-
nowość
-
promocja
Czerwony krzyż - ebook
Czerwony krzyż - ebook
„Czerwony krzyż” to poruszająca opowieść o winie, pamięci i międzypokoleniowej bliskości, która obnaża prawdę o ludzkiej naturze.
Życie Saszy rozpadło się w chwili śmierci jego żony, która poświęciła się, by urodzić ich córkę. Mężczyzna nie może się poddać, musi walczyć o lepsze jutro dla dziecka. Mimo żałoby wyrusza na poszukiwanie nowego początku do Mińska. W mieście wszystko jest obce i przytłaczające. Wynajęte mieszkanie zionie pustką, a sędziwa sąsiadka namolnie próbuje nawiązać kontakt. Samotność sprawi, że z czasem młodego wdowca i dziewięćdziesięciolatkę cierpiącą na chorobę Alzheimera połączy nieoczekiwana więź. Sasza stanie się powiernikiem Tatiany, która opowie mu historię swojego życia – sagę o wojennej Moskwie, miłości, zdradzie i stalinowskich represjach.
Co wyniknie ze spotkania dwóch osób o tak różnych doświadczeniach życiowych? Czy pogrążony w żałobie Sasza zdoła udźwignąć ciężar wspomnień Tatiany? Jak jej skrywana przez pół wieku tajemnica wpłynie na życie mężczyzny?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8403-107-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Gratuluję! Bardzo się cieszę! Pan jest taki pochmurny, a niepotrzebnie! Oddałam panu najlepszy obiekt, jeśli weźmiemy pod uwagę stosunek ceny do jakości!
Agentka wyjmuje z torebki szminkę i, nie zwracając uwagi na byłą już teraz właścicielkę, ciągnie basem:
– Mamy taką, jakby to powiedzieć, sytuację win-win! A pan, nawiasem mówiąc, z kim planuje tu zamieszkać?
– Z córką – odpowiadam, przyglądając się przedszkolu w podwórzu.
– Ile ma?
– Trzy miesiące.
– Wspaniale! Młoda rodzina! Proszę mi uwierzyć, jeszcze będzie mi pan dziękował!
– Za co?
– Jak to: za co?! Przecież już panu mówiłam! Jest pan taki roztrzepany! Na tym piętrze ma pan tylko jedną sąsiadkę! To – ni mniej, ni więcej – samotna dziewięćdziesięciojednoletnia staruszka, która choruje na alzheimera. To najprawdziwsza wygrana w lotto! Zaprzyjaźnicie się, przepisze na pana swoje mieszkanie.
– Dziękuję! – odpowiadam, nie podnosząc z jakiegoś powodu oczu.
Mieszkanie jest puste. Nie ma w nim ani stołu, ani łóżka, ani krzesła. Rozpakowuję torbę. Poprzednia właścicielka wciąż nie wychodzi. Stoi przy oknie i, obracając się w kręgu wspomnień, wygładza nierówności parapetu pokrytego farbą olejną, jakby prasowała pościel. Niepotrzebne, i tak wszystko tu zmienię.
– Pan dziś tu sam zostanie?
– Tak.
– A gdzie pan będzie spał?
– Mam ze sobą śpiwór i czajnik elektryczny...
– Jeśli pan chce, może pan przenocować u mnie.
– Nie.
Kobieta kalkuluje. Jestem dla niej zbyt młody. Agentka bierze pod ramię poprzednią właścicielkę i w końcu opuszczają mieszkanie. Gdy zostaję sam, siadam na podłodze.
To koniec, myślę, kurtyna. Życie się skończyło – życie się zaczyna od nowa. Transcendentalne zero. Przed trzydziestką zostałem człowiekiem, którego losy rozerwały się na dwoje. Proponuje mi się, bym spróbował raz jeszcze. Nie wiem, czy mogę odmówić. Samobójstwo – to nie dla mnie; a poza tym mam teraz córkę.
Ledwo mogę sobie przypomnieć, o czym myślałem tego wieczora. W głowie mam próżnię, w promieniu światła wiruje kurz. Nic więcej tu nie ma. Chwilowa przerwa przed kolejną próbą życia. Pierwsza historia się skończyła, druga powinna się zacząć już za chwilę. Przepaść i wiszący most pod postacią człowieka. Szczęście zawsze ma przeszłość, jak lubi powtarzać moja mama, każde nieszczęście na pewno zyska przyszłość.
Niczym żeglarz wyrzucony na ląd po katastrofie statku, postanawiam zbadać nieznaną wyspę. Miasto Mińsk. Po co ja w ogóle tu przyjechałem? Może i bratni, ale to wciąż obcy kraj. Czerwony kościół i szeroka ulica, jakiś łysiejący poeta i trumna Pałacu Republiki. Dziesiątki placów budowy i ani jednego wspomnienia. Nieznajome okna, obce twarze. Co to w ogóle za kraj? Co ja wiem o tym mieście? Nic. Tu moja mama założyła drugą rodzinę.
Przed klatką wala się stos wyrzuconych książek. Przyglądam się jednej z nich. Jakub Kołas. _Nowa ziemia_.
Wchodzę na trzecie piętro i na drzwiach wejściowych dostrzegam czerwony krzyż. Nieduży, ale wyraźny. Pewnie to żart agentki nieruchomości, myślę. Stawiam przed windą torby i zaczynam ścierać krzyż, ale w tej samej chwili nieznajomy głos za moimi plecami mówi:
– Co pan robi?!
– Czyszczę drzwi – odpowiadam, nie odwracając się.
– Po co?
– Jakiś kretyn narysował tu krzyż.
– Kretyn, o którym pan mówi, to ja. Miło mi poznać! Niedawno postawiono mi diagnozę: alzheimer. Na razie cierpi tylko pamięć krótkotrwała – czasami nie pamiętam, co się ze mną działo kilka minut wcześniej, ale lekarz twierdzi, że wkrótce pojawią się również problemy z mową. Zacznę zapominać słowa, a następnie stracę zdolność ruchu. Taka sobie perspektywa, prawda? A krzyże stawiam po to, aby odnajdywać drogę do domu. Choć pewnie wkrótce zapomnę, co znaczą.
– Przykro mi – odpowiadam, próbując być uprzejmym.
– Niepotrzebnie! W moim przypadku tylko tak to wszystko mogło się skończyć!
– Dlaczego?
– Dlatego, że Bóg się mnie boi. Zbyt wiele niewygodnych pytań go czeka.
Sąsiadka opiera się na lasce i ciężko wzdycha. Milczę. Najbardziej nie chciałbym teraz rozmawiać o Bogu. Życzę staruszce dobrych snów, biorę torbę z jedzeniem i ruszam do mieszkania.
– A pan co, nawet się pan nie przedstawi?
– Aleksandr, nazywam się Aleksandr.
– Od dawna rozmawia pan z kobietami, odwrócony do nich tyłem?
– Przepraszam. Mam na imię Sasza, a to moja twarz. Do widzenia! – Zmuszam się do uśmiechu.
– Czyli to, jak ja się nazywam, pana nie interesuje?
Nie. Nie interesuje. Cholera, co za natrętna baba?! Czego ona w ogóle ode mnie chce?
Muszę się znaleźć w domu. Zamknąć oczy i w końcu się obudzić. Przez trzydzieści lat ta sztuczka mi się udawała. Wszystko, co najgorsze, wszystko najstraszniejsze przydarzało się mi wyłącznie we śnie, nigdy na jawie. Byłem szczęśliwy i nie znałem smutku, byłem wesoły i nie znałem nieszczęść. Ostatnie miesiące okazały się nad wyraz trudne. Cholera, chcę po prostu odpocząć!
– Nazywam się Tatiana... Tatiana... Tatiana... och, zapomniałam moje imię odojcowskie... Żartuję! Nazywam się Tatiana Aleksiejewna. Bardzo mi miło pana poznać, źle wychowany młody człowieku!
– A mnie nie jest miło.
– Naprawdę?
– Nieprawda – jest mi po prostu wszystko jedno. Przepraszam, miałem dziś ciężki dzień...
– Rozumiem! Wszyscy mamy ciężkie dni. Ciężkie miesiące, ciężkie życie...
– Bardzo mi miło panią poznać, Tatiano Aleksiejewno. Życzę pani wszystkiego dobrego! Szczęścia, pomyślności i wszelkich radości życia – szydzę.
– A wie pan, to wszystko ze mną dopiero się zaczyna...
Cholera, tego to już naprawdę dość! Najpierw agentka nieruchomości, teraz ta staruszka. Nie chcę rozmawiać, a sąsiadka pewnie to czuje. Co więcej, zdaje sobie sprawę, że skorzystam z choćby najmniejszej przerwy, więc ani na chwilę nie milknie.
– Tak, wszystko to skończy się dość szybko... Za miesiąc albo dwa... Bardzo szybko po mnie, jako człowieczym losie, nic nie pozostanie. Chodzi o to, że Bóg zaciera ślady.
– Bardzo mi przykro... – odpowiadam niechętnie.
– Tak, tak, już pan to mówił! Szybko wszystko zapominam, ale nie aż tak! Mogę zobaczyć, jak się pan tu urządził?
– Szczerze mówiąc, z wyposażenia jest tylko muszla klozetowa i lodówka – nie mam czego pani pokazać. Może za tydzień albo dwa?
– A chce pan zobaczyć, jak ja mieszkam?
– Dziś to już chyba za późno...
– Niech się pan nie wstydzi, zapraszam!
Nie można powiedzieć, by uszczęśliwiło mnie podporządkowanie się prośbie staruszki. Ale ostatecznie głupio by było spierać się z człowiekiem pozbawionym rozumu. Sąsiadka popycha drzwi, a ja wchodzę do jej mieszkania.
Wszystko tu bardzo przypomina pracownię. Wszędzie stoją płótna. Nic szczególnego. Nigdy nie lubiłem takiego malarstwa. Niekończące się blade tony. Beznadzieja w każdym kwadracie. Ludzie bez wyrazu, miasta bez koloru. Zresztą, nie znam się za bardzo na sztuce.
Na środku salonu wisi ciemnoszary kwadrat.
– Przymierza się pani do czegoś nowego? – pytam, próbując wypełnić ciszę.
– O czym pan mówi?
– O tym płótnie na ścianie.
– Nie, obraz jest już skończony.
– Ach tak! A co on przedstawia?
– Moje życie.
Uff! Pojechała! Fanfary bólu i patos tragedii. Starsi ludzie są skłonni wyolbrzymiać własne nieszczęścia. „Moje życie... Proszę mi podać chusteczkę! Nie, nie, lepiej dwie!”
Ludziom w podeszłym wieku wydaje się, że wyłącznie ich spotykają nieszczęścia. O mało nie wypalam, że biorąc pod uwagę skalę tragedii, mogę dawać wielu osobom fory, ale w porę się powstrzymuję.
– Mówiono mi, oczywiście, że Mińsk to szare miasto, ale nie myślałem, że aż tak!
– Na tym obrazie prawie nie ma Mińska.
– Ja bym powiedział, że na tym obrazie w ogóle niczego nie ma.
– Myśli pan, że jestem w błędzie, gdy mówię, że to moje życie?
– Ja nic nie myślę....
– Myśli pan: szedłem sobie spokojnie do domu, nikogo nie zaczepiałem, aż tu nagle natknąłem się na nienormalną staruchę, która zamierza poużalać się nad własnym losem?!
– A zamierza pani?
– A czy pana to w ogóle nie interesuje?
– Nie, jeśli już mam być szczery.
– Szkoda. Chciałam panu opowiedzieć niewiarygodną historię. Nie tyle nawet historię, co biografię strachu. Chciałam panu opowiedzieć, jak przerażenie, które nagle owładnęło człowiekiem, potrafi zmienić całe jego życie.
– Jestem pod wrażeniem, ale może innym razem?
– Nie wierzy mi pan? No cóż... Wie pan, trochę ponad rok temu stałam tutaj, na pana miejscu. To było trzydziestego pierwszego grudnia. Padał śnieg i kończył się dwudziesty wiek. Kończył się naturalnie, bez hiperboli, pozostało dosłownie kilka godzin. Kuranty przygotowywały się do wybicia dwunastej, nafaszerowany tabletkami prezydent sąsiedniego państwa zamierzał poinformować, że jest zmęczony. W kuchni grał telewizor, w piekarniku coś się jak zwykle przypalało. Nie przygotowywałam się do świętowania – no Nowy Rok jak Nowy Rok, ile takich było w moim życiu? Postanowiłam zadzwonić do Jadwigi i do nikogo więcej. Posiedzieć przy cieście, pooglądać telewizję. Najpierw Nowy Rok uczczę w Moskwie, a potem w Mińsku. Jednym słowem, zupełnie niczego nie spodziewałam się po końcówce stulecia, ale nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Pewnie sąsiedzi, pomyślałam. Przed panem mieszkała tu miła i życzliwa kobieta – prawdziwa córka komunisty. Jej ojciec był w grupie sześciu polityków, którzy w 1993 roku próbowali obalić Jelcyna, ale ona mimo to wyrosła na skromną i porządną dziewczynę. Wiecznie patrzyła na mnie spojrzeniem szczeniaczka, jakby przepraszająco. No, pomyślałam, pewnie chce pożyczyć sól albo coś w tym rodzaju, ale to nie była ona! Okazało się, że przyszedł listonosz! Wyobraża pan sobie! Prawdziwy! Trzydziestego pierwszego grudnia! I przyniósł list! List, na który czekałam przez całą drugą połowę życia...
Gdy sąsiadka mówi „drugą połowę życia”, nadstawiam uszu. Po raz pierwszy tego wieczoru wracam do pokoju. Do tego momentu jedynie zaznaczałem swoją obecność, teraz zaczynam słuchać uważnie.
– Spojrzałam na stół. Leży. Zwyczajny list. Czekasz na niego pół wieku, a potem nie umiesz go otworzyć. Niczego w życiu tak się nie bałam, jak tego papieru. W końcu wypuściłam powietrze i rozerwałam kopertę. To on! Rozpłakałam się. Otarłam palcem oczy i pociągnęłam nosem. Listu więcej nie dotknęłam, ale zadzwoniłam do Jadwigi.
„Przyszedł list! On żyje!”
„Żartujesz?!”
„Nie!”
„Gdzie jest?”
„Okołu dwustu kilometrów od Permu”.
„Jadę z tobą!”
„Dobrze”.
Zadzwoniłam na informację. Odebrała wesoła dziewczyna, życzyła mi szczęśliwego Nowego Roku.
„Samolot do Moskwy jest o dziesiątej wieczorem. Zdąży pani?”
„Jak nie umrę, to zdążę”.
Gdy przyjechała Jadwiga, wypiłyśmy herbatę i wezwałyśmy taksówkę. Operatorka poinformowała, że mamy szczęście – w Sylwestra wszyscy są zajęci swoimi sprawami. „Pokaż!” – poprosiła przyjaciółka, a ja podałam jej list.
Zamknęłyśmy mieszkanie, zeszłyśmy na dwór. Taksówkarz stał przy samochodzie. Otworzył bagażnik, ale nie pomógł nam z torbami. „Jestem szoferem – powiedział – a nie bagażowym”.
Przyjechałyśmy na lotnisko, znalazłyśmy kasy. Zdyszałyśmy się, z trudem łapałyśmy oddech. „Proszę się nie martwić – powiedziała dziewczyna – mają panie dużo czasu! Gdy dolecą panie do Moskwy, będą panie musiały poczekać kilka godzin”.
„Kiedy leciałaś ostatni raz?” – zapytałam Jadwigę.
„Nigdy nie leciałam” – odpowiedziała.
I tak to było. Nowy Rok, a dwie stare baby wybierają się w podróż nie wiadomo dokąd...
Do Moskwy leciało się nam dobrze, ale już podczas drugiego rejsu samolotem trzęsło, jakby Bóg maszynę nogami kopał. Za pierwszym razem nie mogliśmy wylądować, musieliśmy zrobić drugie podejście. Ludzie dziwnie się zachowywali, pamiętam, że nawet krzyczeli. Przede mną jakiś mężczyzna wył jak pies. Ale nie miałam do niego pretensji. Strach to nieprosta rzecz. A ja wiem, o czym mówię.
Dostałyśmy walizki – podszedł do nas jakiś grubas:
„A panie dokąd?”
„O tam” – odpowiedziałam, wyciągając kopertę.
„To przecież nie tutaj. Trzeba jechać jeszcze ze trzy–cztery godziny. Mają panie szczęście – tam mieszka mój ojczulek”.
„My byśmy tylko do autobusu...”
„Do jakiego autobusu pierwszego stycznia?”
Rankiem dojechaliśmy do miasteczka. Ciemnica, na zaśnieżonym placu marznie bezręki wódz. Zapytałam: „Dlaczego Stalin ma taką małą głowę?”.
„Starą utłukli. Zamówiono w okręgu nową, ale coś tam pomylono z rozmiarem. Na kolejną i tak nie ma pieniędzy, zresztą nikt nie będzie jej robił, dopóki tej też nie utłuką. A gdzie się panie zatrzymają, co?”
„Nie wiemy” – odpowiedziałam.
„Jeśli się panie nie boją, można u mojego staruszka. To niezły chłop. Tutaj też siedział. Wypuścili go – nie wiedział, gdzie się podziać, postanowił zostać, zatrudnił się jako konwojent. I ja się tu urodziłem, w łagrze. Będzie trzy lata jak matkę pochowaliśmy. Ja to już dawno do miasta wyjechałem, a panie tu kogoś mają?”
„Człowieka” – odrzekłam.
Sąsiadka milknie. Na kilka sekund zapada cisza. Zaczynam myśleć, że jestem świadkiem kolejnej wyrwy w pamięci, ale kobieta nagle ożywia się i mówi:
– Urodziłam się w Londynie w tysiąc dziewięćset dziesiątym roku...
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------