Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Czerwone drzewo - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 września 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Czerwone drzewo - ebook

Sarah Crowe opuściła Atlantę - i zgliszcza burzliwego związku - żeby zamieszkać w starym domu w wiejskich okolicach Rhode Island. W jego murach znajduje niedokończony rękopis dawnego mieszkańca, antropologa z obsesją na punkcie prastarego dębu rosnącego na odizolowanym zakątku posiadłości.

Powiązane z miejscowymi legendami o nadnaturalnej magii oraz z udokumentowanymi wypadkami i morderstwami sękate drzewo zakorzenia się w wyobraźni Sary, co skłania ją do napisania własnej wersji jego podejrzanej historii.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66712-56-0
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Praw­dziwy doro­bek mojego życia jest nie­ma­te­rialny – zła­pany gwiezdny pyłek, frag­ment tęczy, który schwy­ta­łem.

Henry David Tho­reau
_Wal­den, czyli życie w lesie_ (1854)

Jeśli zda­rzy ci się tra­fić do gaju gęsto poro­słego sędzi­wymi a wzno­szą­cymi się ponad zwy­kłą swą wyso­kość drze­wami, które z kona­rów roz­po­star­tych jedne nad dru­gimi two­rzą zasłonę pozba­wia­jącą cię widoku nieba, to owa nad­zwy­czajna buj­ność lasu, tajem­ni­czość oko­licy i zdu­mie­nie wywo­łane tak gęstym i tak nie­prze­nik­nio­nym, choć wytwo­rzo­nym na otwar­tym miej­scu mro­kiem wzbu­dzi w tobie wiarę w ist­nie­nie mocy bożej.

Seneka Star­szy
_Listy moralne do Lucy­liu­sza_ (64 n.e.)PRZED­MOWA WYDAWCY

Odwie­dzi­łam starą farmę Wight i jej „czer­wone drzewo”, gdzie na skraju bagien, które przy­le­gają do połu­dnio­wego krańca Ram­swool Pond, stoi zanie­dbany dom. Byłam więc tam. Widzia­łam tamto miej­sce na wła­sne oczy, choć tylko raz. Gdy pod­ję­łam się przy­go­to­wa­nia _Czer­wo­nego drzewa_ do pośmiert­nego wyda­nia, uzna­łam tę piel­grzymkę za rzecz konieczną. Za rodzaj obo­wiązku, jeśli chcia­łam zyskać wej­rze­nie w stan umy­słu Sary Crowe w ostat­nich mie­sią­cach jej życia. Dla­tego tam poje­cha­łam, sama.

Wyru­szy­łam z Man­hat­tanu wio­sną, wiele mie­sięcy po otrzy­ma­niu maszy­no­pisu. Dzień był pogodny i rześki, cydrowy dzień póź­nego kwiet­nia, niebo roz­le­głe i nie­bie­skie, zie­mia dopiero zaczy­nała się zie­le­nić wraz z pierw­szymi ozna­kami wio­sny. Nie wyczu­wało się w tym dniu niczego zło­wiesz­czego, ale na moje ocze­ki­wa­nia wpły­nęła lek­tura stro­nic o dłu­giej samo­bój­czej męce i wyzna­niu oraz „tajem­ni­cza histo­ria” Wight, którą Sarah odkryła w innym maszy­no­pi­sie, zosta­wio­nym przez poprzed­niego najemcę farmy, który, tak się zło­żyło, rów­nież tam umarł pół dekady przed jej przy­jaz­dem. Moja wizyta przy­pa­dła nie­mal dokład­nie rok po przy­by­ciu Sary na farmę w kwiet­niu 2008 roku.

Posta­ram się stresz­czać, bo to nie moja histo­ria została tu opo­wie­dziana. Jestem w naj­lep­szym razie nie­chętną opie­kunką tej opo­wie­ści.

Po wcze­snym lun­chu w Pro­vi­dence ze zna­jomą z col­lege’u, któ­rej nie widzia­łam od jakie­goś czasu, ruszy­łam na zachód Route 6 wzdłuż North Sci­tu­ate, na skrzy­żo­wa­niu ze sta­nową 103 skrę­ci­łam na połu­dnie, minę­łam Chop­mist i Roc­kland, prze­je­cha­łam przez Pona­gan­set River w miej­scu, gdzie rzeka wpada do wiel­kiej gar­dzieli Sci­tu­ate Rese­rvoir, dotar­łam do Clay­ville i Pla­in­field Pike. Na gra­nicy Pro­vi­dence-Kent skrę­ci­łam na pół­nocny zachód na Mos­sup Val­ley Road. Nie zna­łam tej czę­ści stanu – i na­dal nie znam – więc pozwo­li­łam sobie spę­dzić godzinę na zwie­dza­niu paru cmen­ta­rzy w Mos­sup i sta­rego kościoła (ok. 1864–1865), obec­nie prze­ję­tego przez Zjed­no­czony Kościół Chry­stusa. Zaj­rza­łam rów­nież do Grange Hall i Tyler Free Library (ta ostat­nia ok. 1896–1900), zanim ruszy­łam dalej do skrzy­żo­wa­nia z Barbs Hill Road na zachód od mia­sta.

Droga jest utrzy­mana w dość dobrym sta­nie, jako że leży wzdłuż niej wiele domów i farm, ale pra­wie na samym początku zmie­nia się z asfal­to­wej w utwar­dzoną grun­tową. Skręt na farmę Wight znaj­duje się tuż za małym sta­wem, nie wię­cej jak trzy­sta metrów od pół­noc­nego końca Barbs Hill Road. Co zaska­ku­jące, w prze­ci­wień­stwie do róż­nych bocz­nych dróg, pod­jaz­dów i ście­żek, ta nie jest zagro­dzona bramą. Wypo­ży­czy­łam na tę podróż jeepa che­ro­kee; w prze­ciw­nym razie ni­gdy nie doje­cha­ła­bym dalej niż do sta­rego domu. Rodzina Blan­char­dów znaj­duje się w posia­da­niu farmy od 1979 roku, a ja usta­li­łam z nimi swoją wizytę tydzień wcze­śniej, wyja­śnia­jąc, że wydaję ostat­nią książkę Sary Crowe i muszę zoba­czyć miej­sce, gdzie miesz­kała, pisząc ją, i gdzie rów­nież umarła. Pan Sam­son Blan­chard, jej były gospo­darz, nie oka­zał się ani tak wścib­ski, ani tak podejrz­liwy, jak się spo­dzie­wa­łam na pod­sta­wie mojej wie­dzy z dru­giej ręki o jan­ke­sach z zachod­niego Rhode Island. Poda­łam mu kon­takt tele­fo­niczny do swo­jego wydaw­nic­twa, ale póź­niej odkry­łam, że tam nie zadzwo­nił. Przy­pi­suję to po czę­ści fak­towi, że po śmierci Sary Blan­chardowie nie musieli zno­sić zain­te­re­so­wa­nia mediów. Wydaje się dziwne (przy­naj­mniej dla mnie), że nie­wiele jest świa­dectw, by miej­scowi nasto­lat­ko­wie czy inni cie­kaw­scy obrali sobie farmę Wight za cel noc­nych wizyt, wan­da­li­zmu czy, żeby użyć żar­gonu folk­lo­ry­stów, „tro­pie­nia legend”¹. Rze­czy­wi­ście, zwa­żyw­szy na lokalną tra­dy­cję duchów, cza­row­nic, a nawet wam­pi­rów², uwa­żam brak „miej­skich legend” ota­cza­ją­cych farmę za godny uwagi.

Zro­biło się późne popo­łu­dnie, kiedy pod­ska­ki­wa­łam na wybo­jach wąskiego, krę­tego traktu pro­wa­dzą­cego na połu­dnie i wschód przez las do Wight. Nie mogłam dotrzeć dalej, bo droga koń­czy się ślepo, a nie­całe sześć­dzie­siąt metrów od domu jest miej­sce, gdzie można zawró­cić. Zapar­ko­wa­łam tam i prze­szłam przez nie­po­ko­jąco chy­bo­tliwy drew­niany mostek, który spina brzegi bez­i­mien­nego potoku wypły­wa­ją­cego z Ram­swool Pond i łączą­cego się z innymi stru­mie­niami, które płyną do Vau­ghn’s Hol­low, żeby jakieś osiem­set metrów dalej wpaść do Briggs Pond. Więk­szość rosną­cych tutaj drzew to dęby takiego czy innego gatunku, uroz­ma­icone sosnami, hiko­rami i czer­wo­nymi klo­nami. Ich gałę­zie rzu­cają dłu­gie cie­nie na czy­stą, wolno pły­nącą wodę. Zaro­śnięte brzegi są pełne cuch­ną­cej skupni o mię­si­stych, fio­le­to­wych kwia­tach przy­wa­bia­ją­cych osy i widel­nice. Zauwa­ży­łam, że świa­tło dzienne gaśnie, więc przy­śpie­szy­łam kroku.

Chcia­ła­bym powie­dzieć, że w ciągu dwóch godzin, które spę­dzi­łam, mysz­ku­jąc po domu, poczu­łam nie­po­ko­jącą nad­na­tu­ralną obec­ność, demo­niczne czy nad­przy­ro­dzone zagro­że­nie, albo że byłam świad­kiem cze­goś, czego teraz nie jestem w sta­nie wyja­śnić. Gdyby tak się stało, przed­mowa z pew­no­ścią byłaby dużo bar­dziej inte­re­su­jąca. Ale prawda jest taka, że nic się nie wyda­rzyło. Poza ogól­nym wra­że­niem samot­no­ści i lek­kiej melan­cho­lii, którą zawsze budziły we mnie takie miej­sca, nie poczu­łam zupeł­nie nic. Naprawdę spo­dzie­wa­łam się, że ta wizyta będzie nie­po­ko­jąca, i nawet roz­wa­ża­łam odło­że­nie jej o tydzień, żeby mógł mi towa­rzy­szyć mąż.

Pan Blan­chard przy­słał mi pocztą klu­cze, więc weszłam do środka i ruszy­łam kolejno przez wszyst­kie pokoje. Dom na­dal był w pełni ume­blo­wany naj­róż­niej­szymi anty­kami i gra­tami, tak jak wtedy, gdy zamiesz­kała w nim Sarah. Zoba­czy­łam maszynę do pisa­nia, na któ­rej powstał jej ręko­pis, tę samą, któ­rej podobno użyto do wypro­du­ko­wa­nia zna­le­zio­nego przez nią star­szego maszy­no­pisu. Weszłam na małe pod­da­sze, które według Sary słu­żyło jako pra­cow­nia malarce Con­stance Hop­kins po jej powro­cie z Los Ange­les³. Dom był zimny, wil­gotny i pach­niał stę­chli­zną, ale nie

nie bar­dziej ani mniej niż każdy inny bar­dzo stary dom wznie­siony na bagni­stym tere­nie i nie­za­miesz­kany przez wiele mie­sięcy.

Nie weszłam do ogrom­nej piw­nicy, ponie­waż zapo­mnia­łam latarki, a Blan­chard nie zadał sobie trudu, żeby włą­czyć prąd na czas mojej krót­kiej wizyty. Wyznam jed­nak, że bar­dzo chcia­łam zejść po tych kru­szą­cych się scho­dach i zoba­czyć, ile prawdy jest w tym, co Sarah napi­sała o prze­strzeni pod domem. Wydaje mi się, że sta­nowi ona ważną część całej histo­rii. Zatrzy­ma­łam się przy drzwiach piw­nicy, nawet je otwo­rzy­łam i spoj­rza­łam w dół w tę gęstą, budzącą grozę ciem­ność i poczu­łam cuch­nące powie­trze pły­nące z dołu. Jed­nak ani tro­chę nie wsty­dzę się przy­znać, że nie byli­by­ście w sta­nie zapła­cić mi dosta­tecz­nie dużo, żebym zeszła tam sama. Piw­nica jest tajem­nicą, którą zosta­wię komuś innemu do roz­wią­za­nia, bar­dziej nie­ustra­szo­nej duszy, kan­dy­datce na nową Larę Croft czy Indianę Jonesa.

Póź­niej zaj­rza­łam jesz­cze do walą­cej się sto­doły i kilku innych zabu­do­wań gospo­dar­czych, a następ­nie ruszy­łam wzdłuż murku z kamieni polnych znaj­du­ją­cego się w odle­gło­ści około sie­dem­dzie­się­ciu metrów od ogrom­nego czer­wo­nego dębu⁴, który tak bar­dzo przy­czy­nił się do fatal­nej obse­sji Sary Crowe. Po dro­dze zauwa­ży­łam, że wie­lo­krot­nie wspo­mi­nany przez Sarę wyłom w murze został napra­wiony. Drzewo i to, co obok niego zna­la­złam, zro­biło na mnie dużo więk­sze wra­że­nie niż dom i oko­lica. Choć Sarah mogła mieć halu­cy­na­cje, coś sobie wyobra­żać albo wyol­brzy­miać swoje prze­ży­cia na far­mie Wight, zapew­niam, że ani tro­chę nie prze­sa­dziła w opi­sie impo­nu­ją­cego drzewa. Ma ono co naj­mniej czter­dzie­ści metrów wyso­ko­ści, a pień u pod­stawy z pew­no­ścią dwa metry w obwo­dzie⁵, przez

co inne drzewa w pobliżu wydają się kar­ło­wate. Nie będę tutaj tra­cić czasu na opi­sy­wa­nie samego dębu, jako że Sara zro­biła to w swoim ręko­pi­sie o wiele lepiej, niż ja bym potra­fiła. Tam­tego dnia gałę­zie bar­dzo posęp­nie i surowo ryso­wały się na tle kwiet­nio­wego nieba mimo rado­snej mgiełki nowych liści. Z dru­giej strony źró­dłem tego wra­że­nie były raczej moje ocze­ki­wa­nia niż obiek­tywne cechy samego drzewa. Tu i ówdzie w korze wyryto imiona i daty. Naj­star­sze, które zauwa­ży­łam, pocho­dziły z roku 1888 (Sarah rów­nież o nich wspo­mniała), ale mogłam prze­oczyć dużo star­sze graf­fiti.

Wokół powy­krę­ca­nych korzeni zna­la­złam wiele dzie­siąt­ków małych cera­micz­nych figu­rek, głów­nie z rodzaju tych, które dostaje się gra­tis w pudeł­kach her­baty Red Rose⁶. Zwie­rzęta, cyr­kow­ców i posta­cie z dzie­cię­cych koły­sa­nek usta­wiono na sęka­tych korze­niach, wci­śnięto w pęk­nię­cia kory albo uło­żono na mchu wokół dębu. Był to nie­ocze­ki­wany i zaska­ku­jący widok. Sta­łam tam przez jakiś czas, przy­glą­da­jąc się sta­tu­et­kom. Nie wzię­łam ze sobą żad­nej z nich, nawet ich nie dotknę­łam. Pomy­śla­łam, że może zosta­wiły je wnuki Blan­char­dów, które czę­sto odwie­dzały farmę i zapusz­czały się aż tutaj. W małych cera­micz­nych zwie­rząt­kach, o któ­rych Sarah Crowe ani razu nie wspo­mniała w swoim maszy­no­pi­sie, było coś, co koja­rzyło się ze świą­ty­nią albo reli­kwia­rzem. Przy­pusz­czam, że umiesz­czono je tutaj po jej śmierci. Tam­tego ranka zapo­mnia­łam apa­ratu foto­gra­ficz­nego, więc jestem zmu­szona pole­gać na pamięci, ale dwie figurki widzę nawet teraz cał­kiem wyraź­nie: kró­lika w kolo­rze sepii i różo­wego dzika, obie pocho­dzące z pierw­szej ame­ry­kań­skiej serii posąż­ków ofe­ro­wa­nych przez Red Rose Tea (1983–1985). Nie­stety szybko nad­cią­gał zmierzch, a ja mia­łam jesz­cze do poko­na­nia roz­chwiany mostek i wybo­istą grun­tową drogę pro­wa­dzącą do Barbs Hill Road i Mos­sup Val­ley. Kiedy dotar­łam do jeepa, powie­trze wypeł­niły nie­sa­mo­wite nawo­ły­wa­nia sów i innych noc­nych pta­ków, więc byłam zado­wo­lona, że nie zwle­ka­łam dłu­żej przy czer­wo­nym dębie. Wró­ci­łam do Nowego Jorku około dwu­dzie­stej dru­giej trzy­dzie­ści.

I to była moja piel­grzymka, należ­ność, którą musia­łam zapła­cić za przy­wi­lej napi­sa­nia tego wstępu. I teraz, kiedy go napi­sa­łam, dzień wydaje się jesz­cze bar­dziej nijaki i roz­cza­ro­wu­jący. Tajem­nica ostat­nich mie­sięcy życia Sary, czer­wony dąb i maszy­no­pis, który zosta­wiła, znaj­dują się na następ­nych stro­ni­cach, a nie w rela­cji o mojej wizy­cie na far­mie Wight.

Muszę rów­nież wyznać, że na­dal nie w pełni rozu­miem oko­licz­no­ści, które dopro­wa­dziły do tego, że ten dziwny ręko­pis wylą­do­wał na moim biurku zale­d­wie mie­siąc po jej pogrze­bie. Owi­nięty w brą­zowy papier do pako­wa­nia, miał nakle­jony zna­czek pocz­towy z Pro­vi­dence, ale żad­nego adresu zwrot­nego. Nie towa­rzy­szył mu żaden list, ani jedno słowo wyja­śnie­nia. Byłam redak­torką Sary przy dwóch powie­ściach i uwa­ża­łam ją jeśli nie za bli­ską przy­ja­ciółkę, to przy­naj­mniej za dobrą zna­jomą, więc część mnie pra­gnęła, żeby cała rzecz oka­zała się jedy­nie wymyślną misty­fi­ka­cją.

Ale kiedy czy­ta­łam tekst, roz­po­zna­wa­łam ją na każ­dej stro­nie. Nawet gdyby z jakie­goś powodu inny autor naśla­do­wał jej styl, więk­szość stron zawie­rała uwagi i korekty wpro­wa­dzone cha­rak­te­rem pisma Sary. Mimo to dałam ręko­pis do zba­da­nia gra­fo­lo­gowi ze sto­sow­nym cer­ty­fi­ka­tem, a on stwier­dził bez żad­nych wąt­pli­wo­ści, że Sarah Crowe jest autorką co naj­mniej odręcz­nie napi­sa­nych frag­men­tów. Odkry­łam rów­nież na kilku stro­nach wyraźne odci­ski pal­ców, zro­bio­nych przy­pusz­czal­nie przy zmia­nie taśmy w sta­rej maszy­nie do pisa­nia. Prze­ka­za­łam je do zba­da­nia pry­wat­nemu detek­ty­wowi (nazwi­sko zastrze­żone na jego prośbę). I tutaj rów­nież wyniki były pozy­tywne. Tak więc nie­za­leż­nie od tego, czy Sarah rze­czy­wi­ście stwo­rzyła _Czer­wone drzewo_, nie­wąt­pli­wie doty­kała maszy­no­pisu i robiła na nim notatki. Ergo, jeśli jest to misterne fał­szer­stwo, ona dosłow­nie przy­ło­żyła do niego rękę.

Ostat­niego lata swo­jego życia Sarah Crowe miesz­kała w odosob­nie­niu i rzadko nawią­zy­wała kon­takt z ludźmi. Kilka tele­fo­nów do agentki, tro­chę maili do mnie z prośbą o prze­dłu­że­nie ter­minu odda­nia ni­gdy nie­do­koń­czo­nej powie­ści. Sarah stała się, podob­nie jak boha­terki jej powie­ści, udrę­czoną kobietą, która coraz bar­dziej zamy­kała się w sobie, odci­nała od świata, pogrą­żała w depre­sji i uro­je­niach. Miesz­kanka Połu­dnia (która czę­sto twier­dziła, że Połu­dnia nie­na­wi­dzi) nagle ucie­kła do wiej­skiego Rhode Island, być może w poszu­ki­wa­niu nowego początku. Może zamknię­cia tego, co uwa­żała za cha­otyczne, zmar­no­wane życie. W _Czer­wo­nym drze­wie_ nie ma kon­kret­nego, roz­strzy­ga­ją­cego zakoń­cze­nia, a jedy­nie iry­tu­jące alu­zje. Wiemy, że u Sary zdia­gno­zo­wano chro­niczne zabu­rze­nia neu­ro­lo­giczne, które powo­do­wały napady padacz­kowe i mogły być formą epi­lep­sji. Wiemy, że jej burz­liwy zwią­zek z „Amandą Tyrell”⁷ źle się skoń­czył i Sarah obwi­niała sie­bie, że nie udało się jej ura­to­wać kochanki. Wiemy, że nie była w sta­nie napi­sać powie­ści, na którą zawarła umowę, i że w końcu zamiast niej zaczęła pisać _Czer­wone drzewo_ w for­mie dzien­nika. Kie­dyś towa­rzy­ska i otwarta, pod koniec stała się wyco­fana i skryta. Rzadko widy­wali ją jedy­nie Blan­char­do­wie albo miesz­kańcy Mos­sup Val­ley. Wiemy, jak umarła, wiemy, że koro­ner stwier­dził samo­bój­stwo. Wiemy, że Sarah zawsze gar­dziła swoją pracą i mówiła o niej na przy­kład: „nudne, kiep­skie dzien­nikarstwo(?)”⁸ i „bred­nie”⁹. I wiemy, że na ogół pozy­tywne recen­zje i pochwały kole­gów po pió­rze nie zmie­niały jej opi­nii, którą w dodatku chyba wzmac­niała kiep­ska sprze­daż jej powie­ści. W rezul­ta­cie surowy zbiór fak­tów do niczego nie pro­wa­dzi i jest kiep­skim spo­so­bem na pod­su­mo­wa­nie czy­je­goś życia. Z dru­giej strony muszę sobie przy­po­mi­nać, że nie piszę mowy pogrze­bo­wej, tylko wstęp do bar­dzo dziw­nej książki.

Jak już wspo­mnia­łam, tego samego dnia, kiedy odwie­dzi­łam farmę Wight, zaj­rza­łam rów­nież do Tyler Free Library w Mos­sup Val­ley. Ten mały biały budy­nek znaj­duje się nie­całe czte­ry­sta metrów na pół­nocny wschód od sta­rej farmy, a wie­dzia­łam, że w ostat­nich mie­sią­cach Sarah kilka razy go odwie­dzała. Przede wszyst­kim jed­nak byłam cie­kawa, czy w skrom­nej pro­win­cjo­nal­nej biblio­tece są jakieś jej książki. Cze­kało mnie miłe zasko­cze­nie, kiedy zna­la­złam na pół­kach jeden egzem­plarz jej dru­giego

zbioru opo­wia­dań _Ciche bunty_¹⁰. Zanio­słam ją do stołu i prze­kart­ko­wa­łam, tro­chę zawsty­dzona, że choć jestem obecną redak­torką Sary, ni­gdy nie prze­czy­ta­łam żad­nej z jej krót­kich form. Zano­to­wa­łam sobie w pamięci, żeby kupić tę książkę, kiedy tylko wrócę na Man­hat­tan, i już mia­łam odsta­wić ją na półkę, gdy na jed­nej z pustych stron koń­co­wych zoba­czy­łam słowa skre­ślone ręką Sary (nie­bie­skim atra­men­tem). Sie­dzia­łam przez kilka minut, przy­glą­da­jąc się tym krót­kim zda­niom, które brzmiały po pro­stu: „Żart ci się nie udał. Ale pro­szę, nie pró­buj brać tego zbyt oso­bi­ście. Pod­pi­sane, autor (7/18/08)”.

Tam­tego dnia te słowa wyda­wały się dziwne i zabawne, jeśli ktoś zna szorst­kie poczu­cie humoru Sary, zwy­kle umniej­sza­ją­cej swoją war­tość. I rów­nież tro­chę smutne, że zale­d­wie parę tygo­dni przed samo­bój­stwem Sarah poświę­ciła chwilę na zbez­czesz­cze­nie biblio­tecz­nego egzem­pla­rza swo­jej książki, którą gar­dziła, o czym wie­lo­krot­nie publicz­nie i pry­wat­nie zapew­niała. Teraz się zasta­na­wiam, czy tym aktem wan­da­li­zmu nie dostar­czyła nam epi­grafu, który odno­sił się zarówno do _Czer­wo­nego drzewa_, jak i całej jej pisar­skiej kariery. A może nawet całego życia, gdyby ktoś potra­fił spoj­rzeć na nie z jej wyjąt­ko­wej per­spek­tywy.

Ostat­nie słowo: maszy­no­pis, który dosta­łam, nie był podzie­lony na roz­działy, lecz sta­no­wił jedną cią­głą nar­ra­cję. Ja sama, tro­chę arbi­tral­nie, doko­na­łam podziału ze względu na czy­tel­ność. Doda­łam rów­nież posło­wie, wyją­tek z powie­ści Sary _Długa droga do poranka_. Uzna­łam ten tytuł za trafny komen­tarz i zapo­wiedź tego, co będzie dalej.

_Sha­ron D. Hal­pe­rin_
4 paź­dzier­nika 2009
Nowy Jork7 maja 2008 (środa, 9:38)

Pra­wie się obu­dzi­łam i zaczy­nam drugi kubek kawy, sie­dząc przy kuchen­nym stole i pisząc te słowa w koło­no­tat­niku, który naby­łam w Coven­try tro­chę ponad tydzień temu. W rze­czy­wi­sto­ści kupi­łam go po namy­śle, z nie­ja­snym posta­no­wie­niem, że może zacznę pro­wa­dzić dzien­nik albo spi­sy­wać listę pta­ków, dzi­kich zwie­rząt i węży, które zoba­czę w oko­licy. Czy coś w tym rodzaju. Do tego ranka nawet nie wyję­łam go z brą­zo­wej papie­ro­wej torby. Zeszłej nocy były grzmoty, rano gęsta mgła, ale z tego okna się­gam wzro­kiem aż do znaj­du­ją­cego się na pół­nocy zala­nego kamie­nio­łomu, który miej­scowi nazy­wają Ram­swool Pond. Staw znaj­duje się jakieś dzie­więć­dzie­siąt metrów od domu, za dwoma wszech­obec­nymi mur­kami z kamieni polnych. Jesz­cze nie zada­łam sobie trudu pój­ścia w tamtą stronę, bo nie zauwa­ży­łam żad­nej ścieżki, a jedy­nie bluszcz, wino­rośl i dzi­kie róże. Widziana stąd woda ma kolor łupka, tak samo mono­ton­nie ciem­no­szara, w obra­mo­wa­niu z zie­lo­nych gałęzi, żółtobrą­zo­wej trawy i oło­wia­nego nieba. Sądząc po tym, jak migo­cze, domy­ślam się, że chłosz­cze ją wiatr, wzbu­dza­jąc małe falki na powierzchni. Gospo­darz – Sam Blan­chard – powie­dział mi, że staw kie­dyś był kamie­nio­ło­mem, w któ­rym od lat dwu­dzie­stych do pięć­dzie­sią­tych czy sześć­dzie­sią­tych wydo­by­wano gra­nit. Opusz­czona kopal­nia została póź­niej zalana przez wody grun­towe, które stop­niowo wypeł­niały wielką, brzydką ranę w ziemi zosta­wioną przez ludzi i ich maszyny. Nie mam poję­cia, jak głę­boki jest ten zbior­nik, ale domy­ślam się, że dosyć głę­boki. Przy­pusz­czam, że w gorące let­nie dni staje się miej­scem do pły­wa­nia i może ktoś zadał sobie trud, żeby go zary­bić. Ale znowu to tylko domy­sły. I to nie jest gorący letni dzień, tylko chłodny, mgli­sty ranek z początku maja. Wyobra­żam sobie, że jele­nie scho­dzą nad staw, żeby się napić. Szopy pra­cze i skunksy. Lasy wokół sta­rej farmy są pełne jeleni, a ja sły­sza­łam, że są w nich nawet rysie i niedź­wie­dzie.

Nic nie napi­sa­łam, zupeł­nie nic, odkąd opu­ści­łam Atlantę i przy­je­cha­łam do Rhode Island, a prawda jest taka, że nawet nie pró­bo­wa­łam. Odkąd skoń­czy­łam ostat­nie opo­wia­da­nie, nie napi­sa­łam nic war­tego wspo­mnie­nia, co ozna­cza, że od tam­tej pory minęło jakieś sie­dem mie­sięcy. Ponad pół roku prze­le­ciało bez­pow­rot­nie. Tyle czasu wypeł­niło puste, zmar­no­wane dni, jak woda koloru łupka stary kamie­nio­łom. Nawet nie roz­pa­ko­wa­łam piór, więc uży­wam żół­tego ołówka nr 2, który zna­la­złam w jed­nej z kuchen­nych sza­fek. Od szkoły pod­sta­wo­wej nie­na­wi­dzi­łam pisa­nia ołów­kami, wnę­trze dłoni już mia­łam ubru­dzone gra­fi­tem. Z różo­wej gumki do ście­ra­nia pra­wie nic nie zostało, ale leniwe kobiety biorą wszystko, co im się trafi.

Kawa jest gorzka i dobra, ale mam ochotę na papie­rosa. Gdy tak sie­dzę i patrzę w stronę Ram­swool Pond poprzez gęstwinę chwa­stów i mło­dych drze­wek rosną­cych za sta­rym budyn­kiem farmy, sen zaczyna blak­nąć, wypa­lać się jak mgła, która znik­nie za godzinę. I nie będę kła­mać. Cie­szę się z tego. Do dia­bła, była­bym nawet wdzięczna, gdyby ist­niał ktoś, w kogo na tyle bym wie­rzyła, żeby wyra­zić mu podzię­ko­wa­nia. W końcu wyję­łam notat­nik ze skle­po­wej torby, zna­la­złam ołó­wek i usia­dłam przy stole, żeby spi­sać wszystko, co zapa­mię­ta­łam z tego snu, i teraz jestem zado­wo­lona, że jedyne, co pamię­tam, to prze­lotne obrazy i wra­że­nia. Raczej uczu­cia, które wzbu­dził we mnie nocny kosz­mar, niż to, co rze­czy­wi­ście się w nim wyda­rzyło. Tak, oczy­wi­ście, ten sen był kosz­marem. Teraz wszyst­kie nimi są. Minęło dużo, dużo czasu, odkąd mia­łam tego rodzaju sen, a jesz­cze wię­cej czasu upły­nęło, odkąd napi­sa­łam coś war­tego czy­ta­nia.

Cza­sami ran­kiem albo wie­czo­rem z lasu wycho­dzą jele­nie, żeby paść się bli­sko domu, a ja sie­dzę i je obser­wuję. Zadzi­wiają mnie. Spę­dzi­łam życie w cemen­to­wej dżun­gli połu­dnio­wych miast, gdzie za dzi­kie zwie­rzęta ucho­dzą gołę­bie, wie­wiórki i cza­sami oposy. Obser­wu­jąc teraz jele­nie, wciąż czuję, że są świa­dome mojej obec­no­ści, obcych oczu. Są ner­wo­wymi, czuj­nymi isto­tami, goto­wymi w każ­dej chwili czmych­nąć pod osłonę dębów, sosen i wyso­kiej trawy w kolo­rze słomy, z powro­tem w ocie­nione, sekretne miej­sca, gdzie nie zdo­łam ich wypa­trzyć. Tego ranka jed­nak nie ma żad­nych jeleni, ale wcze­śniej, zanim zaczę­łam pisać, widzia­łam tłu­stego świ­staka, jak drep­tał obok sto­doły. Są tutaj kró­liki, praw­dziwa plaga kró­li­ków, dostrze­głam rów­nież jastrzę­bie i błę­kit­niki. Kilka dni temu zoba­czy­łam gro­madę indy­ków. Nie mia­łam poję­cia, że jest to okre­śle­nie stada indy­ków, póki nie spraw­dzi­łam w Inter­ne­cie. Chmara bażan­tów, rój wron i gro­mada indy­ków. Chyba że są nie­doj­rzałe, wtedy nazywa się je lęgiem.

I oto jestem na trze­ciej stro­nie notat­nika, wnę­trze dłoni mam popla­mione na szaro, a o kosz­ma­rze nie powie­dzia­łam zbyt wiele. Zwle­kam czy on po pro­stu nie obcho­dzi mnie na tyle, żeby zawra­cać sobie nim głowę? Zblakł tak bar­dzo, że nie mogę przy­po­mnieć sobie szcze­gó­łów? Niczym spe­cjal­nym się nie wyróż­niał, nale­żał do tych nor­mal­nych, był kolejną wer­sją wie­czoru, kiedy Amanda w końcu mnie zosta­wiła. Śniło mi się chyba z tysiąc warian­tów tam­tej nocy. Cza­sami ona nie odcho­dzi. Cza­sami nie mówi mi, że nie moja sprawa, dokąd ona się wybiera. Cza­sami nie umiera. Ale w jakiś spo­sób nawet takie sny są kosz­ma­rami. Może pod­świa­do­mie wiem, że to kłam­stwa. Jest tylko jedna prawda, jedna jedyna, a cała reszta to tylko mój cho­lerny żal i pra­gnie­nie, żeby wszystko roze­grało się ina­czej.

Pod­czas gdy tu sie­dzia­łam i spi­sy­wa­łam te bła­hostki, mgła tro­chę zrze­dła i jed­no­cze­śnie prze­nio­sła się nad bliż­szy koniec Ram­swool Pond. Już nie widzę wyraź­nie falek prze­miesz­cza­ją­cych się po powierzchni zala­nego kamie­nio­łomu. Lecz wiatr poru­sza liśćmi i zaro­ślami, więc wiem, że te małe fale na­dal tam są. I teraz chyba wiem, o czym zamie­rzam napi­sać zamiast o złym śnie. Może prze­leję go na papier po jego następ­nej nie­unik­nio­nej mody­fi­ka­cji. On może pocze­kać. Staw przy­po­mniał mi o czymś, o czym nie myśla­łam od bar­dzo dawna, i wła­śnie o tym napi­szę. Kiedy przy­niosę sobie trzeci kubek kawy.

Więk­szą część dzie­ciń­stwa i nasto­let­nie lata prze­cier­pia­łam w małym mia­steczku leżą­cym pięt­na­ście mil na wschód od Bir­ming­ham w Ala­ba­mie. W latach sie­dem­dzie­sią­tych upar­cie trwało ono przy czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych. Trzy­mało się ich kur­czowo, pod­czas gdy świat pędził naprzód. Udzie­la­łam wywia­dów, w któ­rych żar­to­wa­łam z _The Andy Grif­fith Show_ i tym podob­nych, nazy­wa­jąc swoje „mia­sto rodzinne” Hoote­rville, Dogpatch albo May­berry. Nie tak znowu nie­cel­nie, choć mogło to brzmieć zło­śli­wie. Mówiono mi, że biblio­teka publiczna w mia­steczku usu­nęła moje książki z pó­łek, kiedy coś w tym rodzaju powie­dzia­łam w wywia­dzie dla „Atlanta Jour­nal-Con­sti­tu­tion”. Mniej­sza o to. Pie­przyć ich, jeśli nie potra­fią przy­jąć żartu… albo sta­wić czoła praw­dzie. Ale odbie­gam od tematu. Zawsze odbie­gam od tematu. To moja super­moc. Jakiś dupek z „New York Times Book Review” stwier­dził kie­dyś, że moje powie­ści bar­dzo by zyskały, gdyby „wydawca zechciał okieł­znać nie­for­tunną skłon­ność autorki do dygre­sji”. Albo jakoś tak. Chyba nie powin­nam uży­wać cudzy­słowu, kiedy zamiesz­czam cytat wydo­byty z zawod­nej pamięci.

W każ­dym razie kilka mil od mojego domu znaj­do­wała się stara kopal­nia czertu, od dawna opusz­czona i zalana, podob­nie jak Ram­swool Pond. Cho­dzi­łam do tego wyro­bi­ska bez nazwy, o któ­rej bym sły­szała. Naj­czę­ściej cho­dzi­łam tam sama, cza­sami żeby szu­kać try­lo­bi­tów i ska­mie­nia­łych liliow­ców, cza­sami, żeby wrzu­cać kamie­nie do wody, kop­cić papie­rosy albo strze­lać z wia­trówki, a cza­sami żeby po pro­stu uciec na chwilę przed matką, ojcem i młod­szą sio­strą. Z tam­tym miej­scem wią­zało się wiele róż­nych lokal­nych opo­wie­ści i legend. Podobno w cza­sach pro­hi­bi­cji prze­myt­nicy alko­holu zało­żyli w nim desty­lar­nię, co skoń­czyło się strze­la­niną mię­dzy bim­brow­ni­kami a ludźmi z urzędu skar­bo­wego. Nie­ostrożni pły­wacy tonęli w zie­lon­ka­wych, męt­nych wodach. Nie­któ­rzy miesz­kańcy twier­dzili, że kopal­nia ma połą­cze­nie z pod­ziemną rzeką i że gdzieś tam w dole pły­wają gigan­tyczne ludo­żer­cze sala­man­dry, wiel­kie sumy i cho­lera wie co jesz­cze. Mówiono, że zło­dzieje samo­cho­dów topią tam ogo­ło­cone wraki, a ja w to wie­rzy­łam, bo tu i ówdzie pod powierzch­nią wody można było dostrzec zardze­wiałą maskę albo dach pic­kupa. Nie pamię­tam wszyst­kich tych histo­rii, tak dużo ich krą­żyło, ale sądzę, że wła­śnie wtedy po raz pierw­szy opo­wie­dzia­łam swoją.

Był koniec lata 1977 roku, za parę tygo­dni zaczy­na­łam szkołę śred­nią. Chwi­leczkę. Muszę poszu­kać noża i znowu naostrzyć ten cho­lerny ołó­wek. Okay, ołó­wek naostrzony. A więc lato 1977, w radiu _Hotel Cali­for­nia_ The Eagles, _How Deep Is Your Love_ Bee Gees i _Blin­ded by the Light_ Man­freda Manna… całe to gówno, choć ja głów­nie słu­cha­łam Pink Floy­dów i Davida Bowiego. Pre­zy­den­tem był Car­ter. W tele­wi­zji naj­bar­dziej lubi­łam pro­gramy: _The Bio­nic Woman_ i _The Rock­ford Files_. Wie­dzia­łam, że pójdę do pie­kła, bo bar­dzo durzy­łam się w Lind­say Wagner.

No i znowu dygre­sja. Tak czy ina­czej, jestem cał­kiem pewna, że w tam­ten sierp­niowy dzień szu­ka­łam try­lo­bi­tów, bo wysła­łam ich tro­chę do sta­no­wego insty­tutu geo­lo­gicz­nego w Tosca­lo­osa i dosta­łam w odpo­wie­dzi list z prośbą, czy mogła­bym przy­słać ich wię­cej. Co ozna­czało, że muszę je naj­pierw zna­leźć. Lata póź­niej pewna pale­on­to­log z Bir­ming­ham opi­sała moje try­lo­bity jako nowe gatunki i nazwała je na moją cześć _Grif­fi­thi­des cro­weii_, mam nadzieję, że dobrze to napi­sa­łam. Wtedy po raz pierw­szy otar­łam się o sławę, choć wąt­pię, czy ktoś „w domu” o tym wie­dział. W tam­tym cza­sie opu­ści­łam May­berry i zamiesz­ka­łam z przy­ja­ciółką w Nashville, ale pani pale­on­to­log mnie wytro­piła i przy­słała egzem­plarz swo­jego arty­kułu nauko­wego. Nazy­wała się Mat­thews, Esther Mat­thews, chyba. Na­dal gdzieś mam tę pracę. I jed­nego try­lo­bita. Pra­wie tak duży jak mój kciuk, lśniący mie­dziano robak zato­piony w brą­zowo-poma­rań­czo­wym czer­cie. Jak wyzna­łam w dwóch albo trzech wywia­dach, zamiast zostać pisarką poszła­bym na geo­lo­gię albo pale­on­to­logię, gdy­bym była dobra z matmy. To zna­czy gdy­bym w ogóle miała „powo­ła­nie”. Skoń­czy­łam kilka kur­sów w col­lege’u, a teraz duża część lite­ra­tury faktu, którą czy­tam, to książki z dzie­dziny pale­on­to­logii i histo­rii Ziemi. Czę­sto śnię o poszu­ki­wa­niu ska­mie­lin, więc moż­liwe, że to moja pod­świa­do­mość stara się upo­rać z żalem. Ale, hej, przy­naj­mniej mam tego try­lo­bita.

Znowu zaczęło padać. Pew­nie tak będzie przez cały pie­przony dzień.

W tamto sierp­niowe popo­łu­dnie trzy­dzie­ści lat temu musiało być w cie­niu ze trzy­dzie­ści dzie­więć stopni. Wdra­py­wa­łam się po stro­mych, pokru­szo­nych zbo­czach, odwra­ca­łam kawały twar­dego kamie­nia, roz­łu­py­wa­łam je młot­kiem, który kie­dyś nale­żał do mojego dziadka, ale nie znaj­do­wa­łam niczego cie­ka­wego – muszle, korale, liliowce, ale żad­nych try­lo­bi­tów – pew­nie marzy­łam o zim­nej coca-coli, Moun­tain Dew albo o czymś takim. Może myśla­łam o zdję­ciu dżin­sów i zary­zy­ko­wa­niu spo­tka­nia z gigan­tycz­nym sumem albo o pod­da­niu się i powro­cie przez kudzu do miej­sca, gdzie zosta­wi­łam rower.

Rower, tak przy oka­zji, w dużej mie­rze przy­po­mi­nał samo mia­steczko. Wła­ści­wie nale­żał do mojej matki, kiedy była dziew­czynką w latach pięć­dzie­sią­tych. Cęt­ko­wany rdzą i obła­żącą nie­bie­ską farbą, miał sio­dełko, które spa­dało za każ­dym razem, gdy tra­fiło się na wybój albo kra­węż­nik. Nie mam poję­cia, co się z nim stało.

W każ­dym razie kuca­łam na samej linii wody, na wąskiej, pokry­tej mchem półce oto­czo­nej przez pałki i takie tam, spo­cona jak świ­nia, załza­wio­nymi oczami wypa­tru­jąc moka­sy­nów i jed­no­cze­śnie try­lo­bi­tów. Musia­łam coś usły­szeć, może nagły plusk, kiedy spło­szy­łam żabę albo coś innego, bo pod­nio­słam wzrok. Po dru­giej stro­nie wyro­bi­ska, dokład­nie na wprost mnie, w odle­gło­ści dwu­na­stu albo pięt­na­stu metrów zoba­czy­łam dziew­czynę sto­jącą w trzci­nach, po kolana w błot­ni­stej wodzie, nagą jak w chwili naro­dzin. Wpa­try­wała się we mnie, a ja po pro­stu zamar­łam jak wystra­szony jeleń tuż przed sko­kiem w las. Pamię­tam, że dziew­czyna miała naj­czar­niej­sze włosy, jakie w życiu widzia­łam, jak atra­ment, a nie znaj­do­wa­łam się aż tak daleko, by nie zauwa­żyć, że jest ładna, to zna­czy cho­ler­nie, nie­ziem­sko piękna, a nie tylko taka, która ucho­dzi­łaby za ładną w małym mia­steczku w Ala­ba­mie. Ja mia­łam czter­na­ście lat i wła­śnie zaczy­na­łam podej­rze­wać, że jestem lesbą, ona tam była, a ja mogłam jedy­nie stać kom­plet­nie bez ruchu i patrzeć. Myśla­łam: „Dla­czego cię nie znam? Dla­czego nie widzia­łam cię wcze­śniej?”. Bo wszy­scy w mia­steczku się znali, przy­naj­mniej z widze­nia. A gdy­bym wcze­śniej gdzieś ją widziała, to jasne jak cho­lera, że bym jej nie zapo­mniała. Może się uśmie­chała, ale nie jestem pewna. W ustach mia­łam tak sucho, że na­dal pamię­tam tę suchość, ści­śnięte gar­dło i serce dud­niące w piersi jak prze­klęty kocioł. I wtedy ona zro­biła krok albo dwa w moją stronę, uno­sząc ręce jakby chciała mnie uści­skać albo coś, a woda się­gnęła jej do pasa, zakry­wa­jąc heba­nowy trój­kąt.

Wtedy mia­łam cho­ler­nie mało punk­tów odnie­sie­nia, ale teraz wska­za­ła­bym na pre­ra­fa­elic­kich albo wik­to­riań­skich mala­rzy. Oni znali kobiety o twa­rzach takich jak jej, znali je albo wymy­ślali. Umiesz­czali je na płót­nie. W szcze­gól­no­ści wska­za­ła­bym na _The Kel­pie_ Tho­masa Mil­lie Dowa, który po raz pierw­szy zoba­czy­łam w col­lege’u lata po tam­tym popo­łu­dniu w kamie­nio­ło­mie i który na­dal przy­pra­wia mnie o nie­po­kój.

Kiedy woda się­gnęła jej do piersi, dziew­czyna musiała tra­fić na spa­dek. Wyro­bi­sko miało co naj­mniej trzy­dzie­ści metrów głę­bo­ko­ści, zato­pione zbo­cza były bar­dzo strome. W więk­szo­ści miejsc szybko zaczy­nała się głę­bia. Nie­zna­joma zro­biła kolejny krok do przodu i poszła na dno jak kamień. Tam, gdzie przed chwilą się znaj­do­wała, powstał mały wir, ale powierzch­nia szybko się wygła­dziła. Ukuc­nę­łam w ocze­ki­wa­niu i przy­się­gam na boga (to żart), cze­ka­łam z pięt­na­ście albo dwa­dzie­ścia minut, aż ona znowu się pojawi. Ale tego nie zro­biła. Nie było też żad­nych pęche­rzy­ków powie­trza. Dziew­czyna po pro­stu weszła do stawu i uto­nęła… znik­nęła. Duszące let­nie powie­trze, które wypeł­niał stały dźwięk cykad, nagle uci­chło, mam na myśli, że tak komplet­nie uci­chło. Może przez kilka minut nie było sły­chać żad­nych owa­dów, żad­nych pta­ków, w ogóle nic. I wtedy sobie uświa­do­mi­łam, że się boję, chyba bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w życiu, a kilka sekund póź­niej ode­zwały się lelki. Dora­sta­jąc na zadu­piu w Ala­ba­mie, można nie znać pre­ra­fa­elic­kich syren, ale wie się, co ozna­cza śpiew tych pta­ków. Zwia­stuny śmierci, złe omeny, psy­cho­pompy itd. Sta­rzy ludzie twier­dzili, że to cho­ler­nie zły znak, choć lelki można usły­szeć w każdy letni wie­czór i pora­nek. W tam­tej kon­kret­nej chwili, cze­ka­jąc, aż naga czar­no­włosa dziew­czyna wynu­rzy się, żeby nabrać powie­trza, słu­cha­jąc całej armii lel­ków pogwiz­du­ją­cych w krza­kach, uwie­rzy­łam w te prze­sądy. Zaczę­łam biec… i nic wię­cej nie pamię­tam. Tylko to, że wró­ci­łam do swo­jego roweru i byłam co naj­mniej w poło­wie drogi do domu, zanim zwol­ni­łam, nie mówiąc o oglą­da­niu się przez ramię. I już ni­gdy nie wró­ci­łam do kamie­nio­łomu, ni­gdy. A on na­dal tam jest, jak przy­pusz­czam.

Tak więc jest to moja jedyna praw­dziwa histo­ria o duchach czy jak ją tam chce­cie nazwać. Moje śro­dowe wyzna­nie na kart­kach notesu z dro­ge­rii. Bez wąt­pie­nia musia­łam doko­nać jakiejś racjo­na­li­za­cji tego, co wtedy zoba­czy­łam. Może dziew­czyna pocho­dziła z innego mia­steczka – Moody, Ode­nville albo Trus­sville – i dla­tego ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łam. Może popeł­niła samo­bój­stwo, a nie wypły­nęła, bo przy­wią­zała sobie do kostek beto­nowe bloki. Może wypły­nęła, ale ja to prze­ga­pi­łam. Moż­liwe, że cier­pia­łam na halu­cy­na­cje spo­wo­do­wane przez upał.

Teraz pada jesz­cze moc­niej. Już nie widzę łup­ko­wa­tej plamy Ram­swool Pond. Leży gdzieś tam zagu­biony w ten zimny i desz­czowy pora­nek w Rhode Island. W dni takie jak ten mam trud­no­ści z przy­po­mnie­niem sobie, dla­czego, do dia­bła, opu­ści­łam Atlantę. Ale potem przy­po­mi­nam sobie Amandę i całą resztę i ta cho­lerna paskudna pogoda wydaje się niską ceną za zna­le­zie­nie się daleko od naszego sta­rego miesz­ka­nia przy Can­dler Park. Tak, ucie­kam i wła­śnie tutaj ucie­kłam, dzię­kuję bar­dzo. Zamie­ści­łam na Cra­iglist ogło­sze­nie, że szu­kam domu, i jedna rzecz dopro­wa­dziła do następ­nej, połą­czyła cho­lerne kropki i oto tu jestem, z gów­nianą pogodą, mokrymi świ­sta­kami i całą resztą. Żad­nego żalu. Jesz­cze nie. Nuda, tak, kosz­mary i top­nie­jący rachu­nek ban­kowy, ale życie toczy się dalej. W dodatku mam teraz skurcz ręki, więc wystar­czy. Może po pro­stu wsa­dzę notat­nik z powro­tem do torby i wrzucę ją do śmiet­nika, bo teraz naprawdę chcia­ła­bym poprze­stać na sie­dze­niu, piciu kawy i cze­ka­niu, aż pokażą się jele­nie.9 maja 2008 (pią­tek, 20:47)

Rze­czą, z którą nie umiem sobie pora­dzić, jest nuda. A może mam na myśli samot­ność. Może nie jestem szcze­gól­nie wprawna w odróż­nia­niu tych dwóch sta­nów. Nie musia­łam zaszy­wać się w naj­rza­dziej zalud­nio­nej czę­ści stanu. Łatwo mogłam zna­leźć sobie coś w Pro­vi­dence albo bli­żej morza, na przy­kład w Westerly albo Nar­ra­gan­sett. Jak sądzę, przy­jazd tutaj był impul­sem. W swoim cza­sie wyda­wał się dobrym pomy­słem. Jest tele­wi­zja i Inter­net (dzięki dwóm ante­nom sate­li­tar­nym), mam zapas DVD i CD, komórkę i książki, które zamie­rza­łam prze­czy­tać… cóż, nie­które z nich od lat. Ale miesz­kam tutaj od dwóch tygo­dni i głów­nie po pro­stu wędruję po pose­sji, ni­gdy nie odda­la­jąc się za bar­dzo od domu, albo piję kawę i wyglą­dam przez okno. Albo piję piwo i bur­bon, choć to zabro­nione przy lekach prze­ciw­pa­dacz­ko­wych. Odby­łam kilka dłu­gich prze­jaż­dżek po hrab­stwie South, choć ni­gdy nie prze­pa­da­łam za zwie­dza­niem i wido­kami. W zeszłym tygo­dniu poje­cha­łam aż do Point Judith. Jest tam latar­nia mor­ska, stoły pik­ni­kowe i duży bru­ko­wany par­king, lecz na szczę­ście sezon tury­styczny jesz­cze nie roz­po­czął się w pełni. Przy­jezdni z Con­nec­ti­cut, Mas­sa­chu­setts, New Jer­sey, Nowego Jorku i innych miejsc są jak sta­ro­te­sta­men­towa plaga sza­rań­czy spa­da­jąca na ten stan. Syre­nia pieśń cho­ler­nych plaż. W cza­sie jed­nej z moich wycie­czek widzia­łam naklejkę na zde­rzaku: „Nazy­wają to sezo­nem na tury­stów, więc dla­czego nie możemy do nich strze­lać?”. Przy­pusz­czam jed­nak, że całe hrab­stwo South i więk­szość stanu nie­stety jest zależna od docho­dów z tury­styki. Prze­kleń­stwo jest bło­go­sła­wień­stwem jest prze­kleń­stwem. W każ­dym razie usia­dłam przy jed­nym ze sto­łów w Point Judith i patrzy­łam na łodzie rybac­kie łowiące ryby albo homary, kilka żagló­wek kie­ru­ją­cych się na zatokę, na otwarte morze albo na Block Island. Wszę­dzie były mewy, hała­śliwe i ani tro­chę nie­bo­jące się ludzi, co oczy­wi­ście nasu­nęło mi myśl o Hitch­cocku. Trwał odpływ, wiatr niósł zapach podobny do odoru ście­ków.

Wczo­raj poje­cha­łam do Mos­sup Val­ley, które leży kawa­łek na pół­noc stąd, znacz­nie bli­żej Coven­try czy Foster. Zoba­czy­łam biblio­tekę, ale weszłam do niej tylko na chwilę, żeby wziąć ulotkę o jej histo­rii. Nie lubię spę­dzać czasu w biblio­te­kach, podob­nie jak w księ­gar­niach, odkąd przed czter­na­stu laty wyszła moja pierw­sza powieść. Oto frag­ment ulotki: „Histo­ria Tyler Free Library zaczęła się, kiedy miesz­kańcy Mos­sup Val­ley kupili pry­watną kolek­cję Caseya B. Tylera skła­da­jącą się z 2000 ksią­żek i powstała koniecz­ność wznie­sie­nia budynku, który by ją pomie­ścił. Ofi­cjal­nie biblio­tekę zało­żono w stycz­niu 1896 roku i zatrud­niono biblio­te­ka­rza. Otwarto ją 31 marca 1900 i wydano pięt­na­ście kart. Miesz­kańcy upo­rząd­ko­wali książki, a biblio­teka była otwarta w sobot­nie popo­łu­dnia”. Dalej prze­czy­ta­łam, że w roku 1965 dość surowy pobie­lony budy­nek prze­nie­siono z jed­nej strony Mos­sup Val­ley Road na drugą, z pół­nocy na połu­dnie. Dla­czego, do dia­bła, prze­pi­suję to całe gówno? A tak, nuda.

Zatrzy­ma­łam się rów­nież w sta­rym skle­pie na Plain Woods Road, żeby kupić papie­rosy i parę innych rze­czy. Znowu palę, co nie uszczę­śli­wi­łoby mojego leka­rza z Atlanty, podob­nie jak whi­sky i piwo. Jak pra­wie wszystko tutaj sklep jest stary i też nosi nazwę Tyler jak biblio­teka. Zawsze dużo sły­sza­łam o tym, jak skryci i mało­mówni są miesz­kańcy Nowej Anglii, zwłasz­cza na takim zadu­piu i zwłasz­cza wobec obcych, lecz albo ten ste­reo­typ jest fał­szywy, albo aku­rat tra­fiam na nie­ty­powo gada­tli­wych Jan­ke­sów. Stara kobieta pra­cu­jąca w Tyler Store powie­działa mi, że sklep zbu­do­wano w 1834 roku, a zachod­nią część dodano dopiero w 1870. Nie pamię­tam więk­szo­ści z tego, co mówiła, ale wie­działa (nie mam poję­cia skąd, pew­nie z jakichś miej­sco­wych plo­tek), że jestem „tą autorką wynaj­mu­jącą starą farmę Wight”. Potem stwier­dziła, że szkoda ostat­niego najemcy, a kiedy zapy­ta­łam, co ma na myśli, patrzyła na mnie przez chwilę wiel­kimi oczami powięk­szo­nymi przez trój­o­gni­skowe soczewki.

– Nie wie pani? – zapy­tała.

– Nie wiem.

– W takim razie to nie moja sprawa. Ale niech pani zapyta pana Blan­charda. Ma pani prawo wie­dzieć.

Odpar­łam, że pan Blan­chard, gospo­darz, wyje­chał w spra­wach zwią­za­nych z farmą na zjazd pro­du­cen­tów nawo­zów, kon­fe­ren­cję postrzy­ga­czy owiec albo coś w tym rodzaju i zoba­czę go dopiero za tydzień, a może i póź­niej (mieszka w Foster i rzadko tu przy­jeż­dża). Ale nic z tego. Kobieta nie powie­działa nic wię­cej, tylko wró­ciła do histo­rii sta­rego sklepu i wytwórni cydru, która mie­ściła się gdzieś nie­da­leko. Wspo­mniała też coś o cmen­ta­rzu, na któ­rym jest pocho­wany jej ojciec, tego rodzaju rze­czy. Kolo­ryt lokalny. Słu­cha­łam uprzej­mie, bo uzna­łam, że nie należy jej naci­skać w kwe­stii poprzed­niego najemcy, cokol­wiek jej zda­niem powin­nam w związku z nim wie­dzieć. Blan­chard napo­mknął jedy­nie, że przede mną farmę wynaj­mo­wał pro­fe­sor z URI, ale wiem, że dom stał pusty od ponad dwóch lat.

Nie­długo po tym, jak wró­ci­łam do domu, zadzwo­nił tele­fon (zapo­mnia­łam wyłą­czyć prze­klętą komórkę) i Doro­thy spy­tała, czy się już urzą­dzi­łam, jak sobie radzę, czy tęsk­nię, i wresz­cie, kiedy już nie mogła dłu­żej zwle­kać, czy zro­bi­łam jakieś postępy z powie­ścią. Omal się nie roz­łą­czy­łam, bo ona dobrze wie, że jesz­cze nawet nie zaczę­łam tej pie­przo­nej powie­ści. Ale Doro­thy jest dobrą agentką, a tacy nie rosną na drze­wach. Mogłam jesz­cze kie­dyś jej potrze­bo­wać. Przy­po­mniała mi tak­tow­nie, choć nie­zbyt pomoc­nie, że wydawcy, któ­rzy zapła­cili pokaźne czę­ści pokaź­nych zali­czek, w końcu ocze­kują w zamian ręko­pi­sów, nie­ważne, ile pie­nię­dzy zaro­bi­łam dla nich swo­imi poprzed­nimi książ­kami. Mogła­bym skła­mać, że pisa­nie dobrze mi idzie i żeby się nie mar­twiła. Ale po jaką cho­lerę? Ter­min upływa już za sześć tygo­dni, i to nie pier­wotny ter­min, tylko jego prze­dłu­że­nie, więc poroz­ma­wia­ły­śmy o jego dru­gim prze­su­nię­ciu, powiedzmy o sześć albo osiem mie­sięcy. Doro­thy w takich chwi­lach przy­biera ten swój ton głosu, a ja czuję się, jak­bym znowu była dziec­kiem i roz­ma­wiała z matką. Obie­cała jed­nak, że w następ­nym tygo­dniu zatele­fonuje do mojego wydawcy. Przy­naj­mniej nie zapy­tała mnie o zdro­wie. Zawsze to coś.

Wresz­cie roz­pa­ko­wa­łam swoje water­many. Uży­wam modelu Edson Dia­mond Black, który kupi­łam w Denver w zeszłym roku. Koń­cówkę żół­tego ołówka wrzu­ci­łam z powro­tem do szu­flady. Pod wpły­wem impulsu na serio roz­wa­ża­łam pomysł pogrze­ba­nia tego cho­ler­stwa, ale póź­niej zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy gra­fit (zdaje się, że odmiana węgla) nie zaszko­dzi dżdżow­ni­com, kre­tom i innym takim. Chyba gdzieś prze­czy­ta­łam, że nie­wielka ilość gra­fitu jest nie­szko­dliwa, ale już mia­łam dość na sumie­niu, żeby mar­twić się jesz­cze o to, czy nie otru­łam pędra­ków. Posta­ram się robić wpisy w tym notat­niku. Pióra uła­twiają sprawę, a poza tym nie jest tak, żebym miała od cho­lery innej roboty, prawda?14 maja 2008 (15:29)

Oka­zuje się, że jesz­cze przez jakiś czas uniknę przy­tułku. Jakąś godzinę temu zadzwo­niła z Man­hat­tanu Doro­thy. Byłam w łazience, ale usły­sza­łam swoją komórkę leżącą na kuchen­nym stole. Nie­miec­ko­ję­zyczny wydawca wła­śnie posta­no­wił wydać wszyst­kie moje dostępne tytuły, co ozna­czało okrą­głą sumkę zaliczki. Szczę­ściara ze mnie. Czek z Ber­lina powi­nien dotrzeć, zanim sytu­acja na moim kon­cie ban­ko­wym zaczy­nie wyglą­dać naprawdę smęt­nie. Wiem, że agentka mogła usły­szeć ulgę w moim gło­sie, bo jestem kiep­ska w ukry­wa­niu takich rze­czy. Żad­nej poke­ro­wej twa­rzy. W każ­dym razie po tej wie­ści nastą­pił moment nie­zręcz­nej ciszy, a potem jesz­cze bar­dziej nie­zręczna gadka szmatka – jak pogoda, dobrze się czu­jesz itd. – nim zadała mi nie­unik­nione pyta­nie. Mniej­sza o to, że kilka dni wcze­śniej też je zadała.

– Jakieś postępy w pisa­niu?

Zapro­po­no­wa­ła­bym, że wyślę jej ten notat­nik, ale nie sądzę, żeby doce­niła moje poczu­cie humoru. Chcia­łam zapy­tać Doro­thy, kiedy w końcu wyznamy sobie nawza­jem prawdę i prze­sta­niemy pro­wa­dzić tę grę w myśle­nie życze­niowe, lecz tego nie zro­bi­łam. Ten dzień jed­nak nadej­dzie. Widzę to teraz wyraź­niej niż kie­dy­kol­wiek. Przyj­dzie chwila, kiedy ona spyta, a ja zamiast zwy­kłych wymó­wek, uni­ków, zmiany tematu albo żar­to­wa­nia z tego całego bała­ganu po pro­stu powiem jej, że nic z tego. Sorry. Stud­nia jest sucha i prze­pra­szam, że tyle czasu zajęło mi zebra­nie się na odwagę. Czy tak to się odbę­dzie? Jak pisarz prze­staje być pisa­rzem?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

Patrz sto­sowny wpis, „tro­pie­nie legend” w _Ame­ri­can Folk­lore: An Encyc­lo­pe­dia_ Jana Bru­nvanda, Gar­land Refe­rence Library of the Huma­ni­ties, tom 1551, str. 439–440.

2.

Michael E. Bell, _Food for the Dead: On the Trail of New England’s Vam­pi­res_, 2001, Car­rol & Graf Publi­shers.

3.

Trzeba tutaj zauwa­żyć, że choć udało mi się zdo­być wszyst­kie nie­zbędne pozwo­le­nia na mówie­nie o Hop­kins i jej udziale w tej dziw­nej spra­wie oraz opu­bli­ko­wa­nie wszyst­kiego, co o niej napi­sała Sarah, pani Hop­kins kon­se­kwent­nie odrzu­cała moje prośby o wywiad. Jedyną opu­bli­ko­waną pracą doty­czącą Hop­kins oprócz tego, co poni­żej, oraz jej strony inter­ne­to­wej, jest krótki pro­fil i recen­zja w _Culver City Art­scape_ (wrze­sień 2009) po insta­la­cji wysta­wio­nej ostat­niego lata w gale­rii na La Cie­nega Boule­vard, która to wystawa obej­mo­wała kilka wspo­mnia­nych tu płó­cien.

4.

_Quer­cus rubra (Q. bore­alis)_, znany jako pół­nocny dąb czer­wony; zobacz rów­nież _A Natu­ral History of Trees of Eastern and Cen­tral North Ame­rica_ Donalda Cul­tossa (Hough­ton Mif­flin Co., 1950, i dru­gie wyda­nie w 1966.

5.

Te liczby podał mi pan Sam­son Blan­chard kilka tygo­dni po mojej wizy­cie.

6.

Red Rose Tea zaczęła dołą­czać te „dro­bia­zgi” wytwa­rzane przez Geo­rge Wade Pot­tery z Bur­slem w 1967 roku w ramach pro­mo­cji swo­jego pro­duktu w Quebecu. Pierw­sze ame­ry­kań­skie figurki powstały w 1983 roku. Na stro­nie inter­ne­to­wej firmy można prze­czy­tać: „Oce­nia się, że do dzi­siaj w Ame­ryce dodano do paczek her­baty 300 milio­nów figu­rek Wade’a”. Patrz rów­nież _The World of Wade_ Iana War­nera i Mike’a Poss­gaya (Schif­fer Publi­shing, 2003).

7.

Sarah wybrała ten pseu­do­nim dla swo­jej byłej kochanki, a ja posta­no­wi­łam usza­no­wać jej decy­zję i ni­gdy nie uży­wa­łam praw­dzi­wego nazwi­ska „Amandy”. Jed­nakże nie­trudno je poznać, jeśli ktoś ma taką chęć.

8.

_Atlanta Jour­nal-Con­sti­tu­tion_, 14 grud­nia 2001.

9.

_Publi­shers Weekly_, 3 marca 1999.

10.

Har­per­Col­lins, 1998.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij