-
nowość
Człowiek w Cywilizacji. Tom 3 - ebook
Człowiek w Cywilizacji. Tom 3 - ebook
Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, że pewne artefakty w muzeach nie pasują do oficjalnej wersji historii? Moja nowa saga „Człowiek w Cywilizacji” to podróż od mitów Anunnaki, przez ingerencję w ludzki genom, aż po ucieczkę na Zachód. To nie jest zwykła fantastyka. To alternatywna historia naszych korzeni. 4 tomy. 1500 stron przygody. Od genetycznej izolacji, wybuchu wulkanu i M Kaspijskie, stepy aż po osiedlenie w Polsce. Zobacz, jak rodziła się nasza cywilizacja w cieniu zakazanej wiedzy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-140-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozwój cywilizacji nigdy nie był prostą drogą. Czasem decydowało o nim sprzyjające położenie, czasem nieprzewidywalny kaprys losu, który jednych rzucał w bezlitosne pustkowia, a innym ofiarowywał ziemie rodzące bogactwa. Bohaterowie tej opowieści należeli do tych nielicznych szczęśliwców, którym przypadło w udziale miejsce niezwykłe — dolina zamknięta pomiędzy górami, dostępna jedynie przez trzy wąskie przełęcze. To nie był zwyczajny skrawek ziemi, lecz wnętrze dawnego wulkanu, który przed tysiącami lat dokonał swojego żywota, a później wystawił na powierzchnię wszystkie swoje skarby, niczym kupiec rozkładający towary na straganie. Czas zrobił swoje — przyroda rozpostarła się nad żyznymi ziemiami doliny i otuliła kamieniste zbocza miękką zielenią, jakby od wieków szykowała dla ludzi kolebkę do zamieszkania.
W takim schronieniu rozwój mógł postępować pełnym biegiem. Brakowało tu wrogów, którzy mogliby napaść i spalić dorobek pokoleń, brakowało wojowników z zewnątrz głodnych łupu i podbojów. Spokój dawał ludziom czas na myślenie i próby. Na wszelki wypadek uczono się jednak obrony — odkrywano nowe rodzaje broni, nowe sposoby walki, aby nigdy nie dać się zaskoczyć. Wulkaniczne wnętrze kryło bowiem minerały, które przypadkiem ujawniały swoje sekrety. A przypadek bywał w tej krainie łaskawy. Bo aby odkryć coś naprawdę, trzeba wiedzieć, czego się szuka. Nie znajdzie się węgla kamiennego, póki ktoś nie spróbuje rozpalić na nim ognia. Nie można odkryć sztuki przechowywania mięsa, póki codziennie przed legowiskiem pasą się stada zwierząt i wystarczy tylko dobrze wymierzyć rzut dzidą. Po co myśleć o zapasach, skoro głód nigdy nie nadchodzi?
Dopóki słońce bez przerwy daje ciepło, a jego moc zamienia się w bujne rośliny i syte zwierzęta, dopóty ludzie żyją prosto, nie dostrzegając, że świat wokół kryje więcej, niż trzeba do codziennego przetrwania. A jednak nawet tu nie było miejsca na lenistwo — zimy wymagały schronienia, a dni ciepłe — gromadzenia ziarna, ziół i mięsa.
Ich własna historia zaczęła się jednak nie od słońca i spokoju, lecz od przeciwności losu. Dlatego teraz żeglowali na trzech potężnych łodziach z żaglami ku morzu. Być może to właśnie dlatego lawa ich nie dosięgła. Trzy dni trwała ucieczka wśród płatków popiołu, które wirowały w powietrzu jak mroźny, duszny śnieg. Świat, który znali, pogrzebany został w mgnieniu oka — rodziny, przyjaciele, cała społeczność przepadła pod żarem i pyłem. To, że ocaleli, nie było wynikiem siły ani sprytu. Zadecydował ślepy los — nieprzewidywalny, kapryśny, a jednak łaskawy w ostatniej chwili.
