Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Cztery pory zbrodni. Lato - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
42,00
4200 pkt
punktów Virtualo

Cztery pory zbrodni. Lato - ebook

Drugi tom serii cztery pory zbrodni

Po śledztwie w sprawie zaginionych nastolatek życie Huberta „Huba” Rajchera wydaje się zmierzać w dobrą stronę. Były oficer GROM-u uczy samoobrony w Akademii Rajchera, po raz pierwszy od dawna ma swój własny kąt i namiastkę stabilności. Jednak duchy z przeszłości powracają, a co więcej – chcą zemsty.

Warszawą wstrząsa zabójstwo popularnego piosenkarza. Do akcji wkracza komisarz Anna Zaspa – chce nie tylko rozwiązać sprawę, ale i udowodnić, że wciąż trzeba się z nią liczyć. Jej partnerem w śledztwie ponownie staje się Rajcher, którego nietypowe podejście i stare znajomości mogą okazać się niezwykle pomocne. Stawka jest wysoka, a niebezpieczeństwo czai się tuż obok…

Od przeszłości nie uciekniesz.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68625-66-0
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Opisywane wydarzenia oraz osoby są wytworem wyobraźni autora, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych zdarzeń czy postaci jest przypadkowe. Podobnie jest z instytucjami i obiektami, które pojawiają się w książce. Na przykład, Komenda Policji na ulicy Solec istnieje tylko na kartach powieści.

Pewne medyczne opisy, które w fabule odgrywają istotną rolę, są celowo przedstawione w sposób na tyle ogólnikowy, żeby nie zostały uznane za instruktaż. W powieści pojawiają się jedynie ich zarysy – tyle, ile potrzeba, by zachować realizm postaci i świata przedstawionego, ale nie na tyle, by tworzyć wrażenie, że można je przenieść poza fikcję.

Muszę też wyraźnie zaznaczyć, że zarówno aplikacja HoloMesh6, jak i biokompatybilny lokalizator Echo-9 powstały wyłącznie na potrzeby tej historii. Fikcyjny pozostaje również mechanizm wykorzystujący między innymi biometrię głosową do celów opisanych w powieści. Nie można jednak wykluczyć, że rozwiązania o podobnej logice już istnieją lub wkrótce powstaną – co tylko potwierdza, że rzeczywistość bywa ciekawsza od najbardziej wymyślnej fabuły.1.

Książę obserwuje, jak z naprzeciwka zmierza truchtem dwójka biegaczy. Poruszają się rytmicznie, trzymając się blisko siebie, ramię w ramię. Końcówka czerwca przyniosła wysokie temperatury, ale ranki są chłodne i na trawie utrzymuje się rosa. Chodnik jest wąski, więc Książę schodzi im z drogi na spłachetek wilgotnej trawy, przywiera do oparcia ławki i czeka. Kobieta wygląda na trzydzieści lat, mężczyzna wydaje się nieco starszy. Legginsy i elastyczne koszulki firmy Nike podkreślają ich smukłe sylwetki. Na uszach noszą białe bezprzewodowe słuchawki Bose. W przeciwieństwie do słuchawek dousznych te są znacznie większe, obejmują całe uszy, zapewniając wyższą jakość dźwięku i lepszą zewnętrzną izolację akustyczną. Człowiek w takich słuchawkach może w porę nie usłyszeć ostrzegawczego klaksonu samochodu, a co dopiero mówić o skradających się krokach. Owce, które same wystawiają się wilkom na pożarcie.

Książę odczekuje, aż miną ławkę, potem wraca na chodnik i rusza dalej, tylko z nawyku obserwując oddalające się postacie. Maszeruje równym krokiem i wsłuchuje się we własny oddech; pilnując się, by puls nie przyspieszał, powoli napina i rozluźnia poszczególne partie ciała, poczynając od mięśni karku. Para jest już daleko w przodzie; małe ruchome punkciki zmierzające donikąd.

Książę nie przepada za bieganiem i nie rozumie ludzi, którzy odnoszą się do tej prymitywnej bądź co bądź czynności jak do religii. Wydają ciężkie pieniądze, byle się wkupić w łaski swojego boga. Markowe buty, designerskie koszulki, smartwatche mierzące ciśnienie krwi i tętno wraz z tempem biegu, odżywki z górnej półki, trener osobisty, odnowa biologiczna. Nie chodzi nawet o to, że ma im wszystko za złe. Po prostu nie potrafi zrozumieć, jak można tracić energię i pieniądze na coś, co samo w sobie nie jest ani dobre, ani złe. Jest po prostu jednym z narzędzi do osiągnięcia celu. Pomaga utrzymać ciało i umysł w formie i w stałej gotowości do działania. To tylko niektóre cechy, które odróżniają drapieżnika od ofiary.

„Przemoc jest naturalnym środowiskiem człowieka, więc raz na zawsze musicie wybrać: wolicie doświadczać przemocy czy samemu ją zadawać?”. Kto to mówił? Dziś już nie pamięta... Pewne rzeczy – daty, twarze, nazwiska z czasem schodzą na plan dalszy i zacierają się w pamięci... Może któryś z sierżantów, którzy pałkami wbijali im, rekrutom, koszarowe mądrości? Mniejsza o to, postanawia, kiedy skręca z chodnika w prawo i schodami kieruje się w dół, ku zabetonowanemu brzegowi Wisły. Bo w tym konkretnym przypadku pierwsze i decydujące były lekcje odebrane w dzieciństwie. Cała reszta, w tym lata spędzone w wojsku, to tylko ich konsekwencja.

Książę staje na skraju betonowego nasypu i spogląda w dół. Wyobraża sobie, że wodna tafla to lustro, a on ogląda swoje odbicie. Czasem tak jak teraz widzi Księcia, który pocałunkiem odczarował królewnę zaklętą w Żabę, innym razem sam jest Żabą.

Książę bądź Żaba. On albo ona. Wybór nie jest oczywisty, bo zależy od obranej taktyki, a ta z kolei narzuca rolę do odegrania – czy ma udawać owcę, czy wcielić się w wilka. Po tylu latach jedno bądź drugie przychodzi mu – przychodzi jej – bez trudu. Rzadko spotykana dwoistość daje same korzyści – pomaga zachować anonimowość w tłumie, ułatwia podchody, a w końcu decyduje o wyniku polowania.

Odwiedzał to miejsce nad Wisłą tyle razy, że zna na pamięć najdrobniejsze detale terenu. Mimo to rozgląda się dokoła, by ostatecznie się upewnić, czy niczego nie przeoczył, świadomy tego, że kiedy przyjdzie pora, będzie miał na wszystko nie więcej niż pięć minut, a bezpieczniej by było zmieścić się w trzech. Uspokaja się, widząc, że od wczoraj nic się nie zmieniło. Nadal ani śladu kamer, a widok od strony ulicy zasłaniają gęste zarośla. Siada na betonowym brzegu i spogląda w dół.

Lubi patrzeć na rzekę, bo ta pomaga mu lepiej zrozumieć, kim sam jest i dokąd zmierza. Woda pozostaje w ciągłym ruchu, w swojej szarej masie płynie niestrudzenie przed siebie, zręcznie pokonując napotkane przeszkody, anonimowa jak myśliwy przemierzający ulice miasta. Nic jej nie zatrzyma.

Symbole są ważne, myśli, obserwując bez zdziwienia swe podwójne odbicie w wodzie. W każdym razie są na tyle istotne, że pierwszy akt przedstawienia umyślił – umyśliła – wystawić właśnie nad rzeką.2.

Kiedy przecina uliczkę w obrębie fabrycznej części dzielnicy, przyspiesza kroku mimo ciążących jej toreb z zakupami. Zakłady pracy zostały dawno zamknięte i popadły w ruinę, więc ten kwartał miasta jest rzadko uczęszczany i lepiej się tu nie zapuszczać. Co jakiś czas zerka za siebie, by się upewnić, że nikt za nią nie idzie. Minąwszy wreszcie szkołę, symboliczną granicę między starym i nowym centrum, zwalnia nieco i oddycha z ulgą. Jest wczesne popołudnie i na chodnikach miejscami robi się tłoczno. Nareszcie nie jest sama.

Już widzi załom narożnego budynku, który sąsiaduje z kamienicą, gdzie mieszka, i instynktownie wydłuża krok. Ręce jej omdlały od ciężaru toreb i niemal ulega pokusie, by choć na moment oprzeć je na ławce. Idzie dalej, w duchu wyrzucając sobie, że tym razem zdecydowanie przesadziła z zakupami. Może powinna wypuszczać się do sklepów częściej niż raz w tygodniu? A w ogóle czy mądrze robi, kupując tyle produktów spożywczych na zapas? Karma dla kota to inna sprawa, nie będzie biegać co dwa dni po świeże puszki, ale co każe jej gromadzić tyle żółtego sera, nabiału i wędlin? Jeśli na widok pustej półki w lodówce nie może znaleźć sobie miejsca w domu, czy nie jest to objaw jakiejś fobii? Nie wspominając o tym, że osoba samotna nie musi trzymać w domu jedzenia w ilości wystarczającej dla czteroosobowej rodziny. Tak, powinna pomyśleć o zmianie nawyków. Od ostatniego związku z mężczyzną minęły pełne trzy miesiące, a wcale nie odczuwa potrzeby nawiązywania nowych relacji. Może osiągnęła wiek, w którym na sprawy damsko-męskie zaczyna się patrzeć z bezpiecznego dystansu obserwatora? Zganiła się za podobne myślenie. Mając trzydzieści sześć lat, wmawia sobie, że przestało jej zależeć na facetach? Prawda jest taka, że u podłoża podobnej postawy leży gorzka ocena ostatniego nieudanego związku. Po prostu zalicza się do całkiem niemałego grona kobiet, które nie spotkały jeszcze właściwego mężczyzny.

Trzy kroki dzielą ją od wejścia do kamienicy. Zwalnia, żeby przepuścić idącą z naprzeciwka parę w średnim wieku, potem robi krok w lewo ku drzwiom wejściowym i właśnie stawia jedną z toreb, żeby uwolnić rękę i wybrać kod na domofonie, kiedy ktoś idący za nią ją potrąca. Ratując się przed upadkiem, wysuwa raptownie nogę, trąca nią torbę i zakupy wysypują się na chodnik.

– Cholera!

Przezornie nie patrząc za siebie, odstawia drugą, nienaruszoną torbę, przykuca i przystępuje do zbierania rozsypanych produktów. Ręce jej się trzęsą, kiedy tak się spieszy, bo na chodniku z jej powodu powstał zator i niektórzy przechodnie zaczynają okazywać niecierpliwość.

– Serdecznie panią przepraszam, moje gapiostwo – dobiega ją z boku zaaferowany męski głos.

Mężczyzna staje przed nią, jakby próbował ją osłonić przed naporem osób, którym zagradza drogę. Nie przestając pakować zakupów do torby, na moment podnosi głowę i obrzuca go spojrzeniem. Jest mniej więcej w jej wieku, dość elegancki w jasnoniebieskiej polówce i beżowych spodniach, pod pachą ściska lśniącą nowością brązową aktówkę z miękkiej skóry. Przystojny. I wydaje się miły w nienarzucający się sposób, który w jej ocenie charakteryzuje pewne siebie osobowości.

– Jeszcze raz przepraszam – mężczyzna powtarza z wyrazem szczerej troski na twarzy. Uwagę zwracają jego oczy – nieruchome, taksujące, przyciągające rozmówcę jak magnes przyciąga żelazo.

– Nic się nie stało – ona duka i zmusza się, by opuścić wzrok.

– Proszę pozwolić, pomogę.

– Nie trzeba, dam sobie radę.

– Ja zawiniłem, ja muszę to naprawić.

Przykuca koło niej, aktówkę kładzie obok i szybkimi, zręcznymi ruchami napełnia torbę. Pozostały jeszcze puszki z kocią karmą. Zbiera wszystkie, przy ostatniej robi przerwę, żeby zerknąć na etykietę. Z uśmiechem komentuje:

– O, z górnej półki! Pewnie rasowy?

– Nie, zwykły dachowiec. Któregoś dnia się przybłąkał, a ja nie miałam serca wyrzucić.

Mężczyzna wstaje, nie wypuszczając torby z prawej ręki, aktówkę trzyma pod lewą pachą.

– Powiem pani, że podobna postawa to prawdziwa rzadkość – mówi, kiwając głową dla podkreślenia tych słów. – Dla większości ludzi zwierzę w domu to kłopot. W cenie jest wygodne życie. Czyli oboje należymy do wyjątków.

– Pan też ma kota? – wyrywa się jej, zanim zdąży trzeźwo pomyśleć. Nie powinna nawiązywać bliższej rozmowy z nieznajomym!

– Kota i psa. I proszę sobie wyobrazić, że ani razu nie doszło między nimi do wojny. Powiedzenie „żyją jak pies z kotem” ma się nijak do rzeczywistości. – Nie wypuszczając aktówki spod pachy, przekłada zakupy do lewej ręki, prawą wyciąga zdecydowanym gestem, żeby przejąć od niej drugą torbę. – Jak pani kot reaguje na psy? Proszę mi dać, pomogę nieść.

– Nie wiem, bo nie mam psa. I nie zamierzam sobie sprawić, bo niby kto miałby go wyprowadzać – odpowiada i poniewczasie gryzie się w język. Właśnie zrobiła coś niewybaczalnego – nieprzymuszana, z własnej woli, zaczęła zdradzać szczegóły swego prywatnego życia. – Dziękuję, poradzę sobie z obiema torbami.

– Chcę tylko pomóc. Już raz prawie się pani przewróciła.

– Jestem na miejscu. – Pokazuje solidne, drewniane drzwi kamienicy. – Dam sobie radę.

Stoją przed jednym z tych starych, trzypiętrowych budynków, które nie mają windy. Mężczyzna zdaje się to wiedzieć, bo niezmieszany ciągnie:

– Chociaż wniosę po schodach, to naprawdę żaden problem.

– Nie! – Chwyta torbę i ciągnie w swoją stronę.

– W porządku! – Mężczyzna cofa rękę, wyraźnie speszony. – Nie będę się z panią szarpał przy ludziach, chciałem tylko pomóc. – Na moment spuszcza oczy. – Z drugiej strony, doskonale rozumiem. Takie czasy, że nikomu nie można ufać. Niby to wiem, a jednak gdzieś tam w środku człowiekowi robi się przykro. – Kładzie dłoń w okolice serca. – W końcu nie każdy jest przestępcą.

Z jakiegoś powodu robi jej się go żal. Próbuje się postawić na jego miejscu i nagle ogarnia ją przemożne poczucie wstydu. No bo jak to, nic o człowieku nie wie, a z góry traktuje go jak oprycha! Ktoś, kto widzi świat wyłącznie w czarnych barwach, nie zasługuje na życie w lepszym świecie.

Gdzieś po głowie nadal plączą się jej nieprzyjemne myśli, ostrzegawcze obrazy i przestrogi z telewizyjnych wiadomości domagają się pilnej uwagi, kiedy poniekąd wbrew sobie proponuje:

– Dobrze, proszę wziąć tę cięższą.

Wybiera kod na domofonie i wchodzi pierwsza, mężczyzna wsuwa się za nią. Słyszy, jak mówi:

– Zróbmy tak. Postawię zakupy pod drzwiami i nawet nie przekroczę progu, proszę się nie niepokoić.

Ma na sobie spódnicę sięgającą za kolana i czuje się nieswojo, wiedząc, że on wspina się po schodach tuż za nią. Powinna włożyć spodnie. Przyspiesza i lekko zziajana dociera na ostatnie piętro. Przekłada torbę do lewej ręki, otwiera drzwi i wchodzi do przedpokoju, po czym się odwraca, jakby próbowała zatarasować wejście. Gest jest czytelny i wydaje się, że mężczyzna właściwie go zinterpretował. Nie wchodząc do środka, przechyla się nad progiem, ostrożnie stawia torbę na lewo od drzwi i się wycofuje. Sprawia wrażenie, że sam jest skrępowany sytuacją.

– Już mnie nie ma. – Uśmiecha się nieśmiało. – Nawet się nie przedstawiłem. – Powoli wyciąga rękę.

Nagle wydarzenia nabierają tempa. Pchnięta do środka, uderza plecami o ścianę, oszołomiona słyszy, jak zamykają się drzwi. Elegancka skórzana aktówka ląduje otwarta na podłodze, a w ręku mężczyzny błyska przedmiot o metalicznym połysku. Wolnym ramieniem dociska ją do ściany, a lufę przykłada jej do głowy.

– Nie próbuj krzyczeć!

– Na tym na razie poprzestańmy – odezwał się Rajcher.

Za sprawą jednego kliknięcia myszką obraz z laptopa wyświetlany na ściennym ekranie zatrzymał się.

– Proszę jeszcze nie zapalać światła – zaznaczył Rajcher, czerwoną kropką laserowego wskaźnika obrysowując dwie animowane postacie, teraz znieruchomiałe na zatrzymanym kadrze. – Jak już panie wiedzą ze streszczenia, które rozdałem na poprzednich zajęciach, ta historia wydarzyła się naprawdę w jednym z dużych amerykańskich miast. Pamiętamy, co stało się potem. Kobieta, nazwaliśmy ją Carol, została zgwałcona we własnym mieszkaniu i cudem uniknęła śmierci.

– Amerykanka i taka nierozgarnięta? – dobiegł go z ciemnej sali chrapliwy kobiecy głos. – Nie powinna go wpuszczać.

Rajcher nie podjął rozmowy. Stanął plecami do ekranu, przesłaniając obraz z laptopa, i zapytał:

– Niech się panie teraz zastanowią, co Carol zrobiła nie tak? Proszę odtworzyć w pamięci przebieg wydarzeń i wskazać ten jeden kardynalny błąd, który prawie przypłaciła życiem.3.

Rajcher rozejrzał się po audytorium. Nieduża sala była nabita po brzegi. W półmroku nie widział poszczególnych twarzy, dostrzegał jedynie zarys ciemnych sylwetek, ale większość osób zdążył dobrze zapamiętać. Piętnaście kobiet w wieku od trzydziestu czterech do pięćdziesięciu pięciu lat. Spory przekrój zawodowy – pielęgniarka, dwie nauczycielki, księgowa, przedszkolanka, dyrektorka hotelu, przedstawicielki różnych wolnych zawodów, bizneswoman. W każdym razie takie zawodowe doświadczenie deklarowały przy zapisach, a on nie zamierzał bawić się w kontrolera. Zakładał, że część kobiet woli z jakiegoś powodu zachować anonimowość, co jego akurat niespecjalnie dziwiło. Od uruchomienia przed dwoma tygodniami, Akademia Rajchera cieszyła się niesłabnącym powodzeniem. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu, każdego dnia brały w nich udział trzy różne grupy kobiet. Podobnie jak dzisiaj, uczestniczki reprezentowały szerokie spektrum pod względem wieku i wykonywanej profesji.

– Mogę prosić o zapalenie światła? Dziękuję.

Mrużąc oczy, Rajcher położył wskaźnik przy laptopie na biurku, potem obiegł wzrokiem pomieszczenie.

– Zatem co Carol zrobiła nie tak? – ponowił pytanie. – W którym momencie popełniła największy błąd?

– Podjęła cały szereg złych decyzji – zawyrokowała blondynka z pierwszego rzędu. Czterdzieści sześć lat, menedżerka z dużej korporacji.

– Właśnie – wsparł ją chór głosów.

Posypały się kolejne rady:

– Powinna zablefować, że ma w domu psa. Na przykład rottweilera. Ta rasa działa na wyobraźnię.

– Słusznie. Może by się nabrał i odpuścił.

– No i jakie licho ją podkusiło, żeby się wygadać, że jest sama?

– Aha! Niepotrzebnie się zdradziła, że mieszka sama i ma w domu tylko kota – zgodził się Rajcher. – Coś jeszcze?

– Jak już wszedł do mieszkania, a do niej dotarło, co się święci, mogła go zaatakować gazem pieprzowym.

– Gdyby go miała – sprostował Rajcher. – I zakładając, że potrafiłaby go błyskawicznie użyć.

– Na pewno nie w zamkniętym pomieszczeniu – dobiegł głos spod okna. – Nie radzę. Miałam kiedyś podobną przyjemność.

– Trafna uwaga – podchwycił Rajcher. – Ale wrócę do mojego najważniejszego pytania: co Carol zrobiła źle? Mam na myśli tę jedną błędną decyzję, od której wszystko tak naprawdę się zaczęło. To, co nastąpiło potem, było już tylko eskalacją niepożądanych zdarzeń.

– Już mówiłam. Nie powinna go w ogóle wpuszczać do budynku.

Rajcher pobiegł spojrzeniem do trzeciego rzędu. Pozory mogą mylić, pomyślał kolejny raz, bo chrapliwy głos należał do szczupłej brunetki o przyjemnej, niemal dziewczęcej aparycji. Może była namiętną palaczką? Wyłowił z pamięci podstawowe dane: Marta Orzechowska, trzydzieści sześć lat, programistka. Czarne, bufiaste spodnie, czarna, luźno wypuszczona koszula. Krótko obcięte włosy, zachodzące na uszy, były przeplatane pasemkami różu i turkusu. Chyba należała do kobiet, które lubią zwracać na siebie uwagę.

– Wpuszczenie intruza to oczywisty błąd – zgodził się wstępnie. – Ale wróćmy do tego, co było wcześniej. Otóż kluczowy był ten moment, gdy zgodziła się, by wziął torbę z zakupami. Wraz z przejęciem torby przejął nad nią całkowitą kontrolę. Gest czysto fizyczny urósł do rangi więzi o wymiarze psychologicznym, wyznaczył granice dwustronnej relacji, w ramach której Carol stała się mu zupełnie podległa. Od tej chwili mógł nią swobodnie manipulować.

– Nie jestem do końca przekonana – zaoponowała programistka z kolorowymi włosami. – Jeśli nadal się bała, a tak było, to mogła mu się postawić. Dookoła było pełno ludzi. Mogła krzyczeć, szarpać się, ktoś by przecież zareagował?

– Co do tego ostatniego, nie byłbym taki pewny. A czy czuła strach? Niestety, w pewnym momencie poziom strachu znacznie się obniżył. Jeszcze chwilę wcześniej szła przez opustoszałe ulice z duszą na ramieniu, ale ledwo znalazła się na chodniku pełnym ludzi, od razu poczuła się pewna siebie. Mówiąc językiem bokserów, opuściła gardę. Drapieżnik znalazł lukę w defensywie ofiary i zaatakował.

– „Niestety”? – programistka złapała go za słowo. – Pan nie uważa, że strach jest złym doradcą?

– Nie mówimy o strachu, który paraliżuje. Chodzi o ten stan ciągłego napięcia, który pomaga nam zachować czujność przez długi czas i na niezmiennie wysokim poziomie. No dobrze, ujmę to inaczej. Zamiast słowa „strach” użyjmy pojęcia „instynkt”. To dar natury, którego człowiek współczesny, zwłaszcza mieszkaniec dużego miasta, wyzbył się w znacznym stopniu. Jeszcze jako dzieci mamy go w nadmiarze, lecz w miarę dorastania ta cecha ulega zatarciu. Jako ludzie rzekomo cywilizowani wolimy się posługiwać rozumem, a instynkt spychamy na dalszy plan jako coś gorszego, co znamionuje naszych pierwotnych przodków.

– Strach czy instynkt – dobrze, nie będę się sprzeczać o słowa – brnęło dalej dojrzałe dziewczę o kolorowych włosach. – Ale nie uwierzę, że nie czuła podskórnie, że gościowi nie można wierzyć.

– Wstyd przeważył nad strachem.

– Słucham? – parsknęła, jakby się zakrztusiła czymś niejadalnym.

Miał wrażenie, że od jakiegoś czasu próbuje go na wszelkie sposoby wyprowadzić z równowagi. Testuje, jak daleko może się posunąć.

– Dobrze wiedział, jak manipulować ludźmi. Zaszczepił w Carol wstyd i poczucie winy, że niby nic o nim nie wiedząc, traktuje go jak przestępcę.

– To już przesada! – zabuczała programistka.

