Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Cześć, jestem Lucy… - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
Wrzesień 2016
Czytaj fragment
Pobierz fragment
8,43
Cena w punktach Virtualo:
843 pkt.

Cześć, jestem Lucy… - ebook

Luźna opowieść o dwóch osobach, których spotkanie przerodziło się w coś większego. Prosty romans z nutką komedii. Trochę o świeczkach, ciastach, piwie i wybujałej wyobraźni.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8104-158-4
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

— Will —

Zapukałem do drzwi Ricka.

— Śpisz? Przyszedłem po naczynia. Podaj, co tam masz. — cisza. — Rick, do cholery, rusz dupsko. Nie mamy już na czym jeść. — W mój ton wkradła się nuta irytacji. Chciałbym. Chciałbym mu wygarnąć wiele rzeczy, wyładować się na nim. Ale Molly śpi. Dopiero po chwili słyszę skrzypnięcie sprężyn łóżka. Paręnaście monotonnych sekund grzebaniny i brzdęk naczyń. Trwa to jeszcze kilka sekund. Jestem cierpliwy… cierpliwy. Drzwi się uchylają. Dochodzi do mnie swąd skarpet i potu. Chude, blade dłonie wyłaniające się z głębi mroku pokoju podają mi 4 duże talerze, 3 małe, miskę. garść sztućców i szklankę oblepioną od brudnych paluchów. Przywykłem do tego widoku, lecz w dalszym ciągu mnie to odstręcza. Obrzydlistwo. Drzwi zamknęły się momentalnie po przekazaniu tego wszystkiego. Odłożyłem naczynia do umywalki i umyłem tylko miskę. W głowie mi lekko dudniło. Nos drażnił papierosowy odór. Nalałem sobie mleka i zasypałem górą płatków. Wypadająca zabawka-gratis wpadła do miski wylewając na podłogę jej zawartość. Spojrzałem na plamę z nienawiścią. Nie miałem ochoty teraz tego sprzątać. Zrobię to jak wrócę. Siadłem do stolika i spojrzałem mętnym wzrokiem za okno. Było jasno. Pogodny ranek. Za płotem sąsiadka, lat siedemdziesiąt, podlewała grządki w samym staniku. Westchnąłem. Cholerny, kiepski dzień. To nie jest dzień, na pójście do pracy. To dzień na spakowanie walizek, odjechanie samochodem daleko, po to by już nigdy nie wrócić. Mam dość. Dokańczając jedzenie słyszę telefon Molly zza ściany, potem jej półprzytomny głos. Wstaję. Biorę kluczyki od auta i wychodzę.

W samochodzie skubię skórki przy paznokciach. Mimochodem patrzę na billboardy i budynki nimi przysłonięte. Stojąc na światłach widzę kawiarnię w miejscu, gdzie jeszcze rok temu stała zabytkowa XVI-wieczna kamienica, która rzekomo „groziła zawaleniem”. Antic Cafe — zajebiście, kurwa… Chociaż nie byłem tam jeszcze. Napić się piwa przed pójściem do pracy, nie zaszkodzi spróbować. Lepiej i tak nie będzie. Skręcam na parking i chwilę jeszcze siedząc patrzę na siebie w bocznym lusterku. Wyglądam jak gówno. Czyli po staremu. Wywlekam tyłek z samochodu i idę do kawiarni.

Wchodzę do środka. Jak na tę godzinę pustki. Nie narzekam. Kelnerka ze sztucznym uśmiechem wita mnie od razu. Przelotnie oglądam miejscówkę. Mają piwo. Dobrze. Zamawiam. W odpowiedzi słyszę, że sprzedają od 16:00. Niech ich szlag. Patrzę na kelnerkę. Znośna twarz. Duże cyce. Ale nie takie obwisłe jak sąsiadki. Młoda jest, więc zamawiam kawę. Siadam przy stoliku, a ta po chwili przynosi mi do stolika nie tylko kawę, ale i małe śmierdzące cholerstwo. Świeczkę. Po chuj im świeczki o 9:00 rano. Przecież jebie w oczy cholernym słońcem, do diabła. Patrzę na nią. Uśmiecha się i idzie do lady. Próbuje być miła dla klienta. Najwidoczniej takie ma rozkazy, by zapalać to gówno. Wybaczam jej. Zapominam o świeczkach patrząc na jej nogi. Ładne nogi.

— Lucy —

Rozpalam ostatnią świeczkę w naszej kawiarence. Pachnie bzem. Pozostałych sześć rozstawionych jest na drewnianych stolikach w różnych częściach lokalu. Cisza. Jestem sama, gdyż rano ruch nie jest zbyt duży.

Antic Cafe powstało niedawno, ale ruszyło z wielkim wykopem na start. George, który jest tutaj właścicielem, postanowił porzucić filologię francuską i wynająć lokal. Z tego co mi wiadomo ojciec dopomagał mu przy tym finansowo.

Knajpka jest przestronna i bardzo wysoka, osadzona w przebudowanej kamienicy. Same okna mają ponad dwa metry wysokości, więc w dzień jest tu jasno. Niezobowiązujące, waniliowe ściany, obwieszone są obrazkami i gadżetami utrzymanymi w koncepcji nowoczesno-staromodnej. Zresztą zmieniają się one w każdym miesiącu na tydzień, kiedy wchodzimy w nową konwencję. Lata 70-te, 90-te, średniowiecze. Na ten czas nasze ciasta i ciasteczka zmieniają design, by umocnić cały klimat. Za parę dni wypada właśnie taki tydzień. Tym razem skupiamy się na latach 50-tych, więc razem z koleżanką dostałyśmy wyzwanie opanowania sztuki jazdy na wrotkach. Szaleństwo!

Oddycham kwiecistym zapachem, który zastąpił smród poprzedniego wieczoru. Uśmiecham się pod nosem. Jednym z plusów naszego lokalu jest to, że za dnia jest to urocza kawiarnio-cukiernia, a w nocy bar. Nasza wielozadaniowość uderza w gusta klientów, ale też jest lekkim problemem dla nas. Brakuje nam ludzi, a ciężko teraz o żywiołową dziewczynę do pracy.

Ciszę przerywa dźwięk otwieranych drzwi. Podnoszę głowę, a mym oczom ukazuje się sylwetka wysokiego, wychudzonego mężczyzny. Przyklejam do twarzy nasz firmowy „promienny uśmiech”.

— Dzień dobry.

— Dobry. — przelatuje spojrzeniem zmarnowanych, cholernie-anielsko-jasnych niebieskich oczu po ladzie niewątpliwie napotykając dystrybutor piwa. — Piwo. — rzuca sucho, wskazując swój cel kluczykiem od auta. Dociera do mnie także odór papierosów, który facet przywlekł na swojej brązowej, skórzanej kurtce. I mój bez szlag trafia.

— Sprzedajemy dopiero od 16. — informuję uprzejmie, pozwalając sobie na wymowne spojrzenie na kluczyki w jego ręce.

Niezadowolone burknięcie przywołuje moją uwagę na jego twarz. Czarne, rozczochrane włosy opadające wokół bladej cery, podkrążone oczy patrzące na mnie z niezadowoleniem. Od typowego drunk-style’u odróżnia go tylko ogolona na gładko szczęka. Poza tym wygrywa ze mną wzrostem o ponad głowę, a nie należę do niskich osób.

Analizę jego image’u przerywa mi żądanie kawy. Uwijam się szybko z zamówieniem i oporządzeniem klienta, by móc wrócić do romansu Jeremy’iego i Sally, który czeka na mnie pod ladą.

Ahh… romanse i intrygi. Idealni faceci. Chciałabym choć jeden raz spotkać faceta, który znałby praktyczną definicję romantyzmu. Steve skomentowałby to jak zawsze głupim uśmieszkiem naładowanym dawką sarkazmu i politowania, mogącym pojawić się tylko w bitch-style’u.

Przez moment w mojej głowie kiełkuje samotna myśl, że nie patrzę na tekst książki, a na klienta. Jakże daleko mu do Jeremy’iego. Na pewno przekroczył już trzydziestkę i zostawił za sobą najlepsze chwile swego życia. A teraz ucieka z rana od spasionej żony, która nudzi go w łóżku niezmienna pozycją i od trójki dzieciaków, które już w podstawówce rozwiewają jego marzenia o wyprowadzeniu ich na wykształconych ludzi.

Stop. Nie oceniaj. I nie gap się zbyt długo, to ich prowokuje.

Wracam do książki. Dziś ją skończę. Dziś mam dniówkę, bo Marry zachorowała. Dziś zapowiada się bardzo długo.

— Will —

Jak długo nie miałem już dziewczyny? 2 lata? Nie, trochę więcej. Dorothy… to było jeszcze za czasów znajomienia się z Teddy’m… mieliśmy wtedy po 23 lata… 2 i pół roku temu.

Wziąłem łyk kawy. Nie mam czasu na dziewczynę. Nie stać mnie. To drogie i zobowiązujące. Wymyśla wciąż to nowe problemy. Rozpoczyna kłótnie. Wydaje twoją kasę…

Kelnerka czyta romansowego gniota. „Nic już nie mów”. Pewnie będzie kwiczeć jak szalona jak się dowie, że zamierzają zrobić ekranizację tego chłamu. Sam napisałbym lepszy scenariusz. Zapewne jakby się wyrwało kilka losowych kartek z tomu i tak nikt by się nie zorientował, że ubyło na fabule. Nie ma na czym. Odnoszę filiżankę dopijając ostatni łyk.

— To, co czytasz. Podoba ci się? — pytam jej. Po trzech sekundach ciszy odpowiada.

— Bardzo. — wzdycham. Ona zabiera moją filiżankę i odkłada do zlewu. Gdy patrzy na mnie ponownie, mówię:

— Mają zrobić ekranizację.

— Hm? — patrzy na mnie zdezorientowana. — Pan jest… reżyserem…? — pyta niepewnie.

— Nie. To znaczy tak. Nie tego. — odrzucam od siebie myśl, że mógłbym upaść aż tak nisko.

— Nie lubię filmów. Przynajmniej nie romanse.- mówi.

— To dobrze. Nie rozczarujesz się. — Uśmiecham się w grymasie. Wyciągam portfel.

— Jakie filmy pan kręci? — pyta z lekkim zainteresowaniem w oczach.

— Na razie jeszcze ich nie wypuścili. Znajdują się w mojej prywatnej kolekcji. — odpowiadam, spoglądając na zegarek. Musze iść. Wyciągam pieniądze, płacę. — Do widzenia.-

Ze smętnym uśmiechem oddalam się w stronę drzwi.

— Lucy —

Padam.

Nogi włażą mi do tyłka po zdecydowanie za długiej zmianie. Brakuje nam ludzi.

Mieszkanko czeka na mnie posprzątane i pachnące. Słonecznik. Mm…

Zapach z mojej części mieszkania przemieścił się teraz też na resztę kawalerki. Razem z moim współlokatorem mamy zdecydowanie odmienne gusta, ale jesteśmy w stanie dogadać się tak czy inaczej. Podzieliliśmy kawalerkę równo na pół, pomijając kuchnię i łazienkę, a następnie wyznaczyliśmy te części za pomocą kolorów. Moja jest fiołkowa, pozostała szara. U mnie zawieszona jest tablica ze zdjęciami, wejściówkami z eventów i ulotkami tego, co pozytywnie ugrzęzło w moim sercu. Nie brakuje tam biletów do kina i teatru oraz na kilka koncertów, które odwiedziłam ze Steve’m lub innymi znajomymi. Pod ścianami stoją stosy książek, kupionych lub tych z biblioteki. Obok materac i pufa w kształcie kota. Jest najlepsza! Środek wytycza nieduży stół, a za nim rozciąga się kraina mroków post-apokaliptycznych plakatów i kalendarzy z pół i zupełnie nagimi dziewczynami. Moje książki w krzywym zwierciadle są magazynami i elektroniką, obecnie bezpańsko pozostawioną samej sobie. Czasami tą zatęchłą ciemność rozjaśnia zapachowa świeczka, walcząca ze smrodem fajek i innych rzeczy, którym nie chce się bliżej przyglądać. Dziś jednak jest tam czysto i pachnąco.

Moje wysokorozwinięte zmysły węchowe rozróżniają jednak coś jeszcze i o dziwo nie są to wiśniowe papierosy Steve’go. Kolacja. Na blacie kuchennym czeka jeszcze ciepła jajecznica z boczkiem. Ślinka cieknie mi już na same wyobrażenie o tym jak ją pochłaniam, co zresztą realizuje możliwie szybko.

Posprzątał, wywietrzył i zrobił kolację. Czasami potrafi być naprawdę kochany.

Po zjedzeniu sprzątam po sobie od razu, by nie niszczyć jego dzisiejszego sukcesu. Mam nadzieję, że dobrze się bawi w pracy. Pakuję torbę na kolejny dzień. Kolejna książka, książka do oddania do biblioteki, portfel. Składam kupkę ubrań na pufie koło materaca, by wszystko było idealnie. Wtedy dostrzegam wrotki leżące za nią. No tak, niedługo zaczynamy tydzień na wrotkach, obiecałam sobie jutro poćwiczyć, by czuć się na nich pewniej. Szef ma dziwne pomysły, ale za to go lubimy. Przeważnie.

Wczołguję się pod kołdrę i zasypiam już chyba w połowie drogi.

Rano budzi mnie szum prysznica. Zanim jeszcze otworzę oczy wiem, że jest za wcześnie na budzik, a mimo to zwlekam się z mojego materaca. Czas się odwdzięczyć za kolację. Starannie przygotowuję kanapki, z należytą uwagą dbając o to, by nie stracić palców. Pełnia witamin z samego rana jest wymagana. Do tego świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Uwielbiam go. Na ostatnie swoje urodziny Steve zainwestował w wyciskarkę, by ułatwić mi robienie koktajli.

Gdy już planuję zacząć bez niego w końcu drzwi łazienki się otwierają i staje przede mną blondyn w całej swej okazałości.

Jasne lekko falowane kosmyki opadają mu niemalże po łopatki, teraz zaczesane na wodzie do tyłu, ma ładnie opaloną, zdrową cerę i ukształtowane godzinami ćwiczeń mięśnie. Zielone oczy z pożądaniem wpatrują się w stertę kanapek, tworzącą jego drogę do szczęścia. Ma około metra osiemdziesiąt. No i los obdarzył go dołeczkami w policzkach przy każdym szerszym uśmiechu. A uśmiecha się często.

Niejednokrotnie w mojej głowie gościła myśl o tym, że zarówno z wyglądu jak i charakteru, mój przyjaciel mógłby być dobrą partią na miłość. Ma tylko jedną, zasadniczą wadę. No, a w moim przypadku jeszcze absolutnie nie występuje miedzy nami żadna chemia. Czasami jednak korci mnie, by rozejrzeć się za kimś odpowiednim dla niego, no ale obiecałam się za bardzo, za często i w ogóle najlepiej w ogóle nie wtrącać. Więc tego nie robię.

— Smacznego. — rzuca pośpiesznie i ładuje całą kanapkę do ust.

— Smacznego.

— C… dygnm… rbm… y…? — próbuje z siebie wydobyć jakieś zapewne logiczne pytanie, ale uniemożliwia mu to ciemne pieczywo.

— Co?

— Co dzisiaj robimy? — wydusza po popiciu kanapki połową szklanki soku.

No tak. Czwartek. Nasz dzień wspólnej godziny.

— Chińczyk? Wrócę późno. — Zawsze gramy w Chińczyka. I zawsze bawimy się dobrze. Jak dzieci.

— Ok. Ja mam wolne. Chińszczyzna czy pizza? — On ma wolne kiedy tylko chce. Taka praca „umilacza kobiecych nocy” ma wiele korzyści, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie by zająć się jej damskim odpowiednikiem.

— Pizza.

Budzik wybija godzinę pobudki. Prysznic, torba i do pracy. Wychodzę zostawiając mojego współlokatora w pierwszej fazie snu.

Wygrywam. Moje pionki składające się z kapsli po piwie i starego pierścionka właśnie osiągnęły bazę. To już trzeci raz.

— O czym tak myślisz? Nie skupiasz się. — pytam, popijając piwo i zwracając uwagę, na przyglądającego mi się blondyna.

— Mam nową stałą klientkę. — słowo „klientka” odstrasza mnie skutecznie.

— Właściwie chyba nie pytałam....chyba że… — spoglądam na niego uważnie. — Zakochałeś się?

— Haha. Nie. Nigdy nie zakocham się w klientce. To moja pierwsza zasada. — wzdycham — Druga: Nigdy nie zakocham się w żonatej kobiecie.

— Kiepsko. No dobra. Co z nią? — przejawiam odrobinę zainteresowania.

— Pamiętaj by nigdy, ale to nigdy nie próbować odgrywać dziewczyny z pornola. — mówi poważnie.

— Fuuuuj. Nie. Nie chce wiedzieć. Jesteś obrzydliwy. — zatykam z zażenowaniem uszy, wyrzucając z umysłu jakiekolwiek myśli wiążące się z pornograficznym chłamem i moim przyjacielem jednocześnie. Moje reakcje są wzmocnione nieduża dawką alkoholu, co wywołuje u niego salwę śmiechu. Dupek.

Uwielbia to robić. Pouczać mnie jako ten doświadczony, dobry wujek. Obrzydliwiec. Co nie zmienia faktu, że dzięki niemu mój styl ubioru jest odważniejszy dla uciechy wieczornych gości Antic Cafe.

— Już, już. Koniec.

— Gramy jeszcze raz. Bez gadania o pracy. Ah… odechciało mi się pizzy.

Jest ciepło. Gorąco. Mamy wyjątkowo upalne lato i mimo, że słońce już zachodzi to w powietrzu wciąż czuć zawyżoną temperaturę. Od parku dzieli mnie ostatnie przejście, na którym sterczę już trzecią minutę, a to dziwne światło nie chce się zmienić. Idzie mi już całkiem nieźle. Przejechałam pół miasta bez popełnienia wrotkowego samobójstwa.

No i w końcu. Cel osiągnięty. Park. Ta-dam.

Z pełnią dumy cisnę przez alejki drzew, zręcznie wymijając ludzi po drodze. Lekki wiaterek uderza moje policzki z każdą chwilą kiedy rozpędzam się bardziej, coraz pewniejsza swoich nowych zdolności.

W słuchawkach dudni mi delikatne Youth od Daughter i całe szczęście, że to, bo przy szybszym utworze mogłoby się zrobić niebezpiecznie.

O tej porze park wygląda raczej pusto. Większość młodszych ludzi siedzi obecnie w barach, większość starszych jest już zbyt leniwa, by pojawić się w parku wieczorami. Myślę, że kiedy będę już stara i zgorzkniała to znacznie ciekawsze będzie dla mnie przesiadywanie tutaj niż przed odbiornikiem maszyny robiącej sieczkę z mózgu. Nie przepadam za telewizją. Kino — jasne, dlaczego nie. Film? Może raz na miesiąc. I jeśli już to zdecydowanie powinien to być jakiś kryminał, film akcji, albo coś wyładowane efektami. Bez zobowiązującej fabuły. Postacie z książek możesz kochać. Wiecznie, niezmiennie i indywidualnie. Aktorzy podejmują się natomiast wielu ról, lepszych i gorszych. A potem widzisz swojego ukochanego, romantycznego Johna, który obecnie robi z siebie debila o imieniu Franky w niskolotnym chłamie. Nic nie może być bardziej zniechęcające.

Moje rozmyślanie przerywa alarm z czerwonym światłem, które rozbłysło w moim umyśle. Właśnie zjeżdżam z lekkiego wzniesienia w parku z nie najmniejszą prędkością zbliżając się do zakrętu. I pamiętam doskonale co jest za nim. Schody. I nie mam pojęcia jak zahamować. Z trudem wykręcam, jedynie trochę tracąc na prędkości.

Jestem gotowa na ból i upadek. Czuję jak moje wrotki odrywają się od podłoża. Nie udaje mi się powstrzymać trochę zbyt wysokiego okrzyku. Szczególnie, że na mojej drodze pojawia się człowiek, w którego ładuje z pełną mocą. Spadamy razem ze schodów, zahaczając o klika stopni, nim spotykamy się z ziemią. Słyszę pod czaszką dudnienie mojego spanikowanego serca. Nic mi nie jest. Nieznajomy zamortyzował upadek i to on zapewne ucierpiał. Podnoszę się szybko na kolana, by spojrzeć na moją przypadkową ofiarę.

Ciemne włosy, blada cera, anielsko-jasne oczy. Wydaje mi się, że gdzieś już je widziałam.

— Bardzo Pana przepraszam… — dukam pośpiesznie — Dopiero się uczę, zamyśliłam się i całkiem zapomniałam, wszystko w porządku?! — plotę na jednym tchu, doszukując się krwi na jego głowie. Na Chaos, proszę, by nic mu się nie stało. Nie potrzebuje teraz problemów. Nie chce go mieć na sumieniu. Sekundy, których potrzebuje by dotarły do niego moje słowa wpędza mnie w lekką panikę. Wstrząs mózgu. Na bank. Albo kaleka do końca życia. Być może właśnie pozbawiłaś jakiegoś pięciolatka godzin spędzonych radośnie na nauce jazdy na rowerze z ojcem. Gratulacje.

Darmowy fragment
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: