-
nowość
„Człowiek, który dostał drugie życie” - ebook
„Człowiek, który dostał drugie życie” - ebook
Historia człowieka, który przez czterdzieści lat był w ciągłym ruchu — od motorynki i pierwszych biznesów, przez wielkie pieniądze, firmy, samochody, podróże i sukces, aż po moment, w którym wszystko zaczęło się rozpadać. To opowieść o wolności, której przez lata szukał w pieniądzach, drodze i kolejnych projektach. O miłości, rodzinie, błędach, samotności i cenie życia prowadzonego na pełnym gazie. O Uboat, Karmie Clutch, podróżach między Europą a Ameryką oraz spotkaniu z buddyzmem, które otworzyło zupełnie nową perspektywę. A wszystko zaczyna się od pewnego poranka nad Bałtykiem, kiedy bohater budzi się z poczuciem, że dostał drugie życie. To nie jest pamiętnik ani kazanie. To historia człowieka, który wreszcie zrozumiał, że czasem trzeba się zgubić, żeby naprawdę odnaleźć siebie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398347600 |
| Rozmiar pliku: | 889 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To jest powieść
To jest powieść oparta na jednym życiu.
Niektóre imiona zostały złożone albo pominięte. Chronologia,
miejsca i rzeczy, które bolały — zostały. Jedno nazwisko narrator
zdjął sam, w urzędzie. Tu też nie wraca.
Uboat, Karma, Browar — te nazwy są z życia. Z parkietu. Z
rynku. Z tej książki też.
Jeśli szukasz pamiętnika z datami, odłóż. Jeśli szukasz kazania
— też.
Zostań, jeśli chcesz usłyszeć człowieka, który przez czterdzieści
lat kupował wolność na raty — i pewnego poranka dostał ją za
darmo, nie wiedząc, czym zapłacił.PROLOG
Poranek
P RO L O G
Nie pamiętam, kiedy umarłem.
Pamiętam dzień, w którym dostałem drugie życie.
Obudziłem się w hotelu Amber Baltic w Międzyzdrojach i przez
dłuższą chwilę nie otwierałem oczu. Leżałem na wznak, sam na
łóżku, jak ktoś, kogo dopiero co odłożono z powrotem do ciała, i
próbowałem zrozumieć, dlaczego jest mi tak dobrze.
Nie „dobrze” po nocy.
Nie „wypoczęty”.
Jakby ktoś, kiedy spałem, wymienił mi baterię i zapomniał
powiedzieć.
Czułem energię. Spokój. Lekkość, której nie umiałem wtedy
nazwać. Wokół klatki piersiowej i brzucha było coś jak niewidzialny kokon — ciepło, które nie pochodziło od kołdry.
Rozchodziło się stamtąd dalej, wolno, jakby ciało przypominało
sobie, że wolno mu żyć.
Otworzyłem oczy.
Ten sam pokój. Te same meble. To samo światło nad Bałtykiem,
mleczne, letnie, obojętne.
Na drugim łóżku spała Bianka. Maltańczyk mini. Nasz pies.
Kupiłem ją kiedyś w prezencie dziewczynie — i dostałem kogoś,
kto rozumie jak człowiek. Tamtej nocy była ze mną.
Agnieszka poszła do siebie. Nie została na noc. Siedzieliśmy w
restauracji, na plaży, potem w środku. Odprowadziłem ją kawałek do kwatery. Wróciłem. Ja zostałem z psem i z tym, czego nie
umiałem nazwać.
Tylko ja byłem jakiś inny.
Kilka godzin wcześniej siedziałem przy stole od strony wody, z
kobietą, którą poznałem na polu golfowym pod Międzyzdrojami.
Psycholożka. Śmiała się. Bianka chodziła między nami jak ktoś,
kto już wszystkich zbadał. Nic, co miało zostać na wizytówce.
Teraz leżałem sam i nie chciałem niczego.
Nie pieniędzy.
Nie samochodu.
Nie firmy.
Nie kolejnego miasta.
Nie wiedziałem, czy jestem zakochany, czy to coś innego —
podobne uczucie, tylko bardziej nieukierunkowane: nie do
zdobycia, nie do zatrzymania, jak światło, które nie pyta, na kogo
pada.
Chciałem tylko zostać w tym stanie. Zostać i nie ruszać się, ja — człowiek, który całe życie ruszał się, jakby stało za nim coś
ostrego.
Nie wiedziałem, czy to sen, serce, łaska, pies na drugim łóżku,
czy biologia, która na jedną noc pomyliła kable.
Nie próbowałem tego nazywać.
Po prostu czułem.
I pierwszy raz od bardzo dawna chciałem nie uciekać.
Potem uciekłem.
Warszawa. Spotkanie biznesowe. Tak mówiłem recepcji, psu,
sobie. Spotkanie było. Albo nie było. Moc była tak wielka, że
bałem się Agnieszki. Że jak ją zobaczę jeszcze raz przy stole od
wody, będzie love story. A love story zostaje. A ja bałem się
kolejnego związku.
Żeby zrozumieć ten poranek, trzeba wrócić o prawie
czterdzieści lat. Do małego miasta na południowym wschodzie
Polski. Do chłopaka, który najbardziej na świecie chciał być
wolny — i który dostał na komunię motorynkę. Silnik miała z
Komara. Wolność — z głowy.
C Z Ę Ś Ć I
SilnikCZĘŚĆ I · SILNIK
1. MOTORYNKA
C ZĘ Ś Ć I · S I L N I K
Miałem osiem lat, kiedy na stole w kuchni pojawił się klucz.
Mały. Tłusty od oleju. Ojciec położył go obok talerza z resztką
sernika, jakby to była łyżeczka.
— Wystarczy — powiedział.
Nie powiedział: gratuluję. Nie powiedział: jesteś duży. W naszej
rodzinie miłość częściej miała postać przedmiotu, który można
było odpalić.
Na podwórku stała motorynka.
Silnik miała z Komara. Ramę — skromniejszą, jakby ktoś wziął
rower i namówił go na dorosłość. Ludzie z osiedla i tak mówili
„Komar”, bo tak się mówiło na wszystko, co cykało i nie było
jeszcze motocyklem.
Ojciec poprawiał za każdym razem.
— To motorynka. Silnik Komar. Nie myl rzeczy.
— Jedzie — powiedziałem.
— Jedzie. I ma sprzęgło. Jak nie złapiesz, zgaśnie ci w wstydzie, na
oczach całego podwórka.
Dzisiaj trudno wytłumaczyć, czym była wtedy motorynka dla
chłopca z Kolonii Oficerskiej w Jarosławiu. Nie była maszyną.
Była granicą. Po jednej stronie człowiek pyta. Po drugiej — jedzie.
Paliwo. Silnik z Komara. Sprzęgło. Gaz. I droga, która nie
należała do nikogo, dopóki jej nie zająłeś.
Pierwszy raz zgasłem pod sklepem. Stali koledzy. Jeden
zagwizdał.
— No i po wolności.
Ojciec nie gwizdał. Podszedł, kopnął stopkę, położył dłoń na
manetce.
— Jeszcze raz. Sprzęgło puszczasz, jakbyś kogoś przepraszał. Nie
jakbyś kogoś bił.
Puściłem. Złapało. Pojechałem. Wstyd został na chodniku, jak
kałuża.
Miałem może dziesięć lat, kiedy naprawdę nauczyłem się nią
wracać. Nie jeździć — wracać. To ważna różnica. Jeździć umie każdy, kto nie spadnie. Wracać umie ktoś, kto już wie, że świat ma
zakręt, a zakręt ma konsekwencje.
— Gdzie byłeś? — pytała matka.
— Jeździłem.
— To nie jest miejsce.
Dla mnie było. Jedyne, które nie wymagało pozwolenia.
Ojciec później kupił Rometa Kadeta. Zielony metalik. Srebrne
błotniki. Potem był Simson. Każdy następny pojazd dawał to
samo uczucie, tylko głośniej. Motorynka została pierwsza. Ta, od
której wszystko się liczy.
Nie chodziło o maszynę.
Chodziło o to, że nikt nie musiał mi otwierać drzwi.
Jarosław miał wtedy około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Dla
dorosłego — mało. Dla nastolatka — cały kraj. Koledzy,
dziewczyny, las, ogniska, wakacje, które udawały, że nie skończą
się we wrześniu. Dziewczyny były. Zawsze były.
— Zabierzesz mnie? — pytała jedna, jeszcze zanim Kasia.
— Wsiadasz.
— I dokąd?
— Zobaczymy.
Zobaczymy — znaczyło: ja wiem, ty się trzymasz. Już wtedy
umiałem przyjechać, pocałować, obiecać i spojrzeć, czy bak jest pełny. Jeszcze nie wiedziałem, że to będzie moja najdłuższa pod
górkę.
W wieku piętnastu lat miałem długie kręcone włosy, glany,
skórzaną kurtkę i Walkmana. IRA. Lady Pank. Chłopcy z Placu
Broni. Kazik. Wyglądałem jak ktoś, kto nie zamierza żyć według
instrukcji — a jednocześnie bardzo chciał, żeby instrukcja istniała, byle była moja.
Ojciec kupił zestaw perkusyjny.
— Żebyś miał gdzie ten hałas wsadzić — powiedział. — Nie tylko w rurę.
Próby w garażu Mirka. Gitara, organy, kilku chłopaków
pewnych, że za chwilę podbijemy świat.
— Jak wyjedziemy stąd — mówił Mirek — to nas usłyszą.
— Najpierw wyjedźmy — mówiłem.
Zagraliśmy koncert w podstawówce. Jeden.
Wystarczył.
Bo najważniejsze nie było, czy ktoś nas zapamięta.
Najważniejsze było, że coś się działo.
Zawsze musiało się coś dziać. Cisza była podejrzana. Postój był
śmiercią. Jeśli silnik zgasł, gasłem i ja.
Dzisiaj wiem, że przez kolejne czterdzieści lat będę próbował
kupować sobie wolność.
Tylko że wtedy jeszcze nie wiedziałem dwóch rzeczy.
Że wolności nie da się kupić.
I że człowiek, który musi się ruszać, nie jest wolny. Jest ścigany.
Tylko jeszcze nie wie, przez kogo.CZĘŚĆ I · SILNIK
2. WZÓR
C ZĘ Ś Ć I · S I L N I K
W technikum lekcje miałem po południu, czyli rano można było
żyć naprawdę.
Ojciec prowadził już działalność. Transport. Handel. Import.
Eksport. Nowa Polska otwierała się przed ludźmi, którzy nie
czekali, aż ktoś im pozwoli. Ja nie miałem zamiaru czekać w
ogóle.
Pojawiło się siemię lniane. Ukraińskie ciężarówki. Transporty po kilkadziesiąt ton. Worki po pięćdziesiąt kilogramów, twarde
jak argument.
Jeździłem. Dzwoniłem. Sprzedawałem.
— Mam towar.
— Ile?
— Dużo.
— Kiedy będzie?
— Dzisiaj.
Do południa potrafiłem mieć większość rozdysponowaną.
Potem rozładunek. Worek na plecy. Następny. Jeszcze jeden. Nie
liczyłem kilogramów. Liczyłem, ile z tego będzie wyboru.
Pieniądze były tylko narzędziem. Narzędziem do tego, żeby nikt
nie mógł powiedzieć: zostań.
Do dziś mam jeden obraz.
Mój mały Fiat 126p z przodu. Za nim dwa Kamazy z Ukrainy. A
ja pomiędzy — nastolatek przekonany, że właśnie odkrył najprostszy wzór na życie:
Znajdź okazję.
Wykorzystaj ją.
Idź dalej.
Wzór był piękny. Działał. Dawał wiatr w twarz i szelest
banknotów w kieszeni kurtki.
Miał tylko jeden błąd, którego nie da się zobaczyć, kiedy ma się
szesnaście lat i malucha.
Nie uwzględniał tego, że „dalej” nie ma końca.
Że zawsze można chcieć większego silnika.
Ojciec kupił nowego Fiata 126p. Dla mnie był piękny. Samochód
oznaczał kolejny stopień wolności, więc prawo jazdy stało się
religią. Jeżeli będę miał samochód, pojadę dalej. Jeżeli pojadę
dalej, znajdę więcej. Jeżeli znajdę więcej, zarobię. Jeżeli zarobię —
będę wolny.
Prosty wzór.
Potem było pierwsze BMW. Wejście do innego świata. Rocznik,
którego już nikt nie chce, a który wtedy pachniał Zachodem.
Wyjazdy do Niemiec po samochody. Adres na kartce. Brak
nawigacji. Dwóch starszych facetów, ciężarówka, przyczepa,
Drezno. Ja — młody, z językiem lepszym od nich. W pewnym
momencie musiałem prowadzić. Później nocleg na matach w
przestrzeni ładunkowej mercedesa. Dzisiaj ktoś nazwałby to
szaleństwem. Wtedy było przygodą.
Samochód, który mieliśmy przywieźć, miał problem z
dokumentami. Pojawił się nawet faks z banku. Na granicy zaczęły
się kolejne kłopoty. Jeden z facetów wysiadł. Drugi też. Zostałem z
papierami i poczuciem, że problem rozwiązuje się tak samo jak
silnik: nie analizujesz. Jedziesz.
Tak się dorastałem.
Nie: kim chcę być.
Tylko: dokąd jeszcze mogę dojechać, zanim ktoś zgasi światło.
Dziewczyny z tamtych lat pamiętam jak stacje. Przyjedziesz,
zatankujesz czułość, jedziesz. Jedna czekała pod kinem. Druga
napisała list, którego nie dokończyłem. Trzecia powiedziała: ty
nie będziesz niczyj. Śmiałem się. Brałem to za komplement.
Pod górkę zaczęła się wcześniej niż Kasia. Kasia była tylko
pierwszą, która miała na to słowo.
Pewnego dnia, dużo później, człowiek kupi sobie samochód, o
którym kiedyś nie śnił, dom, w którym echo odpowiada pierwszym, firmę, która wygląda na sukces — i obudzi się w
hotelu nad morzem z poczuciem, że umarł, bo wreszcie stanął.
Ale to później.
Najpierw był klucz. Potem maluch. Potem gaz, który nigdy nie
był w pozycji spoczynku.CZĘŚĆ I · SILNIK
3. KASIA
C ZĘ Ś Ć I · S I L N I K
Kasię poznałem, zanim wiedziałem, że kobiety będą moją
najdłuższą pod górkę.
Miała szesnaście lat. Ja — tyle, ile trzeba, żeby myśleć, że
Simson to charakter. Siedziałem na nim pod jej blokiem na Kolonii, kask na kierownicy, włosy jeszcze mokre po próbie. Ona
schodziła powoli, jakby sprawdzała, czy warto.
Nie mówiła dużo. To mnie brało. Ludzie, którzy mówią dużo, są
jak silnik na wysokich obrotach na postoju: hałas, zero drogi.
Jeździliśmy za miasto. Las. Ognisko, które zawsze gasło za
wcześnie. Pocałunki pachnące dymem. Kiedy wracaliśmy,
Jarosław był za mały dla mnie i w sam raz dla niej.
— Ty zawsze musisz jeszcze kawałek — powiedziała raz, trzymając
się mnie z tyłu.
— A ty zawsze chcesz już być — odparłem, jakby to była zaleta.
Śmiała się. Wtedy jeszcze śmiała się z tego.
Chciała zwykłych rzeczy, które ja miałem za wrogów. Film w
niedzielę. Ręka na korytarzu. Żebym przyszedł, kiedy powiem, że
przyjdę. Ja przychodziłem, kiedy skończyłem sprzedawać,
dzwonić, wymyślać. Zawsze spóźniony o jedno życie.
Raz czekała pod klatką czterdzieści minut. Kiedy przyjechałem,
nie krzyczała. To było gorsze.
— Jak będziesz miał żonę — powiedziała — ona też będzie stała.
— Nie będę miał żony.
— Będziesz. Tylko ona będzie stała dłużej.
Nie zapamiętałem tego zdania od razu. Zapamiętałem je przy
każdym następnym stole.
Kasia skończyła szkołę i chciała zostać. Ja skończyłem szkołę i
chciałem wyjechać. To nie był spór o uczucia. To był spór o
geografię duszy. Ona miała korzenie. Ja miałem bak.
Pocałunek na dworcu, kiedy jechałem do Nowego Sącza, był
długi i już trochę pożegnalny, choć oboje kłamaliśmy, że to tylko
na tydzień.
Pisała. Ja odpisywałem krócej, potem rzadziej, potem z winą,
która udaje brak czasu.
— Jesteś? — napisała raz, samo to słowo.
— Jestem. W robocie.
— To nie jest bycie.
Nie odpisałem. Bycie wymagało zdania, którego nie miałem.
Kiedy wracałem na święta, wszystko było na swoim miejscu: jej
ręka, jej kuchnia, jej matka, która patrzyła na mnie jak na pogodę
— przejdzie.
Kiedy wracałem na święta, wszystko było na swoim miejscu: jej
ręka, jej kuchnia, jej matka, która patrzyła na mnie jak na pogodę
— przejdzie. I za każdym razem, kiedy miałem powiedzieć zostań,
mówiłem: muszę jechać.
Pod górkę zaczyna się nie od kłótni. Zaczyna się od człowieka,
który całuje i już ma w kieszeni kluczyki.
Po latach, kiedy miałem już firmę i samochód, którego Kasia
nie umiałaby nazwać, zobaczyłem ją na ulicy w Jarosławiu.
Wózek. Zmęczona twarz kogoś, kto nie ucieka. Uśmiechnęła się
krótko, jak do krewnego.
— Słyszałam, że ci się udało.
— Zależy, co mierzyć.
Kiwnęła. Nie zapytała o żonę. Nie musiała. Widziała we mnie
to samo dziecko z Simsonem, tylko droższe.
Poszedłem dalej. Nie oglądałem się. Oglądanie się jest dla
ludzi, którzy umieją wracać.
Ja umiałem tylko jechać.
I od Kasi zaczął się wzór, którego nie nazwałem przez
dwadzieścia lat:
wybieram kobietę, przy której mogę być czuły.
potem wybieram drogę.
potem dziwię się, że jest pod górkę.
Pod górkę nie była ona.
Pod górkę był kąt, pod którym stałem.CZĘŚĆ I · SILNIK
4. STO TRZYDZIEŚCI OSÓB
C ZĘ Ś Ć I · S I L N I K
Ojciec namawiał, żebym skończył szkołę. Skończyłem. Nie z
posłuszeństwa. Z instynktu, że papier też jest paliwem, tylko
wolniejszym.
Trafiłem do Nowego Sącza. Marketing i zarządzanie. I tam po
raz pierwszy znalazłem się wśród ludzi, którzy pachnieli
podobnie jak ja. Chcieli zrobić. Stworzyć. Mieć. Wpłynąć. Żyć
inaczej niż ich ojcowie, a jednocześnie — dokładnie tak samo, tylko głośniej.
Wynająłem pokój w dużym domu w Chełmcu. Za ścianą Iga.
Potem Maciek, Darek, Krzyś, Łukasz. Dom szybko przestał być
domem. Stał się przystankiem. Imprezy. Pomysły. Ktoś zawsze
stał w kuchni z kredką i serwetką, na której zaraz miała powstać
Polska.
Czasami przychodziło tyle osób, że przestawałem wiedzieć, kto
jest zaproszony.
Raz ogłosiłem imprezę. Przyszło około stu trzydziestu ludzi.
Dzisiaj brzmi to jak zeznanie. Wtedy wydawało się pogodą.
Muzyka szła przez podłogę. Ktoś spał w wannie. Ktoś
pocałował kogoś, kogo nie powinien. Ktoś opowiadał o firmie,
której jeszcze nie było. Stałem na schodach i czułem to, co na
motorynce: że świat wreszcie ma obroty.
Rano, kiedy zostawały butelki i cisza, było gorzej. Cisza
wracała jak dług. Żeby ją spłacić, trzeba było wymyślić następny
hałas.
Niektóre pomysły były głupie. Niektóre nierealne. Niektóre
całkiem dobre. Sprzedawaliśmy rzeczy, których nikt nie
potrzebował, i rzeczy, na które ludzie czekali, tylko jeszcze o tym
nie wiedzieli. Dzwoniliśmy. Jeździliśmy. Obiecywaliśmy sobie
nawzajem, że to już, że za chwilę.
Nie wiedziałem wtedy, że największym moim uzależnieniem
nie będą pieniądze.
Będą nim pomysły.
Pomysł jest gorszy od alkoholu, bo rano nie boli głowa. Boli
bezczynność. Pomysł mówi: jesteś żywy, bo zaraz coś się stanie. A
ja nie umiałem być żywy w żaden inny sposób.
Iga mówiła czasem:
— Ty nie odpoczywasz. Ty tankujesz, żeby znowu wyjechać.
Śmiałem się. Uważałem, że mnie pochwaliła.
Po studiach wróciłem do Jarosławia i bardzo szybko poczułem,
że się duszę. Nie dlatego, że miasto było złe. Po prostu ja już byłem gdzie indziej. W głowie stał Kraków. Ludzie. Biznes. Ruch.
To samo dziecko z kluczem, tylko w garniturze, który jeszcze nie
był garniturem.
Zadzwoniłem do Tomka, kolegi, który umiał liczyć lepiej niż ja i
mniej się bał tabel.
— Spedycja — powiedziałem. — Huty. Szkło. Kilometry.
— Masz biuro? — zapytał.
— Mam mieszkanie na Emaus — odparłem.
To wystarczyło. W tamtych latach wystarczał telefon i
bezczelność.
Wyjechałem, zanim Jarosław zdążył mnie zatrzymać. Zawsze
wyjeżdżałem, zanim ktoś zdążył. To też był pomysł. Jeden z
lepszych. Jeden z gorszych.
Zależało, z której strony na niego patrzeć — a ja patrzyłem tylko
przez przednią szybę.CZĘŚĆ I · SILNIK
5. MARTA
C ZĘ Ś Ć I · S I L N I K
Marty nie zdobyłem. Przy niej zostałem na chwilę dłuższą niż
zwykle — i ta chwila nazwała się ślubem.
Poznaliśmy się, kiedy ja już miałem firmę w głosie, a jeszcze nie
miałem domu, w którym echo odpowiada. Ona nie imponowała
się Kamazami. To było nowe. Ludzie, którzy się nie imponują,
albo są ślepi, albo widzą.
Marta widziała.
Widziała, że przychodzę spóźniony i opowiadam to jak
anegdotę. Widziała, że telefon na stole jest trzecią osobą.
Widziała, że obiecuję weekend i przywożę niedzielę wieczór z
kwiatami, które mają zagłuszyć nieobecność.
— Ty nie jesteś zły — powiedziała kiedyś. — Ty jesteś nieobecny. To
gorzej. Złego można się bać. Nieobecnego się czeka.
Wyszłam za ciebie — dodała później, już ciszej — bo
pomyślałam, że jak ktoś tyle jeździ, to kiedyś przyjedzie
naprawdę.
Pomyłka. Ja przyjeżdżałem. Tylko nigdy na stałe.
Ślub był ładny, jak bywają śluby ludzi, którzy jeszcze nie
wiedzą, czym zapłacą. Ojciec uścisnął mi dłoń tym samym
uściskiem co przy kluczu od motorynki. Goście pili. Ktoś
powiedział: wreszcie usiadł. Usiadłem na krześle. W głowie nadal
był gaz.
Potem było mieszkanie. Potem dom. Potem syn. Potem córka.
Każde dziecko jest argumentem za zostaniem. Ja traktowałem
dzieci jak najpiękniejsze rzeczy, do których się wraca — nie jak
miejsce, z którego się nie wyjeżdża.
Marta nie zdradzała. Nie robiła scen w restauracji. Jej wojna
była cichsza i dlatego nie do wygrania. Czekała. Układała życie tak, żeby dało się do niego wrócić. A ja wracałem jak gość z
dobrym winem i złym sumieniem.
— Znowu później — powiedziała raz, nie podnosząc głosu.
— Korki.
— Korki nie dzwonią. Ty nie dzwonisz.
— Jutro skończę wcześniej.
— Jutro — powtórzyła, jak się powtarza reklamę, w którą nikt nie
wierzy.
Syn wszedł do kuchni. Zamilkliśmy. Dzieci są najlepszymi
świadkami małżeństw, bo nie rozumieją słów i rozumieją
temperaturę.
Seks, kiedy jeszcze był, miał w sobie pożegnanie. Czułość,
kiedy jeszcze była, miała w sobie przepraszam. Rozmowy o
pieniądzach były łatwiejsze niż rozmowy o nas. Pieniądze
rozumiałem. Nas — nie.