Kobieta siedząca obok niej odsunęła się nieco z krzesłem pod ścianę. Według speców od mowy ciała, był to czytelny sygnał, że odcina się od przedmówczyni. Przebiegł w myślach twarze i towarzyszące im informacje z listy uczestniczek kursu, aż natrafił na właściwą pozycję. Czterdzieści dwa lata, lekarz stomatolog, codziennie dojeżdża do pracy w Warszawie. Nazwisko wypadło mu z pamięci.

– Co do tego, przyznałabym panu rację – odezwała się cicho. – Rok temu przeżyłam podobne doświadczenie. Nie aż tak dramatyczne, ale jednak dało mi do myślenia. Jechałam do Warszawy podmiejskim pociągiem. Nie było wolnych miejsc, ale w tyle wagonu był luz, więc tam stanęłam. Nagle wokół mnie zrobiło się tłoczno, poczułam, jak ktoś na mnie napiera. Spojrzałam kątem oka: pięćdziesięciolatek w eleganckim garniturze, zadbany, na oko typ biznesmena. Domyślałam się, więcej, miałam pewność, że dobiera mi się do plecaka, ale bałam się ruszyć albo odezwać, zupełnie jakby to nie mnie dotyczyło! Jakbym stała z boku i patrzyła na inną osobę. Właściwie nie tyle paraliżował mnie lęk, ile jakieś trudne do określenia uczucie, właśnie taka mieszanina wstydu i poczucia winy. Chociaż byłam w pełni świadoma, co się dzieje, to gdzieś w tyle głowy kołatała się wątpliwość: a jeśli się mylę? Narobię krzyku, a człowiek jest Bogu ducha winny? Sama najem się wstydu i wyjdę przed ludźmi na awanturnicę. No i nawet nie drgnęłam. – Rozłożyła ręce. – Nie muszę dodawać, że z plecaka zniknął i portfel, i telefon.

– Same robimy z siebie ofiary! – prychnęła programistka i rozejrzała się, szukając wsparcia wśród koleżanek. Bez echa.

– To jeszcze nie koniec historii Carol – ciągnął Rajcher. – Jej koszmar się nie skończył. Zrozumiała, że teraz walczy o przeżycie. Instynkt – strach – wreszcie doszedł do głosu i podpowiedział jej, że musi postawić wszystko na jedną kartę. O dziwo, strach nie działał paraliżująco, ale pozwolił jej myśleć trzeźwo. I znowu zwrócę się do pań: co takiego się stało, że zdała sobie sprawę z powagi sytuacji? Kiedy dotarło do niej, że jej życie jest zagrożone? – Powiódł wzrokiem po sali. – Ta część naszej natury, która nas wiąże ze światem pierwotnych przodków, pozwoliła jej w porę wychwycić i właściwie zinterpretować sygnał o śmiertelnym zagrożeniu. Jaki to był sygnał?

Programistka spojrzała na zegarek czytelnym gestem.

– Gdzie tu miejsce na analizowanie sytuacji? Skoro miał pistolet, to mógł ją zastrzelić w każdej chwili.

– Nie w biały dzień, nie w domu pełnym sąsiadów. Broń miała ją nakłonić do posłuszeństwa i milczenia. Co zrobił po gwałcie?

– Kazał jej nie ruszać się z sypialni i być cicho, bo jak nie, to wpakuje jej kulkę.

– I uciekł z mieszkania?

– Nie, poszedł do kuchni.

– Co tam robił? Jakie odgłosy docierały do Carol?

– Przetrząsał szafki, szuflady...

– A dokładniej?

– Jezu, czy to ważne...

– Carol słyszała, jak w kuchni otwiera po kolei wszystkie szuflady – włączyła się pani stomatolog.

– Spieszył się?

Po tym pytaniu uaktywniły się również inne uczestniczki – jedna przez drugą dzieliły się swoimi obserwacjami.

– Najwyraźniej.

– Chyba tak. Robił dużo hałasu.

– Coś jeszcze knuł.

– Carol pomyślała, że czego szuka po szufladach?

– Usłyszała szczęk noży...

– I?

– Dotarło do niej, co tamten zamierza.

– Chciał ją uciszyć, ale w taki sposób, żeby nie alarmować sąsiadów.

– Uciszyć?

– No, zabić.

– Właśnie. – Rajcher zrobił długą pauzę. – Na naszych zajęciach dotykamy ekstremalnych sytuacji, dlatego używamy adekwatnego języka.

– Sprowadzamy opis i konsekwencje zagrożeń do pojęć zero-jedynkowych. Czarne jest czarne, białe jest białe. Super! Już się czuję bezpieczna.

Programistka dziś wykazywała wyjątkową nawet jak na nią aktywność. Od pierwszego dnia wiedział, że trudno mu będzie ją polubić. I to bynajmniej nie z powodu awangardowych włosów.

– Mam pytanie, a reszta pań zapewne mnie poprze. Kiedy zaczniemy część praktyczną?

– Praktyczną? – powtórzył Rajcher.

– Jak się obronić przed napastnikiem.

– To nie jest zwykły kurs samoobrony. Na stronie internetowej widnieje bardzo szczegółowy opis.

– Ale wciąż wałkujemy rzeczy w sumie oczywiste! „W sytuacji zagrożenia nie bój się prosić o pomoc”, „nie odgradzaj się od ulicy słuchawkami”, „nie przyjmuj drinka od nieznajomego”, „unikaj ciemnych zaułków”. Wszystko to wiemy.

– W takim razie popełniła pani błąd, wybierając akurat te zajęcia. Oczywiście, zwrócimy pieniądze.

– Nie o to chodzi! Powtórka z psychologii jest w porządku, ale było też obiecane, że dojdą elementy skutecznej obrony przed atakiem.

– Kto pani to obiecał?

– Pan Piotr.

Piotr „Wito” Witwicki. Młodszy od Rajchera o szesnaście lat, zapalony miłośnik sztuk walki, milioner, właściciel sieci wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych w głównych miastach województwa mazowieckiego. Pomysł z otwarciem Akademii Rajchera wyszedł od niego. Witwicki zapewniał wkład finansowy, Rajcher dawał nazwisko, które po niedawnych majowych wydarzeniach błyskawicznie zyskiwało na popularności. Stanowili przykład naczyń połączonych w biznesowym znaczeniu. Tak jak bez udziału Rajchera pierwsza w Polsce szkoła typu _street smart_ nigdy by nie powstała, tak bez pieniędzy milionera, który sam aspirował do występów na galach MMA, nie miałaby swej siedziby na ostatnim piętrze kamienicy na Tamce. Dwie sale prezentacji oraz nowocześnie wyposażona sala do ćwiczeń – łącznie trzysta metrów kwadratowych powierzchni. Trzeba mieć głęboką kieszeń, żeby to wszystko sfinansować, zwłaszcza jeśli zamierza się uruchamiać podobne placówki w innych punktach kraju.

„Pan Piotr”? Zastanawiał się, jak zareagować w sytuacji, gdy odpowiedzi wyczekują również inne uczestniczki.

– Porozmawiam z panem Witwickim – zapowiedział. – Zorientuję się, jakie konkretnie propozycje miał na myśli, dobrze?

Pięć minut później zajęcia dobiegły końca, ale Marta Orzechowska ociągała się z wyjściem. Kiedy upewniła się, że została sama, podeszła do Rajchera.

– Mogę zająć jeszcze chwilę?

– Lepiej odeślę panią do recepcji, tam pani wszystko załatwi. Zaraz wydam dyspozycje o zwrocie wpisowego.

Wzięła krzesło z pierwszego rzędu i usiadła na nim okrakiem, kładąc ramiona na oparciu. Rajcher wycofał się za pulpit z laptopem, instynktownie zwiększając dzielący ich dystans.

– Nie chcę rezygnować z zajęć. Zależy mi... – Zawahała się. – No dobrze, nie będę owijać w bawełnę. Zapisałam się, żeby lepiej pana poznać.

W głowie Rajchera rozbrzmiał dzwonek alarmowy. Z kim tak naprawdę miał do czynienia?

– Nie udzielam się towarzysko.

– Co innego miałam na myśli. Chciałabym przeprowadzić z panem wywiad.

– Do magazynu komputerowego?

Pokręciła głową. Na jej ustach błąkał się uśmiech i wcale nie wydawała się zażenowana.

– Trochę pana podpuściłam. Pracuję w „Stołecznych Wiadomościach”.

– Czyli nie programistka?

– Dziennikarka. Interesuje mnie wywiad na wyłączność.

– Akademia Rajchera dopiero się rozkręca, więc na razie nie bardzo jest się czym chwalić.

– To pan mnie interesuje. Pułkownik GROM-u, uczestnik zagranicznych misji, weteran.

– Odszedłem z wojska.

– Ale wciąż ma pan o czym opowiadać.

– Nie będę o tym mówił.

Tylko na moment zbił ją z tropu.

– Trudno. – Westchnęła dramatycznie. – To, co już zgromadziłam, będzie musiało wystarczyć...

– Internet jest pełen śmieci.

– Mam swoje źródła. Ale wolałabym o pewnych rzeczach usłyszeć od pana, na przykład o pańskich najnowszych sukcesach. Nasi czytelnicy chętnie poznają pana od tej strony.

– O czym pani mówi? – Rajcher nadal starał się być miły, ale natręctwo dziennikarki zaczynało go irytować.

– Choćby o śledztwie w sprawie skorumpowanego komendanta policji Lubicza. Pański udział był absolutnie kluczowy! O zdemaskowaniu przestępczych działań Szadzkiego nie wspomnę.

– Media pisały o tym na bieżąco.

– Biedne dziewczyny!

– „Stołeczne Wiadomości” też szczegółowo relacjonowały sprawę.

– Czytelnicy są ciekawi szczegółów.

– Proszę się zwrócić do biura prasowego Komendy Stołecznej.

– Odpowiedzą mi tam na pytanie, czy komisarz Zaspę i pułkownika Rajchera łączą wyłącznie relacje służbowe?

– Nie sądzę. Służby prasowe policji nie zajmują się wytworami ludzkiej wyobraźni. – Rajcher delikatnie zamknął laptop i wskazał jej ręką drzwi. – Nasza rozmowa właśnie dobiegła końca.

– To może jeszcze pytanie związane bezpośrednio z Akademią Rajchera. Pytanie czysto hipotetyczne, naturalnie, ale pewnie sam się pan nad tym czasem zastanawia. – Wstała z krzesła. – Czy gdyby pana córka uczęszczała na podobny kurs, to uniknęłaby tragicznego losu?

– Proszę wyjść. I niech się pani więcej tu nie pokazuje.

Długo stał w oknie wychodzącym na Tamkę i błądził wzrokiem po ulicach Powiśla, które dobrze zdążył poznać od dobrej i złej strony. Kiedy uznał, że jest gotowy, wybrał na komórce numer do Witwickiego.

– Powiedz mi, Wito, ile ważysz?

Pytanie zaskoczyło Witwickiego.

– Sto dziesięć – odparł po chwili wahania.

Przy wzroście metr dziewięćdziesiąt siedem trudno mówić o nadwadze. Odżywiał się podręcznikowo, trenował ostro pięć razy w tygodniu, dwa dni poświęcał na relaksujące ćwiczenia ogólnorozwojowe. Na poważnie myślał o debiucie na gali MMA za kilka tygodni.

– Kiedy ostatni raz przegrałeś?

– Jezu, nie pamiętam! Jakieś dwa lata temu. Po co ci to? Będziesz pisał moją biografię?

– Dostałeś cięgi dokładnie dziesięć dni temu. Krogulec jednym ciosem posłał cię na deski.

– To był tylko sparing!

– Wygrałeś?

– Wypadki się zdarzają.

Krogulec miał metr osiemdziesiąt trzy wzrostu, ważył sto czterdzieści pięć kilogramów. Był już po niewłaściwej stronie czterdziestki i dawno zarzucił marzenia o zawodowych występach za prawdziwe pieniądze. Zarabiał na chleb, wynajmując się do walk sparingowych. Worek do obijania na dwóch nogach. Być może feralnego dnia Witwicki na moment się zagapił, zlekceważył przeciwnika albo zbyt wolno zareagował. Jakkolwiek było, po haku w podbródek runął na plecy i dochodził do siebie przez dwadzieścia sekund.

– Ale ostatecznie ostro go potraktowałem!

– Gdyby to się stało na ulicy, zakapior czekałby spokojnie, aż odzyskasz siły?

– Do czego pijesz? – burknął.

– Od jak dawna trenujesz?

– W ogóle? Od piętnastego roku życia. Najpierw było karate kyokushin, potem taekwondo, kickboxing, teraz zająłem się MMA.

– Czyli równo piętnaście lat. A kobietom z kursu wmawiasz, że przez miesiąc nauczysz je, jak się obronić przed bandziorem?

Witwicki nieco stracił na animuszu.

– Chcę im dodać pewności siebie – bąknął. – Zresztą pewne rzeczy można przez cztery tygodnie opanować. Bloki, uniki, kontratak, czułe punkty...

– W teorii! Jak byś je zamknął na rok i szkolił dzień w dzień jak specjalsów, to może dałyby radę opanować skutecznie podstawowe techniki i zdołałyby wyrobić nawyki. Tymczasem ty im mówisz, że mogą wchodzić na jezdnię na czerwonym świetle prosto pod rozpędzony samochód!

– Teraz już przesadziłeś!

– A z czym byś to porównał? Krucha kobieta, nawet jeśli przeszła jakieś szkolenie w kierunku samoobrony, ma stawić czoło osiłkowi ważącemu dwa razy tyle co ona?

– Sam mówisz, że kilogramy nie decydują o zwycięstwie.

– „Same kilogramy”! Skoro już mnie cytujesz, to dokładnie...

Rajcher przerwał, słysząc pukanie do drzwi. Do sali zajrzał niski, korpulentny czterdziestolatek. Luźna, kwiecista koszula wypuszczona na dżinsowe spodnie nieco maskowała wydatny brzuch. Jeśli zamierzasz ćwiczyć na poważnie, to musisz sporo schudnąć, przemknęło Rajcherowi przez głowę.

– Pan Hubert Rajcher?

– Tak. Ale w sprawie zapisów proszę iść do recepcji.

– Przychodzę służbowo. Można?

– Muszę kończyć! – Rajcher rzucił do słuchawki. – Wrócimy jeszcze do tej rozmowy.

Schował komórkę do kieszeni i spojrzał pytająco na przybyłego.

– Służbowo?

– Podkomisarz Piotr Borowski. – Podsunął Rajcherowi pod oczy policyjną legitymację. – Pewnie pana zainteresuje, że wyłowiliśmy z Wisły pańskie zwłoki.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij