Czort - ebook
Nie tak miało chyba wyglądać to całe podbijanie Warszawy, co Sanderka? Taka fajna dziewczynka była z ciebie. To jest spora rzecz, takie show telewizyjne dla modeleczek wygrać przed dwudziestką, ja w branży robię, ja swoje wiem. A jakie ty u chłopców branie miałaś! Bogatych, znanych, takich, jak lubiłaś przecież. Ale tobie dalej było mało. Więcej chciałaś, szybciej…
No to cię wziął pod skrzydła wujek Pablo, co miał nie wziąć! Oj, Sandera, wylazła z ciebie potwora potężna, jak żeśmy się lepiej poznali, czort jakiś normalnie.
Sandra – modelka przed dwudziestką, której wydawało się, że ma świat u stóp – straciła wszystko, gdy wpadła w sidła bezwzględnego manipulatora. Zamiast blasku fleszy pozostały jej blizny, gniew i pragnienie zemsty.
Tymczasem w Warszawie co kilka dni mordowane są młode dziewczyny. Coś je wszystkie łączy.Trop prowadzi do mrocznego świata, gdzie marzenia zamieniają się w koszmar.
Obsesja, przemoc i cienka granica między ofiarą a katem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8343-723-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Co tam, stara, szczekasz? Nie dosłyszałam, bo wieje. Aha, że ciasteczko. No się wie, że ciasteczko. Buźka wyjściowa, klata kosior. Innych nie biorę. W ogóle, jak ty śmiesznie, mordko, mówisz… Jak to że co? No że ciasteczko. Kto tak gada? Ale dobra, obczaj, co on właśnie odwalił. Od rana mówię do chłopa, że jest mood na balet. No i ten do mnie oczywiście, że git, git, mordziata, coś się wykmini. Przed dwunastą wyszedł robić ruchy. Mnie naszło na Smolną albo, nie wiem, Luzztra jakieś, te klimaty. Odpaliłam sobie butlę proseczio dla zabicia czasu, ale z tyłu bańki śmieszne słodycze, wiesz, o co chodzi. Ochota na lot, normalnie, jakbym drugi tydzień ciągnęła wira. A tu cały dzień bąbelki i pacyna. Taka chandra, że łyknęłam „Sex Education” trójkę na raz. Zajebiste, mówię ci, obejrzyj koniecznie. Na czym to ja…? A, dobra. No więc stary wraca jakoś po osiemnastej. Od razu piłuję do niego ryja, żeby załatwił nam wbitkę premium, loża jakaś, coś w tym stylu. Przecież zna pół miasta podobno. On na to, że innym razem, bo na dzisiaj mamy już plany. Stolik na dziewiątą w Kapadocji, to plac Konstytucji, kojarzysz, kicia, prawda? Ja do niego: no kojarzę, co mam nie kojarzyć, melina parszywa, syf najgorszy. A tam melina, odpowiada on, bar jak bar, zresztą chuj w lokal. Poznasz moich kumpli, wpływowych ludzi. Będą inne dziewczyny, polubicie się, misia, bez kitu. No to ja pytam, czy nie ma szans na zmianę planu. Uparty był. Obiecał, że jutro po mojemu. Dobra, co zrobić. Przed dziewiątą wchodzimy do tej Kapadocji. Tamci już przy stoliku. Pięciu chłopa, wszyscy wielkie schaby. Mój to przy nich patyk, a przecież coś tam tyra. Starsi, tacy bliżej czterdziestki. Z nimi dwie laski, raczej w moim wieku. Od razu kumam, że zamiastowe. Wali od nich słomą przy podaniu łapy, hahaha, no bez kitu, Jajkowice Dolne welcome to. Na stole butelki i dwie szisze. Co? Jakie butelki? No wódzia, wiadomka. Weź nie przerywaj. Siadam między starym a jedną z wiejskich sarenek. Ada chyba miała, mniejsza z tym. Zamawiam sobie drina. Siedzę i obczajam. Jeden schab się wyróżnia. Egzotyczny, przyciemniana skórka, włosy za ramiona, broda gęsta jak jakaś, kurwa, Amazonia, cały w dziarkach. Latino albo arabowaty. Plus size. Gadał coś, że w muzie działa i zna każdego. Że bez jego zgody nikt w tym kraju kariery nie zrobi. Generalnie rozmowa się kręci wokół interesów. Mój dziwny, niemrawy taki. Zero gadki, przytakuje tylko i się głupio szczerzy. Nawet go o to podpytałam. Zbył mnie, że niby wydaje mi się. Ten ciemniejszy przyciął, że szepczemy. Zamienił się miejscami z tą Adą, usiadł przy mnie. Zajechało tureckim targiem, szafranem jakimś czy innym imbirem. Nawet nie zauważyłam, jak posypał mi kreskę. Słuchałam akurat jego koleżki. Coś o nieruchomościach pieprzył. Nagle ten ciemny łapie mnie za brodę. Czaisz? Co tam? Ej, bez beki, klej dziurę. Słuchaj. Chłop mnie z partyzanta bierze za mordę. Ja od razu go po łapach. Ten się śmieje i oblizuje, tak obleśnie, że ja pierdolę. Odwracam się do starego. Liczę, że coś powie chociaż, jakieś ej, gościu, bez takich, to moja laska, no. Ale on wzrok już wlepiony w stół. Żłopie drina. Szturcham go kolanem. Odpycha je, czuję, jak się trzęsie. Ciemny znowu chwyta moją szczenę. Pospinało mnie tak dziwnie jakoś, nie reagowałam. Facet pokazuje na talerz. Tam pasior. Białe bym siorbnęła na luzie. Tylko że ta jego krecha cała fioletowa. Typ widzi, że się waham. Tusi, tłumaczy, dwa ce be, młoda, taki fajniejszy koksik. Tuningowane jeszcze ketą i emą, temacik prosto z Medellín. Całe Miami już tym zawalone, w Marbelli też przerzucają się na fiolet. No, kotek, zapodaj se na klimpę. Słowo w słowo powtarzam, stara, zapodaj se na klimpę, z takim tekstem wyskoczył. Otrzeźwiło mnie to. Sam sobie, mordo, zapodaj, mówię. To ciemny mnie łapie za nadgarstek. Od razu się wyrywam, wywalam talerz z tym syfem na środek stołu. Szybko wstaję, odskakuję do tyłu. Ciemny znowu w śmiech. Stary zerka po koleżkach. Serio, gościu, pytam go, oblech z łapami do twojej laski, a ty mu nawet nie powiesz, że bastuj, ziom? I wiesz, co on na to? Słuchaj, kurwa, bo to najlepsze. Uspokój się, Liduś, mówi, usiądź, na spokojnie pogadamy. No przesada. Mela na pysk, druga dla losowego schaba, i się stamtąd ukręcam. Na początku trochę w płacz, pewnie słychać, ale szybko się ogarnęłam. Lezę teraz wzdłuż trasy, w stronę Legii. Wkurwiona opór. Cycki przed okresem bolą, pęcherz ciśnie, bo się tam nawet nie zdążyłam odlać. O, jakaś brama. Idę sikać. Co? Nie, nie rozłączaj się. Poczekasz sekundę, to ci jeszcze trochę ponawijam. Bo to się nie zaczęło dziś, te jego paziowate jazdy. Czekaj, wbijam w bramę. Ej…
– No?
– Co ty odpierdalsz? Ej, serio…
– Jak to? Lidka, nie czaję.
– Ty, bez takich. Weź to…
– Lidka, halo? Co to za hałas? Jesteś?
– …
– Lidka? Jesteś? Halo?
Najpierw Lidka myśli, że to żul. Nawet nie dyga, bo zawodnik ewidentnie waga kogucia. Ale natręt to natręt. Wyskoczy do niej zaraz z łapami, będzie trzeba uciekać albo drzeć japę. Kiedyś nosiła w torebce gaz, ale ostatnio rzadko buja się po mieście solo. No nic, jak coś, to z czuba w jajo i sprintem na ulicę.
Postać w bramie wychodzi z cienia. Nie wygląda na kloszarda. Na twarzy ma kominiarkę, łeb zakryty kapturem. Fatalnie. Lidka coś tam do nieznajomego krzyczy, ten nie reaguje. Wyciąga rękę z kieszeni. Staje w wąskim pasku światła latarni. Widać, że zaciska palce na kamieniu. Lidka jeszcze raz z nawijką, wpada w pojednawczy ton. Odpowiedzi znowu brak. Potem akcja przyspiesza. Nieznajomy uderza ją w głowę – raz, drugi, trzeci. Kamień rozbija czaszkę. Lidka już cała we krwi, jeszcze kontaktuje. Jęczy pod nosem, ale sama te swoje jęki ledwie słyszy. Plecami dotyka ściany, powoli osuwa się na glebę, odpływa. Między mroczkami dostrzega ostrze. Napastnik łapie ją za szyję, całym ciałem przygniata do muru.
Ciężar jest zaskakująco niewielki, więc Lidka podejmuje walkę. Odpycha nieznajomego, mimo wszystko za lekko. Ten zaczyna ciachać ostrzem, trochę na oślep. Pierwsze cięcie ledwie muska policzek. Przy drugim nóż wchodzi głębiej, rana powstaje tuż pod okiem. Przed trzecim ciosem Lidce udaje się uchylić, niestety tak niefartownie, że kosa ląduje w jej szyi. Krwawy squirt, farba tryska jak ropa na pustyni. Ostrze grzęźnie w gardle. Napastnik siłuje się ze swoim sprzętem. Trwa to kilkanaście sekund. Każdy ruch rozszerza ranę. Wszędzie krew, pełno krwi. Tego Lidka już nie widzi, choć oczy wciąż ma otwarte.
Nóż w końcu wyślizguje się spomiędzy tkanek. Nieznajomy wrzuca go do kieszeni. Na chwilę zastyga nad bezwładnym ciałem. Kilka razy przejeżdża ostrzem po twarzy nieruchomej dziewczyny. Potem wstaje, rusza w stronę podwórka. Nie zdejmuje kaptura. Rozgląda się po oknach. W kilku światła są pozapalane, ale nie widać żadnych ludzkich kształtów. Zamaskowana postać znika w bramie po drugiej stronie dziedzińca.
Obok ciała Lidki leży jej telefon, ekranem do dołu. Latarnia oświetla różowy case, na nim błyszczą brokatowe inicjały: LW. Prawie jak LV. Ale to nie to. Lidia Warecka. Telefon nadal działa. Połączenie trwa.
– Haaalooo? Liduś, mordko? Siknęłaś już? Co to za hałasy? Haaalooo?2018–2021, SANDRA
To już nie te czasy, że wpada klientka z prowincji do stolicy i na widok Pałacu Kultury szczena zjeżdża jej na podłogę. Są dziewczyny, co w momencie przeprowadzki znają Warszawę lepiej niż rodowite. No, przynajmniej tę Warszawę, którą naprawdę warto znać. Latają przecież na gościnne występy od małolata. Miasto już tak nie przytłacza. Ale kiedy Sandra po raz pierwszy spojrzała z góry na mgłę spowijającą Śródmieście, utwierdziła się w przekonaniu, że american dream śmiało można realizować po naszej stronie oceanu. To był jej debiutancki poranek na Złotej. Pierwszy w roli rezydentki. Apartament nie należał oczywiście do niej. W modelingu kasa potrafi być konkretna, ale bez przesady. Parę miesięcy w branży nie zrobi z ciebie Heidi Klum. Zresztą nawet gdyby Sandrę było stać tam na wynajem, i tak by podziękowała. Ona nie z głupich lafirynd, co trzy czwarte wypłaty przepuszczają na fleks. Są lepsze sposoby na wklejenie się pod czterdziestkę czwórkę niż bulenie trzydziestu koła miesięcznie za sto parędziesiąt metrów.
W przypadku Sandry tym sposobem był Pablo. Tak wtedy o tym myślała – że to on był sposobem, jakąś trampoliną. Oj, z tym to przestrzeliła fest, przyznaje się teraz do tego bez bicia. Pablo zapewniał, że chawir jest jego. Za gotówkę brałem, kicia, nie wkręcam. Sandra do dziś nie wie, czy wkręcał. Lubił wkręcać, to na pewno. No i dobry w tym był, trzeba mu oddać. Mogła połapać się szybciej. Rozczarowała samą siebie. Myślała, że jest bystrzejsza. Okazała się naiwną małolatą. A tak z nich lała in her rising star era. Ale po kolei.
Do Warszawy Sandra przyjechała z Łomży. W swoich stronach uchodziła za modeleczkę. Sprzyjała temu niewielka konkurencja. Od dzieciaka zawsze była tą najładniejszą z towarzystwa. Laski patrzyły na nią spode łba. Do chłopców jej nie ciągnęło. Może i by do niej startowali, ale na cholerę uganiać się miesiącami za sfochowaną wannabe Emratki, jak wokół pełno fajnych dżag, co ci zrobią dobrze ręką po dwusetce piwnicznego bimberku. Nieliczne kumpele namawiały Sandrę, żeby zgłosiła się na jakiś casting. Ona odmawiała. Uważała, że jest za niska. Faktycznie, trudno robić karierę na wybiegu, jak nie przekraczasz metra siedemdziesięciu. Na początku liceum pogodziła się z tym, że tak jej już zostanie. Zaskoczyło tuż po szesnastych urodzinach. W niecały rok urosła siedem centymetrów. Bolało jak skurwysyn. Lekarze przecierali oczy ze zdumienia. Wyjaśniali, że u chłopaków takie skoki zdarzają się nawet po osiemnastce, ale przecież mówimy o dziewczynie, a zatem mamy prawdziwy ewenement. Sandra uznała to za znak. Od Boga, od losu, od własnego ciała – kwestia drugorzędna. Liczył się efekt.
Zaczęła chodzić na sesje i castingi. Kilka tygodni przed osiemnastką wygrała konkurs Miss Nastolatek Ziemi Łomżyńskiej. Wstydziła się tego tytułu. Konkurentki wyglądały na oderwane od pługa. Teraz się to trochę pozmieniało, ostatnio sprawdzała. Laureatki mają po kilkadziesiąt tysięcy obserwujących na Insta, na TikToku cztery razy tyle wyświetleń. Całkiem wyjściowe lale. Skrócił się ten dystans między Podlasiem a Warszawą, nie ma co. A minęło przecież ledwie parę lat. Sandrę, kiedy koronowano ją na królową prowincji, na Instagramie śledziły niecałe trzy tysiące. Ciuchy kupowała w Venedzie, od święta w Jurowieckiej, jak starzy mieli jakiś interes w Białym. W Łomży i tak zaliczała się do ścisłej czołówki.
