czy. I stam­tąd już popro­wa­dzę.

– Dobrze. Będę za dwa­dzie­ścia minut.

– Dzię­kuję, pani komen­dant.

Ruta się roz­łą­czyła. Już prze­stała popra­wiać ludzi, gdy nazy­wali ją „panią komen­dant”. Widać miej­scowi uznali, że skoro sze­fuje na poste­runku, to objęła wła­śnie takie sta­no­wi­sko. Zwrot „pani aspi­rant” się nie przy­jął, może dla­tego, że nie brzmiał dość poważ­nie, „god­nie” – jak to kie­dyś usły­szała, a może dla­tego, że ten sto­pień noszą zwy­kle osoby młode. Dużo młod­sze od niej.

Wstała zza biurka. Myślała, że ostatni dzień pracy w tym tygo­dniu zakoń­czy prze­glą­da­niem papie­rów, przy­go­to­wy­wa­niem sta­ty­styk lub inną urzęd­ni­czą nudą, a tu się zda­rzyło zgło­sze­nie. I to jakie.

Zeszła na dół i wsia­dła do radio­wozu. Za każ­dym razem, gdy uru­cho­miała to moto­ry­za­cyjne cudo, jak myślała o nowym SUV-ie, będą­cym na wypo­sa­że­niu poste­runku w Rutce-Tar­taku, dozna­wała sprzecz­nych uczuć. Z jed­nej strony cie­szył ją fakt takiego dopo­sa­że­nia, z dru­giej – gdy przy­po­mi­nała sobie histo­rię, która za tym stała – robiło się jej dziw­nie. Smutno. Albo się zło­ściła, choć ni­gdy do końca nie potra­fiła zde­cy­do­wać czy na sie­bie, czy na Mar­cina.

Mar­cin Kry­nicki. Suwal­ski komen­dant i jej były part­ner, uwa­żał, że zdo­był tym samo­cho­dem jej „przy­chyl­ność”. Tak nazy­wał fakt, że Ruta nie zgło­siła jego pija­nej wizyty ani póź­niej­szych sek­su­al­nych pro­po­zy­cji kie­ro­wa­nych do niej, choć miał żonę.

Odbyli co prawda jedną roz­mowę o więk­szym cię­ża­rze gatun­ko­wym, pod­czas któ­rej Ruta jasno dała mu do zro­zu­mie­nia, co o nim myśli i co powinna z tymi myślami zro­bić, a on to zro­zu­miał i na swój spo­sób przy­jął, ale jed­no­cze­śnie jasno wyra­ził pogląd, kto tu roz­daje karty.

Otrzą­snęła się. Nie było sensu do tego wra­cać. Czasu nie cof­nie, ludz­ko­ści nie zbawi. „Rację masz, ale musisz być prag­ma­tyczna”, stwier­dziła jej przy­ja­ciółka Anka, któ­rej prag­ma­ty­zmu aku­rat nie bra­ko­wało. „Rób swoje. I zoba­czysz, że on już nie będzie fikał, co nie zna­czy, że nie będzie ci poka­zy­wał, gdzie w tej hie­rar­chii jesteś ty, a gdzie on”.

Wszystko się do tej pory spraw­dzało. Kry­nicki nie prze­kra­czał gra­nicy ani służ­bowo, ani pry­wat­nie, ale hie­rar­chia była jasna.

Ruta zaś prze­kro­czyła wła­śnie gra­nicę tery­to­rium, na któ­rym znaj­do­wała się farma wia­trowa. Wiel­kie kon­struk­cje na Górze Rowel­skiej zawsze przy­po­mi­nały jej, jak wiele warstw histo­rii kryje ten region. Naj­pierw lodo­wiec wyrzeź­bił pagórki i jeziora. Potem przy­szli Jaćwin­go­wie ze swo­imi świę­tymi gajami i kamie­niami. Póź­niej Krzy­żacy. Po nich Litwini, Polacy, Rusini, Żydzi, Tata­rzy, Sta­ro­obrzę­dowcy i Mazu­rzy. A jesz­cze wcze­śniej byli Sudo­wie, o któ­rych przed przy­jaz­dem na Suwalsz­czy­znę nie sły­szała.

I teraz wła­śnie jechała nad Jezioro Sudaw­skie, które do dziś było jej nie­znane. Nie­bie­skich plam ozna­cza­ją­cych zbior­niki wodne było na mapie tego terenu dużo, ale nazwy tych mniej­szych poja­wiały się dopiero po powięk­sze­niu, a cza­sem – wcale.

Gdzie znaj­duje się miej­sco­wość Sudaw­skie, wie­działa, bo kilka razy tą drogą wybrała się na Litwę. Wie­działa też, że Litwini uży­wają okre­śle­nia Suduva, które w ich języku ozna­cza Suwalsz­czy­znę. Ten wyraz był w miarę pro­sty, ale inne, które widziała w skle­pach, w menu, na szyl­dach i w rekla­mach po dru­giej stro­nie gra­nicy, przy­po­mi­nały jej magiczny język z odle­głej baj­ko­wej kra­iny. Co by nawet paso­wało do oko­licz­no­ści, bo ta Litwa, którą zdą­żyła poznać, miała w sobie coś z baśni – wszech­obecną zie­leń, drew­nianą archi­tek­turę i widoczne nawią­za­nia do ludo­wo­ści. Podo­bało jej się to. Raz, gdy jechała nad Jezioro Wisz­ty­niec­kie, minęła drew­nianą tablicę z wyry­tym na niej napi­sem, któ­rego nie potra­fiła odczy­tać, i cie­ka­wym ażu­ro­wym zwień­cze­niem. Było bar­dzo ładne – jako wzór i praca czy­ichś rąk, ale nie opusz­czało ją wra­że­nie, że już gdzieś kie­dyś coś podob­nego widziała. Nie potra­fiła sobie jed­nak przy­po­mnieć miej­sca. Męczyło ją to, ale im dłu­żej się nad tym zasta­na­wiała, tym mniej ufała swoim domy­słom. Tak jest, gdy chce się na siłę odna­leźć źró­dło wspo­mnień. Odpu­ściła. Zresztą nie miała teraz głowy do takich roz­my­ślań. Trwały kolejne odprawy zwią­zane z napiętą sytu­acją na gra­nicy, a Arek – wciąż jesz­cze mąż – fun­do­wał jej dodat­kowy stres. Po począt­ko­wej zgo­dzie na roz­sta­nie naj­wy­raź­niej uznał, że jed­nak warto zawal­czyć o ich mał­żeń­stwo. Robił to w try­bie „tak tro­chę”, co ją jed­no­cze­śnie dzi­wiło i dener­wo­wało, ale już pra­wie nie wzbu­dzało w niej poczu­cia winy, nawet mimo suge­stii Moniki, ich córki, że jed­nak powinno. Odsu­nęło też przy­jazd tej ostat­niej na Suwalsz­czy­znę, choć tu powo­dem były podobno zawi­ro­wa­nia w pracy. No i była jesz­cze sprawa domu, któ­rego wciąż nie kupiła, choć chciała to zro­bić. Im bar­dziej sfi­na­li­zo­wa­nie tej trans­ak­cji się odsu­wało, tym moc­niej Ruta czuła, że jej pra­gnie. Może to był zwy­kły mecha­nizm psy­cho­lo­giczny, który uak­tyw­nia się zawsze wtedy, gdy otrzy­ma­nie cze­goś, na czym komuś zależy, prze­suwa się w cza­sie – im dłu­żej to trwa, tym bar­dziej pożą­da­nie rośnie. Choć Ruta sądziła, że jest ina­czej. Ona po pro­stu zapusz­czała tu korze­nie w tem­pie, które ją dzi­wiło. Z emo­cjami, o które by się nie posą­dzała. Nie była prze­cież w wieku, w któ­rym cokol­wiek może być „pierw­sze”, nie licząc roz­wodu. A jed­nak po raz pierw­szy czuła się gdzieś jak u sie­bie. Coraz czę­ściej, gdy ogar­niało ją to poczu­cie zakorze­nienia, wra­cały do niej myśli o prze­szło­ści. „Podobno litew­skie, poza tym ory­gi­nalne. Jedyna nie­zwy­czajna rzecz, jaką mogłam ci dać”, powie­działa kie­dyś matka o jej imie­niu. I jesz­cze ruta/Ruta w zeszy­cie Marii Roma­niuk, poprzed­niej wła­ści­cielki domu na wzgó­rzu, który ponow­nie wysta­wiono na sprze­daż. Poprzed­nie ogło­sze­nie unie­waż­niono, bo nie było wia­domo, jak długo budy­nek pozo­sta­nie jed­nym z dowo­dów w spra­wie o mor­der­stwo. „Mamo, ty na­dal, mimo tego, co tam się stało, chcesz kupić ten dom? Ten, który wygląda jak ze skan­senu?”, pytała Monika, gdy Ruta prze­słała jej w końcu zdję­cia drew­nia­nej chaty w Wił­ku­piach. Chciała. W nie­wy­tłu­ma­czalny dla sie­bie spo­sób naprawdę go chciała. Choć… Po jakimś cza­sie od tam­tej podróży do Wisz­tyńca Ruta wresz­cie przy­po­mniała sobie, skąd zna ten wyrzeź­biony w drew­nie wzór. Wró­ciła do niej okładka _Baśni i podań litew­skich_, czy­ta­nych jej w dzie­ciń­stwie przez mamę. Były na niej las i rzeka, w zie­le­niach, brą­zach i gra­na­tach, a na obra­mo­wa­niu wid­niały tajem­ni­cze znaki – dopiero póź­niej Ruta poznała słowo „motyw”. I wtedy, na dro­dze wiją­cej się przez las przy­po­mi­na­jący pusz­czę, znowu go ujrzała.

– Cho­lera! – rzu­ciła w prze­strzeń radio­wozu, bo pochło­nięta myślami minęła postać sto­jącą na pobo­czu. Spoj­rzała w lusterko i włą­czyła wsteczny bieg. Skrę­ciła kie­row­nicą, zje­chała z asfaltu na pobo­cze i zapar­ko­wała.

Męż­czy­zna w spodniach, które wyglą­dały na dół od gar­ni­turu, i koszuli z krót­kimi ręka­wami w kratkę, pod­szedł do niej. Poki­wał głową z uzna­niem.

– Pro­fe­sjo­nal­nie pani komen­dant zapar­ko­wała. Jak męż­czy­zna.

Teraz gdy mogła mu się lepiej przyj­rzeć, uznała, że jest star­szy, niż przy­pusz­czała. Mógł mieć ponad sie­dem­dzie­siąt lat. I nie wyczuła od niego alko­holu. Wyczu­wała za to tra­dy­cyjny ogląd rze­czy­wi­sto­ści, z któ­rym nie zamie­rzała dys­ku­to­wać. Można mieć rację albo rela­cję – ostat­nio czę­sto przy­po­mi­nała sobie to powie­dze­nie. I póki sprawa nie była naprawdę istotna, póty sta­wiała na rela­cje.

– Piotr Staś­kie­wicz, to ja do pani komen­dant dzwo­ni­łem. Niżej miesz­kam, z drogi widać moje obej­ście. Tutaj przy­je­cha­łem na rowe­rze, żeby rundkę kon­tro­lną zro­bić.

Ponie­waż patrzyła na niego pyta­jąco, dopo­wie­dział:

– No, jak to mówią, pań­skie oko konia tuczy. Zresztą, nie będę okła­my­wał poli­cji, to dla ruchu i zdro­wot­no­ści. Co i raz daję sobie jakieś zada­nia, żeby tylko nie gnu­śnieć.

– To pana tereny?

– Tamte, tak. I tu. O, i jesz­cze tam­ten kawa­łek. – Męż­czy­zna wyko­nał kilka ruchów rękoma, po któ­rych Ruta mniej wię­cej wie­działa, ile ziemi znaj­duje się w jego posia­da­niu.

– A jezioro? Chyba tam? – Teraz ona wysu­nęła przed sie­bie dłoń, wska­zu­jąc na zagaj­nik, który mieli za ple­cami.

– Tam, wła­śnie. Kawa­łek drogi niby jest, ale jechać nie ma co, bo zaraz się koń­czy, zresztą potem trzeba odbić i górką, mię­dzy skle­pi­kami…

– Skle­pi­kami? – powtó­rzyła Ruta. Musiała się prze­sły­szeć, choć Staś­kie­wicz mówił gło­śno i wyraź­nie.

– Tak się tutaj mówi na piw­niczki. Takie maga­zyny wyko­pane w ziemi. Z daleka można je poznać po uło­żo­nych kamie­niach.

Kiw­nęła głową.

– No to chodźmy.

Męż­czy­zna ruszył, ona za nim. Rze­czy­wi­ście, pierw­szy odci­nek pro­wa­dził wyjeż­dżo­nym, zapewne przez trak­tory, duk­tem, ale po chwili skrę­cili w prawo i weszli na nie­wiel­kie kamienne wznie­sie­nie.

– O, skle­piki są tutaj. A pani komen­dant wie, że tu wiel­kie życie było?

Poki­wała głową.

– Dwór – odpo­wie­działa.

– O, no pro­szę, widać, że zaczyna pani być nasza. Dwór tu stał, Reko­szów. Jestem stary, ale nie aż tak, żeby go pamię­tać. Na foto­gra­fii widzia­łem, piękny był, drew­niany, z modrze­wia zro­biony. W stylu, jak to się mówi, zako­piań­skim.

– Zako­piań­skim? – Ruta się zdzi­wiła, ale przy­po­mniała sobie nie­do­koń­czoną willę nad jezio­rem Wiżajny, którą od lat nie mogli się podzie­lić roz­wie­dzeni mał­żon­ko­wie.

– Kto boga­temu zabroni? – zaśmiał się Staś­kie­wicz. – Ja to jesz­cze pamię­tam, że za dzie­ciaka potra­fi­łem poka­zać, jak to wszystko było roz­pla­no­wane i uło­żone. Wtedy na­dal można było wypa­trzyć aleję wzdłuż sadu i jeziora. I kolumny stały, takie wiel­kie, robiły wra­że­nie. A potem natura przy­szła jak po swoje. Chasz­cze, chwa­sty. Tam gdzie daw­niej spa­ce­ro­wali goście, dziś rosną samo­siejki.

Ruta się rozej­rzała.

– Nie zga­dła­bym, że to tu. Raczej bym obsta­wiała, że było tu jakieś miej­sce Jaćwin­gów. Kur­han.

– A, no pew­nie, że Jaćwin­go­wie tu żyli. Ale kawa­łek dalej. To zna­czy tu pew­nie też, prze­cież cho­dzili po tym tere­nie, u sie­bie byli, ale miesz­kali tam, bli­żej gra­nicy. – Męż­czy­zna wycią­gnął rękę przed sie­bie. – Gul­be­rek – dodał.

– Skąd ta nazwa?

– Nie wiem, ale zawsze tak sły­sza­łem: Gul­be­rek. Piękne wzgó­rze, ścięte na pła­sko, jak wszyst­kie ich gro­dzi­ska. Tam podobno była świą­ty­nia. I stud­nia tak głę­boka, że jak się kamień rzu­ciło, to leciał, leciał i leciał. Trudno powie­dzieć, prawda czy nie, bo nic z tego się nie zacho­wało. Teraz to tam kro­wie placki. – Zaśmiał się.

Ruta dys­kret­nie spoj­rzała na zega­rek. Staś­kie­wicz rze­czy­wi­ście musiał pro­wa­dzić eme­ryc­kie życie i szu­kał spo­sobu na wypeł­nie­nie sobie czasu. Może i tę histo­rię wymy­ślił?

– A gdzie jest to pana zna­le­zi­sko? – zapy­tała.

– Pani w pracy, no tak. Już pro­wa­dzę.

Znowu ruszyli przed sie­bie. Teren był gęsto zaro­śnięty, cza­sem musieli się prze­ci­skać mię­dzy krze­wami.

– Pani komen­dant się nie boi, znam te tereny jak wła­sną kie­szeń. O, już tam wodę widać.

Doszli na brzeg – zaro­śnięty, choć z widocz­nymi reszt­kami pomo­stu.

– To będzie… – Staś­kie­wicz zro­bił jesz­cze kilka kro­ków. – Tu.

Wska­zał ręką w bok. Ruta podą­żyła wzro­kiem w tam­tym kie­runku. Mię­dzy drze­wami stał namiot. A wła­ści­wie coś, co go przy­po­mi­nało.

– Pałatka – powie­działa.

– Pani komen­dant taka młoda, to chyba pała­tek pamię­tać nie może? – Męż­czy­zna się zdzi­wił.

– Pamię­tam.

Na jakimś wyjeź­dzie w cza­sach stu­denc­kich do Kry­nicy Mor­skiej, poszła na wyprze­daż asor­ty­mentu woj­sko­wego. Ofe­ro­wano tam nie­uży­wane zapasy maga­zy­nowe. Kupiła „pele­rynę namiot wojsk lądo­wych”, którą star­szy sprze­dawca nazy­wał wła­śnie pałatką. Rok pro­duk­cji: sie­dem­dzie­siąty piąty. Została w sie­dlec­kiej piw­nicy, ni­gdy nie użyta.

– Rze­czy­wi­ście, wygląda jak pałatka, choć mnie się na pierw­szy rzut oka wydało, że to jakiś kawa­łek mate­riału roz­pięty na kijach. Zresztą sama pani komen­dant zoba­czy.

Ruta pode­szła bli­żej. Schro­nie­nie było na tyle duże, że bez pro­blemu mie­ściła się tam jedna osoba, choć raczej nie poło­ży­łaby się wygod­nie. W zie­mię wbito trzy kije, sądząc po kolo­rze kory, ścięte gdzieś w pobliżu. Do nich przy­mo­co­wano sznur­kiem zie­lony mate­riał, który przy­po­mi­nał bre­zent. Kon­struk­cja wyglą­dała oso­bli­wie, jakby była gar­bata. Ruta przy­po­mniała sobie, że do kupio­nej przez nią przed laty pele­ryny była dołą­czona cienka rurka, którą nale­żało zamon­to­wać z przodu, a tka­nina doty­kała ziemi. Roz­ło­żona pałatka ze zdję­cia, które dostała wraz z pele­ryną, przy­po­mi­nała nie­to­pe­rza. Ta wyglą­dała jak wiel­błąd.

– To jest wła­śnie to, z czym dzwo­ni­łem. Bo pierw­szy raz to widzia­łem trzy dni temu. Nie, nie trzy, cztery. Też sobie tu cho­dzi­łem…

– Tu? – Ruta się rozej­rzała po gęstwi­nie.

– Tak, mniej wię­cej tu. Lubię zajść nad wodę. Taka tu cisza, że aż w uszach dzwoni. – Umilkł, przy­my­ka­jąc oczy.

„Decy­be­lo­mierz pew­nie nie byłby w sta­nie ozna­czyć w tym miej­scu natę­że­nia dźwięku”, pomy­ślała.

– Zresztą… – Zawa­hał się. – Jurek, co mieszka po dru­giej stro­nie asfaltu, szu­trówką się do niego jedzie w głąb, z drogi go nie widać, powie­dział, że chyba zauwa­żył tu w oko­licy kogoś obcego. I nie był to tury­sta. – Staś­kie­wicz ostat­nie zda­nie powie­dział zna­czą­cym tonem.

– Migrant? – zapy­tała Ruta.

– Imi­grant – popra­wił ją. – I-migrant – zaak­cen­to­wał.

– Migrant to ogólne okre­śle­nie. Naj­po­jem­niej­sze, bez decy­do­wa­nia, czy imi­grant, czy emi­grant, czy azy­lant, uchodźca…

– No wła­śnie. To ostat­nie – prze­rwał jej Staś­kie­wicz. – Takie było podej­rze­nie.

– Widział go pan? Tego kogoś?

W głębi duszy wola­łaby, żeby nie. Żeby ten, kto przez chwilę korzy­stał z tego dziw­nego schro­nie­nia, odszedł i już nie wró­cił. Była poli­cjantką, prze­strze­gała prze­pi­sów, ale w głębi duszy była też czło­wie­kiem, który miał pro­blem z jasną oceną tego, co się w ostat­nich mie­sią­cach działo na tutej­szej gra­nicy i na tej dru­giej, bia­ło­ru­skiej. Zresztą nie ona jedna – miej­scowi też byli podzie­leni. Widać Piotr Staś­kie­wicz nale­żał do tej grupy, która wąt­pli­wo­ści w tej spra­wie nie miała.

– Nie widzia­łem, żeby była jasność. Chcia­łem spraw­dzić, czy to prawda, czy nie. Gdyby pani komen­dant pytała, to ja ni­gdy tu nie spo­tka­łem żad­nego z tych kolo­ro­wych czy nawet bia­łych, ale nie­le­gal­nych. I wolał­bym nie, bo i po co? Ale jak Jurek powie­dział, to z cie­ka­wo­ści posze­dłem. Bar­dziej takiej, czy on nie zmy­śla, bo u niego to już nie tak z głową, star­szy jest ode mnie, a i róż­nie się pro­wa­dził. No i tak cho­dzi­łem, cho­dzi­łem i wycho­dzi­łem. Ale pałatka była pusta przez kolejne dni.

– Może stoi tu dłu­żej?

Ruta przy­glą­dała się bre­zen­towi. I pomy­ślała, że raczej nie, bo w takich warun­kach pew­nie byłoby po niej widać dzia­ła­nie sił natury.

– Jeśli tak, to kilka dni tylko. Bo w sobotę i nie­dzielę wnuczka przy­je­chała, to przy domu byłem. A w pią­tek przed tym week­en­dem nic tu nie stało. Za to w ten ponie­dzia­łek to ja tu okru­chy chleba widzia­łem.

– W tej pałatce?

– Tak. Zaj­rza­łem z cie­ka­wo­ści, a tam na wydep­ta­nej tra­wie leżały okru­chy chleba. Jakby kto rwał i się kru­szyło. Może już był czer­stwy. W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że na ryby może kto przy­je­chał. Nie od nas, bo nasi to gdzie indziej by poszli łowić, raczej jakieś dzie­ciaki albo tury­sta z mia­sta, co to kulki chle­bowe na haczyk nabija. No albo uchodźca wła­śnie.

– A tu są ryby?

– Pew­nie są, woda w końcu. Nie łowię, zawsze byłem na to za ener­giczny. No i co pani komen­dant sądzi?

Ruta przy­glą­dała się namio­towi. Pomy­ślała, że zgłosi to Straży Gra­nicz­nej. Niech oni decy­dują.

– Powia­do­mię… – zaczęła, ale w tym momen­cie usły­szała dzwo­nek swo­jego tele­fonu. Spoj­rzała na wyświe­tlacz. „Rado­sław Kuna”. Drgnęła. Kolega Kry­nic­kiego, lokalny agent nie­ru­cho­mo­ści, który pierw­szy poka­zał jej dom na wzgó­rzu. Zapro­po­no­wał wspar­cie pod­czas prze­targu i dość swo­bod­nie infor­mo­wał, że zna tu wiele osób i może pomóc w róż­nych spra­wach. Od kilku tygo­dni nie mieli kon­taktu, ale wie­dział, że pierw­szy prze­targ unie­waż­niono i Ruta przy­stą­piła do kolej­nego. Może dzwoni w tej spra­wie? Spoj­rzała na Staś­kie­wi­cza.

– Prze­pra­szam. – I ode­brała połą­cze­nie. – Ruta Rosień­ska, słu­cham – zaczęła ofi­cjal­nie.

– Radek Kuna z tej strony, witam. Pani Ruto… – Tak ją nazy­wał, pomi­ja­jąc sto­pień służ­bowy. – Dzwo­nię, bo mam sprawę. Nie z mojego poletka, to od razu powiem. Ode­zwał się do mnie zna­jomy…

– Prze­pra­szam, ale teraz jestem w tere­nie, na inter­wen­cji, więc skoro to nic ofi­cjal­nego… – weszła mu w słowo, ale i on jej prze­rwał:

– Ofi­cjalne wła­śnie.

Zawa­hała się.

– Dobrze, to słu­cham.

Piotr Staś­kie­wicz oglą­dał ulist­nie­nie rosną­cego obok nich drzewa, ale Ruta miała wra­że­nie, że stara się usły­szeć, o czym roz­ma­wia.

– Zadzwo­nił do mnie zna­jomy Antoni Mażejko. Psz­cze­la­rzem jest, mieszka w Szur­pi­łach. Star­szy czło­wiek, poważny, solidny. Od lat kupuję od niego miód, pyszny, nie­oszu­kany. On się nie ogła­sza, to wszystko pocztą pan­to­flową działa, więc jakby pani chciała, to mogę zamó­wić. Choć teraz to nie wiem, jak będzie, bo zda­rzyło się tam coś dziw­nego. Od razu mówię, że nie byłem na miej­scu, ale stary Mażejko to czło­wiek z poprzed­niego poko­le­nia, głowy by nie zawra­cał bez potrzeby. Ode­zwał się do mnie, bo wie, że ja znam wszyst­kich, a kie­dyś wspo­mnia­łem, że nową sze­fową poste­runku też. On tam dzwo­nił do was, ale nikt nie odbie­rał, dla­tego mnie popro­sił o radę i pomoc. Roz­trzę­siony był, sły­sza­łem to w jego gło­sie. Cho­dzi o psz­czoły. One mu poumie­rały. Nie wiem, czy wszyst­kie, ale chyba dużo. Nagle. I on podej­rzewa, że zostały otrute.

– Otrute – powtó­rzyła Ruta, bo Kuna umilkł, cze­ka­jąc na jej reak­cję. Kątem oka dostrze­gła, że Staś­kie­wicz znie­ru­cho­miał, nasłu­chu­jąc.

– Dla­tego, że ktoś zatruł wodę w jezio­rze.

Ruta prze­nio­sła spoj­rze­nie na gra­na­tową taflę Jeziora Sudaw­skiego, zwa­nego przez miej­sco­wych Bobro­wym.

– Tak Mażejko powie­dział. Że jego psz­czoły przy brzegu leżą, a woda w jezio­rze czer­wona jakby krew.ROZDZIAŁ 3

– Pocze­kaj. – Głos Mar­cina Kry­nic­kiego na chwilę odpły­nął, robiąc miej­sce dla szumu zmie­sza­nego z tek­stem pły­ną­cym z radia: „Tro­chę poryło mi łeb, ale wciąż jak sklep wielki. Kie­dyś byłem mały, no a teraz jestem wielki. Zbu­do­wa­łem kró­le­stwo”.

Ruta nie dowie­działa się, co było dalej, bo źró­dło dźwięku zostało wyłą­czone. Śpie­wał Mata, tak się jej przy­naj­mniej wyda­wało, bo to był jedyny raper, jakiego koja­rzyła. Zde­cy­do­wa­nie nie jej muzyczne rejony, ale chyba rozu­miała, dla­czego mło­dzi lubią tego chło­paka i jego pio­senki. Ale do Kry­nic­kiego ten kli­mat zupeł­nie nie paso­wał, dla­tego pomy­ślała, że komen­dant jest w samo­cho­dzie, słu­cha radia i dokądś jedzie. Pią­tek, docho­dziła szes­na­sta, czyli to nie był powrót z pracy, bo już zdą­żyła się zorien­to­wać, że w ładne, przed­week­en­dowe dni Kry­nicki opusz­cza wielki budy­nek przy Puła­skiego o porach pozwa­la­ją­cych na „korzy­sta­nie z życia”.

– Co oni teraz pusz­czają w tym radiu? – Kry­nicki wró­cił, potwier­dza­jąc przy­pusz­cze­nia Ruty co do jego miej­sca pobytu. – Sam cza­sami klnę, ale żeby z tego robić muzykę? I to taką nie­ryt­miczną. Dobra, to z czym dzwo­nisz? Zakła­dam, że to coś serio, bo mamy pią­tek, a pią­tek to już week­end. Na ryby wła­śnie jadę.

Ruta spoj­rzała na jezioro. Na­dal była na pomo­ście. Obok niej, na deskach, leżała foliowa torebka z zabez­pie­czo­nym dowo­dem. Na brzegu stali Mażejko, Kuna i poste­run­kowy. Ode­słała go do nich, kiedy tylko zeszło mu z twa­rzy zdu­mie­nie pomie­szane z obrzy­dze­niem. Jej pierw­szy kon­takt z frag­men­tem ciała uno­szą­cym się na wodzie przy­niósł podobną reak­cję. Choć wła­ści­wie nie – pierw­sze było nie­do­wie­rza­nie. Niby wie­działa, co widzi, ale mózg jakby nie chciał tego przy­jąć. Przy­je­chała tu z zało­że­niem, że tra­fiła się jej sprawa doty­cząca zanie­czysz­cza­nia śro­do­wi­ska, a nie… Mor­der­stwa? Czy jeden odcięty palec czy­nił całego trupa?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij