-
nowość
Człowiek z Drewnianego Zamku - ebook
Człowiek z Drewnianego Zamku - ebook
XIII wiek. Poganie. Herezja. Zakon krzyżacki. Fanatycy i szaleńcy. Spiskowcy i mordercy. Myśliciele i rycerze. Tajemnica sprzed lat. Właśnie zaczyna się krucjata pomezańska. Henryk Brodaty przewodzi chrześcijanom, którzy są pewni zwycięstwa. Jednak dzika Pomezania okazuje się być nie tylko ojczyzną dla pogańskich plemion, to również miejsce, dzięki któremu książę Henryk odkryje, że wszelkie prawdy są jedynie cieniem innej rzeczywistości. Ta opowieść, zainspirowana dziełami U. Eco, J. L. Borgesa, J. Conrada oraz P. K. Dicka, jest też próbą zdefiniowania tego, czym jest historia i jak duży wpływ może mieć ona na życie ludzi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397696006 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Do zamku księcia z osady hodowców koni przywiodła mnie śmierć – była niczym kładka przerzucona między dwoma różnymi światami.
Minęło już ćwierć wieku, a ja wciąż pamiętam tamten poranek. Tuż po tym, gdy moich bliskich zabiła zaraza, a ja siedziałem pośród zimnych ciał, leżących w błocie przed domem, nieoczekiwanie w koronach drzew, które posadził mój ojciec, załopotała wstęga książęcego sztandaru. Po chwili kilkunastu myśliwych zatrzymało swe konie. Jeden z jeźdźców dotknął mego ramienia, inni wyczekująco spoglądali przed siebie. Wokół biegały smukłe psy. Nagle od strony lasu oderwał się pomruk niedźwiedzia. Jakiś młodzieniec przyłożył róg do ust – zadrżało powietrze. Książę westchnął, jakby się przebudził. Zanim ruszył, nakazał łowczemu, by mnie nakarmiono i umyto.
Jako że pochodziłem z osady, której mieszkańcy hodowali konie, ktoś postanowił, że będę pracował w stajniach. Wydawało mi się, że moje życie jest już przesądzone. Jednak los okazał się nieprzenikniony, niczym mury solidnej twierdzy.
Pewien kanafarz1, cysters, dostrzegł coś, czego inni nie zamierzali szukać w osieroconym dziecku. Zakonnik uczynił ze mnie pomocnika w klasztornym skryptorium2. Szybko pojąłem sztukę czytania oraz pisania. Ociemniali starcy odkryli przede mną sekret nacinania piór. Jakże gładko sunęły po pergaminie! Udało mi się też zgłębić tajniki wytwarzania atramentu. Wkrótce stałem się zdolnym kopistą, najmłodszym wśród braci chórowych3.
Pewnego dnia gorączka zabrała kanafarza, a mnie nakazano, bym przeniósł się do zachodniej części klasztoru pomiędzy konwersów4. Od tej pory miałem jedynie ciężko pracować w oborach, sadzie i polu. Mnisi nocami słyszeli mój szloch.
Na szczęście książęca decyzja zmieniła wszystko. Zamieszkałem w zamku. Z czasem powierzono mi spisanie kroniki.
Tak więc od lat spoglądam na świat przez arkadowe okno. Wieczorami tworzę, nasycając wyrazy dwuznacznością. Mój pan oczekuje, że nie będę zbyt dużo pisał o biedzie, cierpieniu i śmierci.
Zdarza się, że odrywam oczy od najbliższej okolicy, by spojrzeć na zachód, w stronę odległych wzgórz. Wiem, że za nimi znajdują się tysiące miast, wsi i kościołów, takich jak te, które otaczają zamek księcia. Kupcy wracający z Paryża powiedzieli mi, że nieopodal klasztoru świętej Genowefy grupa dociekliwych mędrców utworzyła niegdyś uniwersytet. Myślenie o tym miejscu dodaje mi otuchy. Chciałbym tam pojechać. Wierzę w istnienie innej rzeczywistości.
Ta noc jest ciepła. Czuję zapach stygnącego atramentu. Świece płoną jasno. Cienie przesuwają się niczym ożywione freski. Spoglądam na półki regału, gdzie znajduje się zbiór cymeliów5. Grzbiety ksiąg rozświetla złotawy odcień liter, a obok w przegrodach na rzeźbionych bloczkach leżą starożytne zwoje nawinięte na drewniane rolki.
Przy zamku ustawiła się armia krzyżowców. Po jutrzni wyruszą ku Pomezanii6. Mam do nich dołączyć. Zastanawia mnie, co jeszcze mógłbym zrobić przed wyjazdem. Z gęsich i łabędzich skrzydeł powyrywałem pierwsze i drugie pióra, bo tylko takie nadają się do pisania. Miały delikatne chorągiewki. Kolejną czynnością, którą wykonuje doświadczony skryba, jest usunięcie kosmatych promieni. Wreszcie po naostrzeniu dudek i zahartowaniu ich nad paleniskiem, umieściłem perłowo nagie korpusy na kunich skórkach w jednej z szerokich wnęk dębowego kufra.
Nie zważam na gwar dochodzący z traktu. Moja dłoń zacisnęła się na blankowanych krawędziach pulpitu. Stoję pochylony. Martwię się. Może nęka mnie niepewność tej podróży? Pomyślałem o ułożonych przy drzwiach sakwach oraz armariach7 po brzegi wypełnionych pergaminem, który książę kazał sprowadzić z odległych rejonów Obniżenia Węgierskiego. Arkusze leżały owinięte w lniane chusty. Sprawdziłem kolejny raz, czy w skrzyniach leżą kawałki pumeksu, metalowe stilusy8, noże do cięcia skór oraz brzytwa. Ucieszył mnie półokrągły kamień, na którym rozcierałem czerwony i czarny pigment. Moje palce wodziły po ramkach zalanych woskiem. Potrząsnąłem cyrklem.
Na zewnątrz dowódcy wykrzykiwali krótkie komendy. Nie mogłem zasnąć. Mój wzrok zatrzymał się w rogu komnaty, gdzie na przemyślnym stelażu zawisł zakonny habit. Dawno temu, po odczytaniu zapisanej pięknym abdżadem9 Księgi wiedzy o przemyślnych urządzeniach mechanicznych Al-Jazariego10, za pomocą drążków, sworzni i obrotowych bloków połączonych jedwabnymi wstęgami stworzyłem tę przedziwną konstrukcję. Jej zamysł dla wielu był niezrozumiały, ponieważ przeczył temu, co nazywali „życiem”. Otóż po naciągnięciu niewielkiej sprężyny ta instalacja mogła poruszać ramionami, kręcić trzpieniem szyi, a nawet chodzić.
Często z zachwytem przyglądam się tej sztucznej sylwetce, jej wzniesionemu kapturowi oraz wygiętym rękawom.
Zerknąłem na mosiężny kocioł. Atrament ostygł. Oczyszczę go.
W końcu, po napełnieniu kałamarzy, ze splecionymi dłońmi, udało mi się zasnąć przy pulpicie. Przeciąg gładził me ramiona. Noc gęstniała. Coś szeleściło. W pewnej chwili poczułem różany zapach, jakby śmierć unosiła się gdzieś w pobliżu. Za nią zawsze ciągnie się ta woń. Ojcowie Kościoła mówią, że w miejscu, w którym śmierć postawi swoją zimną stopę, rozkrzewia się ogród pełen kwiatów i ziół.
Nim nadszedł świt, czeladź zabrała moje armaria, kufer, pulpit, sakwy, a także wyściełaną jedwabiem mahoniową skrzynkę. Schowałem w niej trzy niezwykłe zwoje zapisane przez Ahmada al-Buniego11 oraz pewną rycinę, skrzącą się niczym złote zwierciadło.
Gdy promienie słońca rozjaśniły niebo, posadzono mnie między burtami wozu na kuli siana. Z żalem spoglądałem w arkadowe okna mej ciepłej niczym kalefaktorium12 komnaty.
Książęca kolumna wyruszyła ku dalekiej Pomezanii.
1.
1 Kanafarz – mnich opiekujący się zakonną spiżarnią.
2.
2 Skryptorium – miejsce w klasztorze, gdzie ręcznie przepisywano księgi.
3.
3 Bracia chórowi – zakonnicy, których głównymi zadaniami były modlitwy i śpiew.
4.
4 Konwersi – ciężko pracujący zakonnicy.
5.
5 Cymelia – najcenniejsze rękopisy.
6.
6 Pomezania – kraina historyczna położona w zachodniej części Prus.
7.
7 Armaria – szkatułki, w których przechowywano książki lub cenne dokumenty.
8.
8 Stilus – rysik.
9.
9 Abdżad – pismo spółgłoskowe.
10.
10 Al-Jazari – muzułmański wynalazca, inżynier i matematyk, żył na przełomie XII i XIII wieku.
11.
11 Ahmad al-Buni – arabski matematyk i filozof. Żył na przełomie XII i XIII wieku. Zmarł w 1225 roku.
12.
12 Kalefaktorium – ogrzewane, wspólne pomieszczenie w klasztorze.PIERWSZE DNI
Koń stąpał ostrożnie po płaskich kamieniach. Zasłona mgły zamykała się. W dali szumiały drzewa.
Książę Henryk zjechał na ścieżkę, ginącą pomiędzy ostrymi skałami. Wąwóz nie był głęboki, ale rosnące na jego krawędziach dęby sprawiały, że jeździec odnosił inne wrażenie. Widział gałęzie, postrzępione niebo i poświatę księżyca. Za kolejnym załomem dostrzegał rozmyte światła klasztoru. Łukowate okna rozświetlał blask lampek i świec. Nieopodal zlewały się z nocą zarysy wież kościoła: sylwetka wyższej wyżynała się z kłębowiska drzew, które porastało niewielkie wzniesienie; cień drugiej rozpłaszczył się tuż przy kalenicy.
Ścieżka zataczała krąg na esplanadzie, pomiędzy rzędami pątniczych ławek. Nieco dalej wznosił się kamienny mur z ciężką furtą.
Jeździec pociągnął za sznurek dzwonka.
− Książę – zaczęła furtianka – zginęła jedna z sióstr. Księżna przez całą noc będzie czuwać w kaplicy.
Książę westchnął. Jego poplątana broda zlała się z drobną kolczugą i żółtą opończą, na której czarny orzeł z białą przepaską rozpościerał sękate skrzydła.
Tymczasem za krzywizną drogi pochrapywały już konie. Książęcy orszak zaczął wyłaniać się z nieruchomej mgły. Rycerze zatrzymywali się jeden przy drugim. Władca krzyknął w ich stronę, zataczając teatralnie dłonią nad głową. Peregryn z Wisenburga, komes księcia, natychmiast skierował oddział na północ. Z przodu kolumny sygnalista zadął w róg. Echo cichło pośród skał i drzew.
Na ukośnych zboczach połyskiwała wilgoć. Stare dęby, których nie wycięto przy budowie kościoła i klasztoru, stały na szczytach po obydwu stronach doliny niczym rzędy tryforiów13.
Ruszył i książę. Odwrócił się jeszcze, słysząc otwierającą się w mroku bramę. Po chwili dogoniła go grupa jeźdźców. Za biskupem Bertoldem podążali komtur Kutbert i otuleni w białe płaszcze rycerze zakonni. Nieco dalej jechali Kuźma – klasztorny kwestor – oraz kilku parobków. Był tam i Teodoryk z Lotaryngii – zabójca biskupa Renalda z Toul. Sam senior zgodził się, by mógł on dołączyć do tej krucjaty. Na końcu, wśród objuczonych koni i wozów przykrytych szarym płótnem, rozciągnęły się dwie linie bogatych kupców z Wrotizli14 i Cracovii15. Przewodzili im Godefridus Albus i Szczepan Skałka.
− Bertoldzie, czy rycerze z dalekiej Akwilei zasilą moją armię? – zapytał książę.
− Salve16! Akwileja nie jest tak odległa, jak może się wydawać – odpowiedział biskup. – Jakże wspaniała jest twa święta armia! Niestety nie mam dla ciebie, Henryku, dobrych nowin. Wielu rycerzy z Akwilei woli walczyć w Ziemi Świętej, a inni, niemal wszyscy, muszą pozostać w swych zamkach. Ty wyruszasz, by wojować z poganami w Pomezanii, a moja Akwileja boryka się z herezją waldensów. Panoszą się na drogach, docierają nawet do najmniejszych, nieistotnych osad, wszędzie siejąc zamęt. Są gorsi od mendykantów17. Każdego dnia z wielu zakątków Akwilei docierają do mnie wiadomości o tym, że pojawiają się nowe grupy. Zakładają wsie w niedostępnych górach i lasach, wśród bagien. Trudno się tam z nimi walczy. Najgorsze są zimy, bo śnieg zasypuje skaliste przełęcze. Wtedy, nienękani przez nikogo, mogą w pełni oddawać się swej herezji. Później ich przywódcy rozsyłają we wszystkie rejony Akwilei i poza nią, nawet do Czech i dalej, przeróżne marchy18, które zatruwają umysły biedaków, mówiąc, że wszelkim niedolom są winni papież i biskupi. Est mihi cura futuri19.
Kolumna znikała w mroku pośrodku stromizny. Przy księciu i biskupie pozostało kilkudziesięciu rycerzy, którzy jechali z włóczniami skierowanymi w niebo. Kropierze20 ich koni ozdabiały żółto-czarne szachownice.
− W miejsce jednych heretyków pojawiają się drudzy. – Biskup wyprężył się w siodle, uderzając w głowicę miecza. – Są gorsi niż poganie. Bez wątpienia kolejną krucjatę papież ogłosi przeciwko waldensom.
− Oby tak się stało – wyszeptał książę. – Zbliżają się ciężkie czasy. Zanim nawrócimy pogan, i to nie tylko tych na Północy, zanim uporamy się z herezją, przyjdzie nam stoczyć niejedną bitwę.
− Recte21. I nie będą to bitwy, które opisywał Hartmann von Aue22. Przekonamy się wtedy, jaką wartość mają słowa. Zobaczymy, kto stanie do walki i jak wielu w niej wytrwa! Nikt nie powinien pozostać obojętnym, bo cóż może być przyjemniejszego w życiu chrześcijanina niż otwieranie ślepych pogańskich oczu?! Zaiste, prawdę napisał Terencjusz! Fortes fortuna adiuvat23! Nawet ten zabójca z Lotaryngii może być nam potrzebny. Bez wątpienia nie znajdzie on lepszej sposobności, by odpokutować winy. Dobrze uczynił legat papieski, potwierdzając odpusty dla walczących w Pomezanii. Finis coronat opus24!
Wielu grzeszników dołączyło do tej wyprawy – pomyślał książę.
Bertold nie zawsze był biskupem Akwilei – tyle się o tym mówiło w zamku! I te jego listy, w których próbował usprawiedliwiać swoje postępowanie! Aż wreszcie nadszedł dzień, gdy wydawać się mogło, że jedynie modlitwa mu pomoże. Gertruda, siostra księżnej i Bertolda, królowa węgierska, zginęła na jego oczach. Nie uratował jej. Płacząc, mówił, że go skrępowali i nic nie mógł zrobić. Pohańbioną Gertrudę rozsiekało mieczami kilku możnych węgierskich. A potem Bertold uciekł z Węgier. Nie domagał się ukarania morderców! I znów pisał listy do księżnej, a ona czytała je ze łzami w oczach – otoczyły ją smutek i rozpacz. Coraz bardziej pragnęła ukryć się przed światem, wreszcie zamknęła się w klasztorze wśród sióstr zakonnych.
Obydwaj wiedzieli, dlaczego Bertold chciał pojechać na Północ.
− Nasze winy nas przygniatają – powiedział książę.
− Wszyscy zostaniemy osądzeni. To nieuniknione! Wszystkich zrównuje proch; rodzimy się nierówni, równi umieramy25! Nie bez znaczenia będą wtedy nasze zasługi. Książę, będąc na Zachodzie, wielokrotnie słyszałem, jak mówiono o przysiędze, którą złożyłeś wraz z księżną. Jesteś wzorem dla wszystkich, nie tylko dla władców.
− Wielu złożyło śluby czystości. Nic w tym nadzwyczajnego w naszych czasach. Chociaż przyznam, że staram się o złożonych ślubach nie myśleć.
− Z całą pewnością moja siostra zostanie ogłoszona świętą. Ty również zmierzasz tą drogą – dodał szybko biskup. – Twe zasługi już wyniosły cię ponad innych! Czy myślałeś o tym, co się stanie, gdy nawrócisz pogan w Pomezanii? Być może otrzymasz koronę?! Senior nie sprzeciwi się papieżowi. Później zjednoczysz państwo, które stanie się potężne, niczym twoje księstwo.
− Bertoldzie, nie mów o rzeczach, które jeszcze się nie wydarzyły. Powiedz raczej, czy prawdą jest, że hierarchowie nie zamierzają wspierać tej wyprawy?
− Henryku, Zachód nie stanie u twego boku. Ojciec Święty wszystkie swe myśli kieruje ku Jerozolimie. Wiem, że w jednym z kazań wspomniał o twej krucjacie. Nazwał cię: populo utilis26. Nie pamiętam jednak, by ta krucjata była tematem jakiejkolwiek dysputy. Tylko oni zgodzili się ze mną tu przyjechać. – Duchowny wskazał na rycerzy zakonnych. – Probitas laudatur et alget27!
Nasza Północ to nie odległa Jerozolima! Pomezania jest inna – pomyślał książę. – Ona tak niewiele obiecuje!
Kolumna zatrzymała się na nierównym zwieńczeniu rozległego wzniesienia. Piaszczystą ziemię porastały kępy trawy. Kilka gwałtownych podmuchów zakręciło kłębami szarego pyłu i skrawkami wysuszonych liści. Jeźdźcy czekali, aż Peregryn wznowi podróż. Wiatr nie słabł. Wydawało się, że niebo, rozjaśnione poświatą księżyca i gwiazd, dotyka ziemi. Krzyżowcy obserwowali, jak mgliste smugi pełzają po płaskich kamieniach pomiędzy kopytami koni. Drogę przed nimi przecinał kontur szpaleru identycznych drzew. Ich okrągłe, zawieszone wysoko korony i proste, niczym cienie opuszczonych lin, pnie przypominały udrapowaną kurtynę.
− Bertoldzie, czekając na rozpoczęcie krucjaty, zapewne niecierpliwie odliczałeś godziny. Klasztor nie sprzyja oczekiwaniu. Opowiedz, czym zajmowała się w tym czasie księżna? – zapytał nagle Henryk.
− Dwa dni temu księżna nakarmiła dwustu ubogich. Ci biedacy przyszli zgodnie ze zwyczajem południową drogą. Pamiętasz, panie, że ta droga wije się i lekko opada? Stałem naprzeciwko tego spiętrzonego tłumu. Jakbym obserwował widzów w greckim teatrze! Księżna wyszła, trzymając dziesięć bochenków chleba. Widząc tych ludzi, krzyknęła, by mniszki przyniosły więcej jedzenia. Znalazły w refektarzu cztery małe ryby. Wtedy księżna uniosła ręce i zaczęła się głośno modlić. Ludzie wstali. W tym czasie łamano chleb i ryby, dzielono go między tych biedaków. Nikt nie zszedł owego dnia głodny z tej drogi, a mniszki nazbierały jeszcze dwanaście koszy resztek!
− Księżna nikomu nie potrafi odmówić pomocy!
− Szczodrze karmi sieroty, a jednocześnie sama ciągle pości. – Biskup poprawił ozdobną przelotkę28. – Przemywa trędowatym rany, a potem używa tej samej wody. Założyła nawet szpital dla trędowatych kobiet. Henryku, twa żona kiedyś zostanie ogłoszona świętą! Każdą chwilą zdaje się potwierdzać, że wiara bez uczynków jest martwa29.
− Oby Bóg nigdy nie odwrócił od niej wzroku!
− Wczoraj do wirydarza wszedł ślepiec. Jeden z tych, którzy tak obficie zaludniają świat. Obserwowałem go z okna na piętrze. Miał czerwony płaszcz i zielone spodnie. Trzymał kruchy kij. Mniszki powiedziały mi, że sprawdza nim drogę przed sobą. Ślepiec miał też beczułkę z wodą. Moją uwagę zwróciły jego karmazynowe buty. Podobno dostał je od księżnej, gdy poprzednim razem prosił o jałmużnę. Zatrzymał się pod tympanonem, przedstawiającym króla Dawida i Batszebę. Księżna podeszła do tego człowieka. Za nią szło trzynaście chorych kobiet z infirmarium30. Wszystkie wyglądały barwnie w obszernych płaszczach. Przypominały mędrców, którzy oczekują na coś nadzwyczajnego. A wierz mi, książę, to, co się stało, takie właśnie było. Nadzwyczajne! Miraculum31! Księżna śliną zwilżyła grudkę ziemi, która znikąd pojawiła się w jej dłoni, i przyłożyła to lepkie błoto do oczu ślepca. Ten po chwili zapłakał i uniósł powieki. Tam, gdzie wcześniej były rozmyte źrenice, błyszczały zdrowe oczy! Ślepiec długo dziękował księżnej. W końcu odrzucił kij i odszedł.
− Odkąd pamiętam, wokół klasztoru gromadzą się nędzarze, kalecy i pielgrzymi. – Książę zamknął oczy. – Ich modlitwy dźwięczą nad okolicą. Identycznie musiały szeleścić usta nieszczęśników tysiąc lat temu.
− To prawda, nie ma takiej rzeczy, która nie zostałaby już wcześniej powiedziana32! Książę, zauważyłem, że wielu z tych biedaków jedynie udaje, próbując wykorzystać hojność księżnej. Przypominają raczej zwierzęta. Jakże trafne są słowa Liwiusza! Ea natura multitudinis est: aut humiliter aut superbe dominatur; libertatem quae media est, nec struere modice nec habere sciunt33!
− Jałmużna jest jednym z filarów posługi księżnej – odparł książę. – Nigdy nie było dla niej istotne, czy pomaga niewinnym, poddanym próbie niczym Hiob, czy też grzesznikom. Księżna jest narzędziem w rękach Boga.
− Bez wątpienia, pomagając cierpiącym, stajemy się bliżsi Bogu. Tak, pamiętam, wszelkie cierpienie moja siostra zwykła zrównywać z odkupieniem win! Czyż dążenie do świętości nie wymaga ciągłego odczuwania obecności Stwórcy? Czy zastanawiałeś się, dlaczego tak wielu z tych biedaków nie stawia sobie księżnej za wzór? Dlaczego jej nie naśladują? Nie chcą, by omiatał ich Boży Oddech? Henryku! Taka łaska jest możliwa jedynie wtedy, gdy towarzyszy jej szczera wiara! Tylko wtedy! – Duchowny pochylił głowę. – Henryku, gdyby wszyscy ci ludzie zgromadzeni wokół klasztoru księżnej szczerze czcili Stwórcę, gdyby postępowali zgodnie z nakazami Pisma, wtedy zapewne ich los zostałby trwale odmieniony. Cnota wystarczy do szczęścia34! Jak myślisz, Henryku, czy do szczęścia każdy powinien mieć prawo?
− Czy nie martwi cię to, jak oni żyją? Tak niewielu ma nadzieję na poprawę swego losu! W ich życiu nie ma miejsca na odpoczynek, pełny brzuch czy nawet ogrzanie się. Tylko cierpienie… Tylko wojny, głód i zarazy. Wszystko to spada na ten tłum biedaków! I ta dojmująca straszna myśl, tylko jedna, która zawsze im towarzyszy, od narodzin po ostatnie tchnienie, a mianowicie, że los jest niezmienny! Ta myśl nie pozwala im myśleć o niczym innym. Roztrząsają ją na wszelkie sposoby. Wszystko, co robią i o czym myślą, jest jej podporządkowane!
− Henryku, większość z tych biedaków zaślepiają gnuśność i niewiedza! – Biskup wytarł usta. – Uwierz mi. Jeśli nie mają nadziei, to tylko dlatego, że nie próbują polepszyć swego losu! Wielu z nich wyciąga dłoń po jałmużnę, myśląc, że ta pomoc im się należy. Inni natomiast, i nie wiem, czy nie są oni gorsi od tych pierwszych, szamoczą się w codziennym znoju, zagrażając nam, najlepszym ze sług Pana, swym niezadowoleniem, pretensjami i skłonnością do herezji. A jeśli jest coś, o czym stale myślą ci biedacy, to bez wątpienia nie jest to życie wieczne, bo to wymaga pewnej wrażliwości. Są to raczej ciepły kąt i kawałek chleba. Swoje psie życie traktują nie jako szansę na odkupienie, a jedynie jako brak łaski. Jako coś, co za wszelką cenę trzeba odmienić, z czym w żadnym wypadku nie należy się godzić. Pozbawieni refleksji zapominają, a może raczej nie wiedzą, że najważniejsze jest szczęście wieczne! A przecież jeśli chcą go zaznać, nie powinni odczuwać zadowolenia z życia doczesnego! Muszą cierpieć! Niedostatek jest doskonałą próbą, przywilejem, czego biedacy nie chcą zrozumieć.
Książę cicho westchnął.
− O ileż trudniejszym zadaniem jest odrzucanie pokus – kontynuował biskup. – Ich nadmiar to przecież domena bogactwa! Który biedak poradziłby sobie z takim ciężarem?! Jak wielu z nich trafiłoby do czeluści piekielnych?! Zauważ, jeśli cierpienie staje się udziałem możnych, najpierw godzą się z nim, a później, modląc się, starają udoskonalić swą duszę i rozum, zgłębiają trivium oraz quadrivium35. Wielokrotnie widziałem, jak cierpienie oczyściło tych, którzy odnaleźli oświecenie. A w przypadku biedaków, których horyzont ogranicza się do siedmiu sztuk mechanicznych36, nie dostrzegłem niczego poza żalem i złorzeczeniem! Odi profanum vulgus et arceo37!
− A jednak na ich miejscu, byłbym przekonany, że los jest niesprawiedliwy – wyznał książę. – Dlaczego możni mogą spełniać szereg różnych pragnień, podczas gdy cała reszta zmuszona jest, by niemal wszystkie swe myśli poświęcać zdobyciu kawałka chleba, opału i miejsca do spania?
− Pytanie o kształt świata należy do tych najstarszych. Świat nie jest przypadkowy i nie my go urządziliśmy. Również nie do nas należy zmiana jego kształtu. A cierpienie biedaków napędza tę rzeczywistość. Zawsze tak było. Zrozum, że ktoś taki jak ty, książę, bogaty, mający władzę, nigdy w pełni nie zrozumie potrzeb tej kipiącej masy. Próbując tego dokonać, utracisz wręcz wszelką radość. Cierpienie i rozpacz zatrują twe myśli! Pamiętaj, non est beatus esse se qui non putat38! Porzuć to, nim będzie za późno.
− Bertoldzie, nie mogę. Być może już jest za późno. Od lat próbuję odsunąć od mego księstwa cierpienie i biedę. Dręczy mnie tak dużo pytań! Czy mądre rządy nie powinny być poparte pytaniami!?
− Możliwość zadawania pytań jest darem. Nie oczekuj jednak, że uzyskasz jakiekolwiek wskazówki.
− Albo znajdę drogę, albo ją sobie utoruję39! – Książę niemal uniósł się w strzemionach. – Przecież i ja, podobnie jak księżna, jestem narzędziem w ręku Boga. Dlaczego Bóg do mnie nie przemówi?
− Henryku, długo nie rozmawialiśmy ze sobą. Widzę, że się nie zmieniłeś – zaczął biskup, ponaglając konia. – Bóg jest sferą duchową, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie40. Nie zapominaj, że Bóg ciągle do nas przemawia! Czy pamiętasz, jak przed laty czytaliśmy te same księgi? Te, które twój ojciec przywiózł z Ziemi Świętej? Za Seneką powtarzaliśmy, że życie bez zajęć naukowych i literackich jest śmiercią i grobem żywego człowieka41! Nigdy o tym nie zapomniałem, dlatego pełniąc mój urząd, odwiedzałem klasztorne skryptoria i biblioteki ukryte pośród górskich przełęczy. Będąc w Rzymie czy Paryżu, wielokrotnie prowadziłem dysputy z uczonymi mężami. Niestety, po tylu latach studiów nie wiem, jak ci pomóc. – Bertold zamknął oczy. Próbował odszukać w pamięci jakieś odległe wydarzenie. – Być może odpowiedzią jest to, co usłyszałem od brata Rudolfa z Campo Lungo42. Zapewne słyszałeś o nim, to on zdefiniował sztuki mechaniczne. – Książę potwierdził, owijając się szczelniej płaszczem. – Brat Rudolf w czasie wykładu omówił nauki Alana z Lille43, który uważał, że pierwszym koniecznym warunkiem mądrości jest zgłębienie trivium i quadrivium. Wyobraź sobie drabinę, na końcu której znajduje się mądrość. Po niej wspina się dusza. Każdy, kto odważy się wejść na pierwszy szczebel tej drabiny, może liczyć na wsparcie Boga. Stwórca może wręcz wyjść duszy naprzeciw! Podczas tej podróży dusza odczuwa obecność Boskiej Doskonałości, co ma ją motywować do pokonania tego wysiłku. Brat Rudolf porównał duszę do czterokołowego wozu, którego koła symbolizują: rozum, intelekt, wyobraźnię i zmysły. Przy ich pomocy dusza może zrozumieć nauki wyzwolone, trivium i quadrivium, czy raczej, jak uznał brat Alan z Lille, wszystko to, co kryje się pod pojęciem doświadczenia. A jeśli człowiek postanowi pojąć więcej, musi oprzeć się na teologii. To ona doprowadzi go aż do tronu Boga, do ekstazy. Zrozumie wtedy, czym są: Trójca Święta, dusze i anioły. Henryku, gdybyś chciał skorzystać z nauk Alana z Lille, zapamiętaj, że zadając niewłaściwe pytania, możesz zaprzepaścić wszystko. Utkniesz wtedy już po kres tego życia w rzeczywistości pełnej biedy i cierpienia. Będziesz jedynie gromadził dobre uczynki, lękając się o swe zbawienie. Minęło tyle lat od tamtego wykładu, a ja wciąż pamiętam, że brat Rudolf nie miał wątpliwości co do tego, że Alan z Lille odkrył, czym jest mądrość i jak do niej dotrzeć! Książę, nie trwoń jednak czasu na mrzonki.
Biskup spoglądał na odległą linię drzew, które pochylały się w tym samym rytmie. Za nimi niebo stopniowo nabierało bladogranatowej barwy.
− Ten wiatr jest niczym zapowiedź. Jeśli Bóg zechce cokolwiek powiedzieć, to właśnie w ten sposób. Może odczujemy jego wolę? – Bertold wyprężył się w siodle. – Obawiam się, że biedakom nie można pomóc. Większość z nich tkwi zbyt mocno w doczesności.
− Są ślepi. – Ożywił się książę. – Kiedyś poprawię ich życie. Pochylę się nad nimi niczym architekt nad wadliwym planem katedry!
Może stanie się to już wkrótce, wbrew wszelkim przeciwnościom – pomyślał Henryk. – Zacznę w owej zimnej i wilgotnej Pomezanii.
− Wszystko, o czym z taką ekscytacją mówisz, to bluźnierstwo. Mam wrażenie, że nieczęsto opuszczasz ciepłe mury swego zamku. Zapewne doniesiono ci, że wielu z tych biedaków głosi, iż dobro ludu jest najwyższym dobrem44?! Oni próbują w ten sposób obarczyć takich jak ty i ja odpowiedzialnością za swój los.
− Bertoldzie, niech i tak będzie! Niech obarczają mnie swym losem! Przekonasz się, że rozchylę ich oczy i pokażę, jak mają żyć!
− Henryku, oni nie pojmą tego, co dla nich uczynisz – odpowiedział biskup. – To, o czym mówisz, w dużej mierze nie jest zgodne z kształtem naszego świata. Gdyby biedacy mieli żyć inaczej, byłoby im to dane. Wynika z tego, że nie zasłużyli na inne życie. Wszyscy oni są głupcami, którzy pogrążają się w bierności! Ale masz rację mówiąc, że chcesz polepszyć los swych biedaków. Wskazywanie im drogi, przynoszenie ulgi… Czy jest prostszy sposób, by wykazać się przed Stwórcą?! Wreszcie czy można skuteczniej odsunąć od siebie groźbę buntu!? Dzięki temu wszystkiemu biedacy będą chwalić twe imię! W ten sposób, Henryku, ja, księżna, ty i inni możni możemy potwierdzić przed światem, że słusznie postawiono nas na jego szczycie. O tak! Bez wątpienia powinniśmy wykorzystać bierność biedaków.
− Czy istnienie tego tłumu biedaków ma służyć jedynie temu, byśmy mogli osiągnąć zbawienie?!
− W planie Stwórcy nie ma przypadku. Każdy musi znać swe obowiązki i zadbać o siebie. Zło pleni się ze szczególną swobodą tam, gdzie jest najwięcej nawozu niezadowolenia! Zatem większość biedaków, niczym waldensi, wątpi, a tym samym rozsiewa, pośród zdrowych pól, coraz to nowe nasiona zła. Henryku, oni zatruwają nasz świat. Są jednak niezbędni.
− Czy nie byłoby zatem sprawiedliwszym, gdyby zło nigdy nie zaistniało?
− Zło jest jedynie brakiem dobra! – Biskup starał się stłumić wzburzenie. – Henryku! Nie powinieneś zadawać takich pytań! To heretycka dociekliwość! Myśl, co chcesz, jeśli nie potrafisz się powstrzymać, ale nie wyjawiaj nikomu swych myśli! Nikt nie ponosi odpowiedzialności za swoje myśli45! Se contentus est sapiens46! Zadawanie takich pytań uwalnia zło! Wzmacniasz w ten sposób dzieło szatana! Zapamiętaj, zło nie wywodzi się tylko z niezadowolenia. Jego źródłem są również nadmierna wolność i nieokiełznany rozum! Używając ich w niewłaściwy sposób, niszczysz świat wymyślony przez naszego Pana! Takie pytania wzmacniają drugą, fałszywą stronę rzeczywistości. One nie dają nadziei. Nie mogą jej dać, bo nie pochodzą od Boga. To ziarna zwątpienia. To fałszywa scenografia, w którą wielu biedaków mogłoby uwierzyć! Nie licz na żadne deus ex machina47. Nie zmienisz w ten sposób rzeczywistości. Jedyne co osiągniesz, zadając te pytania, to niezrozumienie i lęk. Wtrącisz siebie i swą rodzinę w krąg ludzi, którym nikt z naszej sfery nie zechce zaufać. Staniesz się niebezpiecznym heretykiem! A biedacy niech żyją godnie, nie skarżąc się na swój los. To najprostsza droga, która doprowadzi ich do zbawienia. Niech wychwalają Pana w każdej chwili swego życia, a także nas, Namiestników Bożych oraz pomazańców. Niech biedacy pogodzą się ze swym losem, niech żyją zgodnie z regułami tego świata. Oni muszą znać swoje role! A ty nie możesz napisać tych ról na nowo! Nie jesteś Bogiem. Wierz mi, małym ludziom żyje się dobrze48. Byleby tylko pamiętali o swym miejscu, a raj ich nie ominie! Henryku, nie zastanawiaj się też nad tym, jak ograniczyć cierpienia i biedę. To bezcelowe. Bóg nie podpowie ci w tej kwestii niczego, wręcz odwróci się od ciebie. Zmierzaj, jeśli musisz, do mądrości, ale nie w ten sposób.
− Zatem nikogo nie można nazwać szczęśliwym przed śmiercią!
− Nemo ante mortem beatus49! – powtórzył duchowny. Przez chwilę milczał, patrząc przed siebie.
Rząd drzew w oddali naprężył się pod wpływem gwałtownego wiatru. Pojedyncza błyskawica rozświetliła niebo. Na ziemię spadły zwielokrotnione grzmoty. Warstwy chmur, wiatr, wirujący pył – wszystko zmieszało się ze sobą. Krzyżowców przejęła trwoga. Peregryn nakazał, by ruszyli.
− Primus inter pares50! – wołano w dali.
Kolumna ostrożnie zeszła na rozległą równinę, pomiędzy siatkę pól. Horyzont podkreślała linia lasu. Książę dostrzegł ślady ciężkich rumaków.
− Wiem, że zginęła jedna z mniszek. Bertoldzie, co się stało w klasztorze?
Biskup nie odpowiedział. Westchnął głośno. Książę nadal słyszał, jakby pogłos – słowa Solona nie potrafiły wybrzmieć: Nemo ante mortem beatus. Nemo ante mortem beatus.
Wjechali pomiędzy ogniska, w zapach dymu i pieczonego mięsa. Noc nie miała być długa, a świt już rozświetlał niebo na wschodzie.
***
Z pomocą służących zdjęli kolczugi, by wygodnie usiąść przy długim stole. Jakiś młodzieniec postawił przed nimi dzban i dwa gliniane kubki, a po chwili przyniósł bochenek chleba i kilka ryb. Książę spojrzał w kierunku, z którego przyjechali, i wydało mu się, że widzi blask klasztornych świec i lamp. Dostrzegł też gwiazdy odbijające się w jednym z wielu jezior.
− Henryku, twa broda urosła od ostatniego razu. W czasie walki będzie ci zapewne przeszkadzała – zauważył biskup.
− Ta broda każdego dnia przypomina mi o tym, co ślubowałem przed laty. Dzięki niej pamiętam, kim jestem i jaka jest moja rola.
Książę popatrzył na twarz Bertolda, na jego jasne włosy, które opadały na ramiona.
− Bóg obarczył cię olbrzymią odpowiedzialnością – stwierdził duchowny. – Nemo sapiens nisi patiens51. Tak się idzie do gwiazd52!
− Ludzie nie wiedzą, jak wielkim brzemieniem jest sprawowanie rządów. Jeśli księżna i ja nie dotrzymamy jakiejś przysięgi, wtedy poddani nas osądzą. Jest w ludziach skłonność, by czekać na najdrobniejsze błędy rządzących.
− To właśnie chciałem powiedzieć. Gdy się mylimy, głośno się za nas modlą, a między sobą, na gościńcach, w gospodach i w swych cuchnących chałupach szydzą z nas. Mel in ore, fel in corde53! Tłum to potwór o wielu głowach54!
− Zaręczam ci – powiedział książę – że nawet za tysiąc lat, gdy czas sklei się w nic nieznaczący moment, potomkowie moich poddanych będą mówili nie o tym, ile kościołów, klasztorów i szpitali wzniosłem, jakich wojen uniknąłem, lecz o tym, co źle uczyniłem i jakiej przysięgi nie dotrzymałem. Jestem o tym przekonany. Bertoldzie, dobry władca podporządkowuje życie swemu państwu i poddanym, a w zamian często otrzymuje jedynie niepochlebne słowo. Tak, ma broda urosła, nie przysporzyło mi to jednak mądrości.
− Broda nie czyni filozofem55. A jednak niemal wszyscy ludzie w tym obozie marzą o tym, by być tobą, Henryku. Zaręczam ci, że ty i moja siostra jesteście darzeni wielkim szacunkiem.
Jakiż szaleniec chciałby znaleźć się na moim miejscu? – pomyślał książę.
Biskup tymczasem zaczął narzekać na brak rozrywek. Wysłał dworzanina po Kwiecika, książęcego błazna. Wkrótce przy stole pojawił się niski mężczyzna o zmęczonym spojrzeniu. Na głowie miał czapkę z trzema rogami, przy każdym wisiał dzwoneczek. Część jego twarzy zakrywała doczepiona broda z wąsami, które zawijały się przy końcach. Ubrany był w kaftan z bufiastymi rękawami. Za pas ktoś wetknął mu drewniany miecz. Błazen od urodzenia miał tylko jedną rękę, a i tą nie mógł swobodnie ruszać, przed laty spadł bowiem z konia. Tańczył teraz w blasku ogniska. Czapka zsuwała mu się na brwi. Otworzył szeroko oczy. Nagle powrócił do swego emploi – wyprostował się dumnie niczym książę. Zaczął recytować:
Późną wiosną to się działo, zobaczyłem raz krewniaka.
Tuż przy targu toto stało. Zatrzymałem więc rumaka.
Kwiecik teatralnie zakręcił dłonią nad głową. Trzasnął kolanami i cmoknął kilka razy, udając tętent kopyt.
Spojrzał na mnie, ja na niego. Zobaczyłem własne ciało!
Błazen wyprężył się i zwrócił do księcia. Przeciągle zarżał. Potem pochylił się i niemal dotykając władcy czapką, niczym pękiem hizopu, wskazał złoty krzyżyk, który wysunął się spod brody księcia. Zza namiotu ktoś zaczął klaskać.
Błyszczał cały! I co z tego?! Drogie złoto go skrywało,
Przepych, diadem i rubiny. Sporo tego! Blask go morzył.
Pajac spojrzał na dziwaka, który wszystko wokół strwożył!
Kwiecik skinął powoli, jakby chciał uprzedzić widzów, że wkrótce występ się zakończy. Odrzucił głowę do tyłu. Czapka zsunęła się na ziemię. Wszyscy zobaczyli na jego skroniach wypleciony z drutu diadem. Zaczekał, aż z twarzy biskupa zniknie uśmiech.
Tamten na to zaczął śmiało: Weź koronę! Siła złego!
Dłoń mu dałem i się stało. Nie odrzucę przecież tego!
Kwiecik poderwał się z kolan. Złożył głęboki ukłon.
Błazen rządzi, czas się śmieje, czy możliwe, że los błądzi?
Biskup zaklaskał. Książę objął Kwiecika. Potem błazen odszedł.
− Bertoldzie, czy rozmawiałeś z księżną o wyprawie na Północ? – zapytał Henryk.
− Rozmawiałem. Muszę przyznać, że świat widziany zza murów claustrum56 może wydawać się zamazany. Mniszki żyją niczym w twierdzy. Zapomniałem już, jak są urodziwe, gdy się modlą. Jakże cenne są one dla naszego kościoła! Przypominają gołębice. Nikt nie jest dobry przez przypadek57. Między nimi a murami unosi się przestrzeń złożona z dobra, piękna i dostatku! Wierz mi, ten widok może odurzyć! Ale nie myśl, że skupiłem swe myśli jedynie na mniszkach! Przez te kilka dni wielokrotnie słyszałem, jak księżna mówiła, że przyjąłeś ten święty krzyż na chwałę nas wszystkich. Wielu uważa, że to twój obowiązek, ale księżna wie, że dla ciebie nie ma w tym żadnego przymusu. Jest przekonana, że dzięki tobie ziemia nad Frybą zostanie przywrócona chrześcijaństwu. Pamiętaj, actus hominis, non dignitas iudicetur58!
− Czy księżna wspominała o klasztorze cystersów na Północy?
− Ad rem59. – Uśmiechnął się biskup. – Wczoraj księżna zapewniła mnie, że nadal zamierza wspierać cystersów nad Frybą. Ma również świadomość tego, że na Północy znaleźć muszą swój dom nie tylko cystersi, ale i ktoś, kto ich ochroni. Zastanawiała się, czy nie powinny tam stacjonować jakieś wojska. Zaciągi można opłacić dzięki dodatkowym daninom. A gdybyś się na to nie zgodził, księżna pragnie ulokować nad Frybą jeden z zakonów rycerskich, które mają swe siedziby w Palestynie.
− Klasztor zaiste przesłania rzeczywistość. Obawiam się, że rycerze zakonni nie nawrócą pogan, raczej ich wytrzebią. Nie mówmy już o tym. Jestem zmęczony. Bertoldzie, co się stało wczoraj w klasztorze?
− Po wieczornej mszy najmłodsze siostry odnalazły ciało jednej z mniszek, Racławy. Podobno biedaczka wypadła przez okno. Nic więcej nie wiem. Po zmroku nie wychodziłem z mojej celi.
Książę potakiwał. Racława. Opowieść o niej, niczym legenda, jest od lat powtarzana na Południu. Pewnej wiosny młoda mniszka znalazła w ogrodzie jeża. Zwierzę się nie wystraszyło, stało przez chwilę, jakby czekając na dopełnienie swego losu. Wreszcie jeż podszedł i dotknął nosem wyciągniętej dłoni. Racława, zachwycona jego ciekawością, ukryła go w rękawie habitu. Miał umilać jej długie wieczory. Jeszcze tego samego dnia w trakcie wieczornej modlitwy odkryto tajemnicę Racławy. Płacz i błagania nie pomogły – księżna nie zgodziła się, by jeż zamieszkał w klasztorze. Był dziki i nieczysty, ponieważ przybył z zewnątrz, z miejsc skażonych rozmaitymi pokusami, stanowił zagrożenie dla wspólnoty, a nic nie powinno rozpraszać mniszek w ich dążeniu do świętości. To wspomnienie powróciło do księcia. Nagle zapytał:
− Czy księżnej może coś zagrażać?
− Nie! Moją siostrę otacza przedziwny blask! Nie mam wątpliwości, że Bóg wsłuchuje się w jej słowa i wspiera ją każdego dnia. Jestem przekonany, że dzięki tej łasce księżnej nic nie zagraża. – Bertold sięgnął do skórzanej sakwy. – Kazała mi przekazać ci ten modlitewnik. Książę, to rara avis60!
Na niewielkiej okładce była wytłoczona postać. Święty Bartłomiej unosił ramiona, dłonie ukrył w rękawach tuniki. Jego spojrzenie kierowało się ku torbie zawieszonej przy pasie, z której wystawał grzbiet księgi.
Książę otworzył modlitewnik. Pierwszą płócienną stronę, zapewne doszytą do reszty kodeksu, ozdabiał narysowany piórkiem rysunek: w środku płaskiej polany, nad nierówną chatą, górowała wieża. Otaczał ją potrójny pierścień domostw, obok nich unosił się nakreślony minuskułą61 napis. DREWNIANY ZAMEK. Poniżej znajdował się kolofon62: Hedwig, z długim wykończeniem, które kończyło „g”, podkreślając całe imię.
Gwieździsta noc odsłoniła dalekie kontury domów o pochyłych dachach. Wokół czerniły się drzewa i niskie krzewy. Ciszę rozdzierało wycie psów. Na czystym niebie rozpraszała się smuga dymu. Księżyc płonął niczym złota manela63.
Biskup zażądał od parobka, by przyniósł dzban piwa. Mówił o tym, że skoro dotychczas pił włoskie wina, to teraz nie jest w stanie sięgać już po inne.
− Cura fugit multo diluiturque mero64 – krzyknął Bertold.
Podobno w kubku, z którego pije księżna, woda zamienia się w wino – pomyślał książę.
− Bertoldzie, w naszych pełnych niepewności czasach dążenie do świętości jest godne najwyższego szacunku.
Parobek postawił na stole dzban piwa. Biskup nie czekał, aż sługa napełni kubki.
Książę, przeczesawszy brodę, uśmiechnął się smutno. Potem powiedział, że powinni się położyć, bo wkrótce przyjdzie im wyruszyć w dalszą drogę.
(zapada noc)
1.
13 Tryforium – mały korytarz we wnętrzu kościoła pomiędzy oknami i niewielkimi arkadami.
2.
14 Wrotizla (stpol.) – Wrocław.
3.
15 Cracovia (łac.) – Kraków.
4.
16 Salve! (łac.) – witaj.
5.
17 Mendykanci – zakony żebrzące.
6.
18 Marchy (stpol.) – ścierwa.
7.
19 Est mihi cura futuri (łac.) Gnębi mnie troska o przyszłość, Owidiusz.
8.
20 Kropierz – sukienne okrycie konia z otworami na oczy.
9.
21 Recte (łac.) – słusznie.
10.
22 Hartmann von Aue – pisarz niemiecki, żył na przełomie XII i XII wieku.
11.
23 Fortes fortuna adiuvat (łac.) – Śmiałym los sprzyja, Terencjusz
12.
24 Finis koronat opus (łac.) – Koniec wieńczy dzieło, Owidiusz.
13.
25 Aequat omnes cinis; impares nascimur, pares morimur (łac.), Seneka.
14.
26 Populo utilis (łac.) – użyteczny ludowi.
15.
27 Probitas laudatur et alget (łac.) – Uczciwość zbiera pochwały i umiera z zimna, Juwenalis.
16.
28 Przelotka – skórzany element służący do mocowania zbroi.
17.
29 Fides sine operibus mortua est (łac.) – święty Jakub.
18.
30 Infirmarium – szpital.
19.
31 Miraculum (łac.) – cud!
20.
32 Nullum est iam dictum, quod non sit dictum prius (łac.), Terencjusz.
21.
33 Ea natura multitudinis est: aut humiliter aut superbe dominatur; libertatem quae media est, nec struere modice nec habere sciunt (łac.) – Oto natura pospólstwa: albo służalczo się płaszczy, albo bezczelnie się panoszy; wolności, która jest pomiędzy tymi dwiema skrajnościami, ani cierpliwości budować, ani utrzymać nie umie. Liwiusz.
22.
34 Virtus ad beate rivendum sufficit (łac.), Cyceron.
23.
35 Trivium i quadrivium (łac.) – Trzy drogi (gramatyka, dialektyka i retoryka) oraz cztery drogi (matematyka, arytmetyka, astronomia i muzyka). Siedem sztuk wyzwolonych.
24.
36 Siedem sztuk mechanicznych: Ars victuaria, ars lanificacion, ars architectura, ars medicineria, ars suffragatoria, ars nagotatioria i ars militaria (łac.) – sztuka: karmienia, ubierania, architektury, medycyny, transportu, negocjowania i obrony).
25.
37 Odi profanum vulgus et arceo (łac.) – Gardzę nieoświeconym tłumem i trzymam się od niego z dala! Horacy.
26.
38 Non est beatus esse se qui non putat (łac.) – Nie jest szczęśliwym ten, kto nie ma się za szczęśliwego! Seneka.
27.
39 Aut viam inveniam aut faciam (łac.), Hannibal.
28.
40 Alan z Lille, za: K. Krauze-Błachowicz, „Edukacja filozoficzna” 2003, vol. 36, s. 187, dostęp online:https://edukacja-filozoficzna.uw.edu.pl/strapi/uploads/Edukacja_Filozoficzna_36_181_192_d31283b834.pdf (dostęp: 25.05.2023).
29.
41 Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura (łac.), Seneka.
30.
42 Rudolf z Campo Lungo – zakonnik, żył na przełomie XII i XIII wieku.
31.
43 Alan z Lille – cysters, żył w XII wieku.
32.
44 Salus populi suprema lex (esto) (łac.), Cyceron.
33.
45 Cogitationis poenam nemo patitur (łac.), Ulpianus.
34.
46 Se contentus est sapiens (łac.) – Seneka.
35.
47 Deus ex machina (łac.) – Bóg z maszyny, Eurypides. Nazwa związana jest z antycznym teatrem. W wielu dramatach greckich na końcu sztuki, niespodziewanie, pojawiała się siła zewnętrzna (np. bóstwo), która rozwiązywała konflikty (aktora spuszczano z góry przy pomocy dźwigu).
36.
48 Vivitur parvo bene (łac.), Horacy.
37.
49 Nemo ante mortem beatus (łac.) – Nikogo nie można nazwać szczęśliwym przed śmiercią. Solon.
38.
50 Primus inter pares (łac.) – Pierwszy wśród równych sobie.
39.
51 Nemo sapiens nisi patiens (łac.) – Nie jest mądry, kto nie jest cierpliwy.
40.
52 Sic itur ad astra (łac.), Wergiliusz.
41.
53 Mel in ore, fel in corde (łac.) – Miód w ustach, żółć w sercu!
42.
54 Belua multorum capitum (łac.), Horacy.
43.
55 Barba non facit philosophum (łac.), Plutarch.
44.
56 Claustrum (łac.) – tutaj: klasztorny wirydarz (również rozumiane jako miejsce odosobnienia).
45.
57 Nemo est casu bonus (łac.), Seneka.
46.
58 Actus hominis, non dignitas iudicetur (łac.) – Sądzone będą czyny ludzkie, nie godności, Minucjusz Feliks.
47.
59 Ad rem (łac.) – do rzeczy.
48.
60 Rara avis (łac.) – dosł.: rzadki ptak, Juwenalis. W języku polskim: biały kruk.
49.
61 Minuskuła karolińska – rodzaj bardzo wyraźnego średniowiecznego pisma.
50.
62 Kolofon – informacja na końcu średniowiecznej księgi rękopiśmiennej (tytuł, data, imię pisarza).
51.
63 Manela – bransoleta.
52.
64 Cura fugit multo diluiturque mero (łac.) – Troska znika i rozpuszcza się w obfitym winie, Owidiusz.