Ale już na regionalnym castingu do „The Model”, największego w Polsce modelingowego reality show, białostockie gwiazdeczki patrzyły na nią z góry. Była tam najmłodsza, nie miała jeszcze skończonych dziewiętnastu lat. Na rozstawiony przed Pałacem Branickich wybieg wraz z nią weszły drgawki i duszności. Była pewna, że jurorzy skreślili ją już na starcie. Chciała zniknąć, tak ją stresik przetrzepał. Dopiero później, na zdjęciach i nagraniach, zobaczyła, że z boku wcale nie wyglądało to tak źle. Rozkręcała się z każdym krokiem. Przy trzecim przejściu trema wyparowała.
Po ogłoszeniu wyników Sandra miała wrażenie, że rywalki wydrapią jej gały. Nie kusiła losu, nie pożegnała się z żadną. Zawinęła z szatni torbę, wybiegła tylnym wyjściem. Do PKS-u wleciała w szpilach. Był prawie pusty. Grubawy nerd ślinił się do niej przez całą drogę. Raz mu nawet uśmiech odesłała. Myślała o tym, co usłyszała od jurorów. Że jest nieoszlifowanym diamencikiem, że jak Polska długa i szeroka, takiego talentu jeszcze nie widzieli, że oni już zadbają o to, aby nie przepadła. Całą czwórkę znała z telewizji. Dwie byłe modelki, dwaj czołowi projektanci. Zastanawiała się, czy mówią tak każdej, która jako tako wyróżnia się na tle zahukanych pind. Kogoś przecież wybrać muszą.
Następnego dnia o swoim sukcesie poinformowała rodziców. Wcześniej nie mówiła im nawet, że bierze udział w castingu. Nie liczyła na zwycięstwo. Co by to zmieniło? Wyśmialiby ją i tyle. Miała rację. Na wieść o wejściu córki do finału ogólnopolskiego konkursu piękności ojciec Sandry nie podniósł nawet wzroku znad gazety. Parsknął tylko śmiechem i przewrócił stronę. Zachlany dureń. Country Billy z Podlasia. Sandra nigdy za nim nie przepadała. Matka podłapała temat konkursu. Przeżegnała się, zaczęła drzeć na córę ryja. Że w stolicy „sodomia i gomoria”, że, olaboga, jaki to wstyd przed sąsiadami, dziecko jej własne świecące dupą na oczach całej Polski. Postawiła Sandrze ultimatum: jeśli pojedziesz na ten finał, nie pokazuj się więcej w rodzinnych stronach. Say no more, mum.
Sandra przebimbała u starych jeszcze kilka tygodni. Właściwie nie rozmawiali. Raz do domu wpadł jej brat. Zbliżał się już wtedy do trzydziestki, od dawna był na swoim. Mieszkał w Suwałkach. Żona, dwójka dzieci, trzecie w drodze. Prowadził firmę transportową, rozsyłał busiarzy po całej Europie. Jak na gościa mówiącego „dla jego” not bad. Sandra opowiedziała bratu o konkursie i reakcji rodziców. Zgrywał wspierającego, ale koniec końców namawiał ją, żeby została. Za kilka dni miała pisać maturę. Zapewnił, że jeśli pójdzie na studia w Białym, już w wakacje znajdzie jej posadę w swojej firmie. Administracja, księgowość, logistyka, coś się zawsze wymyśli. „Będziesz miała pracę biurową” – powiedział to takim tonem, jakby uchylał przed nią bramy raju. Tempting as fuck, stary, ale dzięki.
Matury ustne poustawiała sobie tak, żeby obskoczyć wszystko przed startem programu. Ostatni egzamin zaliczyła dzień przed wyjazdem. Nie spodziewała się żadnych prób zatrzymania córeczki w domu, ale na wszelki wypadek na noc poszła do kumpeli. Wcześniej poinformowała mamę o wyjeździe. Ta nie odezwała się ani jednym słowem. Nie zareagowała na „Cześć”, nie prosiła o żaden sygnał z Warszawy. Jej strata. Sandra była już w miarę samodzielna. Przez cały poprzedni rok pracowała wieczorami jako kelnerka. Miała na koncie kilka instagramowych współprac. Cztery tysiące followersów, zawsze coś. Reklamowała głównie kosmetyki. Raz wysłali jej do podpromowania jakieś ciuchy na siłownię. Kilka stówek za post, lepsze to niż nic. Kupiła jeszcze ethereum, było akurat w dołku. Znalazła kanał początkującego youtubera od krypto. Radził, żeby zdywersyfikować portfel inwestycyjny. Musiała googlować, co to znaczy. Potem przerzuciła trochę eth na bitcoina i mniejsze projekty. Wszystko rosło elegancko. Wypłaciła na górce. Łącznie odłożyła prawie czterdzieści kafli.
Z programu przysłali po nią furę. Po cichu liczyła na powiew Mediolanu już na łomżyńskim dworcu. Myślami odleciała: merol, przyciemniane szyby, szofer w pełnym smokingu, asystentka, która równie dobrze sama mogłaby startować w konkursie. Błękitna skoda zaparkowana przy torach przypomniała jej, że do spełniania marzeń nadal długa droga. Obok fury stał chudziutki okularnik, niewiele od Sandry starszy. Przedstawił się jako Łukasz. Wyglądał na typa z polibudy. Był miły, choć mało wygadany. Sandra usnęła, zanim wyjechali z Łomży. Obudziła się, gdy mijali Ikeę na Targówku. Trudno w to uwierzyć, ale wjeżdżała do Warszawy dopiero po raz czwarty. Kiedy miała sześć lat, przyjechała do stolicy na weekend z rodziną. Potem były jeszcze dwie wycieczki szkolne. Zawsze tylko Pałac Kultury, starówka i Łazienki. Ewenement, podlaska skamielina. Miała znajome, co kilka razy w miesiącu śmigały do Wawki na balety.
Łukasz zawiózł Sandrę prosto do Podkowy Leśnej. Tam znajdował się dom, w którym uczestniczki finału miały spędzić kolejny miesiąc. Powiało LA albo innym Miami. Sandra nie miała świadomości, że w Polsce budują chałupy z tej ligi. Jurorzy czekali na nią przy basenie. Sandra witała się z nimi wilgotną dłonią. Cała czwórka ociekała lukrem. Ostrzegali, że przed kamerami nie zawsze będą tacy milusi.
Uczestniczki zakwaterowano w podwójnych pokojach. Sandra zamieszkała z Magdą, zwyciężczynią castingu w Zachodniopomorskiem. Magda była od niej rok starsza. Pochodziła z Polic, a więc jeszcze większej dziury niż Łomża. Tylko że miała dzianych starych. Dużo podróżowała, od roku studiowała w Poznaniu. Nie traktowała Sandry jak zahukanej wieśniaczki. Miło, że chociaż ona jedna. Pozostałe uczestniczki na każdym kroku częstowały ją zdzirowatymi spojrzeniami. Prym wiodła w tym Jula, dwudziestodwulatka z Warszawy, samozwańcza faworytka do końcowego triumfu i wyjątkowa bad bitch. Przyjechała do Podkowy z prostym planem: wywęszyć ofiarę i niszczyć jej życie. Padło na Sandrę, rykoszetem obrywało się Magdzie. Wspólna rola szarych myszek szybko scementowała ich kumpelstwo.
Zasady programu były następujące: dziewczyny rywalizowały ze sobą w konkurencjach takich jak spacery po wybiegu w różnego rodzaju obuwiu, pozowanie w tematycznych stylizacjach czy aktorskie występy przez kamerą. Po godzinach w ramach wolontariatu odwiedzały chwytające za serce miejsca, schroniska dla psów, dziecięce hospicja albo oddziały onkologiczne. Oczywiście jeździła tam z nimi kamera. Sandrę i Magdę wysłano akurat do piesków. Bardzo ucieszył je ten przydział. Raz, że słodkie futrzaczki, wiadomka, a dwa, że obie wolały uniknąć niezręcznych rozmów z umierającymi kilkulatkami.
Biorące udział w programie dziewczyny nagrywane były właściwie bez przerwy. Kamera towarzyszyła im w stołówce, przy basenie, czasami nawet w pokojach. Każda uczestniczka codziennie odpowiadała na kilka pytań reporterki – dotyczących programu i życia poza nim. Delikatne zbycie tematu rodziny kosztowało Sandrę wiele słownej gimnastyki. Na szczęście nie puścili tego fragmentu na wizji. Stała obecność kamer miała swoje plusy. Wrogo nastawione do niej siksy chowały pazurki. Włączały tryb sugar coated lies. Zgrywały siostrzyczki. Nawet ta Jula ogarniała się, gdy tylko zauważała czerwone światełko przy obiektywie.
Program podzielony był na siedem odcinków. W sześciu pierwszych cała akcja toczyła się na terenie willi. W każdym odcinku z programem żegnały się dwie dziewczyny. Decydowali jurorzy. Wielki finał organizowano w studiu telewizyjnym. Transmitowano go na żywo w antenowym prime time. Brały w nim udział cztery najlepsze uczestniczki. W finale, oprócz ocen jurorów, liczyły się też głosy widzów. Zwyciężczyni otrzymywała sto tysięcy złotych i kontrakt z wybraną przez siebie agencją modelingową. Za drugie miejsce przyznawano połowę tej kwoty i umowę z którąś z agencji pominiętych przez triumfatorkę.
Podobnie jak na castingu, do swoich występów Sandra podchodziła z pesymizmem. Nie miała luzu przed kamerą. Była pewna, że odpadnie już w premierowym odcinku. Na wybiegu i przy pozowaniu nie zaliczyła żadnej wpadki, ale na kilometr zalatywało od niej tremą. Inne laski sprawiały wrażenie bardziej obytych. Podczas ogłaszania nazwisk pierwszych wyeliminowanych nawet nie czuła stresu. Nie miała złudzeń, ze spokojem czekała na wyrok. A tu proszę. Nie wykopali jej. Niespodziewany obrót spraw napędził Sandrę. Coraz lepiej radziła sobie w towarzystwie obiektywów. Więcej się uśmiechała, zaczęła nawet żartować. W trzech kolejnych odcinkach przed ogłoszeniem werdyktu była prawie pewna pozostania w programie. I słusznie. W odcinku piątym – zawierającym konkurencję koronną, czyli przejście wybiegiem w szpilach i kostiumach kąpielowych – wypadła jeszcze lepiej. Bez trudu przeszła dalej.
Z programem pożegnała się za to Magda. Sandrze zrobiło się naprawdę przykro. Polubiła ją, liczyła, że obie dotrą do finału. Madzia nie wyglądała na załamaną, co najwyżej lekko rozczarowaną. Na odchodne stwierdziła, że i tak zaszła dalej, niż się spodziewała. Obiecywały sobie z Sandrą, że złapią się po programie. Szósty odcinek wymagał od uczestniczek demonstracji aktorskich umiejętności. Miały odegrać scenki wymyślone przez reżysera reklam. Sandra wypadła beznadziejnie. Jury to wyłapało. Przed ogłoszeniem werdyktu jedna z byłych modelek wzięła ją na bok. Powiedziała jej wprost, że powinna odpaść. Jurorzy mieli jednak do niej słabość. Poza tym nie podobał im się pomysł przesłuchań aktorskich w przedostatnim odcinku. Uznali, że to Sandrze należy się bilet do finału, tak za całokształt. Do domu odesłali Julę. Wybiegła z willi z płaczem, olała inne uczestniczki. Pożegnała się tylko z Sandrą. Pożegnała się z nią słowami: „Doprowadzę cię do samobójstwa, ty wioskowa dziwko”. Wszystko nagrały kamery. Niestety, na wizji ta scena nie poszła.
Po odpadnięciu samicy alfa konkurentki złagodniały. Przygotowania do ostatniego odcinka przebiegły w przyjacielskiej atmosferze. W dniu finału pewność siebie Sandry wróciła do punktu wyjścia. Nogi uginały się pod ciężarem pięćdziesięciu dwóch kilogramów, ciałem targały dreszcze, czerwień policzków przebijała się przez ostry makijaż. Na próbie generalnej zaniemówiła, nie była w stanie odpowiadać na pytania jury. Na backstage’u podali jej leki uspokajające. Trochę pomogły. W trakcie programu ustrzegła się kompromitujących momentów. Była jednak drętwa, w jej rozmowach z jurorami brakowało błyskotliwości czy humoru. Pierwszy raz występowała w telewizji na żywo. Próbowała zająć myśli czymś innym. Zastanawiała się, czy rodzice ją oglądają. Znajomi oglądali na pewno. Po pozostałych finalistkach też widać było tremę, tylko trochę mniejszą. Kiedy konkursowa część odcinka dobiegła końca, Sandra wyczilowała. Wisiał jej wynik. Nie miała żadnych oczekiwań. Cieszyła się, że już po wszystkim.
Zakręciło jej się w głowie, kiedy ogłoszono, że to ona wygrała w głosowaniu widzów. Zdobyła miażdżącą przewagę, ponad 70 procent głosów. Wystraszona dziewczynka z zarumienioną buźką rozkochała w sobie Polskę. Jurorzy tym razem byli bardziej surowi. Ostatecznie pierwsze miejsce zajęła opalona ślicznotka z Łodzi. Sandra była druga. Wygrała pięćdziesiąt kafli i kontrakt z agencją. Znajomi, których nie kojarzyła, prześcigali się w gratulacjach. Dostała też esemesa od brata. Rodzice milczeli. Spłynęło to po niej.
Czuła, że wszystko się zmieni, ale nie, że do tego stopnia. Podczas programu followersów przybywało jej lawinowo. Ich liczba potrafiła skoczyć o parę tysięcy w ciągu dnia. Wrzuciła kilka postów sponsorowanych. Stawki nadal nie powalały, zwłaszcza teraz, gdy czekała na przelew od stacji. W Podkowie jurorzy powtarzali Sandrze, że potrzebuje menedżerki, sam kontrakt z agencją to za mało. Skontaktowali ją z Niną. Miała już pod skrzydłami kilka dziewczyn. Sandra kojarzyła nawet część z nich z Instagrama. Alternatywy nie było, bez większego wahania nawiązała współpracę. Brała pod uwagę, że okaże się ona scamem. Bezlitosny biznes, ryzyko wkalkulowane.
Nina kręciła się koło pięćdziesiątki, traktowała dziewczyny jak własne córki. Nie ograniczała się do działalności wynikającej z zapisów w umowie. Od razu zabrała Sandrę na wychowawczą pogawędkę. Nakreśliła jej mapę zagrożeń czyhających na takie modeleczki. Mówiła o banałach, jak nieuczciwe agencje czy fotografowie ze ślinką spływającą po brodzie, ale też szerzej, o pokusach nocnej odsłony stolicy.
Sandra zapewniła, że nie kręci jej melanż. Nina parsknęła. To wywołało przypływ szczerości. Sandra wyznała, że nigdy nie spała z chłopakiem. Nina parsknęła jeszcze głośniej. Pogładziła dłoń nowej podopiecznej, zmieniła temat. Kazała Sandrze iść na studia. Wyniki matur przyszły kilka dni wcześniej. Nie było tragedii. Sandra nie miała żadnego pomysłu na kierunek, program zepchnął edukację na dalszy plan. Nina nalegała na prawo. Czemu nie, brzmiało przydatnie. Z jednym rozszerzeniem (angielski) państwowe uczelnie odpadały. Został Koźmin. Wtedy przyjmowali jeszcze większość kandydatów. Sandra załapała się na końcówkę listy.
Nina pomogła jej wynająć mieszkanie. Podsyłała oferty i chodziła z nią oglądać lokale. Nalegała na coś oddalonego trochę od centrum. Sandrze wyjątkowo spodobał się apartament na Grzybowskiej. Dwunaste piętro. Sześćdziesiąt pięć metrów w formie jednego, ogromnego pomieszczenia. Łóżko wbudowane w antresolę podwieszoną tuż pod sufitem. Latem pewnie trochę sauna, ale co tam. Designerskie meble, wszędzie czerń i biel. Panoramiczne okna, dwuwarstwowy widok: dachy wolskich kamienic, za nimi wieżowce. Sandra chciała od razu podpisywać umowę. Nina kręciła nosem. Twierdziła, że jak już młoda wkręci się w Warszawę, z tej świątyni designu zrobi się imprezowa melina. Dla Sandry to była jakaś abstrakcja. Balety nadal omijała szerokim łukiem. Ale Nina nie odpuszczała. Zwracała uwagę na cenę. Fakt, tanio nie było. To przekonało Sandrę. Podejście do pieniądza miała wtedy bardzo zachowawcze. Podziękowały wraz z agentką lukrowanej pośredniczce, pojechały na Żoliborz. Dwupokojowe mieszkanie przy Mickiewicza było znacznie mniej efektowne, ale przyjemne i urządzone z klasą. Wystawiono je w dobrej cenie. Nina dała accept. Sandra wzruszyła ramionami i podpisała roczną umowę.
Wcześniej, w pierwszych dniach po zakończeniu programu, mieszkała w hotelu. Miała ze sobą tylko dwie walizki: tę, którą wzięła z Łomży, i drugą, wypchaną ubraniami, które zostały jej po sesjach w ramach programu. Do nowego mieszkania potrzebowała więcej rzeczy. Coś tam pewnie z rodzinnego domu mogłoby się nadać, ale nie zamierzała do niego wracać. Nawet na parę chwil, tylko po bibeloty. Nie. Nie po tym, jak starzy zlali ją po programie. Rodziców już nie miała. Zadzwoniła więc do brata. Spytała, czy nie podrzuciłby jej do Warszawy ciuchów, kosmetyków i paru innych pierdół. A tamten zdziwiony. Myślał, że po programie Sandra zabaluje parę dni w stolicy i wróci na Podlasie. Naciskał na powrót. W pewnym momencie zaczął na nią krzyczeć. Od razu rzuciła słuchawką. Dopisała brata do listy osób zapomnianych w trybie natychmiastowym.
W trakcie swoich pierwszych tygodni na Żoliborzu Sandra była prawdopodobnie najspokojniejszą dziewczyną z pięciocyfrową liczbą instagramowych obserwatorów w całej Warszawie. Gdyby wierzyła w Boga, mogłaby zostać chrześcijańską influencerką. Nina kazała jej rozkręcić TikToka. Sandra nie miała na to siły. Żyła jak pustelnik. Oglądała seriale, dużo gotowała, zaczęła uczyć się francuskiego. Codziennie uprawiała jogging, chodziła na siłownię. Kupiła sobie rower. Jeździła do Kampinosu albo wzdłuż Wisły, do Wilanowa. Popołudniami spacerowała samotnie po Żoliborzu ze słuchawkami w uszach. Pracowała nad swoim gustem muzycznym. W Łomży zapuszczała sobie eskowe hity. Czasami Drake’a, The Weeknda albo G-Eazy’ego. Podczas spacerów wkręcała się w Maca Millera, Franka Oceana, Bitaminę i starsze płyty Lany. Próbowała przekonać się do jazzu, ale średnio jej podchodził.
Kariera modelki rozkręcała się powoli. Sandra wzięła udział w kilku sesjach dla nowej agencji. Nagrała filmik, w którym opowiada o sobie, na stronę i profile w socialach. Wystąpiła w reklamie odżywek białkowych. Została twarzą kampanii reklamowej nowo otwartego baru na Świętokrzyskiej. Udzieliła wywiadu Pudelkowi, porozmawiała też z dziennikarką lokalnego łomżyńskiego portalu. Co jakiś czas na jej kontach pojawiały się posty sponsorowane. Innych prawie nie dodawała. Szybko zorientowała się, że wcale nie jest instagramową bestią.
Z całą pewnością nie była bestią imprezową. Olewała zaproszenia na domówki i do klubów, które przesyłały jej obce typy. Było tego mnóstwo. Nikt nie wzbudził zainteresowania Sandry. Raz dała się wyciągnąć na miasto Magdzie, tej, z którą jako tako trzymała się w Podkowie. Myślała, że to koleżeństwo dla picu, ewentualnie z braku laku. Szare myszki z tymczasową sztamą. A tu proszę, laska sama do niej zagadała. Spotkały się w modnym lokalu na Solcu. Fajne miejsce, ogródek przylegał do parku. Sandra wolała taki luźny moodzik od przepełnionych testosteronem i botoksem mordowni w ścisłym centrum.
Gadka kleiła się umiarkowanie, co nie przeszkadzało Magdzie w intymnych wyznaniach. Nocne życie stolicy zdążyło ją już przeczołgać. Po odpadnięciu z programu wróciła do domu po rzeczy, następnego dnia znów zameldowała się w Warszawie. Zamieszkała z kumpelą. Od miesiąca toczyła oporowy melanż. Rzadko bywała trzeźwa. Przestała liczyć gachów, z którymi lądowała w wyrze. Szybko wypłukała się z floty. Przeleciała paru staruchów za hajs. Odkuła się. Poszła w białe. Waliła kreski daily. Miała nawet trochę przy sobie. Zaproponowała Sandrze wycieczkę do toalety na niucha. Ona oczywiście odmówiła. Nie podłapała też pomysłu wklejenia się do Cosmo na balet z typkami z neta. Cały wieczór przesiedziała nad jednym pornstar martini. Magda walnęła ze trzy takie. Stwierdziła, że i tak wbije się na apart do influ. Sandra zamówiła sobie taksówkę do domu. Magdzie gały wywaliło z orbit. Spytała koleżankę, czy nie słyszała o Uberze. Słyszeć słyszała, ale nie zgłębiała tematu. Rzadko wypuszczała się poza Żolkę. Wystarczył jej rower.
Wizyta koleżanek z liceum była miłą odmianą. Przyjechały we trzy. Sandra cały dzień oprowadzała je po mieście. Poszły nawet do Muzeum Narodowego. Po drodze zatrzymały się na sesyjkę przed Vitkacem. Sandra robiła zdjęcia. Pozować nie chciała. Siara opór, zwłaszcza że kumpele stylówki przyodziały raczej małomiasteczkowe. Wieczorem miały iść na kluby. Sandra proponowała Skeczyka, ale została przegłosowana. Padło na Cubano. Biforek nieźle je poskładał. Pięć półsłodkich na cztery laski, butle w obieg. Wino poszło w jakieś dwadzieścia minut. Ledwie doczołgały się do klubu. Sprawy nie ułatwiały szpile. Na szczęście wpuścili je bez kolejki. Na wejściu jeszcze welcome drink, cuba libre, rum i cola. Sandra była już konkretnie zawiana. Na parkiecie zgubiła ziomalki. Kręciła tyłkiem do „Taki Taki”. W obroty wziął ją alvaro w obcisłej koszuli. Dała mu się ogarnąć. To był jej pierwszy pocałunek. Nigdy nikomu o tym nie mówiła, i tak by nie uwierzyli. Alvaro chciał brać Sandrę do siebie. Grzecznie odmówiła. Na szczęście jej nie rozpoznał, poprosił o kontakt. Instagrama, Facebooka, numer, cokolwiek. Zaśmiała się i odeszła.
Podczas kacowania w mieszkaniu Sandry padł pomysł zagranicznego wyjazdu. Dwa tygodnie później cała czwórka wygrzewała się na last minute pod Alicante. Wyjazd był koszmarem. Dziewczyny traktowały Sandrę jak bankomat. Zaczęło się od żartów. Że „The Model” stawia, że za hajs z tv baluj, że wczasy, więc who cares, kto buli. Taka szydera niby. Ale do oddawania żadna się nie kwapiła. W dodatku wyszły z nich skończone wieśniary. Rzucały się na Hiszpanów, same zaciągały ich do mieszkania. Przez jęki nie dało się spać. Od rana wlewały w siebie przesłodzone driny i gadały o fiutach. Na Okęciu Sandra miała ochotę całować glebę jak papież. Od razu zablokowała numery całej trójki. Na wszelki wypadek zmieniła też swój. Te laski były jej ostatnimi znajomymi z Łomży. Światową stolicę prawa jazdy zostawiła za sobą.
W październiku Sandra zaczęła studia. Już pierwszego dnia znalazła się w spotlight. Laski kojarzyły ją z programu. Ciekawostka: nie miała nawet najwięcej followersów na roku. Wyprzedzała ją jakaś początkująca youtuberka, uczestnicząca w czymś na wzór „Big Brothera”. Ale telewizja to jednak telewizja. Sandra była gwiazdką numer jeden. Nie minął tydzień, a uderzyło do niej czterech typów. Wszyscy podjeżdżali pod uczelnię betami albo audi, nosili Pleina i Balenciagę. Jej to nie interesowało. Odpuliła każdego. Szybko znalazła za to nowe psiapsióły – też przyjezdne, też gwiazdeczki. Codziennie po zajęciach wyciągały ją na szamę i winko. Przesiadywały na Zbawiksie albo we Flamingu. Na bifor przed studenckim integralem zaprosiła je do siebie. Piły wódkę z colą. Miały już brać Ubera do centrum, gdy jedna z nich wyciągnęła z torebki małe pigułki. Sandra bała się narkotyków. Koleżanka spytała, czy chce wziąć z nią na pół. Ona przytaknęła. Włożyła swoją połówkę pod język, napiła się coli. Poszła do toalety. Wypluła tabsę do zlewu.
Integral robili na Nowogrodzkiej. Ta od piguł skumała się z jednym z tych, co wypisywali do Sandry. Sprawiał wrażenie szefa. Zaprowadził je do loży. Siedziało tam trzech pozostałych adoratorów, z nimi kilka dziewczyn. Towarzystwo waliło szoty. Sandra wcześniej rzadko pijała czystą. Jak już, to kieliszek, maksymalnie dwa. Teraz szła łeb w łeb z resztą. Obalili ze cztery litrowe butle, musiała wypić przynajmniej ćwiartkę. Kręciło jej się w głowie. Nie zrzucała nawet z uda dłoni chłopaka, który od początku imprezy się do niej kleił. Zatrzymywała go tylko, gdy próbował przesunąć ją wyżej.
Przed trzecią lider grupy zarządził ewakuację na jego kwadrat. Sandra chciała wracać do domu. Kumpele niemal siłą zaciągnęły ją na after. Wylądowała na Powiślu. Okna mieszkania wychodziły na BUW. Meble nie wyglądały na kupione w Ikei. Stała w kuchni z organizatorem, wywiązał się small talk. Spytała, gdzie rodzice. Odparł, że u siebie, w Aninie. Nie czekał na dalsze pytania, od razu dodał, że chata jest jego. Potem, już przy całym towarzystwie, powtórzył tę informację z dziesięć razy. W ruch poszła butelka Belvedere. Sandra wypiła jeszcze jeden kieliszek, potem odmawiała. I tak miała już dość. Siedziała na kanapie, przymykały jej się oczy.
Kiedy się ocknęła, towarzystwo akurat wychodziło. Jedna z koleżanek chciała podnieść ją z kanapy. Ona ledwie kontaktowała. Gospodarz zaproponował, żeby przespała się u niego jeszcze parę godzin. Mówił, że w tym stanie nie puści jej nawet do Ubera. Machnęła ręką, została. Poszła do sypialni. Od razu położył się obok niej. Wcześniej wskoczył w dresy. Poczuła wbijający się w pośladki wzwód. Chłopak wsunął dłoń między jej uda. Nie stawiała oporów. To było nawet przyjemne. Ogarnęła ją obojętność. On wstał i przysunął fiuta do jej twarzy. Wyobrażała sobie, że będzie znacznie większy. Przyjazny rozmiar ostatecznie ją uspokoił. Nawilżyła go, a potem w nią wszedł. Bolało tylko trochę, krwi było niewiele. Przyjemności nie czuła jednak wcale. Chłopak miał taką banię, że nie odnotował nowicjuszki. Zobaczył zakrwawioną prezerwatywę i spytał Sandrę, czy ma okres. Odpowiedziała, że na to wygląda.
Obudziła się pierwsza. Najpierw ją zmroziło. Paraliż jakiś, ledwie poruszała kończynami. Wszystko pamiętała, ale nie umiała wyjaśnić, jak to się stało. Na prześcieradle, w okolicach swojego krocza, zauważyła krew. Czyli to nie był sen. Leżała, gapiła się w sufit jak Kondrat w „Dniu Świra”. Gospodarz ciągle kimał, kołdra falowała na jego napompowanej klacie. Pościel przesiąkła zapachem wymieszanych perfum. Nagle Sandrze wjechała podnieta. Zafundowała chłopakowi pobudkę z gatunku tych przyjemniejszych. Było jej znacznie lepiej niż parę godzin wcześniej, choć oczywiście bez szczytowania. Po wszystkim typ zabrał ją na śniadanie do SAM-u. Mówił głównie o sobie, słuchaczem okazał się średnim. Ale generalnie pełna kulturka, odwiózł ją nawet na Żoliborz, chyba głównie po to, żeby przyszpanować nową tetetką. Na pożegnanie zaznaczył, że no strings attached, żadnych zobowiązań.
Sandra przekroczyła granicę, zza której nie było powrotu. Chciała nadrabiać stracony czas. Zaczęła przeglądać DM-ki zalegające w folderze „inne”. Dawno tam nie wchodziła. Zatrzymała się na etapie „99+ nieodczytanych”. Że stała się pożądanym towarem, to wiedziała, no bez przesady, głupia nie była. Ale skala zjawiska znów ją zaskoczyła. W skrzynce czekało około tysiąca wiadomości. Pisali do niej przeróżni goście. Aktor, którego kojarzyła z drugoplanowej roli w serialu o psie-policjancie. Syn lidera rynku deweloperskiego. Nastolatek wchodzący do pierwszej drużyny Legii. Kilku początkujących youtuberów i raperów. Biznesmeni z ofertami sponsoringu i tatuśkowania. Mnóstwo creepów. Największą sławą wśród nowych absztyfikantów był popularny dziennikarz, gość po czterdziestce. Jego wiadomość różniła się od pozostałych. Była znacznie dłuższa, trochę filozoficzna. Po co drugim słowie stawiał kropkę. Życzył jej, by umiała „odróżnić zło od dobra”. Ciekawe, czy mówił tak też swojej żonie.
W toku uważnej selekcji Sandra wybrała dziesięciu najatrakcyjniejszych. Tylko takich przed trzydziestką, starszych z automatu odrzucała. Odpisała na wiadomości. Nie miała doświadczenia, nie umiała ciągnąć rozmowy. Robili to na szczęście za nią. Wkręciła się w gadkę z tym chłopakiem z Legii. Był rok młodszy od niej, zasypywał ją komplementami. Spotkali się na kawie. Na żywo nie był taki do przodu. Plątał mu się język. Nadużywał zwrotu „no to dobrze”. Buziak w policzek i każdy w swoją stronę. A potem dalej bombardował ją wiadomościami. Drugie spotkanie, znów na trzeźwo. Wziął głęboki oddech, zaproponował pokój w hotelu. Zgodziła się. Skończył w kilkanaście sekund. Sandrze to nie przeszkadzało. Położył głowę na jej brzuchu i powiedział, że mogłaby rodzić mu dzieci. Na noc nie została. No strings attached.
Wzięła ją ochota na mocniejsze doznania. Zgadała się z raperem, którego ksywy wcześniej nie kojarzyła. Imię Seba pasowało do niego tak bardzo, że aż trudno było uwierzyć w jego prawdziwość. Starszy od niej, miał dwadzieścia sześć lat. Wyglądał na ulicznika. Szeroki, wydziabany, na plegar wrzucone trzynaście dwanaście. Musiała sprawdzać, co to znaczy. On nie chciał pisać, od razu zaprosił ją do siebie.
Podjechała na Grzybowską. Gdyby nie Nina, byliby sąsiadami. Mieszkał kilka pięter nad kwadratem, który miała brać. Już na wejściu zajechało ziołem. Przyjął ją prawie na waleta, w samych slipach do spania, takich trochę szerszych. Kopcił bata. Podał jej, chwilę się zawahała. Nigdy nic nie brała, nic nie jarała, nawet szluga. Niezdarnie wciągnęła dym do płuc. Ona w kaszel, on w śmiech. Wzięła jeszcze dwa buchy, trochę mniejsze. Usiedli na kanapie. Chwilę pogadali, wciągnął ją na kolana. Sandra poczuła, jak zlepiają jej się zwoje. Wszystko zwolniło, schowało się za przyjemną mgiełką. Walnęli parę luf czystej dla równowagi. Zaczęli się całować. Zrzucił z niej majtki, wjechał w nią jęzorem. Dobry był, skubany. Miała orgazm, swój pierwszy. Potem chciał brać ją od tyłu. Nie mógł stwardnieć. Wyjaśnił, że siedział wcześniej w studiu, nawciągał się z koleżkami koksu. No trudno, stwierdził, chwilę sobie poczekamy. Zjadł kamagrę w żelu. Czekając, aż zadziała, puszczał Sandrze swoje klipy. Twierdził, że robił pierwszy w Polsce rap z Kazem i Malikiem, choć nie miał z nimi kawałków. Nic jej to wtedy nie mówiło. Sam poczuł, że przynudza. Zniknął w sypialni, wrócił z pistoletem. Sandrę trzymała faza, rozbawił ją ten widok. Ćwiczyli strzelanie na pustym magazynku. Byli nadzy. Siedziała oparta o jego klatę. Kiedy żelik wjechał, wsunął się w nią bez ostrzeżenia. Jeszcze dwa razy miała wysokie loty. Chciała u niego spać. Pokręcił głową. Mówił, że od rana musi szponcić. Wypchnął ją za drzwi. Skleiła, że jechali bez zabezpieczenia. Na wszelki zarzuciła tabsę dwa cztery po. Z takim to naprawdę lepiej nie wpadać.
W ciągu następnych dwóch tygodni Sandra dymała się z trzema typami: piłkarzem, kolegą z Powiśla i jedną postacią wcześniej nieodblokowaną, kryptowalutowym milionerem, który zaczepił ją na Instagramie. Każdej takiej ustawce towarzyszył alkohol. Nawet sportowiec się napił, pewnie w obawie przed kolejnym szybkim spustem.
Sandra polubiła nietrzeźwość. Z tym od krypto wino zmieszała z ziołem. Spalili dwa jointy, była blisko wymiotów. Ale spodobał się jej ten lekki odlot po jaraniu. Bez pytania powinęła sztukę z chaty nowego znajomego. Zaczęła palić solo. Próbowała kręcić baty, nie wychodziło. Ciągnęła więc buchy z tuby. Zioło zapijała bąbelkami. Oduczyła się zasypiania na trzeźwo. Kiedy skończyła się pacyna od kryptowaluciarza, zagadała Sebę. Zrobił jej dowóz. Przy okazji opierdolił ją od góry do dołu, że mu w prywatnej wiadomości wprost z takim tematem wyjeżdża. Twierdził, że jest obserwowany. Podniecił ją ten wkurw. Dała mu się przeruchać w łazience. Przed wyjściem rzucił jej jeszcze krążek ecstasy. Na koszt firmy, młoda.
W weekendy Sandra leciała na grubo. Noc z piątku na niedzielę stała się jej nowym zwyczajem. Zwykle kluby, czasem jakaś domówka w centrum. Na jednej z imprez ktoś podsunął jej pod nos ścieżkę białego. Już nie miała w zwyczaju odmawiania. Stała się bad gyal. Wtedy można było jeszcze tak mówić.
Rockowemu trybowi życia sprzyjał zastój zawodowy. Pod koniec roku Sandra wystąpiła na pokazie. Została twarzą kampanii reklamowych dwóch kolejnych knajp. A tak to same instagramowe współprace za parę stów. Trochę mało. Nina zaczynała działać Sandrze na nerwy. Zero konkretów, same moralizatorskie gadki. Zresztą nieskuteczne, nightlife wciągnął przecież jej podopieczną, a ta nawet o tym nie wiedziała. Sandra miała dość bezczynności agentki. Kończyła jej się kasa. Wzięła sprawy w swoje ręce. Zagadała Sebę, który już regularnie dowoził jej palenie, czy nie szuka laski do klipu. On nie szukał, ale spiknął ją z kumplem. Szybko się dogadali. Parę dni później Sandra była już na planie. Powyginała się trochę w lateksowym kostiumie, dała sprzedać sobie kilka klapsów. Zarobiła za to pięć koła.
Nina dowiedziała się o tej roli, dopiero gdy chłopaki wypuścili teledysk. Odchodziła od zmysłów. Zafundowała Sandrze rekordową pogadankę. Pieprzyła coś o konieczności dbania o wizerunek. Sandra nie słuchała. Nie zdjęła z nosa ciemnych okularów, choć siedziały w środku, a na zewnątrz padało. Na rozmowę przyszła skuta jak sadomasochista kajdanami. Do południa skopciła ze dwa giety glona. Poprzedniego dnia była na release party. Potem zawinęła na Grzybowską, wiadomo z kim. Do szóstej rano dynks, kreski i dymanko. Bolał ją łeb. Na uczelni nie bywała już prawie wcale. Jak tam wpadała, to tylko na plotki. Odpuściła sobie studia. Przecież była modelką na full time. No, teoretycznie.
Z melanżowego ciągu nieoczekiwanie wyciągnął ją ten małolat z Legii. Niby cały czas coś tam do niej stukał na Insta i Mesie, ale raczej bez wczuty. Wydawało jej się, że sobie pociupciał i zmienił kwiatek. A tu pewnego dnia wyjechał z propozycją weekendu we dwoje w Narvilu. Sandra nie miała żadnych planów, telepało ją jeszcze po sylwestrowo-noworocznym wirze, zero ciśnienia na kluby czy ostrą jazdę.
Pojechali nad Zegrze. Kozak apart im ogarnął, dwupiętrowy, nad samym jeziorem, with the view. Właściwie nie wychodzili spod kołdry, jedzenie zamawiali do pokoju. Piłkarzyk, Patryk miał na imię, rozkręcił się łóżkowo, czuć było, że sportowiec, cardio fundował jej lepsze niż personalny w „The Model”. Komplementował do porzygu. Prosty chłop, ale z dobrym sercem. Chciał się zaraz hajtać. Walił frazesami, czasami Sandrze trudno było powstrzymać śmiech. Ale miało to swój urok. Pierwszy raz czuła się uwielbiana. On twierdził nawet, że ją kocha. Tego na razie wolała nie słyszeć. Po powrocie do miasta zaczęli spotykać się regularnie. Tworzyli coś w rodzaju pary. Coraz częściej spała u niego na Wilanowie. Też był przyjezdny, ze Śląska, klub opłacał mu najs mieszkanko, metraż siedemdziesiąt plus. Sandra nie chwaliła się nowym gachem w socialach. Patryk chciał ją oznaczać, ona na to, że hola, hola, wszystko po kolei.
Na pierwszy mecz rundy wiosennej poszła jako jego laska. Wjazd oczywiście miała za darmo, strefa silver. Poznała pełnoprawne wagsy. Dziewczyna innego małolata kojarzyła ją z programu. Też była nowa na Łazienkowskiej, przegadały pół meczu. Pod koniec dosiadły się do nich Portugalka i Hiszpanka, partnerki zagranicznych piłkarzy. Im Sandra wspólnej fotki z oznaczeniem nie odmówiła. Hiszpanka miała ponad trzysta tysięcy obserwujących, modela pełną gębą. Znała ludzi z „Elite”, netfliksowego serialu, który Sandra obejrzała na kacu parę tygodni wcześniej. Na profilu hiszpańskiego wagsa wisiało wspólne zdjęcie z Ester Expósito. Patryk cały mecz spędził na ławce. Potem chodził struty. Miał czutkę, że zapakuje sztukę i pokaże Sandrze serduszko.
Do końca lutego Sandra siedziała na Wilanowie częściej niż w swoim mieszkaniu. Kompletnie odstawiła roślinę. Patryk w trakcie sezonu nie pił, więc wspólne winkowanie odpadało. Solo pić nie chciała, nie czuła aż takiej potrzeby. Dwa tygodnie przejechała całkowicie na sucho, nie miała tak od lata. Rzuciła studia, oddaliła się trochę od ziomalek z Koźmina. Przestały wyciągać ją na kluby. Weekendy spędzała na kanapie. Była lojalna wobec Patryka, zlewała innych typów. Seba sam proponował dowóz, odmawiała. Niczego jej nie brakowało. Patryk woził ją po galeriach i knajpach bmw dwójką. Co kilka dni kupował jej biżuterię, ciuchy albo buty. Sobie też nie żałował, kurtka Balr, tiszerciki Gucci albo Balenciagi, pasek LV z wielką klamrą, na stopach napompowane trampy od McQueena. Sandra myślała, że jest opór dziany. Zamurowało ją, gdy wyznał, że w podstawie nie ma nawet piętnastaka na łapę. W ogóle nie oszczędzał. Sam leasing zabierał mu jedną trzecią pensji. Często dostawał fajne premie, ale od razu przewalał je w Vitkacu. Sandrze to nie przeszkadzało. Chciał, to wydawał. Nie była jego matką. Prezenty przyjmowała chętnie. On miał pierwsze objawy obsesji, ona trzecią kurtkę La Manii. Namawiał, żeby wprowadziła się do niego. Rozważała podnajęcie Mickiewicza na czarno. Kto by ją tam kontrolował.
Przyszedł przełom w modelingu. Agencja załatwiła Sandrze serię jakichś sesji i pokazów. Miała wystąpić w Berlinie, Kopenhadze i Mediolanie. Do Niny zgłosiła się duża marka streetwearowa. Płacili zaskakująco dobrze. Sandra czuła, że odkucie jest tuż, tuż.
A potem, ostatniego dnia lutego, wszystko poszło się jebać. Patryk poprosił ją o poważną rozmowę. Do tej pory tego nie robił. Obawiała się oświadczyn. Niesłusznie. Chłopak, bo tak już o nim mówiła, wrócił do domu i oznajmił, że właśnie podpisał kontrakt z Termaliką Nieciecza. Wypożyczenie do końca sezonu, z opcją przedłużenia o pół roku. Tłumaczył, że w Legii nie ma szans na regularną grę. Sama widziałaś, kotek, przyjeżdża Korona Kielce, trójkę im do przerwy ładujemy, a ja i tak przyspawany do ławki. Sandra pomyślała, że to zerwanie. Ale nie, Patryk zaraz dodał, że chciałby zabrać ją ze sobą. Od razu sprawdziła tę Niecieczę w necie. Podkarpacie, gmina Żabno, sześciuset mieszkańców. Jaja sobie, gościu, robisz. Patryk wyjaśnił, że mieszkaliby w Tarnowie. A nie, no to sorry, stary, Tarnów wszystko zmienia. Jadę w ciemno. Hermes i Loewe tam butiki zaraz otwierają. Już tak na poważnie, postawiła sprawę jasno: nie wyjedzie do żadnego Tarnowa. Za daleko do Galmoku. Była wściekła na Patryka. Mógł ją chociaż ostrzec. Bronił się, że przyszła oferta last minute przedostatniego dnia okienka. Spróbujmy pociągnąć związek na odległość, zachęcał. Jej to nie przekonywało, no ale dobra, spróbujmy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki