Czy chcesz mnie już zabić? - ebook
Samotny snajper, wykonujący wydane przez siebie wyroki śmierci na bandytach, i profesor, zagorzały przeciwnik najwyższego wymiaru kary. Rozpoczyna się między nimi gra, w której ten pierwszy chce zmusić drugiego do zmiany poglądów. I w swej krucjacie nie cofnie się przed niczym…
Swoistym sędzią w tym pojedynku zostaje podkomisarz Piotr Szulc, który z jednej strony stara się złapać snajpera, a z drugiej wydaje się podzielać jego poglądy na karę śmierci. Ale profesor, choć niechętnie, musi mu zaufać. Bo policjant jest jedyną szansą na ocalenie jego rodziny.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-087-7 |
| Rozmiar pliku: | 5,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie powinno go tu być. Taki mały jak on lepiej gdy nie szwenda się po ulicach o tej porze. W dodatku sam, bez kolegów, w takim miejscu. Tak, to zdecydowanie nie było rozsądne.
Mały czapkę miał naciągniętą mocno na głowę, ręce schowane głęboko w kieszeniach. Pod kurtką ukrył niewielki plecak i teraz wydawało się, że ma nieduży garb. Wzrok miał wbity w ziemię, jakiś metr przed sobą. Starał się nie rozglądać wokoło, żeby nie ściągnąć przypadkowym spojrzeniem jakiegoś nieszczęścia. Kroki stawiał jak najciszej, aby nie dudniły w pustce ulicy.
Nie powinno go tu być w tym miejscu i o tej porze. Co najmniej od godziny Mały miał być w domu i dotrzeć tam powinien inną trasą. Znacznie bezpieczniejszą. Teraz bał się każdej dodatkowej minuty spóźnienia. Dlatego skrócił sobie drogę. Kiedy minął budkę telefoniczną, skręcił w prawo. Już sama budka powinna być dla niego kolejnym ostrzeżeniem. Relikt przeszłości, który powoli znikał z ulic pod koniec dwudziestego wieku, wypierany przez telefony komórkowe. Ta była dodatkowo bezużyteczna, bo miała wybite szybki i wyrwaną słuchawkę. Jakby po to, żeby nikt nie mógł się w niej ukryć i wezwać pomocy policji.
A Mały szedł właśnie tędy, choć wiedział, że to nie najlepszy pomysł. Łudził się jednak, że po ostatnich wydarzeniach Tamci trochę przystopują i nie pojawią się tu po zmroku. Przecież teraz to oni powinni się zacząć bać, a nie on.
– Ej, ty, która godzina? – usłyszał nagle gdzieś z boku.
To pytanie niemal podcięło mu nogi. Ale musiał zebrać się w sobie i jak najmocniej przyspieszyć kroku, żeby uciec z zasięgu wzroku pytającego. A raczej pytających, bo na pewno było ich kilku. Tamci nigdy nie chodzą sami. Na pewno są w grupie. Ale może są już pijani albo naćpani i nie będą mieli siły go gonić. Dlatego chciał się zerwać do biegu. Wtedy jak spod ziemi wyrósł jeden z Tamtych i złapał go za kołnierz.
– Gdzie się spieszysz, gnoju? – Trzymający go miał pewnie z metr dziewięćdziesiąt wzrostu i zawsze ogoloną na zero czaszkę, przykrytą obecnie czarną wełnianą czapką. Przez tę fryzurę był nazywany przez kolegów Pałą. Co odważniejsi mówili na niego nawet Łysa Pała, ale na to nie pozwalał. Sama Pała brzmiała zdecydowanie lepiej i czasem wyjaśniał nowym znajomym, że jego pseudo wzięło się od tego, że ręką potrafi uderzyć równie silnie jak bejsbolową pałką. – Kolega cię pytał o godzinę.
Przybliżył jego twarz do swojej i wtedy Mały go rozpoznał. Tak, nie mogło być wątpliwości. To ten sam, który ponad pół roku temu rozebrał go niemal do naga. Wtedy była jeszcze zima. Wprawdzie marzec się kończył, ale wciąż leżał śnieg i mróz dawał się ostro we znaki. Mały miał do domu prawie pięćset metrów. Przebiegł je na bosaka, w samych slipach i z tornistrem w ręku. Przez cały czas płakał tak głośno, że nie docierało do niego nawet zimno.
Nie zachorował. Nie miał pojęcia, ile osób go widziało, ale był przekonany, że co najmniej pół osiedla. Wściekły ojciec zaciągnął go na policję, ale ta spisała tylko zeznania i po trzech miesiącach umorzyła śledztwo z powodu niewykrycia sprawców. A Mały po powrocie z komendy przez miesiąc nie wychodził z domu. Wstydził się tego, co zaszło.
Teraz jeden z Tamtych, którzy mu to wszystko zrobili, trzymał go ponownie w swych łapach.
– Ej, czy ty, kurwa, nie jesteś tym frajerem, którego rozebraliśmy na wiosnę?
Mały się nie odezwał, ale to nie przeszkodziło w identyfikacji. Zwłaszcza że podszedł do niego drugi z Tamtych.
– To on. To jego stary ganiał po osiedlu i odgrażał się, że nas znajdzie i pozabija.
– Kojarzę. Śmieszny dziadek. – Obok Małego pojawił się trzeci z Tamtych. Nazywali go Michą, jedni twierdzili, że od nazwiska, które brzmiało Michalski, a drudzy, że od tego, że potrafił pochłonąć naraz niewyobrażalne ilości jedzenia. I wszystko mu się kojarzyło z żarciem. – Jakby mógł, toby nas zjadł i nie popijał.
– To może trzeba jego bachorowi zrobić powtórkę?
– Nie zaszkodzi. Wypierdalaj z ciuchów, gówniarzu. – Mały nie zrobił najmniejszego gestu, tylko wpatrywał się z przerażeniem w swojego oprawcę. – No co jest, kurwa? Nie słyszałeś, co powiedziałem? Oddawaj wszystko, co masz. I powiedz staremu, że jak będzie znowu fikał, to będziemy cię rozbierać regularnie, co pół roku.
– Dlaczego? – Pytanie było zupełnie bezsensowne i Mały sam nie wiedział, po co je zadał.
– Pytasz się dlaczego? Księdza, kurwa, na religii nie słuchałeś? Z biednymi trzeba się dzielić. A ja jestem biedny, rozumiesz, chuju? Mnie, kurwa, rodzice nigdy nic nie dali. No, chyba że w mordę. A ty masz wszystko to, co ja też powinienem mieć. Dlatego teraz ja to będę miał. No już, dawaj!
– Nie. – Nie wierzył własnym uszom, że to powiedział. Przy Tamtych wyglądał jak maskotka, której mogli jednym ruchem ręki ukręcić głowę lub po prostu wsadzić trzymanego w dłoni „motylka” pod żebro. A on powiedział im „nie”.
– Pigmej, słyszałeś? – Ten, który trzymał go za kołnierz, głośno się roześmiał, a jego kolega, wbrew przezwisku mający prawie dwa metry wzrostu, mu zawtórował. – Gówniarz zwariował.
– Pewnie nasłuchał się opowieści o Ogrodniku.
– Chyba tak. – Pała podniósł Małego jedną ręką. – Ogrodnika nie ma, wiesz? Zabiliśmy go i już nikt nie będzie wyrywał chwastów…
Nagle na czole Pały wyrosła niewielka, czerwona plamka. Ze zdziwieniem uniósł wzrok, jakby chciał ją zobaczyć. Uścisk jego dłoni rozluźnił się i Mały z powrotem znalazł się na ziemi. W pierwszej chwili, podobnie jak pozostali Tamci, nie rozumiał, co się stało. Dopiero kiedy Pała ukląkł przed nim, zobaczył, jak z jego czoła wypływa brunatnoczerwona strużka.
– Ej, Pała, co jest? – zaniepokoił się Micha i chciał ruszyć w stronę kompana, ale nagle coś uderzyło go lekko z tyłu w głowę. Zachwiał się, spojrzał zdziwiony w twarz Małego i upadł obok.
Trzeci z Tamtych od razu zrozumiał sytuację. Rzucił się pod najbliższy samochód i opierając się o drzwi, z przerażeniem spoglądał na martwe ciała. Wiedział, kto do nich strzela, więc nie miał cienia wątpliwości, że już nigdy więcej nie wyjdą pofruwać z motylkami. To byli fajni kumple. Może trochę czasem narwani, lubili spuścić wpierdol. Ale nic więcej. Tylko taki pojeb jak ten Ogrodnik mógł chcieć ich zabić.
Pigmej rozejrzał się wokół, szukając pomocy.
– Policja! – krzyknął, ale po chwili sam się zdziwił własnym głosem.
Do tej pory nie przeszłoby mu przez myśl, że może kiedyś prosić psy o pomoc. Przecież nienawidził ich z całych sił i uważał, że gdyby ich nie było, świat byłby cudowny. Wtedy rządziliby on i jego koledzy. Zorganizowaliby taką grupę, że nikt by im nie podskoczył. Ze dwudziestu największych killerów w mieście. Rozpierdoliliby wszystkich innych i byłoby ekstra…
Ale teraz pojawił się ktoś groźniejszy i nikt mu nie pomoże. Nawet policja. Ale zawsze można krzyknąć jeszcze raz.
– Policja!!!
Nie przyjdą. Już niejeden tak tu krzyczał, a oni nigdy nie przyszli. Wiedział, że jest bezpieczny dopóty, dopóki siedzi zasłonięty za tym samochodem. Ogrodnik go tu na pewno nie widzi, bo inaczej już by go zabił. Żałował, że przezwisko Pigmej nadano mu z przekory, bo teraz chciałby być mniejszy. A najlepiej, jakby był krasnoludkiem i mógł przemknąć pod samochodami.
Spojrzał na ciała kolegów i na Małego, który nadal stał bez ruchu. Nagle coś mu zaświtało. Tak, to jest myśl. Musi złapać tego gówniarza i zasłonić się nim jak żywą tarczą. Tylko gdzie jest tamten świr?! Pewnie na którymś z bloków. Tak mówili: że strzela z dachów.
Z drugiej strony ulicy były trzy wysokie, dziesięciopiętrowe budynki, identyczne jak te przed nim. Spojrzał na kolegów. Pała był postrzelony centralnie w czoło, a Micha miał ranę z prawej strony głowy. Jeśli tak, to znaczy…
Zobaczył mały, czerwony punkt, który powoli pełznął po trawie w jego kierunku. Punkt zatrzymał się tuż przed jego stopą. Postał tam kilka sekund, jakby się zastanawiał, w którą stronę ma pójść. A potem, leniwie jak wcześniej, zaczął poruszać się po jego nodze, brzuchu, klatce piersiowej i szyi. Później znalazł się na jego twarzy, ale tego Pigmej nie mógł już zobaczyć.
W ogóle nic więcej już nie mógł zobaczyć.ROZDZIAŁ 1
Chociaż dochodziła już pierwsza w nocy, ktoś mógłby pomyśleć, że w tym miejscu dopiero co zapadł zmrok. Wokół terenu ogrodzonego policyjną taśmą kłębił się niemały tłumek ludzi, niekiedy ubranych w ciepłe puchowe kurtki narzucone w pośpiechu na pidżamy. Niejedna z tych osób szykowała się już do snu i dopiero błyski kogutów radiowozów zaparkowanych pod ich blokiem skłoniły je do zmiany decyzji. W tej chwili gapie wymieniali się informacjami i z mieszaniną radości i żalu patrzyli na czarne worki z ciałami.
– To było pewne, że ich w końcu dopadnie – pokiwał głową mężczyzna ubrany w długi, elegancki płaszcz i kompletnie do niego niepasującą futrzaną czapkę.
– Biedna pani Zybert. – Kobieta w czerwonych kozakach i kurtce tego samego koloru obtarła łzę.
– Biedni to byli ci, których te dranie napadały – stwierdził twardo mężczyzna w bluzie na futerku z kapturem narzuconym na głowę.
– Co pan mówi? – oburzyła się kobieta w czerwonych kozakach. – Przecież oni nikogo nie zabili…
– Jeszcze nie zabili. Ale niejednemu dali po pysku i okradli. Potem to wiadomo, co by z nich było.
Spór między widzami tego spektaklu robił się coraz gorętszy i był odbiciem burzliwych dyskusji, które ciągle wybuchały między ludźmi w całej Polsce, a szczególnie w Warszawie. Od czasu, gdy zaczął działać Ogrodnik… Chociaż początkowo nikt go tak nie nazywał. Kiedy uderzył po raz pierwszy, zabijając dwóch osiemnastolatków na Pradze, którzy napadli na młodszego o kilka lat kolegę, uważano, że to wariat, który zabił przypadkowe ofiary. Gdy po dwóch tygodniach zastrzelił w podobnej sytuacji na Żoliborzu trzech kolejnych łobuzów, było wiadomo, że w mieście pojawił się samozwańczy sędzia. A kiedy po miesiącu sytuacja się powtórzyła, tym razem na Mokotowie, media oszalały na jego punkcie.
I potrzebowały jakoś go nazwać.
Sprzątacz i Mściciel nie przyjęły się. Wtedy jedna z telewizji przeprowadziła sondę wśród widzów. Większość opinii nie została dopuszczona na antenę, bo były zbyt pochlebne dla mordercy. Ale jedną z nich redaktor realizujący materiał puścił. Może dlatego, że lubił filmy Pasikowskiego i w trakcie zakrapianych imprez w męskim gronie wiele razy cytował pochodzące z nich teksty? A może właśnie wyczuł, że oto trafiła się szansa, by zostać zapamiętanym jako ten, który nadał zbrodniarzowi pseudo? Zapomniał pewnie przy tym, że o ile każdy pamięta Kubę Rozpruwacza, o tyle nikt tego, kto go tak nazwał. I jego też nikt nie zapamiętał. Zwłaszcza że tak naprawdę pseudo wymyślił warszawski tramwajarz, który na pytanie, co sądzi o mordercy, powiedział twardo:
– To jest ogrodnik.
– Ogrodnik? – zdziwił się redaktor.
– Tak. Chwasty wyrywa.
I o tego Ogrodnika toczył się teraz spór niedaleko ciał Pigmeja, Pały i Michy. Ale podkomisarz Piotr Szulc, szczupły, wysoki blondyn przed trzydziestką, w okularach z lekko przyciemnianymi szkłami, który podszedł do jednego z czarnych worków, prawie w ogóle go nie słyszał. A może raczej nie interesował się nim, bo był świadkiem wielu takich rozmów od czasu, gdy zajmował się tą sprawą. Dostał ją mimo młodego wieku, bo uważano go za jednego z najbardziej błyskotliwych policjantów. Choć niektórzy twierdzili, że jest idiotą, bo tylko idiota po skończeniu wydziału prawa z wyróżnieniem i przy różnych koneksjach rodzinnych mógł iść pracować do policji.
Podkomisarz pochylił się nad workiem i rozsunął zamek błyskawiczny.
– Precyzyjna robota – usłyszał nad uchem głos komisarza Tondery, swojego partnera.
Tondera był starym policyjnym wygą po pięćdziesiątce. W zasadzie brunet, z tym że zostały mu już tylko pojedyncze czarne włosy. Niewysoki, dość masywny, o twarzy zniszczonej życiem. Złośliwi mówili, że zawsze wygląda, jakby miał kaca, choćby nawet i dwa tygodnie nie dotykał alkoholu. Ale takie sytuacje zdarzały się rzadko, szczególnie od kilku lat. W pierwszej chwili był sceptyczny, gdy dano mu pod skrzydła Szulca. Ale szybko, mimo różnicy wieku, znaleźli wspólny język. I obu ta współpraca dobrze robiła. Młody się uczył, a stary zyskiwał jeszcze trochę ochoty na życie i pracę, z której już w każdej chwili mógł odejść na emeryturę.
– Można powiedzieć: trafione w punkt. – Komisarz uśmiechnął się szyderczo.
– Jak zwykle – potwierdził Szulc. – Nasz bohater nigdy nie chybia. – Trudno było wyczuć, czy podkomisarz używa słowa „bohater” z ironią, czy na serio. – Dziurka w samym środku czoła. Tego obsłużył na początku.
Zasunął worek, wstał i podał Tonderze dłoń na powitanie.
– A gdzie jest ten mały?
– Przyjechał po niego ojciec i pojechali już razem na komisariat.
– Miał chłopaczek szczęście. – Tondera postawił wyżej kołnierz. – Kulki latały mu tuż koło głowy.
– Nic by się dzieciakowi nie stało.
– A gdyby ten ostatni się nim zasłonił? Myślisz, że Ogrodnik by mu odpuścił?
– Nie. Znalazłby po prostu miejsce, gdzie może strzelić. I spokojnie by trafił.
– Masz do niego spore zaufanie – zauważył kąśliwie Tondera.
– Przecież nigdy nie zranił nikogo poza takimi jak ci. – Szulc pokazał na czarne worki z ciałami.
– Przypadek. W końcu zacznie strzelać i do innych. Może i do nas. Wystarczy, że staniemy mu na drodze. – Tondera rozejrzał się. – A Bielczyka tu jeszcze nie ma? – zapytał, uśmiechając się pogardliwie.
– To nie wiesz? Wczoraj dostał czterdziestostopniowej gorączki. Podobno wynieśli go półprzytomnego z gabinetu.
– Aż tak źle? – Tondera wprawdzie serdecznie nie znosił Bielczyka, tak jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent innych policjantów, uważających go za pozera i gościa, który chętnie przywłaszczy sobie każdy cudzy sukces, ale zrobiło mu się go żal.
– Nie mogli go oderwać od stołka. Przestraszył się, że się nie wykuruje i nie wystąpi w tej piątkowej _Interwencji na żywo_ o Ogrodniku.
– Ma jeszcze kilka dni. Zrobi wszystko, żeby wyzdrowieć.
– Podobno nie ma szans, żeby wyszedł przez najbliższe dwa tygodnie ze szpitala.
– To ktoś go ma zastąpić?
– Niestety. – Szulc zaczął się rozglądać po dachach okolicznych bloków, na których myszkowali teraz policjanci w poszukiwaniu śladów strzelca.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że chcą w to wrobić ciebie?
Szulc nie odpowiedział, ale jego milczenie Tonderze wystarczyło.
– Chcesz świecić ryjem? – zapytał.
– Zgodziłem się pod warunkiem, że nie będzie widać mojej twarzy i będę miał zniekształcony głos.
– A… chyba że tak. – Tondera chuchnął w dłonie. – Dobra, jedziemy na komisariat i zobaczymy, czy da się pogadać z tym małym.
* * *
W studiu panował okropny harmider. Wszyscy ludzie biegali w panice, w każdą z możliwych stron, i brzęczeli jak stado rozzłoszczonych szerszeni. Reżyser, siedzący w przeszklonej klitce nad halą, wrzeszczał coś do mikrofonu, cały czerwony z wściekłości. Słyszeli go jednak tylko wybrańcy zaopatrzeni w specjalne słuchawki. Na szczęście zaczęli oni powoli zajmować wyznaczone pozycje, co pozwoliło opanować ogólny rozgardiasz. Reżyser opadł na krzesło i rozpiął kołnierzyk pod szyją. Nienawidził programów na żywo, ale były to najlepiej płatne fuchy.
– Zaczynamy – wysapał na wpół przytomny.
W całym studiu rozległ się dźwięk dżingla zapowiadający rozpoczęcie się popularnego programu, nadawanego w porze najlepszej oglądalności. Przed kamery zwinnie wbiegł prowadzący, ubrany w jasnoszarą marynarkę i czerwoną muszkę, która wiecznie przekrzywiała mu się w trakcie programu. Teraz, ledwie powstrzymując radość z faktu, że za moment będą go podziwiać miliony, rozpoczął grobowym tonem:
– Witam państwa w ten piątkowy wieczór w kolejnym wydaniu _Interwencji na żywo_. Dziś będziemy rozmawiać o sprawie, która ostatnio bulwersuje cały nasz kraj i porusza nasze społeczeństwo. Sprawa ta podzieliła wszystkich, którzy o niej słyszeli, i wywołała ponownie dyskusje o karze śmierci. Mówimy oczywiście o słynnym już Ogrodniku, który od jakiegoś czasu grasuje lub, jak mówią inni, poluje na młodocianych bandytów dokonujących rozbojów na ulicach naszej stolicy. Zabija ich precyzyjnym strzałem z karabinka i znika przez nikogo niezauważony. – Prowadzący chciał jeszcze bardziej rozwinąć swoje krasomówcze talenty, ale w uchu zawarczał mu głos reżysera, który przywrócił go do rzeczywistości. – Naszym pierwszym gościem jest filozof i etyk z Uniwersytetu Warszawskiego, profesor Henryk Kulski.
Na scenę wszedł mężczyzna dobrze już po pięćdziesiątce, w okrągłych okularach i z brodą, która sprawiała wrażenie, jakby każda jej część wybierała inny kierunek wzrostu. Włosy miał obecnie niezbyt długie, choć sądząc z ruchów głowy (charakterystyczny gest odrzucania jej do tyłu), w przeszłości musiały mu sięgać co najmniej do ramion. Prowadzący przywitał się z nim i ruchem ręki zaprosił go na fotel obok siebie.
– A więc, panie profesorze, co pan sądzi o Ogrodniku? – zapytał, kiedy zajęli już swoje miejsca.
– No cóż. – Profesor złożył palce w piramidkę, a następnie maksymalnie oddalił od siebie kciuki. – Żeruje on niewątpliwie na najniższych ludzkich uczuciach i braku poczucia bezpieczeństwa. W powszechnym odbiorze społecznym jest, dosyć naiwnie, uważany za przedstawiciela prawa, który wymierza sprawiedliwość…
– Naiwnie? Dlaczego naiwnie?
– No bo przecież nim nie jest. To, że strzela do bandytów, jest tylko wynikiem wyboru celu, jaki sobie obrał. W gruncie rzeczy zaś zaspokaja swoje chore ego i nie różni się niczym od innych seryjnych morderców. Jestem pewien, że gdy organa ścigania wpadną na jego trop i zaczną mu deptać po piętach, zabije również policjanta, bo będzie uważał, że ten przeszkadza mu w wypełnianiu jego wyimaginowanej misji… Mam wrażenie, że wydaje mu się, że jest współczesnym wcieleniem Złego Tyrmanda.
– Niektórzy porównują go raczej do Punishera.
– Pan wybaczy, ale o ile jeszcze mogę zaakceptować porównanie do postaci ze wspaniałej literatury, o tyle już porównanie do bohatera niskiej amerykańskiej popkultury uważam za wyjątkowo infantylne. Szczególnie że, jak wszyscy doskonale pamiętamy, Zły był rzeczywiście złym człowiekiem, który w nieudolny, okrutny sposób usiłował naprawić wyrządzone przez siebie krzywdy…
– Tak, tak… – Prowadzący przytaknął machinalnie, ponaglony poleceniem z reżyserki, ale i tak przerwałby profesorowi, gdyż sam doskonale rozumiał, że wszelkie porównania do książki nieznanej dziewięćdziesięciu procentom widzów programu _Interwencja na żywo_ mogą źle wpłynąć na oglądalność. – Słusznie pan profesor w poprzednim zdaniu poruszył temat policji. Posłuchajmy wypowiedzi oficera stołecznej komendy, który prowadzi śledztwo.
Światło w studio przygasło, a na wielkim ekranie znajdującym się na ścianie ukazał się kontur sylwetki filmowanej pod światło, aby nie było widać twarzy. Również głos mówiącego był zniekształcony i nikt w tej chwili nie mógł rozpoznać, że rozmówcą prowadzącego jest podkomisarz Szulc.
– Co wiemy do tej pory o Ogrodniku?
– Raczej niewiele. Prawdopodobnie nie różni się za bardzo od typowego seryjnego mordercy. Jest to zapewne mężczyzna w średnim wieku, dość inteligentny, wykształcenie raczej ścisłe, który pośrednio lub bezpośrednio padł ofiarą osób przypominających te, które zabił…
– No właśnie, zabił. – Prowadzący podkreślił ostatnie słowo. – Ile zabójstw Ogrodnika udokumentowano na dzień dzisiejszy?
– Ogrodnik ma do tej pory na swoim koncie dwanaście ofiar. Uderza dwa, trzy razy w miesiącu, w różnych punktach naszego miasta, które zostały określone w specjalnym wydawnictwie naszej komendy jako szczególnie niebezpieczne.
– Czy więc policja nie może specjalnie nadzorować tych miejsc? – spytał głos niewidocznego dziennikarza.
– W samym tylko centrum jest takich miejsc około czterdziestu, a w Warszawie prawie sto pięćdziesiąt. Musielibyśmy oddelegować tysiąc osób, żeby w jaki taki sposób je zabezpieczyć. A ponadto nie ma żadnej pewności, że uderzy akurat w nich, bo jest jeszcze kilkaset miejsc, które również uznaliśmy w naszym wydawnictwie za niebezpieczne, choć nieco mniej od tych głównych.
– A może policja nie chce go szukać? Może uważa go za cichego pomocnika? – zapytał na wpół patetycznie, na wpół oskarżycielsko prowadzący. – Co to jest tysiąc osób, gdy chodzi o seryjnego mordercę?
– Tysiąc osób to jest bardzo dużo w naszych warunkach. Choć może, jak tak dalej pójdzie, będziemy je mogli wysłać przeciw niemu. – Choć sylwetka Szulca wciąż była zaciemniona, wiele osób mogłoby przysiąc, że w tej chwili uśmiechnął się ironicznie pod nosem.
– Jak to? Co pan ma na myśli?
– Spadającą liczbę przestępstw.
– To znaczy rozbojów?
– Nie tylko, choć te rzeczywiście zmniejszyły się drastycznie, bo aż o osiemdziesiąt procent. O połowę spadła liczba zabójstw, a nawet liczba zwykłych kradzieży zmniejszyła się o blisko dwadzieścia pięć procent.
– Tak, to ciekawe, co pan mówi. – Prowadzący chętnie pociągnąłby ten wątek, gdyż czuł podskórnie, że takie efektowne porównania mogą świetnie wpłynąć na oglądalność programu, ale pamiętał też, że producent z telewizji nadzorujący _Interwencję na żywo_ wyraźnie zaznaczył, że nie wolno robić z Ogrodnika za bardzo pozytywnego bohatera. Dlatego właściciel czerwonej muszki szybko pożegnał gościa, nie czekając, aż ten rozwinie swoją odpowiedź. – Dziękuję bardzo za rozmowę.
Ekran, na którym była wyświetlana sylwetka Szulca, zgasł, a studio ponownie się rozświetliło. Prowadzący skierował swoją uwagę na siedzącego naprzeciwko niego gościa.
– I co pan na to, panie profesorze?
Kulski, który przez cały czas wywiadu z podkomisarzem kręcił się nerwowo na swoim fotelu, uniósł się, usłyszawszy pytanie. Zanim jednak na nie odpowiedział, zrobił efektowną pauzę, a oburzony wyraz jego twarzy zdawał się komunikować: „brak mi słów”. W końcu jednak profesor zaczął mówić:
– Przede wszystkim uważam za skrajnie nieodpowiedzialne przytaczanie tych wszystkich statystyk w kontekście sprawy Ogrodnika. Przecież ten oficer mówił tak, jakby spadek liczby przestępstw był zasługą tego seryjnego mordercy. – Spojrzał z nadzieją w stronę widowni, szukając tam aplauzu.
Ale publiczność nie miała prawa do własnych reakcji, czekała tylko na to, jaką tabliczkę podniesie zarządzający nią człowiek. Ten nie był przygotowany na to, że teraz akurat ma kazać ludziom mruczeć aprobująco. Sam nie mógł wykazać inicjatywy, musiał czekać na sygnał z reżyserki, ale ten nie nadszedł. Reżyser też zresztą miał rozpisanych w scenariuszu tylko kilka miejsc na odpowiednie reakcje i wolał nie ryzykować własnej decyzji. Dlatego słowa profesora spotkały się tylko z obojętną ciszą.
– Uważa pan, że działalność Ogrodnika nie ma z tym nic wspólnego?
– No nie, tego nie twierdzę, ale uważam, że nie ma dowodu na to, że to właśnie dzięki niemu taki spadek nastąpił. To przecież tylko zwykła statystyka, niepoparta głębszymi badaniami, a jak ktoś mądry kiedyś powiedział: są kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyka.
– To prawda, ale w tym czasie nie stało się nic innego, z czym można łączyć spadek przestępczości.
– Tego nie wiemy. W ciągu ostatniego miesiąca była na przykład bardzo brzydka pogoda i zarówno potencjalne ofiary, jak i bandyci rzadziej opuszczali swoje mieszkania.
– To dosyć – prowadzący szukał odpowiedniego słowa – oryginalny pogląd.
– Ja po prostu uważam, że nie należy wysnuwać pochopnych wniosków. Jeśli nawet przypadkiem następuje korelacja między zbrodniami popełnianymi przez tego człowieka a spadkiem przestępczości, to może być to efekt pewnego szoku, ale bez długotrwałych skutków. Być może tak jest również w tym wypadku. Kiedy pogoda się poprawi, a przestępcy otrząsną się z szoku, wszystko wróci do normy. Tymczasem gloryfikuje się tutaj przestępcę, tak jakby był on sprawcą nastania rządów prawa. A przecież on zasługuje, na równi z innymi bandytami, na adekwatną do winy i sprawiedliwą karę.
– Sprawiedliwą, czyli jaką?
* * *
Przed telewizorem, z butelką piwa w ręku, siedział nieogolony mężczyzna o mocno już posiwiałych, przetłuszczonych włosach. Jego brzuch rósł z każdym dniem, nie wiedzieć czy bardziej przez wypijane piwo, czy przez brak pracy, której szukał bezskutecznie od blisko dwóch lat. Wpatrywał się ze złością w ekran i za każdym razem, gdy go coś zdenerwowało, pociągał łyk. A ponieważ irytowało go właściwie wszystko, co tam usłyszał, na stole stały już trzy puste butelki. Najchętniej zresztą znalazłby się w studiu i wygarnąłby w twarz tym wszystkim mądralom, co o tym sądzi. Ale w tej sytuacji mógł sobie pozwolić tylko na kolejne, jeszcze głośniejsze niż przed minutą, stwierdzenie:
– Co za głupi fiut! – krzyknął tak, że było go słychać w całym mieszkaniu.
– O kim mówisz? – zapytała z kuchni zmęczona kobieta o ciemnoblond włosach, upiętych niestarannie na czubku głowy, która oddawała się właśnie ulubionej rozrywce: rozwiązywaniu krzyżówek.
Tak naprawdę nie była ciekawa, kogo jej mąż ma na myśli, i było jej obojętne, kto jest przez niego w tej chwili obrażany. Zdawała sobie po prostu sprawę z tego, że jego okrzyk nie był skierowany do telewizora, tylko do niej. I jeśli nie zareagowałaby odpowiednio wcześnie, mąż krzyczałby coraz głośniej, by sprowokować ją do zadania pytania. Chciała więc mieć jak najszybciej z głowy jego kolejny wybuch frustracji, którą budziło wszystko, co nie pasowało do jego poglądów.
– Mówię o tym profesorze z telewizji! – warknął Seklewski, wpatrując się w telewizor, i pociągnął kolejny łyk piwa. – Widuję go czasami, jak chodzę na spacery nad Wisłę. Wiesz, mieszka tam w takiej ładnej willi. Naokoło bezpiecznie, jakieś ambasady, to się mądrzy, że ludzie niepotrzebnie się boją! – Wstał i zbliżył się do ekranu, żeby pogrozić palcem Kulskiemu. – Jakbyś dostał od kogoś w ryja, tobyś inaczej gadał!
– Ale o co dokładnie chodzi? – spytała kobieta, wpisując do krzyżówki kolejne hasło.
– Jest teraz program o Ogrodniku. Wiesz, tym co strzela do bandytów napadających na dzieci.
– Aha. – Ponieważ nie doczekali się własnych dzieci, Seklewską temat interesował raczej umiarkowanie.
– No i właśnie mówi… No nie, posłuchaj sama. – Mężczyzna pilotem pogłośnił telewizor.
– „…niech pan mnie nie prowokuje, panie redaktorze. – Głos profesora Kulskiego słychać było chyba aż na ulicy. – Pan doskonale wie, że jestem przeciwnikiem kary śmierci. Jest to kara niehumanitarna i taka, która nie powinna mieć miejsca w żadnym kodeksie karnym. Chodzi głównie o jej nieodwracalność. Zresztą przecież kończy się wiek dwudziesty i wkrótce zaczyna dwudziesty pierwszy, i nie możemy wracać się do wieków średnich! A tym, którzy są zwolennikami tej kary, radziłbym obejrzeć nagranie z jakiejś egzekucji. Zaraz by zmienili zdanie, gdyby zobaczyli, na czym ta kara polega”.
– Ty głąbie niemyty! – Seklewski ściszył telewizor, aby żona dokładnie usłyszała jego pogląd na temat profesora. – To jest jakiś Żyd. Oni by zawsze chętnie wszystkim wybaczali. Jeśli zabijają innych. Ale Palestyńczykom jakoś nie przebaczają.
Wstał i ruszył do przedpokoju, z którego po chwili przyniósł buty. Usiadł na fotelu i zaczął je wkładać.
Nie uszło to uwagi jego żony, która odłożyła krzyżówkę i weszła do pokoju.
– A ty gdzie się wybierasz?
– Idę zadzwonić do tego programu, żeby mu nawtykać.
– Gdzie idziesz? Przecież masz telefon w domu. I komórkę nawet kupiłeś – zdenerwowała się Seklewska.
– Czyś ty, kobieto, zgłupiała? Jakbym mu to powiedział z domu, to zaraz by mnie namierzyli i aresztowali. Przecież to wszystko jedna żydowska mafia.
– A skąd ty chcesz dzwonić?
– Jak skąd? Z budki!
– To budki jeszcze są?
– Kilka się jeszcze zostało, jedna niedaleko nas. Ale pewnie je niedługo zlikwidują. Chcą, żeby ludzie mieli tylko komórki. Łatwiej ich będzie namierzyć. Jedna wielka mafia. – Wstał, włożył kurtkę i chwycił za klamkę, ale żona złapała go za ramię.
– Daj spokój, Marian, bo będą z tego jakieś kłopoty.
– Jakie kłopoty? Powiem mu kilka słów do słuchu i tyle. Zakryję słuchawkę szalikiem, tak jak na filmach, i nikt nie rozpozna mojego głosu. Nie będzie z tego żadnych kłopotów.
– Wtedy też tak mówiłeś, a ciągnie się to za tobą już parę lat.
– Przestań wreszcie tyle gadać, kobieto. Wtedy to było coś zupełnie innego – uciął dyskusję i wyszedł z mieszkania.
Marian zszedł na dół i otworzył drzwi na zewnątrz. Wiał zimny, porywisty wiatr, więc postawił kołnierz. Kiedy zbliżał się już do budki, zobaczył, jak wchodzi do niej jakiś facet w puchowej kurtce i wybiera numer. Nie zmartwiło go to specjalnie. Do czasu, gdy telewidzowie będą mogli zabierać głos w dyskusji, było jeszcze piętnaście minut. Wyszedł specjalnie wcześniej, aby móc spokojnie się dodzwonić.
Gość przy telefonie był lepiej przygotowany na pobyt w niesprzyjających warunkach pogodowych. Nie dość, że miał puchową kurtkę, to jeszcze jego szalik był dużo grubszy niż ten Mariana, a na dłoniach miał ładne skórkowe rękawiczki. Bezrobotny stanął dwa metry od budki i zaczął przytupywać, żeby się rozgrzać. Zwróciło to uwagę rozmawiającego, bo odwrócił się w jego stronę i spojrzał na niego niechętnie. Zresztą nieznajomy w ogóle zachowywał się dziwnie. Stał ze słuchawką przyklejoną do ucha, nie przedstawił się i tylko, po kilkuminutowym oczekiwaniu, raz się odezwał: „Oczywiście, poczekam”.
* * *
Profesor Kulski od początku miał sporo wątpliwości, czy powinien brać udział w tym programie. Kiedy przed dwoma tygodniami w końcu się na to zgodził, nie miał pojęcia, że przyjdzie mu występować razem z malcem, którego kilka dni wcześniej ocalił Ogrodnik. Tak naprawdę został uprzedzony o tym dopiero wczoraj i poważnie się zastanawiał, czy nie zrezygnować. Zdawał sobie sprawę, jakie emocje będą towarzyszyć temu występowi i po czyjej stronie będzie sympatia publiczności. Uznał jednak, że ma obowiązek przekonywania do swoich poglądów, a znajomy redaktor naczelny stacji, która emitowała _Interwencję na żywo_, obiecał, że przekaże wiadomość producentom programu, by postarali się, żeby profesor wypadł dobrze.
Dlatego Kulski postanowił, że postara się po prostu jak najmniej odzywać w trakcie rozmowy z chłopcem i zachować spokój. Lecz gdy tylko usłyszał, w jaki sposób zapowiedziano jego wejście, miał ochotę zaprotestować.
– A teraz powitajmy w programie kolejnego gościa. – Głos redaktora zrobił się bardzo poważny, jakby co najmniej był konferansjerem w cyrku zapowiadającym salto mortale. – Jest nim Damian Kępa, którego Ogrodnik jako ostatniego uratował przed brutalnym napadem. Powitajmy go w skupieniu, gdyż chłopczyk oczywiście ciężko przeżył to zdarzenie. Dlatego towarzyszy mu jego ojciec, pan Maciej Kępa.
Powitanie w skupieniu oznaczało tyle, że człowiek kierujący widownią nie uniósł tabliczki z napisem „oklaski”, ale rzadziej używany „szmer”. Widzowie zaczęli między sobą szeptać, co miało oznaczać, że są poruszeni przybyciem nowego gościa.
Na oświetloną scenę wszedł przestraszony Damian trzymany za rękę przez ojca. Chłopczyk starał się nie patrzeć wkoło siebie. Za to jego tata, mężczyzna o kruczoczarnych włosach i miłej twarzy, osadzonej niemal bezpośrednio na wielkich, szerokich barkach, uważnie lustrował otoczenie. Tak jakby był ochroniarzem własnego syna, który każdemu, kto zechce zrobić mu krzywdę, skręci kark bez mrugnięcia okiem. Posadził malca na kanapce i sam usiadł obok niego.
– Damianie, czy możesz nam opowiedzieć swoją historię?
– Byłem u kolegi – rozpoczął chłopiec po chwili namysłu – i trochę się zasiedziałem, grając na kompie. Kiedy wracałem do domu, było już zupełnie ciemno…
– Która to była godzina?
– Około wpół do ósmej. – Damian pociągnął nosem. – Bałem się, że się spóźnię, bo obiecałem tacie, że będę przed siódmą. Dlatego postanowiłem sobie skrócić drogę przez osiedle, żeby być jak najszybciej. Wtedy nagle skądś wyszli oni…
– Czy znałeś ich wcześniej?
– Tak, bo oni… Oni… – Chłopcu zaczął łamać się głos.
Ojciec chwycił go mocniej za rękę i zaproponował:
– Może teraz raczej ja opowiem.
– Naturalnie. – Prezenterowi przypadła do gustu dramaturgia wydarzenia.
– Ta sama grupa bandytów napadła na mojego syna w tym miejscu pod koniec ostatniej zimy. Leżał wtedy jeszcze śnieg i był mróz. Zabrali mu wszystko, zostawiając tylko slipki. Musiał przez kilkaset metrów biec do domu nagi i zmarznięty. A policja nie była w stanie nikogo złapać. Ba, nie mogli mi nawet pokazać ani jednego zdjęcia bandyty, który tam grasuje, choć przecież sami oznaczyli to miejsce jako szczególnie zagrożone rozbojami. Rozwiesiłem plakaty na całym osiedlu i wyznaczyłem nagrodę za wskazanie sprawców. Dzwonili do mnie i śmiali się do słuchawki, że i tak nic im nie zrobię, a jak się będę stawiał, to i mnie skopią dupę. – Maciejowi Kępie głos podnosił się coraz bardziej i prowadzący był już pewien, że po tym programie oglądalność znacznie podskoczy. – Wreszcie zadzwonił jakiś ćpun, który za sto złotych powiedział mi, kim oni są. Poszedłem na policję, powiedziałem którzy to. I co? I nic. Do dnia dzisiejszego nie dostałem wezwania na żadne przesłuchanie w tej sprawie.
– I teraz go pan już nie dostanie – powtórzył za reżyserem prowadzący, a Kulski skrzywił się, z najwyższym trudem powstrzymując się przed wejściem właścicielowi czerwonej muszki w słowo.
– I tu się pan myli. Policja wezwała mnie następnego dnia po zabójstwie jako potencjalnego podejrzanego, bo ktoś słyszał, jak chodziłem i mówiłem, że pozabijam tych łobuzów, którzy tak potraktowali mojego syna.
– Ale ktoś pana wyręczył.
– Panie redaktorze, chciałbym zaprotestować. – Profesor Kulski uznał, że są granice, których przekroczyć nie wolno. – Podgrzewa pan w rozmowie z ojcem tego nieszczęśliwego chłopca atmosferę nienawiści.
– Myli się pan, panie profesorze – odparł z uśmiechem Maciej Kępa. – Tu nie ma czego podgrzewać. Ja oraz milion innych ojców w tym kraju nienawidzimy tych cholernych bandytów, którzy ciągle napadają na nasze dzieci i sprawiają, że nigdy i nigdzie nie mogą czuć się bezpieczne. A najgorsze jest dla nas poczucie bezradności, poczucie, że nie możemy im pomóc i są bezbronne.