Czerwone drzewo - ebook
Sarah Crowe opuściła Atlantę - i zgliszcza burzliwego związku - żeby zamieszkać w starym domu w wiejskich okolicach Rhode Island. W jego murach znajduje niedokończony rękopis dawnego mieszkańca, antropologa z obsesją na punkcie prastarego dębu rosnącego na odizolowanym zakątku posiadłości.
Powiązane z miejscowymi legendami o nadnaturalnej magii oraz z udokumentowanymi wypadkami i morderstwami sękate drzewo zakorzenia się w wyobraźni Sary, co skłania ją do napisania własnej wersji jego podejrzanej historii.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-66712-56-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Henry David Thoreau
_Walden, czyli życie w lesie_ (1854)
Jeśli zdarzy ci się trafić do gaju gęsto porosłego sędziwymi a wznoszącymi się ponad zwykłą swą wysokość drzewami, które z konarów rozpostartych jedne nad drugimi tworzą zasłonę pozbawiającą cię widoku nieba, to owa nadzwyczajna bujność lasu, tajemniczość okolicy i zdumienie wywołane tak gęstym i tak nieprzeniknionym, choć wytworzonym na otwartym miejscu mrokiem wzbudzi w tobie wiarę w istnienie mocy bożej.
Seneka Starszy
_Listy moralne do Lucyliusza_ (64 n.e.)PRZEDMOWA WYDAWCY
Odwiedziłam starą farmę Wight i jej „czerwone drzewo”, gdzie na skraju bagien, które przylegają do południowego krańca Ramswool Pond, stoi zaniedbany dom. Byłam więc tam. Widziałam tamto miejsce na własne oczy, choć tylko raz. Gdy podjęłam się przygotowania _Czerwonego drzewa_ do pośmiertnego wydania, uznałam tę pielgrzymkę za rzecz konieczną. Za rodzaj obowiązku, jeśli chciałam zyskać wejrzenie w stan umysłu Sary Crowe w ostatnich miesiącach jej życia. Dlatego tam pojechałam, sama.
Wyruszyłam z Manhattanu wiosną, wiele miesięcy po otrzymaniu maszynopisu. Dzień był pogodny i rześki, cydrowy dzień późnego kwietnia, niebo rozległe i niebieskie, ziemia dopiero zaczynała się zielenić wraz z pierwszymi oznakami wiosny. Nie wyczuwało się w tym dniu niczego złowieszczego, ale na moje oczekiwania wpłynęła lektura stronic o długiej samobójczej męce i wyznaniu oraz „tajemnicza historia” Wight, którą Sarah odkryła w innym maszynopisie, zostawionym przez poprzedniego najemcę farmy, który, tak się złożyło, również tam umarł pół dekady przed jej przyjazdem. Moja wizyta przypadła niemal dokładnie rok po przybyciu Sary na farmę w kwietniu 2008 roku.
Postaram się streszczać, bo to nie moja historia została tu opowiedziana. Jestem w najlepszym razie niechętną opiekunką tej opowieści.
Po wczesnym lunchu w Providence ze znajomą z college’u, której nie widziałam od jakiegoś czasu, ruszyłam na zachód Route 6 wzdłuż North Scituate, na skrzyżowaniu ze stanową 103 skręciłam na południe, minęłam Chopmist i Rockland, przejechałam przez Ponaganset River w miejscu, gdzie rzeka wpada do wielkiej gardzieli Scituate Reservoir, dotarłam do Clayville i Plainfield Pike. Na granicy Providence-Kent skręciłam na północny zachód na Mossup Valley Road. Nie znałam tej części stanu – i nadal nie znam – więc pozwoliłam sobie spędzić godzinę na zwiedzaniu paru cmentarzy w Mossup i starego kościoła (ok. 1864–1865), obecnie przejętego przez Zjednoczony Kościół Chrystusa. Zajrzałam również do Grange Hall i Tyler Free Library (ta ostatnia ok. 1896–1900), zanim ruszyłam dalej do skrzyżowania z Barbs Hill Road na zachód od miasta.
Droga jest utrzymana w dość dobrym stanie, jako że leży wzdłuż niej wiele domów i farm, ale prawie na samym początku zmienia się z asfaltowej w utwardzoną gruntową. Skręt na farmę Wight znajduje się tuż za małym stawem, nie więcej jak trzysta metrów od północnego końca Barbs Hill Road. Co zaskakujące, w przeciwieństwie do różnych bocznych dróg, podjazdów i ścieżek, ta nie jest zagrodzona bramą. Wypożyczyłam na tę podróż jeepa cherokee; w przeciwnym razie nigdy nie dojechałabym dalej niż do starego domu. Rodzina Blanchardów znajduje się w posiadaniu farmy od 1979 roku, a ja ustaliłam z nimi swoją wizytę tydzień wcześniej, wyjaśniając, że wydaję ostatnią książkę Sary Crowe i muszę zobaczyć miejsce, gdzie mieszkała, pisząc ją, i gdzie również umarła. Pan Samson Blanchard, jej były gospodarz, nie okazał się ani tak wścibski, ani tak podejrzliwy, jak się spodziewałam na podstawie mojej wiedzy z drugiej ręki o jankesach z zachodniego Rhode Island. Podałam mu kontakt telefoniczny do swojego wydawnictwa, ale później odkryłam, że tam nie zadzwonił. Przypisuję to po części faktowi, że po śmierci Sary Blanchardowie nie musieli znosić zainteresowania mediów. Wydaje się dziwne (przynajmniej dla mnie), że niewiele jest świadectw, by miejscowi nastolatkowie czy inni ciekawscy obrali sobie farmę Wight za cel nocnych wizyt, wandalizmu czy, żeby użyć żargonu folklorystów, „tropienia legend”¹. Rzeczywiście, zważywszy na lokalną tradycję duchów, czarownic, a nawet wampirów², uważam brak „miejskich legend” otaczających farmę za godny uwagi.
Zrobiło się późne popołudnie, kiedy podskakiwałam na wybojach wąskiego, krętego traktu prowadzącego na południe i wschód przez las do Wight. Nie mogłam dotrzeć dalej, bo droga kończy się ślepo, a niecałe sześćdziesiąt metrów od domu jest miejsce, gdzie można zawrócić. Zaparkowałam tam i przeszłam przez niepokojąco chybotliwy drewniany mostek, który spina brzegi bezimiennego potoku wypływającego z Ramswool Pond i łączącego się z innymi strumieniami, które płyną do Vaughn’s Hollow, żeby jakieś osiemset metrów dalej wpaść do Briggs Pond. Większość rosnących tutaj drzew to dęby takiego czy innego gatunku, urozmaicone sosnami, hikorami i czerwonymi klonami. Ich gałęzie rzucają długie cienie na czystą, wolno płynącą wodę. Zarośnięte brzegi są pełne cuchnącej skupni o mięsistych, fioletowych kwiatach przywabiających osy i widelnice. Zauważyłam, że światło dzienne gaśnie, więc przyśpieszyłam kroku.
Chciałabym powiedzieć, że w ciągu dwóch godzin, które spędziłam, myszkując po domu, poczułam niepokojącą nadnaturalną obecność, demoniczne czy nadprzyrodzone zagrożenie, albo że byłam świadkiem czegoś, czego teraz nie jestem w stanie wyjaśnić. Gdyby tak się stało, przedmowa z pewnością byłaby dużo bardziej interesująca. Ale prawda jest taka, że nic się nie wydarzyło. Poza ogólnym wrażeniem samotności i lekkiej melancholii, którą zawsze budziły we mnie takie miejsca, nie poczułam zupełnie nic. Naprawdę spodziewałam się, że ta wizyta będzie niepokojąca, i nawet rozważałam odłożenie jej o tydzień, żeby mógł mi towarzyszyć mąż.
Pan Blanchard przysłał mi pocztą klucze, więc weszłam do środka i ruszyłam kolejno przez wszystkie pokoje. Dom nadal był w pełni umeblowany najróżniejszymi antykami i gratami, tak jak wtedy, gdy zamieszkała w nim Sarah. Zobaczyłam maszynę do pisania, na której powstał jej rękopis, tę samą, której podobno użyto do wyprodukowania znalezionego przez nią starszego maszynopisu. Weszłam na małe poddasze, które według Sary służyło jako pracownia malarce Constance Hopkins po jej powrocie z Los Angeles³. Dom był zimny, wilgotny i pachniał stęchlizną, ale nie
nie bardziej ani mniej niż każdy inny bardzo stary dom wzniesiony na bagnistym terenie i niezamieszkany przez wiele miesięcy.
Nie weszłam do ogromnej piwnicy, ponieważ zapomniałam latarki, a Blanchard nie zadał sobie trudu, żeby włączyć prąd na czas mojej krótkiej wizyty. Wyznam jednak, że bardzo chciałam zejść po tych kruszących się schodach i zobaczyć, ile prawdy jest w tym, co Sarah napisała o przestrzeni pod domem. Wydaje mi się, że stanowi ona ważną część całej historii. Zatrzymałam się przy drzwiach piwnicy, nawet je otworzyłam i spojrzałam w dół w tę gęstą, budzącą grozę ciemność i poczułam cuchnące powietrze płynące z dołu. Jednak ani trochę nie wstydzę się przyznać, że nie bylibyście w stanie zapłacić mi dostatecznie dużo, żebym zeszła tam sama. Piwnica jest tajemnicą, którą zostawię komuś innemu do rozwiązania, bardziej nieustraszonej duszy, kandydatce na nową Larę Croft czy Indianę Jonesa.
Później zajrzałam jeszcze do walącej się stodoły i kilku innych zabudowań gospodarczych, a następnie ruszyłam wzdłuż murku z kamieni polnych znajdującego się w odległości około siedemdziesięciu metrów od ogromnego czerwonego dębu⁴, który tak bardzo przyczynił się do fatalnej obsesji Sary Crowe. Po drodze zauważyłam, że wielokrotnie wspominany przez Sarę wyłom w murze został naprawiony. Drzewo i to, co obok niego znalazłam, zrobiło na mnie dużo większe wrażenie niż dom i okolica. Choć Sarah mogła mieć halucynacje, coś sobie wyobrażać albo wyolbrzymiać swoje przeżycia na farmie Wight, zapewniam, że ani trochę nie przesadziła w opisie imponującego drzewa. Ma ono co najmniej czterdzieści metrów wysokości, a pień u podstawy z pewnością dwa metry w obwodzie⁵, przez
co inne drzewa w pobliżu wydają się karłowate. Nie będę tutaj tracić czasu na opisywanie samego dębu, jako że Sara zrobiła to w swoim rękopisie o wiele lepiej, niż ja bym potrafiła. Tamtego dnia gałęzie bardzo posępnie i surowo rysowały się na tle kwietniowego nieba mimo radosnej mgiełki nowych liści. Z drugiej strony źródłem tego wrażenie były raczej moje oczekiwania niż obiektywne cechy samego drzewa. Tu i ówdzie w korze wyryto imiona i daty. Najstarsze, które zauważyłam, pochodziły z roku 1888 (Sarah również o nich wspomniała), ale mogłam przeoczyć dużo starsze graffiti.
Wokół powykręcanych korzeni znalazłam wiele dziesiątków małych ceramicznych figurek, głównie z rodzaju tych, które dostaje się gratis w pudełkach herbaty Red Rose⁶. Zwierzęta, cyrkowców i postacie z dziecięcych kołysanek ustawiono na sękatych korzeniach, wciśnięto w pęknięcia kory albo ułożono na mchu wokół dębu. Był to nieoczekiwany i zaskakujący widok. Stałam tam przez jakiś czas, przyglądając się statuetkom. Nie wzięłam ze sobą żadnej z nich, nawet ich nie dotknęłam. Pomyślałam, że może zostawiły je wnuki Blanchardów, które często odwiedzały farmę i zapuszczały się aż tutaj. W małych ceramicznych zwierzątkach, o których Sarah Crowe ani razu nie wspomniała w swoim maszynopisie, było coś, co kojarzyło się ze świątynią albo relikwiarzem. Przypuszczam, że umieszczono je tutaj po jej śmierci. Tamtego ranka zapomniałam aparatu fotograficznego, więc jestem zmuszona polegać na pamięci, ale dwie figurki widzę nawet teraz całkiem wyraźnie: królika w kolorze sepii i różowego dzika, obie pochodzące z pierwszej amerykańskiej serii posążków oferowanych przez Red Rose Tea (1983–1985). Niestety szybko nadciągał zmierzch, a ja miałam jeszcze do pokonania rozchwiany mostek i wyboistą gruntową drogę prowadzącą do Barbs Hill Road i Mossup Valley. Kiedy dotarłam do jeepa, powietrze wypełniły niesamowite nawoływania sów i innych nocnych ptaków, więc byłam zadowolona, że nie zwlekałam dłużej przy czerwonym dębie. Wróciłam do Nowego Jorku około dwudziestej drugiej trzydzieści.
I to była moja pielgrzymka, należność, którą musiałam zapłacić za przywilej napisania tego wstępu. I teraz, kiedy go napisałam, dzień wydaje się jeszcze bardziej nijaki i rozczarowujący. Tajemnica ostatnich miesięcy życia Sary, czerwony dąb i maszynopis, który zostawiła, znajdują się na następnych stronicach, a nie w relacji o mojej wizycie na farmie Wight.
Muszę również wyznać, że nadal nie w pełni rozumiem okoliczności, które doprowadziły do tego, że ten dziwny rękopis wylądował na moim biurku zaledwie miesiąc po jej pogrzebie. Owinięty w brązowy papier do pakowania, miał naklejony znaczek pocztowy z Providence, ale żadnego adresu zwrotnego. Nie towarzyszył mu żaden list, ani jedno słowo wyjaśnienia. Byłam redaktorką Sary przy dwóch powieściach i uważałam ją jeśli nie za bliską przyjaciółkę, to przynajmniej za dobrą znajomą, więc część mnie pragnęła, żeby cała rzecz okazała się jedynie wymyślną mistyfikacją.
Ale kiedy czytałam tekst, rozpoznawałam ją na każdej stronie. Nawet gdyby z jakiegoś powodu inny autor naśladował jej styl, większość stron zawierała uwagi i korekty wprowadzone charakterem pisma Sary. Mimo to dałam rękopis do zbadania grafologowi ze stosownym certyfikatem, a on stwierdził bez żadnych wątpliwości, że Sarah Crowe jest autorką co najmniej odręcznie napisanych fragmentów. Odkryłam również na kilku stronach wyraźne odciski palców, zrobionych przypuszczalnie przy zmianie taśmy w starej maszynie do pisania. Przekazałam je do zbadania prywatnemu detektywowi (nazwisko zastrzeżone na jego prośbę). I tutaj również wyniki były pozytywne. Tak więc niezależnie od tego, czy Sarah rzeczywiście stworzyła _Czerwone drzewo_, niewątpliwie dotykała maszynopisu i robiła na nim notatki. Ergo, jeśli jest to misterne fałszerstwo, ona dosłownie przyłożyła do niego rękę.
Ostatniego lata swojego życia Sarah Crowe mieszkała w odosobnieniu i rzadko nawiązywała kontakt z ludźmi. Kilka telefonów do agentki, trochę maili do mnie z prośbą o przedłużenie terminu oddania nigdy niedokończonej powieści. Sarah stała się, podobnie jak bohaterki jej powieści, udręczoną kobietą, która coraz bardziej zamykała się w sobie, odcinała od świata, pogrążała w depresji i urojeniach. Mieszkanka Południa (która często twierdziła, że Południa nienawidzi) nagle uciekła do wiejskiego Rhode Island, być może w poszukiwaniu nowego początku. Może zamknięcia tego, co uważała za chaotyczne, zmarnowane życie. W _Czerwonym drzewie_ nie ma konkretnego, rozstrzygającego zakończenia, a jedynie irytujące aluzje. Wiemy, że u Sary zdiagnozowano chroniczne zaburzenia neurologiczne, które powodowały napady padaczkowe i mogły być formą epilepsji. Wiemy, że jej burzliwy związek z „Amandą Tyrell”⁷ źle się skończył i Sarah obwiniała siebie, że nie udało się jej uratować kochanki. Wiemy, że nie była w stanie napisać powieści, na którą zawarła umowę, i że w końcu zamiast niej zaczęła pisać _Czerwone drzewo_ w formie dziennika. Kiedyś towarzyska i otwarta, pod koniec stała się wycofana i skryta. Rzadko widywali ją jedynie Blanchardowie albo mieszkańcy Mossup Valley. Wiemy, jak umarła, wiemy, że koroner stwierdził samobójstwo. Wiemy, że Sarah zawsze gardziła swoją pracą i mówiła o niej na przykład: „nudne, kiepskie dziennikarstwo(?)”⁸ i „brednie”⁹. I wiemy, że na ogół pozytywne recenzje i pochwały kolegów po piórze nie zmieniały jej opinii, którą w dodatku chyba wzmacniała kiepska sprzedaż jej powieści. W rezultacie surowy zbiór faktów do niczego nie prowadzi i jest kiepskim sposobem na podsumowanie czyjegoś życia. Z drugiej strony muszę sobie przypominać, że nie piszę mowy pogrzebowej, tylko wstęp do bardzo dziwnej książki.
Jak już wspomniałam, tego samego dnia, kiedy odwiedziłam farmę Wight, zajrzałam również do Tyler Free Library w Mossup Valley. Ten mały biały budynek znajduje się niecałe czterysta metrów na północny wschód od starej farmy, a wiedziałam, że w ostatnich miesiącach Sarah kilka razy go odwiedzała. Przede wszystkim jednak byłam ciekawa, czy w skromnej prowincjonalnej bibliotece są jakieś jej książki. Czekało mnie miłe zaskoczenie, kiedy znalazłam na półkach jeden egzemplarz jej drugiego
zbioru opowiadań _Ciche bunty_¹⁰. Zaniosłam ją do stołu i przekartkowałam, trochę zawstydzona, że choć jestem obecną redaktorką Sary, nigdy nie przeczytałam żadnej z jej krótkich form. Zanotowałam sobie w pamięci, żeby kupić tę książkę, kiedy tylko wrócę na Manhattan, i już miałam odstawić ją na półkę, gdy na jednej z pustych stron końcowych zobaczyłam słowa skreślone ręką Sary (niebieskim atramentem). Siedziałam przez kilka minut, przyglądając się tym krótkim zdaniom, które brzmiały po prostu: „Żart ci się nie udał. Ale proszę, nie próbuj brać tego zbyt osobiście. Podpisane, autor (7/18/08)”.
Tamtego dnia te słowa wydawały się dziwne i zabawne, jeśli ktoś zna szorstkie poczucie humoru Sary, zwykle umniejszającej swoją wartość. I również trochę smutne, że zaledwie parę tygodni przed samobójstwem Sarah poświęciła chwilę na zbezczeszczenie bibliotecznego egzemplarza swojej książki, którą gardziła, o czym wielokrotnie publicznie i prywatnie zapewniała. Teraz się zastanawiam, czy tym aktem wandalizmu nie dostarczyła nam epigrafu, który odnosił się zarówno do _Czerwonego drzewa_, jak i całej jej pisarskiej kariery. A może nawet całego życia, gdyby ktoś potrafił spojrzeć na nie z jej wyjątkowej perspektywy.
Ostatnie słowo: maszynopis, który dostałam, nie był podzielony na rozdziały, lecz stanowił jedną ciągłą narrację. Ja sama, trochę arbitralnie, dokonałam podziału ze względu na czytelność. Dodałam również posłowie, wyjątek z powieści Sary _Długa droga do poranka_. Uznałam ten tytuł za trafny komentarz i zapowiedź tego, co będzie dalej.
_Sharon D. Halperin_
4 października 2009
Nowy Jork7 maja 2008 (środa, 9:38)
Prawie się obudziłam i zaczynam drugi kubek kawy, siedząc przy kuchennym stole i pisząc te słowa w kołonotatniku, który nabyłam w Coventry trochę ponad tydzień temu. W rzeczywistości kupiłam go po namyśle, z niejasnym postanowieniem, że może zacznę prowadzić dziennik albo spisywać listę ptaków, dzikich zwierząt i węży, które zobaczę w okolicy. Czy coś w tym rodzaju. Do tego ranka nawet nie wyjęłam go z brązowej papierowej torby. Zeszłej nocy były grzmoty, rano gęsta mgła, ale z tego okna sięgam wzrokiem aż do znajdującego się na północy zalanego kamieniołomu, który miejscowi nazywają Ramswool Pond. Staw znajduje się jakieś dziewięćdziesiąt metrów od domu, za dwoma wszechobecnymi murkami z kamieni polnych. Jeszcze nie zadałam sobie trudu pójścia w tamtą stronę, bo nie zauważyłam żadnej ścieżki, a jedynie bluszcz, winorośl i dzikie róże. Widziana stąd woda ma kolor łupka, tak samo monotonnie ciemnoszara, w obramowaniu z zielonych gałęzi, żółtobrązowej trawy i ołowianego nieba. Sądząc po tym, jak migocze, domyślam się, że chłoszcze ją wiatr, wzbudzając małe falki na powierzchni. Gospodarz – Sam Blanchard – powiedział mi, że staw kiedyś był kamieniołomem, w którym od lat dwudziestych do pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych wydobywano granit. Opuszczona kopalnia została później zalana przez wody gruntowe, które stopniowo wypełniały wielką, brzydką ranę w ziemi zostawioną przez ludzi i ich maszyny. Nie mam pojęcia, jak głęboki jest ten zbiornik, ale domyślam się, że dosyć głęboki. Przypuszczam, że w gorące letnie dni staje się miejscem do pływania i może ktoś zadał sobie trud, żeby go zarybić. Ale znowu to tylko domysły. I to nie jest gorący letni dzień, tylko chłodny, mglisty ranek z początku maja. Wyobrażam sobie, że jelenie schodzą nad staw, żeby się napić. Szopy pracze i skunksy. Lasy wokół starej farmy są pełne jeleni, a ja słyszałam, że są w nich nawet rysie i niedźwiedzie.
Nic nie napisałam, zupełnie nic, odkąd opuściłam Atlantę i przyjechałam do Rhode Island, a prawda jest taka, że nawet nie próbowałam. Odkąd skończyłam ostatnie opowiadanie, nie napisałam nic wartego wspomnienia, co oznacza, że od tamtej pory minęło jakieś siedem miesięcy. Ponad pół roku przeleciało bezpowrotnie. Tyle czasu wypełniło puste, zmarnowane dni, jak woda koloru łupka stary kamieniołom. Nawet nie rozpakowałam piór, więc używam żółtego ołówka nr 2, który znalazłam w jednej z kuchennych szafek. Od szkoły podstawowej nienawidziłam pisania ołówkami, wnętrze dłoni już miałam ubrudzone grafitem. Z różowej gumki do ścierania prawie nic nie zostało, ale leniwe kobiety biorą wszystko, co im się trafi.
Kawa jest gorzka i dobra, ale mam ochotę na papierosa. Gdy tak siedzę i patrzę w stronę Ramswool Pond poprzez gęstwinę chwastów i młodych drzewek rosnących za starym budynkiem farmy, sen zaczyna blaknąć, wypalać się jak mgła, która zniknie za godzinę. I nie będę kłamać. Cieszę się z tego. Do diabła, byłabym nawet wdzięczna, gdyby istniał ktoś, w kogo na tyle bym wierzyła, żeby wyrazić mu podziękowania. W końcu wyjęłam notatnik ze sklepowej torby, znalazłam ołówek i usiadłam przy stole, żeby spisać wszystko, co zapamiętałam z tego snu, i teraz jestem zadowolona, że jedyne, co pamiętam, to przelotne obrazy i wrażenia. Raczej uczucia, które wzbudził we mnie nocny koszmar, niż to, co rzeczywiście się w nim wydarzyło. Tak, oczywiście, ten sen był koszmarem. Teraz wszystkie nimi są. Minęło dużo, dużo czasu, odkąd miałam tego rodzaju sen, a jeszcze więcej czasu upłynęło, odkąd napisałam coś wartego czytania.
Czasami rankiem albo wieczorem z lasu wychodzą jelenie, żeby paść się blisko domu, a ja siedzę i je obserwuję. Zadziwiają mnie. Spędziłam życie w cementowej dżungli południowych miast, gdzie za dzikie zwierzęta uchodzą gołębie, wiewiórki i czasami oposy. Obserwując teraz jelenie, wciąż czuję, że są świadome mojej obecności, obcych oczu. Są nerwowymi, czujnymi istotami, gotowymi w każdej chwili czmychnąć pod osłonę dębów, sosen i wysokiej trawy w kolorze słomy, z powrotem w ocienione, sekretne miejsca, gdzie nie zdołam ich wypatrzyć. Tego ranka jednak nie ma żadnych jeleni, ale wcześniej, zanim zaczęłam pisać, widziałam tłustego świstaka, jak dreptał obok stodoły. Są tutaj króliki, prawdziwa plaga królików, dostrzegłam również jastrzębie i błękitniki. Kilka dni temu zobaczyłam gromadę indyków. Nie miałam pojęcia, że jest to określenie stada indyków, póki nie sprawdziłam w Internecie. Chmara bażantów, rój wron i gromada indyków. Chyba że są niedojrzałe, wtedy nazywa się je lęgiem.
I oto jestem na trzeciej stronie notatnika, wnętrze dłoni mam poplamione na szaro, a o koszmarze nie powiedziałam zbyt wiele. Zwlekam czy on po prostu nie obchodzi mnie na tyle, żeby zawracać sobie nim głowę? Zblakł tak bardzo, że nie mogę przypomnieć sobie szczegółów? Niczym specjalnym się nie wyróżniał, należał do tych normalnych, był kolejną wersją wieczoru, kiedy Amanda w końcu mnie zostawiła. Śniło mi się chyba z tysiąc wariantów tamtej nocy. Czasami ona nie odchodzi. Czasami nie mówi mi, że nie moja sprawa, dokąd ona się wybiera. Czasami nie umiera. Ale w jakiś sposób nawet takie sny są koszmarami. Może podświadomie wiem, że to kłamstwa. Jest tylko jedna prawda, jedna jedyna, a cała reszta to tylko mój cholerny żal i pragnienie, żeby wszystko rozegrało się inaczej.
Podczas gdy tu siedziałam i spisywałam te błahostki, mgła trochę zrzedła i jednocześnie przeniosła się nad bliższy koniec Ramswool Pond. Już nie widzę wyraźnie falek przemieszczających się po powierzchni zalanego kamieniołomu. Lecz wiatr porusza liśćmi i zaroślami, więc wiem, że te małe fale nadal tam są. I teraz chyba wiem, o czym zamierzam napisać zamiast o złym śnie. Może przeleję go na papier po jego następnej nieuniknionej modyfikacji. On może poczekać. Staw przypomniał mi o czymś, o czym nie myślałam od bardzo dawna, i właśnie o tym napiszę. Kiedy przyniosę sobie trzeci kubek kawy.
Większą część dzieciństwa i nastoletnie lata przecierpiałam w małym miasteczku leżącym piętnaście mil na wschód od Birmingham w Alabamie. W latach siedemdziesiątych uparcie trwało ono przy czterdziestych i pięćdziesiątych. Trzymało się ich kurczowo, podczas gdy świat pędził naprzód. Udzielałam wywiadów, w których żartowałam z _The Andy Griffith Show_ i tym podobnych, nazywając swoje „miasto rodzinne” Hooterville, Dogpatch albo Mayberry. Nie tak znowu niecelnie, choć mogło to brzmieć złośliwie. Mówiono mi, że biblioteka publiczna w miasteczku usunęła moje książki z półek, kiedy coś w tym rodzaju powiedziałam w wywiadzie dla „Atlanta Journal-Constitution”. Mniejsza o to. Pieprzyć ich, jeśli nie potrafią przyjąć żartu… albo stawić czoła prawdzie. Ale odbiegam od tematu. Zawsze odbiegam od tematu. To moja supermoc. Jakiś dupek z „New York Times Book Review” stwierdził kiedyś, że moje powieści bardzo by zyskały, gdyby „wydawca zechciał okiełznać niefortunną skłonność autorki do dygresji”. Albo jakoś tak. Chyba nie powinnam używać cudzysłowu, kiedy zamieszczam cytat wydobyty z zawodnej pamięci.
W każdym razie kilka mil od mojego domu znajdowała się stara kopalnia czertu, od dawna opuszczona i zalana, podobnie jak Ramswool Pond. Chodziłam do tego wyrobiska bez nazwy, o której bym słyszała. Najczęściej chodziłam tam sama, czasami żeby szukać trylobitów i skamieniałych liliowców, czasami, żeby wrzucać kamienie do wody, kopcić papierosy albo strzelać z wiatrówki, a czasami żeby po prostu uciec na chwilę przed matką, ojcem i młodszą siostrą. Z tamtym miejscem wiązało się wiele różnych lokalnych opowieści i legend. Podobno w czasach prohibicji przemytnicy alkoholu założyli w nim destylarnię, co skończyło się strzelaniną między bimbrownikami a ludźmi z urzędu skarbowego. Nieostrożni pływacy tonęli w zielonkawych, mętnych wodach. Niektórzy mieszkańcy twierdzili, że kopalnia ma połączenie z podziemną rzeką i że gdzieś tam w dole pływają gigantyczne ludożercze salamandry, wielkie sumy i cholera wie co jeszcze. Mówiono, że złodzieje samochodów topią tam ogołocone wraki, a ja w to wierzyłam, bo tu i ówdzie pod powierzchnią wody można było dostrzec zardzewiałą maskę albo dach pickupa. Nie pamiętam wszystkich tych historii, tak dużo ich krążyło, ale sądzę, że właśnie wtedy po raz pierwszy opowiedziałam swoją.
Był koniec lata 1977 roku, za parę tygodni zaczynałam szkołę średnią. Chwileczkę. Muszę poszukać noża i znowu naostrzyć ten cholerny ołówek. Okay, ołówek naostrzony. A więc lato 1977, w radiu _Hotel California_ The Eagles, _How Deep Is Your Love_ Bee Gees i _Blinded by the Light_ Manfreda Manna… całe to gówno, choć ja głównie słuchałam Pink Floydów i Davida Bowiego. Prezydentem był Carter. W telewizji najbardziej lubiłam programy: _The Bionic Woman_ i _The Rockford Files_. Wiedziałam, że pójdę do piekła, bo bardzo durzyłam się w Lindsay Wagner.
No i znowu dygresja. Tak czy inaczej, jestem całkiem pewna, że w tamten sierpniowy dzień szukałam trylobitów, bo wysłałam ich trochę do stanowego instytutu geologicznego w Toscaloosa i dostałam w odpowiedzi list z prośbą, czy mogłabym przysłać ich więcej. Co oznaczało, że muszę je najpierw znaleźć. Lata później pewna paleontolog z Birmingham opisała moje trylobity jako nowe gatunki i nazwała je na moją cześć _Griffithides croweii_, mam nadzieję, że dobrze to napisałam. Wtedy po raz pierwszy otarłam się o sławę, choć wątpię, czy ktoś „w domu” o tym wiedział. W tamtym czasie opuściłam Mayberry i zamieszkałam z przyjaciółką w Nashville, ale pani paleontolog mnie wytropiła i przysłała egzemplarz swojego artykułu naukowego. Nazywała się Matthews, Esther Matthews, chyba. Nadal gdzieś mam tę pracę. I jednego trylobita. Prawie tak duży jak mój kciuk, lśniący miedziano robak zatopiony w brązowo-pomarańczowym czercie. Jak wyznałam w dwóch albo trzech wywiadach, zamiast zostać pisarką poszłabym na geologię albo paleontologię, gdybym była dobra z matmy. To znaczy gdybym w ogóle miała „powołanie”. Skończyłam kilka kursów w college’u, a teraz duża część literatury faktu, którą czytam, to książki z dziedziny paleontologii i historii Ziemi. Często śnię o poszukiwaniu skamielin, więc możliwe, że to moja podświadomość stara się uporać z żalem. Ale, hej, przynajmniej mam tego trylobita.
Znowu zaczęło padać. Pewnie tak będzie przez cały pieprzony dzień.
W tamto sierpniowe popołudnie trzydzieści lat temu musiało być w cieniu ze trzydzieści dziewięć stopni. Wdrapywałam się po stromych, pokruszonych zboczach, odwracałam kawały twardego kamienia, rozłupywałam je młotkiem, który kiedyś należał do mojego dziadka, ale nie znajdowałam niczego ciekawego – muszle, korale, liliowce, ale żadnych trylobitów – pewnie marzyłam o zimnej coca-coli, Mountain Dew albo o czymś takim. Może myślałam o zdjęciu dżinsów i zaryzykowaniu spotkania z gigantycznym sumem albo o poddaniu się i powrocie przez kudzu do miejsca, gdzie zostawiłam rower.
Rower, tak przy okazji, w dużej mierze przypominał samo miasteczko. Właściwie należał do mojej matki, kiedy była dziewczynką w latach pięćdziesiątych. Cętkowany rdzą i obłażącą niebieską farbą, miał siodełko, które spadało za każdym razem, gdy trafiło się na wybój albo krawężnik. Nie mam pojęcia, co się z nim stało.
W każdym razie kucałam na samej linii wody, na wąskiej, pokrytej mchem półce otoczonej przez pałki i takie tam, spocona jak świnia, załzawionymi oczami wypatrując mokasynów i jednocześnie trylobitów. Musiałam coś usłyszeć, może nagły plusk, kiedy spłoszyłam żabę albo coś innego, bo podniosłam wzrok. Po drugiej stronie wyrobiska, dokładnie na wprost mnie, w odległości dwunastu albo piętnastu metrów zobaczyłam dziewczynę stojącą w trzcinach, po kolana w błotnistej wodzie, nagą jak w chwili narodzin. Wpatrywała się we mnie, a ja po prostu zamarłam jak wystraszony jeleń tuż przed skokiem w las. Pamiętam, że dziewczyna miała najczarniejsze włosy, jakie w życiu widziałam, jak atrament, a nie znajdowałam się aż tak daleko, by nie zauważyć, że jest ładna, to znaczy cholernie, nieziemsko piękna, a nie tylko taka, która uchodziłaby za ładną w małym miasteczku w Alabamie. Ja miałam czternaście lat i właśnie zaczynałam podejrzewać, że jestem lesbą, ona tam była, a ja mogłam jedynie stać kompletnie bez ruchu i patrzeć. Myślałam: „Dlaczego cię nie znam? Dlaczego nie widziałam cię wcześniej?”. Bo wszyscy w miasteczku się znali, przynajmniej z widzenia. A gdybym wcześniej gdzieś ją widziała, to jasne jak cholera, że bym jej nie zapomniała. Może się uśmiechała, ale nie jestem pewna. W ustach miałam tak sucho, że nadal pamiętam tę suchość, ściśnięte gardło i serce dudniące w piersi jak przeklęty kocioł. I wtedy ona zrobiła krok albo dwa w moją stronę, unosząc ręce jakby chciała mnie uściskać albo coś, a woda sięgnęła jej do pasa, zakrywając hebanowy trójkąt.
Wtedy miałam cholernie mało punktów odniesienia, ale teraz wskazałabym na prerafaelickich albo wiktoriańskich malarzy. Oni znali kobiety o twarzach takich jak jej, znali je albo wymyślali. Umieszczali je na płótnie. W szczególności wskazałabym na _The Kelpie_ Thomasa Millie Dowa, który po raz pierwszy zobaczyłam w college’u lata po tamtym popołudniu w kamieniołomie i który nadal przyprawia mnie o niepokój.
Kiedy woda sięgnęła jej do piersi, dziewczyna musiała trafić na spadek. Wyrobisko miało co najmniej trzydzieści metrów głębokości, zatopione zbocza były bardzo strome. W większości miejsc szybko zaczynała się głębia. Nieznajoma zrobiła kolejny krok do przodu i poszła na dno jak kamień. Tam, gdzie przed chwilą się znajdowała, powstał mały wir, ale powierzchnia szybko się wygładziła. Ukucnęłam w oczekiwaniu i przysięgam na boga (to żart), czekałam z piętnaście albo dwadzieścia minut, aż ona znowu się pojawi. Ale tego nie zrobiła. Nie było też żadnych pęcherzyków powietrza. Dziewczyna po prostu weszła do stawu i utonęła… zniknęła. Duszące letnie powietrze, które wypełniał stały dźwięk cykad, nagle ucichło, mam na myśli, że tak kompletnie ucichło. Może przez kilka minut nie było słychać żadnych owadów, żadnych ptaków, w ogóle nic. I wtedy sobie uświadomiłam, że się boję, chyba bardziej niż kiedykolwiek w życiu, a kilka sekund później odezwały się lelki. Dorastając na zadupiu w Alabamie, można nie znać prerafaelickich syren, ale wie się, co oznacza śpiew tych ptaków. Zwiastuny śmierci, złe omeny, psychopompy itd. Starzy ludzie twierdzili, że to cholernie zły znak, choć lelki można usłyszeć w każdy letni wieczór i poranek. W tamtej konkretnej chwili, czekając, aż naga czarnowłosa dziewczyna wynurzy się, żeby nabrać powietrza, słuchając całej armii lelków pogwizdujących w krzakach, uwierzyłam w te przesądy. Zaczęłam biec… i nic więcej nie pamiętam. Tylko to, że wróciłam do swojego roweru i byłam co najmniej w połowie drogi do domu, zanim zwolniłam, nie mówiąc o oglądaniu się przez ramię. I już nigdy nie wróciłam do kamieniołomu, nigdy. A on nadal tam jest, jak przypuszczam.
Tak więc jest to moja jedyna prawdziwa historia o duchach czy jak ją tam chcecie nazwać. Moje środowe wyznanie na kartkach notesu z drogerii. Bez wątpienia musiałam dokonać jakiejś racjonalizacji tego, co wtedy zobaczyłam. Może dziewczyna pochodziła z innego miasteczka – Moody, Odenville albo Trussville – i dlatego nigdy wcześniej jej nie widziałam. Może popełniła samobójstwo, a nie wypłynęła, bo przywiązała sobie do kostek betonowe bloki. Może wypłynęła, ale ja to przegapiłam. Możliwe, że cierpiałam na halucynacje spowodowane przez upał.
Teraz pada jeszcze mocniej. Już nie widzę łupkowatej plamy Ramswool Pond. Leży gdzieś tam zagubiony w ten zimny i deszczowy poranek w Rhode Island. W dni takie jak ten mam trudności z przypomnieniem sobie, dlaczego, do diabła, opuściłam Atlantę. Ale potem przypominam sobie Amandę i całą resztę i ta cholerna paskudna pogoda wydaje się niską ceną za znalezienie się daleko od naszego starego mieszkania przy Candler Park. Tak, uciekam i właśnie tutaj uciekłam, dziękuję bardzo. Zamieściłam na Craiglist ogłoszenie, że szukam domu, i jedna rzecz doprowadziła do następnej, połączyła cholerne kropki i oto tu jestem, z gównianą pogodą, mokrymi świstakami i całą resztą. Żadnego żalu. Jeszcze nie. Nuda, tak, koszmary i topniejący rachunek bankowy, ale życie toczy się dalej. W dodatku mam teraz skurcz ręki, więc wystarczy. Może po prostu wsadzę notatnik z powrotem do torby i wrzucę ją do śmietnika, bo teraz naprawdę chciałabym poprzestać na siedzeniu, piciu kawy i czekaniu, aż pokażą się jelenie.9 maja 2008 (piątek, 20:47)
Rzeczą, z którą nie umiem sobie poradzić, jest nuda. A może mam na myśli samotność. Może nie jestem szczególnie wprawna w odróżnianiu tych dwóch stanów. Nie musiałam zaszywać się w najrzadziej zaludnionej części stanu. Łatwo mogłam znaleźć sobie coś w Providence albo bliżej morza, na przykład w Westerly albo Narragansett. Jak sądzę, przyjazd tutaj był impulsem. W swoim czasie wydawał się dobrym pomysłem. Jest telewizja i Internet (dzięki dwóm antenom satelitarnym), mam zapas DVD i CD, komórkę i książki, które zamierzałam przeczytać… cóż, niektóre z nich od lat. Ale mieszkam tutaj od dwóch tygodni i głównie po prostu wędruję po posesji, nigdy nie oddalając się za bardzo od domu, albo piję kawę i wyglądam przez okno. Albo piję piwo i burbon, choć to zabronione przy lekach przeciwpadaczkowych. Odbyłam kilka długich przejażdżek po hrabstwie South, choć nigdy nie przepadałam za zwiedzaniem i widokami. W zeszłym tygodniu pojechałam aż do Point Judith. Jest tam latarnia morska, stoły piknikowe i duży brukowany parking, lecz na szczęście sezon turystyczny jeszcze nie rozpoczął się w pełni. Przyjezdni z Connecticut, Massachusetts, New Jersey, Nowego Jorku i innych miejsc są jak starotestamentowa plaga szarańczy spadająca na ten stan. Syrenia pieśń cholernych plaż. W czasie jednej z moich wycieczek widziałam naklejkę na zderzaku: „Nazywają to sezonem na turystów, więc dlaczego nie możemy do nich strzelać?”. Przypuszczam jednak, że całe hrabstwo South i większość stanu niestety jest zależna od dochodów z turystyki. Przekleństwo jest błogosławieństwem jest przekleństwem. W każdym razie usiadłam przy jednym ze stołów w Point Judith i patrzyłam na łodzie rybackie łowiące ryby albo homary, kilka żaglówek kierujących się na zatokę, na otwarte morze albo na Block Island. Wszędzie były mewy, hałaśliwe i ani trochę niebojące się ludzi, co oczywiście nasunęło mi myśl o Hitchcocku. Trwał odpływ, wiatr niósł zapach podobny do odoru ścieków.
Wczoraj pojechałam do Mossup Valley, które leży kawałek na północ stąd, znacznie bliżej Coventry czy Foster. Zobaczyłam bibliotekę, ale weszłam do niej tylko na chwilę, żeby wziąć ulotkę o jej historii. Nie lubię spędzać czasu w bibliotekach, podobnie jak w księgarniach, odkąd przed czternastu laty wyszła moja pierwsza powieść. Oto fragment ulotki: „Historia Tyler Free Library zaczęła się, kiedy mieszkańcy Mossup Valley kupili prywatną kolekcję Caseya B. Tylera składającą się z 2000 książek i powstała konieczność wzniesienia budynku, który by ją pomieścił. Oficjalnie bibliotekę założono w styczniu 1896 roku i zatrudniono bibliotekarza. Otwarto ją 31 marca 1900 i wydano piętnaście kart. Mieszkańcy uporządkowali książki, a biblioteka była otwarta w sobotnie popołudnia”. Dalej przeczytałam, że w roku 1965 dość surowy pobielony budynek przeniesiono z jednej strony Mossup Valley Road na drugą, z północy na południe. Dlaczego, do diabła, przepisuję to całe gówno? A tak, nuda.
Zatrzymałam się również w starym sklepie na Plain Woods Road, żeby kupić papierosy i parę innych rzeczy. Znowu palę, co nie uszczęśliwiłoby mojego lekarza z Atlanty, podobnie jak whisky i piwo. Jak prawie wszystko tutaj sklep jest stary i też nosi nazwę Tyler jak biblioteka. Zawsze dużo słyszałam o tym, jak skryci i małomówni są mieszkańcy Nowej Anglii, zwłaszcza na takim zadupiu i zwłaszcza wobec obcych, lecz albo ten stereotyp jest fałszywy, albo akurat trafiam na nietypowo gadatliwych Jankesów. Stara kobieta pracująca w Tyler Store powiedziała mi, że sklep zbudowano w 1834 roku, a zachodnią część dodano dopiero w 1870. Nie pamiętam większości z tego, co mówiła, ale wiedziała (nie mam pojęcia skąd, pewnie z jakichś miejscowych plotek), że jestem „tą autorką wynajmującą starą farmę Wight”. Potem stwierdziła, że szkoda ostatniego najemcy, a kiedy zapytałam, co ma na myśli, patrzyła na mnie przez chwilę wielkimi oczami powiększonymi przez trójogniskowe soczewki.
– Nie wie pani? – zapytała.
– Nie wiem.
– W takim razie to nie moja sprawa. Ale niech pani zapyta pana Blancharda. Ma pani prawo wiedzieć.
Odparłam, że pan Blanchard, gospodarz, wyjechał w sprawach związanych z farmą na zjazd producentów nawozów, konferencję postrzygaczy owiec albo coś w tym rodzaju i zobaczę go dopiero za tydzień, a może i później (mieszka w Foster i rzadko tu przyjeżdża). Ale nic z tego. Kobieta nie powiedziała nic więcej, tylko wróciła do historii starego sklepu i wytwórni cydru, która mieściła się gdzieś niedaleko. Wspomniała też coś o cmentarzu, na którym jest pochowany jej ojciec, tego rodzaju rzeczy. Koloryt lokalny. Słuchałam uprzejmie, bo uznałam, że nie należy jej naciskać w kwestii poprzedniego najemcy, cokolwiek jej zdaniem powinnam w związku z nim wiedzieć. Blanchard napomknął jedynie, że przede mną farmę wynajmował profesor z URI, ale wiem, że dom stał pusty od ponad dwóch lat.
Niedługo po tym, jak wróciłam do domu, zadzwonił telefon (zapomniałam wyłączyć przeklętą komórkę) i Dorothy spytała, czy się już urządziłam, jak sobie radzę, czy tęsknię, i wreszcie, kiedy już nie mogła dłużej zwlekać, czy zrobiłam jakieś postępy z powieścią. Omal się nie rozłączyłam, bo ona dobrze wie, że jeszcze nawet nie zaczęłam tej pieprzonej powieści. Ale Dorothy jest dobrą agentką, a tacy nie rosną na drzewach. Mogłam jeszcze kiedyś jej potrzebować. Przypomniała mi taktownie, choć niezbyt pomocnie, że wydawcy, którzy zapłacili pokaźne części pokaźnych zaliczek, w końcu oczekują w zamian rękopisów, nieważne, ile pieniędzy zarobiłam dla nich swoimi poprzednimi książkami. Mogłabym skłamać, że pisanie dobrze mi idzie i żeby się nie martwiła. Ale po jaką cholerę? Termin upływa już za sześć tygodni, i to nie pierwotny termin, tylko jego przedłużenie, więc porozmawiałyśmy o jego drugim przesunięciu, powiedzmy o sześć albo osiem miesięcy. Dorothy w takich chwilach przybiera ten swój ton głosu, a ja czuję się, jakbym znowu była dzieckiem i rozmawiała z matką. Obiecała jednak, że w następnym tygodniu zatelefonuje do mojego wydawcy. Przynajmniej nie zapytała mnie o zdrowie. Zawsze to coś.
Wreszcie rozpakowałam swoje watermany. Używam modelu Edson Diamond Black, który kupiłam w Denver w zeszłym roku. Końcówkę żółtego ołówka wrzuciłam z powrotem do szuflady. Pod wpływem impulsu na serio rozważałam pomysł pogrzebania tego cholerstwa, ale później zaczęłam się zastanawiać, czy grafit (zdaje się, że odmiana węgla) nie zaszkodzi dżdżownicom, kretom i innym takim. Chyba gdzieś przeczytałam, że niewielka ilość grafitu jest nieszkodliwa, ale już miałam dość na sumieniu, żeby martwić się jeszcze o to, czy nie otrułam pędraków. Postaram się robić wpisy w tym notatniku. Pióra ułatwiają sprawę, a poza tym nie jest tak, żebym miała od cholery innej roboty, prawda?14 maja 2008 (15:29)
Okazuje się, że jeszcze przez jakiś czas uniknę przytułku. Jakąś godzinę temu zadzwoniła z Manhattanu Dorothy. Byłam w łazience, ale usłyszałam swoją komórkę leżącą na kuchennym stole. Niemieckojęzyczny wydawca właśnie postanowił wydać wszystkie moje dostępne tytuły, co oznaczało okrągłą sumkę zaliczki. Szczęściara ze mnie. Czek z Berlina powinien dotrzeć, zanim sytuacja na moim koncie bankowym zaczynie wyglądać naprawdę smętnie. Wiem, że agentka mogła usłyszeć ulgę w moim głosie, bo jestem kiepska w ukrywaniu takich rzeczy. Żadnej pokerowej twarzy. W każdym razie po tej wieści nastąpił moment niezręcznej ciszy, a potem jeszcze bardziej niezręczna gadka szmatka – jak pogoda, dobrze się czujesz itd. – nim zadała mi nieuniknione pytanie. Mniejsza o to, że kilka dni wcześniej też je zadała.
– Jakieś postępy w pisaniu?
Zaproponowałabym, że wyślę jej ten notatnik, ale nie sądzę, żeby doceniła moje poczucie humoru. Chciałam zapytać Dorothy, kiedy w końcu wyznamy sobie nawzajem prawdę i przestaniemy prowadzić tę grę w myślenie życzeniowe, lecz tego nie zrobiłam. Ten dzień jednak nadejdzie. Widzę to teraz wyraźniej niż kiedykolwiek. Przyjdzie chwila, kiedy ona spyta, a ja zamiast zwykłych wymówek, uników, zmiany tematu albo żartowania z tego całego bałaganu po prostu powiem jej, że nic z tego. Sorry. Studnia jest sucha i przepraszam, że tyle czasu zajęło mi zebranie się na odwagę. Czy tak to się odbędzie? Jak pisarz przestaje być pisarzem?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Patrz stosowny wpis, „tropienie legend” w _American Folklore: An Encyclopedia_ Jana Brunvanda, Garland Reference Library of the Humanities, tom 1551, str. 439–440.
2.
Michael E. Bell, _Food for the Dead: On the Trail of New England’s Vampires_, 2001, Carrol & Graf Publishers.
3.
Trzeba tutaj zauważyć, że choć udało mi się zdobyć wszystkie niezbędne pozwolenia na mówienie o Hopkins i jej udziale w tej dziwnej sprawie oraz opublikowanie wszystkiego, co o niej napisała Sarah, pani Hopkins konsekwentnie odrzucała moje prośby o wywiad. Jedyną opublikowaną pracą dotyczącą Hopkins oprócz tego, co poniżej, oraz jej strony internetowej, jest krótki profil i recenzja w _Culver City Artscape_ (wrzesień 2009) po instalacji wystawionej ostatniego lata w galerii na La Cienega Boulevard, która to wystawa obejmowała kilka wspomnianych tu płócien.
4.
_Quercus rubra (Q. borealis)_, znany jako północny dąb czerwony; zobacz również _A Natural History of Trees of Eastern and Central North America_ Donalda Cultossa (Houghton Mifflin Co., 1950, i drugie wydanie w 1966.
5.
Te liczby podał mi pan Samson Blanchard kilka tygodni po mojej wizycie.
6.
Red Rose Tea zaczęła dołączać te „drobiazgi” wytwarzane przez George Wade Pottery z Burslem w 1967 roku w ramach promocji swojego produktu w Quebecu. Pierwsze amerykańskie figurki powstały w 1983 roku. Na stronie internetowej firmy można przeczytać: „Ocenia się, że do dzisiaj w Ameryce dodano do paczek herbaty 300 milionów figurek Wade’a”. Patrz również _The World of Wade_ Iana Warnera i Mike’a Possgaya (Schiffer Publishing, 2003).
7.
Sarah wybrała ten pseudonim dla swojej byłej kochanki, a ja postanowiłam uszanować jej decyzję i nigdy nie używałam prawdziwego nazwiska „Amandy”. Jednakże nietrudno je poznać, jeśli ktoś ma taką chęć.
8.
_Atlanta Journal-Constitution_, 14 grudnia 2001.
9.
_Publishers Weekly_, 3 marca 1999.
10.
HarperCollins, 1998.