Martwy krajobraz
Kiedy wreszcie przestały opadać płatki popiołu, zbliżyli się do brzegu rzeki. Krajobraz był niemal nie do poznania. Niebo pozostawało gęste i ciężkie, wciąż pełne zawieszonego pyłu i dymu. Światło słoneczne nie mogło przebić się przez tę warstwę — dzień przypominał wieczór, w którym panowała blada, mleczna szarość. Drobne ziarenka popiołu unosiły się jeszcze w powietrzu, powoli osiadając na ziemi. Roślinność, choć nie została całkiem pogrzebana, zaczynała słabnąć. Brak światła blokował wszelkie oznaki życia. Trawy więdły i żółkły, liście na drzewach stawały się matowe, a ich wzrost zamierał. Zwierzęta, które zdołały uciec poza bezpośredni obszar zagrożenia, szukały schronienia w lasach i dolinach, tam, gdzie popiół nie opadł tak gęsto.
Teraz problemem nie był już żar wulkanu, lecz brak słońca. Uczeni Herennius i Calen wiedzieli, że nadszedł czas gromadzenia zapasów i dalszej wędrówki, jak najdalej od miejsca zguby. Zwierzyna, otępiała, ospała i wychudzona, szukała resztek zieleni. Wszystkie mniejsze łodzie zapełniły się myśliwymi, którzy, po dotarciu do brzegu, ruszyli w ślad za stadami, by wyprzedzić drapieżców podążających tropem roślinożerców. Tym razem to ludzie mieli pierwszeństwo. Łodzie krążyły kilkakrotnie między brzegiem a żaglowcami, aż w końcu Sharwak uniósł rękę i rzekł:
— Dosyć tego. Czas ruszać dalej.
Łodzie wpłynęły w główny nurt rzeki, a ciemność połknęła wszelki ślad lądu. Brzegi zniknęły w mroku, a wraz z nimi poczucie bezpieczeństwa. Tylko jednostajny szum wody i ciche skrzypienie drewna przypominały, że wciąż suną ku morzu. Elvira i Ben stali na dziobie, z oczyma wpatrzonymi w nieprzeniknioną czerń, jakby każdy błysk mógł zwiastować ratunek albo zgubę. Wiedzieli, że ich ojciec, książę Ralven, otrzymał zadanie zająć wyspę u ujścia rzeki — i teraz każde drgnienie światła mogło być znakiem, że zbliżają się do celu.
Chłód przeszywał ich do szpiku kości. Pył wulkaniczny, wciąż unoszący się nad światem, odciął ciepło słońca i zamienił noc w lodowatą otchłań. Elvira szczękała zębami, gdy nagle dostrzegła migotanie w oddali.
— Coś widzę… — wyszeptała, a jej głos zadrżał nie tylko z zimna, lecz i z nadziei.
— Gdzie? Co? — Ben pochylił się ku niej, rozgorączkowany.
— Tam… tam! — wskazała drżącą dłonią.
Jeszcze przez moment oboje wpatrywali się w ciemność, aż nagle płomień rozbłysnął wyraźniej — to była pochodnia. W jednej chwili ich głosy wzniosły się ponad wodę, zlane w jeden okrzyk:
— Ląd przed nami! Pobudkaaa!
Łodzie zatrzęsły się od gwałtownych ruchów. Sternicy zerwali się, jakby porażeni ogniem.
— Do wioseł! Żagle zwinąć! — ryknął Themir, nie czekając na komendę kapitana.
Rzeka niosła ich prosto ku wyspie. Przy brzegu widoczność wciąż była mizerna, ale to, co zobaczyli, zaparło im dech. Obwałowania z wbitymi palami jarzyły się dziesiątkami pochodni. Cienie ludzi biegały po umocnieniach, krzyki mieszały się z rozkazami. Wyspa obudziła się w jednej chwili, jak czujny strażnik, który od lat nie zmrużył oka.
Na pokładzie zapadła cisza, przerywana jedynie oddechami i skrzypieniem łodzi — cisza gęsta od napięcia. Czy powitają ich jak braci, czy jak wrogów? Czy tę wyspę zajęła wyprawa Ralvena, czy obcy?
OCALENIE
Elvira i Ben trzymali się kurczowo dziobu, ich serca dudniły w piersi jak bębny wojenne. I wtedy, ponad wrzawą, usłyszeli głos, który znały najlepiej ze wszystkich — mocny, głęboki, a teraz drżący od emocji:
— Elvira! Ben!
To był Ralven.
Na brzegu, w blasku ognia, ich ojciec wyłonił się spośród strażników. Płomień pochodni tańczył na jego twarzy, rysując zmarszczki zmęczenia i cień ulgi. Dzieci wydały okrzyk radości i porzuciły wszelkie obawy. Ben pierwszy rzucił się ku krawędzi łodzi, Elvira tuż za nim. Gdy przybito do brzegu, a deska spoczęła na palisadzie, rzucili się ojcu w ramiona.
Ralven objął ich tak, jakby chciał zatrzymać w uścisku cały świat. Drżał, choć zawsze był dla nich ostoją.
— Jesteście… żywi… — wyszeptał, a jego głos załamał się po raz pierwszy od dnia, w którym wulkan pogrzebał ich dom. — A wasza matka? A Irelle?…
Zabrakło słów. Odpowiedzią był tylko płacz. W szlochu, wtuleni w siebie, trwali tak przez chwilę, aż Ben, jąkając się, wydusił z siebie: — Tylko my przeżyliśmy… bo akurat byliśmy wtedy na łodziach.
Nieco z boku, trzy kroki dalej, stał w milczeniu Krak. W tej chwili również dał się porwać rodzinnym emocjom i objął ich ramieniem.
Strażnicy milczeli, niosąc płomienie wokół. Pochyleni, jakby nie chcieli przeszkadzać tej chwili. Wyspa płonęła ogniem pochodni, ale prawdziwy ogień rozgorzał w sercach — odnalezionej rodziny, która pośród ciemności świata odnalazła siebie.
Nastał ogólny tumult — głosy mieszały się z płaczem i śmiechem, a ramiona obejmowały ramiona w gwałtownych, szczerych uściskach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj byli pewni, że są ostatnimi żywymi świadkami zagłady, nagle odkryli, że nie są sami. Wspólnota, która zdawała się na zawsze rozbita, odradzała się w tej chwili jak ogień wzniecony z tlącej się iskry.
Atherius w tłumie odnalazł dwóch dawnych towarzyszy — Herenniusa i Calena. Padli sobie w objęcia, długo nie potrafiąc wypowiedzieć ani słowa, jakby język nie nadążał za lawiną uczuć. To oni wskazali mu stojącego obok Sharvaka — przybysza z odległej Dwarki. Był wysoki, o oczach bystrych, w których tliła się zarazem mądrość i czujność wojownika. Mówili o nim z szacunkiem — jako o kimś, kto zna nie tylko sztukę walki, lecz i prawa rządzące światem.
— Król Eiren przebaczył nam za zasługi w wojnie obronnej — powiedział Calen z nagłą powagą, jakby bał się, że te słowa ulotnią się w powietrzu.
Atherius zamknął oczy i westchnął ciężko, wypuszczając powietrze jak człowiek, któremu wreszcie zdjęto z barków zbyt długo noszony ciężar. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby pozwalał, by ulga przeniknęła całe jego ciało.
Świt w nowym świecie
Tymczasem nad wyspą rozjaśniał się dzień. Nie było jednak słońca, które znała pamięć — tylko ogromna, czerwonawa tarcza przebijająca się ponad zawiesinę sadzy i pyłu wulkanicznego. Blask ten, zamiast ciepła, niósł ze sobą niepokój — jak zapowiedź świata odmiennego od dawnego.
Na brzegu ludzie układali zapasy wyniesione z łodzi: pękate worki suszonych zbóż, wędzone ryby, dzbany wina, bukłaki pełne wody. Do tego dołączono zwierzynę upolowaną poprzedniego dnia podczas krótkiego postoju w zatoce — chudą, lecz w dużej ilości. Nie był to przypadek, lecz wynik wyprzedzenia drapieżników podążających tropem stad. Widok tych zapasów rozbudzał w sercach nadzieję i siłę, bo oto pojawiła się perspektywa uczty, pierwszej od wielu tygodni.
Wyspa budziła się wraz z nimi. Z obwałowań z wbitymi palami schodzili strażnicy z pochodniami, gasząc resztki ognia i zastępując go dymiącymi pękami mokrych liści, które miały odstraszyć owady. W oddali, pośród zwiędłych liści, migotały czerwone owoce — znak, że ziemia jeszcze żyje, choć jej płody nie mogły nakarmić przybyszy. Za trzcinami rosnącymi przy wyspie rozlegały się głosy młodzieńców usiłujących łowić ryby sieciami. Konkurowali z ptakami, które — oszołomione brakiem słońca — krążyły nisko, jakby szukały nowego rytmu dnia.
I kiedy radość spotkania przeplatała się z pierwszymi przygotowaniami do uczty, kiedy ludzie odreagowywali smutki, żal i strach, nagle ktoś zaproponował, by zebrali się na naradę. Nie było do tego wezwania ani trąb, ani strażników — samo życie wyznaczyło tę chwilę. Wspólnota wiedziała, że teraz, tu, w tym skrawku ziemi u ujścia rzeki, trzeba podjąć decyzje, które zadecydują o ich przyszłości.
Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, głos zabrał Ralven.
— Mamy tu dwóch synów króla Eirena — rzekł powoli, rozglądając się po zebranych. — Ale dwóch królów nie może być. Zabieram głos, ponieważ jestem ich wujem i chcę dla nich, a także dla nas wszystkich, pomyślności. Zatem proponuję, by królewicze Caylen i Themir przedstawili swoje plany na przyszłość, a zgromadzeni na tej naradzie zdecydują, komu przypadnie władza. Czy Caylen i Themir się zgadzają? — Uniósł brew i dodał z lekkością, jakby chciał rozładować napięcie: — Bo przecież o władzę nie będziecie się pojedynkować tak jak ja niegdyś o rękę waszej ciotki.
Na te słowa kilku starszych wojowników uśmiechnęło się nieśmiało. Królewicze spojrzeli na siebie przez moment w milczeniu — tyle, ile potrzeba, by odsunąć dumę i pozostawić sam rozsądek. Potem, podając sobie dłonie, skinęli głowami na znak zgody.
Themir, bardziej śmiały z braci, wystąpił krok naprzód.
— Ratunkiem jest ucieczka — powiedział stanowczo. — Jak najdalej od wulkanu. Nie możemy już dłużej czekać, aż popiół i głód odbiorą nam resztki sił. Morze, choć groźne, jest teraz naszym sprzymierzeńcem. Popłyniemy jego drogą, wzdłuż północnych brzegów, aż znajdziemy ziemię, na której niebo będzie znów błękitne, a słońce nie będzie tylko wspomnieniem.
Jego głos nabierał mocy, jakby każde słowo rozniecało w zebranych nowy płomień nadziei.
— Nasze zapasy topnieją, a łodzie nie pomieszczą wszystkich. Dlatego wyprawę podzielimy na trzy części. Najpierw popłyną wojownicy z Sharvakiem na czele — ich zadaniem będzie znaleźć miejsce, gdzie można bezpiecznie wylądować i zbudować schronienie. Gdy wrócą, zabiorą następnych. Tak, krok po kroku, fala po fali, przeniesiemy nasz lud w nowe miejsce.
Zwrócił się teraz do rybaków i cieśli:
— W tym czasie, gdy pierwsza wyprawa będzie w drodze, musimy działać. Trzeba uzupełnić zapasy, a część lin przerobić na sieci. Zbudujemy nową łódź — rybacką, silną, zdolną znosić sztormy. Bo tylko w morzu zostało teraz pożywienie, tylko tam życie wciąż trwa. Jeśli morze nas nie przyjmie, nikt nas już nie uratuje.
Zamilkł, jakby pozwalając, by jego słowa zapadły w pamięć każdego obecnego.
Ralven skinął głową z uznaniem.
— Mówisz jak król, który widzi dalej niż własny strach — powiedział cicho. — Teraz, Caylenie, twoja kolej.
Caylen przez chwilę milczał. Wpatrywał się w brata, jakby chciał ważyć każde jego słowo, zanim sam zabierze głos. Wreszcie uniósł głowę.
— Themir ma rację — zaczął spokojnie — wulkan uczynił nas bezdomnymi, a ziemia, która nas karmiła, zamieniła się w popiół. Ale ucieczka nie jest rozwiązaniem, które przetrwa próbę czasu. Morze da nam schronienie tylko na chwilę, bo nikt nie żyje na falach. Dom nie rodzi się z ucieczki, lecz z korzeni.
Jego słowa rozbrzmiewały cicho, ale pewnie, jakby nie potrzebowały podniesionego tonu, by trafić do serc.
— Popiół, który teraz dławi nasz oddech, to nie tylko znak końca, lecz początek nowego życia. Ziemia się odrodzi, a my — jeśli potrafimy przetrwać — razem z nią. Musimy więc nie tylko odpłynąć, ale też wrócić. Naszym zadaniem jest znaleźć miejsce, gdzie przetrwamy najtrudniejszy czas, i przygotować powrót, gdy ziemia ojców znów stanie się żyzna. Nie możemy zostawić jej na zawsze, bo z nią zginie pamięć naszego rodu.
Zwrócił się do starszyzny, do ludzi, którzy pamiętali jeszcze króla Eirena:
— Nie chcę być królem wędrowców, lecz budowniczym nowego początku. Proponuję więc, aby część ludzi rzeczywiście popłynęła, jak mówi Themir — w poszukiwaniu miejsca bezpiecznego. Ale druga część, ci, którzy mają siłę i odwagę, niech zostanie. Zbudujemy schronienia z kamienia i gliny, zasiejemy ziarno, które przetrwało w skrzyniach. Jeśli bogowie nam sprzyjają, z popiołów wyrośnie nowa ziemia.
Na te słowa wśród zebranych rozległ się szmer. Jedni kiwali głowami z uznaniem, inni z niepokojem.
Ralven spojrzał na obydwu — jeden był jak ogień, drugi jak skała.
— Dwaj synowie jednego króla — powiedział powoli. — Jeden patrzy ku morzu, drugi ku ziemi. I może właśnie w tym tkwi nasza siła.
Zapanowała cisza. Na zewnątrz, w oddali, morze szemrało jak głos losu, który jeszcze nie wydał wyroku.
Głos pospólstwa
Zapanował gwar — nie ten radosny, a zarazem smutny, jaki towarzyszył spotkaniu po katastrofie, lecz pełen napięcia, pytań i półgłośnych sporów. Ludzie zbierali się w małe grupy, nie z rozmysłem, ale tak, jak stali obok siebie: wojownicy z wojownikami, rzemieślnicy z rzemieślnikami, kobiety z dziećmi przy barkach mężów, starcy podtrzymujący się wzajemnie. Każda z tych gromad tworzyła teraz własny krąg myśli i emocji, a nad wszystkimi unosił się cichy szmer, przypominający odgłos fal, które nie mogą znaleźć brzegu.
W jednej z grup Varen, kuzyn królewicza, uniósł głos:
— Gdzie on chce budować dom? — zapytał z goryczą, choć nikt nie miał wątpliwości, o kim mówi. — I siać zboże na popiele? Na ziemi, która jeszcze dymi? Przecież to szaleństwo!
Selina, stojąca obok, siostra Varena — kobieta o zmęczonych oczach i głosie, w którym brzmiało echo straty — skinęła głową.
— Właśnie… — odparła cicho. — Ziemia musi odpocząć, tak jak człowiek po chorobie. Teraz tam nie ma życia.
— Życia? — wtrącił Ben, najmłodszy z grupy, syn Ralvena, którego młodość dawała mu odwagę do prostych sądów. — Tam nie ma nawet ziemi! Khar-Nimury już nie istnieje — tam jest tylko krater i lawa. Gdybyśmy tam wrócili, nie znaleźlibyśmy nawet ścieżki, którą przyszliśmy na świat.
Słowa Bena zawisły w powietrzu jak ostateczny wyrok. Varen rozejrzał się po twarzach towarzyszy.
— Może nasze dzieci, albo ich dzieci, kiedyś tam powrócą — powiedział po chwili. — Ale my? Nie. My musimy iść dalej. Głosujemy za Themirem! — zakończył z pewnością w głosie, a jego słowa spotkały się z cichym pomrukiem aprobaty. — Niech Themir będzie nam królem.
Nieopodal, pod cieniem zwalonego pnia, toczyła się rozmowa o zupełnie innym tonie. Tu zgromadzili się już podstarzali mistrzowie — Arthenius, Calen, Herennius i Sharvak — ludzie, którzy widzieli więcej niż inni, bo ich oczy pamiętały zarówno triumfy, jak i klęski dawnych lat.
— Młodzi myślą o morzu jak o wybawieniu — odezwał się Herennius, wolno obracając w dłoniach kawałek drewna, jakby chciał z niego wyczytać przyszłość. — Ale morze jest kapryśne. Daje i odbiera w jednym oddechu.
— To prawda — przytaknął Calen — ale wulkan odebrał już wszystko. Tu nie ma czego bronić. Themir ma rację — trzeba szukać dalej, póki mamy siły. Themir królem — rzucił krótko.
Sharvak, dotąd milczący, uniósł głowę.
— A jednak — powiedział z namysłem — trzeba zachować pamięć. Ucieczka nie może być zapomnieniem. Bo naród, który zapomina, staje się jak rozbita łódź — płynie, dopóki fale nie rozerwą jej do końca.
Arthenius spojrzał na niego z uznaniem.
— Dlatego trzeba spisać wszystko, zanim odpłyniemy. Ralven ma rozum, skoro kazał wyznaczyć skrybę. Niech przyszli wiedzą, kim byliśmy i dokąd wyruszyliśmy.
Wśród prostego ludu toczyły się rozmowy mniej dostojne, ale nie mniej szczere. Kobiety mówiły o dzieciach, o wodzie, o tym, że ryby wciąż są tłuste, choć morze ma zapach siarki. Młodzi marzyli o nowych ziemiach, gdzie będą mogli zbudować chaty z trzciny, gdzie słońce nie będzie czerwone jak krew. Starcy wspominali dawne czasy, nie wierząc już, że ich nogi poniosą gdziekolwiek dalej.
Wreszcie Ralven, stojący na niewysokim kamieniu, uniósł rękę.
— Dość! — zawołał. — Zapiszcie wolę ludu. Skrybo, niech każde imię, które padło, zostanie spisane. Niech przyszłość sama osądzi, czy mieliśmy rację.
Wśród szmeru pióra i głosów zapisano wybór. Głosowanie wygrał Themir.
Caylen również zebrał część głosów — od tych, którzy bali się morza, albo wierzyli jeszcze, że ziemia ojców przyjmie ich z powrotem.
Ralven spojrzał na obydwu braci z dumą, w której kryło się jednak coś więcej niż radość. Wiedział, że decyzja ludu jest początkiem drogi, a nie jej końcem.
Nad wyspą przeszedł wiatr od morza — ciepły, słony, niosący zapach rozkładających się ciał zwierzyny i, zapewne, nie tylko zwierzyny. Ludzie milknęli powoli, jakby słuchali głosu świata, który właśnie przyjął ich wybór.
Wszyscy spojrzeli na Themira z uznaniem, gdy niespiesznie i dostojnie wszedł na kamień, na którym przed chwilą stał Ralven — najstarszy z rodu książęcego, choć nie królewskiego.
Themir przez chwilę milczał, jakby chciał dać ludowi czas, by oswoił się z własną decyzją. Patrzył na twarze zmęczone, lecz pełne wiary — na tych, którzy utracili dom, a mimo to potrafili jeszcze wybierać przyszłość. Dopiero wtedy uniósł rękę.
— Ludzie Khar-Nimury — powiedział spokojnie, ale tak, że każdy usłyszał jego głos. — Dziękuję wam za zaufanie. To nie jest wybór, który daje władzę. To wybór, który daje ciężar — i ja ten ciężar przyjmuję. Nie dla chwały, lecz dla życia nas wszystkich.
Zatrzymał wzrok na Ralvenie, potem na swoim bracie.
— Nie będę sam. Żaden król nie może być większy od tych, którzy go otaczają. Dlatego proszę, by przy mnie stanęli moi najbliżsi — rodzina, wszyscy książęcej krwi, pamiętający dni świetności i dni upadku.
Odwrócił się do Caylena i skinął głową.
— Mój brat Caylen — od dziś pierwszy spośród doradców, bo zna serce ludu i myśli odważnie, nawet wtedy, gdy wszyscy milczą. Wraz z nim niech zasiądą Ralven, Sharvak i Herennius, a także dwaj nasi dawni przyjaciele — mędrcy i wojownicy, którzy znają zarówno morze, jak i ziemię. Niech rada będzie lustrem, w którym zobaczę, co jest dobre, a co błędne, zanim zdecyduję.
Przez chwilę panowała cisza. Potem z tłumu uniósł się pomruk aprobaty, który przeszedł w coraz głośniejszy szept. Niektórzy zaczęli bić w dłonie, inni unosili ręce ku niebu, jakby chcieli, by ich wybór usłyszały duchy przodków.
Themir podniósł głowę ku zachmurzonemu niebu, na którym gasły resztki dnia.
— Zatem zaczynamy nowy rozdział — powiedział cicho. — Niech pamięć o dawnym królestwie prowadzi nas, ale nie więzi. Bo tam, gdzie płyniemy, ziemia dopiero czeka na imię.
I wtedy po raz pierwszy od wielu dni ktoś się uśmiechnął.Rozdział III
Na widok obcych osada tubylców wyległa na spotkanie. Nie mieli się czego obawiać — przybyszy było czterech, a przy nich zagubiony myśliwy bez trofeów, teraz zgarbiony, jakby przytłoczony ciężarem wstydu. Stanęli na środku placu. W oczach ludzi widać było ostrożność, ale nie strach — raczej ciekawość zmieszaną z dumą tych, którzy od wieków żyją z wiatrem i słońcem, na ziemi nieprzyjaznej, a jednak własnej.
Okrągłe namioty z końskich skór lub grubego filcu z owczej wełny stały w kilku półkolach. W środkowej części górował największy — namiot wodza, tak duży, że wewnątrz znajdował się plac i miejsce wspólnego ognia, przeznaczone do obrad i rytuałów. Wokół namiotów kłębiły się konie, kozy i owce w zagrodach, a dzieci biegały boso po suchym piasku, z włosami rozrzuconymi przez wiatr.
Wtedy do młodego myśliwego podbiegła trójka najbliżej bawiących się dzieci i przywarła do jego nóg. Reakcja czujnych matek była natychmiastowa — jedne chwytały swoje dzieci za rękę, inne za kołnierz koszuli i chowały je za siebie.
Wreszcie leniwie wyszedł wódz. Był mężczyzną o ciężkim spojrzeniu, z włosami splecionymi w długi warkocz i kożuchem zarzuconym na ramiona mimo ciepła. Jego ruch był spokojny, pełen pewności. Gdy zbliżył się, uniósł rękę w geście powitania — otwartą, bez broni — i powiódł przybyszów za sobą do namiotu.
Rytuał
Wewnątrz panował półmrok. W centrum płonął ogień, a nad nim wisiał szeroki kocioł, z którego unosił się tłusty, mleczny zapach. Kobieta w długim, barwnym płaszczu mieszała zawartość drewnianą chochlą, a wódz usiadł na niskim siedzisku pokrytym skórami. Wskazał przybyszom miejsca naprzeciw.
Rozmowa zaczęła się gestami. Varen uniósł dłonie w otwartym geście pokoju, potem wskazał na chłopaka i lekko pochylił głowę. Wódz spojrzał na młodego myśliwego, po czym wydał z siebie krótki, twardy dźwięk — jakby rozkaz, który w jego języku brzmiał ostrzej niż słowa. Chłopak natychmiast zbliżył się do niego, przyklęknął i położył rękę na ziemi.
Varen nie wiedział, czy to kara, czy rytuał. Milczał. Wiedział tylko, że każde słowo mogłoby zburzyć kruche porozumienie.
Wódz sięgnął po dzban z ciemnego rogu i napełnił cztery miski mlecznym płynem. Zapach był ostry, kwaśny, z nutą czegoś, co przypominało sfermentowane owoce. Wskazał im, by pili.
Ben pierwszy uniósł miskę. Powąchał ostrożnie, po czym upił łyk. Twarz mu drgnęła — nie ze wstrętu, raczej z zaskoczenia. Napój był chłodny, pienisty, lekko musujący, z gorzkawym posmakiem. Wódz patrzył uważnie, a gdy Ben skinął z uznaniem, w namiocie rozległ się pomruk aprobaty.
— Kumys — powiedział wódz powoli, jakby uczył dziecko. Potem uniósł własną miskę i pociągnął długi łyk.
Varen powtórzył ostrożnie:
— Kumys.
Wódz uśmiechnął się po raz pierwszy. Jego twarz rozjaśniła się, a w oczach błysnęło coś, co mogło być sympatią. Wskazał na Varena, potem na siebie i uderzył się pięścią w pierś.
— Torgan — wymówił wyraźnie, po czym dotknął dłonią serca.
Varen powtórzył gest. — Varen.
Przez chwilę w namiocie panowała cisza. Tylko ogień strzelał iskrami, a kobieta podała im po misce gęstej strawy z mięsem i ziarnami. Była tłusta, ciężka, pachniała dymem i mlekiem.
Zwiadowcy jedli powoli, nie wiedząc, czy to posiłek, czy ceremonia. Wódz mówił coś, gestykulując szeroko — raz wskazywał na północ, raz na zachód, a jego dłonie kreśliły w powietrzu linie przypominające góry i rzeki. Varen starał się zrozumieć sens. Gdy Torgan wskazał ich kierunek i uniósł dwa palce, Varen odczytał to po swojemu: pozwolenie na dalszą drogę — lub ostrzeżenie, że dwie noce, nie więcej, mogą tu zostać.
Wieczór przyniósł spokój. Na zewnątrz śpiewano, dzieci biegały wokół ognia, a kumys krążył w kolejnych czarach. Varen siedział w milczeniu, wsłuchując się w język, którego nie rozumiał, ale który zaczynał brzmieć znajomo jak rytm ziemi — miękki, urywany, pełen oddechu wiatru i szumu stepu.
Wtedy pojął, że nie przyszli tu po drogę, lecz po zrozumienie — że dalej mogą iść nie jako obcy, lecz ci, którzy przeszli przez ogień i zostali przyjęci przez ziemię.
Torgan wiedział, że za zwiadowcami wkrótce pojawi się cała karawana. Obserwatorzy już dawno przekazali mu, że przybysze są dobrze uzbrojeni, a ich konie błyszczą metalem i bogactwem. To nie była biedna, wędrowna grupa — to był lud, który znał cel i miał siłę, by go osiągnąć. Wódz wiedział też, że jeśli będą szukać miejsca na odpoczynek, wybiorą dolinę wzdłuż rzeki, tam, gdzie woda płynie szeroko, a brzegi porastają trawy. Tam mogli zbudować obóz, nie wiedząc, że to ziemia, którą tubylcy uważali za własną.
Ich plan był zawsze ten sam — pozwolić obcym odpocząć, ale nie tam, gdzie chcieli, by nie psuć wypasu własnych zwierząt; a potem sprawić, by zniknęli tak, jak przyszli — sprytem lub siłą, jeśli trzeba.