Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Czort - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
Audiobook
44,99 zł
3799 pkt
punktów Virtualo

Czort - ebook

Nie tak miało chyba wyglądać to całe podbijanie Warszawy, co Sanderka? Taka fajna dziewczynka była z ciebie. To jest spora rzecz, takie show telewizyjne dla modeleczek wygrać przed dwudziestką, ja w branży robię, ja swoje wiem. A jakie ty u chłopców branie miałaś! Bogatych, znanych, takich, jak lubiłaś przecież. Ale tobie dalej było mało. Więcej chciałaś, szybciej…

No to cię wziął pod skrzydła wujek Pablo, co miał nie wziąć! Oj, Sandera, wylazła z ciebie potwora potężna, jak żeśmy się lepiej poznali, czort jakiś normalnie.

Sandra – modelka przed dwudziestką, której wydawało się, że ma świat u stóp – straciła wszystko, gdy wpadła w sidła bezwzględnego manipulatora. Zamiast blasku fleszy pozostały jej blizny, gniew i pragnienie zemsty.

Tymczasem w Warszawie co kilka dni mordowane są młode dziewczyny. Coś je wszystkie łączy.Trop prowadzi do mrocznego świata, gdzie marzenia zamieniają się w koszmar.

Obsesja, przemoc i cienka granica między ofiarą a katem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8343-723-1
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

8 LUTEGO 2022, LIDKA

– Co tam, stara, szcze­kasz? Nie dosły­sza­łam, bo wieje. Aha, że cia­steczko. No się wie, że cia­steczko. Buźka wyj­ściowa, klata kosior. Innych nie biorę. W ogóle, jak ty śmiesz­nie, mordko, mówisz… Jak to że co? No że cia­steczko. Kto tak gada? Ale dobra, obczaj, co on wła­śnie odwa­lił. Od rana mówię do chłopa, że jest mood na balet. No i ten do mnie oczy­wi­ście, że git, git, mor­dziata, coś się wykmini. Przed dwu­na­stą wyszedł robić ruchy. Mnie naszło na Smolną albo, nie wiem, Luz­z­tra jakieś, te kli­maty. Odpa­li­łam sobie butlę pro­se­czio dla zabi­cia czasu, ale z tyłu bańki śmieszne sło­dy­cze, wiesz, o co cho­dzi. Ochota na lot, nor­mal­nie, jak­bym drugi tydzień cią­gnęła wira. A tu cały dzień bąbelki i pacyna. Taka chan­dra, że łyk­nę­łam „Sex Edu­ca­tion” trójkę na raz. Zaje­bi­ste, mówię ci, obej­rzyj koniecz­nie. Na czym to ja…? A, dobra. No więc stary wraca jakoś po osiem­na­stej. Od razu piłuję do niego ryja, żeby zała­twił nam wbitkę pre­mium, loża jakaś, coś w tym stylu. Prze­cież zna pół mia­sta podobno. On na to, że innym razem, bo na dzi­siaj mamy już plany. Sto­lik na dzie­wiątą w Kapa­do­cji, to plac Kon­sty­tu­cji, koja­rzysz, kicia, prawda? Ja do niego: no koja­rzę, co mam nie koja­rzyć, melina par­szywa, syf naj­gor­szy. A tam melina, odpo­wiada on, bar jak bar, zresztą chuj w lokal. Poznasz moich kum­pli, wpły­wo­wych ludzi. Będą inne dziew­czyny, polu­bi­cie się, misia, bez kitu. No to ja pytam, czy nie ma szans na zmianę planu. Uparty był. Obie­cał, że jutro po mojemu. Dobra, co zro­bić. Przed dzie­wiątą wcho­dzimy do tej Kapa­do­cji. Tamci już przy sto­liku. Pię­ciu chłopa, wszy­scy wiel­kie schaby. Mój to przy nich patyk, a prze­cież coś tam tyra. Starsi, tacy bli­żej czter­dziestki. Z nimi dwie laski, raczej w moim wieku. Od razu kumam, że zamia­stowe. Wali od nich słomą przy poda­niu łapy, hahaha, no bez kitu, Jaj­ko­wice Dolne welcome to. Na stole butelki i dwie szi­sze. Co? Jakie butelki? No wódzia, wia­domka. Weź nie prze­ry­waj. Sia­dam mię­dzy sta­rym a jedną z wiej­skich sare­nek. Ada chyba miała, mniej­sza z tym. Zama­wiam sobie drina. Sie­dzę i obcza­jam. Jeden schab się wyróż­nia. Egzo­tyczny, przy­ciem­niana skórka, włosy za ramiona, broda gęsta jak jakaś, kurwa, Ama­zo­nia, cały w dziar­kach. Latino albo ara­bo­waty. Plus size. Gadał coś, że w muzie działa i zna każ­dego. Że bez jego zgody nikt w tym kraju kariery nie zrobi. Gene­ral­nie roz­mowa się kręci wokół inte­re­sów. Mój dziwny, nie­mrawy taki. Zero gadki, przy­ta­kuje tylko i się głu­pio szcze­rzy. Nawet go o to pod­py­ta­łam. Zbył mnie, że niby wydaje mi się. Ten ciem­niej­szy przy­ciął, że szep­czemy. Zamie­nił się miej­scami z tą Adą, usiadł przy mnie. Zaje­chało turec­kim tar­giem, sza­fra­nem jakimś czy innym imbi­rem. Nawet nie zauwa­ży­łam, jak posy­pał mi kre­skę. Słu­cha­łam aku­rat jego koleżki. Coś o nie­ru­cho­mo­ściach pie­przył. Nagle ten ciemny łapie mnie za brodę. Cza­isz? Co tam? Ej, bez beki, klej dziurę. Słu­chaj. Chłop mnie z par­ty­zanta bie­rze za mordę. Ja od razu go po łapach. Ten się śmieje i obli­zuje, tak oble­śnie, że ja pier­dolę. Odwra­cam się do sta­rego. Liczę, że coś powie cho­ciaż, jakieś ej, gościu, bez takich, to moja laska, no. Ale on wzrok już wle­piony w stół. Żło­pie drina. Sztur­cham go kola­nem. Odpy­cha je, czuję, jak się trzę­sie. Ciemny znowu chwyta moją szczenę. Pospi­nało mnie tak dziw­nie jakoś, nie reago­wa­łam. Facet poka­zuje na talerz. Tam pasior. Białe bym siorb­nęła na luzie. Tylko że ta jego kre­cha cała fio­le­towa. Typ widzi, że się waham. Tusi, tłu­ma­czy, dwa ce be, młoda, taki faj­niej­szy kok­sik. Tunin­go­wane jesz­cze ketą i emą, tema­cik pro­sto z Medellín. Całe Miami już tym zawa­lone, w Mar­belli też prze­rzu­cają się na fio­let. No, kotek, zapo­daj se na klimpę. Słowo w słowo powta­rzam, stara, zapo­daj se na klimpę, z takim tek­stem wysko­czył. Otrzeź­wiło mnie to. Sam sobie, mordo, zapo­daj, mówię. To ciemny mnie łapie za nad­gar­stek. Od razu się wyry­wam, wywa­lam talerz z tym syfem na śro­dek stołu. Szybko wstaję, odska­kuję do tyłu. Ciemny znowu w śmiech. Stary zerka po koleż­kach. Serio, gościu, pytam go, oblech z łapami do two­jej laski, a ty mu nawet nie powiesz, że bastuj, ziom? I wiesz, co on na to? Słu­chaj, kurwa, bo to naj­lep­sze. Uspo­kój się, Liduś, mówi, usiądź, na spo­koj­nie poga­damy. No prze­sada. Mela na pysk, druga dla loso­wego schaba, i się stam­tąd ukrę­cam. Na początku tro­chę w płacz, pew­nie sły­chać, ale szybko się ogar­nę­łam. Lezę teraz wzdłuż trasy, w stronę Legii. Wkur­wiona opór. Cycki przed okre­sem bolą, pęcherz ciśnie, bo się tam nawet nie zdą­ży­łam odlać. O, jakaś brama. Idę sikać. Co? Nie, nie roz­łą­czaj się. Pocze­kasz sekundę, to ci jesz­cze tro­chę pona­wi­jam. Bo to się nie zaczęło dziś, te jego pazio­wate jazdy. Cze­kaj, wbi­jam w bramę. Ej…

– No?

– Co ty odpier­dalsz? Ej, serio…

– Jak to? Lidka, nie czaję.

– Ty, bez takich. Weź to…

– Lidka, halo? Co to za hałas? Jesteś?

– …

– Lidka? Jesteś? Halo?

Naj­pierw Lidka myśli, że to żul. Nawet nie dyga, bo zawod­nik ewi­dent­nie waga kogu­cia. Ale natręt to natręt. Wysko­czy do niej zaraz z łapami, będzie trzeba ucie­kać albo drzeć japę. Kie­dyś nosiła w torebce gaz, ale ostat­nio rzadko buja się po mie­ście solo. No nic, jak coś, to z czuba w jajo i sprin­tem na ulicę.

Postać w bra­mie wycho­dzi z cie­nia. Nie wygląda na klo­szarda. Na twa­rzy ma komi­niarkę, łeb zakryty kap­tu­rem. Fatal­nie. Lidka coś tam do nie­zna­jo­mego krzy­czy, ten nie reaguje. Wyciąga rękę z kie­szeni. Staje w wąskim pasku świa­tła latarni. Widać, że zaci­ska palce na kamie­niu. Lidka jesz­cze raz z nawijką, wpada w pojed­naw­czy ton. Odpo­wie­dzi znowu brak. Potem akcja przy­spie­sza. Nie­zna­jomy ude­rza ją w głowę – raz, drugi, trzeci. Kamień roz­bija czaszkę. Lidka już cała we krwi, jesz­cze kon­tak­tuje. Jęczy pod nosem, ale sama te swoje jęki led­wie sły­szy. Ple­cami dotyka ściany, powoli osuwa się na glebę, odpływa. Mię­dzy mrocz­kami dostrzega ostrze. Napast­nik łapie ją za szyję, całym cia­łem przy­gniata do muru.

Cię­żar jest zaska­ku­jąco nie­wielki, więc Lidka podej­muje walkę. Odpy­cha nie­zna­jo­mego, mimo wszystko za lekko. Ten zaczyna cia­chać ostrzem, tro­chę na oślep. Pierw­sze cię­cie led­wie muska poli­czek. Przy dru­gim nóż wcho­dzi głę­biej, rana powstaje tuż pod okiem. Przed trze­cim cio­sem Lidce udaje się uchy­lić, nie­stety tak nie­far­tow­nie, że kosa ląduje w jej szyi. Krwawy squ­irt, farba try­ska jak ropa na pustyni. Ostrze grzęź­nie w gar­dle. Napast­nik siłuje się ze swoim sprzę­tem. Trwa to kil­ka­na­ście sekund. Każdy ruch roz­sze­rza ranę. Wszę­dzie krew, pełno krwi. Tego Lidka już nie widzi, choć oczy wciąż ma otwarte.

Nóż w końcu wyśli­zguje się spo­mię­dzy tka­nek. Nie­zna­jomy wrzuca go do kie­szeni. Na chwilę zastyga nad bez­wład­nym cia­łem. Kilka razy prze­jeż­dża ostrzem po twa­rzy nie­ru­cho­mej dziew­czyny. Potem wstaje, rusza w stronę podwórka. Nie zdej­muje kap­tura. Roz­gląda się po oknach. W kilku świa­tła są poza­pa­lane, ale nie widać żad­nych ludz­kich kształ­tów. Zama­sko­wana postać znika w bra­mie po dru­giej stro­nie dzie­dzińca.

Obok ciała Lidki leży jej tele­fon, ekra­nem do dołu. Latar­nia oświe­tla różowy case, na nim błysz­czą bro­ka­towe ini­cjały: LW. Pra­wie jak LV. Ale to nie to. Lidia Warecka. Tele­fon na­dal działa. Połą­cze­nie trwa.

– Haaalooo? Liduś, mordko? Sik­nę­łaś już? Co to za hałasy? Haaalooo?2018–2021, SANDRA

To już nie te czasy, że wpada klientka z pro­win­cji do sto­licy i na widok Pałacu Kul­tury szczena zjeż­dża jej na pod­łogę. Są dziew­czyny, co w momen­cie prze­pro­wadzki znają War­szawę lepiej niż rodo­wite. No, przy­naj­mniej tę War­szawę, którą naprawdę warto znać. Latają prze­cież na gościnne występy od mało­lata. Mia­sto już tak nie przy­tła­cza. Ale kiedy San­dra po raz pierw­szy spoj­rzała z góry na mgłę spo­wi­ja­jącą Śród­mie­ście, utwier­dziła się w prze­ko­na­niu, że ame­ri­can dream śmiało można reali­zo­wać po naszej stro­nie oce­anu. To był jej debiu­tancki pora­nek na Zło­tej. Pierw­szy w roli rezy­dentki. Apar­ta­ment nie nale­żał oczy­wi­ście do niej. W mode­lingu kasa potrafi być kon­kretna, ale bez prze­sady. Parę mie­sięcy w branży nie zrobi z cie­bie Heidi Klum. Zresztą nawet gdyby San­drę było stać tam na wyna­jem, i tak by podzię­ko­wała. Ona nie z głu­pich lafi­rynd, co trzy czwarte wypłaty prze­pusz­czają na fleks. Są lep­sze spo­soby na wkle­je­nie się pod czter­dziestkę czwórkę niż bule­nie trzy­dzie­stu koła mie­sięcz­nie za sto parę­dzie­siąt metrów.

W przy­padku San­dry tym spo­so­bem był Pablo. Tak wtedy o tym myślała – że to on był spo­so­bem, jakąś tram­po­liną. Oj, z tym to prze­strze­liła fest, przy­znaje się teraz do tego bez bicia. Pablo zapew­niał, że cha­wir jest jego. Za gotówkę bra­łem, kicia, nie wkrę­cam. San­dra do dziś nie wie, czy wkrę­cał. Lubił wkrę­cać, to na pewno. No i dobry w tym był, trzeba mu oddać. Mogła poła­pać się szyb­ciej. Roz­cza­ro­wała samą sie­bie. Myślała, że jest bystrzej­sza. Oka­zała się naiwną mało­latą. A tak z nich lała in her rising star era. Ale po kolei.

Do War­szawy San­dra przy­je­chała z Łomży. W swo­ich stro­nach ucho­dziła za mode­leczkę. Sprzy­jała temu nie­wielka kon­ku­ren­cja. Od dzie­ciaka zawsze była tą naj­ład­niej­szą z towa­rzy­stwa. Laski patrzyły na nią spode łba. Do chłop­ców jej nie cią­gnęło. Może i by do niej star­to­wali, ale na cho­lerę uga­niać się mie­sią­cami za sfo­cho­waną wan­nabe Emratki, jak wokół pełno faj­nych dżag, co ci zro­bią dobrze ręką po dwu­setce piw­nicz­nego bim­berku. Nie­liczne kum­pele nama­wiały San­drę, żeby zgło­siła się na jakiś casting. Ona odma­wiała. Uwa­żała, że jest za niska. Fak­tycz­nie, trudno robić karierę na wybiegu, jak nie prze­kra­czasz metra sie­dem­dzie­się­ciu. Na początku liceum pogo­dziła się z tym, że tak jej już zosta­nie. Zasko­czyło tuż po szes­na­stych uro­dzi­nach. W nie­cały rok uro­sła sie­dem cen­ty­me­trów. Bolało jak skur­wy­syn. Leka­rze prze­cie­rali oczy ze zdu­mie­nia. Wyja­śniali, że u chło­pa­ków takie skoki zda­rzają się nawet po osiem­na­stce, ale prze­cież mówimy o dziew­czy­nie, a zatem mamy praw­dziwy ewe­ne­ment. San­dra uznała to za znak. Od Boga, od losu, od wła­snego ciała – kwe­stia dru­go­rzędna. Liczył się efekt.

Zaczęła cho­dzić na sesje i castingi. Kilka tygo­dni przed osiem­nastką wygrała kon­kurs Miss Nasto­la­tek Ziemi Łom­żyń­skiej. Wsty­dziła się tego tytułu. Kon­ku­rentki wyglą­dały na ode­rwane od pługa. Teraz się to tro­chę pozmie­niało, ostat­nio spraw­dzała. Lau­re­atki mają po kil­ka­dzie­siąt tysięcy obser­wu­ją­cych na Insta, na Tik­Toku cztery razy tyle wyświe­tleń. Cał­kiem wyj­ściowe lale. Skró­cił się ten dystans mię­dzy Pod­la­siem a War­szawą, nie ma co. A minęło prze­cież led­wie parę lat. San­drę, kiedy koro­no­wano ją na kró­lową pro­win­cji, na Insta­gra­mie śle­dziły nie­całe trzy tysiące. Ciu­chy kupo­wała w Vene­dzie, od święta w Juro­wiec­kiej, jak sta­rzy mieli jakiś inte­res w Bia­łym. W Łomży i tak zali­czała się do ści­słej czo­łówki.

Ale już na regio­nal­nym castingu do „The Model”, naj­więk­szego w Pol­sce mode­lin­go­wego reality show, bia­ło­stoc­kie gwiaz­deczki patrzyły na nią z góry. Była tam naj­młod­sza, nie miała jesz­cze skoń­czo­nych dzie­więt­na­stu lat. Na roz­sta­wiony przed Pała­cem Bra­nic­kich wybieg wraz z nią weszły drgawki i dusz­no­ści. Była pewna, że juro­rzy skre­ślili ją już na star­cie. Chciała znik­nąć, tak ją stre­sik prze­trze­pał. Dopiero póź­niej, na zdję­ciach i nagra­niach, zoba­czyła, że z boku wcale nie wyglą­dało to tak źle. Roz­krę­cała się z każ­dym kro­kiem. Przy trze­cim przej­ściu trema wypa­ro­wała.

Po ogło­sze­niu wyni­ków San­dra miała wra­że­nie, że rywalki wydra­pią jej gały. Nie kusiła losu, nie poże­gnała się z żadną. Zawi­nęła z szatni torbę, wybie­gła tyl­nym wyj­ściem. Do PKS-u wle­ciała w szpi­lach. Był pra­wie pusty. Gru­bawy nerd śli­nił się do niej przez całą drogę. Raz mu nawet uśmiech ode­słała. Myślała o tym, co usły­szała od juro­rów. Że jest nie­oszli­fo­wa­nym dia­men­ci­kiem, że jak Pol­ska długa i sze­roka, takiego talentu jesz­cze nie widzieli, że oni już zadbają o to, aby nie prze­pa­dła. Całą czwórkę znała z tele­wi­zji. Dwie byłe modelki, dwaj czo­łowi pro­jek­tanci. Zasta­na­wiała się, czy mówią tak każ­dej, która jako tako wyróż­nia się na tle zahu­ka­nych pind. Kogoś prze­cież wybrać muszą.

Następ­nego dnia o swoim suk­ce­sie poin­for­mo­wała rodzi­ców. Wcze­śniej nie mówiła im nawet, że bie­rze udział w castingu. Nie liczyła na zwy­cię­stwo. Co by to zmie­niło? Wyśmia­liby ją i tyle. Miała rację. Na wieść o wej­ściu córki do finału ogól­no­pol­skiego kon­kursu pięk­no­ści ojciec San­dry nie pod­niósł nawet wzroku znad gazety. Par­sk­nął tylko śmie­chem i prze­wró­cił stronę. Zachlany dureń. Coun­try Billy z Pod­la­sia. San­dra ni­gdy za nim nie prze­pa­dała. Matka pod­ła­pała temat kon­kursu. Prze­że­gnała się, zaczęła drzeć na córę ryja. Że w sto­licy „sodo­mia i gomo­ria”, że, ola­boga, jaki to wstyd przed sąsia­dami, dziecko jej wła­sne świe­cące dupą na oczach całej Pol­ski. Posta­wiła San­drze ulti­ma­tum: jeśli poje­dziesz na ten finał, nie poka­zuj się wię­cej w rodzin­nych stro­nach. Say no more, mum.

San­dra prze­bim­bała u sta­rych jesz­cze kilka tygo­dni. Wła­ści­wie nie roz­ma­wiali. Raz do domu wpadł jej brat. Zbli­żał się już wtedy do trzy­dziestki, od dawna był na swoim. Miesz­kał w Suwał­kach. Żona, dwójka dzieci, trze­cie w dro­dze. Pro­wa­dził firmę trans­por­tową, roz­sy­łał busia­rzy po całej Euro­pie. Jak na gościa mówią­cego „dla jego” not bad. San­dra opo­wie­działa bratu o kon­kur­sie i reak­cji rodzi­ców. Zgry­wał wspie­ra­ją­cego, ale koniec koń­ców nama­wiał ją, żeby została. Za kilka dni miała pisać maturę. Zapew­nił, że jeśli pój­dzie na stu­dia w Bia­łym, już w waka­cje znaj­dzie jej posadę w swo­jej fir­mie. Admi­ni­stra­cja, księ­go­wość, logi­styka, coś się zawsze wymy­śli. „Będziesz miała pracę biu­rową” – powie­dział to takim tonem, jakby uchy­lał przed nią bramy raju. Temp­ting as fuck, stary, ale dzięki.

Matury ustne pousta­wiała sobie tak, żeby obsko­czyć wszystko przed star­tem pro­gramu. Ostatni egza­min zali­czyła dzień przed wyjaz­dem. Nie spo­dzie­wała się żad­nych prób zatrzy­ma­nia córeczki w domu, ale na wszelki wypa­dek na noc poszła do kum­peli. Wcze­śniej poin­for­mo­wała mamę o wyjeź­dzie. Ta nie ode­zwała się ani jed­nym sło­wem. Nie zare­ago­wała na „Cześć”, nie pro­siła o żaden sygnał z War­szawy. Jej strata. San­dra była już w miarę samo­dzielna. Przez cały poprzedni rok pra­co­wała wie­czo­rami jako kel­nerka. Miała na kon­cie kilka insta­gra­mo­wych współ­prac. Cztery tysiące fol­lo­wer­sów, zawsze coś. Rekla­mo­wała głów­nie kosme­tyki. Raz wysłali jej do pod­pro­mo­wa­nia jakieś ciu­chy na siłow­nię. Kilka stó­wek za post, lep­sze to niż nic. Kupiła jesz­cze ethe­reum, było aku­rat w dołku. Zna­la­zła kanał począt­ku­ją­cego youtu­bera od krypto. Radził, żeby zdy­wer­sy­fi­ko­wać port­fel inwe­sty­cyjny. Musiała googlo­wać, co to zna­czy. Potem prze­rzu­ciła tro­chę eth na bit­co­ina i mniej­sze pro­jekty. Wszystko rosło ele­gancko. Wypła­ciła na górce. Łącz­nie odło­żyła pra­wie czter­dzie­ści kafli.

Z pro­gramu przy­słali po nią furę. Po cichu liczyła na powiew Medio­lanu już na łom­żyń­skim dworcu. Myślami odle­ciała: merol, przy­ciem­niane szyby, szo­fer w peł­nym smo­kingu, asy­stentka, która rów­nie dobrze sama mogłaby star­to­wać w kon­kur­sie. Błę­kitna skoda zapar­ko­wana przy torach przy­po­mniała jej, że do speł­nia­nia marzeń na­dal długa droga. Obok fury stał chu­dziutki oku­lar­nik, nie­wiele od San­dry star­szy. Przed­sta­wił się jako Łukasz. Wyglą­dał na typa z poli­budy. Był miły, choć mało wyga­dany. San­dra usnęła, zanim wyje­chali z Łomży. Obu­dziła się, gdy mijali Ikeę na Tar­gówku. Trudno w to uwie­rzyć, ale wjeż­dżała do War­szawy dopiero po raz czwarty. Kiedy miała sześć lat, przy­je­chała do sto­licy na week­end z rodziną. Potem były jesz­cze dwie wycieczki szkolne. Zawsze tylko Pałac Kul­tury, sta­rówka i Łazienki. Ewe­ne­ment, pod­la­ska ska­mie­lina. Miała zna­jome, co kilka razy w mie­siącu śmi­gały do Wawki na balety.

Łukasz zawiózł San­drę pro­sto do Pod­kowy Leśnej. Tam znaj­do­wał się dom, w któ­rym uczest­niczki finału miały spę­dzić kolejny mie­siąc. Powiało LA albo innym Miami. San­dra nie miała świa­do­mo­ści, że w Pol­sce budują cha­łupy z tej ligi. Juro­rzy cze­kali na nią przy base­nie. San­dra witała się z nimi wil­gotną dło­nią. Cała czwórka ocie­kała lukrem. Ostrze­gali, że przed kame­rami nie zawsze będą tacy milusi.

Uczest­niczki zakwa­te­ro­wano w podwój­nych poko­jach. San­dra zamiesz­kała z Magdą, zwy­cięż­czy­nią castingu w Zachod­nio­po­mor­skiem. Magda była od niej rok star­sza. Pocho­dziła z Polic, a więc jesz­cze więk­szej dziury niż Łomża. Tylko że miała dzia­nych sta­rych. Dużo podró­żo­wała, od roku stu­dio­wała w Pozna­niu. Nie trak­to­wała San­dry jak zahu­ka­nej wie­śniaczki. Miło, że cho­ciaż ona jedna. Pozo­stałe uczest­niczki na każ­dym kroku czę­sto­wały ją zdzi­ro­wa­tymi spoj­rze­niami. Prym wio­dła w tym Jula, dwu­dzie­sto­dwu­latka z War­szawy, samo­zwań­cza fawo­rytka do koń­co­wego triumfu i wyjąt­kowa bad bitch. Przy­je­chała do Pod­kowy z pro­stym pla­nem: wywę­szyć ofiarę i nisz­czyć jej życie. Padło na San­drę, ryko­sze­tem obry­wało się Mag­dzie. Wspólna rola sza­rych myszek szybko sce­men­to­wała ich kum­pel­stwo.

Zasady pro­gramu były nastę­pu­jące: dziew­czyny rywa­li­zo­wały ze sobą w kon­ku­ren­cjach takich jak spa­cery po wybiegu w róż­nego rodzaju obu­wiu, pozo­wa­nie w tema­tycz­nych sty­li­za­cjach czy aktor­skie występy przez kamerą. Po godzi­nach w ramach wolon­ta­riatu odwie­dzały chwy­ta­jące za serce miej­sca, schro­ni­ska dla psów, dzie­cięce hospi­cja albo oddziały onko­lo­giczne. Oczy­wi­ście jeź­dziła tam z nimi kamera. San­drę i Magdę wysłano aku­rat do pie­sków. Bar­dzo ucie­szył je ten przy­dział. Raz, że słod­kie futrzaczki, wia­domka, a dwa, że obie wolały unik­nąć nie­zręcz­nych roz­mów z umie­ra­ją­cymi kil­ku­lat­kami.

Bio­rące udział w pro­gra­mie dziew­czyny nagry­wane były wła­ści­wie bez prze­rwy. Kamera towa­rzy­szyła im w sto­łówce, przy base­nie, cza­sami nawet w poko­jach. Każda uczest­niczka codzien­nie odpo­wia­dała na kilka pytań repor­terki – doty­czą­cych pro­gramu i życia poza nim. Deli­katne zby­cie tematu rodziny kosz­to­wało San­drę wiele słow­nej gim­na­styki. Na szczę­ście nie puścili tego frag­mentu na wizji. Stała obec­ność kamer miała swoje plusy. Wrogo nasta­wione do niej siksy cho­wały pazurki. Włą­czały tryb sugar coated lies. Zgry­wały sio­strzyczki. Nawet ta Jula ogar­niała się, gdy tylko zauwa­żała czer­wone świa­tełko przy obiek­ty­wie.

Pro­gram podzie­lony był na sie­dem odcin­ków. W sze­ściu pierw­szych cała akcja toczyła się na tere­nie willi. W każ­dym odcinku z pro­gra­mem żegnały się dwie dziew­czyny. Decy­do­wali juro­rzy. Wielki finał orga­ni­zo­wano w stu­diu tele­wi­zyj­nym. Trans­mi­to­wano go na żywo w ante­no­wym prime time. Brały w nim udział cztery naj­lep­sze uczest­niczki. W finale, oprócz ocen juro­rów, liczyły się też głosy widzów. Zwy­cięż­czyni otrzy­my­wała sto tysięcy zło­tych i kon­trakt z wybraną przez sie­bie agen­cją mode­lin­gową. Za dru­gie miej­sce przy­zna­wano połowę tej kwoty i umowę z któ­rąś z agen­cji pomi­nię­tych przez trium­fa­torkę.

Podob­nie jak na castingu, do swo­ich wystę­pów San­dra pod­cho­dziła z pesy­mi­zmem. Nie miała luzu przed kamerą. Była pewna, że odpad­nie już w pre­mie­ro­wym odcinku. Na wybiegu i przy pozo­wa­niu nie zali­czyła żad­nej wpadki, ale na kilo­metr zala­ty­wało od niej tremą. Inne laski spra­wiały wra­że­nie bar­dziej oby­tych. Pod­czas ogła­sza­nia nazwisk pierw­szych wyeli­mi­no­wa­nych nawet nie czuła stresu. Nie miała złu­dzeń, ze spo­ko­jem cze­kała na wyrok. A tu pro­szę. Nie wyko­pali jej. Nie­spo­dzie­wany obrót spraw napę­dził San­drę. Coraz lepiej radziła sobie w towa­rzy­stwie obiek­ty­wów. Wię­cej się uśmie­chała, zaczęła nawet żar­to­wać. W trzech kolej­nych odcin­kach przed ogło­sze­niem wer­dyktu była pra­wie pewna pozo­sta­nia w pro­gra­mie. I słusz­nie. W odcinku pią­tym – zawie­ra­ją­cym kon­ku­ren­cję koronną, czyli przej­ście wybie­giem w szpi­lach i kostiu­mach kąpie­lo­wych – wypa­dła jesz­cze lepiej. Bez trudu prze­szła dalej.

Z pro­gra­mem poże­gnała się za to Magda. San­drze zro­biło się naprawdę przy­kro. Polu­biła ją, liczyła, że obie dotrą do finału. Madzia nie wyglą­dała na zała­maną, co naj­wy­żej lekko roz­cza­ro­waną. Na odchodne stwier­dziła, że i tak zaszła dalej, niż się spo­dzie­wała. Obie­cy­wały sobie z San­drą, że zła­pią się po pro­gra­mie. Szó­sty odci­nek wyma­gał od uczest­ni­czek demon­stra­cji aktor­skich umie­jęt­no­ści. Miały ode­grać scenki wymy­ślone przez reży­sera reklam. San­dra wypa­dła bez­na­dziej­nie. Jury to wyła­pało. Przed ogło­sze­niem wer­dyktu jedna z byłych mode­lek wzięła ją na bok. Powie­działa jej wprost, że powinna odpaść. Juro­rzy mieli jed­nak do niej sła­bość. Poza tym nie podo­bał im się pomysł prze­słu­chań aktor­skich w przed­ostat­nim odcinku. Uznali, że to San­drze należy się bilet do finału, tak za cało­kształt. Do domu ode­słali Julę. Wybie­gła z willi z pła­czem, olała inne uczest­niczki. Poże­gnała się tylko z San­drą. Poże­gnała się z nią sło­wami: „Dopro­wa­dzę cię do samo­bój­stwa, ty wio­skowa dziwko”. Wszystko nagrały kamery. Nie­stety, na wizji ta scena nie poszła.

Po odpad­nię­ciu samicy alfa kon­ku­rentki zła­god­niały. Przy­go­to­wa­nia do ostat­niego odcinka prze­bie­gły w przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze. W dniu finału pew­ność sie­bie San­dry wró­ciła do punktu wyj­ścia. Nogi ugi­nały się pod cię­ża­rem pięć­dzie­się­ciu dwóch kilo­gra­mów, cia­łem tar­gały dresz­cze, czer­wień policz­ków prze­bi­jała się przez ostry maki­jaż. Na pró­bie gene­ral­nej zanie­mó­wiła, nie była w sta­nie odpo­wia­dać na pyta­nia jury. Na back­stage’u podali jej leki uspo­ka­ja­jące. Tro­chę pomo­gły. W trak­cie pro­gramu ustrze­gła się kom­pro­mi­tu­ją­cych momen­tów. Była jed­nak drę­twa, w jej roz­mo­wach z juro­rami bra­ko­wało bły­sko­tli­wo­ści czy humoru. Pierw­szy raz wystę­po­wała w tele­wi­zji na żywo. Pró­bo­wała zająć myśli czymś innym. Zasta­na­wiała się, czy rodzice ją oglą­dają. Zna­jomi oglą­dali na pewno. Po pozo­sta­łych fina­list­kach też widać było tremę, tylko tro­chę mniej­szą. Kiedy kon­kur­sowa część odcinka dobie­gła końca, San­dra wyczi­lo­wała. Wisiał jej wynik. Nie miała żad­nych ocze­ki­wań. Cie­szyła się, że już po wszyst­kim.

Zakrę­ciło jej się w gło­wie, kiedy ogło­szono, że to ona wygrała w gło­so­wa­niu widzów. Zdo­była miaż­dżącą prze­wagę, ponad 70 pro­cent gło­sów. Wystra­szona dziew­czynka z zaru­mie­nioną buźką roz­ko­chała w sobie Pol­skę. Juro­rzy tym razem byli bar­dziej surowi. Osta­tecz­nie pierw­sze miej­sce zajęła opa­lona ślicz­notka z Łodzi. San­dra była druga. Wygrała pięć­dzie­siąt kafli i kon­trakt z agen­cją. Zna­jomi, któ­rych nie koja­rzyła, prze­ści­gali się w gra­tu­la­cjach. Dostała też ese­mesa od brata. Rodzice mil­czeli. Spły­nęło to po niej.

Czuła, że wszystko się zmieni, ale nie, że do tego stop­nia. Pod­czas pro­gramu fol­lo­wer­sów przy­by­wało jej lawi­nowo. Ich liczba potra­fiła sko­czyć o parę tysięcy w ciągu dnia. Wrzu­ciła kilka postów spon­so­ro­wa­nych. Stawki na­dal nie powa­lały, zwłasz­cza teraz, gdy cze­kała na prze­lew od sta­cji. W Pod­ko­wie juro­rzy powta­rzali San­drze, że potrze­buje mene­dżerki, sam kon­trakt z agen­cją to za mało. Skon­tak­to­wali ją z Niną. Miała już pod skrzy­dłami kilka dziew­czyn. San­dra koja­rzyła nawet część z nich z Insta­grama. Alter­na­tywy nie było, bez więk­szego waha­nia nawią­zała współ­pracę. Brała pod uwagę, że okaże się ona sca­mem. Bez­li­to­sny biz­nes, ryzyko wkal­ku­lo­wane.

Nina krę­ciła się koło pięć­dzie­siątki, trak­to­wała dziew­czyny jak wła­sne córki. Nie ogra­ni­czała się do dzia­łal­no­ści wyni­ka­ją­cej z zapi­sów w umo­wie. Od razu zabrała San­drę na wycho­waw­czą poga­wędkę. Nakre­śliła jej mapę zagro­żeń czy­ha­ją­cych na takie mode­leczki. Mówiła o bana­łach, jak nie­uczciwe agen­cje czy foto­gra­fo­wie ze ślinką spły­wa­jącą po bro­dzie, ale też sze­rzej, o poku­sach noc­nej odsłony sto­licy.

San­dra zapew­niła, że nie kręci jej melanż. Nina par­sk­nęła. To wywo­łało przy­pływ szcze­ro­ści. San­dra wyznała, że ni­gdy nie spała z chło­pa­kiem. Nina par­sk­nęła jesz­cze gło­śniej. Pogła­dziła dłoń nowej pod­opiecz­nej, zmie­niła temat. Kazała San­drze iść na stu­dia. Wyniki matur przy­szły kilka dni wcze­śniej. Nie było tra­ge­dii. San­dra nie miała żad­nego pomy­słu na kie­ru­nek, pro­gram zepchnął edu­ka­cję na dal­szy plan. Nina nale­gała na prawo. Czemu nie, brzmiało przy­dat­nie. Z jed­nym roz­sze­rze­niem (angiel­ski) pań­stwowe uczel­nie odpa­dały. Został Koź­min. Wtedy przyj­mo­wali jesz­cze więk­szość kan­dy­da­tów. San­dra zała­pała się na koń­cówkę listy.

Nina pomo­gła jej wyna­jąć miesz­ka­nie. Pod­sy­łała oferty i cho­dziła z nią oglą­dać lokale. Nale­gała na coś odda­lo­nego tro­chę od cen­trum. San­drze wyjąt­kowo spodo­bał się apar­ta­ment na Grzy­bow­skiej. Dwu­na­ste pię­tro. Sześć­dzie­siąt pięć metrów w for­mie jed­nego, ogrom­nego pomiesz­cze­nia. Łóżko wbu­do­wane w antre­solę pod­wie­szoną tuż pod sufi­tem. Latem pew­nie tro­chę sauna, ale co tam. Desi­gner­skie meble, wszę­dzie czerń i biel. Pano­ra­miczne okna, dwu­war­stwowy widok: dachy wol­skich kamie­nic, za nimi wie­żowce. San­dra chciała od razu pod­pi­sy­wać umowę. Nina krę­ciła nosem. Twier­dziła, że jak już młoda wkręci się w War­szawę, z tej świą­tyni desi­gnu zrobi się impre­zowa melina. Dla San­dry to była jakaś abs­trak­cja. Balety na­dal omi­jała sze­ro­kim łukiem. Ale Nina nie odpusz­czała. Zwra­cała uwagę na cenę. Fakt, tanio nie było. To prze­ko­nało San­drę. Podej­ście do pie­nią­dza miała wtedy bar­dzo zacho­waw­cze. Podzię­ko­wały wraz z agentką lukro­wa­nej pośred­niczce, poje­chały na Żoli­borz. Dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie przy Mic­kie­wi­cza było znacz­nie mniej efek­towne, ale przy­jemne i urzą­dzone z klasą. Wysta­wiono je w dobrej cenie. Nina dała accept. San­dra wzru­szyła ramio­nami i pod­pi­sała roczną umowę.

Wcze­śniej, w pierw­szych dniach po zakoń­cze­niu pro­gramu, miesz­kała w hotelu. Miała ze sobą tylko dwie walizki: tę, którą wzięła z Łomży, i drugą, wypchaną ubra­niami, które zostały jej po sesjach w ramach pro­gramu. Do nowego miesz­ka­nia potrze­bo­wała wię­cej rze­czy. Coś tam pew­nie z rodzin­nego domu mogłoby się nadać, ale nie zamie­rzała do niego wra­cać. Nawet na parę chwil, tylko po bibe­loty. Nie. Nie po tym, jak sta­rzy zlali ją po pro­gra­mie. Rodzi­ców już nie miała. Zadzwo­niła więc do brata. Spy­tała, czy nie pod­rzu­ciłby jej do War­szawy ciu­chów, kosme­ty­ków i paru innych pier­dół. A tam­ten zdzi­wiony. Myślał, że po pro­gra­mie San­dra zaba­luje parę dni w sto­licy i wróci na Pod­la­sie. Naci­skał na powrót. W pew­nym momen­cie zaczął na nią krzy­czeć. Od razu rzu­ciła słu­chawką. Dopi­sała brata do listy osób zapo­mnia­nych w try­bie natych­mia­sto­wym.

W trak­cie swo­ich pierw­szych tygo­dni na Żoli­bo­rzu San­dra była praw­do­po­dob­nie naj­spo­koj­niej­szą dziew­czyną z pię­cio­cy­frową liczbą insta­gra­mo­wych obser­wa­to­rów w całej War­sza­wie. Gdyby wie­rzyła w Boga, mogłaby zostać chrze­ści­jań­ską influ­en­cerką. Nina kazała jej roz­krę­cić Tik­Toka. San­dra nie miała na to siły. Żyła jak pustel­nik. Oglą­dała seriale, dużo goto­wała, zaczęła uczyć się fran­cu­skiego. Codzien­nie upra­wiała jog­ging, cho­dziła na siłow­nię. Kupiła sobie rower. Jeź­dziła do Kam­pi­nosu albo wzdłuż Wisły, do Wila­nowa. Popo­łu­dniami spa­ce­ro­wała samot­nie po Żoli­bo­rzu ze słu­chaw­kami w uszach. Pra­co­wała nad swoim gustem muzycz­nym. W Łomży zapusz­czała sobie eskowe hity. Cza­sami Drake’a, The Weeknda albo G-Eazy’ego. Pod­czas spa­ce­rów wkrę­cała się w Maca Mil­lera, Franka Oce­ana, Bita­minę i star­sze płyty Lany. Pró­bo­wała prze­ko­nać się do jazzu, ale śred­nio jej pod­cho­dził.

Kariera modelki roz­krę­cała się powoli. San­dra wzięła udział w kilku sesjach dla nowej agen­cji. Nagrała fil­mik, w któ­rym opo­wiada o sobie, na stronę i pro­file w socia­lach. Wystą­piła w rekla­mie odży­wek biał­ko­wych. Została twa­rzą kam­pa­nii rekla­mo­wej nowo otwar­tego baru na Świę­to­krzy­skiej. Udzie­liła wywiadu Pudel­kowi, poroz­ma­wiała też z dzien­ni­karką lokal­nego łom­żyń­skiego por­talu. Co jakiś czas na jej kon­tach poja­wiały się posty spon­so­ro­wane. Innych pra­wie nie doda­wała. Szybko zorien­to­wała się, że wcale nie jest insta­gra­mową bestią.

Z całą pew­no­ścią nie była bestią impre­zową. Ole­wała zapro­sze­nia na domówki i do klu­bów, które prze­sy­łały jej obce typy. Było tego mnó­stwo. Nikt nie wzbu­dził zain­te­re­so­wa­nia San­dry. Raz dała się wycią­gnąć na mia­sto Mag­dzie, tej, z którą jako tako trzy­mała się w Pod­ko­wie. Myślała, że to kole­żeń­stwo dla picu, ewen­tu­al­nie z braku laku. Szare myszki z tym­cza­sową sztamą. A tu pro­szę, laska sama do niej zaga­dała. Spo­tkały się w mod­nym lokalu na Solcu. Fajne miej­sce, ogró­dek przy­le­gał do parku. San­dra wolała taki luźny moodzik od prze­peł­nio­nych testo­ste­ro­nem i botok­sem mor­downi w ści­słym cen­trum.

Gadka kle­iła się umiar­ko­wa­nie, co nie prze­szka­dzało Mag­dzie w intym­nych wyzna­niach. Nocne życie sto­licy zdą­żyło ją już prze­czoł­gać. Po odpad­nię­ciu z pro­gramu wró­ciła do domu po rze­czy, następ­nego dnia znów zamel­do­wała się w War­sza­wie. Zamiesz­kała z kum­pelą. Od mie­siąca toczyła opo­rowy melanż. Rzadko bywała trzeźwa. Prze­stała liczyć gachów, z któ­rymi lądo­wała w wyrze. Szybko wypłu­kała się z floty. Prze­le­ciała paru sta­ru­chów za hajs. Odkuła się. Poszła w białe. Waliła kre­ski daily. Miała nawet tro­chę przy sobie. Zapro­po­no­wała San­drze wycieczkę do toa­lety na niu­cha. Ona oczy­wi­ście odmó­wiła. Nie pod­ła­pała też pomy­słu wkle­je­nia się do Cosmo na balet z typ­kami z neta. Cały wie­czór prze­sie­działa nad jed­nym por­n­star mar­tini. Magda wal­nęła ze trzy takie. Stwier­dziła, że i tak wbije się na apart do influ. San­dra zamó­wiła sobie tak­sówkę do domu. Mag­dzie gały wywa­liło z orbit. Spy­tała kole­żankę, czy nie sły­szała o Ube­rze. Sły­szeć sły­szała, ale nie zgłę­biała tematu. Rzadko wypusz­czała się poza Żolkę. Wystar­czył jej rower.

Wizyta kole­ża­nek z liceum była miłą odmianą. Przy­je­chały we trzy. San­dra cały dzień opro­wa­dzała je po mie­ście. Poszły nawet do Muzeum Naro­do­wego. Po dro­dze zatrzy­mały się na sesyjkę przed Vit­ka­cem. San­dra robiła zdję­cia. Pozo­wać nie chciała. Siara opór, zwłasz­cza że kum­pele sty­lówki przy­odziały raczej mało­mia­stecz­kowe. Wie­czo­rem miały iść na kluby. San­dra pro­po­no­wała Ske­czyka, ale została prze­gło­so­wana. Padło na Cubano. Bifo­rek nie­źle je poskła­dał. Pięć pół­słod­kich na cztery laski, butle w obieg. Wino poszło w jakieś dwa­dzie­ścia minut. Led­wie doczoł­gały się do klubu. Sprawy nie uła­twiały szpile. Na szczę­ście wpu­ścili je bez kolejki. Na wej­ściu jesz­cze welcome drink, cuba libre, rum i cola. San­dra była już kon­kret­nie zawiana. Na par­kie­cie zgu­biła zio­malki. Krę­ciła tył­kiem do „Taki Taki”. W obroty wziął ją alvaro w obci­słej koszuli. Dała mu się ogar­nąć. To był jej pierw­szy poca­łu­nek. Ni­gdy nikomu o tym nie mówiła, i tak by nie uwie­rzyli. Alvaro chciał brać San­drę do sie­bie. Grzecz­nie odmó­wiła. Na szczę­ście jej nie roz­po­znał, popro­sił o kon­takt. Insta­grama, Face­bo­oka, numer, cokol­wiek. Zaśmiała się i ode­szła.

Pod­czas kaco­wa­nia w miesz­ka­niu San­dry padł pomysł zagra­nicz­nego wyjazdu. Dwa tygo­dnie póź­niej cała czwórka wygrze­wała się na last minute pod Ali­cante. Wyjazd był kosz­ma­rem. Dziew­czyny trak­to­wały San­drę jak ban­ko­mat. Zaczęło się od żar­tów. Że „The Model” sta­wia, że za hajs z tv baluj, że wczasy, więc who cares, kto buli. Taka szy­dera niby. Ale do odda­wa­nia żadna się nie kwa­piła. W dodatku wyszły z nich skoń­czone wie­śniary. Rzu­cały się na Hisz­pa­nów, same zacią­gały ich do miesz­ka­nia. Przez jęki nie dało się spać. Od rana wle­wały w sie­bie prze­sło­dzone driny i gadały o fiu­tach. Na Okę­ciu San­dra miała ochotę cało­wać glebę jak papież. Od razu zablo­ko­wała numery całej trójki. Na wszelki wypa­dek zmie­niła też swój. Te laski były jej ostat­nimi zna­jo­mymi z Łomży. Świa­tową sto­licę prawa jazdy zosta­wiła za sobą.

W paź­dzier­niku San­dra zaczęła stu­dia. Już pierw­szego dnia zna­la­zła się w spo­tli­ght. Laski koja­rzyły ją z pro­gramu. Cie­ka­wostka: nie miała nawet naj­wię­cej fol­lo­wer­sów na roku. Wyprze­dzała ją jakaś począt­ku­jąca youtu­berka, uczest­ni­cząca w czymś na wzór „Big Bro­thera”. Ale tele­wi­zja to jed­nak tele­wi­zja. San­dra była gwiazdką numer jeden. Nie minął tydzień, a ude­rzyło do niej czte­rech typów. Wszy­scy pod­jeż­dżali pod uczel­nię betami albo audi, nosili Ple­ina i Balen­ciagę. Jej to nie inte­re­so­wało. Odpu­liła każ­dego. Szybko zna­la­zła za to nowe psiap­sióły – też przy­jezdne, też gwiaz­deczki. Codzien­nie po zaję­ciach wycią­gały ją na szamę i winko. Prze­sia­dy­wały na Zba­wik­sie albo we Fla­mingu. Na bifor przed stu­denc­kim inte­gra­lem zapro­siła je do sie­bie. Piły wódkę z colą. Miały już brać Ubera do cen­trum, gdy jedna z nich wycią­gnęła z torebki małe pigułki. San­dra bała się nar­ko­ty­ków. Kole­żanka spy­tała, czy chce wziąć z nią na pół. Ona przy­tak­nęła. Wło­żyła swoją połówkę pod język, napiła się coli. Poszła do toa­lety. Wypluła tabsę do zlewu.

Inte­gral robili na Nowo­grodz­kiej. Ta od piguł sku­mała się z jed­nym z tych, co wypi­sy­wali do San­dry. Spra­wiał wra­że­nie szefa. Zapro­wa­dził je do loży. Sie­działo tam trzech pozo­sta­łych ado­ra­to­rów, z nimi kilka dziew­czyn. Towa­rzy­stwo waliło szoty. San­dra wcze­śniej rzadko pijała czy­stą. Jak już, to kie­li­szek, mak­sy­mal­nie dwa. Teraz szła łeb w łeb z resztą. Oba­lili ze cztery litrowe butle, musiała wypić przy­naj­mniej ćwiartkę. Krę­ciło jej się w gło­wie. Nie zrzu­cała nawet z uda dłoni chło­paka, który od początku imprezy się do niej kleił. Zatrzy­my­wała go tylko, gdy pró­bo­wał prze­su­nąć ją wyżej.

Przed trze­cią lider grupy zarzą­dził ewa­ku­ację na jego kwa­drat. San­dra chciała wra­cać do domu. Kum­pele nie­mal siłą zacią­gnęły ją na after. Wylą­do­wała na Powi­ślu. Okna miesz­ka­nia wycho­dziły na BUW. Meble nie wyglą­dały na kupione w Ikei. Stała w kuchni z orga­ni­za­to­rem, wywią­zał się small talk. Spy­tała, gdzie rodzice. Odparł, że u sie­bie, w Ani­nie. Nie cze­kał na dal­sze pyta­nia, od razu dodał, że chata jest jego. Potem, już przy całym towa­rzy­stwie, powtó­rzył tę infor­ma­cję z dzie­sięć razy. W ruch poszła butelka Belve­dere. San­dra wypiła jesz­cze jeden kie­li­szek, potem odma­wiała. I tak miała już dość. Sie­działa na kana­pie, przy­my­kały jej się oczy.

Kiedy się ock­nęła, towa­rzy­stwo aku­rat wycho­dziło. Jedna z kole­ża­nek chciała pod­nieść ją z kanapy. Ona led­wie kon­tak­to­wała. Gospo­darz zapro­po­no­wał, żeby prze­spała się u niego jesz­cze parę godzin. Mówił, że w tym sta­nie nie puści jej nawet do Ubera. Mach­nęła ręką, została. Poszła do sypialni. Od razu poło­żył się obok niej. Wcze­śniej wsko­czył w dresy. Poczuła wbi­ja­jący się w pośladki wzwód. Chło­pak wsu­nął dłoń mię­dzy jej uda. Nie sta­wiała opo­rów. To było nawet przy­jemne. Ogar­nęła ją obo­jęt­ność. On wstał i przy­su­nął fiuta do jej twa­rzy. Wyobra­żała sobie, że będzie znacz­nie więk­szy. Przy­ja­zny roz­miar osta­tecz­nie ją uspo­koił. Nawil­żyła go, a potem w nią wszedł. Bolało tylko tro­chę, krwi było nie­wiele. Przy­jem­no­ści nie czuła jed­nak wcale. Chło­pak miał taką banię, że nie odno­to­wał nowi­cjuszki. Zoba­czył zakrwa­wioną pre­zer­wa­tywę i spy­tał San­drę, czy ma okres. Odpo­wie­działa, że na to wygląda.

Obu­dziła się pierw­sza. Naj­pierw ją zmro­ziło. Para­liż jakiś, led­wie poru­szała koń­czy­nami. Wszystko pamię­tała, ale nie umiała wyja­śnić, jak to się stało. Na prze­ście­ra­dle, w oko­li­cach swo­jego kro­cza, zauwa­żyła krew. Czyli to nie był sen. Leżała, gapiła się w sufit jak Kon­drat w „Dniu Świra”. Gospo­darz cią­gle kimał, koł­dra falo­wała na jego napom­po­wa­nej kla­cie. Pościel prze­sią­kła zapa­chem wymie­sza­nych per­fum. Nagle San­drze wje­chała pod­nieta. Zafun­do­wała chło­pa­kowi pobudkę z gatunku tych przy­jem­niej­szych. Było jej znacz­nie lepiej niż parę godzin wcze­śniej, choć oczy­wi­ście bez szczy­to­wa­nia. Po wszyst­kim typ zabrał ją na śnia­da­nie do SAM-u. Mówił głów­nie o sobie, słu­cha­czem oka­zał się śred­nim. Ale gene­ral­nie pełna kul­turka, odwiózł ją nawet na Żoli­borz, chyba głów­nie po to, żeby przy­szpa­no­wać nową tetetką. Na poże­gna­nie zazna­czył, że no strings atta­ched, żad­nych zobo­wią­zań.

San­dra prze­kro­czyła gra­nicę, zza któ­rej nie było powrotu. Chciała nad­ra­biać stra­cony czas. Zaczęła prze­glą­dać DM-ki zale­ga­jące w fol­de­rze „inne”. Dawno tam nie wcho­dziła. Zatrzy­mała się na eta­pie „99+ nie­od­czy­ta­nych”. Że stała się pożą­da­nym towa­rem, to wie­działa, no bez prze­sady, głu­pia nie była. Ale skala zja­wi­ska znów ją zasko­czyła. W skrzynce cze­kało około tysiąca wia­do­mo­ści. Pisali do niej prze­różni goście. Aktor, któ­rego koja­rzyła z dru­go­pla­no­wej roli w serialu o psie-poli­cjan­cie. Syn lidera rynku dewe­lo­per­skiego. Nasto­la­tek wcho­dzący do pierw­szej dru­żyny Legii. Kilku począt­ku­ją­cych youtu­be­rów i rape­rów. Biz­nes­meni z ofer­tami spon­so­ringu i tatuś­ko­wa­nia. Mnó­stwo cre­epów. Naj­więk­szą sławą wśród nowych absz­ty­fi­kan­tów był popu­larny dzien­ni­karz, gość po czter­dzie­stce. Jego wia­do­mość róż­niła się od pozo­sta­łych. Była znacz­nie dłuż­sza, tro­chę filo­zo­ficzna. Po co dru­gim sło­wie sta­wiał kropkę. Życzył jej, by umiała „odróż­nić zło od dobra”. Cie­kawe, czy mówił tak też swo­jej żonie.

W toku uważ­nej selek­cji San­dra wybrała dzie­się­ciu naja­trak­cyj­niej­szych. Tylko takich przed trzy­dziestką, star­szych z auto­matu odrzu­cała. Odpi­sała na wia­do­mo­ści. Nie miała doświad­cze­nia, nie umiała cią­gnąć roz­mowy. Robili to na szczę­ście za nią. Wkrę­ciła się w gadkę z tym chło­pa­kiem z Legii. Był rok młod­szy od niej, zasy­py­wał ją kom­ple­men­tami. Spo­tkali się na kawie. Na żywo nie był taki do przodu. Plą­tał mu się język. Nad­uży­wał zwrotu „no to dobrze”. Buziak w poli­czek i każdy w swoją stronę. A potem dalej bom­bar­do­wał ją wia­do­mo­ściami. Dru­gie spo­tka­nie, znów na trzeźwo. Wziął głę­boki oddech, zapro­po­no­wał pokój w hotelu. Zgo­dziła się. Skoń­czył w kil­ka­na­ście sekund. San­drze to nie prze­szka­dzało. Poło­żył głowę na jej brzu­chu i powie­dział, że mogłaby rodzić mu dzieci. Na noc nie została. No strings atta­ched.

Wzięła ją ochota na moc­niej­sze dozna­nia. Zga­dała się z rape­rem, któ­rego ksywy wcze­śniej nie koja­rzyła. Imię Seba paso­wało do niego tak bar­dzo, że aż trudno było uwie­rzyć w jego praw­dzi­wość. Star­szy od niej, miał dwa­dzie­ścia sześć lat. Wyglą­dał na ulicz­nika. Sze­roki, wydzia­bany, na ple­gar wrzu­cone trzy­na­ście dwa­na­ście. Musiała spraw­dzać, co to zna­czy. On nie chciał pisać, od razu zapro­sił ją do sie­bie.

Pod­je­chała na Grzy­bow­ską. Gdyby nie Nina, byliby sąsia­dami. Miesz­kał kilka pię­ter nad kwa­dra­tem, który miała brać. Już na wej­ściu zaje­chało zio­łem. Przy­jął ją pra­wie na waleta, w samych sli­pach do spa­nia, takich tro­chę szer­szych. Kop­cił bata. Podał jej, chwilę się zawa­hała. Ni­gdy nic nie brała, nic nie jarała, nawet szluga. Nie­zdar­nie wcią­gnęła dym do płuc. Ona w kaszel, on w śmiech. Wzięła jesz­cze dwa buchy, tro­chę mniej­sze. Usie­dli na kana­pie. Chwilę poga­dali, wcią­gnął ją na kolana. San­dra poczuła, jak zle­piają jej się zwoje. Wszystko zwol­niło, scho­wało się za przy­jemną mgiełką. Wal­nęli parę luf czy­stej dla rów­no­wagi. Zaczęli się cało­wać. Zrzu­cił z niej majtki, wje­chał w nią jęzo­rem. Dobry był, sku­bany. Miała orgazm, swój pierw­szy. Potem chciał brać ją od tyłu. Nie mógł stward­nieć. Wyja­śnił, że sie­dział wcze­śniej w stu­diu, nawcią­gał się z koleż­kami koksu. No trudno, stwier­dził, chwilę sobie pocze­kamy. Zjadł kama­grę w żelu. Cze­ka­jąc, aż zadziała, pusz­czał San­drze swoje klipy. Twier­dził, że robił pierw­szy w Pol­sce rap z Kazem i Mali­kiem, choć nie miał z nimi kawał­ków. Nic jej to wtedy nie mówiło. Sam poczuł, że przy­nu­dza. Znik­nął w sypialni, wró­cił z pisto­le­tem. San­drę trzy­mała faza, roz­ba­wił ją ten widok. Ćwi­czyli strze­la­nie na pustym maga­zynku. Byli nadzy. Sie­działa oparta o jego klatę. Kiedy żelik wje­chał, wsu­nął się w nią bez ostrze­że­nia. Jesz­cze dwa razy miała wyso­kie loty. Chciała u niego spać. Pokrę­cił głową. Mówił, że od rana musi szpon­cić. Wypchnął ją za drzwi. Skle­iła, że jechali bez zabez­pie­cze­nia. Na wszelki zarzu­ciła tabsę dwa cztery po. Z takim to naprawdę lepiej nie wpa­dać.

W ciągu następ­nych dwóch tygo­dni San­dra dymała się z trzema typami: pił­ka­rzem, kolegą z Powi­śla i jedną posta­cią wcze­śniej nie­odblo­ko­waną, kryp­to­wa­lu­to­wym milio­ne­rem, który zacze­pił ją na Insta­gra­mie. Każ­dej takiej ustawce towa­rzy­szył alko­hol. Nawet spor­to­wiec się napił, pew­nie w oba­wie przed kolej­nym szyb­kim spu­stem.

San­dra polu­biła nie­trzeź­wość. Z tym od krypto wino zmie­szała z zio­łem. Spa­lili dwa jointy, była bli­sko wymio­tów. Ale spodo­bał się jej ten lekki odlot po jara­niu. Bez pyta­nia powi­nęła sztukę z chaty nowego zna­jo­mego. Zaczęła palić solo. Pró­bo­wała krę­cić baty, nie wycho­dziło. Cią­gnęła więc buchy z tuby. Zioło zapi­jała bąbel­kami. Oduczyła się zasy­pia­nia na trzeźwo. Kiedy skoń­czyła się pacyna od kryp­to­wa­lu­cia­rza, zaga­dała Sebę. Zro­bił jej dowóz. Przy oka­zji opier­do­lił ją od góry do dołu, że mu w pry­wat­nej wia­do­mo­ści wprost z takim tema­tem wyjeż­dża. Twier­dził, że jest obser­wo­wany. Pod­nie­cił ją ten wkurw. Dała mu się prze­ru­chać w łazience. Przed wyj­ściem rzu­cił jej jesz­cze krą­żek ecstasy. Na koszt firmy, młoda.

W week­endy San­dra leciała na grubo. Noc z piątku na nie­dzielę stała się jej nowym zwy­cza­jem. Zwy­kle kluby, cza­sem jakaś domówka w cen­trum. Na jed­nej z imprez ktoś pod­su­nął jej pod nos ścieżkę bia­łego. Już nie miała w zwy­czaju odma­wia­nia. Stała się bad gyal. Wtedy można było jesz­cze tak mówić.

Roc­ko­wemu try­bowi życia sprzy­jał zastój zawo­dowy. Pod koniec roku San­dra wystą­piła na poka­zie. Została twa­rzą kam­pa­nii rekla­mo­wych dwóch kolej­nych knajp. A tak to same insta­gra­mowe współ­prace za parę stów. Tro­chę mało. Nina zaczy­nała dzia­łać San­drze na nerwy. Zero kon­kre­tów, same mora­li­za­tor­skie gadki. Zresztą nie­sku­teczne, nigh­tlife wcią­gnął prze­cież jej pod­opieczną, a ta nawet o tym nie wie­działa. San­dra miała dość bez­czyn­no­ści agentki. Koń­czyła jej się kasa. Wzięła sprawy w swoje ręce. Zaga­dała Sebę, który już regu­lar­nie dowo­ził jej pale­nie, czy nie szuka laski do klipu. On nie szu­kał, ale spik­nął ją z kum­plem. Szybko się doga­dali. Parę dni póź­niej San­dra była już na pla­nie. Powy­gi­nała się tro­chę w latek­so­wym kostiu­mie, dała sprze­dać sobie kilka klap­sów. Zaro­biła za to pięć koła.

Nina dowie­działa się o tej roli, dopiero gdy chło­paki wypu­ścili tele­dysk. Odcho­dziła od zmy­słów. Zafun­do­wała San­drze rekor­dową poga­dankę. Pie­przyła coś o koniecz­no­ści dba­nia o wize­ru­nek. San­dra nie słu­chała. Nie zdjęła z nosa ciem­nych oku­la­rów, choć sie­działy w środku, a na zewnątrz padało. Na roz­mowę przy­szła skuta jak sado­ma­so­chi­sta kaj­da­nami. Do połu­dnia skop­ciła ze dwa giety glona. Poprzed­niego dnia była na rele­ase party. Potem zawi­nęła na Grzy­bow­ską, wia­domo z kim. Do szó­stej rano dynks, kre­ski i dymanko. Bolał ją łeb. Na uczelni nie bywała już pra­wie wcale. Jak tam wpa­dała, to tylko na plotki. Odpu­ściła sobie stu­dia. Prze­cież była modelką na full time. No, teo­re­tycz­nie.

Z melan­żo­wego ciągu nie­ocze­ki­wa­nie wycią­gnął ją ten mało­lat z Legii. Niby cały czas coś tam do niej stu­kał na Insta i Mesie, ale raczej bez wczuty. Wyda­wało jej się, że sobie pociup­ciał i zmie­nił kwia­tek. A tu pew­nego dnia wyje­chał z pro­po­zy­cją week­endu we dwoje w Nar­vilu. San­dra nie miała żad­nych pla­nów, tele­pało ją jesz­cze po syl­we­strowo-nowo­rocz­nym wirze, zero ciśnie­nia na kluby czy ostrą jazdę.

Poje­chali nad Zegrze. Kozak apart im ogar­nął, dwu­pię­trowy, nad samym jezio­rem, with the view. Wła­ści­wie nie wycho­dzili spod koł­dry, jedze­nie zama­wiali do pokoju. Pił­ka­rzyk, Patryk miał na imię, roz­krę­cił się łóż­kowo, czuć było, że spor­to­wiec, car­dio fun­do­wał jej lep­sze niż per­so­nalny w „The Model”. Kom­ple­men­to­wał do porzygu. Pro­sty chłop, ale z dobrym ser­cem. Chciał się zaraz haj­tać. Walił fra­ze­sami, cza­sami San­drze trudno było powstrzy­mać śmiech. Ale miało to swój urok. Pierw­szy raz czuła się uwiel­biana. On twier­dził nawet, że ją kocha. Tego na razie wolała nie sły­szeć. Po powro­cie do mia­sta zaczęli spo­ty­kać się regu­lar­nie. Two­rzyli coś w rodzaju pary. Coraz czę­ściej spała u niego na Wila­no­wie. Też był przy­jezdny, ze Ślą­ska, klub opła­cał mu najs miesz­kanko, metraż sie­dem­dzie­siąt plus. San­dra nie chwa­liła się nowym gachem w socia­lach. Patryk chciał ją ozna­czać, ona na to, że hola, hola, wszystko po kolei.

Na pierw­szy mecz rundy wio­sen­nej poszła jako jego laska. Wjazd oczy­wi­ście miała za darmo, strefa silver. Poznała peł­no­prawne wagsy. Dziew­czyna innego mało­lata koja­rzyła ją z pro­gramu. Też była nowa na Łazien­kow­skiej, prze­ga­dały pół meczu. Pod koniec dosia­dły się do nich Por­tu­galka i Hisz­panka, part­nerki zagra­nicz­nych pił­ka­rzy. Im San­dra wspól­nej fotki z ozna­cze­niem nie odmó­wiła. Hisz­panka miała ponad trzy­sta tysięcy obser­wu­ją­cych, modela pełną gębą. Znała ludzi z „Elite”, net­flik­so­wego serialu, który San­dra obej­rzała na kacu parę tygo­dni wcze­śniej. Na pro­filu hisz­pań­skiego wagsa wisiało wspólne zdję­cie z Ester Expó­sito. Patryk cały mecz spę­dził na ławce. Potem cho­dził struty. Miał czutkę, że zapa­kuje sztukę i pokaże San­drze ser­duszko.

Do końca lutego San­dra sie­działa na Wila­no­wie czę­ściej niż w swoim miesz­ka­niu. Kom­plet­nie odsta­wiła roślinę. Patryk w trak­cie sezonu nie pił, więc wspólne win­ko­wa­nie odpa­dało. Solo pić nie chciała, nie czuła aż takiej potrzeby. Dwa tygo­dnie prze­je­chała cał­ko­wi­cie na sucho, nie miała tak od lata. Rzu­ciła stu­dia, odda­liła się tro­chę od zio­ma­lek z Koź­mina. Prze­stały wycią­gać ją na kluby. Week­endy spę­dzała na kana­pie. Była lojalna wobec Patryka, zle­wała innych typów. Seba sam pro­po­no­wał dowóz, odma­wiała. Niczego jej nie bra­ko­wało. Patryk woził ją po gale­riach i knaj­pach bmw dwójką. Co kilka dni kupo­wał jej biżu­te­rię, ciu­chy albo buty. Sobie też nie żało­wał, kurtka Balr, tiszer­ciki Gucci albo Balen­ciagi, pasek LV z wielką klamrą, na sto­pach napom­po­wane trampy od McQu­eena. San­dra myślała, że jest opór dziany. Zamu­ro­wało ją, gdy wyznał, że w pod­sta­wie nie ma nawet pięt­na­staka na łapę. W ogóle nie oszczę­dzał. Sam leasing zabie­rał mu jedną trze­cią pen­sji. Czę­sto dosta­wał fajne pre­mie, ale od razu prze­wa­lał je w Vit­kacu. San­drze to nie prze­szka­dzało. Chciał, to wyda­wał. Nie była jego matką. Pre­zenty przyj­mo­wała chęt­nie. On miał pierw­sze objawy obse­sji, ona trze­cią kurtkę La Manii. Nama­wiał, żeby wpro­wa­dziła się do niego. Roz­wa­żała pod­na­ję­cie Mic­kie­wi­cza na czarno. Kto by ją tam kon­tro­lo­wał.

Przy­szedł prze­łom w mode­lingu. Agen­cja zała­twiła San­drze serię jakichś sesji i poka­zów. Miała wystą­pić w Ber­li­nie, Kopen­ha­dze i Medio­la­nie. Do Niny zgło­siła się duża marka stre­etwe­arowa. Pła­cili zaska­ku­jąco dobrze. San­dra czuła, że odku­cie jest tuż, tuż.

A potem, ostat­niego dnia lutego, wszystko poszło się jebać. Patryk popro­sił ją o poważną roz­mowę. Do tej pory tego nie robił. Oba­wiała się oświad­czyn. Nie­słusz­nie. Chło­pak, bo tak już o nim mówiła, wró­cił do domu i oznaj­mił, że wła­śnie pod­pi­sał kon­trakt z Ter­ma­liką Nie­cie­cza. Wypo­ży­cze­nie do końca sezonu, z opcją prze­dłu­że­nia o pół roku. Tłu­ma­czył, że w Legii nie ma szans na regu­larną grę. Sama widzia­łaś, kotek, przy­jeż­dża Korona Kielce, trójkę im do prze­rwy ładu­jemy, a ja i tak przy­spa­wany do ławki. San­dra pomy­ślała, że to zerwa­nie. Ale nie, Patryk zaraz dodał, że chciałby zabrać ją ze sobą. Od razu spraw­dziła tę Nie­cie­czę w necie. Pod­kar­pa­cie, gmina Żabno, sze­ściu­set miesz­kań­ców. Jaja sobie, gościu, robisz. Patryk wyja­śnił, że miesz­ka­liby w Tar­no­wie. A nie, no to sorry, stary, Tar­nów wszystko zmie­nia. Jadę w ciemno. Her­mes i Loewe tam butiki zaraz otwie­rają. Już tak na poważ­nie, posta­wiła sprawę jasno: nie wyje­dzie do żad­nego Tar­nowa. Za daleko do Gal­moku. Była wście­kła na Patryka. Mógł ją cho­ciaż ostrzec. Bro­nił się, że przy­szła oferta last minute przedostat­niego dnia okienka. Spró­bujmy pocią­gnąć zwią­zek na odle­głość, zachę­cał. Jej to nie prze­ko­ny­wało, no ale dobra, spró­bujmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij